- Opowiadanie: Żuber - Castle Party

Castle Party

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Cień Burzy

Oceny

Castle Party

 

Strój, jaki mi wyszykowała, był koszmarny. Nawet pozerskie uniformy black metalowych kapel wydawały się śmiesznie klasyczne przy tym, co przyszło mi teraz przymierzać. Czarna, bawełniana koszula ze stójką była jedynym normalnym elementem przebrania. Cała reszta stanowiła połączenie skóry i stali. Czarna kurtka, spodnie, wysoko sznurowane buty, torba na ramię: wszystko łączone srebrnymi nitami, ćwiekami, cieńszymi i grubszymi łańcuszkami, spinane agrafkami i sznurowane rzemieniami przeplatanymi srebrną nicią. Jako dopełnienie, każdą wolną przestrzeń, od nogawek, poprzez plecy i rękawy kurtki, dosłownie wszystko, ozdobiono wyszytymi na srebrno symbolami czaszek, pentagramów, krzyży i innymi symbolami, których znaczenia nawet nie próbowałem się domyślać.

Gdy włożyłem to na siebie, poczułem się ze dwadzieścia kilo cięższy. Ale Kicia promieniała:

– Wyglądasz jak prawdziwy got!

– Jak uciekinier z Rammsteina, chyba…

– Och, ty mój diable, nie marudź. – Zarzuciła mi ręce na szyję i poczęstowała soczystym buziakiem. – Muszę się z tobą zakładać częściej – zachichotała. – Jeszcze tylko makijaż…

– O nie! – krzyknąłem. – O makijażu nie było mowy!

– Głupolku… – Podeszła do szafy i wyjęła z niej sporą, aluminiową skrzynkę z przyborami i mazidłami. – Makijaż jest integralną częścią gotyckiego image. – Otworzyła wieko i wydobyła pędzelki. – Poza tym, będę szczęśliwa, gdy cię przyozdobię jeszcze tym… – Uśmiechnęła się uroczo i naniosła na mą twarz pierwszą porcję jakiegoś lepkiego świństwa.

Studiując program, za wyjątkiem Paradise Lost i XIII Stoleti, nie kojarzyłem ani jednej kapeli. Jednak, o ile Czesi pozostali wierni swojemu wspaniałemu brzmieniu i mogłem ich nadal lubić, o tyle do Anglików straciłem serce. To już nie były kultowe, metalowe brzmienia z czasów „Gothic” czy „Shades of god”. Czekały mnie więc cztery dni łażenia w znienawidzonych łachach, z makijażem, słuchania nieznanych kapel i obserwowania osobliwości. Na szczęście sklepikarze i restauratorzy z Bolkowa zadbali o zaopatrzenie w płyny o barwie bursztynu. Ten fakt oraz perspektywa koncertu Czechów z XIII Stoleti napawały mnie umiarkowanym optymizmem.

Co do wspomnianych osobliwości, było co podziwiać. Wśród kreacji dominowała czerń, rzadziej czerwień, fiolet i zieleń. Przyjezdni wyglądali jak połączenie aktorów z Draculi, filmów sado-maso, teledysków Rammsteina i steam-punkowych grafik. Zgrabne dziewczyny, z wymalowanymi buziami, opięte skórzanymi gorsetami i pończochami z czarnego nylonu, prężyły się dumnie, chętnie pozując do zdjęć. Ich partnerzy, w skórach, żabotach, garniturach, płaszczach i glanach, umalowani nie mniej niż dziewczyny, przechadzali się leniwie, sącząc piwo. Na szczęście Kicia była na tyle kochana, że zadbała o moje poczucie komfortu: nie świeciła kobiecymi wdziękami na lewo i prawo, ale wyszykowała się jak prawdziwa dama. Długa, czarna, falbaniasta suknia, gorset z niedużym dekoltem, płaszczyk z gęstej koronki i misterna, ażurowa parasolka, w połączeniu z delikatnym makijażem, nie dostarczały mi powodów do niezdrowej zazdrości. Oczywiście faceci oglądali się za nią. Podziwiali jednak majestat damy i wyjątkową urodę, a nie wyeksponowane piersi czy uda opięte koronkowymi paskami samonośnych pończoch. Moja ukochana wyglądała przepięknie oraz dostojnie. I to mi pasowało.

Na polu namiotowym co chwilę spotykaliśmy jej znajomych. Części z nich w życiu nie widziałem, ale raczej wzbudzali zaufanie. Poza tym, muszę przyznać, byłem pod wrażeniem bardzo pozytywnej atmosfery festiwalu. Żadnych spinek, awantur czy dyskusji o polityce. Pełen lans, relaks, konwersacje o hobby i rzeczach nieistotnych. Kontemplacja wolno upływającego czasu. Zaczynało mi się podobać.

