- Opowiadanie: SHADZIOWATY - Czcij bogów, kochaj swoją kobietę i broń swej ojczyzny

Czcij bogów, kochaj swoją kobietę i broń swej ojczyzny

Na­tchnął mnie Cecil the Lion i gło­śna spra­wa ame­ry­kań­skie­go den­ty­sty. Uwa­żam, że nie on za­wi­nił, a ci któ­rzy nie żyją we­dług pro­stych zasad Hek­to­ra z Troi, za­cy­to­wa­nych w ty­tu­le.

Po­le­cam dzia­łal­ność Ke­vi­na Ri­chard­so­na: https://www.youtube.com/watch?v=MNCzSfv4hX8

Oraz za­chę­cam do wpła­ca­nia na wszel­kie fun­da­cje zaj­mu­ją­ce się lwami, je­że­li chce­my je po­ka­zać wnu­kom, a nie o nich opo­wia­dać. Nie je­stem ,,zie­lo­nym’’, ale o dzi­kie koty warto wal­czyć, nawet bar­dziej niż o ludzi. A dla nas, pi­sa­rzy, kot to nie­mal na­rzę­dzie pracy :)

 

Po­dzię­ko­wa­nia dla Mar­ty­ny i Adama, za pstry­czek w ucho i cier­pli­wość :D

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Czcij bogów, kochaj swoją kobietę i broń swej ojczyzny

I

Biały air­bus prze­mknął nad zło­ci­stą, roz­le­głą sa­wan­ną, po­cię­tą przez nie­chluj­nie wi­ją­ce się rzeki. Stada ga­ze­li, zebr i an­ty­lop ga­lo­po­wa­ły przez suche trawy, ma­new­ru­jąc ni­czym for­ma­cje woj­sko­we pod­czas de­fi­la­dy.

– Dzię­ku­ję – od­parł Es­te­van, po­ry­wa­jąc z tacy lamp­kę bia­łe­go wina.

Od­pro­wa­dził wzro­kiem ste­war­des­sę, prze­cze­sał ciem­ne włosy i wró­cił na swój fotel, za­pusz­cza­jąc żu­ra­wia w te­le­fon żony.

– Co ro­bisz? – za­py­tał, sior­biąc słod­kie wino.

– Wy­bie­ram zdję­cia ze ślubu na Fa­ce­bo­oka – wes­tchnę­ła i za­czę­ła prze­wi­jać fo­to­gra­fie, zer­ka­jąc py­ta­ją­co. – Te, które ro­bi­ła moja sio­stra, są chyba naj­lep­sze. O, zo­bacz to.

– Pro­ble­my pierw­sze­go świa­ta. – Es­te­van uśmiech­nął się. – Zaraz lą­du­je­my.

– O nie – jęk­nę­ła, opie­ra­jąc za­ban­da­żo­wa­ną stopę na jego ko­la­nie. – Znowu muszę za­kła­dać buty?

Es­te­van ujął jej nogę i po­ma­so­wał. – Ta ka­rie­ra cię wy­nisz­cza.

– E tam – rze­kła i wy­szła z fol­de­ru ze zdję­cia­mi, uka­zu­jąc ta­pe­tę z ba­let­ni­cą kła­nia­ją­cą się pu­blicz­no­ści. – Wy­nisz­cza to cie­bie ta pogoń za mę­sko­ścią. Naj­pierw te okrop­ne ta­tu­aże u Ma­ory­sów, potem ste­ry­dy, a teraz po­lo­wa­nie na lwa. Co bę­dzie na­stęp­ne?

Kolor od­pły­nął z twa­rzy Es­te­va­na.

– Co tak zbla­dłeś?

– Te­sto­ste­ron.

– Co te­sto­ste­ron?

– No – La­ty­nos ro­zej­rzał się i wy­ja­śnił ści­szo­nym gło­sem. – Co jeśli spraw­dzą nasz bagaż na lot­ni­sku? Gość w biu­rze po­dró­ży prze­strze­gał nas przed tymi kon­tro­la­mi. Cel­ni­cy w Zim­ba­bwe mają fioła na punk­cie tro­fe­ów my­śliw­skich, a ste­ry­dy mogą po­trak­to­wać jak nar­ko­ty­ki.

Gaya mach­nę­ła ręką. – Ile tam tego masz, am­puł­kę? Jest w moim tuszu do rzęs. Nikt tam nie zaj­rzy.

 

II

Fala przy­gnia­ta­ją­ce­go go­rą­ca ude­rzy­ła Gayę w twarz, gdy tylko wy­nu­rzy­ła się z sa­mo­lo­tu. Afry­kań­skie po­wie­trze nie po­zo­sta­wia­ło złu­dzeń, pań­stwo Cu­are­sma przy­by­li do pie­kła. Trzej czar­no­skó­rzy re­zy­den­ci po­mo­gli im ode­brać ba­ga­że i po­pro­wa­dzi­li ku bram­ce. Dwaj męż­czyź­ni w mun­du­rach i prze­krzy­wio­nych czap­kach łyp­nę­li na nich groź­nie, znad świe­żo na­wo­sko­wa­nych ka­ra­bi­nów ak-47. Drob­na ko­bie­ta w for­mal­nym stro­ju po­pro­si­ła o zo­sta­wie­nie rze­czy w pu­deł­ku.

Es­te­van uśmiech­nął się po­krze­pia­ją­co do żony i pew­nym kro­kiem prze­stą­pił przez bram­kę. Gaya spoj­rza­ła ner­wo­wo na torbę i zro­bi­ła krok w ich stro­nę. Dźwięk przy­po­mi­na­ją­cy te­le­tur­nie­jo­we nie­po­wo­dze­nie po­niósł się ter­mi­na­lem. Es­te­van po­czuł, jak serce tłu­cze mu się w krta­ni.

– Zdję­ła pani całą bi­żu­te­rię?

Gaya za­wa­ha­ła się i pod­wi­nę­ła bok­ser­kę, od­sła­nia­jąc kol­czyk w pępku. Wy­ję­ła go, wsa­dzi­ła do pu­deł­ka i prze­szła jesz­cze raz. Tym razem z po­wo­dze­niem. Es­te­van ode­tchnął na se­kun­dę.

– Pro­szę otwo­rzyć bagaż pod­ręcz­ny – rze­kła cel­nicz­ka, za­kła­da­jąc nie­bie­skie rę­ka­wicz­ki.

