- Opowiadanie: Rex87 - Wczasoprzestrzenioprzenosiciel

Wczasoprzestrzenioprzenosiciel

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Tensza, Werwena, Corcoran

Oceny

Wczasoprzestrzenioprzenosiciel

Ktoś mądry stwierdził kiedyś, że nie da się odmienić przeznaczenia. I wiecie co? Ja się z tym, cholera, zgadzam. Aktualnie siedzimy sobie bowiem na kozetkach, zakuci w kajdany. Za parę chwil najprawdopodobniej nas zdezintegrują, co całkiem jednoznacznie wskazuje, że w ten czy inny sposób wszystko zbiegnie się do punktu wyjścia.

 

***

 

Wygląda na to, że miałem nosa, bo od początku nie byłem do końca przekonany co do pomysłu z całą tą eskapadą. Szczegółów akcji poznaliśmy tyle, co kot napłakał. Najpierw mieliśmy sfingować własne zejścia z tego świata, w taki sposób, żeby strona pisząca dyrdymały nie miała wątpliwości, że wąchamy kwiaty od spodu. Mając po swojej stronie największego czarodzieja w dziejach, nie wydawało się to zadaniem szczególnie trudnym.

– A co będzie potem? – zapytałem któregoś razu.

Tom uśmiechnął się w taki sposób, że przeszyło mnie tysiące lodowatych igieł.

– Potem zacznie się wasza misja.

W taki sposób Peter kopnął w kalendarz dzięki własnej ręce (dacie wiarę, że wszyscy to łyknęli?), a ja znalazłem się w jednym pokoju z tym ochoczo przystępującym do całowania… czymś. Wtedy zwątpiłem po raz pierwszy.

Niesłusznie, przyznaję. Zaklęcie zamiany miejsc zadziałało bez zarzutu i w mgnieniu oka wylądowałem w sekretnej pracowni Toma, gdzieś w najbardziej parszywym zaułku Śmiertelnego Nokturnu. Któregoś razu próbowałem dopytać go, kto został teleportowany na moje miejsce, ale w odpowiedzi dowiedziałem się, że mam "nie zadawać głupich pytań".

No i dałem sobie spokój. Ostatecznie przecież udało mi się uciec spod topora, no nie?

 

Żeby nie było, nie odmawiam też Tommy'emu pewnej dozy geniuszu. W końcu gdyby nie wymyślił całej intrygi, nie miałbym nawet szansy na przekazanie moich refleksji. Niemniej jednak, wszystko poszło na opak.

 

***

 

Tom wiedział, że wojny z tym małym okularnikiem może nie wygrać. Okej, jakieś szanse miał, ale umówmy się od razu – propaganda jedno, a rzeczywistość swoje. W ostatniej scenie sagi to ci źli z reguły lądują z buciorem w tyłku.

Pomny na te okoliczności, Czarny Pan bez przerwy kombinował w tajemnicy jak przeżyć na wypadek porażki. Pomysły momentami sięgały ekstremów, jak przeniesienie swojej duszy do rośliny, z której następnie zrobimy wywar, zbierzemy parę i podetkniemy pod nos jakiemuś nieszczęśnikowi, czy metamorfoza w żyletkę (tu niestety zabrakło pomysłu na dalszą część planu).

Trwało to czas jakiś, aż do pewnego pięknego, tchnącego złowrogim zimnem poranka. Siedzieliśmy – jak zwykle – w zatęchłej ciupie pod Śmiertelnym Nokturnem. Po raz n-ty analizowałem plany zamku, Pettigrew usiłował odczynić swój niekompletny ogon, a Tom wiercił się przy stole alchemicznym, wyraźnie podekscytowany.

– Mam! – wykrzyknął w końcu.

Spojrzałem na Petera, który wzruszył ramionami.

– A więc? – zapytałem przymilnie.

– I tak nie zrozumiecie. – Tom zmarszczył skórę (powiedziałbym, że zmarszczył nos, ale w przypadku jego anatomii byłoby to spore nadużycie) i machnął ręką.

– Spróbuj.

Wiedziałem, że tak naprawdę tylko na to czeka. Ot, maniera geniuszy. Ktoś musi najpierw wykazać zainteresowanie, żeby w ogóle mogli się swym geniuszem okazać. Odchrząknął i demonstracyjnym ruchem pokazał nam mały, obrośnięty czerwonym włosiem sześcian.

– To jest – zerknął na nas badawczo – Wczasoprzestrzenioprzenosiciel.

Nie stąd ni zowąd, to małe coś zamiauczało.

 

O cholera jasna. Muszę przyznać, że lekko mnie wtedy przytkało. Pal jednak licho jak się to urządzenie wabiło, czy co usiłowało nam przekazać. Gorzej, że sam plan był – w zgodzie z nazwą owego rudego ustrojstwa – delikatnie przekombinowany.

Wszystko miało się rozegrać podczas decydującego starcia. W wypadku gdyby Tommy wygrał – wiadomo, po problemie. Jeśli jednak coś poszłoby nie tak i mały okularnik zdecydował się go zdezintegrować, Wczasoprzestrzenioprzenosiciel miał nas przetransportować do lustrzanego odbicia naszego świata, w przeddzień pierwszego spotkania Czarnego Pana z Potterem. Dalszy rozwój wypadków obejmował odszukanie określonego przybytku, dostanie się do pokoiku z niemowlęciem, no i cóż… wielkie zielone "bum".

Później zaczynał się rozjazd ze zdrowym rozsądkiem. Mały miał przeżyć, Tom zginąć. Ja i Pettigrew – dopilnować, by reszta wydarzeń potoczyła się książkowo.

Zdębieliśmy.

– Jedną chwilę. – Podrapałem się po skroni. – To w którym momencie wygrywamy?

Sam-Wiesz-Kto prychnął z pogardą.