Zanim wyruszyliśmy na pierwszy koncert, Kicia stwierdziła, że musimy jeszcze odwiedzić jej dwóch przyjaciół.

– Ponoć mają namiot gdzieś tam. – Wykonała nieokreślony ruch parasolką. – Znajdź ich i mnie zawołaj. Ja muszę się podmalować.

– Jak ich znajdę, kobieto? Przecież…

– Oj nie marudź. Jak ich wywęszysz, daj znać.

Okazało się, że słowa „wywęszyć” użyła nieprzypadkowo. Krążąc po wskazanym sektorze wyczułem w pewnym momencie dziwny zapach unoszący się wokół jednego z namiotów. Specyficzna, ziołowa woń, nie przypominająca niczego, co znałem. Z pewnością nie było to żadne popularne zioło z Niderlandów. Namiot pozostawał szczelnie zamknięty, a w środku, półgłosem, ktoś recytował po rosyjsku wiersz. Zadzwoniłem po Kicię.

Namiot był mocno sfatygowany, a sądząc po jego kroju i płótnie, pamiętał chyba czasy Gomułki. Co ciekawe, miał dwa sznurowane wejścia, po przeciwnych stronach. Rozsznurowywanie potrwało dłuższą chwilę, a gdy wreszcie się zakończyło, ze środka wysunęła się czyjaś przeraźliwie chuda i wytatuowana ręka. Gestem zaprosiła nas do środka.

Wewnątrz siedzieli po turecku dwaj osobliwi jegomoście. Mogliby, bez charakteryzacji, grać szamanów w filmie fantasy. Ubrani w dziwne płócienne tuniki, obwieszeni sznurami koralików z nanizanymi kłami i uszami leśnych zwierząt. Ich ręce i szyje pstrzyły sine tatuaże kresek, kropek i nic nie mówiących mi zawijasów. Mogli mieć zarówno trzydzieści jak i pięćdziesiąt lat. W szklanych lufkach palili zioła o nieokreślonym kolorze. Te same, których zapach rozchodził się wokół. Byli oryginalni nawet jak na standardy Castle Party i mówili z wyraźnym wschodnim akcentem.

Najpierw wycałowali dziewczynę, potem uścisnęli moją prawicę.

– Arkadij – przedstawił się pierwszy.

– Borys – przedstawił się drugi.

Uśmiechnąłem się mimo woli.

– Wiktor – odpowiedziałem.

– Zakurzysz?

– Dawaj. – Wziąłem lufkę do ust i zaciągnąłem się słodkim, korzenno-ziołowym smakiem. Dym, niespodziewanie delikatnie, rozchodził się w płucach, nie powodując żadnych dolegliwości. Po kilku machach poczułem miłe odprężenie. Podziękowałem grzecznie, pochwaliłem smak i przekazałem lufkę dalej.

Cały namiot wypełniały opary słodkiego dymu. Podczas, gdy szamani, jak w myślach nazywałem Arkadija i Borysa, rozmawiali z moją piękną damą, ja siedziałem u wejścia do namiotu. Łapałem świeże powietrze i rozkoszowałem się błogą chwilą nicnierobienia. Nie zwracałem specjalnie uwagi na dyskusję, zwłaszcza, że toczyła się po rosyjsku i mało z niej rozumiałem. W pewnym momencie wyraźnie ściszyli głosy i mógłbym przysiąc, że mówią o mnie. Zerknąłem w ich stronę posyłając szeroki uśmiech.

– Zasznuruj namiot – poprosiła Kicia.

Coś zastanowiło mnie w jej głosie. Powiedziała to jakoś dziwnie poważnie, jakby prosiła o coś więcej, niż tylko prostą czynność zamknięcia wejścia do namiotu. Przyglądałem się całej trójce dłuższą chwilę. Ewidentnie coś przede mną ukrywali. W milczeniu wytrzymali moje spojrzenie, po czym jeden z szamanów uśmiechnął się łagodnie i dodał zachęcająco:

– Zasznuruj, Wiktor. To ważne.

Wzruszyłem ramionami i zacząłem sznurować poły namiotu. Posłuchałem prośby nie dlatego, że przekonał mnie szaman – ich tajemnice mało mnie interesowały – ale dlatego, że poprosiła mnie o to moja dziewczyna. A jej, chociaż byliśmy ze sobą ledwie pół roku, ufałem bezgranicznie. I zrobiłbym wszystko o co poprosi.