Czar­no­skó­ry prze­wod­nik pod­szedł do niej i wci­snął kilka zie­lo­nych bank­no­tów w dłoń. – Spie­szy nam się, Aneni. Muszą zjeść i się wy­spać, to Wa­win­da­ji Simba.

Gdy młoda para i prze­wod­ni­cy usie­dli już w śmier­dzą­cym stę­chli­zną i peł­nym much busie, Es­te­van za­gad­nął męż­czy­znę.

– Dzię­ku­ję.

– Za co?

Po­pa­trzył nie­pew­nie na bagaż, a miej­sco­wy tylko się uśmiech­nął.

– Naszą pomoc i dys­kre­cję macie w cenie.

– Po­wie­dzia­łeś tej ko­bie­cie coś o nas, chyba w wa­szym ję­zy­ku – wtrą­ci­ła się Gaya.

– Wa­win­da­ji Simba.

– Simba, jak w Królu lwie – za­śmiał się Es­te­van.

Blon­d­wło­sa ko­bie­ta po­krę­ci­ła głową. – Bo simba to zna­czy lew, ale wa­win­da­ji?

– Łowcy lwa – wy­ja­śnił młod­szy prze­wod­nik, szcze­rząc ostat­ni, przy­po­mi­na­ją­cy żo­łądź, ząb. – Tacy tu­ry­ści jak wy, to skarb, da­je­cie pracę i szan­sę na lep­sze życie wielu tu­byl­com. Mu­si­my o was dbać.

Gaya wy­ce­lo­wa­ła złoty smart­fon w szybę. – Jakie pięk­ne!

To­cząc się nie­daw­no wy­bu­do­wa­ną as­fal­to­wą drogą, mi­ja­li rzędy szczu­płych drze­wek, po­kry­tych fio­le­to­wy­mi kwia­ta­mi. Od­cie­nie różu i pur­pu­ry de­li­kat­nie mi­go­ta­ły, ma­je­sta­tycz­nie zdo­biąc re­alia sza­re­go mia­stecz­ka.

– Drze­wa ja­ca­ran­da – wy­ja­śni­li. – Sym­bo­li­zu­ją tu­tej­sze bó­stwo Ngai, króla dżun­gli i sa­wan­ny.

– My­śla­łem, że to lwy są kró­la­mi dżun­gli – wtrą­cił La­ty­nos.

Prze­wod­nik po­kle­pał ka­bu­rę. – My nimi je­ste­śmy.

W nie­ca­łą go­dzi­nę do­tar­li do ho­te­lu w któ­rym pań­stwo Cu­are­sma mieli się za­trzy­mać. W bra­mie po­wi­ta­ła ich gro­mad­ka roz­tań­czo­nych dzie­cia­ków w szkol­nych mun­dur­kach. Es­te­van do­my­ślił się, że to część atrak­cji, dzie­ci wy­tre­no­wa­ne do wi­ta­nia w ten spo­sób gości, jed­nak uśmiech na twa­rzy Gayi od­go­nił cy­nicz­ne myśli. Ro­ze­śmia­ne dziew­czyn­ki po­rwa­ły ją do tańca, po­dzi­wia­jąc kunszt blon­dyn­ki. Młoda ko­bie­ta jakby za­po­mnia­ła o po­ra­nio­nych przez wie­lo­go­dzin­ne lek­cje ba­le­tu sto­pach. Męż­czy­zna uznał z sa­tys­fak­cją, że może znaj­dą tu coś wię­cej niż jego mę­skość. Cho­ciaż na chwi­lę odło­ży­ła ten pie­przo­ny te­le­fon.

 

III

Po­ma­rań­czo­we słoń­ce do­pie­ro wy­nu­rza­ło się znad za­mu­lo­nych sta­wów, wy­bru­ko­wa­nych opa­la­ją­cy­mi się kro­ko­dy­la­mi, a w ko­ro­nach nie­licz­nych drzew, pierw­sze małpy za­czy­na­ły ha­ła­so­wać. Jeśli cie­ka­wy ktoś zmy­słu węchu, sa­wan­na o po­ran­ku zna tylko jeden za­pach, woń śmier­ci.

– Ale smród – skwi­to­wał po raz ko­lej­ny Es­te­van, prze­kra­cza­jąc roz­kła­da­ją­cy się ga­ze­li kor­pus. – Dla­cze­go mu­sie­li­śmy wsta­wać tak wcze­śnie?

– To Afry­ka.

Gaya ziew­nę­ła. – Czy u was czas nie pły­nie wol­niej, na­tu­ral­niej niż w mie­ście?

– Zna­cie opo­wieść o lwie i ga­ze­li?

Es­te­van po­krę­cił głową, roz­glą­da­jąc się nie­spo­koj­nie na sam dźwięk słowa „lew”. Prze­łknął ślinę i moc­niej za­ci­snął palce na kol­bie ka­ra­bi­nu.

– Są dwa typy ludzi, lwy i ga­ze­le – rzekł i po­zwo­lił, aby jego słowa opa­dły i zgi­nę­ły w zło­tej tra­wie. – Każ­de­go dnia o po­ran­ku w Afry­ce, ga­ze­la budzi się i zrywa do biegu, bo wie, że musi uciec naj­szyb­sze­mu z lwów, żeby nie zo­stać po­żar­ta. Jed­nak gdy nic jej nie goni, za­trzy­mu­je się. Na­to­miast gdy lew się budzi, nie po­trze­bu­je ni­ko­go, by dać mu motyw. Wie, że jeśli nie zła­pie naj­wol­niej­szej ga­ze­li to umrze z głodu. Jest nie­ustan­nie zmo­ty­wo­wa­ny.

– A ty? – za­py­tał La­ty­nos. – Kim je­steś?

– A kto was obu­dził? – od­po­wie­dział i wszedł w gęst­szy busz.

*

Es­te­van spo­glą­dał przez lu­ne­tę na nie­świa­do­mą za­gro­że­nia an­ty­lo­pę gnu, sku­bią­cą le­ni­wie trawę i od­ga­nia­ją­cą muchy dłu­gim ogo­nem.

– Strze­laj pan, bo zaraz zwie­je – rzu­cił naj­młod­szy.

