- Opowiadanie: Wilk który jest - Z dziennika Ilony Cichej z dziennika Ijona Tichego

Z dziennika Ilony Cichej z dziennika Ijona Tichego

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Z dziennika Ilony Cichej z dziennika Ijona Tichego

Świat roku 2814 nie różnił się aż tak bardzo, jakbyśmy sobie tego życzyli, od tego znanego powiedzmy w 2015 roku. Ludzie pozostali ludźmi z ich niezliczonymi wadami i unikatowymi we wszechświecie zaletami. Sam wszechświat uległ jednak swoistemu skurczeniu. Nie oznacza to oczywiście nadchodzącego „wielkiego chrupnięcia”, ale wynika z zakresu eksploracji. Kosmici nie okazali się ani niszczycielskimi potworami, ani tytanami intelektu, ani nawet posiadaczami jakichś nieprawdopodobnych technologii. Po prostu byli od nas „inni” (czasem aż za bardzo „inni”…). Skupieni na własnych planetach, własnych problemach i własnych konfliktach wewnętrznych. Jedyne czego w związku z kolejnymi odkryciami Ziemianie musieli dokonać to wciąż przegłosowywać na forum ONZ nowe definicje pojęcia „życie”.

Rozwinęła się turystyka międzygalaktyczna. Biura podróży proponowały wylot na północ od Ziemi, gdzie znajdowało się około osiemdziesięciu interesujących planet, w części oferujących pożywienie strawne dla ludzi i atmosferę pozwalającą na poruszanie się bez skafandrów kosmicznych. Branża kwitła. Pojawiły się całe floty ekskluzywnych promów kosmicznych. Wycieczki były wygodne. Mimo niesłychanych prędkości rozwijanych przez statki, turyści nie doznawali dyskomfortu. Wszyscy byli poddawani hibernacji tuż po zajęciu miejsc. Wybudzano ich zaś na około tydzień przed lądowaniem. Pozwalało to na „dojście do siebie”, toaletę i skorzystanie z atrakcji dostępnych dla pasażerów: od dyskotek, po sklepy bezcłowe (oczywiście oferujące towary droższe, niż te same dostępne po ocleniu). Największą popularnością cieszyły się wyprawy krótkie, w których podróż w jedną stronę nie trwała dłużej niż dwa miesiące. W końcu każdy urlop ma swoje granice.

Na południe od Ziemi wycieczek prawie nie było. Znajdowało się tam tylko pięć zamieszkanych planet, z których żadna nie cieszyła się popularnością.

Wraz z turystyką doszło i do pierwszych zbliżeń między Ziemiankami i Ziemianami a kosmitami. Z tych krótkotrwałych związków, potępianych przez wszystkie wyznania religijne, narodziły się stworzenia zwane przez yellow press „mułami”. Były ociężałe intelektualnie (bez względu na przyjęty na danej planecie standard), wytrzymałe i nie mogły się rozmnażać.

W takich oto okolicznościach wszechświatowej przyrody zastajemy Ijona Tichego, lecącego jako pasażer małym wahadłowcem na zasłużony urlop. Szczęśliwie również o tej podróży zostawił kilka kartek z notatkami, które nie zostały dotychczas wydane drukiem przez tajną organizację używającą kryptonimu L.E.M., wykrytą przez wybitnego pisarza przełomu XX i XXI wieku Philipa K. Dicka. Nie nadużywając więcej cierpliwości czytelników, oddajmy głos źródłu.

 

Z dziennika Ijona Tichego

 

Leciałem sobie na krótkie wakacje. Rok był słaby. Pracy było dużo, a pieniędzy mało. Odwiedziny w kosmicznym biurze podróży były więc przygnębiające. Wszystkie wycieczki, nawet te bez darmowych drinków, okazały się zbyt drogie, jak na portfel astronauty. Przemiły android, który próbował dostosować ofertę do moich oczekiwań i zasobności portfela, wyciągnął wreszcie spod lady ulotkę o kształcie rakiety. Treść jej brzmiała:

„Odkryj dziewiczy ląd! Wybierz się na Ślągwę5, nim ruszą regularne rejsy! Poznaj najbardziej uprzejmych mieszkańców wszechświata! Wyrusz na południe od ziemi! Cena to zaledwie…”

Cena krzyknęła do mnie, a portfel w kieszeni wyraźnie odetchnął z ulgą. Na ulotce znajdowała się ilustracja – grupa stworów przypominających gumowe żelki o kształcie miśków o gabarytach chyba dorównujących rozmiarom człowieka. Część z nich miała szeroko pootwierane paszcze. Obok sunęła równie barwna grupa, chowająca się pod prostokątnymi parasolami. Żywe barwy kusiły, a skoro noszą je najbardziej uprzejmie istoty w kosmosie, a wyprawa do nich mieści się w moim budżecie, nie zastanawiałem się więcej. W końcu najważniejsze, żeby była przygoda!

