- Opowiadanie: Cień Burzy - Lśnienie

Lśnienie

Y!

 

Niniejszy szorcik został napisany (szybciutko, bo nie miałem wiele czasu – na motyw wpadłem przypadkiem) na konkurs urodzinowy zorganizowany przez pewien e-magazyn poświęcony grozie. Co ważne i wymagające podkreślenia, opowieść ta ma współautora. Jest nim pan Przemysław Piotrowski – pisarz, który machnął początek całej historii (dwa pierwsze akapity). Zadaniem uczestników konkursu było natomiast dopisać dalszą jej cześć, mieszcząc się przy tym na trzech stronach A4.

Konkursu niestety nie wygrałem, niemniej tekst uważam – zresztą nie tylko ja – za na tyle udany, by bez wstydu (w każdym razie nie większego niż zazwyczaj) podzielić się nim z Wami.

 

Teraz ostatnia, zawsze dla mnie najprzyjemniejsza część przedmowy: podziękowania.

A te należą się dwóm osobom. W pierwszej kolejności naszej nieocenionej Regulatorzy, która nie tylko zrobiła z tym opowiadaniem to, co Regulatorzy robi z każdym opowiadaniem, ale też nieodmiennie od bardzo już dawna jest moim motywatorem i siłą napędową podczas pisania. Drugą osobą jest beryl, z którym odbyłem bardzo interesującą i pouczającą rozmowę o realiach dzisiejszego świata.

Dziękuję Wam.

 

Peace!

 

P.S.

Kunia z rządem i samorządem temu, kto wymyśli jakiś lepszy tytuł dla tej historii.^^

 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Lśnienie

Gdy w końcu przebiłem się przez litą skałę, byłem potwornie zmęczony. Pył wdzierał się w nozdrza, czułem jak kolejne krople potu spływają po twarzy, skapując na ciemny, skalisty grunt. Wtedy go ujrzałem. Legendarny pociąg SS stał jakby zapraszał, aby po siedemdziesięciu latach otworzyć pogrążone w gęstym mroku wagony.

Gdy światło przytwierdzonej do kasku latarki padło na przerdzewiały zawias jednego z nich, poczułem jak zimny dreszcz przechodzi przez całe moje ciało. Odciśnięty krwawy ślad dłoni ciągnął się na wagonie przez kilka metrów, aż niknął pod kołami pociągu. Wtedy usłyszałem skrobanie, które wydobywało się z jego wnętrza. Najpierw ledwo słyszalne, potem silniejsze, w końcu jakby miało zaraz rozedrzeć grubą stal…

Odskoczyłem od składu, jednocześnie sięgając drżącą ręką do kabury. Serce waliło jak oszalałe. W płucach zabrakło tchu, a w ustach śliny. Zachowując resztki zimnej krwi, zacząłem wycofywać się w stronę wyjścia, nie odrywając jednocześnie oczu od pociągu.

Nagle potknąłem się i upadłem. Echo poniosło mój paniczny krzyk daleko w napierającą ze wszystkich stron ciemność i powtórzyło go jeszcze kilka razy, jakby drwiąc sobie ze mnie. Byłem jednak zbyt przerażony, by wstydzić się własnej słabości. To coś, co grasowało w pociągu umilkło bowiem niespodziewanie, a cisza, która niemą grozą wypełniła tunel, była po stokroć gorsza od wcześniejszego, wściekłego chrobotania.

Niezgrabnie wyjąłem z kabury starego makarowa i mocno zacisnąłem palce na zimnej stali. Ciężar pistoletu w spoconej dłoni uspokajał niesamowicie. Dawał poczucie niemal nadludzkiej mocy i obiecywał nietykalność: w końcu to przecież ja trzymam w rękach śmierć.

W tamtej chwili, chyba pierwszy raz w życiu, ciepło pomyślałem o dziadku Józefie; esbeckim skurwysynu, któremu ukradłem tę broń, kiedy zdychał w samotności na raka trzustki, a pielęgniarki nagminnie zapominały wymieniać mu kroplówkę i wypróżniać kaczkę.

Kiedy w końcu udało mi się uspokoić oddech i myśli, zacząłem rozglądać się dookoła i niemal natychmiast tego pożałowałem. Okazało się, że leżę wśród połamanych kości przynajmniej trzech szkieletów, na których nadal wisiały resztki cienkiej jak bibuła skóry i świetnie zachowane, granatowe uniformy Deutsche Reichsbahn. Kilka innych trupów w strojach kolejarzy i maszynistów znajdowało się tuż obok. Jeden z nich wciąż kucał na piętach, z głową wspartą o ścianę tunelu, jakby pogrążony w błagalnej modlitwie, a pozostałe leżały na ziemi, gdzie się który osunął. We wszystkich czaszkach ziały niewielkie dziury o regularnych kształtach.

Z każdym poruszeniem latarki cienie Niemców drgały się na wszystkie strony i zaplątywały w stare kości, co wywoływało wrażenie, jakby ciała ożyły nagle i zaczęły prawdziwy Danse Macabre.

Tłumiąc kolejny krzyk, poderwałem się na równe nogi i uciekłem do przejścia, które wykułem w ścianie i biegłem jeszcze przez jakiś czas, nim wreszcie poczułem się bezpiecznie.

Przystanąłem, a zaraz potem musiałem usiąść, bo nogi się pode mną uginały. Łapiąc oddech, zacząłem analizować sytuację i rozważać, co dalej. Wszystko we mnie krzyczało, żebym uciekał, póki jeszcze mogę, ale myśl, że miałbym porzucić to bezcenne znalezisko, zaprzepaścić lata poszukiwań i zrezygnować z największego marzenia mojego życia, po prostu nie mieściła mi się w głowie. Mógłbym tu wrócić później, lepiej przygotowany, może z grupą zaufanych ludzi, ze sprzętem, bronią, kamerami i wszystkim, co niezbędne. Tyle że nim zdołałbym zorganizować taką wyprawę, ktoś inny na pewno dotarłby już do pociągu i przywłaszczył sobie moje odkrycie; bezczelnie ukradnie bogactwo i sławę, o których śniłem przez całe lata! I które w końcu mam na wyciągnięcie ręki.

Rządowe hieny już od dawna depczą mi po piętach, a odkąd jakiś zasrany redaktorek opublikował artykuł o tajemniczym poszukiwaczu pociągu pełnego skradzionego przez nazistów złota, kosztowności, dzieł sztuki i dokumentów mogących zawierać największe tajemnice Rzeszy, dołączył do nich tłum złodziejaszków-amatorów, pragnących mnie ubiec albo wykiwać. I teraz cała ta hołota czai się gdzieś w pobliżu, czyha na mój skarb. To, że znajdą tunel, jest już tylko kwestią czasu.

Tak więc nie mogę ryzykować. Za nic w świecie nie oddam im mojego skarbu! Zresztą, czy tak naprawdę jest się czego bać? Kilka szkieletów, będących po prostu kolejnym dowodem na to, że są tajemnice cenniejsze od ludzkiego życia i jakieś zwierzę, pewnie kuna albo łasica, które nieopatrznie wlazło do pociągu i teraz nie może się wydostać. A nawet jeśli to coś groźniejszego od kuny, to przecież wciąż tylko zwierzę… No bo cóż by innego? Poza tym, w końcu jestem dorosłym facetem, który ma pistolet i niemal trzy pełne magazynki do niego.

Powtarzając sobie to wszystko, ruszyłem z powrotem w stronę tunelu. W pewnym momencie zatrzymałem się jednak, na nowo ogarnięty panicznym strachem. Przypomniałem sobie bowiem o krwawym śladzie, ciągnącym się wzdłuż ściany pociągu. Co spotkało tego biedaka?

No cóż – pomyślałem – w tym tunelu musiało wydarzyć się coś naprawdę potwornego, ale cokolwiek to było, miało miejsce siedemdziesiąt lat temu. Teraz nie ma tu już nikogo, prócz mnie…

Tylko dlaczego z każdą chwilą ten pociąg przerażał mnie coraz bardziej? Dlaczego zamiast cieszyć się odkryciem i świętować najwspanialszy dzień życia, czuję tylko obezwładniający strach i narastającą niepewność?