– Mówiłem, że nie zrozumiecie.

Uznałem, że lepiej chwilowo odpuścić. Co innego Peter. Widziałem, że aż się trzęsie żeby zadać to pytanie. Jak, do licha, czajnik z wrzącą wodą.

– A nie lepiej byłoby go po prostu…?

– Nie. – Po raz wtóry nadąsał się Czarny Pan. – Zamknij się.

– Ale…

– Żadnego ale. Po prostu się zamknij.

 

A więc stało się, pomyślałem. W końcu sfiksował. No cóż, nikt nie jest niezniszczalny, szczególnie w takich okolicznościach. Ponieważ jednak moment ostatecznego starcia zbliżał się nieubłaganie, a pytań kłębiło się w naszych skroniach bez liku, dogadaliśmy się z Peterem, że czas przyjąć taktykę zgoła partyzancką.

Wyglądało to mniej więcej tak, że zachowywaliśmy się jak zwykle – z tą różnicą, że co jakiś czas któryś wyskakiwał z pytaniem: "A co, jeśli spotkamy tam samych siebie?", "Mamy tam czekać dwadzieścia lat na twój powrót?", "A czy ta druga strona wygląda tak samo jak nasza?"

Nietrudno zgadnąć jak mogły brzmieć odpowiedzi.

"Nie spotkamy". "Tak." "Zamknij się".

W każdym razie, po kilku takich głodnych kawałkach nabraliśmy pewności co do jednego.

To się, cholera, nie może udać.

 

***

 

Z początku jednak wyglądało to zgoła niewinnie, rzekłbym wręcz: obiecująco.

W jednej chwili widziałem jak Czarny Pan rozpada się na cząstki elementarne, w następnej wylądowałem na powrót w naszej rozlatującej się pracowni przy Śmiertelnym Nokturnie.

Tak mi się przynajmniej wydawało, bo pomimo atakujących zmysły smrodu kocich odchodów i kurzu w powietrzu, powoli zaczynałem wyławiać z ciemności kontury znajomego wyposażenia. Stół alchemiczny, dwa obite czerwoną imitacją skóry fotele, wielka korkowa tablica z rozrysowanym planem Hogwartu… Wszystko zdawało się nadal tkwić na swoim miejscu.

Do czasu.

Potykając się o jakieś graty, ruszyłem przed siebie. W końcu, po zdających się trwać czas oczekiwania przez Anglików na wygranie mundialu nerwowych chwilach, trafiłem na drzwi i wpadłem do sąsiedniego pomieszczenia. Tutaj było zdecydowanie jaśniej, przez opuszczone rolety sączyły się nieśmiałe promienie słońca, ale i tak wszystko tonęło w odcieniach szarości.

Tom i Peter już na mnie czekali. Nieomal roześmiałem się z ulgi.

– Chyba nam się udało – podszedłem do Pettigrewa i klepnąłem go w ramię,

Glizdogon potrząsnął głową, jakbym wyrwał go z letargu i potoczył dookoła nieprzytomnym wzrokiem.

– Chyba nam się udało.

Trochę mnie to zbiło z tropu.

– Peter… wszystko w porządku?

– Wszystko w porządku! – wyszczerzył zęby w odpowiedzi.

Wzruszyłem ramionami. Ostatecznie nie pierwszy raz zachowywał się, jakby w głowie poluzowała mu się jakaś śrubka. Zwróciłem się do Toma.

– Muszę uczciwie przyznać, że jestem pod…

Nie miałem szansy dokończyć, bo uciszył mnie gestem dłoni i wrzasnął:

Lumos!

I nic. Jajco. Znaczy, wciąż szaro.

Lumos! – wydarł się raz jeszcze, kreśląc różdżką w powietrzu jakieś zawijasy. – LUMOS!

Znów nic. No i zapadł ten rodzaj ciszy, kiedy wiadomo, że ktokolwiek by się nie odezwał i cokolwiek by nie powiedział, zawsze będzie to nie na miejscu.

– Tom, chyba lepiej będzie jak po prostu wyjdziemy na zewnątrz.

Zmarszczył skórę, ale w końcu skinął głową. Odetchnąłem.

Ale kłopoty dopiero się zaczynały.

 

***

 

– O cholera.

Pierwsze spojrzenie w górę i nie mogłem nic innego z siebie wypluć. Śmiertelny Nokturn wyglądał jak zawsze. Zwykła zapuszczona uliczka, rozgałęziająca się od głównej arterii, jak niechciana narośl. Ale poza tym… mający się z wolna ku końcowi dzień był piękny jak w Nie-Londynie. Złocistopomarańczowe promienie słońca zalewały ulice kaskadami naturalnego piękna i odbijały się od karoserii mrowia mknących przed siebie samochodów.

Latających samochodów.

– O cholera jasna – jęknąłem znowu, próbując uporządkować myśli.

– O cholera jasna – powtórzył Pettigrew.

Okej, spokojnie, zganiłem się w duchu. Mugole mają latające samochody. I wszyscy, jak jeden mąż prują w nich po nieboskłonie. Co w tym dziwnego? A może to w ogóle nie mugole, tylko czarodzieje? Ostatecznie jesteśmy przecież po drugiej stronie lustra, prawda? Nic nie jest takie jak się wydaje.

Jakby na potwierdzenie tych przemyśleń, zupełnie znikąd pojawiła się jakaś kulista, latająca maszyneria. Miała rozmiary tłuczka, czarną, połyskliwą powierzchnię z wymalowanym na biało napisem "PSI-DETECT" i nieustannie emitowała dźwięk przypominający brzęczenie natrętnej muchy. Krążyła bez ładu i składu jakieś pół metra nad nami, a Glizdogon wpatrywał się w nią rozdziawiając paszczękę. 

Crucio!