Gdy skończyłem, odwróciłem się w ich stronę. Otwierali właśnie drugie wejście do namiotu i wychodzili przez nie na zewnątrz. Głupie żarty. Po cholerę kazali mi zasznurować? Ruszyłem za nimi i zamarłem. To, co zobaczyłem przez uchylone drugie wejście, po prostu nie było możliwe. Nie było… Albo te cholerne zioła właśnie płatały mi figla, albo zaczynałem świrować.

Druga strona namiotu nie prowadziła bynajmniej na kemping. Żadnych namiotów już nie było. Było za to wnętrze chatki. Cieplutkiej, przyjemnej chatki, jak z bajek czasów dzieciństwa. Chatki z kaflowym piecem, drewnianymi meblami, okrągłym stołem ze świecznikiem, małymi okienkami, przepierzeniem, za którym coś jeszcze było i mnóstwem ziół podwieszonych u niskiej powały. Ich zapach drażnił intensywnie nozdrza i łączył w sobie woń chyba wszystkich ziół, jakie znałem.

Podszedłem do stołu, odsunąłem krzesło i usiadłem ciężko. Mebel jęknął przeraźliwie, ale wytrzymał próbę. Poklepałem twarz dłońmi, przetarłem oczy i rozejrzałem się ponownie. Chatka nie zniknęła. Kicia i szamani również usiedli za stołem. Jeden z nich nalał wody z dzbana i podał mi cynowy kubek, zachęcając do wypicia. Opróżniłem naczynie i postawiłem z hukiem na blacie.

– Czegoście mi dali do wyjarania? – zapytałem z wyrzutem. – Mózg mi wywinęło na drugą stronę.

Moja ukochana zachichotała a jeden z mężczyzn uśmiechnął się i powiedział spokojnie:

– To nie są halucynacje Wiktorze. To świat realny, tylko nie zbadany przez waszą naukę.

– Aha… A gdzie on się fizycznie znajduje?

– W tym samym miejscu co wasz. Ale jakby obok.

– Nie no, to jest oczywiste. – Wyszczerzyłem się w karykaturze uśmiechu. – Wyjaśnijcie jeszcze, po co mnie tu ściągnęliście? Wtedy już nie będę miał więcej pytań.

– Ze względu na nią. – Drugi mężczyzna skinął na dziewczynę. Spojrzałem w jej stronę.

– Ze względu na mnie i na ciebie. – Popatrzyła mi w oczy ze spokojem pomieszanym z odrobiną smutku. – Pytasz mnie, co jakiś czas, o moją przeszłość, rodzinę. I wiem, że martwi cię moje milczenie, niechęć do opowiadania o sobie. Ale jeśli powiedziałabym ci prawdę, że pochodzę z innego świata, uwierzyłbyś mi? Ja wiem, że z tego powodu żal w tobie narasta. Ale gdy się przekonałam, że naprawdę zależy ci na mnie, a nie na tym, co robimy po zmroku, uznałam, że czas wyjawić ci prawdę. Oto ona. Pochodzę stąd. Z innej bajki. Ze świata tuż obok, do którego można wejść przez specjalne drzwi. Trzeba tylko umieć je skonstruować.

Siedziałem sztywno na krześle wsłuchany w jej słowa. I uwierzyłem we wszystko. Szamańska chatka nie mogła być tylko halucynacją. Rzeczywistość wokół jawiła się zbyt realnie. A Kicia była zbyt mądra, i mimo młodego wieku zbyt dojrzała, aby żartować w takiej sytuacji.

– Czyli namiot to takie przenośne drzwi? – zapytałem.

– W rzeczy samej – odpowiedział jeden z szamanów.

Obejrzałem się przez ramię. Pod ścianą, na drewnianej podłodze, stał rozpięty, sfatygowany namiot z dwoma wejściami. Jedno z nich pozostawało zasznurowane.

Chwilę później, moja piękność w czerni przysunęła się blisko, ujęła mą dłoń i spojrzała tak przenikliwie, jakby widziała przeze mnie na wskroś. I rozpoczęła opowieść. A gdy ją skończyła, wiedziałem już, że mój własny świat odmienił się na zawsze i już nigdy nie będzie taki jak dawniej. Że wiele spraw na planecie Ziemia jest tylko pozornie takimi, jakie się wydają.

– Jak na pierwszy raz to i tak wiele – odezwał się po długiej chwili milczenia Arkadij albo Borys. – Wracaj na Ziemię. Twoja dobra wróżka dołączy niebawem. Musimy z nią ustalić kilka spraw. Niebawem przeprowadzi się definitywnie. Ale ty lepiej już idź. Nie jesteś jeszcze zahartowany do tutejszych warunków.