Kurwa, to nie tak to miało być – zakląłem w duchu. – Zupełnie nie tak miało być…

Kiedy znów ujrzałem pociąg, miałem już gotowy plan działania. Prosty i genialny: zdobyć albo zostawić jakiś niepodważalny dowód, że to właśnie ja odkryłem tunel i wynosić się w cholerę.

Zacząłem nerwowo błądzić promieniem latarki wzdłuż tunelu i omiatać światłem masywne cielsko pociągu. Ku swojej uldze nigdzie jednak nie dostrzegłem ani nie usłyszałem tajemniczego stwora.

Ignorując krwawą smugę, trupy kolejarzy i wagon, w którym słyszałem skrobanie, ruszyłem energicznie w stronę lokomotywy, a ciemność rezonowała moimi krokami. Ze zdobytych wcześniej informacji wynikało bowiem, że na początku składu są wagony osobowe, w których łatwiej znajdę jakieś dokumenty, albo coś, co mogłoby stanowić niezbity dowód mojej tu obecności.

Nagle zdałem sobie sprawę, że coś się nie zgadza; że jakiś element w całym dotychczas ukazującym się obrazie zupełnie nie pasuje do reszty. Strach, a po trochu także i podniecenie, mąciły mi jednak myśli do tego stopnia, że nie potrafiłem odgadnąć, o co chodzi. Czułem jednak, że to coś bardzo, ale to bardzo ważnego.

Zawahałem się na moment, czy by nie wrócić i nie poszukać rozwiązania tej zagadki, ale szybko zrezygnowałem, bo w świetle latarki ukazał się już pierwszy wagon osobowy, a ogarniający mnie strach stawał się nie do wytrzymania.

Zdobyć dowód i uciekać… Zdobyć dowód i uciekać… Zdobyć dowód i uciekać… I uciekać…

Po raz enty upewniłem się, że broń jest nabita i odbezpieczona, a potem, pocąc się obficie i oddychając coraz szybciej, otworzyłem drzwi i wskoczyłem do wagonu.

W środku było pusto. Nie znalazłem niczego, co nadawałoby się do moich celów. Tu i ówdzie walały się tylko jakiś osobiste drobiazgi, jak kieszonkowy zegarek, paczka papierosów czy okulary.

Ruszyłem więc do następnego wagonu i tu już miałem więcej szczęścia: na jednym z foteli leżała teczka, a w niej dokumenty przewozowe, opatrzone datą, numerami wagonów i sygnaturą SS. Przynajmniej część z nich zawierała spis towarów znajdujących się w pociągu. A więc idealnie!

Zamknąłem teczkę i już miałem odejść, lecz wtem naszła mnie pewna myśl. Wyjąłem długopis i tuż obok okna, na drewnianej boazerii, bardzo małymi literami napisałem swoje nazwisko i aktualną datę.

Kiedy zbliżałem się do wyjścia z tunelu, promień latarki po raz ostatni omiótł skład, a ja w nagłym przebłysku zrozumiałem, co nie dawało mi spokoju: krew na ścianie wagonu wciąż jeszcze lśniła, gdy padło na nią światło…

 

***

 

– Tomek, Karol, chodźcie tu szybko! Musicie to zobaczyć!

– Co jest!? Co się dzieje!?

– Patrzcie! – Krzysiek oświetlił latarką wnętrze wagonu. – Ktoś tu już był przed nami. Widzicie? Tutaj pisze…

 

Piotr Dudek

12 września 2015 r.

Koniec

Komentarze

Jakaś sierota ze mnie, bo chyba nie zrozumiałam zakończenia (tego przed gwiazdkami)… 

 

Scenka w tunelu i pociągu trzymała mnie w napięciu, ale ja tak mam, że sama bym w takie miejsce nie wlazła, bo umarłabym ze strachu, widząc wszędzie duchy i demony. Dlatego też raczej trzymam się z dala od horrorów. Jednak tekstu spod pióra takiego Autora nie pominę, choćbym potem miała w nocy nie spać.  

Cóż mogę więcej napisać (nie mam daru Cienia)? Napisane sugestywnie i klimatycznie. I chyba wolę nie wiedzieć, co się stało z bohaterem… 

W wymyślanie tytułu bawić się nie będę, bo przez całą tę aferę hasło “złoty pociąg” wypiera wszystko inne i nie daje dojść do głosu żadnemu fajnemu pomysłowi. 

 

 

PS. Zapraszam WSZYSTKICH do głosowania tu: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/14838 – Morgiana ma dwa super teksty, Finkla i Fishu też, więc nie dajcie się dwa razy prosić :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Świeża krew? ;)

Dobry tekst. Kawał suk…na z tego Piotrka, że umierającego dziadka okradał. To i mu się należało. O!

Tylko chłopaków szkoda. Skoro poleźli za tym antybohaterem, pewnie skończą jak i on. Z drugiej strony, poprawnej polszczyzny nie przestrzegają, to i dobrze im tak!

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Tylko chłopaków szkoda. Skoro poleźli za tym antybohaterem, pewnie skończą jak i on.

Bo ja wiem? Gdy jestem w towarzystwie, to groza się gdzieś chowa, może i im odpuści ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Sugestywnie napisany, trzymający w napięciu tekst. Do tego porusza aktualny temat. Podobało się.

Ej, tam wcale nie ma napisane, że umarł cheeky przynajmniej na razie  wink

Tekst rewelacyjny, fajnie trzyma w napięciu i chce się  więcej. 

Mnie się to bardzo bardzo …

 

 

PS. chyba nikt nie odważy się stanąć w szranki aby poprawić tytuł. Takiego kunia trójańskiego devil

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Horror? Cudownie. ;)

 

Bardzo dobry szort, zdecydowanie trzymający w napięciu, ale czy mogłoby być inaczej, skoro pisał to Cień? Szkoda, że tekst nie przeszedł dalej, bo jest przerażający do samego końca, a dzieciaki/nastolatki/wścibscy goście na zakończenie dodatkowo mrożą krew. Podobało się, ale ja lubię takie klimaty. Proszę o więcej.

 

 

I oczywiście, tak jak wspominała Śniąca, zapraszam do głosowania: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/14838 . Tyle, że ja polecam teksty Śniącej, Fisha i Finkli. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Cieniu, po kolejnym przeczytaniu Lśnienia, zdania nie zmieniłam. Nadal uważam, że napisałeś świetnie, tym bardziej, że ograniczały Cię i zadany temat, i skąpy limit znaków.

Czytając, znów miałam wrażenie osobistego penetrowania pociągu, słyszałam i czułam wszystko, co się tam działo. Znów otoczyła mnie ciemność; wprawdzie światło latarki próbowało ją rozproszyć, ale i tak była wszechobecna.

Choć bohater w zasadzie ledwie przechadza się w pociągu i tylko patrzy, sytuacja jest niezwykle napięta – tu smuga krwi, tam słychać skrobanie, potem martwa cisza… Więcej dzieje się w jego głowie, niż w rzeczywistości. Świetnie oddana atmosfera.

Podoba mi się, że szort jest napisany zwykłym, naturalnym językiem, a choć całe opowiadanie to monolog, chyba nikt nie zarzuci Lśnieniu, że  jest przegadane.

 

Kiedy autorzy prezentują pokonkursowe dzieła, zazwyczaj żałuję, że choć już nie muszą zważać na ograniczający ich wcześniej limit, nie korzystają z możliwości przedstawienia tekstu w pełniejszej, lepszej wersji. Lśnienie, to chyba pierwszy przypadek, kiedy powolna akcja opisana bardzo zwięzłymi zdaniami, jest zaletą opowiadania.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tytuł zostaw, w połączeniu z tagiem “horror” natychmiast kojarzy się z Kingiem. A to dobre skojarzenie ;) Poza tym nie chcę rządu, nawet z koniem, nie zmieszczą mi się w mieszkaniu.