To wyrwało mnie z rozmyślań. Odwróciłem się w samą porę by dostrzec, jak Tom wyjmuje różdżkę zza pazuchy i naciera nią niczym szpadą na jakiegoś bogu ducha winnego jegomościa, trafiając go gdzieś w okolice żołądka.

Mężczyzna zatoczył się i upadł na kolana, stękając coś o "pierdolonych psionikach". Kula uniosła się w mgnieniu oka i zniknęła gdzieś pomiędzy budynkami. Wystartowałem jak z procy.

Av…

– Tom, do cholery! – Odtrąciłem mu narzędzie niedoszłej zbrodni. – Co jest z tobą? Nie możesz tak sobie torturować i zabijać każdego który ci się nawinie!

Sam-Wiesz-Kto odepchnął mnie i spróbował raz jeszcze, ale znów mu przeszkodziłem. No, do cholery!

Tymczasem facet zdążył się jakoś pozbierać i teraz ledwie utrzymując się na nogach, wlepiał wzrok w małe prostokątne pudełko, które mugole nie wiedzieć czemu zwykli nazywać "komórką".

– Wydział Fringe?! – Wydał z siebie dramatyczny odgłos, znajdujący się w połowie drogi między charczeniem a błagalnym jękiem. – Wydział Fringe!? Jestem przy Avenue Road, pięć minut drogi od teatru… Właśnie… właśnie zaatakowało mnie trzech psio…

Nie dokończył. Celne uderzenie w ciemię ze strony Glizdogona sprawiło, że na dobre przeniósł się w objęcia Morfeusza.

Pokręciłem głową z niedowierzaniem.  

– Jasna cholera.

– Jasna cholera – roześmiał się Peter.

 

***

 

Skończyło się na tym, że wróciliśmy do naszej kryjówki. Piętnaście minut na zewnątrz, a nasze nastroje dryfowały w najlepszym wypadku w okolice czarnej rozpaczy.

Parę spraw mieliśmy jednak wyjaśnionych. Po pierwsze, różdżki mogliśmy wykorzystać co najwyżej do podrapania się po plecach. Tom co prawda nie dawał za wygraną i raz na jakiś czas rzucał gardłowym głosem zaklęcia, ale efektu było przy tym tyle, co przy próbie wywołania tsunami kamykiem. Jeśli w tym świecie w ogóle istniała magia, to na pewno nie działała na takich zasadach jak u nas.

Druga rzecz, że coś stało się z moimi towarzyszami. Nie to, żeby wcześniej nie balansowali na granicy poczytalności, ale dopiero teraz zacząłem się poważnie niepokoić.

W każdym razie, w jednym z pokoi znaleźliśmy rozlatujące się pudło, które po uruchomieniu, okazało się być czymś, co mugole nazywają “Telewizją Kablową”. Przesuwające się po ekranie obrazki okazały się być na tyle atrakcyjne, by Glizdogon zamarł z rozdziawioną gębą i spędził w ten sposób najbliższe kilkadziesiąt minut. Potem zmienił pozycję na siedzącą i trwał tak dalej.

Z Tomem nie wyglądało to wiele lepiej. O ile przez większość czasu recytował magiczne formuły, tak w tych nielicznych chwilach przerwy zaczynał dawać upust czemuś, co nazwałbym początkiem psychozy maniakalnej.

– Patton miał Rommla, Churchill Hitlera, Piłsudski Stalina! – grzmiał, wodząc wokół przekrwionymi oczami – Potter będzie moim Rommlem, moim Hitlerem, moim Stalinem!

I tak co jakiś czas. Te momenty były zresztą jedynymi chwilami, w których Pettigrew wykazywał oznaki życia, pełniąc rolę jednoosobowego akompaniamentu i wykrzykując raz po raz kolejne nazwiska rodem z mugolskich lekcji historii.

Kilka takich czerstwych tyrad dalej zdałem sobie sprawę, że wylądowałem pośród wariatów. Pozostało mi liczyć jedynie na to, że któryś z nich w końcu się ocknie.

 

***

 

– To jest to! To jest to!

Ryk Tommy'ego sprawił, że nieomal podskoczyłem razem z krzesełkiem. Glizdogon głośno pierdnął w wyrazie zaskoczenia. Na początku nie zrozumiałem nawet o co chodzi. Dopiero po chwili zorientowałem się, że Sam-Wiesz-Kto pokazuje na “Telewizję Kablową”.

Na ekranie w szaleńczym tempie przelatywały wielobarwne obrazki prezentujące coś jakby stosowaną przez mugoli broń maszynową, okraszone ociekającym namiętnością kobiecym komentarzem.

– Myślisz, że masz w sobie ukryte moce? A może jesteś psionikiem? Wypróbuj nasz wzmacniacz! Massive Dynamics pomoże Ci w drodze do doskonałości. Czekałeś na to całe życie? To k*rwa za długo czekałeś!

Czarny Pan roześmiał się na głos. Zaraz za nim uczynił to Peter. Na moment mnie zatkało.

 

– Słuchaj Tom – podjąłem po chwili, widząc jak szykuje się do wymarszu. – Myślisz, że to rozsądne? Nawet nie wiemy do czego ten Wzmacniacz ma służyć.

Spojrzał, jakby na głowie wyrosło mi trzecie oko.

– Jak to: do czego? Wzmacniacz, Barty. Nie słyszałeś co powiedział ten gość, którego nie pozwoliłeś mi wyeliminować? W tym świecie jesteśmy psionikami, nie czarodziejami, to chyba oczywiste. Tak samo, jak oczywiste jest to, że Wzmacniacz będzie wzmacniał nasze moce.

– Będzie wzmacniał nasze moce! – wykrzyknął Pettigrew.

– Nawet jeśli, to jak zamierzasz w ogóle…

Już mnie nie słuchał. Machnął ręką i wymaszerował na zewnątrz. Peter podążył za nim. Ja zostałem, przez chwilę bijąc się z myślami. Czy to nie czas najwyższy żeby zadbać o własny tyłek? Jak nic wpakujemy się w jakieś tarapaty.

Ostatecznie jednak, nie byłoby mnie tutaj gdyby nie Tom. Niech to cholera, zobowiązania to zdradliwe rzeczy. A ja już dawno zobowiązałem się, że pomogę mu doprowadzić naszą krucjatę do końca.

 

***

 

Trasa ciągnęła się w nieskończoność. W końcu wydostaliśmy się chyba na główną promenadę, czy inny deptak nie-Londynu, bo zewsząd zaatakował nas całkowity, a jednak w przedziwny sposób kontrolowany chaos. W górze i dole przemykały samo-loto-chody, ściany budynków upstrzone ruchomymi reklamami rzucały mglistą poświatę na tonące w strugach deszczu ulice.

Przemoczeni do suchej nitki, kluczyliśmy pomiędzy kolejnymi zastępami przechodniów, nie wiedząc w którym kierunku zmierzać. Co gorsza, zdawało się, że nasze przydługie szaty przyciągały odrobinę zbyt wiele zainteresowania. Do wytykania palcami nikt się co prawda nie posunął, ale niektórzy kręcili z niesmakiem głowami.

– Tam! – wykrzyknął Sam-Wiesz-Kto, ściągając na nas kolejne, pełne dezaprobaty spojrzenia.

Spojrzałem w kierunku, jaki pokazywał. Massive Dynamics. Nie sposób było nie zwrócić uwagi na rozmiary budynku, który zdawał się górować nad innymi podobnymi konstrukcjami. Wielkie, srebrne logo firmy pobłyskiwało w promieniach wychodzącego raz na jakiś czas spoza deszczowych chmur słońca.

– Idziemy! – zakomenderował tonem nie znoszącym sprzeciwu i ruszył na przeciwną stronę ulicy.

– Idziemy! – zawtórował Glizdogon.

Przewróciłem oczami.

– Peter… weź się w końcu ogarnij.

Pettigrew uśmiechnął się, odsłaniając swoje żółte zębiszcza.

– Weź się w końcu ogarnij – powiedział radośnie i dziarsko ruszył przed siebie.

Wprost na maskę przelatującej nisko nad asfaltem ciężarówki.

 

Widziałem wyraźnie jak kierowca z czystą trwogą wymalowaną na twarzy usiłuje dokonać brawurowego manewru hamowania. A potem… trzask, huk, wizg, zgrzyt i jęk wyginanego metalu, to mało powiedziane. Żadna onomatopeja nie jest w stanie opisać tego, co działo się w ciągu ledwie kilku sekund. Kiedyś słyszałem, że w takich momentach wszystko jawi się na spowolnionych obrotach, ale mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to gówno prawda.

Pettigrew dosłownie zniknął w kupie poskręcanego żelastwa. Co gorsza nie mogłem wypatrzyć nigdzie również Toma. Z niejaką ulgą pomyślałem, że może…?

– Barty! Barty, zobacz co mamy!

A więc jednak. Ktoś mądry stwierdził kiedyś, że nieszczęścia lubią chodzić parami. Najwyraźniej nie przewidział naszej sytuacji – bo w tym wypadku hasają sobie radośnie całymi stadami.

Tom przeżył, a jakże. Wyłonił się po kilku minutach z okolic wraku, jakby nigdy nic. Co gorsze, ciężarówka musiała należeć do nieszczęsnego Massive Dynamics, bo w dłoniach trzymał ten cholerny Wzmacniacz.

 

***

 

Jakimś cudem wróciliśmy na Śmiertelny Nokturn niezauważeni – tak nam się przynajmniej wydawało. O dziwo, piekielna zabawka Toma zdawała się działać, momentami aż nazbyt dobrze. Wzmacniacz trajkotał raz za razem, wypluwając z lufy fantazyjne chmury różnokolorowej materii. Pierwsze Lumos? Poszły korki w całym budynku. Pierwsza Tarantallegra? Śmiertelny Nokturn odtańcował walca.

Komplikacje pojawiły się dopiero w przypadku zaklęć niewybaczalnych. Co prawda Sam-Wiesz-Kto bez przerwy przeprowadzał testy na złapanych w słoiki pająkach, ale jak do tej pory nie udało mu się choćby zarysować szkła.

 

Nasz podstawowy problem polegał jednak na tym, że kończył nam się czas. Do domniemanej daty pierwszego spotkania Czarnego Pana z Potterem zostało ledwie kilka dni. Jak do tej pory mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu, a i tak nie byłem pewien czy dzięki temu latającemu ustrojstwu nie znaleźliśmy się przypadkiem na pierwszych stronicach mugolskich brukowców.

Po kilku dniach przypatrywania się wyczynom Tommy'ego miałem więc dość.

– Czy my mamy w ogóle jakikolwiek plan? – odezwałem się w końcu.

Tom spojrzał na mnie spode łba. Słowo daję, wyglądał przy tym jak dzieciak, któremu ktoś właśnie wytrącił z rąk pudełko czekoladowych żab.

– Mamy.

Zmusiłem się do zachowania resztek spokoju. Jaki on się zrobił ciężki do rozmowy, niech to Grindewald pierdolnie!

– To może uchylisz rąbka tajemnicy? – zapytałem możliwie najprzymilniej.

– Nie teraz – mruknął.

No i wrócił do tego swojego kombinowania przy Wzmacniaczu, niech to Grindewald pierdolnie i to podwójnie! To przelało czarę. Żebym nie wiem co robił, ewidentnie nie było szans powodzenia. Wykonałem taktyczny zwrot na pięcie z zamiarem ucieczki byle dalej.

Enfratio!

Włosy zjeżyły mi się na karku. Zaklęcie przedwieczne. Zaklęcie zombie. Mało kto je w ogóle znał, a z tych którzy je znali, jeszcze mniej miało odwagi na tyle, by chociaż przeliterować pierwsze zgłoski. Odwróciłem się powoli, gotów na widok rodem z najgorszych koszmarów.

– Cześć, Barty.

 

Przypominał olbrzymi kłąb dymu znad cygara, skupiony w chmurę jak jakiś widmowy zapis ludzkiej sylwetki. Mimo wszystko jednak mogłem dostrzec w tej pozbawionej konsystencji materii niemal wszystkie szczegóły.

Ten sam obrzydliwie żółtozielony, powycierany na łokciach frak. Poobgryzane paznokcie. Nieliczne, sterczące w nieładzie przetłuszczone włosy. Małe, szczurze oczka. I, niech mnie diabli, tym razem miał już ogon. Pettigrew wrócił.

No, może nie całkiem, ale wystarczająco, żebym poczuł w okolicach gardła jakąś przedziwną mieszaninę podziwu i strachu.

– Tom, jestem… – zacząłem, ale machnął ręką.

Trochę zbił mnie z tropu ten brak wylewności, ale zaraz poprawiłem się w myślach. No tak, maniera geniuszy.

 

***

 

Nie umiem określić, czy krótki pobyt w zaświatach naprostował zawiłości umysłu Glizdogona, jednak coś mu się ewidentnie odmieniło. Czy na lepsze? Jeśli nie brać pod uwagę okazyjnego materializowania się w toalecie i wykonywania przy tym co najmniej dwuznacznych ruchów, chyba tak. Dość powiedzieć, że od momentu pojawienia się robił za fruwającą encyklopedię.

Dom Potterów – zlokalizowany zanim zdążyłem zadać pytanie. Obliczenia czasowe – szybkość porównywalna z Goglami, tą mugolską szukarką. Nie był wszystkowiedzący, rzecz jasna, ale to wystarczyło. Wydawało się, że jesteśmy gotowi. Na ostatnią chwilę, ale jednak.

 

W okolicy domu Potterów znaleźliśmy się po zmroku. Szczęśliwie nie musieliśmy martwić się o niepożądany element krajobrazu w postaci przechodniów, bo wkrótce rozpadał się deszcz i zdawało się, że nikt nie ma zamiaru wyściubiać nosa na dwór.

Podobnie jak w naszym świecie, domek nie wyróżniał się niczym szczególnym spośród dziesiątek szeregowców umiejscowionych wzdłuż długiej ulicy. Ot, parę cegieł, więcej sklejki, wszystko to pokolorowane mdłą, beżową farbą. Wokół ogródek z wodnym oczkiem, tak niewielki, że kiepsko nadawałby się na miejsce spacerów dla żółwia.

Podeszliśmy do zadania ze wszech miar metodycznie. Najpierw Glizdogon obleciał domek dookoła, sprawdzając teren. W końcu, po pełnych napięcia sekundach, uniósł widmowy kciuk, co jednoznacznie dawało do zrozumienia, że możemy przypuszczać szturm.

Spojrzałem na  Toma.

– Nasz wielki moment, co?

Zmarszczył skórę w odpowiedzi i ruszył w kierunku drzwi. Zanim położył dłoń na klamce, poczułem na plecach dreszcz podniecenia. Czyżby jednak miało nam się udać?

 

***

 

Wydawało się, że w środku nie ma nikogo. Mieszkanie tonęło w mroku. Sam-Wiesz-Kto przyłożył palec do ust, nakazując nam ciszę i pokazał na schody. Ostrożnie postawiłem stopę na pierwszym stopniu. Teraz, albo nigdy.

Ogłuszające wycie jakie rozległo się znienacka o mało nie przyprawiło mnie o zawał serca.

– Alarm antywłamaniowy! – wrzasnął Glizdogon.

W tej samej chwili spod dachu sfrunęło owo sferyczne coś, które krążyło wokół nas podczas pierwszej wędrówki po nie-Londynie. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, z gładkiej, kulistej powierzchni wysunęło się metalowe ramię, a potem błysnął flesz.

– TRZECI STOPIEŃ KONTAKTU. PSIONICY. TRZECI STOPIEŃ KONTAKTU.

Zakląłem szpetnie, próbując zamachnąć się różdżką, ale cholerstwo zwinnie uchyliło się przed ciosem i rozbijając z brzękiem szybę, wyleciało przez okno. Niemal od razu, niepokojąco blisko odezwały się policyjne syreny.

– Nie ma czasu do stracenia!

Na wpół oślepiony, chciałem jeszcze zaproponować przegrupowanie sił, ale jedynie zakląłem po raz drugi, ledwie dostrzegając jak Tom sadzi długie susy na górę.

 

Dogoniłem go przed samym pokojem dziecięcym.  Glizdogon już tam był, kłębiąc się w okolicach podłogi. Tom wyważył barkiem drzwi i przeszedł do działania szybciej niż zdążyłem cokolwiek powiedzieć. Wpadł do pokoiku, potoczył obłąkanym spojrzeniem wokół, a następnie spod pół szaty wyciągnął swoją śmiertelną zabawkę, przełączył coś i wycelował. Wstrzymałem oddech.

Avada Kedavra!!!

 

***

 

Nic się nie stało.

Kompletnie. No, może poza tym, że Glizdogon ulotnił się z sykiem, zanosząc się śmiechem. Podrapałem się po głowie, starając się dobrać słowa tak, żeby nie wywołać trzeciej wojny światowej.

– Tom, może gdyby…

W tym samym momencie Sam-Wiesz-Kto rzucił się w kierunku niemowlęcia jak byk na torreadora, wymachując Wzmacniaczem na prawo i lewo.

Avada! Avada Kedavra! Avada Kedavra!! – darł się jak opętany, cisnąc przy tym wszelkie możliwe konfiguracje przycisków.

Chciałem rzucić jakiś jadowity komentarz, ale ku mojemu zdziwieniu, nagle błysnęło zielone światło, a po domu potoczył się huk. Wszystko to stało się w ciągu ułamków sekund i już po chwili staliśmy tak, jak staliśmy wcześniej. Policyjne syreny wyły coraz bliżej, z dołu dosłyszałem jakieś okrzyki.

 

– Już po wszystkim?

 Glizdogon zmaterializował się w tym samym momencie, w którym poczułem swąd spalenizny i jakby przypalonego kurczaka…

– Panowie, jest kanał.

Również zbliżyłem się do łóżeczka.

– Kurwa mać – podsumował Tom, spoglądając w dół. – Nie przeżył.

Koniec

Komentarze

Wrócę tu z rozbudowanym komentarzem rano. A na razie niech punkcik mówi sam za siebie.

A i taki mały babol:

moje miejsce,[+] ale w odpowiedzi dowiedziałem się, że mam "nie zadawać głupich pytań".

Tylko nie "Tęcza"!

Nie porwało, nie rozbawiło. Sam pomysł na drugą stronę lustra fajny, ale reszta jakoś nie przypadła mi do gustu. Może dlatego, że oryginał czytałam bardzo dawno i wielu rzeczy nie wyłapałam.

Mam wrażenie, że zaklęcie enfratio jest Twoje, nie Rowling. I ona podobno brała swoje z łaciny. A czy Twoje coś znaczy? Tak czy siak, pisałabym wszystkie kursywą.

Wokół ogródek z pawim oczkiem,

Pawim?

Babska logika rządzi!

Enfratio znalazłem na jakiejś stronie internetowej poświęconej Potterowi – podejrzewam, że to  fanowski wymysł, bo również z książek go nie kojarzę  ;) 

Zaklęcia kursywą – pomysł dobry, wygląda to lepiej. 

A pomijając tematykę, jak tam ze stylem pisaniny? Daje radę ? :)

 

Tenszo,melduję, że byk poprawiony :) Dzięki serdeczne za punkcik i oczekuję niecierpliwie na wnikliwą analizę :)

 

And one day, the dream shall lead the way

Melduję, że przeczytałam :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Kurczę, Rex, nie pamiętam, czy przeczytałam chociaż jeden tom po polsku, więc nie znam stylu użytego w tłumaczeniu. Nawet z nazwami własnymi w Twoim tekście miałam pewien problem. Ale to już moja sprawa. :-)

Babska logika rządzi!

To się nie dogadaliśmy :)

Ja miałem na myśli, jak wg. Ciebie wygląda mój tekst od strony technicznej, czy styl pisania jest w miarę przystępny, czy zdania gdzieś się nie plątają dziwaczne, itp :)

 

Piękne dzięki za meldunek, Śniąca :)

And one day, the dream shall lead the way

Aaaa, tak ogólnie. To czasem przecinków mi brakowało. I zastanawiałam się, czy “poły” odmieniają się tak, jak u Ciebie. Ale nie byłam pewna, więc nie wypisywałam. Poza tym chyba w porządku, ale poczekaj na Regulatorzy. Jeśli tu zajrzy, to na pewno coś znajdzie. :-)

Babska logika rządzi!

Choć wiem, co parodiujesz, to opowiadanie jakoś do mnie nie trafiło. Nie wydało mi się ani specjalnie zabawne, ani zbyt zrozumiałe. Kładę to jednak na karb zawodnej pamięci, jako że książkę czytałam dość dawno.

 

W końcu, po zda­ją­cych się trwać czas ocze­ki­wa­nia przez An­gli­ków na zdo­by­cie mun­dia­lu ner­wo­wych chwi­lach… – Mundial można wygrać, ale mundialu nie można zdobyć.

 

przez za­sło­nię­te ro­le­ty są­czy­ły się nie­śmia­łe pro­mie­nie słoń­ca… – Rolety zasłaniają okno, ale rolet się nie zasłania.

Proponuję: …przez opuszczone ro­le­ty są­czy­ły się nie­śmia­łe pro­mie­nie słoń­ca

 

jakby w gło­wie po­lu­zo­wa­ła mu sie jakaś śrub­ka. – Literówka.

 

LUMOS!! – Zazwyczaj stawiamy jeden wykrzyknik, a w uzasadnionych przypadkach, trzy. Nie stawia się dwóch wykrzykników.

 

Zwy­kła za­pusz­czo­na ulicz­ka, roz­ga­łę­zia­ją­ca się od głów­nych ar­te­rii, jak nie­chcia­na na­rośl. – Jak jedna uliczka może rozgałęziać się od wielu arterii?

 

Mas­si­ve Dy­na­mics po­mo­że Ci w dro­dze do do­sko­na­ło­ści. – Jakaś kobieta mówi te słowa, a zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Spoj­rza­łem w kie­run­ku w któ­rym po­ka­zy­wał.Spoj­rza­łem w kie­run­ku, któ­ry po­ka­zy­wał.

 

Jak słowo daję, wy­glą­dał przy tym jak dzie­ciak… – Może wystarczy: Słowo daję, wy­glą­dał przy tym jak dzie­ciak

 

żebym po­czuł w oko­li­casch gar­dła jakąś prze­dziw­ną mie­sza­ni­nę po­dzi­wu i stra­chu. – Literówka.

 

z gład­kiej, ku­li­stej po­wierzch­ni wy­su­nę­ło sie me­ta­lo­we ramię… – Literówka.

 

a na­stęp­nie spod połów szaty wy­cią­gnął swoją śmier­tel­ną za­baw­kę… – …a na­stęp­nie spod pół szaty wy­cią­gnął swoją śmier­tel­ną za­baw­kę

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niczego z niczym oraz nikogo z nikim nie pokojarzyłem, zapewne dlatego, że te grube tomiszcza zaledwie kartkowałem*), i to dawno temu, więc jedynie melduję, że przeczytałem.

 

*) jak orzeczono wówczas, byłem już za dorosły na czytanie :-)

Opowiadanie dobre, mimo ze nie nazwalabym tego parodia. Momentami zabraklo mi troche detali  i pewnego rodzaju osobowosci w bohaterach. Chcialabym sie dowiedziec troche wiecej o tym Nie-Londynie, ale to juz pewnie temat na osobna historie. 

@Regulatorko – poprawki naniesione, wielkie dzięki za łapankę :) Parę krzaków jednak mi się ostało. Ach te nieszczęsne poły, arterie i rolety :) I jak poniżej:

@Adamie, Sikorko – dzięki za przeczytanie. Uznaję za dobrą monetę, że kłopoty sprawia tu bardziej pomysł niż wykonanie. :)

 

Rzucę trochę światła na całą aferę. Generalnie pomysł na taki dość absurdalny (i na pewno nie dla każdego) rodzaj humoru wziął się z faktu, że już w oryginalnych Potterach postaci tych złych były tak super hiper mroczne, poważne i zabójcze, że zwyczajnie przegięte – do takiego wniosku doszedłem w trakcie przerabianie ostatniej części, kiedy najprawdopodobniej byłem, wtórując za Adamem, za dorosły na czytanie tegoż.  

Nietrudno zatem było mi pójść w stronę zrobienia z nich takiego trochę “Gangu Olsena”, bandy niedorajdów. Żeby się w pełni pośmiać, na pewno niezbędne jest kojarzenie tej otoczki grozy, jaką Rowling kreowała wokół nich w swojej serii oraz  wyglądu w ekranizacjach (za wyjątkiem narratora, ja ich nie potrafię brać na poważnie).

A sama historia to oczywiście taki dodatkowy rozdział (choć nie nazwałbym tego epilogiem), mówiący o tym, że po ostatnim starciu jeszcze usiłowali jakimiś podrygami coś zwojować. :)

 

Jak pisałem wcześniej, cieszy mnie fakt, że odbiór utrudnia treść, a nie technikalia. Bo umiejętności ze mną zostaną na następne opowiadania już z inną tematyką i o ile jest to samo w sobie przystępne, to znak, że zmierzamy cały czas w dobrym kierunku :) 

 

And one day, the dream shall lead the way

Tytuł mnie rozbawił, a to dobry wstęp :) Ogólnie napisane przyjemnie, a że do oryginału nie mam wielkiego przywiązania, ale go pamiętam, to humorek nawet mi podszedł. Tylko sam fakt wykorzystania HP jest taki… oczywisty. Jak przeczytałam zasady konkursu na fanatstyczną parodię z góry wiedziałam, że bez HP i Władcy Pierścieni to sie po prostu nie obędzie.

Tekst uważam za gorszy od “Wycinków…”, więc może o tyle na minus, że niby powinno się iść w górę, ale z drugiej strony jest to kawałek humorystyczny. Zupełnie inny od twojego smoczego reportażu i nie wiem, czy powinno się te dwa teksty w ogóle porównywać. Ot, spróbowałeś czegoś nowego i chwali się :)

Tylko nie "Tęcza"!

 Też uważam tekst za gorszy niż “Wycinki…”. Ale nawet nie liczyłem na to, że będzie mu dorównywał.

Inna forma, inna waga gatunkowa, inny stopień mojego zaangażowania. Wiesz, tam planowałem, robiłem research, itp. 

Tutaj był drink po pracy i dopisywanie codziennie po parę zdań. Nie znaczy to oczywiście, że mi nie zależało, żeby napisać coś fajnego – ale podejście zdecydowanie luźniejsze.

A z gatunkami eksperymentuję non stop. :) T Czas w końcu na jakiś horror sf, chociaż zwlekam jak mogę, żeby nabyć doświadczenia i mojego ulubionego gatunku nie schrzanić ;)

And one day, the dream shall lead the way

Czytało mi się naprawdę bardzo przyjemnie :) Może i wzięcie na warsztat HP jest dość banalne, jednak pomysł, by bohaterami uczynić “tych złych”, a narratorem postać w oryginale raczej drugoplanową, wydaje mi się oryginalny i fajny, na duży plus.

Jeśli chodzi o styl i technikalia, to moim zdaniem wszystko śmiga i hula, czyta się lekko, zdania bardzo zgrabne, humor na swoim miejscu. To, co jednak trochę budzi moje wątpliwości, to fabuła. Obawiam się, że nie wszystko zrozumiałam – przede wszystkim nie kumam, na czym miała polegać cała rozkmina, ale może tak miało być, bo w końcu narrator też nie wie. To jednak bardzo mocno osłabia wydźwięk końcówki – łapię, że im nie wyszło, ale nie mam pojęcia co tak właściwie nie wyszło. A może jednak niechcący wyszło? 

 

Wygląda to tak: w sumie to wyszło, jednak mimo tego, że wyszło, to nie wyszło (bo nie poszło "książkowo" i zostali złapani). Sęk w tym, że gdyby wyszło (książkowo), to i tak ostatecznie by nie wyszło, bo ten plan mie miał szans powodzenia. Taki przekładańcowy absurd :)

 

Dzięki za punkcik i opinię :) Jeśli tekst da się czytać z przyjemnością, to jestem zadowolony, bo jeszcze za tematykę typowo humorystyczną się nie zabierałem.

