- Opowiadanie: Vercenvard - Runvar Barbarzyńca

Runvar Barbarzyńca

W sumie nie planowałem się bawić w parodie, ale wpadł mi do głowy jeden pomysł i stwierdziłem że może coś naskrobię. Pięć godzin później – napisane i wrzucone. Nigdy nie pisałem tekstu, który już z założenia miałby być zabawny, więc nie wiem co z tego będzie.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Runvar Barbarzyńca

Światło pochodni odbijało się w naoliwionej klacie Runvara. Barbarzyńca kończył właśnie smarować swe ramiona, gdy krata uniosła się z łoskotem, a wiwatujący głośno tłum ucichł momentalnie. Runvar spojrzał w kierunku wejścia na arenę, ale niczego w nim nie zobaczył. Wtem ozwał się donośny głos zapowiadacza.

– Wasza cierpliwość została nagrodzona! Oto i on! Postrach pustyni, rzeźnik z Barrath, dusiciel olbrzymów, niezrównany Dramber Słoń.

– Co to, kurwa, za przydomek? – mruknął do siebie Runvar, zacierając dłonie. – Ma długi nos, czy duże uszy?

Zwrócił się ku wylotowi tunelu. Już po chwili zamajaczyła w nim masywna sylwetka. Mógł to być tylko jego przeciwnik. W końcu oczekiwany przez dziesiątki zgromadzonych widzów czempion wkroczył dumnie na arenę.

Runvar skrzywił się, jakby mu kto podsunął nieświeżą strawę. Przez lata przywykł już na wszystkich spoglądać z góry, tymczasem ów osławiony Słoń przewyższał go co najmniej o głowę.

Pierwszym, co rzuciło mu się w oczy była masywna klatka piersiowa i szerokie bary mocarza, któremu nieopatrznie rzucił wyzwanie. Potem spojrzał na jego łysą czaszkę i surową twarz. W nabiegłych krwią oczach widział żądzę mordu i ani śladu pomyślunku. Pod tym względem byli więc do siebie podobni jak dwie krople wody. Potem spojrzał niżej i zauważył dwie ponętne dziewoje, blondynkę i brunetkę, odziane tylko w biżuterię, uczepione kolan Drambera i nieustannie ślące mu pełne podziwu spojrzenia.

Niczego sobie panienki, pomyślał, ale na nie przyjdzie pora później. Wpierw trzeba się było uporać z ich bożyszczem.

Tłum wiwatował głośno, a wszystkie pary oczu zwrócone były ku unoszącemu swe potężne ramiona Dramberowi. No, prawie wszystkie, ktoś bowiem cisnął właśnie jajkiem i trafił bezbłędnie w bark Runvara, co barbarzyńca postanowił zignorować, zachowując kamienną twarz.

Tymczasem panny odstąpiły od kolan Drambera, który wyszedł już na środek areny i spoglądał na swego oponenta jak głodny na miskę gulaszu.

Rozległ się dźwięk gongu. Runvar uskoczył przed szarżującym Słoniem, a gdy ten nawrócił, skoczył ku niemu, częstując go potężnym ciosem w podbródek, który powaliłby konia. Niestety, tym razem nie odniosło to pożądanego efektu. Runvar odskoczył, potrząsnął obolałą ręką i zaklął pod nosem. Po chwili Dramber otoczył go ramionami i zacisnął je, chcąc go zmiażdżyć. Dusiciel olbrzymów, pomyślał barbarzyńca, psia jego mać. Teraz już wiedział, że nie było w tym ani krztyny przesady.

Wybawieniem okazała się oliwa.

Wyślizgnął się z rąk przeciwnika, przeskoczył za niego, ale nadział się brzuchem na łokieć i legł jak długi na piasku areny. Dramber uniósł ręce w zwycięskim geście. Brunetka i blondynka zapiszczały radośnie.

Runvar zerwał się na równe nogi, doskoczył, przyłożył mu pięścią w brzuch i poprawił czołem w nos. Dramber jęknął, stęknął, krew pociekła mu po ustach i brodzie, co tylko bardziej go rozjuszyło. Wyciągnął swe potężne łapska, chcąc pochwycić przeciwnika, ale ten w porę się cofnął. Tu jednak pojawiła się pewna komplikacja w postaci ściany za plecami Runvara, która uniemożliwiła mu dalsze cofanie się, co byłoby w obecnej sytuacji manewrem wysoce wskazanym. Nim się zorientował w swym położeniu, już palce Drambera zacisnęły się na jego szyi i uniesiony w górę machał bezradnie nogami, bezskutecznie usiłując się uwolnić. W wybałuszonych oczach Drambera widział już pewność, że oto kolejne zwycięstwo zostanie dopisane do ich pokaźnej listy.

Żeby tego dłużej nie oglądać, wsadził mu palce w oczy. Efekt był natychmiastowy i zgodny z oczekiwaniami. Runvar spadł na piasek areny, kaszląc głośno, rozejrzał się po spragnionym krwi tłumie, złowił w nim znajomą postać. Mężczyzna uniósł dłoń, pokazując umówiony gest.