Nie podobało mi się wracanie samemu, ale nie dyskutowałem wobec tak przedstawionej sprawy. Zwłaszcza, że powiedział to bardzo przekonująco.

Pożegnałem się i wszedłem do namiotu. Zasznurowałem jedno wejście i gdy zacząłem rozsznurowywać drugie, już wiedziałem, że będą kłopoty. Usłyszałem odległą muzykę z zamku, dużo bliższe pijackie okrzyki i spostrzegłem, że coś lało się na namiot gęstymi, nieregularnymi strugami. Gdy tylko w wejściu powstała szpara na tyle duża, że mogłem się przecisnąć, runąłem w otwór. Zobaczyłem sierp księżyca na czarnym niebie. I wyczułem woń benzyny. Jeszcze wzrok nie przyzwyczaił się do ciemności, jeszcze nie zdążyłem wstać na nogi, gdy bolesne uderzenie w ramię obróciło mnie na plecy. Przetoczyłem się szybko. Ktoś ruszył za mną, ale tym razem nie dałem się zaskoczyć. Celującą we mnie nogę chwyciłem za stopę i połączywszy całą siłę ze skrętem tułowia, obróciłem ją w drugą stronę. Chrupnięcie łamanej kości i dziki wrzask bólu. Wstając, zobaczyłem, jak jakaś włochata postać zwala się na ziemię. Obok namiotu ujrzałem jeszcze jednego. Wilkołak! Teraz przypomniałem sobie, że za dnia, wśród czarnej gockiej rzeszy, wypatrzyłem osobliwą trójkę: dwóch rosłych facetów, przebranych w stroje wilkołaków, prowadzonych na smyczach i smaganych batem przez pogromczynię bestii. A teraz, te same wilkołaki, oblewały benzyną nasz szamański namiot! Ruszyłem wściekle do ataku. Olbrzymi zwierz odrzucił kanister i również ruszył. Potknął się jednak o linki i wybił z rytmu. To mi wystarczyło. Nie byłem ulicznym zabijaką, ale wiedziałem co robić. Dopadłem go i czołem huknąłem prosto w pysk. Upadł na ziemię jak bezwładny wór ziemniaków. W tym momencie usłyszałem świst i coś oplotło mi szyję. Chwyciłem dłońmi gruby, okręcony wokół, sznur, ale potężne szarpnięcie pozbawiło mnie równowagi. Poleciałem na plecy. Sznur zacisnął się. W trawie zaszeleściły zbliżające się kroki. Nie mogłem zaczerpnąć tchu. Ucisk na tętnice szyjne wzmagał się i czekałem, aż stracę przytomność. Po chwili, czyjaś stopa obróciła mą twarz i docisnęła mocno do ziemi.

– Wszystko muszę organizować sama! – Usłyszałem nad sobą wściekły, kobiecy głos. Jednocześnie brzęknęła benzynowa zapalniczka. – Odpowiecie mi za to, partacze.

Płonąca kulka papieru poleciała prosto na namiot. Ogień strzelił natychmiast i rozprzestrzenił się po powierzchni mokrego materiału. Patrzyłem z przerażeniem, jak jedyne, znane mi drzwi do innego świata, znikają w płomieniach.

– Ty dziwko… – wycharczałem. Pragnąłem dopaść ją i zemścić się, zadać ból tak straszny, aby czuła jak zdycha. – Przeszkadzali ci…?

– Sus Minervam docet – odpowiedziała wyniośle. Poluzowała okręcony bat i uwolniła mnie z duszącego uścisku. Cofnęła stopę, odwróciła się i odeszła w ciemność. Po policzkach spływały mi łzy.

Kolejne dni festiwalu przesiedziałem w miejscu, gdzie spłonęło przejście do świata mojej wróżki. Byłem pewien, że ona, lub szamani, odnajdą mnie. Niestety, nic takiego nie nastąpiło.

Od tamtej pory, każdego roku, jeździłem na festiwal Castle Party. Zawsze rozbijałem się w miejscu szamańskiego namiotu. Nawet kupiłem podobny, z dwoma wejściami. Nie spotkałem jednak ani Kici, ani Arkadiego z Borysem, ani nawet wilkołaków z ich parszywą treserką. Nie udało mi się namierzyć nikogo ze wspólnych znajomych. Nikt z bywalców festiwalu nie pamiętał też, aby w tym miejscu stał opisany przeze mnie namiot. Nikt nie kojarzył mężczyzn w wilczych strojach. Nikt z poszukiwanych nie zachował się nawet na internetowych fotografiach.

Po kilku kolejnych wyjazdach sam już nie byłem pewien własnych wspomnień. A wszyscy poszukiwani przeze mnie ludzie zniknęli, jak dym z tajemniczego, szamańskiego zioła…

 

W szóstą rocznicę pamiętnych wakacji nie pojechałem już na Castle Party. Wraz ze świeżo poślubioną żoną z rozsądku, wybraliśmy się na miodowy miesiąc do Grecji. Czekał tam bajeczny domek na brzegu wyspy.

Obserwowałem właśnie, z balkonu przez lornetkę, jachty bujające się leniwie w zatoce, gdy spostrzegłem, że jedna z osób w motorówce chyba mnie obserwuje. Poprawiłem ostrość. Mężczyzna w tym samym momencie odjął lornetkę od oczu. Zamarłem… To był Arkadij albo Borys. Uśmiechnął się do mnie, po czym włożył do ust lufkę, odwrócił i dał znać bliźniakowi. Motorówka ruszyła, unosząc dziób ostro do góry. Po chwili wypłynęła z zatoki, pozostawiając za sobą jedynie spieniony kilwater…

 

Koniec

Komentarze

Tekst wg Worda ma 14974 znaki, czemu tutejszy licznik pokazuje trochę więcej? Czyżby przez kreski z łamania słów na końcach wierszy?

Interesujący pomysł, z tym spaleniem jedynego przejścia. Ale reszta mnie specjalnie nie ruszyła. Nie przejmuj się, nie przepadam za romansami.

Tekst napisany przyzwoicie.

A tutejszy licznik zawyża ilość znaków i nic mu nie zrobisz.

Gdy to ubrałem, poczułem się ze dwadzieścia kilo cięższy.

Ubrań się nie ubiera.

Babska logika rządzi!

Całkiem sympatyczne opowiadanie i dobrze się czytało. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Czytało mi się lekko i z zainteresowaniem. Ogólnie robi dobre wrażenie.

F.S

Dziękuję za komentarze i cieszę się z pozytywnego odbioru :-)

Żałuję tylko małego limitu znaków. Jak zwykle, w trakcie pisania, wpadają do głowy pomysły na nowe wydarzenia i rozwijanie historii.

“symbolami czaszek, pentagramów, krzyży i innych symboli“ – symbolami innych symboli?

 

“Gdy to ubrałem“ – w co bohater ubrał strój? Ubiera się kogoś albo coś, np. dziecko albo choinkę. Kiedy zakłada się coś na siebie – potrzebny jest zaimek zwrotny. Gdy ubrałem SIĘ w to wszystko…

 

“słuchania nie znanych kapel“ – nieznanych

 

“Ich ręce i szyje upstrzyły sine tatuaże kresek, kropek i“ – upstrzyły w tym konkretnym momencie? Raczej: pstrzyły

 

“– Zasznuruj[+,] Wiktor. To ważne.“ – i generalnie, w uproszczeniu mówiąc, wszędzie przed bezpośrednimi zwrotami do jakiejś osoby. Zrób to, szefie. Podaj mi sól, kochanie. Ugryź się, palancie. Itp.

 

Generalnie przecinki Ci odrobinę szaleją – tu brakuje, tam za dużo…

 

Podoba mi się całkiem koncepcja, choć trudno mi uwierzyć, by istniało tylko jedno przejście. Te dwa światy musiały współistnieć od dawna, na pewno mieli sposób na przechodzenie. Wypadło to tak, jakby Kici jednak nie zależało na bohaterze. Tym bardziej, że później panowie Rosjanie jednak się pojawili…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki joseheim za komentarz. Cieszę się, że zwróciłeś uwagę na szczegóły. W ferworze walki pewne detale umykają. Zwłaszcza, gdy nie ma czasu, aby tekst się odleżał. Co do przecinków to się w pełni zgadzam, ale przecież autorzy nie mogą pisać tekstów idealnych ;-)

Co do przejść – z punktu widzenia bohatera było tylko jedno, o innych nie miał pojęcia. Na końcu się okazuje, że tak naprawdę jest ich więcej, ale to, oraz kwestia Kici i szamanów, pozostaje niedopowiedziane. Tak naprawdę nie wiadomo czy nie chciała, czy coś jej przeszkodziło. No i czemu Rosjanie pojawili się akurat w tym miejscu, gdzie bohater spędzał wakacje? Mam pomysły na ciąg dalszy, ale w 15k trudno rozpisać tę historię. W opowiadaniach zdecydowanie lepiej się czuję na dystansach 50-60k.

Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam :-)

Letni romans z gotami w tle.

 

To tak: ciekawa koncepcja “szamanów” i ich przejścia.