And one day, the dream shall lead the way

:D

“żeby strona pisząca dyrdymały nie miała wątpliwości, że wąchamy kwiaty od spodu. Mając po swojej stronie

 

“Mając po swojej stronie największego czarodzieja w dziejach, nie wydawało się to zadaniem szczególnie trudnym.“ – Mam wątpliwości, czy to zdanie jest prawidłowo skonstruowane. A na pewno brzmi niezgrabnie.

 

“Ktoś musi najpierw wykazać zainteresowanie, żeby w ogóle mogli się swym geniuszem okazać.“ – A co do tego mam pewność, że jest nieprawidłowe…

 

“Jak[+,] cholera, czajnik z wrzącą wodą.“

 

“To się cholera, nie może udać.“ – j.w.

 

Generalnie i mnie nie porwało. Z zaciekawieniem przeczytałam wariację z punktu widzenia “drugiej strony”, to na plus, ale nijak nie jestem w stanie zakwalifikować tego jako parodii… I w sumie nieco chaotyczna mi się fabuła wydała. Chociaż Fringe kojarzę, oglądałam. Zatem zaciekawiona – tak. Rozbawiona – raczej nie.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki za opinię! No, mój rodzaj humoru nie do wszystkich trafia, a opowiadanie to taka historia mniejszzch i większych pomyłek bohaterów. Ale dobrze, że chociaż zaciekawiło :)

 

And one day, the dream shall lead the way

Udana parodia – to raczej trafne określenie. Parodia, oprócz ciągnięcia łacha i rechotu, to także satyra – krzywe zwierciadło i te elementy są tu fajnie zaznaczone  :)

 

Klap!

Nie biegam, bo nie lubię

Fajnie, że zwróciłeś uwagę na ten aspekt tekstu. Jeszcze milej, że się podobało :)

 

Dzięki wielkie za komentarz i punkcik :)

And one day, the dream shall lead the way

Czytało się bardzo dobrze i mimo, że brak w tym było gagów, całość miała pewien humorystyczny wydźwięk, co chyba właśnie planowałeś osiągnąć…

Fabuła niestety nieszczególna no i tematyka oklepana, ale nie powiem – podobało mi się :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Mam tak jak Werwena – czytało się lekko i przyjemnie (do tego stopnia, że zastanawiałam się nad kliknięciem biblioteki) ale, niestety, zakończenia ni w ząb nie pojęłam.

Wydaje mi się, Rex87, że powinieneś troszeczkę nad tą nieszczęsną końcówką popracować. Dopisać, przepisać i zrobić tak, żeby czytelnik zrozumiał co masz na myśli – w sumie, jakby nie patrzeć, efektywna komunikacja z odbiorcą jest niezbędną umiejętnością pisarza.

Hmm... Dlaczego?

Dzięki wam za komentarze :)

Rad jestem, że czyta się to przyjemnie – w realizacji pierwszy rasowy horror i na równi z nim coś co określiłbym mianem thrillera s-f, więc jakość stylu jest dla mnie na wagę złota :) 

 

Cóż rzec, fabuła jest jaka jest, urok przyjętej przeze mnie konwencji w oparach absurdu – co prowadzi też do równie absurdalnego zakończenia. :) 

Co do końcówki – mimo wszystko zostawiam, bo choć rzeczywiście może wydawać się mało zrozumiała, pasuje mi do ogólnych założeń jakie przyjąłem przy pisaniu tekstu. Narrator pyta się na początku:

– Jedną chwilę. – Podrapałem się po skroni. – To w którym momencie wygrywamy?

No i w tym sęk, że oni po prostu nie wygrywają – niezależnie od tego, czego by nie zrobili – to jest w sumie główna myśl opka, do której nawiązuje zakończenie, podana w pierwszym akapicie. :)

 

Natomiast przy kolejnych wypocinach z “normalniejszą” treścią, z pewnością wezmę to pod uwagę. Dzięki! :)

And one day, the dream shall lead the way

Czytało się lekko. Ciekawe krzywe zwierciadło. Parę razy się uśmiechnęłam, ale bez szaleństw. Banda sierot, która mi kogoś przypomina – to była pierwsza myśl. Gdy wyjaśniłeś w którymś z komentarzy, że inspirowałeś się Gangiem Olsena, to faktycznie widzę podobieństwo. Tyle, że ten rodzaj humoru już mnie aż tak nie bawi jak kiedyś.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Całkiem, ale gdyby nie dobre wykonanie, nie doczytałbym. Oryginał jakoś piąte przez dziesiąte, pokazanie niedorajdow ok, ale najbardziej chyba wyszło ci starcie z alternatywną wersją świata. Tym niemniej, za mało kojarzę zz pierwowzoru by się dobrze bawić. Ta druga strona lustra już mi bardziej.

 

Parę przecinków, nie zamiast “ni”.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

@Fiszu, Śniąco

Wielkie dzięki wam za opinie. :)

Powiem wam, że myślałem, że tekst jest nieco mniej hermetyczny. ;)

Ale jak wspominałem wcześniej – dla mnie najważniejsze jest to , że styl i technikalia nie przysłaniają swą ewentualną topornością pomysłu – który akurat w tym wypadku, definitywnie wzbudza mieszane uczucia ;)

And one day, the dream shall lead the way

W końcu, po zdających się trwać czas oczekiwania przez Anglików na wygranie mundialu nerwowych chwilach

O nie, takich zdań to się czytelnikowi nie robi :) Tytuł, nazwa urządzenia, trochę jakbym czytał tłumaczenie Pratchetta :)

Ale ogólnie, to tak średnio bym powiedział.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Dzięki za wizytę i opinię berylu – no cóż wygląda na to, że zawaliłem temat ^^. Nie pozostaje mi nic innego jak wyciągnąć wnioski i obiecać poprawę przy kolejnych tekstach :)

And one day, the dream shall lead the way

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka