- Opowiadanie: Nevaz - Ostatni zamyka wieko!

Ostatni zamyka wieko!

Na­pi­sa­łem ten tekst "dla beki” i mam na­dzie­ję, że kogoś roz­ba­wi.

Z dru­giej stro­ny, pi­sa­łem go w cza­sie, gdy ze wszyst­kich stron do­cho­dzi­ły do­nie­sie­nia o uchodź­cach na­pły­wa­ja­cych do Eu­ro­py. Z ogar­nię­tej wojną Syrii i nie tylko. Nie mogę prze­ga­pić tych kilku chwil wa­szej uwagi :-)

Nie będę tu agi­to­wał ani prze­ko­ny­wał do swo­ich racji. Je­stem zwo­len­ni­kiem mą­drej, me­ry­to­rycz­nej dys­ku­sji. Każde sta­no­wi­sko w de­ba­cie da się po­przeć ar­gu­men­ta­mi. Je­dy­ne, na co chciał­bym zwró­cić wasza uwagę, to że do Eu­ro­py nie przy­jeż­dża­ją wam­pi­ry ani wil­ko­ła­ki. Przy­jeż­dża­ją lu­dzie.

 

Bar­dzo dzię­ku­ję Loli, Ten­szy i Cie­nio­wi za po­mę­cze­nie się nad be­to­niar­ką.

W kilku miej­scach po­zwo­li­łem sobie na po­zo­sta­wie­nie nie­ty­po­wych kon­struk­cji ję­zy­ko­wych, które wy­da­ły mi się prze­za­baw­ne, choć od­ra­dza­ły mi tego mądre uwagi pierw­szych re­cen­zen­tów : )

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Ostatni zamyka wieko!

Gdy mar­twi za­czy­na­ją się żywić, żywi za­czy­na­ją się mar­twić

 

Ho­spo­dar wo­ło­ski Vlad Țepeș, śnił o wy­jąt­ko­wo krwi­stej ka­szan­ce. Sen był tak re­ali­stycz­ny, że Wład­ca Mroku pra­wie od­gryzł sobie bla­de­go kciu­ka. Gdy w końcu prze­bu­dził się z le­tar­gu, na za­byt­ko­wym ze­gar­ku spo­czy­wa­ła gruba war­stwa kurzu. Po wyj­ściu z trum­ny Dra­cu­la prze­cią­gnął się, aż mu w stawach strzyknęło. Przej­rzał się w lu­strze: uśmiech­nął się, nie do­strze­gł­szy żad­nych nie­do­sko­na­ło­ści, ani w ogóle ni­cze­go, bo prze­cież był wą­pie­rzem.

Na roz­grzew­kę spró­bo­wał swo­ich mocy trans­for­ma­cji: za­miast wilka wy­szedł mu chart afgań­ski. Ho­spo­dar po­krę­cił głową z nie­za­do­wo­le­niem, roz­cią­gnął palce i się­gnął po spraw­dzo­ny kształt: nie­to­pe­rza. W po­sta­ci la­ta­ją­ce­go szczu­ra z małą, zło­śli­wą głów­ką, z za­do­wo­le­niem od­czuł, jak wra­ca­ją do niego czar­cie zdol­no­ści. Ubi­ja­jąc chłod­ne po­wie­trze czar­ny­mi skrzy­deł­ka­mi, Vlad nie­to­perz uniósł się w lo­do­wa­tym świe­tle księ­ży­ca, wyruz krwa­we łowy. Na­sy­cić głód.  

– Eli­sa­be­ta! Eli­sa­be­ta!

Na pa­ra­pe­cie domu swo­jej ulu­bio­nej wie­śniacz­ki po­now­nie przy­brał ludz­ką po­stać. Za­wsze urze­kał ją blask moich ak­sa­mit­nych, czar­nych wąsów, po­my­ślał. Dłu­gim pa­znok­ciem uniósł okien­ną za­su­wę i ły­piąc czer­wo­ny­mi ocza­mi, przyj­rzał się po­miesz­cze­niu. Nie­ste­ty, im bar­dziej Dra­cu­la za­glą­dał do sy­pial­ni, tym bar­dziej uro­kli­wej Ru­mu­necz­ki nie było w środ­ku. Wście­kły ary­sto­kra­ta po­wy­ry­wał kwiat­ki z do­ni­czek, a potem po­roz­pru­wał fi­ran­ki, zmie­nia­jąc się w nie­to­pe­rza z głową spuch­nię­tą z żalu. W tej po­sta­ci pod­le­ciał do okna re­zer­wo­wej wy­bran­ki.

– Ga­brie­la! – za­pisz­czał nie­to­perz. W środ­ku cisza, pusto. – Ma­ri­na! – Dra­cu­la przy­cu­mo­wał do trze­cie­go pa­ra­pe­tu, ale u Ma­ri­ny też było cicho jak w trum­nie. Ho­spo­dar do­brze wie­dział, jak cicho jest w trum­nie: cza­sem tylko sły­chać po­skrzy­py­wa­nie żu­wa­czek za­przy­jaź­nio­nych kor­ni­ków, a poza tym ma się prze­klę­ty spo­kój. Tylko, że tej nocy po­tęż­ny wą­pierz nie chciał spo­ko­ju. Po­trze­bo­wał świe­żej krwi. Krwi! KRWI!!! I może odro­bi­nę roz­ryw­ki. Po­ga­dać, po­chi­cho­tać wspól­nie, po­gil­go­tać kogoś. Za tym tę­sk­nił.

Dra­cu­la prze­le­ciał całą wio­skę, nie­ste­ty nie tak, jak tego ocze­ki­wał. Je­dy­na krew, ja­kiej po­sma­ko­wał, po­le­cia­ła mu z nosa, który roz­kwa­sił sobie o słup wy­so­kie­go na­pię­cia. Nienażar­ty, roz­sier­dzo­ny wró­cił do Țepe­szo­we­go za­mczy­ska. Na wi­do­ko­wym ta­ra­sie przy­szpe­co­nym go­tyc­ki­mi masz­ka­ro­na­mi prze­mie­nił się w hu­ma­no­idal­ną formę, wes­tchnął cięż­ko i ru­szył do swych nie­umar­łych na­rze­czo­nych. Cóż, kiedy nie ma co li­czyć na cie­płe żar­cie, chce się po­ssać choć­by zimny er­satz. Vlad i jego wą­pi­rzy­ce żyli na kocie łapy od kil­ku­set lat, nie­ste­ty coraz bar­dziej mo­no­ton­nie. Ho­spo­dar nie­zmien­nie uga­niał się za mło­dy­mi dziew­czy­nami i czer­wo­ną, pół­wy­traw­ną krwią, a obie­ca­ne wa­ka­cje na sło­necz­nych wy­spach od­kła­dał na ostat­nią chwi­lę: to jest, cał­kiem długo, gdy się jest nie­śmier­tel­nym. Odzy­skał odro­bi­nę na­dziei na we­so­łą noc, gdy przy­po­mniał sobie, że po la­tach prze­by­wa­nia mię­dzy de­ska­mi trum­ny, przy­szedł mu do głowy przed­ni drew­nia­ny żart, i w do­dat­ku ru­muń­ski: wie­cie, jak się na­zy­wa takie coś, gdy cię wsa­dza­ją do trum­ny z bu­czy­ny i nie chcą wy­pu­ścić? Buk-areszt! Spod gru­bych, ary­sto­kra­tycz­nych wąsów roz­legł się rów­nie gruby i ary­sto­kra­tycz­ny śmiech. Do kom­na­ty pan zamku wszedł, jak to miał w zwy­cza­ju, bez pu­ka­nia. 

– Dzie­wusz­ki? To ja, wasz Vlad! – Ho­spo­dar roz­su­nął za­sło­nę szkar­łat­nego bal­da­chimu nad ogrom­nym łożem: było puste. Zer­k­nął pod spód. Zaj­rzał za fi­ra­ny, do szafy. Po­tknął się o roz­ło­żo­ną na pod­ło­dze wa­liz­kę i po­szy­bo­wał przez pokój, tym razem nie zdą­żyw­szy zmie­nić się w nie­to­pe­rza. Rąb­nął głową w dę­bo­wą to­a­let­kę, a prze­cie­ra­jąc obo­la­łe czoło wy­pa­trzył list:

Ko­cha­ny Vla­dzie. Nie miej nam tego za złe, ale znu­dzi­ło nam się już w Ru­mu­nii. Wam­pi­rzy­ce z klasą, takie jak my, mogą na wy­spach zro­bić praw­dzi­wą ka­rie­rę. Ileż tam jest noc­nych klu­bów! A coś nam się prze­cież od nie­ży­cia na­le­ży! Zresz­tą wy­je­cha­li wszy­scy z przy­zam­ko­wej wio­ski, więc tu i tak nie ma już kogo pić. PS – Nie chcia­ły­śmy cię bu­dzić. Zo­sta­wi­ły­śmy ci krwi­stą wą­trób­kę w lo­dów­ce”.

Gdy Dra­cu­la otwo­rzył lo­dów­kę, wą­trób­ka wy­sko­czy­ła z krzy­kiem i po­bie­gła w stro­nę scho­dów, ku wol­no­ści. No tak, mu­sia­ły mnie opu­ścić już jakiś czas temu. Tylko o ja­kich wy­spach pi­sa­ły? Po­iry­to­wa­ny wład­ca nocy po­dra­pał się po gło­wie, zbie­ra­jąc myśli. Jego by­stry, prze­ni­ka­ją­cy ciem­no­ści wzrok, padł na ster­tę płyt CD i słow­ni­ków do nauki ję­zy­ka an­giel­skie­go.

– Czyż­by kraj Lorda By­ro­na i Lady Shel­ley? – Otwo­rzył małą ksią­żecz­kę za­ty­tu­ło­wa­ną „An­giel­ski nocą” i prze­czy­tał na głos:

– Bar­dzo lubię ssać.  

Dia­bo­licz­ny śmiech wy­peł­nił za­mczy­sko. Bry­ta­nia miała już kró­lo­wą, Dra­cu­la po­sta­no­wił zo­stać kró­lem.