Wilkołaki to, wybacz, paskudne deus ex machina, diabełek z pudełka. Foreshadowingu zabrakło w tej kwestii. Źle rozegrane, trzeba było zasygnalizować je dyskretnie wcześniej.

Romans, akhem, mocno młodzieżowy i nieco naiwny (tak o, na klatę przyjął opowieści dziwnej treści, o światach równoległych, po ziółku…), już nie moja kategoria. Wplecenie w popularny festiwal in plus.

 

Napisane przyzwoicie, więc zachęcam do dalszych prób! :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki PsychoFishu :-)

Ten foreshadowing to jakieś straszne słowo, ja wolę określenie strzelba Czechowa – to chyba to samo? Po krótkim zastanowieniu zgadzam się z Tobą – gdyby bohater wypatrzył ich wcześniej w tłumie, na co poświęciłbym max. dwa zdania, rzeczywiście mogłoby wyjść lepiej.

Co do skomplikowania romansu i przyjęcia na klatę – nie było miejsca na pogłębienie tych wątków, i dłuższe rozterki bohatera, co jest prawdą a co urojeniem. Może za dużo chciałem tu upchnąć, do zastanowienia. 

Dziękuję i pozdrawiam!

Bardzo… młodzieżowe opowiadanie. Z wszystkimi zaletami i wadami, które kryją się za tym określeniem. Masz tu zarówno momenty, które wywołują przyjemne uniesienie kącików ust, jak i takie, które zmuszają do przewrócenia oczami. 

Ale w ostatecznym rozrachunku chyba jest dobrze.

Dzięki vyzart za komentarz. Rozwiń proszę swą wypowiedź. Jeśli się dowiem, w których momentach przyjemnie unosiłeś kąciki ust, a w których przewracałeś oczami, da mi to niezbędny materiał do analizy, pomoże wyciągnąć wnioski i pisać lepsze teksty w przyszłości.

Bez fajerwerków, choć z pożarem.

Czytało się nieźle, ale brakło mi wyjaśnienia, dlaczego osobniczka z biczykiem kazała wilkołakom zniszczyć przejście. Czy jakieś porachunki z Kicią, czy raczej z Arkadijem i Borysem?

Szkoda, że w opowiadaniu ciągle są wytknięte wcześniej błędy.

 

Nawet po­zer­skie uni­for­my black-me­ta­lo­wych kapel… – Nawet po­zer­skie uni­for­my black me­ta­lo­wych kapel

 

– Oh, ty mój dia­ble, nie ma­rudź.Och, ty mój dia­ble, nie ma­rudź.

Dialog rozpoczyna pauza lub półpauza, nie dywiz. Ten błąd występuje w opowiadaniu kilkakrotnie.

 

– Ar­ka­dij – przed­sta­wił się pierw­szy. […] jak w my­ślach na­zy­wa­łem Ar­ka­die­go i Bo­ry­sa… – Skoro Arkadij, to: …jak w my­ślach na­zy­wa­łem Ar­ka­dija i Bo­ry­sa

Ten błąd powtarza się w dalszym ciągu opowiadania.

 

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi i za­czą­łem sznu­ro­wać płach­ty na­mio­tu. – Raczej: Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi i za­czą­łem sznu­ro­wać poły na­mio­tu.

 

Za­plą­tał się jed­nak o linki i wybił z rytmu.Potknął się jed­nak o linki i wybił z rytmu. Lub: Za­plą­tał się jed­nak w linki i wybił z rytmu.

 

Prze­szka­dza­li ci..? – Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję regulatorzy. Myślałem, że tekst ma być w oryginalnej formie, ale skoro tak, jutro biorę go na warsztat. Co do braku wyjaśnienia to celowy zabieg – niedopowiedzenia pozostawiają pole do interpretacji dla czytelnika, który może zastanowi się chwilę kto?, z jakiego powodu?, a może to część większego konfliktu, w który zostanie / został wciągnięty bohater? Imho niedopowiedzenia nie są gorsze od wyjaśnienia wszystkiego i można czasem w finale dopowiadać a czasem nie. Ale oczywiście każdy ma swoje preferencje. Jeszcze raz dziękuję za komentarz i wytknięcie błędów. Pozdrawiam :-)

Cieszę się, że mogłam pomóc. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

,

 

(jest dobrze, jest coraz lepiej, jeszcze tylko dwa opowiadanka…)

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

A ja jestem mocno na tak. I nie tylko dlatego, że Kici nie da się nie lubić.^^

Prawdę mówiąc, lubię klimaty młodzieżowe. Love story o ile nie jest very love and sweet and cute and inne obrzydliwości, a przy tym nie gra roli pierwszoplanowej, też mi nie przeszkadza. A więc klimacik i pomysł na plus. Na plus – i to bardzo na plus – opisy. Zasadniczo, można by Cię posądzić o nieco tolkienowską manierę, czyli dużo, gęsto, dokładnie i z bogactwem językowym. Ale przy tym wszystkim lekko, zrozumiale, plastycznie, ładnie i nienużąco.