 

Jedna sprawa, DanSe Macabre, nie DanCe, to z francuskiego jest.

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Doceniam aktualność tematu, postać narratora i język opowiadania. Zagadkę końcową także doceniam, ale jako czytelnik horroroodporny ani jednego dreszczu nie poczułem. Mam nadzieję, że nie rzucisz za to na mnie klątwy, Cieniu.

A ja nie mogłem się wczuć i całe napięcie szlag trafił.

Ale czytało się bardzo przyjemnie, a klątwa pociągu – słodkości :)

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Oj, podobało się i to bardzo. I cieszę się, że za oknem dopiero ciemnieje i że cala chałupa ludu. Jak napisała Reg – więcej dzieje się w głowie bohatera niż w rzeczywistości i to jest straszne.

Doskonały język i styl, ale aż się dziwię, że takie krótkie, że utrzymałeś w karbach swój talent, bo przecież Cieniu potrafi komentarze dłuższe wysmarować.

Edith – i błagam, niech ktoś jeszcze powie, że chętnie przyklepałby bibliotekę, bo mnie znowu zdublowało!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik – moc z tobą, a właściwie biblioteka:)

 

Cieniu – szort mistrzowski. Trzymał w napięciu od pierwszej do ostatniej chwili. 

F.S

Hmmm… Sprawnie napisana opowieść, tylko, niestety, bez zakończenia. Być może, obowiązywał limit znaków i to ograniczyło możliwość wyjaśnienia do końca historii. Ten ostatni akapit nie jest wyjaśnieniem tajemnicy tego składu i tego tunelu. Źle został rozegrany motyw krwi.  Jeżeli bohater na początku słyszał chrobotanie i widział ślad świeżej krwi, to czemu potem stwierdza, że po upływie siedemdziesięciu lat nie ma to znaczenia i nie ma się czego bać? Po siedemdziesięciu latach tej krwi w ogóle nie byłoby już widać. A trochę dalej bohater zaczyna się tego śladu ponownie bać. Słusznie… 

Mamy zwiastuny tajemnicy – krew, chrobotanie, otwory  w ciałach trupów. I co dalej? Ano nic, nic nie zostało wyjaśnione, albo chociaż zasugerowane, co to mogło być i co mogło się wydarzyć.

W sumie wyszło pisanie dla pisania w klimatach grozy, z istotnymi błędami w konstruowaniu fabuły. Szkoda, bo zapowiadało się ciekawie.

Pozdrówka.,

Hmmm. Rzadko się zdarza, żeby dzisiejszy tekst, który czytam wieczorkiem, został już nominowany i zabibliotekowany.

Nie poruszyło mnie. Trochę pewnie dlatego, że nie przepadam za horrorami, ale bardziej chyba z tej przyczyny, że nic nie wyjaśniłeś, pozostawiając całą robotę tworzenia potwora czytelnikowi. Może i na tym horror polega, może i nienazwane strachy są najgorsze, ale nie z Finklą te numery, Burzo. Nie widzę tu oryginalnego pomysłu.

I nie uwierzyłam w kucający szkielet. Jeśli mięśnie i ścięgna szlag trafił, to na czym to się trzymało w kupie?

We wszystkich czaszkach ziały niewielkie dziury o regularnych kształtach.

A dziur wylotowych nie było?

Sorry, Cieniu, jestem na nie.

Babska logika rządzi!

Fajny tekst, a najbardziej podobało mi się zakończenie. :) Chociaż ja jednak mam wrażenie, że limit trochę zanadto przycisnął. 

Ale fragment z dziadkiem skurwysynem mnie trochę wybił z rytmu. Ok, jakiś tam dodatek, ale że jednak z pupy, to i po tym fragmencie, zamiast dalej wczuwać się w losy bohatera, to myślałam o dziadku. Skąd on, po co, dokąd zmierzał. ;)

Ja nie jestem horroroodporny, a mimo tego grozy nie poczułem prawie w ogóle. Delikatny dreszcz przeszedł mnie na samym końcu, natomiast całą resztę czytałem dość beznamiętnie. Rozumiem, że mogłeś zamierzyć takie ukłucie strachu tylko na sam koniec, ale nawet jeśli, to było nieco zbyt “subtelne”.

Nie wiem, jak to napisać, bo na krytyce się nie znam, ale język wydawał mi się rozrzutny,  nadmiarowy, jakbyś miejscami używał zbyt wielu słów.

Nie poszło. Rozumiem, że ograniczały Cię, Cieniu, założenia konkursu, ale za dużo akapitów na początku brzmi na tłumaczenie: skąd bohater ma broń, czemu jednak tam wchodzi, itd., a potem 4 czy 5 akapitów opisujących w jaki sposób bohater się boi, a samą kulminację mam sobie sam wyobrazić?

Nie wiem, może spodziewałem się więcej, bo cały czas mam w pamięci Twoje “Wizje”? Albo dlatego, że tytuł zapowiadał ciut więcej? :)

Mnie tekst rozczarował. Przede wszystkim zabrakło oryginalności, czegoś, co by sprawiło, że zapamiętałbym opowiadanie na dłużej.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Część!

A nawet: Cześć!

 

Cały weekend piłem na weselu z młodą parą. Dzisiaj cały dzień młoda para piła ze mną. U mnie. Niekończące się wesele. Wreszie młodzi padli, ja odpalam kompa, bo mam jeszcze pewną obietnicę do spełnienia, wchodzę, patrzę – mój tekst.

(Skrob, skrob…)

Faktycznie, wrzuciłem. Trudno, zdarza się.

Ale do tego komentarze, biblioteka, nominacje nawet. Magia prawdziwa, tyle się dzieje. Super!

Wniosek: muszę więcej pić. Następnym razem jednak wywalę kreseczkę z litery “ó” podczas doboru trunków. A przynajmniej będę z nią negocjował.

 

Za wszystkie komentarze, głosy do biblioteki, nominacje i ogólnie czas poświęcony na czytanie i opiniowanie moich wypocin, bardzo, bardzo dziękuję.

 

Na wszystkie pochlebne opinie – mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone – pozwolę sobie odpowiedzieć zbiorczo: jestem szczęśliwy, że Wam się podobało. Wrócę do Was na trzeźwo.

 

Pozwolę sobie natomiast na dialog z niektórymi wypowiedziami:

 

Adamie, choćbym chciał miotnąć na Ciebie jakąś klątwą – a nie chcę! – to i tak jestem za cienki, by to się mogło udać. Za opinię i docenianie dziękuję. I doceniam.

P.S. Pomysł na pisanie o “Złotym pociągu” nie był jednak mój.

Rogerze, wychodzisz z błędnych założeń. Co jest ważne, krew na pociągu była motywem narzuconym przez pana Piotrowskiego i z jego fragmentu nie wynika absolutnie, że ta krew była świeża. To już moja własna fanaberia. A bohater dopiero na końcu się zorientował, że coś z tą krwią jest nie tak. Wierzył, że jest pierwszą osobą od końca Drugiej Światowej, która widzi niemiecki pociąg i dlatego uznał (wmawiał sobie), że ta plama już od dawna nie ma znaczenia. Dopiero później poniał swój błąd.

Odnośnie braku zakończenia – tudzież wyjaśnień, co i jak, bo zakończenie jednak jest – nie jest to efektem narzuconych mi ograniczeń, a świadomym zabiegiem. Skrobanie dobywające się z pociągu nie jest moim pomysłem. Ja po prostu musiałem coś z nim zrobić. Miałem więc do wyboru wykreować jakiegoś potwora albo inne poniemieckie cudo i kazać bohaterowi przed nim spierdzielać, co dla mnie w ogóle nie jest horroropodobne, klimatyczne ani interesujące (a w każdym razie nie jako temat przewodni całej historii, choć z tego też by coś wycisnął, wiadomo), albo pójść właśnie w tajemnicę i w psychologiczny o najbardziej dla mnie mroczny, wyrazisty, poruszający i interesujący aspekt każdej opowieści grozy. Jak zauważyła Finkla, najbardziej boimy się tego, co nieznane. Wolałem więc zostawić Was na pastwę tego nieznanego właśnie. Oraz ciemności i strachu, który czuł bohater. Limit co najwyżej podciął mi skrzydła w snuciu i rozwijaniu tej historii, nie w jej zakończeniu.

 

Cet, było danSe. Przynajmniej w oryginale. Jestem tego o tyle pewien, że zawsze weryfikuję sobie takie rzeczy podczas pisania, a i tym razem, choć zwrot jest mi nieobcy, upewniałem się co do pisowni. Dopiero przed wrzuceniem opowiadania tutaj minimalnie przerabiałem jeszcze ten fragment i prawdopodobnie wtedy zadziałała automatyka w moim rzekomym mózgu. Poprawię i dziękuję.

 

Fifi, trupek mógł się trzymać w swojej pozycji choćby dzięki ubraniom, które miał na sobie.

Co do dziur w głowach, to nigdy nie strzeliłem nikomu z Laugera w potylicę, więc mogę tylko opierać się na domysłach i bardzo ogólnej, a przy tym mglistej wiedzy o tego typu egzekucjach, ale wydaje mi się, że pocisk wystrzelony z tej małokalibrowej broni nie ma na tyle dużej siły, by przebić czaszkę, przewiercić się przez cały mózg i jeszcze ponownie wywiercić dziurę w dosyć grubej kości czołowej. Choć oczywiście mogę się mylić. Nie zapominajmy jednak, że narrator opowiada o tym, co widział bohater. A ten widział trupy obrócone twarzami (przednią stroną ciał w każdym razie) do ściany. Tak więc dziury w twarzoczaszce, nawet jeśli były, mogły być zwyczajnie niewidoczne, zwłaszcza w słabym świetle latarki.

 

Oszko, dziadek z SB był mi potrzebny z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, żeby jakoś uzasadnić, skąd bohater miał broń. Polska to Hameryka, nasi lokalni Indiana Jonsowie nie mogą od tak sobie zmontować pukawki i latać z nią po wsi. Zresztą broń palna to raczej nie jest standardowe wyposażenie kogoś, kto zapuszcza się do Wałbrzycha. Taką przynajmniej mam nadzieję. A że ten mój to był kawał chciwego ciulika z wyraźnie zarysowaną szajbą na punkcie tego pociągu i paranoją związaną z ludźmi, którzy deptali mu po piętach, to i broń jak najbardziej wskazana. I to właśnie był drugi powód, dla którego wmontowałem ten fragment o dziadku. Chciałem pokazać, jakim człowiekiem jest mój bohater i do czego jest zdolny. To, że napisałem, jaki był sam dziadzio, też ma uzasadnienie: “Jakie drzewo…”

 

Kiedy ma się z góry narzucony temat, miejsce akcji i jakieś założenia fabularne, w dodatku bardzo, pozwolę sobie uważać, sztampowe (krew, skrobanie), a do tego srogi limit, zarówno miejsca jak i czasu, to trudno o coś oryginalnego. Zresztą w ogóle trudno o coś oryginalnego. Niemniej, z tego, co udało mi się wycisnąć z owego tematu, a zwłaszcza z tej małej zabawy treścią i formą na końcu, jestem zadziwiająco bezsensownie z siebie kontent.

Co do stylu, klimatu i takich tam – z podkreśleniem takich tam – to każdy lubi to co lubi i nie każdy lubi, to co lubię ja. I to jest świetne.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Alternatywny tytuł tekstu? “Pociąg”.

Pozdrówka.

Wniosek: muszę więcej pić. Następnym razem jednak wywalę kreseczkę z litery “ó” podczas doboru trunków. A przynajmniej będę z nią negocjował.

Woda nie wodka; mnogo nie wypiosz… ;-)

Fifi, trupek mógł się trzymać w swojej pozycji choćby dzięki ubraniom, które miał na sobie.

Hmmm. Moje ubrania, po włożeniu do środka kilku patyków nie utrzymywałyby pozycji innej niż leżąca. Ale może za często je piorę…

Co do dziur wylotowych – też się nie znam, tylko tak mi się wydaje. Ale jak nie widział przedniej części, to nie widział.

Babska logika rządzi!

Jak dla mnie tekst ciekawy. Często sobie myślę, że w tematyce horrorów właściwie wszystko zostało już powiedziane, czytam je jednak nadal, aby poczuć ten dreszczyk strachu z czasów, kiedy miałem dwanaście lat i brat przynosił mi Kinga z biblioteki dla dorosłych. Ostatnią książką, podczas czytania której naprawdę się bałem było ,,To!”. 

A w tym shorcie na sam koniec poczułem nie tyle dreszczyk, ale miłe ukłucie w sercu i za nie pragnę gorąco podziękować. Potrafisz zainteresować czytelnika i jak było powiedziane wyżej – ,,gdyby opowiadanie było pełniejsze, dłuższe…”

Z rzeczy, który mi nie pasowały, to właśnie kucająca na piętach (?!) postać oraz pomysł z zostawieniem informacji o swoim pobycie – trochę od czapy, od razu można się domyślić jakie będzie zakończenie. Lśniąca krew daje nam dowód, że ktoś tam ostatnio był – co się z nim stało? Bohater nie zauważył śladów ingerencji w otoczenie? Skoro był, jak sam myślał pierwszą osobą od II wojny światowej,  to zakładając że ktoś tam był przed nim musiał się tam jakoś dostać. Inną drogą? Nie widział śladów butów w świetle latarki? Ilu było jeszcze przed nim? Ale tego już się nie czepiam, bo jak wiadomo, horrory nie muszą kierować się logiką, więc na zakończenie jeszcze raz dzięki za możliwość przeczytania historii. 

Jak dla mnie mocna czwóreczka się należy, a osobiście piąteczka. Przybij!

Jeśli chodzi o tytuł – Kolej Cmentarna, Ostatni przystanek, Złoty pociąg koloru karmazynowego, Skarb dla nikogo, Rubinowe złoto – itd. Tytuły to nie problem!

Mnie się bardzo podobało to, że nie pokazujesz żadnego potwora i nie dajesz prostego wyjaśnienia – skoncentrowałeś się na klimacie, na psychologii i to jest dobre. Na mnie bardziej działają takie teksty, gdzie jest choć odrobina tajemnicy. 

 

Mam wrażenie, że limit znaków i sztywna konstrukcja (dwa zdania na początku) bardzo Cię ograniczyły, szczególnie to drugie. Gdyby tak wziąć dokładnie te same motywy i trochę je pomieszać (np. bohater zauważa tę smugę nieco później), a do tego rozszerzyć opowieść nie tyle o wyjaśnienie tajemnicy pociągu (które w moim odczuciu zabiłoby klimat), ale rozmyślania i wspomnienia samego bohatera, zrobić mu małą psycho-wiwisekcję… bo cały proces budowania napięcia, eskalacji strachu rozgrywa się tak naprawdę w jego własnej głowie.

 

Ale to takie narzekania na marginesie. Przy tych, dość dużych, ograniczeniach wyszedł tekst, który czyta się jednym tchem. Nic, tylko pogratulować.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Siem!

 

Rogerze, tytuły typu “Pociąg” czy “Tunel” byłyby bardzo na miejscu, gdyby nie to, że jest… za bardzo na miejscu. To znaczit na NF pewnie spokojnie by już przeszedł, ale kiedy pisałem to pod konkurs, w którym – z założenia – udział wziąć miały dziesiątki opowiadań zaczynających się tak samo, to jednak podobna łopatologia byłaby nie na miejscu. Niemniej, tutaj może faktycznie warto by pójść w tym kierunku. Bo “Lśnienie” jest jednak za bardzo kingowskie. “Skarb dla nikogo”, wg propozycji Unglebudujabu też bardzo mi się podoba. Chcę więcej!

 

Z tym trupem pokutującym – a wracam do niego, bo to bardzo ciekawe zagadnienie samo w sobie – to wydaje mi się, że jednak jego pozycja jest jak najbardziej realna. W chwili egzekucji facet klęczy na piętach. Dostaje kulkę z pewnej odległości, ale jego ciało zamiast w bok, osuwa się do przodu, aż głowa uderza o ścianę i klinuje się, nie pozwalając trupowi zsunąć się do końca. Ciało zastyga w takiej pozie i tężeje, robi się sztywne. Mijają lata, zwłoki się rozkładają, gnijące mięso wsiąka w ubranie, spaja się z nim i je usztywnia (pranie faktycznie by się przydało). Z czasem mięsa – spoiwa – coraz bardziej ubywa, a zwłoki osiadają wciąż niżej i niżej, już tylko na samych kościach, wiadomo. Ale jest to proces powolny więc szkielet, nie niepokojony przez nikogo, może sobie tak leżeć przez długie lata, złożony w “harmonijkę”. Oczywiście, że coś się tam poprzesuwa, coś odpadnie i pozycja zwłok nie jest idealnym modelem człowieka pokornego, ale ogólnie nadal może przywodzić go na myśl. Z czasem konstrukcja się rozleci, wiadomo, ale to po prostu jeszcze nie ten moment.

 

 

Unglebudujabu, bardzo Ci dziękuję za dobre słowa i cieszę się, że tekst wywołał w Tobie pozytywne – bo mimo wszystko tak to można chyba ująć – emocje. Z autorską wizją kucania, czy raczej klęczenia na piętach już się pewnie zapoznałeś, więc teraz kilka słów o wędrowaniu w totalnych ciemnościach i całej reszcie.

Ja, gdybym znalazł taki pociąg, też zostawiłbym w nim jakiś dowód, że byłem pierwszy i znaleźne moje. Strzyżonego fryzjer strzyże, wiesz jak jest. A skoro ten fragment od razu nasunął Ci, jak będzie wyglądał finał, to tylko dobrze świadczy o Twojej przenikliwości.

Byłeś kiedyś w jakimś miejscu, w którym absolutnie, ale to absolutnie nie ma światła? Bo ja owszem. Chodziłem między innymi po jaskini, do której zapuszczenie się bez czołówki, zapasu baterii i rezerwowych latarek oraz – a właściwie: przede wszystkim – liczącego sobie setki metrów sznurka, który umożliwiał odnalezienie drogi powrotnej wśród dziesiątek szczelin i komnat, byłoby spektakularnym samobójstwem. I wiem, jak przytłaczająca i wszechobecna potrafi być ciemność w takich miejscach. Pojedynczy snop światła oświetla naprawdę niewiele, cała reszta to czerń, w której człowiek nie dostrzeże własnej ręki, nawet jeśli otwartą dłonią dotyka nosa. W takich warunkach można bardzo wiele rzeczy przegapić, zwłaszcza, gdy się ich nie szuka. Dołóż do tego ogromne podniecenie, jakie bohater musiał odczuwać na początku i niemal paraliżujący strach, który czuł na końcu. Przytłoczony takimi emocjami, człowiek funkcjonuje zupełnie, ale to zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Jeśli kiedykolwiek zrobiłeś przez jakąś kobietę coś, na myśl o czym do dzisiaj jeszcze czujesz głębokie zażenowanie i zadajesz sobie pytanie: “Co mi, do ciężkiej cholery, wtedy odbiło?”, to mniej więcej wiesz, o czym mówię.

Nieodmiennie wierzę w inteligencję czytelników – bo już sam fakt, że w ogóle czytacie , coś o Was mówi – więc nie widzę powodów, by wszystko wykładać łopatologicznie.

Co do tego, jak ktoś się wcześniej dostał do pociągu, to odpowiedź wydaje się oczywista, a przy tym tak naprawdę pozbawiona znaczenia: ktoś po prostu znalazł inną drogę, uprzedził mój jegomościa i no… też zostawił ślad swojej bytności, a jednocześnie dowód już niebytności.

Piąteczka!

 

Mirabellko, hej ho! Hej ho!

Bardzo się, że bardzo Ci się. I że tak dobrze rozumiemy się w kwestii tego, co buduje prawdziwy klimat w opowieściach grozy.

Dziękuję za wizytę i dobre słowo.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

W moim odczuciu, “Tunel” nie. Ten tytuł za bardzo dokładnie określa miejsce akcji  “Pociąg” jest o tyle dobry, że pokazuje, o czym w opowiadaniu będzie mowa, jednak nie daje żadnych bliższych informacji. Chyba przez to  zaciekawia. Pociąg… O co tu idzie?

Takim ciekawym tytułem byłby tytuł “Człowiek z pistoletem makarowa”. Wcale nie jest mylący, chyba zaciekawia, a odnosi się do akcji. Pytanie tylko, czy z pistoletem makarowa, czy raczej z pistoletem Makarowa. Jestem za pierwszą wersją, bo wyraźnie mówimy o typie broni krótkiej.  Podobnie jest w języku polskim przy pistolecie luger. Tak przy okazji, ten tytuł nawiązuje do jednego z filmów o Bondzie – “Człowiek ze złotym pistoletem”. 

Pytanie mam – a czy “Lśnienie” było publikowane gdzieś indziej?

Pozdrówka.

No dobrze, przekonałeś mnie (trochę) z tym dziadkiem. :) 

Aha, i podobnie jak Mirabell uważam, że niewyjaśnienie tajemnicy było dobrym zabiegiem. Czasami wytłumaczenie wszystkiego szkodzi – tu by było co najmniej niepotrzebne.

Pociąg, pociąg, mówi się pociągnij! ;P

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

A zatem:

Pociągnij!^^

 

Peace!

 

P.S.

Nie, Rogerze, nie było. A w każdym razie ja nic o tym nie wiem.

 

P.P.S.

Oszko, uśmiecham się do Ciebie. Gdzieś w mroku…

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

I w sumie  dobrze, że nie zostało nigdzie indziej opublikowane.  

Ciemiu Burzy – spokojnie mógłbyś rozwinąć tekst, co nieco zmodernizować początek albo nawet go wyciąć, dać nowy tytuł i nowy tekst wysłać do “Histerii”. Do jedenastego numeru “Histeria” przyjmuje teksty do końca października. Ja tak zrobiłem z dwiema miniaturami i jednym drabblem, i wszystkie trzy teksty się ukazały.

 Na pewno warto.

Pozdrawiam. Miło było.

Zamiast kojarzącego się z Kingiem ‘Lśnienie’ można dać ‘Ślad’ – zero spojlera a czytelnik niech się zastanawia, czy chodzi o ślad krwi, ślady prowadzące do skarbu czy może ślad bytności bohatera w pociągu :p

Tekst czytałam z przyjemnym napięciem, chociaż wolałabym zaznaczenie, że ‘coś’ się bohaterowi nie zgadza wcześniej i bardziej się przewijające przez tekst.

Miałem napisać ten komentarz przedwczoraj – zasnąłem. Próbowałem go napisać wczoraj – znowu zasnąłem. Dzisiaj jestem po trzech kawach i nie poddam się tak łatwo. 

 

Przyznam, że po pierwszych zdaniach byłem nastawiony sceptycznie… a tu o! I to nie byle jakie “o!”, ale takie naprawdę duże, okrągłe “O!”. ;)

Stworzyłeś horror bez potworów, piły mechanicznej, generalnie bez najbardziej oklepanych elementów (ok, był opuszczony pociąg i skrobanie), co jest zarazem plusem jak i minusem. Plusem, bo nie wyszła sztampa, a minusem, bo przez większość tekstu straszno wcale nie jest. Na szczęście jako deser zaserwowałeś wyborne zakończenie i ostatecznie daję lajka.

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Rogerze, dzięki. Przemyślę to, ale na razie mam tyle planów pisarskich na głowie, że Histerię zostawię sobie na spokojniejsze czasy (choć powoli przestaję w takowe wierzyć).

 

Bella-trix, dziękuję za komentarz i kolejną propozycję. Tutaj już zostawię sobie stary tytuł – choćby po to, żeby ludzie wiedzieli, co zostało nominowane do Piórka – ale jeśli kiedyś coś faktycznie będę jeszcze kombinował tutaj, to na pewno Wasze propozycje mi się przydadzą.

 

Elnarze, dziękuję Ci za Twoje poświęcenie. Ja rzadko piję kawę, a kiedy już muszę, to najdalej po drugiej piszę psalmy do Boga Śmierci.

 

Jeśli mam być szczery, to po pierwszych zdaniach również byłem nastawiony sceptycznie. Ale że to nie są moje zdania (opuszczony pociąg i skrobanie to też nie mój wymysł), to jakoś mogę z tym żyć (byle nie pić za dużo kawy). No i bardzo się cieszę z Twojego “O!”. Już tylko dla niego warto było napisać to opowiadanie.

Zginam się przed Wami w pół.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Przeczytałem szorta.

Komentarze skończyłem na wypracowaniu Cienia (to przypadkiem nie jest dłuższe niż sam szort?).

 

Suma sumarum powiem tyle – mówcie co chcecie, mnie się podobało! :D

/Then waken by rumble ancient wind-mariner /Howled loudly crushing his freezed dark lungs as bellows /Calling all ashy hordes hidden in caves below /To unchain the beast meant to be the beginner.

Ja nie jestem przekonana :(

Pomysł i ogólna konstrukcja są według mnie ok, również wolę w grozie tajemnicę, atmosferę i to, co w głowie bohatera od krwi i potworów. Jednak tutaj czegoś zabrakło. Wydaje mi się, że tego, co w głowie było zdecydowanie mniej, od tego, co w fizjologii – walące serce, poty i tak dalej. Tak ja napisał Mr D:

a potem 4 czy 5 akapitów opisujących w jaki sposób bohater się boi

no właśnie, dokładnie tak to odebrałam, skutkiem czego przyjęłam do wiadomości, że bohater się bał, ale ja nie bałam się ani trochę.

Za to jestem na tak, jeśli chodzi o zakończenie. No trudno, nie wyjaśnia się, ale wreszcie pojawia się mały, subtelny, ale odczuwalny dreszczyk ;)

 

Zdziwiona jestem, że tak gęsto od komentarzy, a nikt nie wyłapał babolków (no pewnie, że w dobrze napisanym tekście trudno złapać), więc pozwolę sobie:

 

Z każdym poruszeniem latarki cienie Niemców poruszały się na wszystkie strony

 

A tu w sumie nie wiem, czy nie zamierzona taka stylizacja na Golluma ;) :

 

I teraz cała ta hołota czai się gdzieś w pobliżu, czyha na mój skarb. To, że znajdą tunel, jest już tylko kwestią czasu.

Tak więc nie mogę ryzykować. Za nic w świecie nie oddam im mojego skarbu!

 

Opowiadanko rozczarowało, bo właściwie skończyło się w momencie, w którym powinno się rozpocząć. Dreszczu grozy więc nie było, gdyż z początku wszystko jest takie oczywiste – zardzewiałe wagony, trupy, krew. A nie wyjaśnianie tajemnicy po prostu chybione, przecież tajemnica od dawna jest obecna w mediach i już się trochę spowszedniała. A ja sam chciałbym się wreszcie dowiedzieć, ci się kryje w tym cholernym pociągu, i szkoda, że o tym nic nie ma.

Werweno, tak, zdeczka gollumowe schematy myślowe bohatera są jak najbardziej zamierzone, bo chciałem ukazać czy raczej oddać, co się dzieje z ludźmi, których opęta “gorączka złota”. A zwłaszcza “gorączka złotego pociągu”. Bo na ile mam styczność z tematem w mediach wszelakich – choć staram się jej nie mieć; ani z mediami ani z tematem – to jednak to najbardziej rzuca się w oczy. Ludzie są gotowi wydrapywać sobie oczy już za sam mit tego pociągu. A co dopiero będzie, kiedy ten faktycznie się znajdzie… Cieszę się, że ktoś zwrócił na to uwagę.

 

Jesli chodzi o ten drugi babol, to – wstyd się przyznać – ale to nie czytelnikom należy się bura, a mnie, bo tak naprawdę popełniłem to powtórzenie już później, po publikacji opowiadania tutaj. Poprawiałem “Dance” na “Danse” i przy okazji lekko zmieniłem całe zdanie. No i tego… nie pykło.^^

 

Agrolingu, dziękuję za wizytę i komentarz. Wiesz, prawda jest taka, że ja też nie mam pojęcia co naprawdę jest w wagonach tego cudeńka. Ba, nie wiem nawet, czy pociąg w ogóle istnieje. Nie byłbym więc w stanie zaspokoić Twojej ciekawości w tej materii. Zresztą rzeczywista zawartość rzeczywistego pociągu dla opowiadania nie ma żadnego znaczenia. Tajemnica, której nie wyjawiłem w opowiadaniu, tyczy przede wszystkim tego skrobania.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Przyciągnęła mnie nominacja do piórka, ale zachytów nie podzielę… Tekst nie ma w sobie niczego, co pozwoliłoby mi go zapamietać na dłużej. No, może poza tym sprytnym zagraniem na końcu. Ale to za mało. A że masz sprawne pióro to już nie nowina, więc podobnie jak Szyszkowego – mnie tekst również rozczarował.

Tylko nie "Tęcza"!

Przykro mi, ale chyba będę potrafił z tym żyć. Zwłaszcza, że osobiście jest mi chyba bliżej do tych, którzy czują się tekstem rozczarowani.

Dziękuję za wizytę i komentarz.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Czytało się przyjemnie, biorąc pod uwagę dość sztampowy początek i tak sporo potencjału z niego wycisnąłeś. Zdziwiło mnie pomylenie świeżej krwi ze starą – stary ślad krwi można by moim zdaniem pomylić z naprawdę wieloma rzeczami, ale nie ze świeżym. Ładnie budowany klimat, choć dreszczów niepokoju jakoś nie czułam, ale ja wielbicielką horrorów nie jestem.

Co do tytułu – może “Sześćdziesiąty piąty kilometr”?

(Btw. ostatnio jak przejeżdżaliśmy w pobliżu tego osławionego miejsca – okazało się, że ograniczono ruch pieszych i postawiono barierki. Mam nadzieję, że nic tam nie bęcnie, bo główna siedziba mojego pracodawcy jest niedaleko)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Czytelniczka! Zadowolona czytelniczka! Yupi yupi!

 

Dziękuję za wizytę i komentarz. Cieszę się, że miałaś jakąś przyjemność z czytania.

Co do śladów krwi, to bohater nie pomylił starych z nowymi, on po prostu nie zajarzył od razu, że z nimi jest coś nie tak. Sytuacja, w jakiej się znalazł moim zdaniem dostatecznie usprawiedliwia przeoczenie takiego szczegółu. Za dużo informacji i emocji na raz. A jeśli i tego mało, to należy też pamiętać, że to był Indiana Jones o bardzo małym rozumku (patrz podpis).

Swoją drogą, Bella ma rację, że powinien nabrać pewnych wątpliwości znacznie wcześniej i się nimi gryźć przez dobre pół tekstu. No, ale to jednak był totalnie dziki zachód, pisanie tego opowiadania. Nic, tylko zdążyć oddać strzał, gdy zegar wybije samo południe.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Początek podobał mi się bardziej (zwłaszcza pierwsze dwa akapity ; )) ). W miarę rozwoju akcji, mniej więcej po upadku zakończonym krzykiem, zachowania głównego bohatera wydają mi się mało przekonujace. Piszesz, że to Indiana Jones o bardzo małym rozumku, ale jednak pewien niedosyt jest. Cóż on się tak uwziął na ten dowód obecności? I to w ramach planu wymyślonego “na szybko”. Życie chłopu nie miłe?