Tak oto znalazłem się w małym wahadłowcu lecącym na Ślągwę5. Jak się okazało, byłem jedynym pasażerem, a pilotka w kombinezonie odkrywającym ramiona pokryte tatuażami, nie była rozmowna. Szybko skończyły mi się zasoby obrazów, książek i dźwięków zabrane na przenośnym nośniku danych z ekranem i wyświetlaczem hologramów. Zaczęła się nuda, a sen nie chciał przyjść.

Fotele nie były specjalnie wygodne, wsunąłem więc palce, pod zdrętwiałe siedzenie. W trakcie dyskretnego masowania obolałych pośladków poczułem, że coś wystaje z miejsca, w którym kończy się oparcie. Po chwili dłubaniny udało mi się wyciągnąć małą płytkę w jaskraworóżowym kolorze, ozdobioną kryształkami od Swarovskiego. Obejrzałem ją z zaciekawieniem i włożyłem do swojego czytnika. Liczyłem po cichu, że znajdę na niej coś, co umili mi ostatnie dni podróży: pliki video, e-booki, audiobooki, chociaż dużą galerię zdjęć z odległych światów. Wewnątrz znajdowało się około stu odcinków nieznanej mi opery mydlanej, która niestety nie zdołała mnie wciągnąć. Odnalazłem też czyjś dziennik, będący też chyba terminarzem służbowym (w zasadzie jego fragment, bo na całość brakło miejsca na karcie, pewnie ze względu na zgrane na nią odcinki serialu). Przez chwilę zastanawiałem się, czy wypada mi sięgnąć po te dane. Czas pozostały do końca podróży spowodował jednak, że moje opory błyskawicznie osłabły. Włączyłem opcję „czytaj”, wybrałem ulubioną barwę żeńskiego głosu oraz emisję obrazu wprost do mózgu i zanurzyłem się cały w cudzym życiu.

Obrazy i dźwięki przeniosły moje myśli do biurowca agencji reklamowej typu full services. Na szóstym piętrze, w obszernej open space, w samym rogu dwa sąsiadujące ze sobą boksy, zajmowały dwie absolwentki uniwersytetu. Dokumenty o przyjęcie do pracy złożyły jeszcze na studiach. Zaproponowano im na początek bezpłatne praktyki, które trwały już od pół roku. Pracowały „w cenie kawy” dla departamentu zajmującego się reklamą produktów służących do higieny intymnej oraz międzygwiezdnym marketingiem terytorialnym. Właśnie odniosły pierwszy znaczący sukces. Hasło ich autorstwa atakowało z ekranów, wyskakiwało ze ścian budynków i błyskało na rozgwieżdżonym niebie. Niestety cały ciężar sukcesu przyjął na swoje barki copywriter… Umowa z firmą wciąż pozostawała tylko i wyłącznie w strefie marzeń. Coraz częściej myślały więc o poproszeniu o referencje i poszukaniu nowego pracodawcy.

Zbliżała się powoli godzina siedemnasta, pora końca pracy. Był szary i chłodny marcowy piątek. Nasze bohaterki: Ilona i Adela kończyły wysyłanie informacji prasowych. Zajęcie było mechaniczne, obie znajdowały się więc w stanie, który można uznać za bliski wegetatywnego. Z otępienia wyrwał je głos: „pani Cichy i pani Kovolsky proszone są do pani prezes”. Aby niczego z opowieści, która miała gigantyczne znaczenie dla moich dalszych decyzji nie uronić, przytaczam ją in extenso.

 

Z dziennika Ilony Cichej

 

1 marca

Prezes wezwała Adelę i mnie. Dziwne, bo dotychczas widziałyśmy ją tylko na zdjęciach. Podróż na dwudzieste szóste piętro wieżowca windą, która miała tylko dwa przyciski „góra” i „dół”, a w środku wygodną kanapę i kryształowe lustro, sama z siebie była przeżyciem. Hol miał dobre dwadzieścia metrów długości. Sekretarka sprawiała wrażenie komandoski ubranej w firmowy uniform, gotowej jednym palcem zabić każdego intruza. Upewniwszy się, że my to my, wprowadziła nas do gabinetu. W pokoju wielkości mojego mieszkania razem z balkonem, klatką schodową i sypialnią sąsiada (domniemanie – nigdy tam nie byłam) siedziała osobiście Joanna Martha de La Cur, właścicielka i prezes agencji. Jedna z najważniejszych dam polskiego marketingu przyglądała się ciekawie stopom mężczyzny w garniturze, kowbojkach na nogach i również kowbojskim kapeluszu na głowie. Całości jego stroju dopełniały złote łańcuchy na dłoni i szyi i rzecz jasna złoty zegarek pokaźnych rozmiarów.

– To one? – zapytał mężczyzna.

– Tak, mój najlepszy team kreatywny – powiedziała de La Cur. – Siadajcie, proszę.

O ile pani prezes i jej gość zasiadali w fotelach (ona na brzegu, wyprostowana, w klasycznym kostiumie i z dyskretnymi, acz drogimi dodatkami, gość rozwalony do granic możliwości), nam kazano usiąść na długim pufie.

– Co potrafią? – zapytał mężczyzna, taksując nas wzrokiem od stóp do głów.

– Zapewne słyszał pan o kampanii czarnych tamponów, pod hasłem: „czarne wygrywa, czerwone przegrywa”? To ich dzieło!

– „Czarne wygrywa, czerwone przegrywa” – powtórzył cicho mężczyzna i zmarszczył czoło. – „Czarne wygrywa, czerwone przegrywa” – powtórzył raz jeszcze i parsknął śmiechem. – Dobre!

– Mówiłam, są najlepsze – powtórzyła pani prezes.

Dotychczasowe traktowanie w firmie i fakt, że cały ciężar naszego jak dotąd jedynego sukcesu przyjął na siebie copywriter, pomijając nasze nazwiska nawet w najmniejszych napisach spotów reklamowych, raczej nie pozwalały nam myśleć o sobie w kategoriach „najlepszy team kreatywny”. Wręcz przeciwnie – zarobków wciąż nie było, roboty „głupiego” za to pełno, a szans na wykazanie się mało. Taka opinia z ust samej de La Cur to było coś nowego. Nabrałam przekonania, że prezes chce wcisnąć nasz skład klientowi, którego niespecjalnie szanuje.

– OK, mogą być – stwierdził mężczyzna, dopijając whisky.

Joanna Martha rozpromieniła się i powiedziała:

– Panie Horacy, proszę je krótko wprowadzić w temat. – Po czym zwróciła się do nas – Oczywiście panie poznają: Horacy Nowak-Kowalski-Szmit, sześćdziesiąty ósmy na liście najbogatszych Polaków, potentat na rynku odpadów niesegregowanych.

Horacy skinął głową i powiedział.

– No dobra, to jadymy krótko. Sołowoj chce mi sprzedać pięć używanych wahadłowców klasy Lux. Full wypas: SPA, kina, dyskoteki, bezcłowe supermarkety, masaże dowolne – zaśmiał się obleśnie. – Słowem, wszystko, co potrzeba dla wygodnej podróży. Niestety chce je pchnąć bez napędu, cwaniaczek jeden. Ale przecież nie jestem jakiś cham. Sprawdziłem, potwornie to cholerstwo drogie jest. Polecił mi jednak mechanik, żeby kupić tańsze, ale tańsze może dowieźć w sensownym czasie tak ogromne statki, tylko do takiej planety – zerknął na swój komunikator i odczytał notatkę – Ślągwy5 na południu. Z jednej strony nikt tam nie lata. Nie ma połączeń rejsowych, więc potencjał jest, bo nie ma konkurencji. Z drugiej strony, trzeba jakoś ludzi przekonać, żeby ruszyli się w inną część wszechświata i to jest wasza rola. Potrzebuję kampanii, która wypromuje podróże na tę planetę i już. Wszyscy będą zadowoleni! Proponuję rozliczenie na zasadach sucess fee – wahadłowce zarabiają na siebie, dostajecie procent od sprzedanych biletów. Dobry układ?

– O, nasze ustalenia finansowe już pań nie interesują. Drogie panie, jutro rano polecicie na Ślągwę5. Rozpoznacie możliwości turystyczne i promocyjne. Wrócicie z gotową strategią. Podróż tam i z powrotem to najwyżej cztery miesiące.

Wróciłyśmy do siebie załamane.

– Im się wydaje, że singielki to nie mają w ogóle swojego życia? – warknęłam.

Na biurkach leżały już potwierdzenia wynajęcia małego statku kosmicznego, który miał nas dotransportować na Ślągwę5. Adela zaczęła obdzwaniać rodzinę, ja zgrywać pliki z filmami na firmową kartę, bo była większa. Zaplanowałam sporządzenie notatek roboczych na prywatnym gratisie. Materiały rozrywkowe są niezbędne. Adela, o sorry – Adelajda, jest sztywna, jak kij od szczotki, zasadnicza i chyba nigdy nie luzuje do końca.

Nagle drzwi naszego open space się otworzyły i do zajmowanych przez nas boksów, podeszła osobiście pani prezes. Z lekką odrazą popatrzyła na duraluminiowe biurka i powiedziała, że musi wymienić wszystkie meble na lepsze. Siadła na blacie, założyła nogę, na nogę i powiedziała:

– Dziewczęta, jak usłyszałyście, wiem, że „czarne wygrywa, czerwone przegrywa” to wasza kampania. Niestety copywriter kierujący tym departamentem nie dość, że jest już wypalony, to jeszcze zazdrosny o dokonania innych. Wyrzucę go za jakieś dwa miesiące. Obawiam się jednak, że on wcześniej pozbędzie się części podwładnych, których uzna za zagrożenie. Ponieważ zaś widzę w was potencjał, proponuję tę wyprawę. Będziecie poza jego zasięgiem, a wrócicie już do innej rzeczywistości w agencji. Aha, jeśli strategia będzie dobra, obie będziecie odpowiadać za jej realizację i obsługę tegoż klienta. Pytania?

Ostatnie słowo powiedziała takim tonem, że łatwo było się domyślić, iż nie życzy sobie żadnych pytań. Postanowiłam jednak dać się zapamiętać.

– Mam jedno pytanie, osobiste – powiedziałam.

Prezes de La Cur spojrzała nieprzychylnie, ale dodała spokojnie:

– Słucham.

– Dlaczego tak się pani wpatrywała w jego buty?

Pani prezes sprawiała wrażenie mocno zaskoczonej. Po chwili jednak uśmiechnęła się i powiedziała:

– Sprawdzałam, czy ma ostrogi, co by oznaczało, że przyjechał wierzchem – puściła do mnie oko, po czym wstała i wyszła.

Chłodna i zwana „żelazną” pani prezes, okazała się mieć i poczucie humoru i ludzkie odruchy.

 

2 marca

Potwornie ciasny statek. Pilotka jest ciemnoskórą Francuzką. Nie mówi po polsku, nie mówi po angielsku, w ogóle prawie nie mówi. Nosi oznaki jakiegoś gangu. Jest mrukliwa i milcząca. Za nią ciśniemy się na dwóch fotelach. Statkiem rzuca. Spać trudno. Adela przegląda materiały o Ślągwie5. Zagadnięta, warczy. Dobrze, że zaraz zadziała hibernacja.

 

26 kwietnia

Adela skończyła czytać i się wierci w fotelu. Wyraźnie chce, żeby ją zapytać o przyswojoną wiedzę. W życiu Marioli – pomilczę sobie teraz ja!

 

27 kwietnia

Urządzam Adeli „Dzień Dziecka”. Pytam o to, co wyczytała. Efekt? Dostała jakiegoś potwornego słowotoku… Łapię z tego, że:

– o Ślągwie5 bardzo mało wiadomo,

– atmosfera rzadka, ludzie muszą nosić skafandry,

– zamieszkują ją ślągwiaki-szlamiaki,

– dorośli przedstawiciele gatunku sympatię i szacunek wyrażają przez połykanie w całości drugiego osobnika i jego wypluwanie. Odmowa może spowodować natychmiastowe aresztowanie, więc trzeba postępować z nimi delikatnie.

– o inicjacji seksualnej, czy pożyciu tubylców nic nie wiadomo. Szkoda, bo to mógłby być najbardziej interesujący fragment,

– jest tłumacz elektroniczny, więc damy radę.

 

29 kwietnia

Nie było o czym pisać. Koszmarna droga. Nasz obskurny statek wreszcie dociera do planety. Czekamy na redzie. Rano przebieramy się w kostiumy i wyruszamy szukać USP bądź jak kto woli: deskryminatora, dla tej planety i naszego projektu. Chętnie stąd wyjdę. Adela stoi obok pełna jakiegoś radosnego oczekiwania. Mówi, że pali się do zweryfikowania nabytej wiedzy w praktyce. Ja chcę po prostu wydostać się z tej puszki. Postanowiłam zagadnąć naszą pilotkę, czy już tam była. Niechętnie odpaliła elektronicznego tłumacza i powiedziała:

– Nie.

– I nie korciło cię, skoro latasz na tej trasie?

– Mój chłopak był i powiedział, że oni są tacy w dupę uprzejmi, że no ja jebię. Chyba bym się porzygała na sam widok tej serdeczności.

I wyłączyła komunikator. Przyjemna jest, nie ma co.

 

30 kwietnia

Elektroniczna odprawa poszła gładko – żadnych innych przyjezdnych prócz nas. Długi poruszany mechanicznie chodnik wyniósł nas na powierzchnię. Tu dopadł nas szok kulturowy. Wyszłyśmy na ulicę, po której sunęły tłumy ślągwiaków-szlamiaków. Tubylcy wyglądają jak wielkie, żelowe misie we wszystkich kolorach tęczy. Po obu stronach ulicy znajdują się chodniki. Za nimi horyzont zasłaniają budynki o kształtach przezroczystych kopuł. Tłum sunie w obu kierunkach bardzo wolno. Po chwili dociera do nas, dlaczego tak się dzieje. Tubylcy podchodzą do siebie i pytają grzecznie, czy mogą się połknąć. Potem jeden połyka drugiego, wypluwa i przesuwają się o jedno pole dalej, gdzie rytuał się powtarza. Przejście kawałka tej drogi oznacza wielokrotne połknięcie i wyplucie. Ulicą też suną ślągwiaki–szlamiaki, tyle że pod wielkimi przezroczystymi parasolami. Co prawda parasole nie mają żadnego napędu, ale i tak suną szybko w porównaniu z tłumem na chodnikach. Wynika to z banalnego faktu: na ulicy nikt nikogo nie połyka. Pewnie kodeks drogowy tego zabrania.