Nim Dramber, który wciąż tarł dłońmi obolałe oczy, zdołał do niego podejść, Runvar był już na nogach. Wbił kolano między uda przeciwnika, a gdy tamten skulił się i zawył cienko, pochwycił go oburącz za łysą czaszkę i pociągnął ku kamiennej ścianie. Potem uderzył głową Drambera w wystający głaz. Czując, że tamten wciąż się szarpie, powtórzył ów zabieg jeszcze trzykrotnie, z każdym kolejnym podejściem czując coraz słabszy opór. Na wszelki wypadek poprawił raz jeszcze, choć Słoń leciał mu już przez ręce. Potem puścił go, pozwolił paść bezwładnie na piasek areny i przyglądał się z satysfakcją rosnącej kałuży krwi.

– By było na tyle! – huknął ku zgromadzonym.

Brunetka i blondynka przypadły mu do kolan i uczepiwszy się ich kurczowo spoglądały z podziwem na nowego czempiona areny.

 

*

 

– Jak poszły zakłady? – spytał Runvar, ocierając usta wierzchem dłoni i odkładając masywny kufel. Piana ściekała mu po gładko ogolonej brodzie. Uśmiech nie schodził z twarzy.

– Będzie trzydzieści sztuk złota, a jeden pachołek wisi nam kolejne dziesięć, ale odmówił zapłaty – odrzekł siedzący naprzeciwko Kret. Oczy miał zasłonięte czarną przepaską, twarz pokrywał kilkudniowy zarost, a tłuste włosy opadały swobodnie, nie sięgając jednak ramion.

– Pogadam z nim, ale mogło być lepiej – mruknął Runvar. – Trza było się wstrzymać.

– Może i tak, alem się bał o ciebie.

– Kpisz sobie?

– Skądże, tłum zdawał się zadowolony, wywnioskowałem, że musisz łomot zbierać.

– Ty nie wnioskuj tyle, tylko pilnuj żeby się rachunek zgadzał. Karczmarzu! Jeszcze piwa!

– Dokąd teraz? – spytał Kret.

– Przed siebie – rzekł barbarzyńca.

– Panowie szanowni wybaczą – odezwał się niespodzianie głos dobiegający z pobliskiego kąta. – Ale jeślim dobrze słyszał, wyście tu jeno przejazdem?

– Uważajcie lepiej, kogo podsłuchujecie – syknął Runvar, spoglądając w kierunku mówiącego.

Osobnik miał nasunięty aż po oczy kaptur, a reszta twarzy niknęła w cieniu.

– Coście za jeden? – spytał Kret, sięgając po piwo.

– Przedstawiciel cechu grabarzy – odrzekł tamten – Rakastaj Ruumit.

– A czego chcecie? – spytał podejrzliwie Runvar.

– Jest sprawa, którą ktoś taki jak wy, panie, byłby w stanie załatwić. Nagrodzimy sowicie.

– Ile? – spytał zawsze konkretny Kret.

– Może wpierw powiem, o co chodzi?

– Wpierw cena – rzekł Kret – jak podacie za niską, nie będziemy marnować na was czasu.

– Dwieście sztuk złota – rzekł zakapturzony.

– Trzysta – mruknął Runvar.

– Stoi – ucieszył się grabarz.

– Więc czego trzeba tutejszym grabarzom?

– Więcej zwłok – stwierdził Rakastaj.

– W sumie logiczne – przyznał Kret.– Ale chybaście nas pomylili z kimś innym.

– Tam na arenie – rzekł grabarz – wasz druh się całkiem sprawnie uwinął.

– Prawda – przyznał Kret, dłubiąc małym palcem lewej ręki w prawym uchu. – Ale to nie znaczy, że zostanie waszym dostarczycielem zwłok.

– Ależ nie o to chodzi, problem jest bardziej złożony i nie objawy leczyć należy, lecz z jego przyczyną porządek zrobić.

– No to zamieniamy się w słuch.

– Otóż mamy tu, w Syaitandubur, ostatnimi czasy poważny problem. Jakiś czas temu osiedlili się tu u nas kapłani Hubungana, którzy z miejsca zaczęli się panoszyć, jak u siebie Zajęli stojącą za miastem Wieżę Smoka, a przewodzący sekcie Zakar Panjang, który jest w posiadaniu potężnego Kamienia Mocy, ogłosił, że kto się sprzeciwi woli ich boga, na tego spadnie klątwa. Potem podstępnie uprowadzili jedyną córkę naszego króla, przez co mają go w garści i zmuszają by robił, co każą.

– A co każą? – zainteresował się Runvar.

– Znieśli podatki, na co akurat nie narzekam, nakazali zająć się chorymi i bezdomnymi…

– To w sumie chyba nie najgorzej? – spytał Kret.

– I karę śmierci zlikwidowali – dodał Rakastaj. – A trzeba wam wiedzieć, że do tej pory była to u nas kara najbardziej popularna, pozwalała bowiem uniknąć zrzucenia na barki państwa ciężaru utrzymywania wszelakich łotrzyków. Ot, zawiniłeś, ścinają ci głowę. Tym sposobem cotygodniową atrakcją stały się zbiorowe egzekucje, a cech grabarzy dobrze na tym wychodził.

– To na pewno. A teraz?

– Teraz klepiemy biedę. Chorych leczą, bezdomnym zapewniają opiekę, egzekucji nie ma, średnia długość życia wzrasta. Zwróciliśmy się do gildii zabójców żeby trochę poprawić bilans, ale na dłuższą metę rzecz nieopłacalna, bo za wysoko się cenią.

– Ach tak – rzekł Kret – oni się cenią za wysoko, ale my będziemy w sam raz?

– Ależ nie – zaprzeczył grabarz – to zupełnie co innego. Chcieliśmy was prosić o wykradnięcie z Wieży Smoka owego Kamienia Mocy, by pozbawić Zakara władzy.

– A co robi ten Kamień Mocy? – zainteresował się Runvar.

– Przypuszczamy, że daje swemu właścicielowi moc.

– W sumie logiczne – zgodził się Kret. – A wiecie jaką?

– Tego niestety nie wiemy.

– Trudno, obejdzie się – powiedział Runvar.

– Podejmiecie się? – zapytał grabarz z nadzieją w głosie.

– Czemu nie? – odrzekł Runvar, sięgając po kufel.

 

*

 

Była jasna, księżycowa noc letniego przesilenia. Miasto nie spało, gdyż noc tę ogłoszono świętem Hubungana. Z tej okazji kapłani boga miłości przemawiać mieli do tłumu, a potem, w ogrodach pod Wieżą Smoka, ci spośród wiernych, którym nie brakło chęci, wziąć mieli udział w największej orgii, jaką widziało Syaitandubur w ciągu swych tysiącletnich dziejów. W czasie, gdy mieszkańcy zbierali się przed wieżą, przez pogrążony w mroku, skryty przed księżycowym światłem ogród przekradał się ciemny kształt. Na oko ciężko było stwierdzić, kim mógł być ów intruz naruszający spokój świętego sanktuarium. Z pewnością miał więcej kończyn niźli człowiek, poruszał się powoli, niepewnie, od czasu do czasu wydając z siebie ciche westchnienia i inne trudne do określenia dźwięki.

A czasami, dla odmiany, przemawiał ludzkim głosem:

– Nie wierć się, kurwa, próbuję iść prosto.

– Staram się, ale ten cholerny skórzany pas wpija mi się w pachwinę.

– Nie jojcz.

– Runvar, ty lepiej bacz na słowa. Wcale nie muszę z tobą iść, właściwie to nie wiem, dlaczego nie poszedłeś sam, skoro…

– Zamkniesz się wreszcie? – spytał nieco już zniecierpliwiony barbarzyńca – Nie dość, że jesteś ślepy, to jeszcze nie potrafisz się wspinać. A musisz wleźć ze mną na górę na wypadek gdybym trafił na zamknięte drzwi, których nie dam rady wyważyć. Nie było innego sposobu.

– Dobra, już, dobra, idziemy… Hej, słyszałeś to?

– Co?

– Coś jakby głos, gdzieś blisko. Rozejrzyj no się wokół, czy nikogo nie widać.

– Jest ciemno jak w dupie – odrzekł Runvar – nie widzę wiele więcej od ciebie.

Po chwili stali już pod ścianą wieży.

– Chyba wychodzisz z formy – stwierdził Kret.

– Co takiego?

– Nosiłeś mnie nie raz, aleś nigdy tak przy tym nie dyszał.

– Cicho, – syknął Runvar. – Ktoś idzie.

Znieruchomieli i czekali w mroku, aż błąkający się po ogrodzie osobnik zniknął za wieżą. Potem Runvar oparł dłonie o ścianę, wsunął palce między wystające głazy i zaczął się wspinać. Szło mu to nieco opornie, ale mimo dodatkowego obciążenia, wytrwale posuwał się ku górze. W końcu, gdy już miał wrażenie, że siły go opuszczają, sięgnął dłonią wnęki okiennej i już po chwili znaleźli się wewnątrz wieży.

– Uff, daliśmy radę – stwierdził Kret.

– Tak, kurwa, daliśmy – przytaknął barbarzyńca. – Ale najgorsze dopiero przed nami.

– Miejmy nadzieję, że kapłani rzeczywiście skupią się na uroczystościach i nie będą się szwendać po całej wieży.

– Mi tam w zasadzie wszystko jedno – mruknął Runvar.

Wyszli z komnaty i znaleźli się na wiodących w górę schodach. Wieża była szeroka, szczególnie jej niższe kondygnacje. Zbudowano ją na planie koła, a wewnątrz można się było zgubić w labiryncie komnat i korytarzy. Runvar był zadowolony, że nie musi już błądzić w ciemnościach, gdyż wnętrze wieży oświetlały liczne pochodnie, ale wkrótce zdał sobie sprawę, że nie tak łatwo będzie znaleźć drogę.

– I co? – spytał Kret, gdy zaczął się nie niecierpliwić brakiem zauważalnych postępów.

– I jajco – odrzekł Runvar. – Chyba kręcimy się w kółko.

– Może spytajmy kogoś o drogę?

– Chyba trzeba będzie tak zrobić.

Dotarli do wiodących w górę schodów i szli dalej, wzdłuż ściany z bazaltowych bloków. Wreszcie Runvar zatrzymał się przy masywnych, okutych stalą drzwiach. Zza nich dochodziły stłumione, acz dobrze słyszalne okrzyki i jęki.

– Oho – odezwał się Kret. – Ktoś się chyba dobrze bawi.

– Bierz się do roboty – rzekł Runvar odwracając się plecami do drzwi, tak, by wiszący na jego plecach towarzysz miał do nich dobry dostęp. – Właściwie to mógłbyś już zejść. Nogi masz sprawne.

– Mam, ale jak się zrobi gorąco i trzeba będzie brać nogi za pas, to niby jak znajdę drogę? Przemyślałem sprawę i stwierdziłem, że dobrze mi tu, gdzie jestem.

– Nie gadaj tyle. Otwieraj.

– Czekaj, niech no tylko zamek wymacam. O, jest.

Po chwili Runvar usłyszał delikatny szczęk wytrychów, za pomocą których jego kompan usiłował otworzyć drzwi. Tymczasem dochodzące zza nich dźwięki przybrały na intensywności.

– Streszczaj się – mruknął barbarzyńca.

– Gotowe – odrzekł na to Kret.

– No to jazda!

Runvar pchnął drzwi i z mieczem w ręku wpadł do komnaty. Na jej podłodze leżał piękny, kolorowy kobierzec zdobiony kwiecistym motywem, podobne wzory ujrzał także na wiszących na ścianach gobelinach, ale najciekawsze było to, co zobaczył na samym środku pomieszczenia. Oto na wielkim łożu z okazałym baldachimem, łysy dziad ruchał zapamiętale przykutą łańcuchami do dwóch drewnianych słupów młódkę, wydającą z siebie to głośne jęki, to znowu wściekłe okrzyki.

– Cicho już, cicho bądź w końcu – wycedził dziad, dysząc przy tym jak zdychający bawół. – Jeszcze chwila i będzie po wszystkim.

– W rzeczy samej – zgodził się Runvar, którego nikt z odwróconych tyłem do drzwi kochanków do tej pory nie zauważył.

Gdy dziad zdjął dłonie z bioder dziewczyny i obejrzał się, ciężka pięść pogruchotała mu nos i kość policzkową. Osunął się bezwładnie i chwycił oburącz za twarz.

– Nie bij! – krzyknął – Oszczędź!

– Gadaj mi tu zaraz gdzie Zakar Panjang trzyma Kamień Mocy, albo nie ręczę za siebie!

Dziad skulił się na łóżku, podczas gdy dziewczyna, której ponętny tyłeczek Runvar miał właśnie przed oczami, próbowała się obejrzeć, by sprawdzić, co się dzieje.

– Przedostatnie piętro – wymamrotał w końcu kapłan.

– A to kto? – spytał Runvar wskazując ruchem głowy dziewczynę.

– Księżniczka Zanna, córka władcy Syaitandubur.

– Doprawdy? – barbarzyńca nie krył zaskoczenia.

– Nie śmiałbym kłamać.

– Uwolnijcie mnie – zawołała dziewczyna – ojciec nie pożałuje złota!

Runvar zmarszczył brwi, intensywnie nad czymś myśląc.

– Jak się zwiesz, starcze?

– Jestem Perogol Terkutuk.

– Słuchaj mnie zatem uważnie, Perogolu. Siedź tu i ani drgnij, jeśli chcesz żyć, za chwilę zaprowadzisz nas do komnaty Panjanga.

– Dlaczego za chwilę? – spytał Kret.

– Słyszałeś co mówił? – odparł Runvar, wchodząc na łóżko i klękając za uwięzioną córką króla. – To księżniczka, takich okazji przepuszczać nie wypada.

– Co ty robisz? Zwariowałeś? – Kret był wyraźnie niezadowolony z takiego obrotu sprawy. – Mógłbyś mnie chociaż odpiąć?

– Przed chwilą nie chciałeś – odrzekł Runvar kładąc dłonie na kształtnych pośladkach księżniczki, na co ta zareagowała głośnym krzykiem.

– Okoliczności sprawiły, że zmieniłem zdanie.

– Nie mamy na to czasu. Miej go na oku… yyy… znaczy, uważaj czy coś nie kombinuje.

– Runvar!

 

*

 

Szli krętymi schodami, wciąż w górę. Perogol prowadził, trzymając się za rozkwaszony nos, między łopatkami czuł sztych miecza barbarzyńcy. Z kolei Kret od jakiegoś czasu nie odezwał się ani słowem. W końcu Runvar nie wytrzymał.

– Kret, żyjesz?

– A co?

– Nic, sprawdzam tylko.

– Myślałem, że mi mózg ze łba wytrzęsie. Wisisz mi za to jedną wizytę w burdelu.

– Niech ci będzie.

– Ale żeby nie było jak ostatnio – dodał wyraźnie poirytowany Kret.

– A coś było nie tak?

– Dwa dni później dowiedziałem się od Mengodda, że ruchałem najbrzydszą dziwkę w całej Lubandze, ponoć nawet wąsy miała. Żeby mi to było ostatni raz!

– Dobra, ale powiedz mi jedno.

– Tak?

– Co to, kurwa, za różnica? I tak jesteś ślepy, a przynajmniej zaoszczędzić można. Zamiast jednego ruchania, masz w ten sposób dwa.

– Wiesz co, Runvar?

– Co?

– Spierdalaj.

 

*

 

– To tutaj? – spytał Runvar, dociskając sztych miecza do pleców kapłana.

– Tutaj – potwierdził Perogol. – Potrzebujecie klucza, a Zakar zawsze ma go przy sobie.

– Nie potrzebujemy – rzekł na to Runvar, odwracając się plecami do drzwi. – Działaj, Kret.

– Robi się.

Perogol rozejrzał się niespokojnie. Przez chwilę Runvarowi zdawało się, że dziad zamierza uciekać, a zaraz potem przekonał się, że jednak mu się nie wydawało. Kapłan pobiegł schodami w dół, krzycząc wniebogłosy.

– Pięknie, kurwa – stwierdził Kret, nie przestając grzebać przy zamku. – Jak go pilnowałeś?

– Rób swoje – burknął Runvar. – Ja zajmę się resztą.

Jak się można było spodziewać, już po chwili na schodach zaroiło się od odzianych w żółte habity, zbrojnych w jatagany mnichów. Kret manipulował w zamku kolejnym wytrychem i zaczynał się niecierpliwić.

– Mamy towarzystwo – oznajmił Runvar.

– Mógłbyś za bardzo mną nie trząść? – odrzekł na to włamywacz.

– Zobaczę, co da się zrobić.

I zaczęła się walka godna pieśni, które przetrwają tysiąclecia, z tym tylko, że nikt poza uczestnikami jej nie widział. Spośród nich zaś, z życiem uszli tylko nieliczni, a i ci, z takich czy innych powodów, nie bardzo mieli ochotę o całym zajściu opowiadać. Dlatego też ciężko dziś dojść do tego, w jakiż to sposób Runvar, barbarzyńca z dalekiej północy, zdołał odeprzeć atak rozwścieczonych wyznawców Hubungana, jednocześnie umożliwiając swemu wiernemu druhowi, uczepionemu jego pleców otwarcie drzwi do komnaty Zakara Panjanga, w której to ukryto legendarny Kamień Mocy.

Grunt, że zdołał i tego się trzymajmy.

 

*

 

Kamień połyskiwał odbitym światłem, Runvar przyglądał mu się uważnie, a zadowolona mina nie schodziła z jego pokrytej krwią zabitych mnichów twarzy.

– Teraz musimy się jeszcze wydostać żywi – powiedział Kret.

Gdy tylko wyszli z komnaty, znów z dołu dobiegły ich krzyki.

– Nadchodzą kolejni – rzekł Runvar – zbyt wielu ich, nie dam już rady. Musimy uchodzić.

– Którędy?

– Na górę – zdecydował barbarzyńca, zrywając się do biegu.

Gnał długimi susami, każdym przesadzał po dwa albo i trzy stopnie, krzesząc z siebie resztki sił. W końcu dotarli do uchylonych drzwi, minęli je, po czym Runvar zatrzasnął je za sobą i zamknął na ciężką zasuwę. Odczekał jakiś czas, by złapać oddech i dopiero wtedy ruszył dalej.

– Słyszałeś to? – spytał nagle Kret.

– Co?

– Jakby kobiecy głos…

– Zdawało ci się.

Ktoś zaczął łomotać w zamknięte drzwi. Następnie rozległ się odgłos uderzenia czymś ciężkim, aż pył wzniósł się w powietrze.

– Nie ma czasu do stracenia – rzekł Runvar – idziemy.

Po chwili znaleźli się na szerokim tarasie. Przy końcu schodów stało dwóch strażników, nawet nie zauważyli, co ich trafiło, a ich krew zbryzgała kamienną posadzkę. Runvar otarł miecz i szedł dalej. Z dołu dobiegł ich głośny trzask, potem wołania i odgłos kroków na schodach.

Pościg sforsował drzwi.

Przy krańcu tarasu, oparty o kamienną balustradę stał kapłan, w ociekającej złotem szacie. Nie widział intruzów, wciąż zwrócony ku zgromadzonym u stóp wieży tłumom.

– I nakazuje wam pan nasz, Hubungan: „Idźcie i rozmnażajcie się, by rosły szeregi mych wyznawców. I wiedzcie, że każde nowe życie, budzi uśmiech na mym obliczu”. Pamiętajcie o tym, życie to wartość najwyższa, należy je szerzyć, nigdy zaś zwalczać, miłujmy się, bracia i siostry, pokonajmy nienawiść w naszych sercach i żyjmy w pokoju…

Zakar Panjang usłyszał coś. Przerwał swe kazanie i obejrzał się, dokładnie w chwili, gdy potężnie umięśnione ramię pchnęło go ku balustradzie. Przeleciał nad nią i poszybował w dół, ku przerażeniu zebranych tam wiernych. Szczęśliwie dla nich, zawadził w locie o niższą kondygnację wieży i skręciwszy kark, zsunął się po kamiennej ścianie, nie czyniąc nikomu krzywdy.

Okrzyk grozy przebiegł przez tłum.

– Co się stało? – spytał Kret.

– Jeszcze jeden klecha. Wskazałby innym, którędy poszliśmy. Był w niewłaściwym miejscu i czasie. Bywa. Uważaj, zaraz będziemy schodzić po ścianie.

– A nie mówiłeś, że brak ci sił?

– W rzeczy samej. Dlatego módl się za nas.

 

*

 

Ogień trzaskał wesoło w kominku przydrożnego zajazdu. Na dębowej ławie właśnie postawiono pieczeń wołową, której zapach natychmiast zwrócił uwagę siedzącego nieopodal ślepca.

– To nasze? – spytał Kret.

– Cierpliwości, przyjacielu – odrzekł Runvar. – Na takie specjały nas niestety chwilowo nie stać.

– Ech, tak właśnie myślałem – rzekł niepocieszony włamywacz. – I to wszystko twoja wina.

– Kiedy przestaniesz mnie w końcu obwiniać?

– Jak mi wynagrodzisz tę stratę – mruknął Kret. – Czyli nieprędko.

– Skąd mogłem wiedzieć, że z powodu jednego klechy dojdzie do zamieszek? Że król pośle do wieży wojsko i ulice spłyną krwią? No skąd? I jeszcze cholernych grabarzy zatłukli i nie miał nam kto zapłacić. Ale przynajmniej mamy Kamień Mocy.

– I co z nim zrobisz?

– Zastanowię się.

– To się zastanawiaj, ale ja ci mówię, że trzeba to sprzedać.

– Nie wiemy, jak to działa, ani ile może być warte. Nie będziemy działać pochopnie.

– Ech, Runvarze, wiesz co mnie boli najbardziej?

– No co?

– Mogliśmy wyjść na bohaterów, sam władca Syaitandubur obsypał by nas złotem. Bylibyśmy bogaci, ale nie, kurwa, po co, przecież ty musiałeś wyruchać księżniczkę. Musiałeś, co?

– To silniejsze ode mnie – odrzekł Runvar ponuro.

– A wiesz co ci powiem?

– Co?

– Z tego wszystkiego też mnie już ochota wzięła. Zamtuza tu, jak się domyślam, nie ma, ale może znajdzie się jaka chętna panna…

– O to się martwić nie musisz, stary druhu – padła niespodziewana odpowiedź. – Milara, Verniss, zajmiecie się dziś mym kompanem, bo mu pilnie trza pocieszenia.

– Milara? Co? – zdziwił się Kret – O kim ty mówisz?

– Jakoś mi z głowy uleciało, co by ci wcześniej wspomnieć. Ot, dwie dzierlatki, co to Dramberowi, jak tylko mogły, usługiwały. Jak mu łeb roztrzaskałem, uznały, że lepiej im będzie ze mną i tak się mnie uczepiły, że nie sposób się było opędzić. Milara jest złotowłosa, a Verniss to czarnula, mówię ci zawczasu, bo nie wiem, jakie wolisz.

– Czekaj no, Runvarze, to gdzie one były, gdyśmy się do wieży wybrali?

– No przecie ich na cztery wiatry przegnać nie mogłem. Rzekłem im, trzymajcie się mocno, to i się trzymały.

 

 

Koniec

Komentarze

No dobra, a gdzie tu jest fantastyka?

Nie znam oryginału, więc nie mam pojęcia, co dodałeś, a co już tam było. Pewnie częściowo z tego powodu tekst mnie nie ruszył.

W Twoich ścianach jest podejrzanie dużo wystających kamieni.

rzekł Runvar odwracając się plecami do drzwi, tak, by wiszący na jego plecach towarzysz miał do nich dobry dostęp.

Przecinek po “Runvar”, powtórzenie. Wydaje mi się, że lepiej już wisieć twarzą do “wierzcowca”, można się łapami przytrzymać.

Babska logika rządzi!

Nie porwała mnie ta reinkarnacja Conana. Niby wszystko jest na miejscu i tam gdzie powinno. Humor był, ciekawi bohaterowie i dobrze przedstawione relacje między nimi również. Fabuła mimo że prosta doskonale wpisuje się w tekst. Zakończenie również śmieszyło. Jednak zabrakło czegoś co pozwoliłoby zapamiętać to opowiadanie na dłużej.

a gdzie tu jest fantastyka?

All around.

W Twoich ścianach jest podejrzanie dużo wystających kamieni.

Wydaje mi się, że lepiej już wisieć twarzą do “wierzcowca”, można się łapami przytrzymać.

Tu nie chodzi o to, żeby było lepiej :)

Nie znam oryginału

Czytałem Wieżę Słonia jakieś sześć lat temu, ale w sumie niewiele pamiętam, nawiązywałem bardziej do filmu z Arnoldem, który do niej nawiązywał, a główną inspiracją było:

 

 

 

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Widzisz, ja nawet filmu nie oglądałam.

Babska logika rządzi!

Polecać nie będę (ani filmu, ani opowiadań Howarda) bo szału nie ma, aczkolwiek film ma jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych w historii kina :) To był wystarczający powód bym obejrzał te pięć razy.

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Film kiedyś oglądałem. Rysunki też bardzo fajne, idealnie oddają klimat twojej opowieści :)

Od razu podchwyciłam Twoją inspirację. Podczas czytania, widziałam akcję właśnie w takich rysunkach, które umieściłeś w swoim komentarzu. Od razu pomyślałam o Conanie i tym podobnych historiach, których się trochę pojawiło. Cóż, takie już były te historyjki i wstrzeliłeś w stylistykę, ale nie obśmiałeś konwencji w pełni. Można było zaszaleć porządnie, a niestety, najgorsza cecha gatunku, czyli bardzo przedmiotowe traktowanie kobiet, zostało powielone. Przyznam, że niespecjalnie mi się ten aspekt spodobał. Zresztą, nie jest to opowiadanie ze specjalnie wyrafinowanym poczuciem humoru, ale i tak, oddałeś ducha inspiracji, którą wybrałeś. W ostatecznym rozrachunku, może być, ale oczekiwałabym nieco większej zabawy konwencją. 

Nie znam pierwowzoru, nie potrafię ocenić parodii.

Opowiadanie takie sobie. Przeczytałam bez wielkiej przykrości, przyjemności też nie zaznałam. Myślę, że tekstowi zaszkodziło szybkie napisanie i natychmiastowe wrzucenie na stronę, stąd zapewne mnogość usterek.

 

Potem spoj­rzał na jego łysą czasz­kę i su­ro­wą twarz. – Czy głowa była pozbawiona skóry i dlatego widać było czaszkę?

 

Tłum wi­wa­to­wał gło­śno… – Masło maślane. Wiwaty są głośne z definicji.

 

już palce Dram­be­ra za­ci­snę­ły się na jego szyi i unie­sio­ny w górę ma­chał bez­rad­nie no­ga­mi… – Masło maślane. Czy można być uniesionym w dół?

 

W wy­ba­łu­szo­nych oczach Dram­be­ra wi­dział już pew­ność, że oto ko­lej­ne zwy­cię­stwo zo­sta­nie do­pi­sa­ne do ich po­kaź­nej listy. – Pewnie oczy Dram­be­ra pokonały już wielu, dlatego miały ich pokaźną listę. ;-)

 

ostat­ni­mi czasy po­waż­ny pro­blem. Jakiś czas temu osie­dli­li się tu u nas ka­pła­ni… – Powtórzenie.

 

Była jasna, księ­ży­co­wa noc let­nie­go prze­si­le­nia. Mia­sto nie spało, gdyż noc tę ogło­szo­no świę­tem Hu­bun­ga­na. – Powtórzenie.

 

Na oko cięż­ko było stwier­dzić, kim mógł być… – Na oko trudno było stwier­dzić, kim mógł być

Ciężkie jest coś, co dużo waży.

 

od czasu do czasu wy­da­jąc z sie­bie ciche wes­tchnie­nia… – Czy można wydać westchnienie nie z siebie.

 

– Cicho, – syk­nął Ru­nvar. – Zbędny przecinek.

 

Wy­szli z kom­na­ty i zna­leź­li się na wio­dą­cych w górę scho­dach. […] Do­tar­li do wio­dą­cych w górę scho­dów… – Dwa razy dotarli do rzeczonych schodów?

 

Dla­te­go też cięż­ko dziś dojść do tego… – Dla­te­go też trudno/ niełatwo dziś dojść do tego

 

sam wład­ca Sy­aitan­du­bur ob­sy­pał by nas zło­tem. – …sam wład­ca Sy­aitan­du­bur ob­sy­pałby nas zło­tem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fakt faktem, z pewnością byłoby lepiej, gdybym nad tym dłużej posiedział, ale to było nieplanowane, ot trafiła się luźna dniówka w robocie, a dzień wcześniej skończyłem długi tekst pisany “na powaznie” i nie chciało mi się od raz brać za coś dużego. W ogóle za parodiami nie przepadam, nie wiąże się to z żadnym z moich dwóch dużych projektów i raczej nie chciałoby mi się dłużej nad tym myśleć.