Wydaje mi się, że wiem, jakie wrażenie autor chciał stworzyć stosując w tekście powtórzenia (”zdobyć dowód”), ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu natarczywości narratora ;).

Za to przedostatni akapit rozegrałeś całkiem nieźle, bo faktycznie budzi pewien niepokój. No i jest lśnienie.

Ogólne wrażenie – niezły tekst, ale szczerze mówiąc, dziwią mnie nominacje, bo sam czuję, że niestety prędko o nim zapomnę : > Pozostajesz tu w cieniu dawnego Cienia, Cieniu.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Cześć!

 

Życie życiem, ale skarb warty miliardy dolarów musi być mój i ch…!

Nie wiem, czy wiesz, ale w czasie gorączki złota w Hameryce wielu ludzi zginęło właśnie przez to, że nie potrafili odpuścić. Znaleźli żyłę złota albo w ciul złotego piasku i ciułali, aż zaczęło brakować im jedzenia albo wywalali cały prowiant, byle mieć gdzie upchać jak najwięcej złota, a droga do domu jednak daleka… Zresztą historia, literatura i kinematografia pełna jest ludzi, którym parcie na szkło odbierało zdolność logicznego myślenia. Ten tutaj to po prostu kolejny przykład owego zjawiska.

 

Nic więcej na swoją obronę nie mam^^

 

Dzięki za wizytę, czytankę i komentarz.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Co prawda, to prawda. Aż mi się przypomniał film “There will be blood”, o czarnym złocie. Choć od zdobycia dowodu, że się gdzieś było, do położenia ręki na miliardach jeszcze chyba parę kroczków by było ;)

 

Dzięki za tekst ^ ^

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Jestem wielkim fanem Kinga i horroru. Naprawdę Cień, gratulację za tak fajne opowiadanie. Widzę, że połączyłeś grozę z historią mam rację?

Trochę średnio tym razem, Cieniu. Jest klimat, nawet trzyma w napięciu, ale jeśli chodzi o fabułę więcej się tu nie zdarzyło, niż zdarzyło.

Wiem, że to nie część Twojego autorstwa, ale “Gdy w końcu przebiłem się przez litą skałę, byłem potwornie zmęczony” – w jaki sposób on przebił tę skałę? Ładunkami wybuchowymi? Urobił ją czymś trzymanym w kieszeni? :P Trochę mi się skojarzyło z człowiekiem-świdrem :) Jeśli to tunel, to powinien mieć chyba mieć jakąś obudowę. 

P.S. Skąd jesteś, Cieniu? Znałem kiedyś jednego Piotra Dudka :)

No.

 

Tytuły?

"Der Zug” – i od razu ustawisz rzecz na głównym torze

"Autograf” – dla zmyłki

I coś tam jeszcze można ;-)

 

O dziadku, wydaje mi się, jedno zdanie (to z pielęgniarkami) za dużo. Wydaje, że lepiej wykorzystałbyś te znaki w finale. Ot, facet łapie lśnienie i dostrzega inny podpis, z niedawną datą… ;-)

Klimat jest, bohater z kolei pusty jak bęben szamana, zdaje się za bardzo ulega emocjom jak na wytrawnego rabusia grobów. Podoba mi się brak epatowania flakami i finał z nie rozwiązaną tajemnicą, 

 

Bohater mnie “ nie zassał”, więc od lektury odchodzę całkiem zadowolony, ale zdecydowanie nie na klęczkach.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Siemka, siemka!

 

Wybaczajcie napęd i rozpęd, z jakim odpisuje. Na głowie mam dużo, a w głowie mam mało. I tak to jakoś ie chce się zgrać.

 

To może po kolei.

 

Nevazie, wiesz, że za każdym razem, kiedy wpisuję Cię z nicka, muszę sprawdzać potem jeszcze, czy się nie pomyliłem, bo wciąż mi się myli kolejność samogłosek.

 

Choć od zdobycia dowodu, że się gdzieś było, do położenia ręki na miliardach jeszcze chyba parę kroczków by było ;)

Na mądrość Twą – bo zaiste, jest to mądrość – odpowiem mądrością nie swoją, a Konfucjusza:

Podróż tysiąca mil zaczyna się od jednego kroku.

:) – a to już mój wkład w dyskusję.

 

Balckd1234, ja również bardzo lubię prozę Kinga, a to, że usłyszałem pochwałę od kogoś, kto zaczytuje się w jego powieściach, pozwolę sobie przyjąć za swoisty zaszczyt. I tak, masz rację, choć to połączenie było nieco wymuszone. A właściwie, to narzucone.

 

Zygfrydzie, mieszkam we wsi niewielkiej lecz urokliwej, na P. się zaczynającej, a przedproże Beskidu Małego stanowiącej poniekąd. W Żorach mam rodzinę i zdarza mi się tam bywać, więc nie wykluczone, że mięliśmy już kiedyś okazję się poznać. Choć tak naprawdę nie jednej krowie Krasula.

Jeśli chodzi o tunel do tunelu, to i mnie ta kwestia irytowała, prawdę rzekłszy, bo jakoś taki tunel wyglądać jednak powinien, skoro toczy się w nim akcja – przez chwilę bo przez chwilę, ale jednak. Z drugiej jednak strony nie miałem zbyt wiele miejsca, więc żal mi go było na roztrząsanie tej kwestii. Nie mówiąc już o tym, że opis stempli, jakichś tam machin budowlanych (udar rulez!) i innych bezeceństw zrobiłby opowiadaniu równie dobrze, co niejaka MarnaDynia polskiej scenie muzycznej. Musimy żyć z tym, że ten tunel to kolejna nierozwiązana tajemnica w tym opowiadaniu.

 

 

Rybcio, dla mnie sama ta jucha była jak podpis zostawiony na ścianie. A zdanie z dziadkiem i pielęgniarkami samo się napisało i nim zdążyłem cokolwiek z nim zrobić, zdążyło ogłosić niepodległość, uchwalić własną konstytucję, powołać rząd (liter) i zagrozić mi zbrojną interwencją w razie naruszenia jego autonomii, więc byłem zupełnie bezradny. Wiesz, jak to jest…

Rabuś może momentami faktycznie i daje się ponieść emocjom, ale wychodzi mi na to, że gdyby faktycznie zanadto im ulegał, to spierdzieliłby we właściwą stronę tunelu do tunelu i nie byłoby o czym (ani o kim) pisać.

 

Dzięki wszystkim za odwiedziny. Zawsze miło mieć w tym mroku towarzystwo, które nie skrobie…

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ay Cieniu. Tyle, że ten szorcik tymże bohaterem właśnie stoi, jego emocjami, strachem i chciwością, żądzą sławy. I na niego, imho, te znaki dziadkowe, co to wyrosły niczym imperialistyczna stonka na polu dorodnych, socjalistycznych kartofli twych jakże smacznych słów. Jako członas musze dokonać nieprzyjemnego aktu oceny i mimo niewątpliwego cudu klimatu, ulegam oślizgłym rybim wątpliwościom. Troszkę cię ten limit hamował, co? :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Troszkę cię ten limit hamował, co? :-)

No kurwa!*/**

 

Peace!

 

* – wersja dla beryla: Och kurczątko i kaczątko!

 

** – Jak Ty mnie, bracie, dobrze znasz.

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

<leży>

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Cały ten medialny hype na złoty pociąg zaczął mnie już męczyć, więc – mówiąc szczerze – minę miałem nietęgą, kiedy zdałem sobie sprawę, co będzie tematem opowiadania.

Na szczęście zostałem mile zaskoczony. Sama fabuła być może nie jest powalająca (bo też trudno zmieścić powalającą fabułę w króciaku), ale ładnie się zamyka, a poza tym – co, jak sądzę, jest dość istotne – po prostu potrafisz bardzo dobrze pisać. 

