- Opowiadanie: Ghlas cailin - "Czarny Kryształ" vel "Czarowne Grajdełko", czyli mój dzień nie jak co dzień

"Czarny Kryształ" vel "Czarowne Grajdełko", czyli mój dzień nie jak co dzień

Podejście numer dwa: tym razem nie poetycki szorcik, a opowiadanie jak się patrzy po trzykrotnej korekcie. :)

(Mam nadzieję, że w miarę poprawne, pomimo tego, że konstrukcja niektórych zdań może komuś zazgrzytać jak piasek w zębach.)

 

Zastanawiałam się, czy dodać tag “parodia”, ale uznałam, że lepiej zostawić, jak jest. A garstka odniesień niech nadaje smaczek.

 

Zatem, bon appetit.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Werwena, Nevaz

Oceny

"Czarny Kryształ" vel "Czarowne Grajdełko", czyli mój dzień nie jak co dzień

Gdy moje poirytowanie osiągnęło apogeum, zamajtałem wściekle bosymi szpyrami. Wzburzona gwałtownym ruchem woda nie odpędziła natrętnego komara, za to skutecznie wypłoszyła każdą rybę zainteresowaną larwą na haczyku. Potencjalna kolacja poszła, lub raczej odpłynęła się kiwać. Podobnie jak suchość spodni.

 

– Cholipa, schnąć będą godzinę – wyburczałem, energicznie trąc bąble po ukąszeniach.

 

– Na mą brodę! – zakrzyknął Pierwiosnek, nie odnosząc się bynajmniej do stanu mej odzieży lub pogryzionej skóry. Spojrzałem na niego z ukosa i pomyślałem, że brązowawej szczecinie pokrywającej dolną część jego twarzy daleko było jeszcze do dumnego mienia brody. Nie wyraziłem poglądu na głos; szczerze wątpiłem, by mój towarzysz rejestrował teraz zewnętrzne bodźce inne od tych, których źródłem było trzymane przez niego cacko.

 

Pierwiosnek był trubadurem. Wedle krążących słuchów trubadurem o piekielnym talencie i nie mniej wyjątkowej renomie. O zdolności, którą miałem okazję zaobserwować osobiście, mówiło się znacznie mniej: miał bowiem ów bard nieprzeciętny dar do wyprowadzania ludzi z równowagi.

 

– Ooo niebiosa – stęknął, gdy z głośnika popłynęły dźwięki gitary basowej. Fikuśny kapelusz z bażancim piórem aż zsunął mu się z czoła. – Niech no pokażę to Gerardowi…

 

– Nikomu nie będziesz niczego pokazywał. A poza tym, ki Gerard?

 

Nie słuchał. A jakże.

 

Skąd głośnik, spytacie, jaka gitara basowa? Spodziewaliście się kolejnej historyjki osadzonej w średniowiecznych klimatach? I słusznie, bo jedynym niepasującym elementem tej iście epickiej układanki jestem ja i mój smartfon.

 

Nie przedstawiłem się? Wybaczcie nietakt. Kamiński Grzegorz. Adres, jeśli ktoś ciekaw, Fredry osiemnaście, Poznań. Tam właśnie, w zewsząd orypanej, wiekowej kamienicy wiodłem sobie względnie spokojny żywot studenta. Pewnego wieczora, dzień jak co dzień, wsiadłem do tramwaju linii szesnaście, w zamiarze mając wysiadkę po pięciu przystankach. Wehikuł zgrzytał, ja czytałem, sunęliśmy przez ulice miasta. Dzień jak co dzień przestał być "jak co dzień", gdy słysząc, że tramwaj się zatrzymuje, podniosłem wzrok znad lektury. I, chcąc czy nie chcąc, wysiadłem – planowo na piątym przystanku.

 

Przystankiem owym, ku mojemu, lekko mówiąc, niedowierzaniu, było serce sosnowego lasu. Wolę nie wyobrażać sobie durnoty mojej miny, kiedy na trzęsących się nogach opuszczałem magiczny środek komunikacji miejskiej pośród melodyjnego szumu drzew i pięknego trelu słowików. Tudzież innego drobiu.

Bez obaw, oszczędzę wam szczegółowych relacji o tym, jak nieszczęsny młodzian po paru godzinach samotnej włóczęgi po lesie – jak się okazało, pasażerowie szesnastki wraz z maszynistą w niewyjaśniony sposób zniknęli – dotarł w końcu do ludzkiej osady. Pominę też bogaty opis przeżyć wewnętrznych młodziana, gdy dotarło do niego, iż znalazł się w wiosce rodem z sienkiewiczowych “Krzyżaków", a czas zdaje się przemierzać aktualnie epokę średniowiecza.

 

Właśnie tam, po długim czasie tułaczki wśród drewnianych chat i nieprzychylnych spojrzeń wieśniaków, poznałem Pierwiosnka. Okoliczności spotkania ludzi z dwóch różnych światów powinny być świetnym materiałem na poemat, nie sądzicie? Otóż w naszym przypadku nie były. Chyba, że poemat miałby opiewać jednoczącą moc wspólnego lądowania na obszczanym przez psy bruku, po uprzednim otrzymaniu sowitego kopa w dupę.

 

Różnica między nami opierała się na tym, że Pierwiosnek, lubieżnik jeden, wyleciał z karczmy za podszczypywanie tyłków uroczych kelnerek, ja zaś nie zawiniłem niczym. Wystarczyło, że z obłędem w oczach wtoczyłem się do oberży ubrany w przetarte dżinsy i koszulkę Iron Maiden. Nie pomyślałem wtedy, że miejscowi mogą uznać mnie za wcielenie demona spowite w diabelskie szaty. Prawdę mówiąc, mało wtedy myślałem.

