- Opowiadanie: szubazdolka - Pieśń elfów

Pieśń elfów

Nie ukry­wam roz­licz­nych in­spi­ra­cji. Po­mi­mo wszyst­ko życzę miłej lek­tu­ry.

Bo nasze życie to cza­sem praw­dzi­we fan­ta­sy. I  tego się trzy­maj­my.

 

 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Pieśń elfów

Surmy za­grzmia­ły, bębny za­dudniły jesz­cze szyb­ciej, po czym nagle wszyst­ko umil­kło. Cisza nie zdążyła jednak nawet odetchnąć, gdy runął na nią huk walących się wież. Dwóch wież. Dudniące echo niebawem ustąpiło przed przeraźliwym szczękiem że­la­stwa i niezliczonymi jękami. Spo­mię­dzy nich do­biegł w pewnej chwili skrze­kli­wy, wręcz nie­na­tu­ral­ny, pełen żalu i zło­ści głos:

– Prze­klę­te ni­zioł­ki! Wy­rzu­ci­li mi pie­eee…

Trza­snę­ło. Coś du­że­go po­ja­wi­ło się na nie­bie, za­pi­ko­wa­ło ku ziemi i zde­rzy­ło się z nią. W opa­da­ją­cym kurzu za­iskrzy­ła od sło­necz­nych pro­mie­ni para ko­ści­stych skrzy­deł. Za­ma­cha­ły i roz­legł się doj­mu­ją­cy wizg, ro­dzą­cy ciar­ki na ple­cach każ­de­go wo­jow­ni­ka

Jedna z dwóch ni­skich po­sta­ci scho­wa­nych za ster­tą ka­mie­ni wsta­ła, ode­rwa­ła od ust dy­mią­cą, długą fajkę i po­wie­dzia­ła z pełną po­wa­gą:

– No to już ko­niec. Teraz już nam nic nie po­zo­sta­ło.

– Jak to? – spy­tał z trwo­gą jego bro­da­ty to­wa­rzysz.

– To była nasza ostat­nia su­szar­ka.

Oglą­da­jąc się ostroż­nie ru­szy­li przez po­bo­jo­wi­sko, w pełni za­słu­gu­ją­ce na to miano. Tra­to­wa­ne tak długo w walce setek ludzi i ich krwio­żer­czych zwie­rząt po­dwór­ko ka­mie­ni­cy przy czter­dzie­sto­le­cia PRL pięt­na­ście przy­po­mi­na­ło jak żywo maj­dan do­pie­ro co zdo­by­tej twier­dzy. Wra­że­nia do­peł­nia­ły ota­cza­ją­ce je ze wszyst­kich stron czar­ne po­ob­gry­za­ne u szczy­tów mury. Roz­ta­cza­ły się nad nimi smugi dymów, wy­do­by­wa­ją­ce się z ukry­tych ko­mi­nów.

Do­tar­li do plamy żół­te­go pia­chu roz­sy­pa­nej na samym środ­ku placu. Ster­cza­ły z niej po­zo­sta­ło­ści spa­da­ją­cej z nieba su­szar­ki – po­wy­gi­na­ne pręty o rdza­wo– bia­łym ko­lo­rze. Na jed­nym z nich po­wie­wa­ło coś bar­dzo po­dob­ne­go do płata ludz­kiej skóry.

– O zo­bacz – ode­zwał się bro­da­ty – i jesz­cze gacie ci po­rwa­ło.

Jego rów­nie młody, nie wię­cej jak dwu­dzie­sto­pię­cio­let­ni kom­pan czym prę­dzej pod­niósł fajkę do ust, czer­wie­nie­jąc z każ­dym ko­lej­nym za­cią­gnię­ciem. Cmo­ka­jąc, nie mu­siał mówić, że żad­nych zmian w swo­jej gar­de­ro­bie nie do­strze­ga. Już miał coś tam za­mru­czeć, że „taka teraz moda”, gdy ode­zwał się po­now­nie ten sam skrze­kli­wy głos:

– Za­pła­ci­cie za to!

Bie­gła ku nim, sła­nia­jąc się, niska, przy­gar­bio­na po­stać. Ma­cha­ła groź­nie za­ci­śnię­ty­mi pię­ścia­mi, a osa­dzo­ne w wy­chu­dzo­nej jak całe ciało twa­rzy duże nie­bie­skie oczy pa­ła­ły gnie­wem.

– Nie po­pusz­czę! – stwór za­wo­łał jesz­cze raz i wy­mi­nął osłu­pia­łych chło­pa­ków. Wtedy do­pie­ro za­uwa­ży­li, że za jego długą nogą cią­gnie się na cien­kiej lince ciem­ny sze­ścian, utrud­nia­jąc ruchy. Do­pie­ro przed bramą ode­rwał się, za­tań­czył na bruku i znie­ru­cho­miał.

Bro­dacz obej­rzał do­kład­nie gło­śnik ze­sta­wu hi-fi, który teraz mógł wy­da­wać co naj­wy­żej dźwięk pa­lą­ce­go się drew­na.

– Ale dziw­ny ten twój współ­lo­ka­tor – stwier­dził.

– I bar­dzo do­brze – po­wie­dział pa­lacz – ina­czej dawno bym już zmie­nił stan­cję.

„Nie li­cząc kau­cji” – dodał w my­ślach.

– Jak to? Prze­cież do­pie­ro co wy­wa­lił twoje rze­czy przez okno!

– Ale przy­naj­mniej je­stem pe­wien, że naj­da­lej po nie­dzie­li będę miał naj­now­szy model!

Owło­sie­nie bro­da­cza za­fa­lo­wa­ło w ślad za ostat­nim lo­gicz­nym wy­ja­śnie­niem.

– To na pewno czło­wiek?

– Jak naj­bar­dziej! Nie­raz ro­bi­my wspól­nie im­pre­zy tak, że całe scho­dy od trze­cie­go pię­tra do par­te­ru są potem za­wa­lo­ne bu­tel­ka­mi, a kuch­nia nie­wie­le różni się od ko­tłow­ni. Praw­dzi­wa te­le­por­ta­cja, mówię ci!

Broda nie­pew­nie opa­dła i pod­nio­sła się.

– Ale to jesz­cze nic! Żebyś ty wi­dział jego pokój. Mu­sisz wołać go po imie­niu, bo choć­byś nie wiem jak głów­ko­wał, nie znaj­dziesz go. A i tak za­wsze oka­zu­je się, że nie jest żadną z tych kilku ru­sza­ją­cych się róż­no­ko­lo­ro­wych kupek, które mi­ną­łeś. Rzuca wszyst­ko, gdzie po­pad­nie!

– I ty na to po­zwa­lasz?

– Nawet muszę. Raz pa­mię­tam, gdy by­li­śmy u niego z kum­pla­mi, to jeden z nich upu­ścił peta. Już po­chy­lił się, by go pod­nieść i jak mój są­siad nie ryk­nął: „Zo­staw to!”. Jak­byś wi­dział ten strach w jego oczach, też byś nic nie ru­szał.

– Ale co to ma do su­szar­ki?

– Już mówię. Nie­waż­ne ile byśmy nie ba­lo­wa­li i ja­kie­go syfu nie zro­bi­li, to za­wsze w nie­dzie­lę rano wszyst­ko jest czy­ściut­kie, no­wiuś­kie i świe­cą­ce, aż skrzy!

Bro­dacz cof­nął się naj­pierw jeden, potem dwa kroki, a w końcu za­czął się od­wra­cać w kie­run­ku bramy.

– Nie, nie, spo­koj­nie, to nie ja – za­pew­nił pa­lacz, czym uspo­ko­ił to­wa­rzy­sza. – Co ty sobie my­ślisz. To wszyst­ko on! Choć gdy się go pytam, kto zro­bił taki po­rzą­dek, za­wsze przy­bie­ra minę kota z za­twar­dze­niem i od­po­wia­da… Nie, wręcz jęczy! Wiesz co?

– Co?

– „Kra­sno­lud­ki”!

***

Arek kro­czył już pew­nie przez mia­sto, po­zbyw­szy się tego gło­śni­ka. Przy­po­mi­nał mu tylko tą strasz­ną chwi­lę po prze­bu­dze­niu.

Po­przed­nie­go wie­czo­ra świę­to­wał. Oczy­wi­ście naj­pierw mu­siał po­ko­nać pełne nie­bez­piecz­nych stwo­rów zie­lo­ne wzgó­rza i do­li­ny, któ­ry­mi usła­ny był jego pokój. Póź­niej jed­nak w na­gro­dę nie ru­szał się z wy­god­ne­go fo­te­la, oglą­da­jąc swój ulu­bio­ny film fan­ta­sy. W rytm mu­zy­ki pły­ną­cej z po­dwój­ne­go ze­sta­wu hi-fi, wzno­sił pę­ka­tą bu­tel­ką ko­lej­ne to­a­sty.

A oka­zja była. Świad­czył o tym le­żą­cy na biur­ku wśród sterty nie­zli­czo­nych skar­bów rów­nie cenny jak tru­nek ar­te­fakt. Dzięki niemu mógł prze­by­wać przez ko­lej­ne pół roku w tej kra­inie szczę­ścia, gdzie praw­dzi­wy Amber dało się od­na­leźć w każ­dym, nawet naj­gor­szym piwie.

Pięć stów na wa­ru­nek.

Za­snął błogo, nie wie­dząc kiedy. Przez sen sły­szał prze­wier­ca­ją­ce czasz­kę dźwię­ki. Nie zwra­cał na nie więk­szej uwagi – zdą­żył się z nimi za­przy­jaź­nić pod­czas tych wszyst­kich po­im­pre­zo­wych nocy i po­ran­ków.

Obu­dzi­ła go jed­nak znów fil­mo­wa mu­zy­ka. Wi­docz­nie su­per­pro­duk­cja od­twa­rza­ła się w kółko całą noc. Bębny wła­śnie ury­wa­ły się, w mo­men­cie gdy głów­ny bo­ha­ter za­da­wał swym ma­gicz­nym mie­czem de­cy­du­ją­cy cios po­two­ro­wi.

Za­bły­snę­ło i ciem­ność ru­nę­ła w ogni­stą prze­paść. Do­pie­ro po chwi­li Arek zo­rien­to­wał się, iż ośle­pia­ją­ce świa­tło do­cie­ra­ło nie tylko z ekra­nu, ale ze wszyst­kich ścian, pod­ło­gi oraz szyb. No i przede wszyst­kim z biur­ka.

Ze­rwał się na nogi, jakby oba­lo­na krowa sta­no­wi­ła tylko wspo­mnie­nie, sen. I rze­czy­wi­ście, wszyst­ko o tym świad­czy­ło– na bla­cie nie było ani butelki, ani nawet charakterystycznego, kolistego śladu po denku. Zniknął wraz z plastyczną,  centymetrową warstwą brudu

Pie­nię­dzy też nie było. Na bla­cie, pod­ło­dze, pod ka­na­pą. Ni­g­dzie.

W roz­pa­czy pró­bo­wał przy­wró­cić pokój do po­przed­nie­go stanu, czym wy­stra­szył swo­ich ko­le­gów na po­dwór­ku. Li­czył, że wtedy od­naj­dzie zgubę. Tar­gnię­ty ostat­nią na­dzie­ją wkro­czył do kuch­ni i po­de­rwał je­dy­ny sto­ją­cy tam przed­miot – su­szar­kę. Chłód po­wró­cił, pły­nąc przez roz­bi­te okno. Wtedy przy­po­mniał sobie, co krzy­czał na po­cząt­ku. Zna­lazł win­ne­go. Mu­siał tylko prze­do­stać się do tej nie­zna­nej kra­iny.

Wła­śnie do­tarł na miej­sce. Przed nim wid­nia­ły po­tęż­ne wrota. Pod­niósł oczy w po­szu­ki­wa­niu od­po­wied­nie­go na­pi­su w dziw­nym ję­zy­ku, wresz­cie zna­lazł:

„Kra­sno­lud­ki ™. Cle­aning se­rvi­ce”.

Zła­pał grubą szta­bę i pchnął. Drzwi ani drgnę­ły. Kiedy spró­bo­wał po­now­nie, po pra­wej stro­nie nagle wy­świe­tli­ły się blade li­te­ry: „Po­wiedz przy­ja­cie­lu, po co przy­cho­dzisz”

Arek wpi­sał za po­mo­cą świe­tli­stej kla­wia­tu­ry słowo „re­kla­ma­cja”. Li­te­ry zni­kły i po­ja­wił się ten sam napis co na po­cząt­ku. Przez ko­lej­ne pięć minut wy­stu­ki­wał różne okre­śle­nia, od „ustaw­ki”, po­przez „pozew są­do­wy”, po „ne­go­cja­cje”. Do­pie­ro gdy podał „za­war­cie umowy”, roz­le­gła się przy­jem­na me­lo­dyj­ka, drzwi klik­nę­ły i uchy­li­ły się. Arek wkro­czył w zie­leń tapet i dy­wa­nów. Od­na­lazł in­te­re­su­ją­cą go in­for­ma­cję na ta­bli­cy i wje­chał na dzie­sią­te pię­tro no­wo­cze­sne­go biu­row­ca.

***

– Nie rozumiem, dlaczego miałoby nas to dotyczyć. Ze­rwa­li­śmy z panem umowę do­kład­nie ty­dzień temu – po­wie­dział oschle sie­dzą­cy za biur­kiem kra­sno­lu­dek. Nie miał nawet metra wy­so­ko­ści, ale i dla niego zna­lazł się mar­ko­wy gar­ni­tur od­po­wied­nie­go roz­mia­ru. Z twa­rzy biło zde­cy­do­wa­nie.

– Jakim pra­wem! – zawołał Arek. Był zupełne zaskoczony.

– Nie prze­strze­gał Pan wa­run­ków – kra­sno­lu­dek za­czął prze­glą­dać le­żą­ce przed nim akta i przy­stą­pił do wy­li­cza­nia. – Cho­ciaż rze­czy­wi­ście za każ­dym razem po wy­ko­na­niu usłu­gi po­da­wał pan nazwę firmy, wy­peł­nia­jąc tym samym zapis o lo­jal­no­ści, to i tak do­szło do zła­ma­nia na­sze­go mo­no­po­lu…

– Niby kiedy – wrza­snął Arek. – Nikt inny oprócz was u mnie nie sprzą­tał!

– W dniu dru­gie­go wrze­śnia do­ko­nał pan ogra­ni­czo­ne­go sprzą­ta­nia po­ko­ju, co sta­no­wi zła­ma­nie punk­tu sie­dem­dzie­sią­te­go umowy, a w do­dat­ku do­ko­nał pan re­cy­klin­gu, na­ru­sza­jąc punkt sto dwu­na­sty.

Arek się­gnął do pa­mię­ci. Tego dnia dłu­go­pis spadł mu pod ka­na­pę, lecz za­miast niego wy­cią­gnął z cze­lu­ści nad­ła­ma­ne­go czip­sa.

– Ale… Ja wtedy byłem… Na kacu. Niech Pan mnie zro­zu­mie…

Kra­sno­lu­dek sta­now­czo po­krę­cił głową.

– Nic dla pana nie mogę już zro­bić.

– To kto…– Arek za­czął i prze­rwał. Jego ręka na­tknę­ła się w kie­sze­ni na zmię­tą kart­kę. Roz­wi­nąw­szy ją, do­znał olśnie­nia. Okrę­cił się w fo­te­lu i bez słowa wy­biegł przez szkla­ne drzwi.

Po­stać za biur­kiem po­cze­ka­ła aż drzwi się za­mkną i au­to­ma­tycz­nym ru­chem chwy­ci­ła pa­pie­ry, by scho­wać je do od­po­wied­niej prze­gród­ki. W po­ło­wie drogi ręka jed­nak za­wi­sła w po­wie­trzu, a po dłu­giej se­kun­dzie bez­ru­chu bar­dzo po­wo­li odło­ży­ła plik z po­wro­tem. Na­stęp­nie pod­nio­sła się do nie­ist­nie­ją­cej już brody, ho­do­wa­nej przez stu­le­cia. Po nie­gdyś tak kasz­ta­no­wych i buj­nych wło­sach po­zo­stał tylko szary cień. Wspo­mnie­niem był także kilof, któ­rym kra­sno­lud kru­szył praw­dzi­we bo­gac­twa w roz­le­głych ko­pal­niach oraz jego uko­cha­ny młot, wy­słu­żo­ny w walce dobra ze złem. Tak, wtedy przy­naj­mniej było wia­do­mo, że warto wal­czyć. I o co.

„Moria upa­dła. Nadeszłynowe czasy. Teraz po­zo­sta­ła tylko gra o sto­łek” – po­my­ślał gorz­ko i po­wró­cił do pracy.