Zwie­rzę jakby na jego ko­men­dę za­sty­gło i unio­sło czuj­nie łeb. Po­cisk wy­strze­lo­ny z ka­ra­bin­ka z tłu­mi­kiem, po­niósł się ci­chym sze­le­stem, do­pa­da­jąc serce gnu jak żaden dra­pież­nik nie jest w sta­nie. Z dy­stan­su, bez po­ści­gu, bez ho­no­ru i bez walki. Istna eg­ze­ku­cja, nie­zgod­na z na­tu­rą.

– Za­wie­si­my ją na drze­wie, około dwóch me­trów nad zie­mią, żeby hieny, sza­ka­le czy kro­ko­dy­le jej nie się­gnę­ły i bę­dzie­my cze­kać.

Gaya zło­ży­ła usta w dziu­bek i pstryk­nę­ła sobie po­pu­lar­ne sel­fie ze zwło­ka­mi an­ty­lo­py. Miej­sco­wi zmie­rzy­li ją po­gar­dli­wy­mi spoj­rze­nia­mi. Zwią­za­li nogi zwie­rzę­cia i prze­rzu­ci­li linę przez grubą gałąź sa­mot­ne­go ba­oba­bu. Es­te­van czuł się dziw­nie, niby po­lo­wał, niby po­wi­nien tro­pić zwie­rzy­nę, jed­nak to on czuł się tro­pio­ny. Prze­wod­ni­cy za­pew­ni­li go, że jesz­cze dzi­siaj stado się zjawi, po­nie­waż stale śle­dzą ich ruchy i zmia­ny te­ry­to­rium.

– Dziw­nie się czuję, my­śla­łem, że to bę­dzie bar­dziej tro­pie­nie niż takie wy­cze­ki­wa­nie – rzekł nie­spo­koj­nie La­ty­nos.

Naj­star­szy po­krę­cił głową. – Nie słu­cha­łaś chyba mojej przy­po­wie­ści.

 

IV

Każdy po­wiew cie­płe­go, wie­czor­ne­go wia­tru, mu­ska­ją­ce­go złote trawy, od­wra­cał uwagę Es­te­va­na. Prze­wod­ni­cy mieli oczy do­oko­ła głowy, choć z ze­wnątrz wy­glą­da­li na za­my­ślo­nych, wręcz znu­dzo­nych. Gaya na­to­miast, z gry­ma­sem na twa­rzy, wier­ci­ła się wy­ma­chu­jąc te­le­fo­nem, by zła­pać co chwi­lę roz­łą­cza­ją­cy się In­ter­net.

La­ty­nos wstrzy­mał od­dech.

Pierw­sze przy drze­wie sta­wi­ły się dwa młode, nie­sfor­ne samce, z gę­sty­mi, choć jesz­cze nie w pełni roz­wi­nię­ty­mi grzy­wa­mi. Na­stęp­ne z gąsz­czu wy­chy­nę­ły czte­ry atle­tycz­nie zbu­do­wa­ne lwice. Ema­no­wa­ły ele­gan­cją i non­sza­lan­cją. Ich umię­śnio­ne ło­pat­ki pra­co­wa­ły ni­czym tłoki w spor­to­wym wozie. Ucisk w żo­łąd­ku Es­te­va­na sta­wał się nie do znie­sie­nia, serce wa­li­ło jak sza­lo­ne, a ad­re­na­li­na pom­po­wa­ła krew do skro­ni. Nawet ka­ra­bin w rę­kach nie do­da­wał mu otu­chy.

– Któ­reg… – za­czę­ła Gaya, ale naj­star­szy my­śli­wy ją uci­szył.

Cie­kaw­skie lwice jak na sy­gnał cof­nę­ły się, ro­biąc miej­sce dla wy­chu­dzo­ne­go samca. Choć chód miał pewny i dumny, prze­rze­dzo­na grzy­wa, roz­le­głe bli­zny oraz su­ro­wy wyraz twa­rzy zdra­dza­ły jego sta­rość. Kot po­wą­chał an­ty­lo­pę i spoj­rzał w stro­nę kry­jów­ki my­śli­wych. Es­te­van po­czuł się nie­swo­jo, ogar­nął go pa­nicz­ny lęk, ra­niąc dumę i ka­le­cząc honor. Był go­to­wy przy­siąc, że do­świad­czo­ny sa­miec po­pa­trzył mu głę­bo­ko w oczy, nie­mal mac­ka­mi spoj­rze­nia mu­ska­jąc jego duszę. Lew opu­ścił łeb, dając przy­zwo­le­nie sa­mi­com na ze­rwa­nie przy­nę­ty z liny i roz­po­czę­cie uczty. Tru­chło an­ty­lo­py ru­nę­ło z głu­chym ło­sko­tem na wy­dep­ta­ną trawę. Samce rzu­ci­ły się do niego pierw­sze, to­piąc ostre jak szty­le­ty kły w chłod­nym już mię­sie.

– Te dwa młode, wy­bie­raj i strze­laj, do­pó­ki wiatr się nie od­wró­cił i nas nie wy­czu­ły – wy­szep­tał naj­star­szy, kle­piąc La­ty­no­sa w ramię.

– Mam wra­że­nie, że ten stary nas doj­rzał, pa­trzył na mnie – od­po­wie­dział nie­pew­nie.

– Non­sens – rzu­cił prze­wod­nik. – Już by ich tu nie było.

Gaya pstry­ka­ła z upo­rem ma­nia­ka zdję­cia, po­si­la­ją­ce­go się stada. Es­te­van wes­tchnął uno­sząc strzel­bę do po­licz­ka. Blon­dyn­ka przy­su­nę­ła się do niego i po­ca­ło­wa­ła w szyję.

– Opa­nuj od­dech Es­te­van, je­steś panem sy­tu­acji, kró­lem tej dżun­gli – po­wtó­rzył sobie tak cicho, że nie­mal nie po­ru­szył usta­mi. Wstrzy­mał po­wie­trze, wsłu­chał się w ko­ła­ta­nie serca, na­parł na spust. Stłu­mio­ny wy­strzał za­dźwię­czał obco w afry­kań­skiej dzi­czy, zwia­stu­jąc zbrod­nię.

Resz­ta stada opu­ści­ła wi­ją­ce­go się w ago­nii samca, zni­ka­jąc w buszu. Gaya zła­pa­ła się za usta, a prze­wod­ni­cy ze­rwa­li do mar­szu. Es­te­van przez chwi­lę po­czuł dumę, jed­nak bły­ska­wicz­nie nie­po­kój za­stą­pił jej miej­sce.