 

***

Wsiadł na pierw­szy wolny ża­glo­wiec do An­glii. Po­nie­waż takie stat­ki za czę­sto już nie pły­wa­ją, tro­chę sobie po­cze­kał, ale było warto, choć­by dla kli­ma­tu. Tra­fił się ro­syj­ski szku­ner, „Dym-w-Eter”. Ro­mo­wie z są­siedz­twa, opła­ce­ni klu­czy­ka­mi do wy­słu­żo­nej Dacii ho­spo­da­ra, po­słusz­nie wnie­śli jego trum­nę pod po­kład i ob­ło­ży­li skrzyn­ka­mi ziemi z ogród­ka Dra­cu­li i eks­por­to­wą ku­ku­ry­dzą na ma­ma­ły­gę. Dacia pa­mię­ta­ła czasy Ceaușescu – Słoń­ca Kar­pat. Wą­pierz pa­nicz­nie bał się słoń­ca i ge­ne­ral­nie za nim nie prze­pa­dał, więc nie roz­pa­czał.

Po dro­dze wy­są­czył ro­syj­ską za­ło­gę, a że po­de­ner­wo­wa­ni ma­ry­na­rze wy­do­ili w mię­dzy­cza­sie ba­niak spi­ry­tu­su, Dra­cu­la przy­wi­tał brze­gi Al­bio­nu z roz­ry­wa­ją­cym bólem głowy, chwie­jąc się na no­gach. Le­d­wie trzy­mał w dłoni po­dróż­ny to­bo­łek: zgod­nie ze swą na­tu­rą prze­bie­głe­go krwio­pij­cy, Dra­cu­la scho­wał do trum­ny worek pie­nię­dzy, żeby za­cząć życie w An­glii jak na ary­sto­kra­tę przy­sta­ło.

Bry­ta­nia po­wi­ta­ła go go­ścin­nie jak re­cy­dy­wi­ści gli­nia­rza pod wię­zien­nym na­try­skiem: na głowę lał mu się brud­ny deszcz, a zimny wiatr pe­ne­tro­wał naj­in­tym­niej­sze za­głę­bie­nia ciała. Prze­krwio­ne oczy słabo wi­dzia­ły w świe­tle la­tar­ni, ale ho­spo­dar do­strzegł na ścia­nie mod­ne­go biu­row­ca przy na­brze­żu logo firmy Haw­kins & Har­ker, po­śred­ni­ka nie­ru­cho­mo­ści. Z całą dumą, na jaką po­zwa­la­ła nie­zu­peł­na trzeź­wość, po­pra­wił pe­le­ry­nę. Szyb­ko prze­kart­ko­wał słow­nik, utrwa­la­ny w prze­rwach mię­dzy szy­ja­mi ma­tro­sów Wani i Sie­rio­ży, i sta­now­czym kro­kiem, nie­mal sunąc w po­wie­trzu, wtar­gnął do bu­dyn­ku. Mi­ster Har­ker oczy­wi­ście pra­co­wał nocą, po­nie­waż kor­po­ra­cyj­ny Lon­dyn nie za­sy­pia nigdy. Uli­za­ny dżen­tel­boj w mar­ko­wym gar­ni­tu­rze po­le­cił Dra­cu­li roz­go­ścić się w ob­ro­to­wym fo­te­lu i po­ka­zał ulot­ki ze zdję­cia­mi dom­ków jed­no­ro­dzin­nych. Wą­pie­rza, pa­mię­ta­ją­ce­go uni­for­mizm ko­mu­ny, onie­śmie­lił sze­ro­ki wybór. Wbił się w sie­dze­nie, wy­cie­ra­jąc kciu­kiem lśnią­co biały kieł. Za­sta­na­wiał się wła­śnie, czy ma więk­szy ape­tyt na traw­nik w od­cie­niu ir­landz­kiej ko­ni­czy­ny czy pol­skie­go ogóra, gdy na biur­ku Har­ke­ra do­strzegł por­tre­to­we zdję­cie zna­jo­mej buzi. Ła­god­ne linie twa­rzy przy­ozda­bia­ły loki w ko­lo­rze ciem­nej cze­ko­la­dy. Kor­po­ra­cyj­ny praw­nik wnet od­gadł, gdzie pada wzrok ho­spo­da­ra i po­chwa­lił się:

– To zdję­cie mojej nowej dziew­czy­ny, Eli­sa­be­ty. Przy­je­cha­ła z Ru­mu­nii, gdy otwo­rzy­li gra­ni­ce. Ma ciało osiem­na­sto­lat­ki i buźkę słod­ką jak cią­gut­ka. Tro­feum! Dla­te­go trzy­mam to zdję­cie fron­tem do ludzi, żeby wi­dzie­li, że w Haw­kins & Har­ker za­wsze kie­ru­je­my się naj­wyż­szy­mi stan­dar­da­mi. Nie­zła, co?! Je­stem Bry­tyj­czy­kiem, więc mam ma­lut­kie i tro­chę smut­ne li­bi­do, ale tę małą rwał­bym jak pla­ster sma­żo­ne­go be­ko­nu na full En­glish bre­ak­fast.

Ro­syj­ska krew na­pły­nę­ła ho­spo­da­ro­wi do twa­rzy, aż po­ja­wi­ły się ciem­no­nie­bie­skie żyłki. Moja Eli­sa­be­ta. Moja piesz­czosz­ka, moja so­czy­sta trans­fu­zyj­ka. Za­zgrzy­tał­by zę­ba­mi, ale, z uwagi na nie­ty­po­we uzę­bie­nie, tylko za­ci­snął pię­ści.

Mi­ster Har­ker zin­ter­pre­to­wał pełne na­pię­cia mil­cze­nie jako za­zdrość i sze­ro­ko się uśmiech­nął, a potem oznaj­mił:

– Szcze­gó­ły wy­ja­śni panu mi­ster Ren­field.

Ga­bi­net Ren­fiel­da był mniej­szy i go­rzej oświe­tlo­ny. Dra­cu­la od razu po­czuł się le­piej: przy­po­mnia­ła mu się swoj­ska trum­na. Po­sta­no­wił od­zy­skać ini­cja­ty­wę:

– Będę twoim mi­strzem, Ren­field!

– Czego tylko pan sobie za­ży­czy – bez­na­mięt­nie zgo­dził się pra­cow­nik. Zbyt małe oku­la­ry po­bły­ski­wa­ły pod me­lo­ni­kiem na za wy­so­kim czole.

– Teraz wy­pio­rę ci mózg, a potem bę­dziesz mi słu­żył! – Mała lamp­ka biu­ro­wa rzu­ca­ła na ścia­nę za ple­ca­mi Dra­cu­li ogrom­ny cień w for­mie ro­ga­te­go de­mo­na.

– Ależ mi­ster Țepeș, to nie bę­dzie ko­niecz­ne. Kor­po­ra­cyj­na praca dawno wy­pra­ła mi mózg, a bry­tyj­skie stan­dar­dy ob­słu­gi wręcz wy­ma­ga­ją, bym panu słu­żył. Przy oka­zji: kie­dyś Cy­gan­ka wy­wró­ży­ła mi mi­łość i chciał­bym się do­wie­dzieć, czy to cią­gle ak­tu­al­ne. Czy mistrz prze­po­wia­da przy­szłość?

– Co?

– Mistrz przy­był z Ru­mu­nii. Czy po­sia­da mistrz dar ja­sno­wi­dze­nia, jak inni Cy­ga­nie?

– A kto ci po­wie­dział, że je­stem Cy­ga­nem?! – Wku­rzo­ny Dra­cu­la pac­nął Ren­fiel­da w głowę, strą­ca­jąc me­lo­nik na pod­ło­gę. – Prze­klę­ty An­gli­ku! Rumun to nie Cygan! Jak bę­dziesz mnie sier­dził, to czar­no widzę naszą dal­szą współ­pra­cę, a nie jasno. A na pro­ble­my mi­ło­sne za­ży­waj muchy. Po­dob­no po­ma­ga­ją, zwłasz­cza hisz­pań­skie.

Po­iry­to­wa­ny igno­ran­cją sługi i znie­cier­pli­wio­ny ocze­ki­wa­niem na ary­sto­kra­tycz­ną re­zy­den­cję, wą­pierz wylał pie­nią­dze na stół (były to leje). Ren­field za­księ­go­wał „prze-lew”. Krwio­pij­ca miał też kilka lewów zna­le­zio­nych w skar­pe­cie wy­ssa­ne­go do ostat­nie­go pa­lusz­ka prze­myt­ni­ka z Buł­ga­rii. Bry­tyj­czyk za­księ­go­wał je w ru­bry­ce „lew”.

– Chcę po­sia­dłość. Car­fax Abbey. W osta­tecz­no­ści Do­wn­ton Abbey, albo coś przy Abbey Road.

– Za tę kwotę? – Ren­field ner­wo­wo po­pra­wił koł­nie­rzyk. – Zo­ba­czę, co da się zro­bić…

 

***

Z nie­po­ko­jem pa­trząc na górną pry­czę, Dra­cu­la usta­wił swoją trum­nę na dol­nej. Za oknem po­wo­li świ­ta­ło, a wą­pierz witał nowy dzień z trze­ma pol­ski­mi imi­gran­ta­mi. Dwoma bia­ły­mi i jed­nym czar­nym, ze Ślą­ska. Na wszel­ki wy­pa­dek ho­spo­dar scho­wał do­ku­men­ty, pastę do zębów i czy­ste ręcz­ni­ki do trum­ny, bo na emi­gra­cji nigdy nie wia­do­mo, z kim ma się do czy­nie­nia.

Na­stęp­na noc była cięż­ka. Dra­cu­la zmarsz­czył czoło, sku­pił w sobie prze­klę­tą moc i spró­bo­wał skon­tak­to­wać się z Ren­fiel­dem. Nie udało się: sługa miał wy­łą­czo­ną ko­mór­kę. Wą­pierz ko­lej­ny raz mu­siał po­lo­wać sa­mot­nie. Wciąż żywił na­dzie­ję, że od­zy­ska swój ha­re­mik, ale był też otwar­ty na nowe przy­go­dy, byle za­spo­ko­ić żądzę ży­cio­daj­nej sub­stan­cji.

Lon­dyn go za­dzi­wił. Ho­spo­dar nigdy wcze­śniej nie po­my­ślał, że można po­da­wać piwo w tem­pe­ra­tu­rze po­ko­jo­wej, kro­pić sma­żo­ne­go ziem­nia­ka octem, i jeść ka­szan­kę w ko­lo­rze węgla – nie­ste­ty, żadne z po­wyż­szych nie sma­ko­wa­ło ani tro­chę jak krew.

Grup­ki bun­tow­ni­czych pun­ków pa­trzy­ły na Dra­cu­lę z mie­szan­ką uzna­nia i po­gar­dy. Od­wza­jem­niał się spoj­rze­niem peł­nym dez­apro­ba­ty, bo mło­dzi lu­dzie ozda­bia­li szyje ob­ro­ża­mi i kol­czat­ka­mi i choć bez trudu da­ło­by się przy­piąć im smycz, za cho­le­rę nie można się było przy­ssać. Wą­pierz po­roz­glą­dał się za ja­kimś barem dla fanów rocka go­tyc­kie­go, ale po krót­kich kal­ku­la­cjach wy­li­czył, że fani Bau­hau­sa w 2015 roku mogą mieć już po sześć­dzie­siąt­ce na karku. Choć sam nie­mło­dy, zupek z prosz­ku pić nie lubił.

Li­cząc na łut szczę­ścia, spró­bo­wał po­owi­jać kilka przy­pad­ko­wo na­po­tka­nych ko­biet pe­le­ry­ną i spon­ta­nicz­nie po­wbi­jać im kły w żyły, ale za każ­dym razem koń­czy­ło się siń­ca­mi i wy­zwi­ska­mi. Choć grube wąsy po­wo­li wra­ca­ły w Lon­dy­nie do łask, styl wą­pie­rza zu­peł­nie nie im­po­no­wał płci pięk­nej. Nawet po­wie­trze zda­wa­ło się nie­przy­ja­zne: czar­ne, wa­to­wa­te chmu­ry opa­da­ły na zie­mię i ocie­ra­ły się o prze­chod­niów. Na do­miar złego, w sto­li­cy Al­bio­nu wszyst­ko przy­po­mi­na­ło o gło­dzie: au­to­bu­sy, budki te­le­fo­nicz­ne, pulch­ne twa­rze pod­pi­tych bry­to­li – wszyst­ko było w ko­lo­rze krwi!

Zde­spe­ro­wa­ny, po­sta­no­wił spró­bo­wać sta­rej me­to­dy „na śpio­cha”. Prze­mie­nił się w nie­to­pe­rza i wle­ciał przez okno dzie­więt­na­sto­wiecz­nej ka­mie­ni­cy, rzu­ca­jąc na ścia­nę cień w kształ­cie cha­rak­te­ry­stycz­ne­go sym­bo­lu. Prze­mie­nia­jąc się z po­wro­tem w ho­spo­da­ra wo­ło­skie­go, po­śli­zgnął się na le­żą­cym na pod­ło­dze sa­mo­cho­dzi­ku-za­baw­ce i z tru­dem utrzy­mał rów­no­wa­gę. Zro­bił kilka ostroż­nych kro­ków. W łóżku leżał mło­dziuch­ny, ru­do­wło­sy pie­gus. Ho­spo­dar wes­tchnął ci­chut­ko: wo­lał­by ogni­sto­wło­są na­sto­lat­kę, naj­le­piej po­nęt­ną Ży­dów­kę, jak u Po­lań­skie­go, ale z głodu nie miał siły wy­brzy­dzać. Za­kradł się nad łóżko, na­cią­ga­jąc nad głową zło­wiesz­czą pe­le­ry­nę… już miał za­to­pić kły w cien­kiej szyi chłop­ca, gdy młody otwo­rzył oczy i krzyk­nął:

– Mamo!!! Tato!!! Co to ma być!?

Wą­pierz za­trzy­mał się po­wąt­pie­wa­jąc, a w drzwiach uka­zał się brzu­cha­ty bry­tol.

– Tato! No co to ma być!? Ja lubię Bat­ma­na! BAT­MA­NA! A ten tu, to nie jest nawet Bruce Wayne. Ma dziw­ne wąsy, doły pod ocza­mi, pach­nie smal­cem i starą szafą.

– Ten pan to na pewno Dra­cu­la. – Oj­ciec pró­bo­wał uspo­ko­ić ru­dziel­ca. – Oglą­da­łeś Dra­cu­lę na DVD, pa­mię­tasz Win­ston?

– Dra­cu­la srula. Roger, po co mi ten dziad? Ma bat­mo­bi­la? Ma bat­dy­ski? Ba­ty­skaf, ba­ty­stat, ba­ty­metr?! Raz zrób­cie coś do­brze i za­ła­tw­cie B-a-t-m-a-n-a!

– Dra­cu­la ma trzy pięk­ne na­rze­czo­ne, a Bat­man ma tylko jed­ne­go Ro­bi­na – za­opo­no­wał nie­śmia­ło bry­tyj­ski tata.

– A ja je­stem jesz­cze za mały na dziew­czy­ny i bar­dziej mnie raj­cu­ją za­baw­ki. Zresz­tą po co ci to tłu­ma­czę?! Za­bie­raj tego wą­sa­te­go pa­ja­ca, a na­stęp­nym razem po­myśl przez jedną, pie­przo­ną se­kun­dę, zanim mnie roz­cza­ru­jesz! – Mały ru­dzie­lec sap­nął gło­śno w wy­ra­zie krań­co­wej iry­ta­cji.

Tata wziął zmie­sza­ne­go Dra­cu­lę pod ramię i wy­szli z po­ko­ju. Szep­nął wą­pie­rzo­wi, wy­raź­nie za­wsty­dzo­ny:

– Pro­szę wy­ba­czyć Win­sto­no­wi. On jest only child i da­je­my mu wszyst­ko, czego za­pra­gnie. Pew­nie za­mó­wi­ła pana moja żona? Pro­szę wy­ba­czyć tę sy­tu­ację. – Mi­ster Roger uśmiech­nął się jak ma­kre­la i wrę­czył Dra­cu­li pli­czek bank­no­tów.

 

***

Ko­lej­nej nocy uznał, że po­trze­bu­je lep­sze­go ło­wi­ska. Po­la­cy po­le­ci­li mu, żeby uni­kał imi­gran­tek z Eu­ro­py Środ­ko­wo-Wschod­niej, bo one za­wsze wolą spo­ty­kać się z Bry­tyj­czy­ka­mi. Za­miast tego ra­dzi­li, żeby po­szu­kał al­ter­na­tyw­nych miejsc i zna­lazł sobie za­krę­co­ną An­giel­kę. Na od­wa­gę, za­pro­po­no­wa­li kie­li­cha:

– Prze­mek prze­my­cił to w Ry­ana­irze. Leśny Dzban, jak za sta­rych, do­brych lat!

Spoj­rze­nia ze­bra­nych sku­pi­ły się na pla­sti­ko­wym wo­recz­ku, pach­ną­cym ta­jem­ni­cą.

– Nigdy nie piję… – od­mó­wił Dra­cu­la, do­da­jąc z nie­pew­no­ścią: – wina?

– Seba ma jesz­cze wó­decz­kę. Słu­chaj, Wła­dek, skąd ty w ogóle je­steś?

– Z Ru­mu­nii.

– No pro­szę. Z Cy­ga­nem jesz­cze nie piłem.

– Nie je­stem Cy­ga­nem! Rumun to nie Cygan! Ile razy trze­ba wam to wbi­jać tępą stro­ną kołka w nie­do­kształ­co­ne banie!?

– Wi­dzisz go, Prze­mek, jaki choj­rak? Uwa­żaj na Wład­ka, jak twoja Bo­że­na przy­je­dzie do An­glii. Nic tak nie boli, jak zdra­da z Cy­ga­nem! – Po­la­cy roz­grz­mie­li chó­ral­nym śmie­chem i za­nu­ci­li hit Braci Figo Fagot.

Ob­ra­żo­ny Wą­pierz zmie­nił się w nie­to­pe­rza i wy­fru­nął z po­ko­ju pach­ną­ce­go ce­bu­lą z pa­tel­ni i igno­ran­cją.

Pulch­niut­ką, blon­d­wło­są Lucy We­sten­ra od­na­lazł w cam­deń­skiej ka­wiar­ni dla ar­ty­stów. An­gli­cy słyną z mi­ło­ści do koni i pięk­nych ko­biet – uczuć o tyle ła­twych do po­go­dze­nia, że w ich kraju trud­no do­strzec róż­ni­cę. Na tle ogółu, blon­dyn­ka pre­zen­to­wa­ła się za­ska­ku­ją­co do­brze: miała włosy zwią­za­ne w koń­ski ogon i pupę do­rod­nej kla­czy, ale zde­cy­do­wa­nie nie była bra­ku­ją­cym ogni­wem mię­dzy ssa­ka­mi na­czel­ny­mi a nie­pa­rzy­sto­ko­pyt­ny­mi. Dra­cu­la po­pra­wił ucze­sa­nie, przy­gła­dził pe­le­ry­nę, pew­nym ge­stem wrę­czył nie­zna­jo­mej kie­li­szek ab­syn­tu i po­sta­wił wszyst­ko na jedną kartę:

– Jam Dra­cu­la, wład­ca śre­dnio­wiecz­nych Ru­mu­nów.

– Och, to cu­dow­nie, ko­cham cy­gań­ską mu­zy­kę!

– Ru­mu­ni to nie… – Wą­pierz za­klął pod nosem i wbił kieł w język. – To super! Fan­ta­stycz­nie! Ja też ko­cham cy­gań­ską mu­zy­kę. Mam w miesz­ka­niu fajną skła­dan­kę.

Lucy ob­da­ro­wa­ła go uśmie­chem anio­ła i spy­ta­ła z dzie­cię­cą cie­ka­wo­ścią:

– A co to zna­czy: Dra­cu­la?

– Dra­cu­la, czyli syn smoka.

– Twój tata dużo palił?

Wą­pierz po­ki­wał głową.

– Mój też – od­par­ła Lucy. – Dwie, trzy pacz­ki dzien­nie, a twój?

– Dwie, trzy wio­ski.

– To… in­try­gu­ją­ce. Mu­sia­łeś mieć cie­ka­we dzie­ciń­stwo. A jak masz na imię, mój ksią­żę?

– Oj tam od razu ksią­żę. Ho­spo­dar je­stem. Na­zy­wam się Vlad Pa­low­nik.

– Dla­cze­go Pa­low­nik?

– Po­ka­żę ci. – Wą­skie usta Dra­cu­li zło­ży­ły się w dia­bo­licz­ny uśmiech.