***

Arek kon­ty­nu­ował swoją wę­drów­kę. W ga­bi­ne­cie Kra­sno­lud­ków™ wszyst­ko mu się przy­po­mnia­ło. Za­rów­no treść listu od tej firmy, któ­re­go ko­per­ta ja­kimś cudem kilka dni wcze­śniej prze­bi­ła się przez cał­ko­wi­cie bio­de­gra­do­wal­ny próg po­ko­ju, jak i do­łą­czo­na do niej nie­wiel­ka kar­tecz­ka. Za­wie­ra­ła ona ofer­tę ja­kie­goś in­ne­go przed­się­bior­stwa sprzą­ta­ją­ce­go. Nie za­sta­na­wia­jąc się długo, Arek wy­krę­cił wtedy do­łą­czo­ny numer i za­mó­wił usłu­gę. Teraz trzy­mał przed sobą tę samą ulot­kę, wy­peł­nio­ną ko­śla­wy­mi li­te­ra­mi:

Pieśń Elfów– stu­denc­kie usłu­gi sprzą­ta­ją­ce. Dzię­ki na­szej w pełni eko­lo­gicz­nej, no­wo­cze­snej me­to­dzie aku­stycz­nej, wy­czy­ści­my Ci wszyst­ko na błysk. So­lid­ność, szyb­kość i zu­peł­ne za­sko­cze­nie cał­ko­wi­cie za darmo! Przyjdź do…

Znał to miej­sce. Krą­ży­ło o nim wiele le­gend i ust­nych prze­ka­zów. Wszyst­kie opisywały go jako siel­ską kra­inę, gdzie cały czas gra mu­zy­ka, a miłość rozkwita wśród drzew i nad strumieniem ożywczego nektaru . Ta Ar­ka­dia była jed­nak do­stęp­na tylko dla tych, któ­rzy do­sta­tecz­nie po­zby­li się ziem­skich pro­ble­mów, lub prze­chy­trzy­li czuj­nie ob­ser­wu­ją­cych straż­ni­ków.

Arek już dawno minął ostat­nie bu­dyn­ki mia­sta i teraz ma­sze­ro­wał mięk­ką, leśną ścież­ką. Nie do­strzegł żad­nych lamp, chod­ni­ków, czy ście­żek ro­we­ro­wych, pa­no­wa­ła sama na­tu­ra. Nie­ocze­ki­wa­nie spo­mię­dzy krza­ków wy­ło­nił się mur. Arek pod­niósł głowę i zo­ba­czył się­ga­ją­cą nieba białą wieżę. Pro­mie­nie od­bi­ja­ły się od niej, jakby od setek krysz­ta­łów, któ­ry­mi zda­wa­ła się być po­kry­ta. Od­pa­da­ły od niej nie­wiel­kie dro­bin­ki i duże płaty, spa­da­ją­ce po­wo­li jak płat­ki kwia­tów.

Za­czerp­nął po­wie­trza i gdy po­czuł spo­tę­go­wa­ny za­pach swo­je­go po­ko­ju, upew­nił się, że do­tarł we wła­ści­we miej­sce.

Do aka­de­mi­ków.

Wszedł przez otwar­te wrota do oświe­tlo­ne­go holu. Przez okien­ko w ścia­nie wyj­rza­ła do niego ko­bie­ta o uj­mu­ją­cym uśmie­chu. Wy­słu­cha­ła proś­by Arka i wska­za­ła na scho­dy. Świad­czy­ły one w pełni o magii tego miej­sca. Ich kolor, stro­mość, a nawet kon­sy­sten­cja, przy­wo­dzi­ły na myśl wi­ją­cą się wokół drze­wa zie­lo­ną, żywą lianę. Miał nimi do po­ko­na­nia sie­dem pię­ter.

Mokry i odra­pa­ny do­szedł wresz­cie pod drzwi numer osiem­set pięć­dzie­siąt. Sła­nia­jąc się, za­pu­kał. Nikt jed­nak nie otwie­rał. Do­pie­ro po trze­ciej pró­bie do­strzegł w mroku ob­gry­zio­ną kar­tecz­kę. Arek rozpoznał charakter pisma z ulotki. Koślawe litery składały się w napis: „Szu­kaj nas pod drzew­kiem”.

Wę­drów­ka na dół za­ję­ła mu tyle samo czasu, choć zda­wa­ło się, że scho­dy zaraz się pod nim zerwą. Zna­la­zł­szy się na po­dwór­ku nie wie­dział, gdzie się kie­ro­wać – drzew było tu mnó­stwo. Nie­spo­dzie­wa­nie usły­szał, a właściwie od­czuł zna­jo­my, wy­wra­ca­ją­cy serce dźwięk. Ten sam, który prze­dzie­rał się przez ciem­ność dzi­siej­szej nocy. No tak, zdą­żył już za­po­mnieć, ile wczo­raj wypił. Skupione myśli chro­ni­ły go dotąd przed charakterystycznym bólem, wkręcającym w zie­mię przy­spie­szo­nym ru­chem. Odgłosy do­cho­dzi­ły z jed­ne­go z kilku po­bli­skich za­gaj­ni­ków. Po­dą­żył w jego stro­nę.

Mię­dzy zie­lo­ny­mi drze­wa­mi, na zbu­twia­łej ła­wecz­ce, sie­dzia­ła trój­ka wy­so­kich męż­czyzn. Dłu­gie, jasne włosy, spię­te u góry ja­skra­wy­mi opa­ska­mi, spły­wa­ły po chu­dych twa­rzach i ra­mio­nach. Dwóch miało na­rzu­co­ne na śnież­no­bia­łe szaty czar­ne skó­rza­ne kurt­ki, a jeden ob­ci­sły swe­ter o tej samej bar­wie. Wszy­scy zda­wa­li się błogo drze­mać z twa­rza­mi skie­ro­wa­ny­mi ku słoń­cu.

Nie wydawało się to jed­nak moż­li­we. Z umiesz­czo­nej pod ła­wecz­ką ko­lum­ny pły­nę­ły spo­tę­go­wa­ne od­gło­sy wier­ta­rek uda­ro­wych i na­rzę­dzi den­ty­stycz­nych. Ich moc była po­tęż­na – zdmu­chi­wa­ły bez pro­ble­mu ko­lej­ne śmie­ci le­żą­ce na tra­wie: zbu­twia­łe deski, opony, worki z wap­nem. Wszyst­ko to roz­pły­wa­ło się na­stęp­nie w fa­lach dźwię­ko­wych, które bez większego skupienia dało się dostrzec gołym okiem. Kiedy znik­nął ostat­ni ze śmie­ci, na­stą­pi­ła fi­nal­na eks­plo­zja setek brzmień i gło­śnik za­milkł. Jedna z po­sta­ci otwo­rzy­ła oczy. Pod­no­sząc się, za­uwa­ży­ła Arka, uśmiech­nę­ła się po­ka­zu­jąc lśnią­ce zęby i po­wie­dzia­ła coś do niego bez­gło­śnie.

Miał już tego dosyć. Pod­sko­czył do fa­ce­ta, zła­pał go i roz­dzie­ra­jąc gar­dło, tylko szep­nął:

– Gdzie są moje pie­nią­dze?

Za­ata­ko­wa­ny spoj­rzał spo­koj­nie i za­czął mówić. Arek mógł go zro­zu­mieć tylko z ruchu warg.

– My, elfy, nie bie­rze­my pie­nię­dzy. Brzy­dzi­my się nimi. Dla nas liczą się wy­łącz­nie idee, które obec­nie można od­na­leźć tylko w mu­zy­ce. Sam prze­cież wi­dzia­łeś, jak oczysz­cza…

Na ko­niec po­wie­dział chyba, że tylko rok. Arek nie miał tyle czasu. 

– Gdzie moje pięć stów! – tym razem słowa przy­bra­ły gło­śność mla­ska­nia.

– Od­da­li­śmy je na­tu­rze – od­parł elf po chwi­li głęb­sze­go na­my­słu. – Wszyst­ko musi roz­wi­jać się w swoim na­tu­ral­nym śro­do­wi­sku, od­na­leźć wła­sną mu­zy­kę duszy.

– Gdzie…

Elf pod­niósł rękę i roz­wi­nął smu­kłe palce.

– Kie­ruj się mu­zy­ką tego świa­ta – po­wie­dział.

Arek nie do końca zro­zu­miał, po­szedł jed­nak we wska­za­nym kie­run­ku. Kiedy omi­jał ko­lej­ne drze­wa, prze­mknę­ło mu przez myśl, że na końcu drogi od­naj­dzie jesz­cze in­ne­go stwo­ra, który zdą­żył już upłyn­nić jego pie­nią­dze i po­zo­sta­nie z nich tylko cuch­ną­cy po­wiew wspo­mnień.

Nagle usły­szał zwie­lo­krot­nio­ny sze­lest, po­dob­ny do tego jaki wydają su­che liście. Zdzi­wił się. Choć była już po­ło­wa wrze­śnia, wszyst­ko jesz­cze cie­szy­ło się ży­ciem i próż­no było szu­kać mar­twych płat­ków. Dźwięk do­cho­dził z nie­da­le­kiej grup­ki nie­wiel­kich, po­skrę­ca­nych drze­wek ro­sną­cych za kol­cza­sty­mi krza­ka­mi. Arek przedarł się przez nie, drąc spodnie, po czym sta­nął jak wryty.

Przed nim rosło drze­wo o nisko wi­szą­cych, lecz roz­ło­ży­stych ga­łę­ziach. W wielu miej­scach z pnia prze­zie­ra­ło próch­no. Gło­śny szum wy­da­wa­ły mie­nią­ce się ja­skra­wy­mi ko­lo­ra­mi nie­zli­czo­ne li­ście. Na pierw­szy rzut oka ni­czym nie róż­ni­ły się od zwy­kłych. Arek wiedział już jednak, z czym ma do czy­nie­nia. Ze speł­nio­nym ma­rze­niem wielu in­we­sto­rów, biz­nes­me­nów i zwy­kłych ludzi.

Drze­wem peł­nym bank­no­tów.

Arek ru­szył do pnia. Serce wa­li­ło mu z pod­nie­ce­nia. Oka­za­ło się, że nawet pięć stów wy­star­czy do zro­bie­nia for­tu­ny. Tak, miały rację elfy, wszyst­ko musi od­na­leźć swoje śro­do­wi­sko. Krocząc coraz pewniej, pla­no­wał w my­ślach:

„Teraz to mogę stu­dio­wać do woli. Nigdy nie odej­dę z tej cu­dow­nej kra­iny. I jesz­cze miesz­ka­nie sobie wła­sne kupię, żeby nikt mi już nie kazał sprzą­tać. Nawet na kre­dyt – z taką for­tu­ną, to nie bę­dzie żaden pro­blem”.

Wiatr za­wiał i kilka bank­no­tów zle­cia­ło na zie­mię.

“Ha, nawet same pcha­ją mi się do ręki” – stwier­dził we­so­ło.

Do­tarł już do pierw­szej ga­łę­zi i na­boż­nie za­czął pod­no­sić rękę. Niczym bohater jego ulu­bio­ne­go filmu, kiedy otrzy­my­wał po­ko­nu­ją­cy wszyst­ko świe­tli­sty miecz. Zda­wał się nawet sły­szeć to­wa­rzy­szą­cą tej scenie mu­zy­kę. Za­grzmia­ły więc bębny, roz­le­gły się surmy i na­stą­pi­ła pełna na­pię­cia cisza.

Za­kłó­cił ją jeden z banknotów, który szeleszcząc sunął powoli w dół. Arek obserwował, jak prostokącik lekko ląduje na tra­wie, a potem skrę­ca się, czernieje i zamienia w proch.

Roz­legł się huk. W ślad za swym to­wa­rzy­szem spa­da­ły falami i ginęły setki cu­dow­nych li­ści. Mo­men­tal­nie naj­niż­sze ga­łę­zie stały się gołe. Arek czym prę­dzej za­czął się wspi­nać po kru­chym pniu, w po­go­ni za od­la­tu­ją­cy­mi bo­gac­twa­mi. Ka­le­cząc dło­nie, udało mu się do­trzeć na sam szczyt i ze­rwać ostat­nie trzy bank­no­ty. 

Trza­snę­ło, a u pod­sta­wy pnia po­ja­wi­ła się rysa. Ze­sko­czył w ostat­niej chwi­li. Drzewo runęło z łoskotem. Hałas odbijał się po wielokroć w sercu Arka, krusząc zadomowione na tak krótko plany. Dopiero po chwili spoj­rzał na zdobycz.

Po­stać z żół­to-nie­bie­skie­go bank­no­tu pa­trzy­ła na niego smut­no, jakby mu współ­czu­ła. Obok niej widniał dwu­ję­zycz­ny napis:

Ba­nque Na­tio­na­le Su­is­se. Banca Na­zio­na­le Sviz­ze­ra.

„Tak – po­my­ślał gorz­ko – jak w ulot­ce wszyst­ko, na błysk… i nie­spo­dzie­wa­nie. Pfff, wiel­ka mi Pieśń elfów, mu­zy­ka duszy…”

W ogarniającej go ciszy, z nową, niespotykaną siłą rozbrzmiały nagle trąby. Grana przez nie pieśń zwycięstwa niosła się po łąkach jego marzeń, aż wreszcie odbiła się od ścian po­miesz­cze­nia, któ­re­go obraz sta­nął mu przed oczy­ma. Nie było to jed­nak żadne no­wiuś­kie, lśnią­ce czy­sto­ścią miesz­ka­nie, lecz jego wła­sna ka­ju­ta. Ideał po­ko­ju stu­den­ta, peł­ne­go nie­opi­sa­nej wol­no­ści.

Arek otarł łzę, jesz­cze raz spoj­rzał na bank­no­ty i po­biegł przez bujny las.

„Przy­naj­mniej dam radę opła­cić wa­ru­nek. Tylko muszę się po­spie­szyć!” – po­my­ślał.

Przez dźwięk spa­da­ją­cych in­dek­sów walut prze­bi­ła się i za­dźwię­cza­ła gło­śno pieśń jego serca.

Koniec

Komentarze

Nie jestem specjalistą, ale tyle mogę wskazać:

Bezładny hałas jakie wzbudziły – literówka “jaki”

W połowie drogi ręka jednak stanęła – trochę niezręczne sformułowanie

załaskotał jego uszy przyjemny dźwięk – dziwna konstrukcja

Zaczerpnął powietrza i gdy poczuł spotęgowany zapach jego pokoju, upewnił się, że dotarł we właściwe miejsce – nie rozumiem tego zdania

Przypominały bowiem wijąca się wśród drzewa żywą, zieloną lianę, zarówno kolorem, stromością, jak i konsystencją, o czym przekonał się już na pierwszym piętrze – literówka a zdanie bardzo dziwaczne

Dwoje miało narzucone na śnieżnobiałe szaty czarne skórzane kurtki – dwóch

Podskoczył do faceta, złapał go i rozdzierając gardło, tylko szepnął – nie rozumiem tego zdania. Komu rozdarł gardło? Facetowi? Sobie?

– Gdzie moje pięć stów! – Arek tym razem jedynie zamlaskał – chciałabym to zobaczyć. Wymlaskane zdanie.

Nigdy nie opuszczę tego Avalonu – Avalon nie jest synonimem Raju. 

Zagrzały bębny, a setka magicznych trębaczy zaczęła – literówka "zagrały"

Ogarnął go hałas zawodu – nie rozumiem.

Masz problemy z interpunkcją. Ponoć ja też, więc nie będę cię poprawiać. Niech się mądrzejsi tym zajmą.

Na moje oko, masz bardzo nienaturalny, niepotrzebnie udziwniony styl. Po co pisać: "Głośny szum wydawały mieniące się jaskrawymi kolorami niezliczone liście.". Po prostu, "Liście szumiały".

Co do treści, nie złapałam, co parodiujesz, więc się wypowiadała nie będę.

 

Pozdrawiam i mam nadzieję, że pomogłam

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bezładny hałas+, jakie wzbudziły+, przerodził się stopniowo w łoskot i szczęk, wymieszany z przeraźliwymi wrzaskami i zawodzeniami.

Oj. Prócz wspomnianej przez badi literówki – raczej który niż jaki, raczej wymieszane niż wymieszany, mam wątpliwości, czy hałas może być bezładny, a jeśli tak – czym się taki bezładny hałas rózni do mieszanki, w którą przechodzi potem.

 

Tratowane tak długo w walce setek ludzi i ich krwiożerczych zwierząt podwórko kamienicy przy 40-lecia PRL 15 przypominało jak żywo majdan dopiero co zdobytej twierdzy. Wrażenia dopełniały otaczające go

skoro podwórko to “je”

40-lecia PRL 15

w tekstach literackich liczby raczej słownie

 

Cmokając+, nie musiał mówić,

Biegła ku nim+, słaniając się

Imiesłowy przysłówkowe zawsze oddzielamy przecinkiem

 

Nie ważne

Nieważne. Są rzeczy, których pisarz nie powinien rozdzielać;)

 

Następnie krasnolud począł nią szukać brody, hodowanej przez stulecia, niegdyś tak kasztanowej i bujnej. Pozostał po niej tylko szary cień. Potem chwycił raz niewidzialny kilof, kruszący diamenty w rozległych kopalniach, a raz topór którym wywijał przeciw strasznym potworom. Tak, wtedy przynajmniej było wiadomo, że warto walczyć.

Zupełnie nie rozumiem tego fragmentu.

 

– Niby kiedy – wrzasną Arek

wrzasnął

Arek ominął już dawno ostatnie budynki miasta

w tym kontekście raczej minął

 

Wszystko to rozpływało się następnie w widocznych gołym okiem falach dźwiękowych. Kiedy wszystko już zniknęło,

Powtórzenia

 

To tylko przykłady błędów, bo sporo z nich się powtarza.

Dużo dziwnie skonstruowanych zdań utrudnia miejscami zrozumienie tekstu.

Nie wiem, czy to parodia fantasy jako takiego, czy po prostu nie czytałam pierwowzoru.

Kilka pomysłów ciekawych (podobała mi się zwłaszcza nazgulska suszarka), polane studencko-stereotypowym sosem, ale przez błędy i pokretność stylu czuje się raczej zmęczona niż rozbawiona.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dziękuję za wskazane błędy oraz w ogóle przeczytanie tekstu, co widać okazało się dużym wyzwaniem. Faktycznie zawiniło moje zbyt swawolne podejście do języka i stylu. No cóż, trzeba będzie jeszcze poćwiczyć.

polane studencko-stereotypowym sosem,

Oczywiście nie wszyscy studenci są tacy. Ale mieszam już któryś rok w akademiku i po prostu chciałem utrwalić jego obraz, choćby w krzywym zwierciadle.

»  No cóż, trzeba będzie jeszcze poćwiczyć. « 

Trzeba będzie. I to solidnie.

Nie wiem, czego to miała być parodia, lecz ta niewiedza nie przeszkodziła mi w kilkukrotnym pochichotaniu.

Rację mają przedpiścy wypowiadający się o liczbach pisanych słownie. Także i z opinią co do pokrętnych zdań się zgadzam.

Pomysł na te usługi krasnoludków bardzo ciekawy, tylko nieco się pogubiłam – w końcu sprzątały krasnoludy czy elfy? No i chyba szkoda tego pomysłu na parodię. Też nie rozpoznaję oryginalnego utworu.

 

Babska logika rządzi!

w końcu sprzątały krasnoludy czy elfy?

I jedni, i drudzy. W końcu odwieczna rywalizacja, co nie?

I między innymi właśnie to chciałem sparodiować, tak jak wiele innych motywów i tytułów znanej mi fantasy. Nie wyśmiewa ona jednego konkretnego tytułu, choć do kilku się odwołuję. Widać zbytnio nagiąłem definicję parodii

Podobnie jak przesadziłem z humorystycznym– w moim wyobrażeniu– stylem.

niewiedza nie przeszkodziła mi w kilkukrotnym pochichotaniu.

AdamKB: dziękuję, bardzo mnie to cieszy:)

No, niestety, Pieśń elfów nie przypadła mi do gustu. Pomijam już, że nie wiem, czego to jest parodia, to opowiadanie nie wywołało żadnych żywszych uczuć, nie rozbawiło w najmniejszym stopniu. Do niezbyt korzystnego odbioru przyczyniło się także wykonanie, pozostawiające wiele do życzenia. Poza wymienionymi błędami bardzo przeszkadzały, tu zgadzam się z wcześniej komentującymi, dziwacznie konstruowane zdania i zlekceważona interpunkcja.

 

Surmy za­ry­cza­ły, bębny roz­pę­dzi­ły się w swym sza­leń­czym ło­mo­cie… – Czy bębny mogły rozpędzić się w cudzym łomocie?

 

Ster­cza­ły z niej po­zo­sta­ło­ści spa­da­ją­cej z nieba su­szar­ki – po­wy­gi­na­ne pręty rdza­wo– bia­łe­go ko­lo­ru. – Nie wiedziałam, że kolor może mieć pręty, dlatego jestem bardzo ciekawa, jak wyglądają rdzawo-białe pręty koloru.

Pewnie miało być: …po­wy­gi­na­ne pręty o rdza­wo-bia­łym ko­lo­rze.

 

Jego rów­nie młody, nie wię­cej jak 25-let­ni kom­pan… – Jego rów­nie młody, nie wię­cej jak dwudziestopięcioletni kom­pan

 

-Nie po­pusz­czę!- stwór za­wo­łał jesz­cze raz… – Brak spacji po pierwszym dywizie i przed drugim; zamiast dywizów powinny być półpauzy.

 

że za jego długą noga cią­gnie się na cien­kiej lince ciem­ny sze­ścian… – Literówka.

 

Choć gdy się go pytam, kto zro­bił taki po­rzą­dek… – Choć gdy go pytam, kto zro­bił taki po­rzą­dek

 

Przy­po­mi­nał mu tylko strasz­ną chwi­lę po prze­bu­dze­niu.Przy­po­mi­nał mu tylko strasz­ną chwi­lę po prze­bu­dze­niu.