No, historyjka jest fajna. Znaczy się jest bunkrowy klimat, jest niepewność, jest rosnące napięcie; finał jest – powiedzmy – klasyczny dla takich opowieści, ale to nie przeszkadza, uwzględniając że na portalu podobnych opowieści nie ma za wiele. Co na minus – skrótowość. Konkurs konkursem, ale scenkę warto by obudować szerszą fabułą, rozwiniętym bohaterem (nawet ten dziadek skurwysyn to ciekawa wstawka).

I po co to było?

Na mądrość Twą – bo zaiste, jest to mądrość – odpowiem mądrością nie swoją, a Konfucjusza:

Podróż tysiąca mil zaczyna się od jednego kroku.

Po pierwsze, dziękuję : ). Po drugie – czy mógłbym prosić Cię o podanie źródła, że to cytat z Konfucjusza? Wydaje mi się, że pochodzi on z Daodejing. Wówczas moglibyśmy przyjąć, że autorem cytatu jest Laozi, gdyby zgodnie z legendą był on autorem tej księgi. Biorąc pod uwagę trudności z tłumaczeniami z chińskiego na europejskie, równie dobrze ktoś mógł tak przetłumaczyć którąś z myśli przypisywanych Konfucjuszowi, a może sam Konfucjusz faktycznie coś takiego powiedział, kto wie czy nie wcześniej niż autor Daodejing? Jeżeli możesz w jakimś stopniu zaspokoić moją ciekawość, będę wdzięczny. 

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Obawiam się, że jednak nie mogę. Nie z całą pewnością. Dla mnie po prostu od zawsze ten Aforyzm powiązany był z Konfucjuszem. Prawdopodobnie dlatego, że – co potwierdza dzisiejszy Internet – ogólna tendencja jest taka, by przypisać te słowa właśnie Konfucjuszowi (z ciekawości pogrzebałem teraz trochę i choćby w wikicytatach upchnęli to pod niego). Trochę bezrefleksyjnie przyjąłem taką wersję zdarzeń, ale nigdy do tej pory nie spotkałem się z teorią przypisującą tę mądrość Laozie’mu czy komukolwiek innemu. Na wyprawę w poszukiwaniu dowodów, że to Laozie jest autorem, już nie zapuszczałem. Na szybko dowiedziałem się jednak, że obaj panowie żyli mniej więcej w tym samym czasie, a niektórzy nawet sugerują, że Lao był nauczycielem Konfucjusza. Tak więc sprawa robi się zawiła, a zagadka – prawdopodobnie – nie ma już rozwiązania, zwłaszcza, że – jak podaje Wikipedia – Dialogi konfucjańskie, księga ze zbiorem mądrości Konfucjusza, została spisana przez uczniów Mistrza (i to drugie ich pokolenie), nie przez niego samego. Bardzo więc możliwe, że ktoś coś już wtedy popierdzielił, czy to przy Dialogach, czy przy Daodejing.

 

Hmmm…

Znalazłem internetową, nie mam pojęcia, na ile kompetentną, wersję Dialogów, lecz w niej nie było tego przysłowia. Tak więc chyba punkt dla Laozi.

 

 

Vyzarcie, syf.ie, miło było Was gościć. Dzięki za wizytę i komentarze. Nieodmiennie też cieszę się, że udało mi się Was przynajmniej nie zrazić tym tekstem.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Żeby nie było, że jestem gołosłowny wklejam niżej dwa linki, gdzie znalazłem cytat w Daodejing : ) doceniam, że poświęciłeś swój czas żeby poszukać! Ostatnio czytałem odrobinę o filozofii konfucjanistycznej i taoistycznej i dlatego cytat mnie zaciekawił.  

 

n.64

https://archive.org/stream/MichaFostowicz-LaoTsy-Droga#page/n57/mode/2up s. 58

 

http://www.indiana.edu/~p374/Daodejing.pdf s. 30

 

No, to byłoby na tyle offtopa :D

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Chwała niech będzie podziemnemu wifi, bo dzięki niemu me życie łatwiejsze i przyjemniejsze. 

 

Zacznę od minusów – wiem, że limit cisnął, ale i tak chętnie poczytałabym dłuższą wersję “Lśnienia” – więcej chodzenia, więcej chrobotania, więcej makabrycznych odkryć. Trochę też razi bezpłciowy bohater, do którego nie sposób się przywiązać – ale to znowu można zrzucić na karb limitu. 

Niemniej, w krótkim tekście udało Ci się stworzyć nastrój grozy i tajemniczości, który udziela się czytelnikowi. Lubię horrory z niedopowiedzeniami, gdzie bobo grasuje niejako za kulisami, nie wchodząc na scenę i nie ujawniając wszystkich swoich sekretów. 

Zakończenie bardzo dobre, takie lubię. 

 

Tak mi się wydaje, że powinieneś pisać więcej horrorów, bo dobrze Ci to idzie (a mi się je dobrze czyta w mrokach kopalnianych). 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Kurde, przeczytałem, by wygrać tego kunia, a tu klops. Tytuł pasuje, a nawet więcej – jest jedną z głównych zalet tekstu, kiedy zrozumie się jego znaczenie. Niestety, “Lśnienie” jest bardziej scenką niż opowiadaniem. Widać, że umiejętnie budujesz napięcie (choć ta krew od początku budziła moje wątpliwości). Brak rozwiązania zagadki z jednej strony wychodzi na plus – bo co by miało być w tym pociągu? Zombie-Hitler? Człowiek, który nie wytrzymał psychicznie pobytu w Wałbrzychu? Brak wyjaśnień w horrorach, szczególnie krótkich, jest często na plus. Ale tutaj mam wrażenie, że historia o niczym ciekawym nie mówi. Chciwość doprowadzająca do zguby to wyświechtany motyw, a “Lśnienie” nie wnosi doń nic nowego. 

Tak więc wyszło Ci ładne ćwiczenie warsztatu, ale nic więcej. 

Kurwa, to nie tak to miało być – zakląłem w duchu.

To powtórzone “to” kojarzy mi się z “w ryj dać mogę dać”… Celowe czy umknęło? 

Poza tym zgrzytów brak, czytało się płynnie. 

bo co by miało być w tym pociągu? Zombie-Hitler? Człowiek, który nie wytrzymał psychicznie pobytu w Wałbrzychu?

Leżę.

 

To był to jednak błąd, to powtarzanie “to”. Choć skojarzenie, to najlepsze z możliwych.

 

Krew na początku to nie mój wymysł, ja tylko zrobiłem z niej jaki – taki użytek. Czy z tekstu wyszło “tylko” ćwiczenie? Hmmm… Organizatorzy konkursu nie zostawili mi ani miejsca, ani zbytniej swobody snucia historii – a i czasu na pisanie tyle co nic w sumie – więc może to faktycznie było ćwiczenie; ćwiczenie z pisania ekstremalnego. No i pisania horrorów generalnie, bo to jak dotąd mój pierwszy i jedyny (chyba, że liczyć “Szyb”, a nie liczę) jak dotąd. Na tworzenie oryginalnej historii w takich warunkach nie było co liczyć, więc postawiłem na klimat (choć w tym konkursie – konkursie na horror – wygrał, albo przynajmniej był gdzieś na podium, tekst o kolesiu gadającym ze swoim kotem i robiącym jakieś absurdy, a na końcu… budzącym się z podopalaczowego tripa, więc chyba jednak należało pójść w tę stronę).

 

Dzięki za odwiedziny i komentarz.

 

Peace!

 

P.S.

Gravel, Tobie, o ile pamiętam, odpowiedziałem w inny sposób i dawno temu. Gorzej, że nie pamiętam co. Niemniej, teraz ograniczę się do podziękowań, za lekturę i komentarz, oraz przeproszenia za opieszałość w odpisywaniu:

Dziękuję za lekturę i komentarz, a także przepraszam, że dopiero teraz i niejako przy okazji.

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nowa Fantastyka