Problem polega na tym, że Tolkien – chwała Bogu, chałwa ludowi Jego – nie miał limitów, więc mógł się rozpisywać do woli. Nad Tobą natomiast wisiał ten diabelny wymysł, jakim jest ograniczanie sztuki matematyką – za co niniejszym przepraszam – i to się, niestety, zemściło. Albowiem odnoszę wrażenie, że opisy, jakkolwiek miłe memu oku, uchowały się kosztem treści. Nigdy nie ukrywałem, że od dobrej historii wolę dobrze opowiedzianą historię, tak jednak tutaj pewne braki mi doskwierały na tyle mocno, że aż nieprzyjemnie.

Przede wszystkim kwestia wilczków i ich su… pani. Kim byli? jakie mięli motywy?, dlaczego puścili Wiktora vel Piekielną Choinkę w zdrowiu i życiu, skoro wiedział, a nawet WIEDZIAŁ…? Dlaczego Kicia nie szukała Wiktora, choć mogła? Czekała, aż się ożeni, żeby zrobić wielki powrót w stylu Zbuntowanego Anioła? Jaki zakład przegrał W. na początku opowiadania (takie pierdołki budują klimat i przyciągają uwagę czytelnika – a przynajmniej, kiedy tym czytelnikiem jestem ja)? Co to jest małżeństwo z rozsądku (trąci herezją)? I czemu ten tekst, do jasnej chulery, nie jest w bibliotece?

Nie wiem, ile baboli w teście wyłapali Ci poprzedni czytelnicy i jak bardzo z ich pomocy skorzystałeś, ale od strony technicznej tekst prezentuje się bardzo dobrze. Choć wciąż są drobniutkie rysy (kojarzę dwa przecinki, których tak naprawdę nie kojarzę, bo ich nie było, choć być powinny, i coś tam jeszcze).

 

Peace!

 

P.S.

Nigdy nie słyszałem o Castle Party. Dlaczego?

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nie sluchasz bardzo gothic metalu?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Mnie kupiłeś tym Castle Party, całkiem zgrabnie oddałeś klimat imprezy.:) Ach, wspomnienia z lat studenckich…! Miło mi się zrobiło na serduchu i już słucham “Julie umírá každou noc“ XIII Stoleti.:) Cieniu, jak mogłeś nie słyszeć o Bolkowie?! Wyguglaj sobie, proszę.

Też lubię młodzieżowe historyjki, właśnie za tą naiwność, bezkrytyczność i ekstremum w każdym calu. Czyli jak zawsze, kwestia targetu – nawet high school love znajdzie swojego amatora. Usterki i słabości tego tekstu już zostały wymienione.

Fantastyka – jest

Wakacje – są

 

Żuberze (chyba tak to się odmienia?) – dzięki Tobie, nie wychodząc z domu, poczułam się jakbym była na Castle Party :) A to bardzo duży plus, zwłaszcza, że pewnie nigdy się na tę imprezę nie wybiorę :D Bardzo fajne opisy, widać, że lubisz takie klimaty i dobrze Ci się pisało opowiadanie na ten temat. 

Pomysł całkiem przyjemny, chociaż trochę zabrakło akcji, wydawało mi się, że “stoję w miejscu” i w zasadzie nie za wiele się dzieje. Ogólnie odniosłam wrażenie, że sam niejako popłynąłeś przez swój tekst, a potem nagle się zorientowałeś, że zostało Ci 2000 znaków i musisz zmierzać do końca :) 

I przyznam szczerze, że “pogromczyni bestii” bardziej przypadła mi do gustu niż Kicia. Mimo, że bohater opisywał ukochaną w bardzo pozytywny sposób, to mi jakoś działała na nerwy. Za bardzo “Alutkowa” taka, zwłaszcza na początku… Ale to już moje widzimisię.