Znów czuł po­tę­gę, która na­peł­nia­ła go, gdy na polu bitwy po­ka­zał swój pal stu ty­siąc­om Tur­ków. A może nabił sto ty­się­cy Tur­ków na pal? Dra­cu­la nie lubił wra­cać my­śla­mi do mło­dzień­czych wy­głu­pów. Prze­cież wszyst­kie­go w życiu trze­ba spró­bo­wać… Tej nocy udało mu się zmie­nić Lucy w wampa. Tylko chra­pa­nie Po­la­ków tro­chę roz­pra­sza­ło Vlada, a gdy łóżko się trzę­sło, od Ślą­za­ka odłu­py­wa­ły się ka­wał­ki węgla.

Upo­jo­ny pierw­szym suk­ce­sem na wy­spach, wą­pierz prze­mie­rzał szare chod­ni­ki Lon­dy­nu w pa­ste­lo­wym świe­tle la­tar­ni, po­gwiz­du­jąc we­so­ło. Wtem za ramię zła­pał go pod­sta­rza­ły je­go­mość z po­bruż­dżo­ną twa­rzą, nie­po­ko­ją­co po­dob­ny do Han­ni­ba­la Lec­te­ra.

– Stój, upio­rze! Wi­dzisz ten na­głó­wek?!

Nie­zna­jo­my po­ma­chał Wą­pie­rzo­wi przed nosem ta­blo­idem „The Sun”. Na widok słoń­ca na pierw­szej stro­nie, Dra­cu­la pi­snął z prze­ra­że­nia. Na­tar­czy­wy facet tak długo wy­cie­rał mu twarz ga­ze­tą, że ho­spo­dar w końcu prze­czy­tał, od razu na głos:

– Dwa­dzie­ścia mi­lio­nów Ru­mu­nów imi­gru­je do An­glii. – Dra­cu­la skrzy­wił się i wy­szep­tał: – Co to za beł­kot?! Jako oby­wa­tel Ru­mu­nii wy­pra­szam sobie takie na­głów­ki. Dwa­dzie­ścia mi­lio­nów… Że niby co, ostat­ni zgasi świa­tło?

– Zgasi świa­tło, zdmuch­nie świe­cę, wy­pu­ści świe­tli­ka. Nie wiem, czy ktoś już do­pro­wa­dził prąd na wasze za­kar­pac­kie od­lu­dzie. Szcze­rze mó­wiąc, nie in­te­re­su­je mnie, co się dzie­je w kra­ikach trze­cie­go świa­ta, gdzie lu­dzie zja­da­ją dżem razem ze sło­ikiem, a szczy­tem tech­ni­ki jest ka­mień do­ci­ska­ją­cy po­kry­wę becz­ki na ki­szo­ną ka­pu­stę.

Dra­cu­la na mo­ment zi­gno­ro­wał obe­lgi pod ad­re­sem oj­czy­zny. Prze­ło­żył stro­nę, mru­cząc sam do sie­bie:

– Rze­czy­wi­ście, jest na trze­ciej stro­nie, tak jak mówił Prze­mek. – Tamże „The Sun”, nie­zmien­nie od 1970 roku pre­zen­to­wał babę to­pless. Nie tę samą babę, ma się ro­zu­mieć. – Ale ma żyły! – syk­nął wą­pierz, prze­cie­ra­jąc z nie­do­wie­rza­niem czer­wo­na­we oczy. Nawet dzią­sła Dra­cu­li ze­sztyw­nia­ły od wzwie­dzio­nych kłów.

– Od­da­waj zbo­czeń­cu, to moja ga­ze­ta! Wszyst­ko tylko by­ście kra­dli, pa­so­ży­ty! – wark­nął nie­zna­jo­my z in­ten­syw­nym ni­der­landz­kim ak­cen­tem. – Na­zy­wam się Van Hel­sing, dok­tor Abra­ham Van Hel­sing, i pro­wa­dzę nie­za­leż­ne śledz­two w spra­wie imi­gran­tów, krad­ną­cych nam pracę i wy­sy­sa­ją­cych ze spo­łe­czeń­stwa pie­nią­dze. Lud An­glii musi w końcu przej­rzeć na oczy! Pora sta­nąć do walki z falą krwio­pij­ców sztur­mu­ją­cych nie­złom­ną wyspę, któ­rej przez ostat­nie mi­le­nium nikt oprócz Ho­len­drów nie pod­bił!

– Nie wy­glą­dasz mi na An­gli­ka, Hamie – Vlad po­zwo­lił sobie zdrob­nić imię roz­mów­cy. – Głos masz szcze­kli­wy jak u psa. Pa­trząc po gę­bach, przod­ko­wie tu­tej­szych, po­piw­szy w pu­bach, mie­sza­li się ra­czej z in­ny­mi zwie­rzę­ta­mi – stwier­dził po­dejrz­li­wy Dra­cu­la, lu­stru­jąc star­ca.

– Je­stem Ho­len­drem! – szczek­nął Van Hel­sing.

– No to sam je­steś imi­grant.

– Wolne żarty. Imi­gran­ci są z bied­nych kra­jów, ja je­stem eks­pat. My, Ho­len­drzy, je­ste­śmy naj­wspa­nial­szym na­ro­dem Eu­ro­py! Od­kry­li­śmy naj­dal­sze za­kąt­ki ziemi, nasza go­spo­dar­ność dała po­czą­tek no­wo­cze­snym ban­kom, ba, wy­na­leź­li­śmy ka­pi­ta­lizm. A Ru­mu­ni? – Van Hel­sing prych­nął lek­ce­wa­żą­co. – Co dali świa­tu Ru­mu­ni?

Dra­cu­la od­parł dum­nie:

– Wy­na­leź­li­śmy am­fe­ta­mi­nę, która daje wra­że­nia nie z tej ziemi. W jedną noc można wcią­gnąć nosem cały ten wasz ho­len­der­ski bank razem z ka­pi­ta­li­zmem. No i wy­my­śli­li­śmy ka­mie­nie na po­kry­wę becz­ki z ki­szo­ną ka­pu­stą. Nie wierz Po­la­kom, gdy mówią, że to oni.

– Am­fe­ta­mi­na, tak, rze­czy­wi­ście… – Po­ki­wał głową łowca imi­gran­tów. – To uży­tecz­ny lek. W An­glii na wszyst­ko prze­pi­su­ją pa­ra­ce­ta­mol. Tu­tej­si le­ka­rze są zbyt ostroż­ni. Nie po­zwo­li­li mi le­czyć moimi me­to­da­mi i nie mo­głem pra­co­wać w za­wo­dzie.

– A co to były za me­to­dy? – spy­tał wą­pierz.

– Je­dy­ną me­to­dą, która po­zwa­la po­znać praw­dzi­wą przy­czy­nę dys­kom­for­tu pa­cjen­ta, jest sek­cja zwłok. – W oczach Van Hel­sin­ga za­pło­nął ogień sza­leń­stwa.  

– Może po­szu­kaj sobie szczę­ścia w Pol­sce. Mój współ­lo­ka­tor Seba mówił, że jest tam mia­sto, gdzie każde scho­rze­nie leczy się pa­vu­lo­nem. Pa­cjen­ci nie na­rze­ka­ją, a prze­mysł tru­mien­ny roz­wi­ja się le­piej niż w Tran­syl­wa­nii. Widać, że nie­zły ko­no­wał z cie­bie.

– Przy­naj­mniej mam po­sa­dę! Teraz pra­cu­ję w banku krwi, gdzie też nie­ste­ty za­czę­li przyj­mo­wać ta­kich jak wy, wschod­nich Eu­ro­pej­czy­ków. W wol­nym cza­sie je­stem wo­lon­ta­riu­szem w kam­pa­nii „Pro­si­my, już sobie idź­cie” – fuk­nął Ho­len­der. – Niech zgad­nę, je­steś bez pracy?

– Do­pie­ro przy­je­cha­łem, mu­sia­łem zro­bić ro­ze­zna­nie rynku, ba­da­nia za­wo­do­we, po­bie­ra­nie krwi…

– Ha, tak my­śla­łem. Ty­po­wa wschod­nio­eu­ro­pej­ska pi­jaw­ka, bez ro­bo­ty! Czyli przy­je­cha­łeś wy­sy­sać z nas krew i so­cjal! 

Dra­cu­la prze­wi­nął w my­ślach wy­po­wiedź iry­tu­ją­ce­go Ho­len­dra jak ka­se­tę ma­gne­to­fo­no­wą, aż zła­pał myśl szkar­łat­ną niby gumno po świ­nio­bi­ciu w tran­syl­wań­skiej wio­sce.

– Cze­kaj, dok­tor­ku, gdzie pra­cu­jesz? Krew… Bank krwi, mó­wisz? O… ja blady. Czemu wcze­śniej o tym nie po­my­śla­łem! Opo­wiedz mi, dok­to­rze Hamie, gdzie to jest…

 

***

Zo­rien­to­wał się, że po­my­lił bu­dyn­ki, gdy zo­ba­czył cele za­mknię­te kra­ta­mi i Ren­fiel­da w ka­fta­nie bez­pie­czeń­stwa, uwię­zio­ne­go w jed­nej z nich.

– Mi­strzu! Mi­strzu! Wie­dzia­łem, że po mnie wró­cisz! Że nie zo­sta­wisz mnie po­śród tych wa­ria­tów!

– Ren­field?! Co ty tutaj ro­bisz?

– Sil­no­rę­cy w bia­łych far­tu­chach zła­pa­li mnie przy kon­sump­cji much. Uwol­nisz mnie, mi­strzu?

Blada twarz Dra­cu­li skry­ła się w jego rów­nie bla­dej dłoni.

– Oczy­wi­ście, że uwol­nię, tylko po­wiedz, w którą stro­nę do banku krwi?

Po­ży­tecz­ny idio­ta wska­zał ho­spo­da­ro­wi drogę. Nad­na­tu­ral­ne zmy­sły ży­we­go trupa szyb­ko wy­czu­ły roz­kosz­ny aro­mat ży­cio­daj­ne­go płynu. Kil­ka­na­ście me­trów prze­biegł na pa­lusz­kach, wdra­pał się po ryn­nie, bo z emo­cji nawet nie zdą­żył prze­mie­nić się w nie­to­pe­rza. Wsko­czył przez okno jak nocny rabuś i zo­ba­czył… ją.

– Eli­sa­be­ta!

Stała w ko­ry­ta­rzu wy­ło­żo­nym gra­fi­to­wym li­no­leum. Miała na sobie zie­lon­ka­wy strój pie­lę­gniar­ki, który pięk­nie współ­grał z ko­lo­rem jej oczu.

– Vla­dek? Co ty tutaj ro­bisz? To po­miesz­cze­nie dla per­so­ne­lu.

– Eli­sa­be­ta… – po­wtó­rzył ho­spo­dar. – Uciek­nij ze mną. Sza­le­ję bez cie­bie.

– Ho, ho. Jak­byś przy mnie nie sza­lał. A poza tym, to już nie Eli­sa­be­ta, ale Myna.

– Myna?

– Tak. To tutaj po­pu­lar­ne imię. Cią­gle sły­szę, jak dziew­czy­ny przed­sta­wia­ją się „My name”. Skró­ci­łam to sobie do Myny.

Wą­pierz po­krę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem, ale wnet mach­nął nie­umar­łą dło­nią. Łak­nął to­wa­rzy­stwa Eli­sa­be­ty dla jej pysz­nej krwi, a nie dla ho­ry­zon­tów in­te­lek­tu­al­nych. Wspo­mnie­nia upoj­nych nocy na zbo­czach Kar­pat ude­rzy­ły ho­spo­da­ra jak stado nie­to­pe­rzy z wy­łą­czo­ną echo­lo­ka­cją. – Więc jak bę­dzie, naj­droż­sza, uciek­nie­my razem do mo­je­go za­mczy­ska?

– Mam już na­rze­czo­ne­go.

Dra­cu­la wściekł się, zła­pał sto­ją­ce w ko­ry­ta­rzu krze­sło i chciał efek­tow­nie nim rzu­cić. Oka­za­ło się przy­twier­dzo­ne do pod­ło­gi, więc tylko agre­syw­nie się o nie oparł.

– Nie mo­żesz tak po pro­stu po­wie­dzieć mi „nie”! Na­le­żysz do mnie! Prze­mie­rzy­łem ocean czasu, żeby cię od­na­leźć!

– Gdy­byś wsiadł w Wiz­z A­ir jak nor­mal­ny czło­wiek, do­le­ciał­byś w dwie go­dzi­ny.  

– Milcz, ko­bie­to! Ni­cze­go nie ro­zu­miesz! Na­ka­zu­ję ci, wra­casz ze mną do Ru­mu­nii, ale już!

Za­alar­mo­wa­ny krzy­kiem Dra­cu­li, dok­tor Van Hel­sing prze­bu­dził się z noc­nej drzem­ki i wy­biegł na ko­ry­tarz, dzier­żąc im­pro­wi­zo­wa­ny krzyż z ołów­ków. Dra­cu­la po­rwał z chłod­ni sze­ścio­pak wo­recz­ków z krwią i czmych­nął przez okno, ści­ga­ny krzy­kiem Ho­len­dra:

– Jesz­cze cię dorwę! Wie­dzia­łem, że na jed­nej Ru­mun­ce w banku krwi się nie skoń­czy! Je­ste­ście jak zom­bie!

– Jak wą­pie­rze, stary dur­niu, jak wą­pie­rze! – od­krzyk­nął w od­po­wie­dzi rabuś krwi.

 

Lucy była smacz­na i wciąż miał jej numer, ale nagły afront ze stro­ny byłej ulu­bie­ni­cy roz­draż­nił wą­pie­rza jak wi­zy­ta w sa­lo­nie pięk­no­ści, któ­re­go wy­po­sa­że­nie ogra­ni­czo­no do lamp UV i to­a­le­ty. Dra­cu­la za­pło­nął nie­speł­nio­ną am­bi­cją i po­sta­no­wił ode­brać co swoje.

Aby prze­chy­trzyć Van Hel­sin­ga, na­stęp­nej nocy wą­pierz po­śpie­szył pod biu­ro­wiec Jo­na­tha­na Har­ke­ra. Po­cze­kał, aż pra­co­ho­lik zde­cy­du­je się wró­cić do domu i ru­szył w ślad za nim. Tak od­na­lazł Eli­sa­be­tę. Na­rze­cze­ni miesz­ka­li razem w pię­tro­wym domku ze schlud­nie utrzy­ma­nym ogród­kiem. Dra­cu­la za­kradł się pod ży­wo­pło­tem i nad­sta­wił nie­to­pe­rze­go ucha. Im wię­cej sły­szał, tym bar­dziej się uśmie­chał, ob­na­ża­jąc za­ostrzo­ne kły.

– Muszę ci coś po­wie­dzieć, uko­cha­ny!

– Ok – mruk­nął Har­ker.

– Muszę wró­cić do Ru­mu­nii. – Moja krew!!! Po­my­ślał Dra­cu­la.

– Ok.

– Ko­la­cja bę­dzie w pie­kar­ni­ku. Po­ja­dę jutro wie­czo­rem, ostat­nim au­to­ka­rem.

– Ok, dzię­ki Myna, dzie­cin­ko. A teraz daj mi do­czy­tać „The Sun”.  

Dra­cu­la skrzy­wił się z obrzy­dze­niem na myśl o Słoń­cu, ale już po chwi­li ze­brał się w sobie i po­biegł spa­ko­wać ma­nat­ki. Z ra­do­ścią na bla­dym licu wra­cał do wy­naj­mo­wa­ne­go miesz­ka­nia, by zdą­żyć jesz­cze kupić bilet na au­to­kar, któ­rym je­cha­ła wy­tę­sk­nio­na Eli­sa­be­ta. Więc jed­nak cią­gle to w sobie mam! my­ślał, pełen dumy. W środ­ku zo­ba­czył nie­zna­jo­me­go, star­sza­we­go fa­ce­ta o bia­łych wło­sach i nie­ogo­lo­nym za­ro­ście.

– A ty, kto? – spy­tał zdzi­wio­ny.

– To ja, Ge­rard z Ryb­ni­ka. Twój współ­lo­ka­tor ze Ślą­ska. Po­sta­no­wi­łem w końcu zmyć z sie­bie wę­giel. A, Vla­dek, słu­chaj: wzią­łem twój ręcz­nik, po­wie­si­łem ci na trum­nie.

– Yyy… Dzię­ki, Ge­rard. Mo­żesz go sobie za­trzy­mać.

 

***

Całą drogę do Ru­mu­nii prze­je­chał w ba­gaż­ni­ku. Oba­wiał się wscho­du słoń­ca, no i chciał zro­bić Eli­sa­be­cie nie­spo­dzian­kę. Na­sta­wił alarm bu­dzi­ka na dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny i za­nu­rzył się w wą­pi­rycz­ny sen. Zmę­czo­ny, wy­siadł z ba­gaż­ni­ka do­pie­ro na po­sto­ju, tuż za ru­muń­ską gra­ni­cą. Przy­wi­tał go znak „Unia Eu­ro­pej­ska, 0 km”.

Jego trans­fu­zyj­ka za­ja­da­ła się fast fo­odem w przy­droż­nym barze. Dra­cu­la pod­szedł do niej i po­wie­dział z za­do­wo­le­niem:

– Ko­cha­na Ela. Wo­la­łaś, żeby to rodak wy­sy­sał z cie­bie krew, a nie za­chod­ni ka­pi­ta­li­sta.

– Vla­dek? Znowu ty? O co ci cho­dzi?!

– Wró­ci­łaś dla mnie, pięk­na!

– Wró­ci­łam od­wie­dzić dziad­ków. Idź sobie, bo jem ham­bur­ge­ra. – Ka­wa­łek sa­ła­ty spadł Mynie na brodę.

– Co ty mó­wisz? Czy nie przy­wio­dła cię tu nasza od­wiecz­na mi­łość?

– Ja ko­cham Jo­na­tha­na. Jest dużo lep­szym fa­ce­tem od cie­bie. Ma stałą pracę, w jego domu nie ma nie­koń­czą­cych się prze­cią­gów i nie spo­ty­ka się z in­ny­mi dziew­czy­na­mi na boku.

– A czy umie tak ci po­ssać, jak ja? – za­gad­nął Dra­cu­la, mru­ga­jąc ta­jem­ni­czo i ob­li­zu­jąc brwi.

– Vla­dek, po no­cach z tobą byłam zmę­czo­na i blada, jakby bra­ko­wa­ło mi krwi. Jak śpię z Jo­na­tha­nem, to jesz­cze dwa­dzie­ścia osiem dni po nie mam jej tam gdzie zwy­kle.

Wą­pierz zła­pał się za głowę. A więc to tak! Dra­cu­la za­sy­czał, jak zra­nio­ne dzie­cię nocy.

– Nie od­sta­wiaj cyr­ków, bo wy­glą­dasz jak nie­to­perz w rui! Won! – Eli­sa­be­ta ob­la­ła ho­spo­da­ra sosem czosn­ko­wym. Tra­fio­ny zła­pał się za nie­umar­łe serce i za­czął ta­rzać po ziemi, zhań­bio­ny i po­ko­na­ny.  

Naj­gor­sze miało do­pie­ro na­dejść. Na drugą noc, po po­wro­cie do Țepe­szo­we­go za­mczy­ska, mar­kot­ny Dra­cu­la wy­brał się na spa­cer po oko­li­cy. Całą do­li­nę wokół ho­spo­dar­skiej po­sia­dło­ści po­ra­sta­ły bry­tyj­skie Tesco. Nie dość, że szpe­ci­ły pięk­ny kra­jo­braz Kar­pat, to ra­zi­ły cel­nie w słaby punkt wą­pie­rza. Na bia­łych bil­l­bo­ar­dach tkwi­ły nie­na­wist­ne białe głów­ki! Ki­lo­gram chiń­skie­go czosn­ku za sześć lei! Całe ro­dzi­ny Ru­mu­nów dały się opleść sieci wy­spiar­skie­go ka­pi­ta­łu, ma­sze­ru­jąc z i do skle­pów z pla­sti­ko­wy­mi siat­ka­mi i or­ta­lio­no­wy­mi tor­ba­mi na kół­kach.

Ho­spo­dar spró­bo­wał uciec od tego kosz­ma­ru. Biegł przez wzgó­rza i lasy, przez pa­gór­ki i wą­wo­zy, aż do­tarł do opłot­ków są­sied­niej po­sia­dło­ści. Sta­nął jak wryty, gdy za ogro­dze­niem zo­ba­czył na­stęp­cę tronu Wiel­kiej Bry­ta­nii i Ir­lan­dii Pół­noc­nej, księ­cia Ka­ro­la Wind­so­ra. Char­lie roz­ma­wiał przez te­le­fon. Wła­śnie wy­zna­wał żonie:

– Ko­cha­nie, chciał­bym być twoim tam­po­nem.

Wtedy Dra­cu­la zro­zu­miał. An­giel­ski ksią­żę i ru­muń­ski. Może tak bar­dzo się nie róż­ni­my?

Na emi­gra­cji wiele się na­uczy­łem. Wcze­śniej Po­la­cy ko­ja­rzy­li mi się tylko z pe­ere­low­ski­mi cink­cia­rza­mi przy­jeż­dża­ją­cy­mi małym fia­tem w sie­dem osób z dzie­się­cio­ma tor­ba­mi to­wa­ru i z kró­lem Wład­kiem, który jadąc do Buł­ga­rii po­ży­czył od mo­je­go ojca dwa śmi­głe ru­ma­ki i nigdy nie oddał. Teraz wiem, że to cu­dow­ni, od­waż­ni lu­dzie, któ­rzy mają ma­rze­nia i przed któ­ry­mi trze­ba umieć scho­wać ręcz­nik. A bry­to­le? Ich krew też da się pić! Mło­dzi Jo­na­than i Eli­sa­be­ta dali się po­łą­czyć mi­ło­ści…

Z lasu wy­szedł stary, bro­da­ty Cygan z bu­tel­ką ru­muń­skiej wy­pa­lan­ki. Był już so­lid­nie na­wa­lo­ny i z pi­jac­kiej ser­decz­no­ści wy­cią­gnął flasz­kę w kie­run­ku wą­pie­rza.

Mi­ło­ści. – Dra­cu­la skoń­czył myśl i uśmiech­nął się krzy­wo. – Żad­nej mi­ło­ści! Żądzy! Żądzy!!! – krzyk­nął sza­leń­czo, wbi­ja­jąc kły w szyję Roma. Przy­bysz sma­ko­wał jak do­mo­wa śli­wo­wi­ca; jak długa po­dróż i po­wrót do domu. Oczy wą­pie­rza spły­nę­ły krwią. Ską­pa­ne w kar­ma­zy­nie, jak przez ru­bi­no­wą so­czew­kę, wi­dział pięk­no swo­je­go kraju: na ho­ry­zon­cie Kar­pa­ty, nie­ujarz­mio­ne so­sno­we bory i gór­skie po­to­ki, na nie­bie za­błą­ka­ne pe­li­ka­ny po­wra­ca­ją­ce nad deltę Du­na­ju… Prze­ży­wał ka­thar­sis i nie prze­sta­wał pić cy­gań­skiej krwi.

– Prze­pra­szam, skar­bie, ale muszę koń­czyć, jacyś ru­muń­scy geje do­bie­ra­ją się do sie­bie pod moim pło­tem! – szep­nął ksią­żę Karol do słu­chaw­ki i prze­stra­szo­ny od­tup­tał do swo­jej let­niej re­zy­den­cji.

Koniec

Komentarze

Niezła parodia, spodobała się. Ładnie powiązałeś różne wątki na prześmiewczą modłę.

Trochę kojarzyło mi się z “Wampirami bez zębów”, ale znalazłeś trzecią drogę. :-)

Babska logika rządzi!

Melduję, że przeczytałam :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję za lekturę, śniąca : )

 

I Tobie, Finklo, za pozytywny komentarz i wesoły punkcik. Leslie Nielsen to jeden z moich ulubionych aktorów komediowych. Powinien być motywacją dla wszystkich pisarzy-amatorów, bo jego aktorska kariera na dobre zaczęła się, gdy miał już swoje lata, więc może my też mamy jeszcze czas ^^. Takie porównanie to dla mnie zaszczyt ;-)

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Byłam, przeczytałam i … podobało mi się. Tylko jedno zdanie wprawiło mnie w lekką konsternację : “Jak śpię z Jonathanem, to jeszcze dwadzieścia osiem dni po nie mam jej tam gdzie zwykle.” Hmm, sławetne pytanie – co Autor miał na myśli? wink

Ja z kolei nie znoszę Leslie Nielsena i komedii z jego udziałem, ale Twoja parodia przypadła mi do gustu. W paru miejscach pewnie bym się mogła przyczepić  do konstrukcji, ale skoro twierdzisz, że tak ma być, to się nie czepiam. Tu bardzo mi się podoba połączenie wielu wątków i dość charakterystycznych postacie. Troszkę starych dowcipów, ale umiejętnie wplecionych w tekst, przywołało uśmiech na twarzy.

Generalnie – miłe zakończenie dnia.

Edith – Dev, myślę, że chodzi o to, co kobiety do pewnego czasu miewają dość regularnie, a jeśli nie, to oznacza, że w drodze jest następne pokolenie wink

Kolejny edith – znowu mieszam z punktami do biblioteki! Wprawdzie mnie nie widać, ale jeden punkt przyznałam.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik, domyśliłam się, ale konstrukcja zdania mnie trochę zdziwiła;) Ada

Przeczytałem. Za często ani za długo nie śmiałem się, melduję z niejaką przykrością, wywołaną przypuszczeniem, że Autor oczekuje bardziej entuzjastycznego przyjęcia tekstu…

Dev, ja, prosty facet i tak nic z tych rzeczy nie rozumiem, ale napisałem o dwudziestu ośmiu dniach, bo taka liczba mi się kojarzy i chciałem, żeby było wiadomo, o co chodzi ;-) Oczywiście Bemik dobrze zinterpretowała ten fragment. 

Bemik, dziękuję za punkt. Myślę, że mój tekst trochę się jednak różni od humoru Mela Brooksa. Finkli pewnie się skojarzyło, bo to chyba najbardziej rozpoznawalna parodia historii o wampirach, a ja się ucieszyłem, bo w swojej próżności lubię myśleć, że moje dzieła rywalizują z powszechnie znanymi ;). Jeżeli będziesz miała ochotę się do czegoś przyczepić, to będzie mi bardzo miło, zawsze chętnie wyjaśnię swój punkt widzenia. 

Adamie, mnie natomiast przykro, że nie dostarczyłem Ci uśmiechu na koniec tygodnia. Ameryki nie odkryję, ale przy lekturze tekstów konkursowych “Fantastycznej Parodii” przypomniało mi się, że humor to specyficzna broń i nie łatwo trafić we wszystkich, w których się celuje. Może następnym razem?  

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dobrze napisany, humorystyczny tekst. Uśmiechnąłem się wiele razy podczas lektury, szczególnie tekst o spaleniu kilku wiosek mnie powalił. Bardzo fajna parodia Nevazie :)

Dziękuję, belhaju. Zapewniam, że podczas powstawania tekstu nie spalono żadnej wioski! Z żartami już trochę co innego ;-)

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Tekst jest pełen smaczków, które mnie rozśmieszyły. Nie dziwię się skojarzeniem z “Wampirami bez zębów”, ale dostosowanej do “naszych” i swojskich warunków. Zdecydowanie poszedłeś w kierunku parodii, którą lubię najbardziej – mocno zaszalałeś z materiałem i zjechałeś wiele rzeczy, przy tym nie przeładowując treści. Takie teksty “dla beki” – jestem na tak :)

 

A tak w nawiasie: Czy nie powinno być napisane “Leśny Dzban”? Jak na to nie patrzeć, no jakaś tam “marka” to była, tylko, że okupowała najniższe półki w Żabkach. 

Dziękuję, Deirdriu.

Twoja uwaga oczywiście jest trafna. Może być “Leśny Dzban” albo Leśny Dzban. Przez moment zawahałem się jeszcze, czy “dzban” nie mógłby być z małej (wtedy nie trzeba by nic zmieniać w dotychczasowym zapisie). Przez analogię do tego http://sjp.pwn.pl/zasady/83-Jedno-i-wielowyrazowe-nazwy-wlasne-przedsiebiorstw-i-lokali;629402.html przyjmuję, że nie.

Osobiście, odkąd na pierwszym roku studiów, wziąłem sobie “Mocny Fajrant”, już na te półki w ogóle nie patrzę. 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nie znam “Wampirów bez zębów”, chyba na moje szczęście, a lekturę Twojego opowiadania uważam za nader udaną, Nevazie. Tylko zakończenie jakieś takie nie tego, jakby konceptu Ci zabrakło, jak to zakończyć z przytupem, żeby na poziomie było. Tak od momentu powrotu do Rumunii blado. Ale cała reszta – przeurocza.

I choć to może przesada, kopiowałam po drodze fragmenty, które szczególnie przypadły mi do gustu. Niech Autor wie, co się spodobało : > A żeby nie było za dobrze to, co mi się podobało, jest zmieszane z tym, czego się czepiam ; p

 

“Gdy martwi zaczynają się żywić, żywi zaczynają się martwić“ – świetne : D

 

“Jedyna krew, jakiej posmakował, poleciała mu z nosa, który rozkwasił sobie o słup wysokiego napięcia.“ również XD

 

“Hospodar rozkrył szkarłatny baldachim“ – jestem przekonana, że użycie tego słowa w tym kontekście jest nieprawidłowe.

 

“na ścianie modnego biurowca przy waterfroncie“ – brzydki anglizm : (

 

“Jestem Brytyjczykiem, więc mam malutkie i trochę smutne libido“ – lol

 

“Korporacyjna praca dawno wyprała mi mózg“ – ; D

 

“trzema polskimi imigrantami. Dwoma białymi i jednym czarnym, ze Śląska.“ – XD

 

“Anglicy słyną z miłości do koni i pięknych kobiet – uczuć o tyle łatwych do pogodzenia, że w ich kraju trudno dostrzec różnicę.“ – Znaczy co, piękne kobiety są podobne do koni? Bo to brzmi tak, jakby tak było w ogólności, na całym świecie, a nie w oczach Brytyjczyków…

 

“– Mój też – odparła Lucy. – Dwie, trzy paczki dziennie, a twój?

– Dwie, trzy wioski.“ – XDDD

 

“A jak masz na imię“ – bez sensu. Przecież dopiero pytała “co to za imię Dracula”…

 

“Ponieważ Dracula panicznie bał się słońca i generalnie za nim nie przepadał“ – wydaje mi się, że to zbędne powtórzenie.