Chcąc nie chcąc, z braku parasoli, wkraczamy w tłum. Głos w słuchawkach kombinezonu:

– Czy mogę panią połknąć? – hm, nawet w kombinezonie widać, że jesteśmy kobiece, to dobry znak.

– Oczywiście – odpowiadam, pamiętając ostrzeżenia o areszcie.

Dolna warga ślągwiaka-szlamiaka opadła na sam dół, a z góry spłynęła na mnie śliska materia. Po chwili byłam już na zewnątrz. Przede mną stał kolejny ślągwiak-szlamiak.

– Dzień dobry, czy mogę panią połknąć?

Dramat… Po kilkudziesięciu obślizgłych powitaniach docieramy do czegoś, co może jest przystankiem jakiejś lokalnej komunikacji. Udajemy, że czekamy na transport. Tłum sunął przez chwilę, jakby nie dostrzegając naszej obecności i tak aż do chwili, w której do Adeli podszedł mały ślągwiak-szlamiak.

– Przepraszam, czy ja mogę panią połknąć?

– Nie wiem, czy ci się zmieszczę – odpowiedziała Adela, patrząc na żelkowego miśka w kolorze zielonym sięgającego jej ledwie do ramienia.

Ślągwiak pociągnął nosem i zrobił płaczliwy wyraz pyska. Kilku tubylców przystanęło, przyglądając się tej scenie.

– Potrafię się rozciągnąć – powiedział z żalem w głosie – i jestem już prawie dorosły.

– Dawaj, bo cię zamkną – rzuciłam przez zęby.

– Dobrze – powiedziała Adela.

Rozpromieniony młodzianek połknął moją partnerkę i wtedy uszy przewiercił mi piskliwy krzyk:

– Nieeeeeee! – przez tłum gumiśków przepychała się jakaś pękata ślągwiaczka-ślamiaczka.

Mały pospiesznie wypluł Adelę i próbował dać nogę, ale został już schwytany przez wrzeszczącą matronę za zielone ucho. Pękata gumiśka zaczęła zawodzić na całą ulicę:

– O, synku, nie tak sobie wyobrażałam twoją inicjację! W miejscu publicznym, z turystką, jak mogłeś!

Obrzuciła moją koleżankę ponurym spojrzeniem i wysypała z siebie potok dźwięków, których tłumacz nie potrafił przełożyć na język polski. Adela wychodząc z doznanego szoku, odzyskała błyskawicznie sprawność działania. Wyrwała parasol z rąk pierwszego z brzegu zaskoczonego tubylca i pobiegła ulicą. Zatrzymała się dopiero na statku. Pognałam za nią, zastanawiając się, gdzie chodzi na fitness, że ma taką kondycję.

W statku Adela ściągnęła kostium, wrzuciła do torby i, warknęła:

– Nawet mi kurwa nic nie mów! – i nim zdążyłam ją powstrzymać, wzięła tabletkę długiego snu.

 

23 czerwca

Jest źle. Adela kilka razy wymiotowała przez sen, najwidoczniej na samo wspomnienie, rozdziewiczenia młodego ślągwiaka-szlamiaka. Siedzę sama nad strategią. Nie wiem, komu można polecić odwiedzenie Ślągwy5. Chyba postawię na miłośników ekstremalnych doznań. Kończy się karta, wkładam nową i zaczynam robić analizę SWOT.

 

Z dziennika Ijona Tichego

 

Po przyswojeniu zapisków Ilony Cichej, odpiąłem pasy i poszedłem porozmawiać z pilotką. Zapytałem, ile sobie zażyczy za powrót przed terminem. Popatrzyła na mnie ze zrozumieniem, po czym zasugerowała cenę rujnującą mój budżet. Przełknąłem ślinę i kiwnąłem głową na znak zgody. Statek wykonał szybki zwrot, a ja obiecałem sobie, że już nigdy więcej nie ulegnę potędze reklamy. Postanowiłem też odesłać Ilonie Cichej znalezioną kartę z bukietem kwiatów i podziękowaniem za ocalenie od najkoszmarniejszych wakacji mojego życia. Oczywiście anonimowo, bo to bardzo nieładnie grzebać w cudzym życiu.

Koniec

Komentarze

Nazwisko Tichy odmienia się.

Gdy mowa o Ziemi jako planecie, piszemy, jak napisałem.

Ziemianie i Ziemianki też dużą.

Wtrącenia wydzielamy przecinkami.

Dolna warga ślągwiaka-szlamiaka opadła na sam dół, a warga wsunęła się pod moje stopy. ---> ciekawe, używasz składni właściwej dla wynikania / uzupełniania, a piszesz o tym samym, o wardze…

Tak się zastanawiam, w związku z tym, co powyżej – czytać całość, czy nie czytać?

Pomysł nawet interesujący. Żałuję, że niewiele pamiętam z podróży pana Tichego, ale mam wrażenie, że osobowości mu zbytnio nie zmieniłeś. Ciekawą i sympatycznie upierdliwą planetę wymyśliłeś.

Mnie też przeszkadzali Ziemianie małą literą.

– Im się wydaje, że singielki to nie mają w ogóle swojego życie? – warknęłam.

Literówka.

Popatrzyła na mnie ze zrozumienie,

Tu też.

Babska logika rządzi!

@AdamKB

Wybór – tradycyjnie – należy do Ciebie. Ewentualne straty, z moralnymi włącznie, również. ;-)

Dzięki za uwagi – już się poprawiam! 

 

Z pozdrowieniem,

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Finkla

Ciekawa i sympatycznie upierdliwa planeta – DZIĘKI! :-D

Resztę poprawiam na biegu!

 

Z pozdrowieniem,

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Oryginał znam tylko z fragmentu, jednakże parodia daje radę :) Całkiem fajne.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

“Twarz pani prezes wyraziła zaskoczenie. Potem uśmiechnęła się i powiedziała:“ – pierwsze zdanie jest bardzo niezgrabne, a drugie bez sensu. Twarz uśmiechnęła się i powiedziała?

 

“Popatrzyła na mnie ze zrozumienie, po czym…” – zrozumieniem

 

Ja bardzo nie SF jestem, więc nie wiem, czego to parodia. I w sumie w ogóle nie sprawiło na mnie wrażenia parodii, raczej opowiadania z elementami humorystycznymi. Sam pomysł uważam jednak za zacny i sympatyczny. Pewne kawałki można by chyba skrócić, bo jednak 18.000 znaków to sporo jak na przedstawioną treść, ale przeczytałam z zainteresowaniem i – miejscami – z uśmiechem.

 

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Miałam jak Joseheim, póki sobie nie sprawdziłam, kimże był ów pan Tichy. W każdym razie, IMO dużo lepsze niż to ostatnie, które czytałam. Raz, czy dwa przemknęło mi powtórzenie, ale co tam. I tak ciekawe. Tylko, wiesz, zakończenie jakieś takie… Bez przytupu.

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Zabawne, czytało się całkiem nieźle i nie miałabym nic przeciw dłuższej opowieści/ kolejnym opowieściom. ;-)

 

ale wy­ni­ka za­kre­su eks­plo­ra­cji. – …ale wy­ni­ka z za­kre­su eks­plo­ra­cji.

 

W ta­kich oto oko­licz­no­ściach wszech­świa­to­wej przy­ro­dy za­sta­je­my Ijona Tichy… – …za­sta­je­my Ijona Tichego

 

udało mi się wy­cią­gnąć małą płyt­kę w ja­skra­wo ró­żo­wym ko­lo­rze… – …udało mi się wy­cią­gnąć małą płyt­kę w ja­skra­woró­żo­wym ko­lo­rze

 

Ca­łość jego stro­ju do­peł­nia­ły złote łań­cu­chy… – Ca­łości jego stro­ju do­peł­nia­ły złote łań­cu­chy

 

nam ka­za­no usiąść na dłu­giej pufie. – …nam ka­za­no usiąść na dłu­gim pufie.

Puf jest rodzaju męskiego.

 

Ulicą też suną ślą­gwia­ki– szla­mia­ki… – Ulicą też suną ślą­gwia­ki-szla­mia­ki

 

Kilka tu­byl­ców przy­sta­nę­ło, przy­glą­da­jąc się tej sce­nie. – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Wiked G

Dzięki za dobre słowo!

Polecam oryginał. Fragment ze wstępu:

”W przygotowaniu Dzienników do druku nikt mi właściwie nie pomagał; tych, którzy mi przeszkadzali , nie wymieniam, gdyż zajęłoby to zbyt wiele miejsca” – uwielbiam ten klimat. :-D

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Joseheim

Cieszę się, że było i zainteresowanie i uśmiech. :-)

Niezgrabne zdanie przerobione.

Nie znasz źródła? Cytując klasykę kabaretu: “Każdy Polak powinien znać”. ;-) A całkiem serio – polecam “Dzienniki gwiazdowe” Lema, w których znajdują się opisy podróży Ijona Tichego (zresztą, nie tylko w tym dziele, ale ja najbardziej lubię właśnie “Dzienniki”).