 

~~~

 

Poleżeliśmy chwilę, Pierwiosnek – wijąc się, złorzecząc karczmarzowi i przeklinając go aż do dziesiątego pokolenia, ja – pogrążony w milczeniu i czarnej rozpaczy.

 

Jak po każdym upadku należało jednak otrzepać się i wstać. Choćby był to upadek ze szczytu osi czasu aż do wieku, na oko, czternastego. Tak więc otrzepałem się i wstałem.

 

Pierwiosnek został moim towarzyszem, a przy okazji osobistym przewodnikiem. Jako trubadur był we wiosce przejazdem, nie miał więc tu znajomych, a tym bardziej przyjaciół. Można powiedzieć, że zaraz po wykopaniu z karczmy była to druga rzecz, która nas łączyła. Trzecią, jak wnet się okazało, był brak pieniędzy. Och, przepraszam, w kieszeni miałem dwa złote – kiedy spróbowaliśmy zapłacić nimi za kloc czerstwego chleba, piekarz obśmiał się zdrowo, nazwał polską walutę śmiesznymi krążkami z ptaszydłem na rewersie i nakazał się wynosić. Jak to mówią? Wyżej wała nie podskoczysz.

 

W nadziei na posilenie się choćby pieczonym pstrągiem zawędrowaliśmy nad leśny potok, zgrabnie wijący się czystą wstążką pośród dębów i iglaków. Pierwiosnek prowadził. Jako że nie należał do osobników powściągliwych w mowie, od początku do końca tego długiego spaceru gęsto szpilował mnie pytaniami. Ale któżby uwierzył w odpowiedzi, choćby i miał duszę oraz wyobraźnię artysty…

 

I tak właśnie, pomimo usilnych i cierpliwych (do czasu) zaprzeczeń, zostałem Grehozem z Fredrenii.

 

– Grehozie…

 

– Grzegorzu – wymamrotałem z przyzwyczajenia, bo traciłem już nadzieję, że uniknę przymusowej zmiany imienia.

 

– …Przyznaj się – bard odlepił wzrok od ekranu mojego LG Spirit – że jesteś magiem.

 

– Zaręczam, że nie. – Zarzuciłem prowizoryczną wędkę z kija i sznurka nieco dalej od brzegu.

 

– Nie kręć! – Pierwiosnek wyraźnie się oburzył, lecz chwilę potem jego ton spokorniał, jakby bał się, że rzucę na niego urok. – Tylko czarownik mógłby trzymać w zanadrzu tak potężny artefakt.

 

– Gdyby był to potężny artefakt, myślisz, że pozwoliłbym tobie się nim bawić?

 

Do moich uszu dotarł tylko przerażony krzyk; najwyraźniej playlista odtworzona na nieustępliwe prośby Pierwiosnka – który gorąco zapragnął wysłuchać muzyki z tajemniczego prostokątnego kryształu – dotarła do metalowych kawałków. Westchnąłem. Zatknąwszy wędkę za korzeń podszedłem do porażonego grozą trubadura.

 

– Ki czort? Piekielne dźwięki… – bąkał, gdy podnosiłem upuszczony przezeń telefon. Mimo woli przypomniałem sobie mego wuja-zakonnika, mającego podobne zdanie na temat moich muzycznych gustów.

 

Pierwiosnek uspokoił się, gdy włączyłem utwór z celtyckiego repertuaru, którym także nie gardziłem. Odszedłem z powrotem do brzegu, pozostawiając barda wsłuchanego w nowe, piękne melodie z zamglonymi zachwytem i wzruszeniem oczyma.

 

~~~

 

Trzeba przyznać, że i ja zdołałem wywiedzieć się tego i owego od Pierwiosnka. Zważywszy na jego gadulstwo nie było to zadanie trudne.

 

Wiedziałem już, na przykład, że nie znajduję się w moim uniwersum. Magia? Smoki? Potwory, zamczyska, czarodzieje?

 

Mój towarzysz trubadur opowiadał o nich w sposób zupełnie naturalny, w jaki opowiada się o realiach otaczającego świata.

 

To nie był mój świat. Ani współczesny, ani sprzed wieków. Czytaliście kiedyś może powieści o podróżach w czasie i przestrzeni? Jasne, że czytaliście. Każdy czytał.

 

A kto uwierzył?

 

Nikt?

 

Któż by się w ogóle zastanawiał nad prawdziwością fantastyki? Gdyby spojrzeć nań z polonistycznego punktu widzenia, to przecież oksymoron.

 

Pomimo tego, wierzcie mi, zacząłem się zastanawiać całkiem poważnie. Bo ja, w przeciwieństwie do was, w fantastyce znalazłem się duszą i ciałem.

 

– …ale po tym, jak ostatnio plemię Wróży cholera zdziesiątkowała, z żywej flory mało kto czerpie Moc. Wolą ryć pod ziemią, tam, jak mi Gerard mówił, linie energetyczne biegną. Teraz to co spluniesz kratery i japy w gruncie. Eech, te czasy nieodnawialnych źródeł… Ale, psiamać, co ja się tam na tym znam… Grehoz, słuchasz ty mnie?

 

– Ja? – otrząsnąłem się z sennego zamyślenia.

 

Może i domeną Pierwiosnka były ballady, lecz niezaprzeczalnie mógłby stać się mistrzem w komponowaniu kołysanek. Ba, nie musiałby nawet układać do nich melodii.

 

– Oczywiście, że słucham. Myślałem tylko nad tym, co mówiłeś wcześniej… Te Karłole, Elfiki i Gnumy… I cała reszta…

 

– We Fredrenii takich nie ma – stwierdził, nie zapytał, i uśmiechnął się pod nosem. – Dziwne to twoje królestwo.

 

Z ust mi to wyjął.

 

– Ale magię znacie – potrząsnął lekko smartfonem, którego ni prośbą, ni groźbą nie mogłem odzyskać. Cóż, jakkolwiek by nie było, w tym miejscu nie było z niego wielkiego użytku. – Inną bo inną, ale magię.

 

– Jaką znowu magię – żachnąłem się. – Ja nawet nie wiem, co za cud sprawił, że się tu znalazłem.

 

– Grehoz, nie jojcz. Jutro gram na weselu, po to tu do wsi zajechałem. Pośpiewam, zarobię, a jak nocka nastanie to smutki w miodzie utopimy. Lepszą karczmę znam niż melina tego skurczybyka, niech go dżuma… – splunął przez ramię. – A w ogóle to co bajdurzysz, że magii nie znacie, skoro nawet zwykły śmiertelnik taki jak ja wyczuwa wibracje energii…

 

Byłem pewien, że źródłem tych cudownych "wibracji energii" był przycisk kontroli głośności, wciąż nieświadomie przyduszany przez pierwiosnkową dłoń. Nie polemizowałem jednak.

 

– U nas magia to technika – powiedziałem. – Masz ją na każdym kroku i na wyciągnięcie ręki. Ale kto wie, może i na swój sposób to nasza magia… Tylko nam już spowszedniała…

 

W mądrościowe rozważania wpadałem w dwóch sytuacjach: gdy przytłaczał mnie ciężar edukacji lub wtedy, gdy po opróżnieniu trzech puszek piwa znajdowałem się w stanie podchmielenia. Skoro w tym wypadku nie było to uzasadnione żadną z powyższych możliwości, znak, że źle ze mną.

 

Ale mogło być gorzej, Grzechu – rzekłem do siebie w myślach, trąc powieki. – Mogłeś trafić do cukierkowego świata japońskich kreskówek.

 

Nie złowiliśmy nic. Następnego dnia głodówkę wynagrodziliśmy sobie z nadwyżką, gdy zostałem przebrany i dyskretnie przemycony na ucztę weselną. Jadłem, wtapiałem się w tłum i słuchałem, jak Pierwiosnek robi istną furorę pośród rozentuzjazmowanego jego nowymi kompozycjami plebsu.

 

I przyznam, że instrumentalna wersja kawałków Green Day'a wygrywanych na lutni palcami wprawnego artysty brzmiała naprawdę dobrze.