 

“– Rzeczywiście, jest na trzeciej stronie, tak jak mówił Przemek. – Tamże „The Sun”, niezmiennie od 1970 roku prezentował babę topless. Nie tę samą babę, ma się rozumieć. – Ale ma żyły!“ – : D

 

“– Jedyną metodą, która pozwala poznać prawdziwą przyczynę dyskomfortu pacjenta, jest sekcja zwłok.” – : D

 

“uderzyły hospodara jak stado nietoperzy z wyłączoną echolokacją“ – ; )

 

“Dracula wściekł się, złapał stojące w holu krzesło i chciał efektownie nim rzucić. Okazało się przytwierdzone do podłogi, więc tylko agresywnie się o nie oparł.“ – Nie wiem, jak się można agresywnie opierać, ale podoba mi się ten zwrot ; )

 

“i wybiegł na hol“ – na hol? A co to za konstrukcja? Jakoś pielęgniarka wcześniej stała w holu, a nie na holu

 

“by zdążyć jeszcze kupić bilet na autokar, którym jechała wytęskniona Elisabeta“ – a skąd wiedział, który to?

 

No, w każdym razie jest to parodia pełną gębą. Bardzo miło spędziłam przy niej czas ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Miałeś nadzieję, Nevazie, że tekst kogoś rozbawi i nadzieja nie okazała się płonna. Dołączam tedy do grupy usatysfakcjonowanych czytelników, uznając zacną jakość Twojej parodii. ;-)

 

Mała zło­śli­wa głów­ka po­mię­dzy czar­ny­mi skrzy­deł­ka­mi unio­sła się w lo­do­wa­tym świe­tle księ­ży­ca, wy­ru­szając na krwa­we łowy. – Dlaczego tylko złośliwa główka wyruszyła na łowy, złośliwie zostawiając resztę postaci?

 

Wście­kły ary­sto­kra­ta po­wy­ry­wał kwiat­ki z do­ni­czek, a potem po­zry­wał fi­ran­ki… – Powtórzenie.

Może: Wście­kły ary­sto­kra­ta po­wy­ry­wał kwiat­ki z do­ni­czek, a poszarpał po­zry­wał fi­ran­ki

 

– Ga­brie­la! – Za­pisz­czał nie­to­perz. – Nietoperz zapiszczał paszczą, więc chyba: – Ga­brie­la! – za­pisz­czał nie­to­perz.

 

Ro­syj­ska krew na­pły­nę­ła ho­spo­da­ro­wi na twarz, aż po­ja­wi­ły się ciem­no­nie­bie­skie żyłki. – Gdyby krew napłynęła na twarz, to ciekłaby po jej powierzchni .

Proponuję: Ro­syj­ska krew na­pły­nę­ła ho­spo­da­ro­wi do twarzy, aż po­ja­wi­ły się ciem­no­nie­bie­skie żyłki.

 

Wą­pierz za­trzy­mał się w po­wąt­pie­wa­niu… – Zatrzymać się w powątpiewaniu, to gdzie się zatrzymać?

 

–Eli­sa­be­ta… – po­wtó­rzył ho­spo­dar. – Brak spacji po pierwszej półpauzie.

 

dok­tor Van Hel­sing prze­bu­dził się z noc­nej drzem­ki i wy­biegł na hol… – …dok­tor Van Hel­sing prze­bu­dził się z noc­nej drzem­ki i wy­biegł do holu

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam bez przykrości, ale jakoś nie wczułam się w tekst. Możliwe, że to wina parodii, bo nie znam Twojej inspiracji i nie umiem się do niej odnieść. Mogę rozdzielić tekst na trzy części. Pierwsza w Rumunii, która jest najlepsza. Druga na wyspach lekko przegięta przez Van Helsinga i tego nastolatka w kamienicy. Choć smaczków i tak było sporo, ale odniosłam wrażenie, że to przebłyski, a te dwie sceny to takie zapchaj dziury. Powrót do Rumunii oceniam najsłabiej, bo faktycznie zabrakło, jak zauważyła Jose, lepszego zakończenia. Choć scena z Myną (;D) była fajna. Ogólnie mam mieszane uczucia. Jestem nie do końca usatysfakcjonowana.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Joseheim, Reg, piękne dzięki.

W moich oczach to zakończenie było cudne, wyobraziłem sobie ekran spływający czerwoną farbą i piękne karpackie krajobrazy. Chyba nie umiałem oddać słowami obrazu, który miałem w głowie : >. Więc koncept miałem, i owszem, a na ile przytupany, nie mnie oceniać.

Gdy martwi zaczynają się żywić… To parafraza tekstu, który wpadł mi kiedyś w oko na internetach "skoro martwi się nie żywią, dlaczego żywi się martwią". Autora niestety nie pamiętam.

Jestem głupi i nie odróżniam holu od korytarza, raz na kilka miesięcy ktoś mi tłumaczy, że to nie to samo, a potem zapominam i dalej tak myślę. Z drugiej strony ubzdurałem sobie, że waterfront to nie do końca to samo, co nabrzeże. W sumie, to chyba jest to samo.

W pierwszej wolnej chwili wprowadzę wasze poprawki!

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dziękuję za lekturę, Morgiano. Inspiracje to przede wszystkim książka Brama Stokera, w dalszej kolejności jej filmowe ekranizacje.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

No tak, bez znajomości pierwowzoru takie rzeczy jak na przykład nazwisko Harker czy Myna nie bawią ; )

Ja Stokera czytałam w oryginale w ramach treningu. Lektura toporna (nie te czasy…), ale interesująca.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Kiedy następna beka? ;) bardzo fajne choć niekiedy mi się dłużyło, ale humor przedni. Zakończenie skrzydeł Nie urywa, ale co tam ;)

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Też tak myślę, Joseheim, wysiliłem się nawet na przeróbkę nazwy żaglowca Demeter, licząc że fani Draculi to docenią ;))). Zgadzam się z Tobą, co do nieco topornej lektury książki. Nie obwiniałbym za to epoki, w której tworzył autor, ale raczej wybraną formę – powieść pisana w formie listów i wpisów w pamiętniczku może być mroczna, ale w moim odczuciu ciężko, żeby jej akcja trzymała w napięciu, bo wiadomo, że autor konkretnej części dożył, żeby napisać ten czy inny list/wpis. Pewnym wybiegiem dla autora byłoby urwanie wpisu czymś w rodzaju “Aaa, o jejku, coś mnie gryzie w szyję…”, ale na to akurat nie wpadł. Koniec końców pamiętam, że po lekturze byłem lekko rozczarowany.

KK, dzięki za nieco dwuznaczną ocenę ;>. Nie wiem, kiedy następna beka, próbowanie być śmiesznym to duże wyzwanie.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Oj, bo wczoraj na telefonie dodawałam komentarz, a wyjątkowo stanowiło to dla wyzwanie.  Historia super, napisane również fajne, rewelacyjny dowcip. Błąkanie się po Anglii – tu mi się odrobinę dłużyło. 

Właściwie joseheim zrobiła, to co ja zamierzałam i z tego wynika, że mamy takie same poczucie humoru wink

próbowanie być śmiesznym to duże wyzwanie.

To nie bądź śmieszny, tylko pisz zabawne teksty cheeky masz potencjał, a coś mi się wydaje, że jeszcze pokarzesz kła wink

 

i jeszcze to 

Wściekły arystokrata powyrywał kwiatki z doniczek, a potem porozpruwał firanki, zmieniając się w nietoperza z głową spuchniętą z żalu.

Uuu, cóż za agresja XD

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Może mój komentarz odbierany jest, jako “zupełnie mi się nie podobało i kropka”. Tak nie jest. Dlatego, można uważać, że pozostałe zabawne akcenty mnie nie śmieszyły. Owszem były zabawne, ale sporo bym wycięła z tekstu, bo tak jak napisała KK trochę się dłużyło w środkowej części i mi jeszcze na samym końcu. I żeby nie było, że nie mam w sobie poczucia humoru, bo doceniłam praktycznie te same fragmenty, co wypisała, Jose w swoim komentarzu. Zaznaczyłam jedynie, że opowiadanie nie jest idealne, bo można było je tu i ówdzie wygładzić lub z czegoś zrezygnować.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Ech, dziadzio Wladzio… 

Uśmiałem się, ale tak jak wersja Stokera, tak i Twoja nie przypadła mi do gustu. 

Tekst całkiem, całkiem.

F.S

“jeszcze pokarzesz kła“

Łomatko, a czym kieł sobie zasłużył na karę? ; p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

KK, na razie nie mam za co karać kła, bo nic mi złego nie zrobił ;-)). Raz jeszcze dzięki za lekturę!

Morgiano, humor to bardzo indywidualna sprawa, nie dziwi mnie, że nie sposób trafić do wszystkich jednym tekstem. Przed dodaniem skróciłem może o tysiąc znaków, w międzyczasie coś jeszcze dopisywałem i tak mi wyszło. Na pewno nie jest idealne… kiedy pewnego spokojnego dnia usiądę i napiszę Tekst Idealny, dam Ci znać ^ ^.

FoloinStephanus, jeżeli się uśmiałeś, ale nie przypadło Ci do gustu, to znaczy że śmiałeś się od niechcenia ;) ? Nie przekomarzam się, tylko z ciekawości pytam. Dziękuję za przeczytanie.

 

edit: Motyla noga, Joseheim, nie kradnij mi z głowy kąśliwych uwag!

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Można się śmiać z tekstu, który nie przypadł do gustu. Twój tekst jest śmieszny i chyba miał taki być, ale pozostawiło to jakiś niesmak. To był taki śmiech zdystansowany, niedowierzający oczom :D

Może po prostu źle się zrozumieliśmy – Twój tekst jest dobry, ale czegoś mi w nim brakuje (tylko nie wiem czego – może takiej iskry, która zapala we mnie przekonanie :tak to jest, to czego szukałem”).

F.S

Ok, teraz rozumiem ^ ^

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Jak dla mnie jedna z lepszych parodii jakie tu czytałem, a pod względem humoru – chyba najlepsza. Kawał dobrej roboty Nevaz, dzięki :)

 

Po wyjściu z trumny Dracula przeciągnął się, aż kości w ramionach głośno strzyknęły.

W tym zdaniu chodziło Ci o stawy, no chyba, że Dracula złamał sobie kości przy tym przeciąganiu ;)

Może: Dracula rozprostował ramiona z głośnym trzaskiem? Albo: przeciągnął się z głośnym trzaskiem ramion?

 

Pozdrawiam.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki, Hrabio.

Zabawne, bo akurat to zdanie zmieniłem podczas którejś z kolei autokorekty. Zamieniłem “ramiona strzyknęły” na “kości w ramionach strzyknęły”, bo znalazłem takie przykłady z książek w Internecie. Anatomia jest jedną z moich pięt achillesowych (wspominałem, że jestem stonogą? ;P).  

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Udana parodia. Jest tu sporo odniesień do oryginału, choć może gdyby pobawić się narracją i pozmieniać punkty widzenia (dodać te “listowe” z Draculi) wyszłoby smaczniej. Satyra na emigrację dość smutna, ale bardzo na czasie. I chociaż dowcip momentami jest dość grubo ciosany, a zagęszczenie stereotypów za duże, na bibliotekę zasługuje. 

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Dziękuję, Mirabell. Zabawa narracją na pewno urozmaiciłaby tekst, z drugiej strony wymagałaby diametralnej przeróbki, ponieważ części skupione na Draculi już się niektórym dłużyły.

Humor bywa grubaśny, bo i autor człek prosty. Zawsze mogę się dowartościowywać porównywaniami z renesansowym geniuszem Rabelais’em. Opisywał on szlachetnie urodzoną niewiastę, łapczywie pożywiającą się w stanie błogosławionym, aż w wielkich bólach wydała nowy byt na świat. Jak się zaraz potem okazało, nie urodziła dziecięcia, lecz się zesrała. Nie ma to jak klasycy!  

I jeszcze na koniec: w moim odczuciu ostatnie przesłanie miało jednak napawać nadzieją i przekonywać, że świat jest piękny :)

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Rebleais’owski Dracula? Romantyczny, mroczny potwór w karnawałowej otoczce? To dopiero karkołomne połączenie :P

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Mogło być więcej o tamponach :P

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Moje zdanie, Wodzu, znasz. Dlatego po prostu klepnę Ci bibliotekę – należy się – i skryję się w Cieniu.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dziękuję, Cieniu

Próbowałem wprowadzić kilka kosmetycznych poprawek, które pomogłyby uporać się ze wskazanymi przez Ciebie mankamentami. Zdaję sobie sprawę, że nie rozwiązują one zupełnie wszystkich problemów, ale spróbowałem nieco uwiarygodnić motywacje głównego bohatera.

Na koniec nasunęła mi się uwaga o twojej niekonsekwencji – piszesz, o nieprzejmowaniu się poprawnością polityczną w parodiach, ale żart z czarnego Ślązaka nie przypadł Ci do gustu ;)).

 

 

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dla mnie to było po prostu suche i zbyt ograne, a więc po prostu nieśmieszne, a nie, że niepoprawne politycznie.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Udana parodia, co prawda nie parsknelam kawa na ekran komputera, ale usmiechnelam sie dobre kilkanascie razy. Podobalo mi sie, ze przemyciles w parodii kilku znanych pogromcow, Van Helsing pracujacy w banku krwi, dobre:-) I Gerard pozyczajacy recznik, chyba ze tylko ja mam takie skojarzenia?

Ogolnie na plus.

 

Dziękuję, Sikorko, tym lepiej dla ekranu :))

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Sorki za ton w ostatnim komentarzu. Wyszło obcesowo i trochę agresywnie, ale nie miało tak brzmieć. Spieszyłem się. A jeśli chodzi o ten żart, to po prostu szczególnie do mnie nie trafił.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ależ nie ma za co sorzyć. Zupełnie tego tak nie odebrałem! 

Tym bardziej kudos za kulturalną postawę : ). 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Przeczytałem. Nie spodziewałem się tak dobrego tekstu bo ciężko mnie przestraszyć, a o wiele trudniej rozśmieszyć. Ale parę razy uśmiechnąłem się podczas czytania, co można uznać za całkowity sukces. Może tego humoru aż za dużo, praktycznie w każdym akapicie musiała być jakaś dowcipna wstawka. Zabrakło mi trochę morału, końcówka zdecydowanie za szybka i pokręcona, można by ją nieco rozwinąć. Zagubiłem się w niej i musiałem czytać dwa razy, żeby ogarnąć, co tam się w ogóle dzieje. 

Ogólnie tekst ze swojej strony oceniam na 4-.

Dlaczego ,,-“? Za żart z pavulonem. Nie śmieszny. Ze wszystkich żartów o polskiej służbie zdrowia musiałeś wybrać ten? Nie sądzę!

 

Dziękuję, Unglebudujabu.

Morał to w bajkach ;)). Tu głębsze przesłanie od autora zawiera się zasadniczo w “pokręconej końcówce”.

Ogólnie żarty z polskiej służby zdrowia to humor czarniejszy niż ropa naftowa, trochę śmiech przez łzy. Mnie bawi pavulon, bo żonie podczas wolontariatu w Japonii na przeziębienie podawali lek o nazwie “paburon” i sobie chichotaliśmy, że jej skóra już została sprzedana.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Ostatnio okoliczności nie pozwalały mi na spokojnie poczytać i pokomentować, skutkiem czego przeczytałam na trzy razy, a teraz, za czwartym podejściem komentuję, także nieco się o jakość tego komantarza obawiam :/

W każdym razie – moim zdaniem, naprawdę świetna parodia. Do bohatera zapałałam sympatia od pierwszego wejrzenia, przez co powroty do przerywanej lektury były niezmiernie przyjemne. Humor, jak dla mnie trafiony bardzo. Zupełnie inny ten tekst od pozostałych Twoich, które czytałam i muszę powiedzieć, że to zabawne Nevazowe oblicze bardzo mi się podoba :)

Z czepialskich rzeczy – średnio mi podeszła rozmowa Draculi z Van Helsingiem. Była oczywiście zabawna, ale jakaś taka mało wiarygodna i ciut za długa – to jedyny taki moment, w którym poczułam spadek zaangażowania w fabułę.

Co do zakończenia, to przyznam, że tak nie do końca skumałam te Vladkowe przemyślenia i przez to chyba przemiana bohatera mi trochę umyka. Co nie musi być winą tekstu.

Z końcówką to pewnie jednak wina tekstu, bo twój komentarz nie jest osamotniony. Wiem, że nad dialogami też powinienem pracować – wypadałoby więcej rozmawiać z ludźmi :P.

Niezmiernie się cieszę, że miło spędziłaś czas!

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Hehe, fajne, choć czasami prostackie

Może po prostu Bram Stoker nie jest takim dobrym pisarzem?:) Stworzył kultową postać, ale sama forma powieści go przerosła (wystarczy porównać z “Niebezpiecznymi związkami”, jak listy potrafią trzymać w napięciu).:) Jako fan z dawien dawna, złapałam smaczki, zacne faktycznie i za nie plusik.Jednak odnoszę wrażenie, że wszystko już było, szczególnie rozczarowana skojarzeniami do “What we do in the shadows”… Humor dla mnie czasami siermiężny – niestety, chwilami jak u Brooksa czy tandemu Clement & Waititi – raczej takiego nie trawię.

No to muszę sobie teraz obejrzeć “What we do in the shadows” : >.

 

Dziękuję za lekturę, gwidonie i rooms.

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Tylko ja nie polecam, mnie rozczarował ;)

Mnie się na pewno spodoba, bom mużyk ciut siermiężny ^ ^. Dam Ci znać!

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Uśmiałam się do łez! Parodia w pełnym tego słowa znaczeniu. Pełno w niej smaczków i sprytnie posplatanych wątków, a także zdań i zwrotów nieodmiennie wywołujących kolejny szeroki uśmiech. Podobało mi się, że nie skupiłeś się na samym Draculi, ale wplotłeś go ciekawie między innych, współczesnych migrantów i między kilka innych stereotypów nieznanych Stokerowi.

Żeby nie było za słodko, w pewnych momentach miałam wrażenie zbyt dużego moralizatorstwa (a może za bardzo zasugerowałam się Twoim wstępem?) i nadal nie łapię tego fragmentu:

Jak śpię z Jonathanem, to jeszcze dwadzieścia osiem dni po nie mam jej tam gdzie zwykle.

Niby wiem o co chodzi, ale jednocześnie nie rozumiem, dlaczego nie ma tam gdzie zwykle i co to znaczy „tam gdzie zwykle”.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca, niezmiernie miło mi czytać tak przyjemny komentarz : ). Miłego tygodnia!

Moralizatorstwo być może było. Ci, którzy mnie dobrze znają, wiedzą, że jestem dobrodusznym dziadem czekającym w ciele młodego faceta, żeby się w końcu zestarzeć i móc pouczać wnuki zza siwej brody.

A co do ostatniej uwagi, pozwolę sobie powtórzyć mój komentarz dla użytkowniczki Dev:

”ja, prosty facet i tak nic z tych rzeczy nie rozumiem, ale napisałem o dwudziestu ośmiu dniach, bo taka liczba mi się kojarzy i chciałem, żeby było wiadomo, o co chodzi ;-)” 

Chodziło o dzieciątko w drodze.  

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Niby czytałam Twoją odpowiedź dla Dev, ale czasem mało kumata jestem i prostych rzeczy nie umiem zrozumieć, jak się coś w głowie zakorkuje :) 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Witaj w klubie – ja czasem proste rzeczy gmatwam… 

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Przyjemnie się czytało :) Nie dość, że parodia Draculi, to w dodatku satyra na rzeczywistość. Początkowo lekko irytujące były “gagi” z niezdarnością hospodara, potem jednak nie miałem opowiadaniu nic do zarzucenia… aż do końcówki. Ona, moim zdaniem, wypadła zdecydowanie najsłabiej.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Dzięki za opinię, Beryl.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dla mnie zdecydowanie numer 1. Przy tym tekście się najlepiej i tak po prostu ubawiłam. Jest fantastyka, jest porządny humor, jest też nad czym podumać, gdyby ktoś miał ochotę, bo w wampirycznej otoczce mamy jak najbardziej aktualny motyw migracji. Kupiły mnie liczne, często bardo drobne smaczki, które wypełniają tekst po brzegi nie pozwalają na przerwę w rozrywce.

I opowiadanie jest napisane porządnie, co dla mnie ma znaczenie – nie musiałam się potykać na usterkach.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję, to bardzo miłe, Śniąca. Cieszę się, że mogłaś przyjemnie spędzić czas.

A przy poprawianiu usterek duże zasługi mieli pracowici betoniarze ^ ^. 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nowa Fantastyka