Stylowo nie jest źle, oczy mnie nie bolały :) Ani mózg ;)

 

Cieniu Burzy, rooms, Iluzjo – bardzo dziękuję Wam za komentarze. Przepraszam, że dopiero teraz odpisuję, ale jakoś tak sobie wbiłem do głowy, że po konkursie już nikt tu nie zajrzy. Więc i ja nie zaglądałem przez ostatni miesiąc. Ale z prawdziwą przyjemnością przyznaję, że byłem w błędzie :-)

 

Cieniu Burzy: bardzo Ci dziękuję za tyle pozytywnych słów. Taki komentarz to prawdziwy dopalacz do pisarskiego zapału. Trafnie zdiagnozowałeś, że matematyka ograniczyła mi pole. Osobiście najlepiej się czuję w opowiadaniach o dystansie 50-60k znaków. Również wolę dobrze opowiedziane historie. Opisy i tak poskracałem, bardziej już nie chciałem tego robić. Lubię pisać teksty tak jak je czuję, oddawać klimat, który popycha mnie do ich pisania. A do oddawania klimatu potrzebuję opisów. Widzę, że przy marnych 15k to się zemściło. Jednak, dzięki podobnym komentarzom, mam dużo materiału do analizy . I wnioski na przyszłość. Bardzo mnie cieszy duża ilość pytań, jakie masz do fabuły. Odniosę się do jednego: “Dlaczego Kicia nie szukała Wiktora, choć mogła?” – tego nie wiesz, czy mogła :) Lubię niedopowiedzenia w tekście, ale liczba Twoich pytań, i innych komentatorów, nasuwa mi refleksję, że skoro czytelnicy oczekują odpowiedzi na nie, może warto dopowiadać więcej. To też ważna nauka. Co do baboli znalezionych przez innych – bardzo skrupulatnie je wynotowałem i z precyzją snajpera poprawiłem :-) Dziękuję Ci również za punkt do biblioteki. Czemu tekst w niej nie jest? Może dlatego, że jest za słaby, aby spontanicznie otrzymywał punkty, a ja niespecjalnie mam ambicje o nie zabiegać :-) Cel już osiągnąłem – otrzymałem dużo materiału zwrotnego, analizę błędów i pozytywne komentarze. Wiem więc, że pisać warto i na co uważać. A jak się zdarzy półeczka w bibliotece, to będzie miły bonus. Jeszcze raz Ci dziękuję!

 

rooms – ja z kolei z repertuaru XIII Stoleti uwielbiam “Elizabeth” i mam nawet pomysł na opowiadanie inspirowane tym utworem :-) Ale to melodia przyszłości. Cieszę się, że spodobał Ci się klimat – to dla mnie ważna uwaga, i potwierdzenie, ze poszedłem dobrą ścieżką, chcąc w ten sposób opisać festiwal. Dziękuję.

 

Iluzja – znajomi odmieniają “Żubrze”, choć tak naprawdę nikt nie wie, jak się powinno :-) Dziękuję za pozytywny komentarz dotyczący opisów i klimatu. Co do małej ilości akcji – chciałem zbudować klimat imprezy a potem miał być ostry finał, na który rzeczywiście trochę zabrakło miejsca. Reasumując wszystkie uwagi, widzę, że w tak krótkich formach, warto bardziej równomiernie rozłożyć balans klimat – opis – akcja. Co do bohaterek, to kwestia gustu :-) Choć sam po sobie wiem, że wredne charaktery, ale dobrze uzasadnione, są zazwyczaj najciekawsze. I cieszę się, że ani oczy, ani głowa Cię nie bolały :) Dziękuję i pozdrawiam serdecznie!

Żubrze, ja i moja Szefowa, Iluzja, byliśmy jurorami w Last Minute, więc wypadało przeczytać Twoje opowiadanie. A skoro już je przeczytaliśmy, to wypadało zostawić też i ślad bytności. Natomiast fakt, że odcisnęliśmy Ci się w sercu, nie na pośladkach, to tylko Twoja zasługa. Mnie cieszy, że wyciągnąłeś z naszych przemyśleń jakieś wnioski, bo i Ty korzystasz i ja mam pewność, że nie zmarnowałem czasu, komentując “Castle” tak obszernie.

 

Do zobaczenia przy następnym konkursie (albo i wcześniej).

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu Burzy, trudno nie wyciągać wniosków i nie korzystać z uwag komentatorów, zwłaszcza, jeśli wiedzą o czym piszą. Zazwyczaj za informację zwrotną dotyczącą jakiejkolwiek umiejętności, czy to języka obcego, czy jazdy samochodem, czy gry na instrumencie, trzeba słono płacić. Tutaj zawdzięczam ją naszej wspólnej pasji do fantastyki i mam za przysłowiowe “dziękuję”. Więc byłbym nielichym bęcwałem, gdybym nie skorzystał :-) Zatem jeszcze raz dziękuję, pozdrawiam serdecznie i do następnego!

Zdziwiłbyś się, jak rzadkie jest takie podejście do komentarzy jak Twoje. Tak trzymać! :)

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dziękuję rooms i Anet :-)

Nowa Fantastyka