A żeby działało to jednak wypada znać oryginał (czy to opowiadanie, czy film, albo chociaż postać). Humor, fakt, niewybredny, ale do tego typu postaci inny raczej ciężko przyłożyć.

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Melduję, że przeczytałam :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przewaga kobiet w jury raczej Runvarowi dobrze nie wróży :D

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Hmm… Mam mieszane uczucia. Tekst płynnie się czyta, ale jak dla mnie nie widzę parodii, tylko inną wersję. Taki podrabiany Conan. Do “barbarzyńskiego” podejścia do kobiet nic nie mam, takie uniwersum, może bardziej by mnie zaskoczyło, gdyby ukradł jej kolczyki (bo ładne), zamiast przeszorować jej tyły? Chyba bym się nawet uśmiechnęła.

Po prostu nie widzę tutaj przerysowania żadnej cechy, przeinaczenia żadnej przywary, skomentowania modelu bohatera. To schludne, normalne opko w konwencji Conana, z paroma wymienionymi wyżej błędami (nie zagłębiam się w ogonki i inne gady, bo sama z nimi walczę).

 

I powiem szczerze, ze chciałabym tak pisać “na prędko” :).

To schludne, normalne opko w konwencji Conana

Cóż, w normalnych opowiadaniach w konwencji Conana, raczej nie mamy bohatera wspinającego się, walczącego i bzykającego księżniczki (które normalnie by ratował) z niewidomym złodziejem na plecach i dwoma panienkami uczepionymi nóg (i jesli to nie jest przerysowane to naprawdę nie wiem, co by było), ale może za mało czytałem, kto wie?

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Vercenvard – może masz rację, a to moje skojarzenia zdeformowały Conana. Oglądałam wersję z Arnim, Red Sonję i nadal kojarzy mi się z mięśniuszem, do którego kobiety się lepią (chociaż faktycznie niespecjalnie z tego korzystał). Kwestia podejścia do settingu, ja chyba z automatu sobie lekko parodiowałam odbiór – z tego może wynikać moja ocena :). Na subiektywne skojarzenia czytelnika nic nie poradzimy.

“– A co robi ten Kamień Mocy? – zainteresował się Runvar.

– Przypuszczamy, że daje swemu właścicielowi moc.“

XDDD

 

Ja tu też w sumie nie widzę wiele parodii, raczej barbarzyńskie typowe klasyczne opowiadanie z elementami humorystycznymi. Samego Conana czytać się nie da, więc Twój tekst wnosi pewien powiew świeżości – przynajmniej przeczytałam do końca i uśmiechnęłam się parę razy ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Fajne opowiadanie, klasyka magii i miecza. Gdzieś, między wierszami, snuł się klimat historii Conana, którego ja akurat bardzo lubię..

Kilka zabawnych fragmentów jeszcze poprawiło wrażenia, jestem więc zadowolony :)

 

Z minusów – nie jest to chyba parodia, a raczej opowieść o innym barbarzyńcy, fabułę zaś wykreowałeś banalną – wymyślenie czegoś takiego to żaden problem.

 

Gładko ogolonej brodzie

To brzmi dziwnie… Nie lepiej twarzy? Ewentualnie podbródku, choć to będzie siermiężnie wyglądało..

Nogi masz sprawne. – Mam, ale jak się zrobi gorąco i trzeba będzie brać nogi za pas,

Powtórzenie

zadowolona mina nie schodziła z jego pokrytej krwią zabitych mnichów twarzy.

A to zdanie, choć prawidłowe, nie robi zbyt dobrego wrażenia…

 

 

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

wymyślenie czegoś takiego to żaden problem.

 

Pewnie że nie, ale fabuła to howardowska “Wieża Słonia” + pierwszy filmowy “Conan Barbarzyńca”, ja z tego zrobiłem tło dla kilku żartów.

 

A to zdanie, choć prawidłowe, nie robi zbyt dobrego wrażenia…

Czemuż to? :)

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Schodząca mina na dobrą sprawę nie wydaje się prawidłowa ; ) Miny nie chadzają. Ale mogą pojawiać się i znikać.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Tekst, mimo pewnych usterek, czytało mi się nawet płynnie, a przaśny humor i podejście do kobiet aż tak mnie nie raziły (wbrew obawom Autora), bo to taka konwencja. Lekkie przerysowanie było, podśmiewywanie z pewnych elementów kanonu. Podobał mi się pomysł na znienawidzoną (wprawdzie przez wąską grupę, ale zawsze) władzę, która zniosła podatki, chorych leczyła itd. Może ciut za dużo było w tekście wulgaryzmów.

A na koniec znów muszę napisać, że jest mi przykro, że wskazane palcem usterki nie zostały poprawione. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Czytało się całkiem dobrze. Nie czytałem Conana, ale nie musiałem – wiem o co w nim chodzi i to było wystarczające, by zrozumieć żart. Przeszkadzał usterki (w jednym miejscu nawet zapomniałeś rozdzielić zdania kropką), za co minus. Historia może nie była porywająca, ale lektury nie żałuję :)

Nowa Fantastyka