– Świet­ny strzał! Dobij go! – rzu­cił my­śli­wy.  

Szli ostroż­nie, lecz żwawo, ha­ła­su­jąc spe­cjal­nie, by od­stra­szyć po­zo­sta­łe koty bez wąt­pie­nia ob­ser­wu­ją­ce ich z gę­stych za­ro­śli. Es­te­van po­now­nie uniósł strzel­bę, tym razem dużo pew­niej.

Prze­wod­nik za­klął, a La­ty­nos od­su­nął lu­ne­tę od oka. Po­kry­ty bli­zna­mi sa­miec stał obok po­strze­lo­ne­go osob­ni­ka. Ryk­nął gło­śno, a wszy­scy trzej prze­wod­ni­cy unie­śli ka­ra­bin­ki.

– Co robić? – za­py­tał Es­te­van, co­fa­jąc się po­wo­li.

Nie od­po­wie­dzie­li, zro­zu­miał dla­cze­go. Pod­ło­że wokół sta­re­go lwa za­pa­ro­wa­ło, okry­wa­jąc zwie­rzę zie­lon­ka­wą mgieł­ką. Syl­wet­ka kota zmie­nia­ła się. Głowa po­zo­sta­wa­ła lwia, jed­nak ciało kur­czy­ło się i pro­sto­wa­ło. Osta­tecz­nie przy­bie­ra­jąc po­stać chu­de­go star­ca, o gło­wie króla dżun­gli z za­pad­nię­ty­mi oczo­do­ła­mi. W pra­wej ręce dzier­żył drew­nia­ny ko­stur z odłam­ka­mi ja­de­itu i stru­si­mi pió­ra­mi. W lewej na­to­miast, źró­dło zie­lon­ka­wej mgły, złoty try­bu­larz.

– Co jest, kurwa?! – Es­te­van upu­ścił strzel­bę, spa­ra­li­żo­wa­ny stra­chem i nie­do­wie­rza­niem. Chciał ucie­kać, jed­nak czuł, że nogi od­ma­wia­ją mu po­słu­szeń­stwa.

Gaya pi­snę­ła, a trzej prze­wod­ni­cy padli na ko­la­na w swego ro­dza­ju po­kło­nie, nie ważąc się pod­nieść wzro­ku na coś, co wy­glą­da­ło jak sza­man.

Po­stać pa­trzy­ła pu­sty­mi oczo­do­ła­mi. La­ty­nos roz­po­znał to pe­ne­tru­ją­ce spoj­rze­nie,  które wcze­śniej padło z lwich ślepi. Ta­jem­ni­czy sza­man na­chy­lił się nad mio­ta­nym kon­wul­sja­mi, po­strze­lo­nym w tors kotem. Roz­bu­jał ka­dziel­ni­cę nad cia­łem zwie­rzę­cia, osnu­wa­jąc je gę­stym dymem. Przy­ło­żył do niego ko­niec ko­stu­ra i za­czął mam­ro­tać. Brzmia­ło to jak po­łą­cze­nie lwie­go ryku z za­chryp­nię­tym ludz­kim gło­sem. Se­kun­dy ocią­ga­ły się, mi­ja­jąc mo­zol­nie ni­czym go­dzi­ny. Czer­wo­ne, afry­kań­skie słoń­ce rzu­ca­ło na sa­wan­nę już ostat­nie pro­mie­nie, ucie­ka­jąc za ho­ry­zont. Es­te­van nie miał od­wa­gi obej­rzeć się na swoją żonę. W co on ją wcią­gnął.

Młody lew wy­gra­mo­lił się w końcu z trawy, ob­na­ża­jąc po­kry­te spie­nio­ną krwią kły. Po ranie po­strza­ło­wej na jego pier­si po­zo­sta­ła tylko biała bli­zna, owia­na jesz­cze lekką mgieł­ką. Ta­jem­ni­czy sta­rzec oparł jedną stopę o zwło­ki an­ty­lo­py i uniósł ko­stur, ce­lu­jąc wprost w klę­czą­cych prze­wod­ni­ków oraz młodą parę. Ule­czo­ny kot ru­szył w ich kie­run­ku, skra­da­jąc się dra­pież­nie. Krza­ki za sza­ma­nem za­sze­le­ści­ły. Resz­ta stada wró­ci­ła, w po­chy­lo­nych, łow­czych po­zach, z za­krwa­wio­ny­mi py­ska­mi.

– Nie, pro­szę – Es­te­van zna­lazł w sobie siłę, cof­nął się i za­sło­nił Gayę cia­łem. Ko­bie­ta wtu­li­ła się w jego plecy, za­wo­dząc cicho.

Prze­wod­ni­cy chli­pa­li, tuląc twa­rze w ziemi, za­ci­ska­jąc pię­ści na kę­pach zło­tej trawy i szep­cząc coś w swoim ję­zy­ku. Lwy nio­sły ze sobą me­ta­licz­ny za­pach krwi an­ty­lo­py. Sza­man stał na przy­nę­cie nie­wzru­szo­ny, ni­czym ka­ry­ka­tu­ral­ny posąg.

Es­te­van za­mknął oczy i cze­kał na nie­unik­nio­ne, prze­kli­na­jąc sens oraz skut­ki wy­pra­wy. Po­czuł go­rą­cy, koci od­dech na pal­cach, cof­nął je lekko i za­ci­snął mocno zęby. Lwica, która pierw­sza do niego po­de­szła, po­wą­cha­ła jego dłoń, po czym otar­ła się o nią bo­kiem głowy, mru­cząc do­no­śnie. Męż­czy­zna otwo­rzył oczy, gdy szorst­ki język kota otarł jego przed­ra­mię. Zwie­rzę­ta ocie­ra­ły się o przy­pa­dłych do ziemi my­śli­wych.

– Jak? – Es­te­van za­py­tał sza­ma­na, czu­jąc łzy pły­ną­ce po po­licz­kach.

Uklęk­nął i ujął łeb mło­de­go samca, któ­re­go wcze­śniej po­strze­lił. Ledwo obej­mo­wał sze­ro­ki kark zwie­rzę­cia, wpla­ta­jąc ręce w jego grzy­wę. Nie wie­dział co czuć, co my­śleć – ża­ło­wał. Gaya po­gła­ska­ła po gło­wie jedną z lwic, po czym się­gnę­ła po te­le­fon. Ledwo go do­tknę­ła, a spo­koj­ne przed se­kun­dą zwie­rzę syk­nę­ło zło­wiesz­czo. Ko­bie­ta wy­pu­ści­ła smart­fon z rąk, pro­sto do jego pasz­czy, a jedno kłap­nię­cie po­tęż­nych szczęk zła­ma­ło urzą­dze­nie w pół.

Sza­man opu­ścił ko­stur i za­war­czał coś w stro­nę miej­sco­wych my­śli­wych, któ­rzy wciąż trzę­śli się ze stra­chu. Lwy w se­kun­dę stra­ci­ły za­in­te­re­so­wa­nie ludź­mi, od­cho­dząc w stro­nę nie­do­je­dzo­nej an­ty­lo­py. Ta­jem­ni­czy sta­rzec za­ko­ły­sał try­bu­la­rzem, okry­wa­jąc się gęstą mgłą. Gdy opa­dła, Es­te­van doj­rzał sta­re­go, po­kie­re­szo­wa­ne­go lwa wgry­za­ją­ce­go się w, owia­ną rojem much przy­nę­tę.

– Wra­ca­my – wy­pa­lił ła­mią­cym się gło­sem, naj­star­szy z prze­wod­ni­ków.

– Czy to był on? – syk­nął La­ty­nos.

– Za­po­mnij­cie o tym. To nie wasza spra­wa.

Gaya po­pchnę­ła go. – Co?!

Es­te­van objął żonę i po­pro­wa­dził do sa­mo­cho­du.

 

V

Tej nocy  pań­stwo Cu­are­sma nie za­mie­ni­li słowa, choć żadne z nich nawet na mo­ment nie zmru­ży­ło oka. Pierw­sze pro­mie­nie słoń­ca po­wo­li wdzie­ra­ły się przez mo­ski­tie­ry, wy­ście­ła­ją­ce okna. Zza ścia­ny pen­sjo­na­tu do­bie­ga­ły kroki ob­słu­gi, a z dworu śpiew pta­ków i szcze­ka­nie psów. Na lnia­nej ko­szu­li wi­szą­cej na krze­śle wciąż widać było ślady krwi wtar­te przez mło­de­go samca.

Prze­raź­li­wy krzyk i płacz za­wo­dzą­cej ko­bie­ty wy­rwał ich oboje z łóżka. Sko­czy­li do okna, wy­pa­tru­jąc źró­dła ha­ła­su.

– Co to było?! – rzu­ci­ła Gaya, po­now­nie bli­ska pła­czu.

Ko­lej­ne jęki i szlo­chy spra­wi­ły, że trzy­ma­jąc się za ręce, wy­bie­gli na żwi­ro­wy plac. Z da­le­ka doj­rze­li stło­czo­ną ob­słu­gę pen­sjo­na­tu. Stali wokół nie­du­że­go ba­oba­bu, ską­pa­ne­go bla­skiem wscho­dzą­ce­go słoń­ca. Mał­żeń­stwo zbli­ży­ło się do tłumu i prze­pchnę­ło do przo­du. Gaya wtu­li­ła twarz w tors Es­te­va­na i za­czę­ła się trząść.

– Nie płacz – rzekł i po­ma­so­wał jej plecy.

Ich trzej prze­wod­ni­cy, owi­nię­ci w opra­wio­ne lwie skóry zwi­sa­li bez­wład­nie z jed­nej z ga­łę­zi. Lwie łby na­cią­gnię­te na ich zwie­szo­ne głowy, nada­wa­ły im gro­te­sko­we­go i nie­po­ko­ją­ce­go wi­do­ku. Nad trawą wciąż za­le­ga­ła zie­lon­ka­wa mgła.

Es­te­van do­strzegł słowa wy­ry­te nożem w korze. Pu­ścił żonę, pod­szedł bli­żej i prze­czy­tał na głos. – Sisi kum­toa.

Męż­czy­zna spoj­rzał py­ta­ją­co na jedną z ku­cha­rek. Ta otar­ła far­tu­chem łzy, prze­łknę­ła ślinę i wy­du­si­ła od­po­wiedź. – Zdra­dzi­li­śmy.

 

Koniec

Komentarze

Niezła koncepcja, klimatyczna. Czytało się w miarę przyjemnie. Moment, kiedy lwy do nich podeszły, stanowił przyjemne zaskoczenie.

Skąd afrykański lew wziął jadeit?

– Myślałem, że to lwy są królami dżungli

A ja myślałam, że wolą sawannę.

Babska logika rządzi!

Dzięki :) Pewnie od tego samego pasera, co złoty trybularz. Diler zboczył ze szlaku jedwabnego :D

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Z przykrością muszę stwierdzić, że opowiadanie nie przypadło mi do gustu. Przesłanie tekstu wydało mi się tak łopatologiczno-wzniosłe, że bardziej się nie da, a wykonanie, moim zdaniem, również zostawia wiele do życzenia.

 

Konstrukcje wielu zdań są dziwne, np:

Roześmiane dziewczynki porwały ją do tańca, podziwiając kunszt.

Po/przed “kunszt” brakuje dopełnienia (chyba tak się ta część zdania nazywa?), wskazującego czyj/jaki kunszt podziwiały dziewczynki.

Latynos rozpoznał to penetrujące spojrzenie, wcześniej padło jednak z lwich ślepi.

Te dwa zdania powinny być w jakiś sposób połączone (np słówkiem “który”). No i co z tym “jednak”?

 

Niektóre sformułowania/metafory są bardzo niezgrabne:

pozwolił, aby jego słowa opadły i zginęły w złotej trawie.

Bardzo to dziwnie brzmi.

Ich umięśnione łopatki pracowały niczym tłoki w sportowym wozie.

Zupełnie abstrahując od tego, że łopatki nie pracują (pracują mięśnie ramion), wydaje mi się, że porównywanie ich do tłoków w sportowym wozie jest wyjątkowo nieudane, chociażby dlatego, że silnik samochodowy ma więcej niż dwa tłoki i pracują one zdecydowanie szybciej niż łopatki lwa.

poniósł się cichym szelestem, dopadając serce gnu jak żaden drapieżnik nie jest w stanie

powyższe o pocisku – strzelcem nie jestem, ale wydaje mi się, że pocisk z karabinu to raczej leci z jakimś wizgiem a nie szelestem. Że już nie wspomnę o tym dopadaniu serca…

zacisnął palce na drzewcu karabinu.

Dzida może mieć drzewce. Ale karabin? Nie jestem pewna.

 

 

Niektóre opisy są jeszcze bardziej niezgrabne.

Przewodnicy mieli oczy dookoła głowy, choć z zewnątrz wyglądali na zamyślonych, wręcz znudzonych.

Może lepiej napisz, że przewodnicy się rozglądali czujnie dookoła, choć na pierwszy rzut oka wyglądali na zamyślonych? Jak mają te oczy dookoła głowy, to może się trochę skojarzyć z kosmitami. I aż strach pomyśleć, jak wyglądają od wewnątrz.

Młody lew wygramolił się w końcu z trawy, obnażając spienione krwią kły.

Ciekawam jak się kły mogą pienić? Z mydła są?

przerzedzona grzywa, rozległe blizny oraz surowy wyraz twarzy zdradzały jego starość

Zastanawia mnie w jaki sposób rzadkie owłosienie, blizny i mars na twarzy (o ile lew ma twarz) zdradzają starość? Pomyślałabym raczej, ze opisywany przez Ciebie lew ma chorobę skóry i, powiedzmy ból zęba. Blizny są całkiem normalne u przywódcy stada – w końcu musiał wywalczyć swoją pozycję, nie?

 

No i wisienka:

Z dystansu, bez pościgu, bez honoru i bez walki. Istna egzekucja, niezgodna z naturą.

Patetyczna łopatologia, żywcem z amerykanckich filmów. Moim skromnym zdaniem, oczywiście.

 

Zupełnie nawiasem mówiąc – krew nie ma metalicznego zapachu ani smaku.

Hmm... Dlaczego?

Piękne zakończenie. Ono podeszło mi najbardziej. Wywołuje ciąg skojarzeń, z nagła stawiających tekst w innym świetle. Lepszym.

Drewian

Cieszę się, że poświęciłaś czas na głębsze analizy. No i wreszcie ktoś wytknął mi łopatologię, bo zwykle mam z tym problem w drugą stronę. A co do zapachu krwi, to zakładam, że jesteś wegetarianką albo przesadzasz z kawą/herbatą. Na niedobory żelaza polecam czerwone mięso w drugim wariancie, a w pierwszym szpinak i brokuły. Pozdrawiam!

 

AdamKB

Dzięki!

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Dobry pomysł, wykonanie, niestety, nieco gorsze. Niektóre zdania wymagają remontu.

Najbardziej podoba mi się to, że spotkanie z przyrodą spowodowało rewizję przekonań Estevana o tym, jak należy pojmować bycie mężczyzną. Afrykańska magia dopełniła dobrego wrażenia, które pozostało po przeczytaniu opowiadania. ;-)

 

Młoda ko­bie­ta jakby za­po­mnia­ła o po­ra­nio­nych przez wie­lo­go­dzin­ne lek­cje ba­le­tu sto­pach. – Podczas lekcji baletu można doznać kontuzji stóp, ale chyba nie można ich poranić.

 

Jeśli cie­ka­wy ktoś o zmysł węchu, sa­wan­na o po­ran­ku zna tylko jeden za­pach, woń śmier­ci. – Można być ciekawym czegoś, ale nie o coś.

 

Prze­łknął ślinę i moc­niej za­ci­snął palce na drzew­cu ka­ra­bi­nu. – Raczej: Prze­łknął ślinę i moc­niej za­ci­snął palce na kolbie ka­ra­bi­nu.

 

A ty? – za­py­tał la­ty­nos.A ty? – za­py­tał La­ty­nos.

 

by zła­pać co chwi­lę roz­łą­cza­ją­cy się in­ter­net. – …by zła­pać co chwi­lę roz­łą­cza­ją­cy się In­ter­net.

 

samce, z gę­sty­mi, choć jesz­cze nie w pełni roz­wi­nię­ty­mi grzy­wa­mi. – Lwie grzywy chyba rosną, a nie rozwijają się.

 

Mam wra­że­nie, że ten stary nas doj­rzał, pa­trzył się na mnie… – Mam wra­że­nie, że ten stary nas doj­rzał, pa­trzył na mnie

 

Es­te­van ob­fi­cie wes­tchnął uno­sząc strzel­bę do po­licz­ka. – Na czym polega obfitość westchnienia?

 

Prze­wod­nik za­klął, a La­ty­nos odło­żył lu­ne­tę od oka. – Raczej: Prze­wod­nik za­klął, a La­ty­nos odsunął lu­ne­tę od oka.

 

Ryk­nął gło­śno, a wszy­scy trzej prze­wod­ni­cy unie­śli ka­ra­bin­ki, Gaya skry­ła się za nimi. – Z tego wynika, że Gaya skryła się za karabinkami.

 

Młody lew wy­gra­mo­lił się w końcu z trawy, ob­na­ża­jąc spie­nio­ne krwią kły. – Może: Młody lew wy­gra­mo­lił się w końcu z trawy, ob­na­ża­jąc pokryte spie­nio­ną krwią kły.

 

po­wą­cha­ła jego dłoń, po czym otar­ła się o nią bo­kiem głowy, mru­cząc do­nio­śle. – Czy tu nie miało być: …mru­cząc do­no­śnie.

Problem w tym, że z tego co wiem, duże koty, w tym lwy, nie potrafią mruczeć.

Sprawdź znaczenie słów doniosłydonośny.

 

– Jak? – Es­te­van za­py­tał sza­ma­na, czu­jąc łzy pły­ną­ce mu po po­licz­kach. – W jaki sposób Estevan czuł łzy płynące po policzkach szamana?

 

Nie wie­dział co czuć, co my­śleć– ża­ło­wał. – Brak spacji przed półpauzą.

 

Ko­lej­ne jęki i szlo­chy spra­wi­ły, że trzy­ma­jąc się za rękę… – Ko­lej­ne jęki i szlo­chy spra­wi­ły, że trzy­ma­jąc się za ręce

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy

Jak zwykle na straży! :D Dziękuję za korekty. A co do wątpliwości, to polecam przejrzeć zdjęcia stóp baletnic. Niektóre wyglądają jakby dopiero co wyszarpały nogę z paszczy krokodyla. Także w sumie nie polecam, bo drastyczne i niesmaczne. Grzywa to, co prawda trzeciorzędowa, ale wciąż cecha płciowa. Podobnie jak z kobiecymi piersiami, można powiedzieć, że bywają jeszcze nie w pełni rozwinięte :) Mruczenie lwa, fakt, nie potrafią tego robić na wdechu i wydechu jak mniejsze koty, ale na wydechu produkują coś co ciężko zakwalifikować jako inny dźwięk. Pozdrawiam!