 

~~~

 

Siedziałem w najwyższej komnacie w najwyższej wieży niczym żywa parodia królewny Fiony. I podejrzewam, że nawet zielona ogrzyca w sukience nie mogła prezentować się gorzej niż ja w przydługim prześcieradle, które tutejsi zwykli dumnie zwać szatą mędrca.

 

Tak. Zostałem mędrcem.

 

Przebywałem w fantastycznej krainie Czeczeczenii od niemal dwóch miesięcy. Pierwszy z nich był istną sielanką, czego z własnej woli nie powiedziałbym w owym czasie. Cóż. Teraz sprawy przybierały inny obrót. Teraz tęskniłem do włóczęgi z Pierwiosnkiem, do nocowania na sianie, do muzyki lutni i fletów, do śmiesznych przekleństw, a zwłaszcza do kilku ślicznotek, które miałem szansę bliżej poznać w tamtym okresie. Cholera, tęskniłem nawet do nieprzyprawionego, pozbawionego smaku żarcia i przedziwnych napotykanych stworzeń, o których nigdy nie było mi wiadomo, czy dadzą się pogłaskać, czy zechcą odgryźć łydkę.

 

Wraz z końcem miesiąca nadeszły burzowe chmury. I dosłownie, i metaforycznie. Rozpoczął się sezon nawałnic – pamiętam dokładnie, jak pewnego ulewnego wieczora do zajazdu, w którym gościłem z Pierwiosnkiem, wparowali uzbrojeni po uszy najemnicy. Brakowało tylko złowieszczego grzmotu w tle, gdy trzasnęli drzwiami, niemal wyrywając je z zawiasów, i stanęli w progu gospody. Przybyli po mnie. A wszystko przez telefon.

 

Jak się okazało, ściany miały uszy. Wieść o "dziwacznej, grającej maszynce", której byłem posiadaczem, rozeszła się jak krąg po wodzie, pomimo tego, że o smartfonie nie wspominałem nikomu i skwapliwie pilnowałem sznurowania ust Pierwiosnka. Gdyby gildia Magów dowiedziała się o nowym, nieznanym artefakcie, który za tajemniczą sprawą pojawił się w Czeczeczenii, nam obu nie wyszłoby to na dobre. Najwyraźniej milczenie nie wystarczyło, by obawy się nie spełniły. Tamtej nocy najemni zbrojni skuli i zapakowali do wozu mojego najserdeczniejszego druha barda. Więcej o Pierwiosnku nie słyszałem. Ubolewałem nad tym długo – miałem na to czas. Mnie bowiem najemnicy zawieźli daleko w góry, prosto do siedzib czeczeczeńskich magów. Spośród zespołu wysokich pod chmury, monumentalnych niczym sekwoje wież, Magowie wybrali najbardziej strzelistą, by osadzić w niej Bogu ducha winnego studenta.

 

Fakt, że nie zostałem przesłuchany, torturowany i zabity, lub choćby spalony na stosie za sam nadruk na ukrytej w bagażu koszulce (nie omieszkano przeszukać moich rzeczy w zajeździe), zawdzięczałem tylko temu, że nikt prócz mnie nie był w stanie obsłużyć smartfona. Mianowali mnie zatem Grehozem, Powiernikiem Czarnego Kryształu – ta, śmiejcie się, śmiejcie – a Rada magów postanowiła nawet powołać Kryształowych Kapłanów, mających stanowić moją świtę.

 

Świta oczywiście korzyła się i całowała stopy, lecz w sprawach wagi wyższej niż dostarczenie obiadu stosowała się wyłącznie do rozkazów Gildii. Zaś całą moją wolnością, wolnością mędrca i Powiernika, była swoboda spaceru po komnacie. Żyłem pod kloszem, karmiony nektarem i ambrozją, w pięknej, złotej klatce wymoszczonej jedwabnymi poduszkami.

 

Tak. Miałem czas opłakiwać los Pierwiosnka i mój własny. Na tym upłynął mi drugi miesiąc.

 

Wraz z początkiem trzeciego rozpętała się wojna.

 

 

~~~

 

 

Wynurzyłem się z morza pierzyn i zebrałem siły woli, by wstać. Ziewając, leniwie rozciągnąłem mięśnie, co o mało nie skończyło się potknięciem o własną szatę i spektakularnym fikołkiem. Przytrzymałem się niskiego stolika z marmuru, na którym pyszniła się ogromna, srebrna taca z wypucowanymi do połysku owocami. Aż żal było zjadać.

 

Ostatecznie porwałem jabłko ze szczytu sterty; wgryzając się w mączysty miąższ, od niechcenia okrążyłem misternie rzeźbiony trójnóg z brązu. Niewyobrażalna doniosłość i znaczenie niniejszego postumentu były tak wizualnie podkreślone (naprawdę wystarczyłoby samo ustawienie go na samym środku komnaty), że brakowało tylko wielkich, czerwonych strzałek i neonów wyświetlających napis "OTO CZCIGODNY KRYSZTAŁ".

 

Skąd wiem, że akurat z brązu? Prosty algorytm. Automatycznie wchodzi w myśl po niespełna kwartale spędzonym w Czeczeczenii.

 

Czy badany obiekt jest bronią, rynsztunkiem tudzież innym oporządzeniem?

Nie? Stal i żelazo odpada.

Czy wyżej wymieniony obiekt jest przedmiotem o zastosowaniu magicznym, mistycznym lub metafizycznym?

Nie? Wszelkie wymyślne metale z zakamarków układu SI odpadają.

Brąz.

 

Ale pomińmy kowalskie dywagacje.

 

Na trójnogu, umoszczony w poduszeczce z czerwonego atłasu, dumnie prezentował się mój LG Spirit, o tyle komicznie, że wyglądał, jak czczony obiekt kultu. Nomen omen, właściwie nim był. Pamiętacie palantiry? Te czarne kule z Władcy Pierścieni, źródła schiz lub obsesji połowy istotniejszych postaci w "Dwóch Wieżach"? No, więc macie porównanie, czym w Czeczeczenii stał się telefon.

 

Przeszedłem obok niego obojętnie i wstąpiłem na balkon, zawieszony setki metrów nad łańcuchem Gór Strzępistych. Chłód pokąsał mnie dotkliwie jak niegdyś komary nad rzeką. Na horyzoncie zbierały się stada nimbusów. Zastanawiałem się, kiedy nastąpi dzień, w którym oprę się o kamienną balustradę i ujrzę pod tymi chmurami rzędy wojowników z chorągwiami.

 

Szykowała się wojna o smartfona. Miałem chęć płakać i śmiać się jednocześnie.

 

Od przeszło tygodnia do szczytu mojej wieży dobiegały dźwięki broni kutej w magicznych kuźniach. Z racji tego, że wolni i niezrzeszeni czarodzieje spoza Gildii również pożądali Czarnego Kryształu, Magowie przechwytując mnie naroblili sobie wrogów. Pozapartyjni skrzyknęli ziomków, za pomoc obiecali Czeczeczeńczykom gruszki na wierzbie, i sru, oto konflikt jak malowany. Proszę bardzo, niech się leją. Ale beze mnie.

 

Poryw zawodzącego wiatru targnął moją szatą. Aż się wzdrygnąłem. Zawinąłem krok i wróciłem do wnętrza – nawiasem mówiąc, niewiele cieplejszego. Z wysokiego sklepienia komnaty zwisał gruby sznur. Chwyciłem go oburącz i silnie pociągnąłem; rozbrzmiał melodyjny dzwon. Nie upłynęło dziesięć minut, a na krętych, granitowych schodach rozległ się ociężały tupot. Przez wąskie drzwiczki do komnaty wpadł opasły, zdyszany kapłan.

 

– Ta-ak, wielebny Po-owierniku? – skłonił się do ziemi. A raczej miał zamiar, bo stracił równowagę i runął na kolana.

 

– Zimno tu. Idzie sczeznąć. Zrób coś z tym.

 

– Tak, wielebny Powierniku.

 

Obrócił się na pięcie, przed drzwiami przypomniał sobie, że nie pokłonił się na odchodne i zreflektował się czym prędzej, po czym opuścił moją kwaterę.

 

Opadłem na szerokie łoże w ściennej wnęce i westchnąłem, tonąc pośród mięciutkich poduch. Śmiertelnie znudzony, kątem oka zerknąłem na najciekawszy obiekt w pomieszczeniu – emanujący granatową poświatą kamień. Jego chropowatą powierzchnię przecinały kobaltowe żyłki. Sporadycznie pulsowały jaśniejszym kolorem, a wtedy trzy obwiązane wokół minerału sznureczki, połączone odpowiednio ze stopami brązowego trójnogu, unosiły się nienaturalnie. Nabyte doświadczenie sprawiło, że żaden z dziwów Czeczeczenii nie mógł mnie już zaszokować, choćby był to ziejący ogniem brontozaur wielkości Empire State Building. Cóż, magiczny zasilacz obalił to przekonanie.

 

Po krótce zrelacjonuję wam, jak się sprawy z zasilaczem miały. Przez pierwszy miesiąc korzystałem z telefonu oszczędnie – to znaczy prawie wcale. Rękoma i nogami odpychałem Pierwiosnka od odtwarzacza muzyki. Żywiłem nadzieję, że smartfon nie zdechnie w przeciągu tygodnia, jednakże w przedziwny sposób bateria przetrzymała miesiąc z niewielkim hakiem. Widocznie tutejsza atmosfera sprzyjała podtrzymaniu energii – w jaki sposób, nie wnikam. To przecież fantastyka.

 

Bateria rozładowała się natomiast w dzień po moim przybyciu do siedziby Gildii, jakby surowe, górskie powietrze jej nie służyło. Łatwo sobie wyobrazić, co zapanowało wśród Magów. Płacz, jęk i zgrzytanie zębów. Jakoś sobie z tym, wiedzcie, poradzili – mianowicie ogłosili środowiskowy konkurs na reanimację LG. Zasady: każdy chwyt dozwolony. I tak nie upłynęło dziesięć dni, a ustrojstwo stało podłączone, kamlot migał, bateria grzecznie się ładowała, a zwycięzca zawodów pławił się w złocie. Jednym słowem, magia.

 

Mierzyłem spojrzeniem zgaszony wyświetlacz, dokonując wewnętrznej analizy – czy mam ochotę go rozświetlić?

 

Nie miałem.

 

Tkwiłem tu, przypominam, miesiąc. Do używania LG miałem pełne prawo – moi gospodarze, istni łaskawcy, zezwolili mi na korzystanie z osobistej własności. Korzystanie zarówno swobodne, jak i mające na celu realizację ich planów pod etykietką "ściśle tajne przez poufne". I tak wszystkie stare wiadomości zostały przeczytane, gry ukończone, albumy przesłuchane, zdjęcia obejrzane. Zdjęcia…

 

Zmieniłem zdanie. Zwlokłem się z łoża i krokiem pozbawionym energii poczłapałem ku trójnogowi. Dwukrotnie puknąłem palcem w ciemny ekran, który pod dotykiem rozbłysnął kolorem. Wprowadziłem króciutkie hasło – jedyną rzecz, która utrzymywała Magów w przekonaniu, że jestem zbyt użyteczny, by mnie zabić. Z tapety wyświetlacza uśmiechnęła się do mnie moja dziewczyna. Gapiłem się w jej zastygłe, zmrużone oczy pociągnięte kreską i zastanawiałem się, czy gdzieś daleko w Poznaniu wciąż na mnie czeka. Możliwe, że znalazła sobie innego. W końcu, któż by tak znikał bez słowa pożegnania?

 

Coś w środku zakłuło.

 

I nagle zdecydowałem: ucieknę dziś w nocy.

 

~~~

 

Planowałem ustawić cichy budzik na godzinę drugą. W praktyce przez całą noc nie zmrużyłem oka. Już po pierwszym podrygu wibracji, zanim pierwsza nuta dzwonka wybrzmiała na dobre, niezgrabnie kłapnąłem ręką i wyłączyłem alarm. Narastające wewnątrz napięcie wymiotło ze mnie senność.

Schowałem LG pod pazuchę i bez wahania ruszyłem ku drzwiom. Po drodze skubnąłem winogrono z patery na stoliczku. Przez chwilę międliłem w ustach kwaśną, twardą skórkę, zaręczam, że jeszcze kwaśniejszą i twardszą niż skórki naszych krajowych. Poddałem się i wyplułem resztki owocu przez okno. Żywiłem cichą nadzieję, że wylądują na głowie jakiegoś Maga.

 

Leciutko uchyliłem dębowe drzwi i cichaczem ruszyłem po schodach. W połowie drogi zacząłem odczuwać zawroty głowy. Musiałem przytrzymywać się zaokrąglonych ścian, by nie runąć w dół na łeb na szyję. Ostatnie dwadzieścia stromych stopni przebyłem wolno i bezszelestnie.

 

Okute drzwi na dole prezentowały się potężnie, a ich grube drewno zdawało się być twarde jak najprawdziwsza skała. W górnej części umieszczono zakratowany otwór; przez niego do wnętrza wieży sączyło się rozedrgane światło pochodni. Wiedziałem, że przejście nie było zaryglowane – magowie byli absolutnie pewni, że wystarczy postawić przed nim zapuszkowanego w zbroi strażnika, by skutecznie uniemożliwić mi ucieczkę. A ja? Ja zupełnie się z nimi w tym rozsądnym rozumowaniu zgadzałem.

 

Teraz jednakowoż tańcowałem na granicy desperacji, a czyny desperata przeczą logice i rozsądkowi.

 

Pchnąłem drzwi i wypadłem na dwór jak szaleniec. W pierwszym odruchu zaskoczenia – a zaskoczenie to mało powiedziane – nieszczęsny strażnik zesztywniał od stóp do głów. Podskoczył, aż ze łba spadł mu szyszak. Korzystając z owej chwili capnąłem opartą o mur halabardę (rada na przyszłość: nigdy nie odkładać broni na bok) i zdzieliłem biedaka po czerepie, zanim zdążył krzyknąć. Ba, nie zdążył nawet odtajać. Osunął się na zmarzniętą ziemię z metalicznym brzękiem.

 

Z przemożnego uczucia triumfu niemalże pisnąłem. Przez moment pląsałem ze szczęścia w miejscu, po czym, odrzuciwszy halabardę, puściłem się biegiem ku granicy lasu, pozostawiając gąszcz wież za sobą. Magiczne detektory na granicy terenu siedzib nie zawyły alarmem. Wiedziałem, że nie zawyją. Podsłuchałem kiedyś, że "Czarny Kryształ" w przedziwny sposób dezaktywuje wyrysowane różdżką linie czujników.

 

– Ha! Fale elektromagnetyczne, motherfuckers! – Cudem powstrzymywałem się, by nie drzeć się na całe gardło. Głos mi się łamał. – Wolę zdechnąć w tej tundrze, niż gnić tam u was jak pieprzona królewna w wieży!

 

 Wpadłem do ciemnego, zimnego, iglastego boru. Biegłem dalej, nawet wtedy, kiedy zamknął się nade mną dach koron sosen i jodeł, a na drodze stanęły świerki. Potykałem się o gałęzie i chwiałem, a dyszałem jak sto miechów. I śmiałem się jak wariat.

 

 Aż do momentu, w którym spomiędzy drzew wyłonił się ciemny kształt, zawirował szybko i wyciągnął coś zza pleców. W następnym…

Hm, pamiętacie, jak mówiłem, że przez całą noc nie zmrużyłem oka? Temu zdaniu potrzeba małej korekty.

 

~~~

 

 Nie mogłem długo być nieprzytomny, bo gdy z trudem podnosiłem ociężałe powieki, było jeszcze ciemno. Inna sprawa, że wizję przyciemniały mi dodatkowo latające przed oczami mroczki.

 

– Cooo je? – wymamlałem.

 

W odpowiedzi usłyszałem tylko gniewne sapnięcie, a tuż przed moją twarzą wyskoczyła nagle czyjaś paskudna gęba. Pod ściągniętymi w złości brwiami błyskały – naprawdę błyskały, to nie metafora – złote tęczówki, będące oprawą dla nieludzkich kocich źrenic.

 

Wrzasnąłem. A co miałem robić.

 

– Stul mordę, fredreński psie – warknął nieznajomy i szturchnął mnie brutalnie. Obiłem się o ścianę pudła wozu. Znaczy się, zostałem porwany po raz drugi?

 

– Kim jesteś?! – szarpnąłem się i dotarło do mnie, że ręce krępują mi więzy.

 

– Jam jest Gerard z Virii – odparł mężczyzna takim tonem, jakby z lubością czytał właśnie mój nekrolog. – Ale to nieważne. Ważne, kim ty jesteś. Zabójcą mojego przyjaciela.

 

– Co? – Wpadłem w falset. – Ki zabójca, chłopie!! Ja w życiu nikogo…

 

Wspomnienie trzasnęło we mnie nagle i niespodziewanie jak piorun podczas burzy. Błysnęło gdzieś pomiędzy gęstwiną odbytych rozmów i zagrzmiało w czaszce.

 

– Pierwiosnek… – wymamrotałem. – Pierwiosnek ciebie wspominał. Parę razy. Twoje imię…

 

– Przez ciebie stracił życie. – Gerard silnie przyciągnął mnie za kołnierz szaty; druga ręka wwierciła się w brzuch, zabierając mi dech. – Pochwycili go i słuch o nim zaginął. Przez ciebie, skurwysynu.

 

Oczy z bólu zaszły mi łzami, lecz miałem wrażenie, że temu białowłosemu typowi również zaszklił się wzrok – z powodów zgoła innych. Ale może to tylko wrażenie.

 

– Sskąd… niby wiesz, że… umarł? – wystękałem w końcu.

 

– A co mogli z nim zrobić? – Jego pięść znów odnalazła mój żołądek. – Poprosić, by im grał? Może to, czego nauczył się od tego twojego czarownego grajdełka? – w dwóch ostatnich wyrazach zawarł pogardę większą niż ta, którą Rosjanie żywią do polskich jabłek. Splunął mi w twarz i cisnął mną w kąt. Bolało.

 

– Gdzie… to masz? – spytałem słabo, gdy po wielu rozpaczliwych próbach udało mi się zaczerpnąć powietrza.

 

– Tu – potrząsnął smartfonem w dłoni i rzucił mi tuż pod stopy. Na ekranie wyprysnęły dwie ukośne rysy. – Tyle dla mnie wart ten wielki artefakt, co sterta gnoju. Możesz go sobie w rzyć wsadzić. O ile zdążysz, zanim cię zabiję.

W wyrazie czułego pożegnania sprzedał mi kopniaka w skroń.

Zemdlałem. A co miałem robić.

 

~~~

 

Na dobry początek dnia wyrzucił mnie z powozu.

 

Wylądowałem twarzą w świeżym błocku, i nie pocieszał mnie bynajmniej fakt, iż maseczki z mułu służą zdrowiu cery. Pozbierałem się niezgrabnie, plując szlamem i wydłubując spomiędzy zapuszczonych włosów resztki słomy, która wplątała się w nie podczas podróży.

 

Gerard pogonił mnie nad wyraz skutecznie: łupnął kolańcem w krzyż, chwycił za materiał szaty i pociągnął. Doszedłem do wioski prowadzony przez tajemniczego mściciela jak zbity pies na smyczy. Byłem na tyle domyślny, by wiedzieć, że jakakolwiek próba ucieczki skończyłaby się rychłym zgonem.

 

– Jesteśmy – odezwał się ochryple Gerard.

 

Podniosłem wzrok znad własnych stóp i rozejrzałem się. O mało nie podskoczyłem. Przed moimi oczyma roztaczała się panorama tej samej wioski, w której miałem nieszczęście znaleźć się przeszło dwa miesiące temu. Tej, w której wszystko się zaczęło.

 

– Byłeś tu? – zapytał mężczyzna, widząc moją reakcję. – To świetnie. Być może przeznaczenie zechciało, byś sczezł na znajomym terenie. A teraz… – puścił mnie nagle i rzucił pod nogi miecz. – Stawaj do walki.

 

– Że… jak… – wydukałem, jak gdyby właśnie spytano mnie o wzór na prędkość początkową w rzucie ukośnym.

 

– Ciesz się – Gerard szeroko rozłożył ramiona, powoli się cofając. – Sprawię, że zachowasz chociaż strzępki honoru, mogąc bronić się w pojedynku! Przy okazji sam nie zhańbię się skrytobójstwem. Zarżnę cię legalnie. Widzisz, same plusy.

 

Zatrzymał się kilka metrów ode mnie. Jako miejsce walki obrał rynek, nie dziwota więc, że staliśmy w centrum uwagi. Trwał ranek i kramy były jeszcze pozwijane, niemniej jednak tłumek gapiów już się gromadził. Byłem pewien, że wśród gawiedzi mignęła gdzieś twarz znajomego karczmarza.

 

– Słuchaj – powiedziałem głośno, gdy Gerard wysunął miecz z pochwy na plecach, obniżył się na kolanach i rozpoczął dziwaczne skradanie po okręgu, w Czeczeczenii będące zapewne oznaką wprawności w taktyce ofensywy. – Nie zabiłem Pierwiosnka. Mogłem niechcący się do tego przyczynić, ale…

 

Okręcałem się powoli wokół własnej osi, by nie utracić kontaktu wzrokowego, co nieco mnie deprymowało.

 

– …ale to nie ja puściłem farbę o tele… znaczy, Czarnym Krysztale. Nie moja w tym wina. Poza tym… – mój ton mimowolnie posmutniał. – Pierwiosnek był moim przyjacielem. Nigdy bym nie pozwolił…

 

Gdy wymówiłem słowo "przyjaciel", odniosłem nieodparte wrażenie, że Gerard za chwilę rzuci mi się do gardła. I niechybnie by to uczynił, gdyby w zgęstniałe, poprzeszywane szeptami widowni powietrze nie wdarł się nagle donośny dźwięk rogu. Zaraz potem rozległ się tętent kopyt, a z uliczek wpadających w plac wyłonili się pędzący jeźdźcy. Konie rozbiegły się po całym targowisku, a jeden z spośród nich stanął dęba, rżąc przeciągle. Mężczyzna, który go dosiadał, ryknął barytonem:

 

– Niniejszym, z rozkazu Wielkiej Rady, wieś Chrzęszczyrzewoszyce wraz z mieszkańcami skazuję na unicestwienie za brak obowiązkowego wsparcia udzielonego niezrzeszonym czarodziejom w wojnie o Kryształ! – dziko zamachał stalowym półtorakiem. – Palić! Zabijać!!!

 

Jakkolwiek sprzecznie to zabrzmi, dzięki Bogu rozpętało się piekło.

 

Za sprawą tego armagedonu uszedłem z życiem. Nie czekając rzuciłem się do ucieczki, pozostawiając osłupiałego Gerarda z masą innych problemów na głowie. Pomknąłem prosto w rozwrzeszczaną tłuszczę, czując się jak niewielka mrówka w gąszczu innych insektów. Wieśniacy biegali w tę i nazad, krzycząc i lamentując pod niebiosa. Zewsząd dobiegał płacz kobiet i piski dzieci. Psy wyły, domy stawały w ogniu. Wilgotny piasek placu nasiąkał krwią.

 

 

Cudem wyrwałem się z centrum chaosu. Za bardzo skupiałem się na przeżyciu, by dotarła do mnie groza tego spustoszenia. Dopiero znacznie później uświadomiłem sobie, ile śmierci niosła ze sobą wojna, której okruchu doświadczyłem. Wojna o smartfon, tragiczna w swym komizmie.

 

Skryłem się w lesie; gnałem, dopóki nogi nie załamały się pode mną i z wyczerpania nie runąłem na mszystą ściółkę. Dyszałem tak ciężko, że odgłos własnego oddechu niemal zagłuszył dźwięk pogoni.

 

– Wracaj! – dobiegły mnie odległe nawoływania zza drzew. – Wracaj, a od razu przebijemy ci serce, coby mniej bolało!

 

Jęknąłem i zerwałem się do dalszego biegu. Serce podchodziło mi do gardła, gdy odgarniając paprocie i wplątując się w wysokie trawy uzmysławiałem sobie, że daleko nie ucieknę. Że dopadną mnie nim zdążę się obejrzeć, a moja śmierć jest kwestią minut.

 

I nagle, jak niebieskie objawienie, przed moimi zalanymi potem oczami wyrosła sylwetka zielonego tramwaju. Długie, przechylone wagony znajdowały się w dokładnie takim stanie, w jakim je pozostawiałem. Wygasłe LED-y, puste siedzenia, otwarte drzwi.

 

Sam nie wiedząc dlaczego i po co, wpadłem do wnętrza szesnastki. Mogła wieść mnie tam głupia nadzieja lub po prostu bezsensowna rozpacz. Podczołgałem się do mojego byłego siedzenia. Książka wciąż pod nim leżała. Zakosiłem ją kiedyś młodszemu bratu; miałem ochotę przeczytać tę powiastkę jeszcze raz po ośmiu latach, w ramach małego powrotu do dzieciństwa.

 

Tam i z powrotem. Opowieść Hobbita.

 

Przygarnąłem do piersi miękką, wygniecioną okładkę i zwinąłem się w kłębek na szarej, błyszczącej podłodze. Zacisnąłem powieki.

 

– Tam i z powrotem… – wyskamlałem, a w uszach zaszumiało mi od powstrzymywanego szlochu. – Z powrotem… z powrotem…

 

Szmer cały czas narastał, aż zacząłem sądzić, że lada chwila zemdleję. Szumiało, szumiało i szumiało, ale był to dziwny szum. Bardzo swojski i wręcz uspokajający. Szum…

 

…miasta?

 

Otworzyłem oczy.

 

~~~

 

Niemożliwe, byście słyszeli o tym incydencie. Mogły zostać mu poświęcone najwyżej dwie minuty w lokalnej telewizji WTK. Pff, o trzech linijkach w gazecie "Metro" nie było nawet mowy.

 

Gdybyście jednak zapytali naocznego świadka, zrelacjonowałby wam zapewne, iż pomylony chłopak rzucił się na szczupaka do wagonu tramwaju linii szesnaście tuż po tym, jak wysiadł z niego po kilku przystankach jazdy.

 

Zapytalibyście dalej, co strzeliło chłopakowi do łba.

 

Co? Ach, zostawił przy siedzeniu książkę. Niemożliwe, jak bardzo się tym przejął. Zapewne był to jakiś szaleniec. Przeczołgał się pod nogami zdumionych pasażerów, bełkocząc coś o powrocie, i przytulił do siebie tomik jak małe dziecko.

 

Wariat, odpowiedzielibyście, i kręcąc głową odeszlibyście w długą, rozważając powierzchownie ciężki los osób upośledzonych psychicznie.

 

Tak to wyglądało. Tak to najwyraźniej musiało wyglądać. Dwa miesiące w Czeczeczenii okazały się dwoma sekundami w realnym świecie. Zaręczam, że starałem się uwierzyć innym ludziom. Próbowałem wmówić sobie, że wszystko było tylko snem, w najgorszym przypadku jakimś niespodziewanym atakiem spowodowanym przemęczeniem.

 

Wiecie, co mi w tym przeszkadzało?

 

Dwie rysy na telefonie. Dokładnie w tym samym miejscu, w którym przecięły ekran, gdy rzucił nim Gerard. Sińce na brzuchu i krzyżu. I jedno rozmazane zdjęcie skórzanego trzewika, zrobione przez przypadek, gdy Pierwiosnek nieświadomie uruchomił aparat.

 

Byłem w Czeczeczenii.

 

Oficjalnie, oczywiście, przyznałem się do tego, że przed wejściem do środka komunikacji miejskiej nieco sobie popiłem. Przeprosiłem, wysłuchałem matczynej tyrady na temat trzeźwości i powróciłem do normalnego życia.

 

Oto moment, w którym dzień “nie jak co dzień” znów jest "jak co dzień", Grehoz z Fredrenii na powrót staje się Grzegorzem z ulicy Fredry, a was przestaje interesować jego historia. Nic dziwnego, przecież chwilowo niezwykłe życie wraca do pospolitości.

 

Nie odeszliście jeszcze? A więc pokrótce: Co robię teraz.

 

Teraz siedzę w tramwaju linii szesnaście i czekam na światłach. Nie wysiadam na piątym przystanku, jadę dalej, do mojej dziewczyny. Nie rzuciła mnie, bądź co bądź, nie miała nawet powodu. Teoretycznie nie zniknąłem z Poznania choćby na minutę. Nic nie czytam, słucham muzyki.

 

Przez słuchawki do mojego ucha sączy się właśnie kawałek Green Day'a, a ja myślę, że nic nigdy nie zabrzmi już tak dobrze, jak odrobinę pozmieniana, spowolniona melodia "Boulevard of Broken Dreams" wygrywana na lutni palcami wprawnego artysty.

 

Płaczę. Naprawdę.

Koniec

Komentarze

Skrzyżowanie “Wiedzmina” i “Jankesa na dworze Króla Artura”. Wykorzystywanie urządzeń jako magicznych artefaktów też już było. Ale końcówka ciekawa.

brązowawej szczecinie pokrywającej dolną część jego twarzy daleko jeszcze do dumnego mienia brody.

Literówka. Albo pomyłka.

słysząc, że tramwaj się zatrzymuje, poniosłem wzrok znad lektury.

Literówka.

Coś w środku zakuło.

Ale w kajdany? ;-)

Babska logika rządzi!

Wiedźminowskie elementy z góry zamierzone, ale “Jankes na dworze Króla Artura”? Pierwsze słyszę, lecz brzmi interesująco ;)

 

Błędy poprawione. Dzięki.

...Pan muzyk? Żebym zryżał!

Cóż, ja mniej niż Finkla obyty jestem w tutejszej (a może i nie tylko) lekturze, zatem ode mnie usłyszysz tylko tyle: podobało mnie się. Wciągło i trzymało (może bez rewelacji ale naprawdę, jak dla mnie ciekawie i zgrabnie napisane). :3

/Then waken by rumble ancient wind-mariner /Howled loudly crushing his freezed dark lungs as bellows /Calling all ashy hordes hidden in caves below /To unchain the beast meant to be the beginner.

Oj, dzieci, dzieci… Toż to klasyka. Powieść niejakiego Marka Twaina.

Babska logika rządzi!

nazwał Polską walutę śmiesznymi krążkami – polską, bo to przymiotnik

Okręcałem się powoli wokół własnej osi. by nie utracić kontaktu wzrokowego – przed by przecinek zamiast kropki

mój ton mimowolnie się zasępił. – ton się zasępił???

Zbyt bardzo skupiałem się na przeżyciu – albo zbyt, albo za bardzo

A więc po krótce: Co robię teraz. – pokrótce 

Finkla ma rację co do “Jankesa”. Ale ten tekst jest naprawdę miłą odskocznią od tych wszystkich ciężkich, nużących, krwawych lub groteskowych. Masz lekkie pióro, choć czasem zdarzają Ci się dziwolągi (niezamierzone). I warto jeszcze popracować nad zapisem dialogów – w Hyde parku jest taki wątek: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550 

A na zachętę masz ode mnie punkt do biblioteki (choć mojego nicku nie widać, ale to takie moje czary).

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Jej, ta niespodziewana nostalgia na zakończenie całkiem mnie ujęła :)

Bardzo przypadła mi do gustu gawędziarska narracja, pozostawanie w kontakcie z czytelnikiem. Humor i lekkość pióra. Brawa również za kompozycję, naprawdę nieczęsto pojawiają się tutaj opowiadania tak ładnie domknięte jak to. Niby już po akcji, nic już nowego się w końcówce nie dzieje, ale dopełnia tekst rewelacyjnie.

Fabularnie – pomysł ciekawy, fajnie przetasowane motywy. Żal mi, że Pierwiosnek tak przepadł i początkowo nie spodobało mi się to, bo sądziłam, że wobec tego był bardziej ozdobnikiem niż znaczącą postacią, no ale potem przekonałam się, że się mylę – za co duży plus.

 

naprawdę wystarczyłoby samo ustawienie go na samym środku komnaty

 

Kotlecik odgrzany, ale podany dość efektownie i apetycznie, smakował nieźle. Miła lektura na zakończenie dnia, choć wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Gdy moje po­iry­to­wa­nie osią­gnę­ło apo­geum, za­maj­ta­łem wście­kle bo­sy­mi szpy­ra­mi. – Domyślam się, że chodzi o nogi, ale ciekawi mnie, skąd taka nazwa.

 

że brą­zo­wa­wej szcze­ci­nie po­kry­wa­ją­cej dolną część jego twa­rzy da­le­ko było jesz­cze do dum­ne­go mie­nia brody. – Jestem przekonana, że miałaś na myśli nie mienie, czyli dobytek, a nazwę, czyli miano i ten fragment zapewne miał brzmieć: …do dum­ne­go miana brody.

 

Tam wła­śnie, w ze­wsząd ory­pa­nej, wie­ko­wej ka­mie­ni­cy… – Co to znaczy, że kamienica jest orypana?

 

po­śród me­lo­dyj­ne­go szumu drzew i pięk­ne­go trelu sło­wi­ków. – Jeśli wielu słowików, to: …i pięk­nych treli sło­wi­ków.

Słowiki nie są ptakami leśnymi.

 

pa­sa­że­ro­wie szes­nast­ki wraz z ma­szy­ni­stą w nie­wy­ja­śnio­ny spo­sób znik­nę­li… – Tramwaj prowadzi nie maszynista, a motorniczy.

 

Stal i że­la­zo od­pa­da. – Stal i żelazo to dwie rzeczy, więc: Stal i że­la­zo od­pa­dają.

 

Ma­go­wie prze­chwy­tu­jąc mnie na­ro­bli­li sobie wro­gów. – …Ma­go­wie, prze­chwy­tu­jąc mnie, na­ro­bi­li sobie wro­gów.

 

Za­wi­ną­łem krok i wró­ci­łem do wnę­trza… – Czy, mówiąc innymi słowy, użył pieluchy?

 

Po krót­ce zre­la­cjo­nu­ję wam, jak się spra­wy z za­si­la­czem miały. Pokrót­ce zre­la­cjo­nu­ję wam, jak się spra­wy z za­si­la­czem miały.

 

kam­lot migał, ba­te­ria grzecz­nie się ła­do­wa­ła… – Co to jest kamlot?

 

Scho­wa­łem LG pod pa­zu­chę… – Scho­wa­łem LG za pa­zu­chę

 

wy­star­czy po­sta­wić przed nim za­pusz­ko­wa­ne­go w zbroi straż­ni­ka… – …wy­star­czy po­sta­wić przed nim za­pusz­ko­wa­ne­go w zbroję straż­ni­ka

 

Ge­rard wy­su­nął miecz z po­chwy na ple­cach, ob­ni­żył się na ko­la­nach i roz­po­czął dzi­wacz­ne skra­da­nie po okrę­gu… – Jak można się obniżyć na kolanach?