 

Gdy z gło­śni­ków po­tęż­ne­go, po­dwój­ne­go ze­sta­wu hi-fi po­pły­nę­ła po­pły­nę­ła mu­zy­ka… – Dwa grzybki w barszczyku.

 

Nie zwra­cał na nie więk­szej uwagi– zdą­żył… – Brak spacji przed półpauzą.

 

Tar­gnię­ty ostat­nia na­dzie­ją wkro­czył do kuch­ni… – Literówka.

 

Zła­pał za grubą szta­bę i pchnął.Zła­pał grubą szta­bę i pchnął.

 

– Ze­rwa­li­śmy z Panem umowę do­kład­nie ty­dzień temu… – Zwroty grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

Ten błąd występuje w opowiadaniu kilkakrotnie.

 

Arek kon­ty­nu­ował swoją wę­drów­kę. – Czy Arek mógł kontynuować cudzą wędrówkę?

 

prze­bi­ła się przez cał­ko­wi­cie bio­de­gra­dal­ny próg po­ko­ju… – …prze­bi­ła się przez cał­ko­wi­cie bio­de­gra­dowal­ny próg po­ko­ju

 

Teraz po­now­nie trzy­mał przed sobą wy­szar­ga­ną z kie­sze­ni ulot­kę… – Teraz po­now­nie trzy­mał przed sobą wy­ciągniętą z kie­sze­ni ulot­kę

Sprawdź w słowniku znaczenie słowa wyszargać.

 

spi­ja­jąc jed­no­cze­śnie nek­tar am­bro­zji. – Nie można spijać nektaru ambrozji. Można spijać nektar, jako że to napój, natomiast ambrozja jest pokarmem.

 

teraz ma­sze­ro­wał przez mięk­ką, leśną ścież­kę. – …teraz ma­sze­ro­wał mięk­ką, leśną ścież­ką.

Maszerować przez ścieżkę, to przejść ją w poprzek.

 

Za­czerp­nął po­wie­trza i gdy po­czuł spo­tę­go­wa­ny za­pach jego po­ko­ju… – Za­czerp­nął po­wie­trza i gdy po­czuł spo­tę­go­wa­ny za­pach swojego po­ko­ju

 

Na pod­wyż­sze­niu za drew­nia­ną bo­aze­rią sie­dzia­ła po­stać o uj­mu­ją­cym uśmie­chu. – W jaki sposób można siedzieć za boazerią i jeszcze się uśmiechać?

Pewnie miało być: Na pod­wyż­sze­niu, za drew­nia­nym kontuarem, sie­dzia­ła po­stać o uj­mu­ją­cym uśmie­chu.

 

usmiech­nę­ła się po­ka­zu­jąc lśnią­ce zęby… – Literówka.

 

My, elfy, nie bie­rze­my pie­nię­dzy – wy­de­du­ko­wał wy­po­wiedź Arek. – W jaki sposób dedukuje się wypowiedź?

 

Arek przedarł się przez nie, drąc spodnie… – Powtórzenie.

 

jed­nak już przy­pływ dźwię­ków uświa­do­mił Arka z czym ma do czy­nie­nia. – …jed­nak już przy­pływ dźwię­ków uświa­do­mił Arkowi, z czym ma do czy­nie­nia.

 

Nigdy nie odej­dę z ej cu­dow­nej kra­iny. – Literówka.

 

W tej chwi­li usły­szał, jak jeden z trę­ba­czy, po­ka­słu­jąc od­gry­wa jed­nak cichą me­lo­dię zwy­cię­stwa. – W jaki sposób, kaszląc, można grać na trąbce?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy: mimo wszystko dziękuję za uwagi:)

Hmmm… muszę się sprężać, bo kiedy wpadam po Regulatorach i Alex to już nie mam nic do dodania.

Zgadzam się z Alex, że niestety męczy miejscami, ale i Adam ma rację: bywało śmiesznie :)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Na początek mam pytanie. Nie jesteś świeżakiem na portalu, powinieneś znać jego możliwości. Dlaczego więc nie skorzystałeś z bety?

Przebrnęłam z trudem, bo w tekście roi się od usterek i błędów wszelkiego rodzaju. A gdy czytelnik musi czytać jedno zdanie po dwa razy i zastanawiać się o co w nim chodzi, to raczej nie dostrzeże pomysłu i tekst go nie rozbawi. Piszę o tym, bo widzę w opowiadaniu ślady jakiegoś absurdalnego humoru, ale pogrzebane wykonaniem.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dlaczego więc nie skorzystałeś z bety?

No cóż, powiem szczerze, spieszyłem się, aby zdążyć w terminie konkursu. Korzystałem już z usług bety, przy innej okazji i jestem z niej bardzo zadowolony. Teraz widzę, że i tutaj należało podejść bardziej profesjonalnie, a pośpiech wpływa tylko negatywnie. Niech to będzie przestroga na przyszłość.

“Łomot bębnów rozpędził się”…?

 

“…dopiero zauważyli, że za jego długą nogą ciągnie się na cienkiej lince ciemny sześcian, utrudniając ruchy. Dopiero…“

 

Zresztą widzę, że moi poprzednicy już wypisali to i owo, więc nie będę po nich powtarzać ; )

 

Przyłączam się do grona czytelników, którzy “nie wiedzą, czego to parodia”. Zamysł rozumiem, idea jest zacna, ale tekst rzeczywiście bywa miejscami męczący. Za długi jak na prezentowaną treść, a przez niektóre akapity zaiste trudno się przedrzeć. I ja jednak parę razy zachichotałam.

 

Że pomysły masz, to poradzę tylko: pisz i ćwicz dalej ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Przeczytałem.

Nowa Fantastyka