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Bardzo podobał mi się dynamiczny styl narracji. Pisałeś oszczędnie, czuć było że każde zdanie czemuś służy. Nie leciałeś po długich, “malowniczych” opisach afrykańskiej przyrody, to też na plus. Zakończenie nieoczywiste, stawiałem na inne.

Nie do końca przypadła mi do gustu scena z szamanem. Ta zielona mgiełka kojarzy się z czarami z komputerowego RPG. :)

Pozdrawiam.

 

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Zalth

Dzięki!

PS. I love me some RPG :D

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Bardzo ciekawa tematyka. Tekst faktycznie z przesłaniem, ale mi ono nie wadzi. Może dlatego, że idea bardzo współgra z moimi wartościami. A może dlatego, że nie wszyscy zostali ukarani, choć tego się spodziewałam. Ładnie pokazałeś odrębność turystów od tego, co dotyczy tubylców, a tekst nie jest przewidywalny. Zgadzam się, że zakończenie bardzo dużo robi. I jeszcze dodam, że klimat jest świetny przez cały czas, już od sceny w samolocie czuć, że coś wisi w powietrzu. Spodobali mi się bohaterowie, bo od początku są jacyś, wyraźni. Choć  pewnie można by się przyczepić, że z niektórymi detalami nic nie robisz – np co za znaczenie ma fakt, że kobitka jest baletnicą? Aż dziw, że z tymi poranionymi stopami nie chciała zostać w hotelu, zamiast biegać po sawannie ;) 

Mnie również zawiodła scena z metamorfozą i mgiełką. Kiczowato wyszło.

Ale ogólnie – dobry opek :)

Werwena

Wielkie dzięki. Co do ,,niektórych detali’’, muszę bronić się tym, że historia którą miałem do opowiedzenia była dużo obszerniejsza. Dobry pisarz zna całe życiorysy swoich postaci, to nie kukiełki mające odegrać swoje role i wracać do garderoby ;) Limit znaków sprawił, że zdążyłem opowiedzieć tylko historię Estevana. Ale jak potwierdził Zalth,  dynamice tekstu wyszło to na dobre. Pozdrawiam i dziękuję za głos!

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Ciekawy temat. Niby troszkę oklepany, ale nie tak często widoczny w opowiadaniach fantastycznych jak by na to zasługiwał. To na plus. Na minus – odrobinę papierowe postacie bohaterów pierwszoplanowych. Ciężko zinterpretować ich motywacje i zachowania w inny niż narzucony przez autora sposób. Szkoda, bo wieloznaczność i tajemniczość zazwyczaj przydaje tekstom subtelnego uroku, tym bardziej, że najwyraźniej mamy tu do czynienia z czymś na wzór realizmu magicznego, który bazuje właśnie na niedopowiedzeniu i tajemnicy. Tak czy inaczej – opek z całą pewnością wyróżnia się na tle innych publikowanych tu arcydzieł. Pzdr.

...always look on the bright side of life ; )

Bardzo standardowe opowiadanie osadzone w dość niestandardowej scenerii. Rozumiem, że tekst miał opowiedzieć historię i nieść nią przesłanie, ale morał podany jest troszkę zbyt łopatologicznie, by skłonić do faktycznej refleksji. Ale cóż, wszystkiego mieć nie można. Czytało się za to całkiem przyjemnie.

Uwagi zaksięgowane, dzięki panowie!

 

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Doceniam uwzględnienie makabrycznego zdebilnienia społeczeństwa – fejsik, snapki, foteczki, gadżety przylepione do ręki, brak krytycyzmu, bałwochwalstwo. 

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Dzięki :) To właśnie był ,,premise’’ postaci Gayi, no ale jej pełna historia już nie weszła.

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Dobry tekst. Podobała mi się egzotyczna sceneria i przesłanie. Miałem przeczucie, że “przygoda” skończy się dla bohaterów mniej przyjemnie.

 

Te, które robiła moja siostra są chyba najlepsze –> Te, które robiła moja siostra, są chyba najlepsze

– Problemy pierwszego świata – Estevan uśmiechnął się. → – Problemy pierwszego świata. – Estevan uśmiechnął się.

poczuł jak serce tłucze → poczuł, jak serce tłucze

Pokryty bliznami samiec, stał obok → Pokryty bliznami samiec stał obok

 

Dzięki! Poprawione :)

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Klimatyczne opowiadanie zwieńczone dość niezwykłym zakończeniem.

A to bardzo mi się spodobało: Estevan poczuł się nieswojo, ogarnął go paniczny lęk, raniąc dumę i kalecząc honor.

 Z czystym sumieniem klikam bibliotekę.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dziękuję, kłaniam się nisko :)

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Szczerze powiedziawszy, jestem zaskoczony, że opowiadanko dostało się do biblioteki. To chyba efekt  domina…

Tym razem, Shadziowaty, tekst mi nie podszedł – przede wszystkim jest nachalnie umoralniający, a ja cenię raczej moralny niepokój. Poza tym lubię, gdy postacie mają w sobie coś, są niejednoznaczne albo cholernie przewyraziste – u Ciebie wyszły, moim zdaniem, mdłe, papierowe, martwe. Kolejna sprawa to fabuła, którą traktuję zawsze jako sprawę drugorzędną, jeśli przy lekturze dzieła moralny niepokój i postacie potrafią sprawić, że tekst mnie wciągnie – tu też jej nie było. Język i styl też raczej przeciętne. Podsumowując – w tym tekście nie ma nic godnego uwagi; więcej nie zaglądam do biblioteki… :(

Sorry, taki mamy klimat.

Wszystkim dogodzić nie sposób i choć przyjmuję twoją krytykę z pokorą, zmuszony jestem bronić swoich ,,bibliotekarzy". Tekst z góry miał zawężoną grupę docelową, do ludzi o specyficznych wartościach. Nie narzekam, ale zwykle na potrzeby limitu trzeba zrezygnować z pewnych rzeczy. Można ciąć równomiernie i liczyć, że ,,średniość" tekstu przyniesie efekt. Mnie to słowo brzydzi, więc zaakcentowałem najmocniej to co chciałem przekazać.

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Możesz nazwać/okreslić te specyficzne wartości?

Sorry, taki mamy klimat.

Po pierwsze, wyrosłem z dokonywania analizy i interpretacji własnych tekstów. Jeżeli nie udało ci się wyłonić ich z treści, wątpię by zaserwowanie ich tutaj wpłynęło na twoją ocenę.

Po drugie, nie widzę nic złego w tym, że uważasz mój tekst za ,,piece of crap’’, nawet mi się to podoba, bo to oznacza, że sporo pracy przede mną. A uwielbiam wyzwania. Jednak atakowanie użytkowników, którzy mają inne zdanie jest niskie i małe. Do mnie powinieneś mieć pretensje, a nie do nich. Każda z tych osób zapracowała sobie na ,,prawo głosu’’ i to, że tak a nie inaczej zdecydowała to ich decyzja. Rozumiem, gdyby to działało na zasadzie łyżek w PRL-owskich barach, wtedy mógłbyś mieć pretensje. A uwaga o efekcie domina… No cóż, haters gonna hate.

Po trzecie, mam nadzieję, że znajdziesz coś godnego uwagi w moich kolejnych pracach, bo każda kolejna będzie o niebo lepsza.

Pozdrawiam i życzę sukcesów.

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

że uważasz mój tekst za ,,piece of crap’’

atakowanie użytkowników, którzy mają inne zdanie jest niskie i małe

haters gonna hate

Aż trudno mi uwierzyć, że powyższe cytaty są reakcją na akurat mój komentarz do Twojego tekstu. Oo

Sorry, taki mamy klimat.

Cóż, niby samo przesłanie tekstu mi bardzo pasuje, ale nie lubię, jak mi się przesłanie wkłada łopatą do głowy. Trochę to wszystko jest za proste, postacie zbyt stereotypowe i za mało żywe, Afryki też w tym wszystkim jakoś, paradoksalnie, mało. Może gdyby myśl przewodnia wychodziła z tekstu jakoś tak mimochodem, albo była przełamana jakimiś wątpliwościami moralnymi, albo chociaż gdyby dodać więcej grozy i elementu rozrywkowego, to może. 

 

Plus za testosteron w tuszu do rzęs i za klimatyczną scenę z lwami.

 

Ogólnie: fajny pomysł, ale jak dla mnie za bardzo uprościłeś wizję świata.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Mirabell

Dzięki. Zauważyłem, że nie mogę pozwalać tekstom siedzieć za długo w głowie i rosnąć jak na drożdżach. Bo potem przychodzi przelanie tego na papier i limit się dubluje, a potem trzeba ciąć na chama. Cierpią na tym postacie, ,,domyślunek przesłania’’ i otoczenie. Cieszę się, że chociaż w roli kampanii społecznej tekst się odnajduje :D

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Podoba mi się tytuł. Jest bardzo mocny, przyciągający uwagę, a przy tym wszystkim adekwatny do treści. Mam wręcz wrażenie, że to bardziej opowieść tworzyłeś pod niego, niż odwrotnie.

Samo opowiadanie tez mi się podobało. Ma kilka mankamentów, jak choćby ta wytykana Ci przez wszystkich łopatologia czy ewidentne przerysowanie postaci (przede wszystkim Gaya – swoją drogą: specjalnie wybrałeś jej takie, a nie inne imię?) i ich późniejszych przemian (Estevan), które, prawdę mówiąc, męczyły mnie o wiele bardziej niż dosadność przekazu.

Mimo wszystko i tak dałem się porwać afrykańskiej magii i świetnemu stylowi narracji, fajnym, a momentami wręcz pięknym opisom, oddającym, moim zdaniem laickim, klimat sawanny wspaniale. Aż zatęskniłem do „W pustyni i w puszczy”.

Wstawki traktujące o obyczajności miejscowych, ich kulturze i polityce, zwłaszcza wobec turystów, również są… może nie to, że świetnie oddają rzeczywistość, bo nie mnie to oceniać (choć uważam, że prawdopodobieństwo jest tutaj spore), co po prostu bardzo przekonujące. Wykonanie też robi robotę. W ogóle widać, że z warsztatem u Ciebie coraz lepiej. A to cieszy.

Mówiąc krótko, czytałem z prawdziwym zainteresowaniem i przyjemnością, a zakończenie, mimo że jest mocnen kopen prosten w dupen z ciężkeen glanen, wydaje mi się odpowiednie. A przy tym zrobiło na mnie odpowiednio mocne wrażenie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Fantastyka – jest

Wakacje – są

 

Na początku podejrzewałam, że skoro przewodnicy są tak uprzejmi, to kryją się za tym jakieś niecne zamiary… Że turyści zostaną złożeni lwom w ofierze, zwabieni w pułapkę, cokolwiek. Przyznam, że brak takiego zaskoczenia mnie zaskoczył :)

Podobały mi się opisy otoczenia i przyrody – bardzo fajne i plastyczne, czasem były jakieś usterki, ale i tak nie przysłoniło to uroku sawanny. Niemal czułam się, jakbym tam była. Ilość Afryki w Afryce – odpowiednia :) Głowni bohaterowie mogliby być nieco bardziej wyraziści, według mnie być może przerysowałeś pewne cechy, ale nie dodało to bohaterom “krwistości” lub pełnowymiarowości.

Scena z szamanem mi nie przeszkadzała, też lubię erpegi, więc efekty specjalne były ok.

Oprócz wspomnianych przez przedpiśców usterek językowych, bardzo dokuczyła mi łopatologia. Sam przekaz bardzo fajny, wręcz szczytny, ale wolałabym, gdybyś trochę inaczej przedstawił pomysł. Przy takim tekście przydałoby się nieco większe pole do refleksji, niż pozostawiłeś czytelnikom.

Opowiadanie nie jest złe, ale warto nad nim popracować zarówno pod względem usterek, jak i zmniejszenia łopaty do wielkości saperki.

Cieniu, tytuł zawsze komponuję na końcu, po wszystkich korektach. Było wiele opcji :)

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

W niecałą godzinę dotarli do hotelu[+,] w którym państwo Cuaresma mieli się zatrzymać.

I tutaj jest problem z przecinkami: 

Gdy opadła, Estevan dojrzał starego, pokiereszowanego lwa wgryzającego się w, owianą rojem much przynętę.

Podobało mi się :)

Przynoszę radość

Nowa Fantastyka