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Emelkali

Zakończenie – motylanoga, mogłem jednak dać ten big crunch. ;-) Następnym razem dodam dużo trupów i fajerwerki – obiecuję!

Całkiem serio – cieszę się, że mimo wszystko ciekawe. :-)

Pozdrawiam,

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Regulatorzy

Dziękuję za dobre słowo i za uwagi (już wykorzystane :-) )!

Puf jest rodzaju męskiego – przyjmuję do wiadomości! Uczy się człowiek przez całe życie (na marginesie – zegar mechaniczny powstał w XIII wiek ;-) )! :-)

Myślisz, że Ticholodzy włączą tę podróż do “Opera Omnia I. Tichego”?

Pozdrawiam,

WIlk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

My­ślisz, że Ti­cho­lo­dzy włą­czą tę po­dróż do “Opera Omnia I. Ti­che­go”?

Powinni. ;-)

 

 

Na marginesie: Ale Ty pisałeś, jak zrozumiałam, o zegarze wieżowym, a pierwszy taki zegar został zbudowany w Mediolanie w 1335 roku. http://zegarkiclub.pl/zegarkowa-wikipedia/niektore-daty-z-historii-rozwoju-techniki-zegarowej

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:-D

Liczę, że Ticholodzy się posłuchają! :-)

 

Tak, pisałem o zegarze wieżowym. XIII wiek został przyjęty przez literaturę przedmiotu. O znaczeniu tego momentu, w którym “czas zaczął płynąć”, chyba najlepiej napisał Aron Guriewicz w “Kategoriach kultury średniowiecznej” – polecam. Zresztą, ten 1335 wcale by nie bruździł, bo akcja “Odpowiedzi Neru” dzieje się w 1352. :-)

 

Dorzucę jeszcze zdanie z Heinza-Dietera Heimanna: “Czas należący do Boga, dotąd określany jako wielkość w kategoriach teologicznych, stał się ilością, którą dysponuje człowiek według własnego uznania”.

 

Kończąc offtopowanie, zapraszam raz jeszcze do komentarzy pod “Odpowiedziami Neru”. Napisałem na końcu obszerniejszy tekst o średniowieczu (dokładniej – o średniowieczu z mojej wersji rzeczywistości).

 

Pozdrawiam serdecznie i raz jeszcze dziękuję za uwagi i dobre słowo!

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

To żeś pojechał wink

Choć w sferze mojego fantasy pozostanie to

Największą popularnością cieszyły się wyprawy krótkie, w których podróż w jedną stronę nie trwała dłużej niż dwa miesiące. W końcu każdy urlop ma swoje granice.

Naprawdę, zazdraszam Ci wink

 

Teraz długo będę zastanawiać się, czy kupić Misie Haribo, chyba, że po to:

http://www.prosteprzepisykulinarne.com/2012/01/pijane-misie.html

 

Wywołałeś u mnie miły uśmiech, coś czuję, że tekst zostanie cały dzień ze mną blush

 

Sympatycznie napisane, fajnie się czytało. Czasem pamiętnik mi się dłużył, a zakończenie hmm? Spodziewałam się, że sam bohater przeżyje prześlizgiwanie się przez Panią Misiową wink

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Cieszę się, że opowiadanie “daje radę” i wywołuje uśmiechy. :-)

 

Urlop – już Juliusz Verne wymyślił dwa lata wakacji, fantasta jeden. ;-)

 

A zakończenie – zgodnie ze “Słownikiem terminów Lemowskich” Wojciecha Orlińskiego:

“Tichy jest patologicznym egoistą, który dla swojego własnego interesu potrafi poświęcić nawet własny interes (…)” ;-) Jak więc widać, zachował się zgodnie ze swoją naturą. ;-)

 

Z pozdrowieniem,

Wilk

P.S. To być może jedyny logiczny pomysł na gumiśki. ;-)

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Melduję, że przeczytałam :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Miło mi to słyszeć! :-)

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Fajną planetę wymyśliłeś :)

Opowiadanie zainteresowało, mimo że nie znam oryginału – za to plus.

Trochę gorzej z językiem, część zdań była dziwnie skonstruowana, zacinałem się przy czytaniu. No i określenie “na południe od Ziemi” – co to ma właściwie znaczyć? Gdzie w przestrzeni kosmicznej jest południe? :/

 

Ogólnie jednak tekst fajny, spodobał mi się :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dzięki za dobre słowo i za wszystkie złe (za te drugie bardziej)!

Kierunki – pakuj się w rakietę, startuj z bieguna południowego i zasuwaj prosto. :-) Tylko Ślągwę5 pomiń – szkoda zdrowia. ;-)

Polecam „Dzienniki gwiazdowe” – lekka lektura do kawy, czasem dająca do myślenia (chwilami nawet za dużo…).

Pozdrawia, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Hahaha, no tak, masz rację z tym południem :D

“Dzienniki” z pewnością przeczytam, Lema akurat warto.

 

Również pozdrawiam, Primagen

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Pozostaje mi życzyć dalszych przyjemnych lektur! :-)

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

“Dzienniki gwiazdowe” czytałam dawno, dawno temu, ale pamiętam, że sprawiły mi sporo frajdy. Ech, Lema to ja lubię po prostu. Zasunąłeś z klasyki, Wilku, że tak kolokwialnie powiem.:) Przyjemna lektura, fantazja iście w klimacie gwiazdowym, jedynie parę nieoczekiwanych przecinków.

Hej Rooms!

Dziękuję za dobre słowo! Fakt – klasyka klasycznie fantastyczna fantastyki. :-D ;-)

Synowi czytywałem „Bajki robotów” do snu. Był wtedy w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Ciekawe, czy cokolwiek pamięta? Zapytam wieczorem. :-)

Osobiście czekam na parodię Stefana Grabińskiego. Na przykład: „Wyspy Itongo” (tomu I, bo II słabszy moim zdaniem). I to dopiero będzie coś bardzo klasycznego! :-)

Pozdrawiam, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Mówisz, że powinnam zacząć czytać swojej pierwszoklasistce Lema? :) Mnie Lem porwał dopiero w wieku nastoletnim, na przełomie podstawówki i liceum – świetna lektura na wakacje. :)

:-D W końcu są to bajki! :-) A hasło: „odejmij się od siebie!” – rządzi! :-)

„Bajki robotów” to była / jest (?) lektura w starszych klasach szkoły podstawowej. Proponowałbym jednak sprawdzić na opowieści: „Trzej elektrycerze”. Takie: rozpoznanie bojem! :-) Może chwyci?

Z synem (czwarta klasa) czytaliśmy wczoraj Podróż siódmą z „Dzienników gwiazdowych”. Bardzo się śmiał przy zaćmieniach Słońca, wywoływanych przez orbitującą wołowinę. ;-)

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Fajna parodia. Trochę drętwy wstęp, który wybija z klimatu Dzienników… Tak samo ten wstęp o agencji reklamowej. Po serii absurdów przy wylocie Ijona ta następna część znów nie pasowała. Natomiast reszta opowieści bardzo dziennikowa. Całość nieźle trzyma się kupy, choć brakowało mi, w przeciwieństwie do oryginału, jakiegoś może nie głębszego przesłania, ale czegoś, nad czym mógłbym się zastanowić przez chwilę. Ijon mógłby na koniec pomyśleć o czymś, co będzie mu mącić spokój przez resztą podróży. Ale mądrzyć to się mogę, skoro to Twój tekst. Udany, nie powiem. Zacna parodia.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Dzikowy, Ty żyjesz! :-)

Super!

Dzięki za dobre słowa i za złe również, za te drugie bardziej! :-)

Przynajmniej ja będę się miał nad czym zastanawiać. :-)

Pozdrawiam, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Niestety, nie znam parodiowanego oryginału, więc pewnie smaczki mi umknęły, jak i rozróżnienie, co pochodzi z oryginału i co parodiujesz. Tekst jest umiarkowanie zabawny, bo są pewne elementy i momenty, gdy zastanawiałam się, kiedy w końcu coś się zacznie dziać.

Ślągwa z jej mieszkańcami – fajna, ale sama w życiu bym się tam nie wybrała, więc doskonale rozumiem Ijona, że zawrócił :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

:-)

O, parodia wcale nie musi śmieszyć – ma ośmieszać ;-)

I tu – niestety – znajomość wzorca jest nieodzowna. A, czy się udało ponabijać z Lema, który sam pisał z przymrużeniem oka, tego sam nie jestem pewien… :-D

Dzięki za dobre słowo o Ślągwie – jestem z niej zadowolony. :-) I też się nie dziwię Ijonowi, że dopłacił do wakacji, by uciec od wakacji. ;-)

Pozdrawiam Cię serdecznie, ZB

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Zadziwiające, ale… skróciłbym nieco :) Wstęp szczególnie. Bardzo nie lubię czytać drobiazgowych opisów czynności dokonywanych przez bohaterów. Ale kosmici przyjemni :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

:-D Zadziwionym!

Wydaje mi się, że w dziennikach „Gwiazdowych” Lem tak miał. Ijon łapał przelatujący obok tom „Teorii względności”, robił się głodny i szedł szukać patelni etc. Ale – OK. Przyjmuję do wiadomości i nawet przemyślę! :-)

Cieszę się, że kosmici udani, bo to w sumie w nich tu siła! :-)

Dzięki za uwagi! Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Nowa Fantastyka