Proponuję: …Ge­rard wy­su­nął miecz z po­chwy na ple­cach i, ugiąwszy nogi w ko­la­nach, roz­po­czął dzi­wacz­ne skra­da­nie po okrę­gu

 

Konie roz­bie­gły się po całym tar­go­wi­sku, a jeden z spo­śród nich sta­nął dęba, rżąc prze­cią­gle. – …a jeden spo­śród nich sta­nął dęba… Lub: …a jeden z nich sta­nął dęba

 

za brak obo­wiąz­ko­we­go wspar­cia udzie­lo­ne­go nie­zrze­szo­nym cza­ro­dzie­jom… – Raczej: …za nieudzie­lenie obo­wiąz­ko­we­go wspar­cia nie­zrze­szo­nym cza­ro­dzie­jom

 

ile śmier­ci nio­sła ze sobą wojna, któ­rej okru­chu do­świad­czy­łem. – …ile śmier­ci nio­sła ze sobą wojna, któ­rej okru­cha do­świad­czy­łem.

 

iż po­my­lo­ny chło­pak rzu­cił się na szczu­pa­ka do wa­go­nu tram­wa­ju… – …iż po­my­lo­ny chło­pak rzu­cił się szczu­pa­kiem do wa­go­nu tram­wa­ju

 

jak wy­siadł z niego po kilku przy­stan­kach jazdy. – Rozumiem o co chodzi, ale przystanek jazdy brzmi chyba jak coś niemożliwego.

Może: …jak wy­siadł z niego, przejechawszy kilka przystanków.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

“Wiedźmin” to nie bardzo moje klimaty, ale przyznam, że dobrze skonstruowane opowiadanie. Miło czytać przemyślaną i zamkniętą całość. Końcówka bardzo ładna, mimo, że sama historia nie przemówiła do mnie, to to domknięcie było idealne. No cóż, subiektywnie mówiąc – mnie nie porwało, ale doceniam zabawę motywami. Jak powiedziała Regulatorka – odgrzewane kotlety, ale bez wątpienia smaczne (a może bigos?).

Czy nie powinno być “Green Daya” zamiast “Green Day’a” ?

(bo “y” po samogłosce – zob. http://sjp.pwn.pl/zasady/;629618)

Chętnie posłucham opinii kogoś, kto się bardziej zna : >.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Możliwe, że masz rację. Chociaż tyle razy widziałam już formę (…y’a) w literaturze, że obstawiam, iż nie byłoby to specjalnym błędem.

Niestety nie mam pod ręką tak doświadczonego polonisty, by to mi wyłożył. c;

 

No i dziękuję za odwiedziny – kto by pomyślał, że zechce ci się tu zajrzeć :D

...Pan muzyk? Żebym zryżał!

Podtrzymuję swoją wersję – pewien tłumacz przetłumaczył tytuł komedii, którą swego czasu oglądałem na “Dziennik Sierżanta Fridaya” – a nie “Friday’a” :D. 

 

Ale zamiast o pierdołach, lepiej zwrócić uwagę na twoje opowiadanie. Motyw, wydawałoby się oklepany do bólu – za oryginalność punktów zero, tym bardziej skoro sięgnęłaś po Gerarda i Pierwiosnka i sama nie mogłaś zdecydować się, czy to parodia ;P.

W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak kliknąć “bibliotekę” i pogratulować Ci talentu, ponieważ ze starych owoców wycisnęłaś trochę świeżego soku. Urzekłaś mnie nienachalnym humorem, językiem narratora operującego na tej samej płaszczyźnie kulturowej, co jego odbiorca i jazdą tramwajem. Gdynia ma wiele plusów, ale brak stukotu tramwajów, to dla mnie ważny powód do tęsknoty za rodzinnym miastem. 

F. Kres pisał o A. Sapkowskim, że potrafił stare pomysły obrócić w arcydzieło – bo tak wysoki jest poziom jego literackich umiejętności (parafrazuję rzecz jasna, bo zupełnie nie pamiętam, co dokładnie Kres napisał). Żeby się nie okazało, że Ty masz tak samo ;).  

 

PS

Mam nadzieję, że Grzegorz poznawał bliżej ichnie dziewoje tylko platonicznie ;P

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Słów mi brak… blush

Mogę tylko najszczerzej w świecie podziękować. :’)

 

A co do dziewek, to ja tam Grehoza nie podglądałam! :D Niech to pozostanie jego słodką tajemnicą. c;

...Pan muzyk? Żebym zryżał!

Chodzi to za mną od kilku tygodni – mączysty miąższ – opisz mi to innymi słowami, proszę. Jakoś trudno mi sobie było wyobrazić mączyste jabłko : >.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Zazdroszczę, Nev – w takim razie jadłeś same dobre jabłka! :D Mączyste jabłko smakuje, jak gdyby ktoś wyssał całą wilgoć z miąższu. Niezbyt smaczne. ;) Za to większość przetworów i dań zawiera właśnie mączyste jabłka, żeby nie puszczały soków :) Naprawdę nigdy się z tym nie spotkałeś? :D

...Pan muzyk? Żebym zryżał!

Spotkałem się z suchymi jabłkami, ale nie przypominały mi w smaku mąki : >.

Może to wyższy stopień suchości :D

A może mam po prostu ograniczony zasób słownictwa… W słowniku jest przykład “mączyste jabłko”, ale jeśli definicja mówi “przypominający mąkę”, to do mnie nie trafia. Przecież wysuszone jabłka nie będą się kruszyć pod naszym dotykiem jak gruda mąki. Ja posługiwałbym się właśnie przymiotnikiem “wysuszony” lub jakimś podobnym.

Przepraszam za offtop, lubię owoce :D

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Mnie się wydaje, że mączyste jabłko to nie tyle wyschnięte, co przejrzałe. Nie tylko nie jest soczyste, ale i fruktoza jakaś lewa…

Babska logika rządzi!

Mączystość owoców/ warzyw, to raczej ich konsystencja, nie smak mąki.

Młode ziarenka ugotowanego bobu, fasolki czy grochu są dość jędrne, choć nie powiedziałabym, że soczyste. Gdy nieco podrosną, mimo że jeszcze nie suszone, tracą ową zieloną jędrność i stają się mączyste. I właśnie taką cechę maja niektóre owoce – nie mają smaku mąki, a właśnie ową mączystość, porównałabym ją do ugotowanych, rozpadających się kartofli.

Zdarzało mi się określać smak niektórych owoców, głównie jabłek, ale też brzoskwiń czy nektarynek, o których mówiłam, że są kartoflane – pachniały i wyglądały zwyczajnie, ale były niesmaczne. Być może były to właśnie odmiany przemysłowe.

No, to się ponawymądrzałam od rana. ;)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mi się wydaje, Nevaz, że pomyliłeś "mączny" (czyli zawierający mąkę), z "mączystym" (antonim soczystego) ;)

...Pan muzyk? Żebym zryżał!

Definicja w słowniku podaje konsystencję mąki. Mąka jest sypka. Nigdy w życiu nie widziałem sypkiego jabłka. W moim poprzednim komentarzu pisałem i o smaku i o konsystencji. Języka nie zmienię, ale pobuntować się mogę ;P.

 

A w ogóle, to dzięki za wasze zainteresowanie, dziewczyny, uwielbiam was :D.

A teraz, wybaczcie mi proszę, poufałość i zajmowanie waszego czasu błahostkami ;). 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka