- Opowiadanie: Teyami - By rozegnać pył

By rozegnać pył

Opowiadanie chyba głównie o ironii losu.

Nie zdziwię się, jeśli teraz popadłam w drugą skrajność i końcówka będzie niezrozumiała.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

By rozegnać pył

Nienawidziłem tego pyłu, unoszącego się w powietrzu w letnie dni. Szczypał w oczy, bolała od niego głowa. Szczególnie jeśli przez dobre kilka godzin siedziało się tuż przy ziemi, z twarzą na wysokości ud przechodniów.

I jeszcze ten pieprzony bachor. Jezu, czemu ten dzieciak musi się tak drzeć? Matka wyraźnie miała z nim poważne problemy wychowawcze – za bardzo go rozpieściła, a teraz widać było tego efekty. Z drugiej mojej strony dobiegał za to nie lepszy głos cygańskiego handlarza, sprzedającego obuwie. Gardło miał już mocno zdarte, ale nie przestawał krzyczeć durnego hasła: "Tanie buty, atakować! Nie, nie czekać, lecz kupować!".

– Ale mówiłaś, że dostanę drugiego gofra! – zawodził dzieciak. – Obiecałaaaś!

– Powiedziałam, że kupię ci jutro. Limit na dzisiaj już się wyczerpał.

– Nieprawda, ja pamiętam! Okłamałaś mnieee!

Pieprzone dziecko. Pieprzona matka, nie umiejąca sobie z nim poradzić. Pieprzony bazar. Codziennie wydawało mi się, że dłużej już nie dam rady i obiecywałem sobie, że jestem tu ostatni raz. Oczywiście codziennie wracałem. Tam, gdzie najwięcej ludzi, tam zawsze coś skapnie.

– Nie płacz, młody człowieku – powiedziałem najspokojniej jak potrafiłem, nie ruszając się z miejsca. Jakoś tak jest, że dzieci uciszają się dopiero, kiedy ktoś obcy zwróci im uwagę, więc miałem nadzieję, że i tym razem podziała. – Doceń to, że matka kupiła ci chociaż tego jednego. Nie każdy może sobie pozwolić na takie luksusy.

Kobieta wykrzywiła twarz w grymasie złości, piorunując mnie wzrokiem.

– A pan niech się nie wtrąca, nie pana sprawa. To ja wychowuję to dziecko, a do pana się zwrócę po rady dopiero, kiedy będę chciała, żeby zostało żulem z ulicy.

Chwyciła syna za rękę i szybko się oddaliła. Oglądający tę scenę Darek, który sprzedawał koło mnie damskie ciuchy, splunął z pogardą i rzucił mi współczujące spojrzenie. Wzruszyłem ramionami, dając mu do zrozumienia, że nie ma się o co ciskać. Podziałało? Podziałało, już mi bachor nie krzyczał nad uchem. A że kobitka musiała skomentować, trudno. Do takich rzeczy idzie się przyzwyczaić.

Tego dnia mało kto zwracał na mnie uwagę. Z powodu upału wszyscy chcieli załatwić swoje sprawy jak najszybciej, kupić, co było do kupienia, wyłapać parę okazji i wrócić do domu. Nie musiałem mieć zdolności jasnowidzenia, żeby wiedzieć, że nie nazbieram wiele. Zacząłem zastanawiać się, ile jest w tym winy mojego braku kreatywności. Zwykła kartka z napisem "Zbieram na chleb" może i nie była oryginalna, ale napis praktycznie nie mijał się z prawdą, tymczasem nieraz widywałem sytuacje, gdy komuś z kartonikiem "Zbieram na czołg" wrzucano znacznie więcej.

– Nie wspomógłby pan kilkoma groszami? – zapytałem jakiegoś chłopaka, który zatrzymał się obok mnie i prawdopodobnie zmieniał piosenkę w empetrójce.

– Hę? – Wyciągnął z ucha słuchawkę.

– Czy nie dałby pan z dwóch złotych? – powtórzyłem. – Na jedzenie nie mam.

Przez chwilę mierzył mnie spojrzeniem. Nie unikałem kontaktu wzrokowego, już dawno wyzbyłem się wstydu, przynajmniej częściowo. A jednocześnie wiedziałem, że nie zapamiętam jego twarzy. Nie był dla mnie żywym człowiekiem, lecz kolejną osobą, której miałem zadać konkretne pytanie. Patrzyłem na niego jak pracownik taśmy produkcyjnej na towar. Zaczepianie każdej osoby przebiegało podobnie: "Spieszę się", "Nie mam drobnych", "Nie dam panu", "Wziąłby się pan za robotę". I od nowa: "Spieszę się"…

– Nie mam drobnych – stwierdził w końcu nastolatek. – A w ogóle to wziąłby się pan za robotę.

Uśmiechnąłem się gorzko, gdy odchodził. Tyle ludzi na świecie, a wszyscy tacy przewidywalni.

Przez kolejne kilka godzin nic się nie działo. Ciekawie zrobiło się dopiero później, niedługo przed zamknięciem bazaru, gdy nasza uliczka, znajdująca się raczej na obrzeżach, już opustoszała.

– A panienka się aby nie zgubiła? To znaczy, my tu przyjmiemy, hehe, przyjmiemy…

Odwróciłem się w stronę, z której dobiegł przepity głos sprzedawcy pirackich płyt. Jednak to nie na nim spoczął mój wzrok, a na stojącej obok kobiecie. Pięknej kobiecie, ubranej tak, że sama spódnica musiała kosztować kilka stów. Jej strój był bez wątpienia markowy i szykowny, ale nie było w nim zbędnego przepychu. Wyglądała po prostu na bogatą pannę o dobrym guście i zupełnie nie pasowała do tej, uchodzącej za lekko podejrzaną, części bazaru.

Jej pomalowane usta skrzywiły się na skutek nie do końca grzecznego komentarza sprzedawcy płyt. Chwilę wahała się, co odpowiedzieć i czy w ogóle. Po wyrazie jej młodej jeszcze twarzy widać było, że czuje się tu nieswojo. W końcu uniosła podbródek i odezwała się dość pewnie:

– Szukam Szamana.

Ach, Szamana. A właściwie… cholera wie, jak on ma naprawdę na imię. Szaman rzeczywiście miał stoisko niedaleko nas. Jego pseudonim wziął się stąd, że sprzedawał jakieś ziółka, które miały niby właściwości lecznicze, urastające czasem do rangi magicznych. Aż dziwne, że kobieta taka jak ta, wyglądająca na rozsądną, też dała się nabrać na jakieś głupie ziółka.

Handlarz wskazał jej drogę, wciąż mając na ustach perwersyjny uśmieszek. Patrząc, jak ta panna idzie dystyngowanym krokiem zwykłą, bazarową uliczką, uświadomiłem sobie, jak bardzo mi brakuje kobiety. Niekoniecznie tak pięknej, niekoniecznie młodej, niekoniecznie szczególnie sympatycznej. Jakiejkolwiek. I zwykłą dziwką bym nie pogardził, ale każda dziwka uciekłaby od samego mojego smrodu.

Westchnąłem ciężko i zrezygnowany zerknąłem na leżącą przede mną czapkę. Złotówka i dwie dwójki. Mało, będzie może na piwo i bułkę. A przez następne dni to samo, siedzenie godzinami na bruku, by potem i tak liczyć każde dziesięć groszy. Jak długo, do cholery, można tak żyć?

Świadomy, że nie mam nic do stracenia wstałem i ruszyłem za kobietą w nadziei, że da mi jakieś sensowniejsze pieniądze. Przecież zdarzają się takie sytuacje. Jedna na tysiąc, ale się zdarzają. Jest bogata, może wspomaga jakieś fundacje, więc co za różnica, raz przeznaczyć te kilka złotych na kogoś innego. Może tego dnia wyszła z domu z postanowieniem, że zrobi dobry uczynek.

Dogoniłem ją tuż przed stoiskiem Szamana.

– Przepraszam! – krzyknąłem do niej. – Proszę pani!

Odwróciła się, trochę zaskoczona. Z bliska zobaczyłem, że jej urodę nie każdy by uznał za doskonałą, na pewno była za to charakterystyczna.

– Tak?

– Pani… pani ma chyba pieniądze. Nie mam domu. Czy nie byłaby pani łaskawa…

– Nie – ucięła. – Przykro mi, ale nie daję pieniędzy żebrakom. Może pan zgłosić się do Caritasu albo jakiejś innej organizacji.

Nie powiedziała tego opryskliwie, po prostu rzeczowo. Czułem, że jest dobrą osobą, że jeśli trochę ją przycisnę, może coś z tego wyjść.

– Proszę. – Zbliżyłem się do niej. – Przecież nie zrobi to pani różnicy. Kiedyś to pani się może znaleźć w takiej sytuacji, nie wszystko w życiu dzieje się po naszej myśli. Ja mam już dosyć żebrania na ulicy, dosyć tego poniżania się, tych wszystkich pogardliwych spojrzeń! Niech mi pani da chociaż głupie dwadzieścia złotych!

Dopiero, kiedy to niemal wykrzyczałem, zdałem sobie sprawę, jak dużo w tym prawdy. Nagle uświadomiłem sobie, że nie wytrzymam już ani dnia dłużej, że muszę coś zmienić, że bardzo, ale to bardzo chcę dostać te pieniądze, bo jeśli nie dostanę, to rzucę to życie w cholerę.

– Proszę mnie zostawić w spokoju – powiedziała zdecydowanie, przestraszona determinacją, z jaką na nią naciskałem.

– Nie! – krzyknąłem. Wiedziałem, że przesadzam, ale nie mogłem przepuścić takiej okazji. Chwyciłem ją mocno za rękę, skrzywiła się. – Przecież nic pani nie straci! Niech mi pani da te pieniądze!

Próbowała się wyrwać, ale w jakimś chwilowym szaleństwie nie chciałem puścić. Gdy w końcu udało jej się uwolnić rękę, drugą wykonała szybki ruch i błysnęło coś niebieskawego.

Musiało minąć kilka sekund, zanim uświadomiłem sobie, że to, co mam tuż przed oczami to ziemia. Co ja tu…? Bolały mnie wszystkie mięśnie. Cwana cizia musiała mieć paralizator. Już chciałem się podnosić, ale nagle usłyszałem coś, co mnie zaciekawiło.

– Jest pan pewien, że działają? – zapytała panna, która przed chwilą tak ładnie mnie potraktowała.

– Oczywiście, nie śmiałbym wciskać kitu. Pochodzą z jednego z grobowców faraonów i mają w sobie magię, jakiej współcześni nie poznali. Poza tym było ich więcej, zostały już wypróbowane.

Na słuch mogłem ocenić, że Szaman i kobieta stoją zaledwie parę kroków ode mnie. W ogóle się mną nie przejmowali, i bardzo dobrze. Modnisia zapewne pierwszy raz użyła paralizatora i sama nie znała mocy jego działania. Postanowiłem udawać, że jestem nieprzytomny i słuchać dalej.

– Spełniają życzenia, tak? Jakie zapragnę? Chcę poznać szczegóły.

– Każdy z kamieni spełnia jedno życzenie. Jakie pani zapragnie, ale muszą być dość konkretne i dotyczyć pani lub wybranej przez panią osoby, nie całego świata. Trzeba je ścisnąć i powiedzieć, czego się chce. To, że świecą, jest oznaką, że są aktywne, po wykorzystaniu zszarzeją.

Kobieta skinęła głową.

– Chyba nie ma sensu tego dłużej przeciągać. W końcu nie po to przejechałam pół Polski, żeby wrócić z niczym. Jeden z nich kupuję.

– Tylko jeden? Mam trzy, proszę zobaczyć.

– Cena, jaką pan sobie zażyczył, i tak jest kosmiczna. Nawet mnie nie byłoby stać na więcej.

– W porządku, niech będzie i to.

Mogłem sobie wyobrazić, jak usta Szamana rozciągają się w uśmiechu satysfakcji. Za coś takiego musiał zgarnąć kupę forsy. I wtedy poczułem, że to jest ten moment. Podczas ich rozmowy moje mięśnie zdążyły się trochę uspokoić, więc teraz zerwałem się, wyszarpałem zaskoczonemu Szamanowi kamienie z ręki, pchnąłem go na ziemię, by dać sobie trochę czasu, i pobiegłem między straganami, w kierunku stoiska Darka. Wciąż poruszałem się pokracznie, więc wiedziałem, że zwykła ucieczka nie ma sensu, dogoniliby mnie. Darek za to był naprawdę w porządku facetem, parę razy nawet wziął mnie na piwo, więc miałem nadzieję się u niego schować.

– A ty co? – zaśmiał się, gdy zobaczył, że do niego biegnę. – Torebkę żeś w końcu komuś zajebał?

– Blisko – odparłem, zadyszany. – Słuchaj, weź mnie ukryj, a nie pożałujesz. Zaraz tu będzie Szaman, a ja mam coś…

– …co należy do niego?

– Nie. Należy do nas. Tylko powiedz mu, że mnie tu nie ma.

Mężczyzna westchnął.

– Jak przez ciebie wyląduję w gównie po uszy, to sam ci będę każdy grosz z tej twojej czapeczki zabierał. Wskakuj do przymierzalni.

Schowałem się za płachtą z brudnego, zielonego materiału i czekałem. Usłyszałem jakiś hałas, a kiedy wyjrzałem przez szparę, zobaczyłem, że Darek wywrócił jeden ze stolików z bluzkami i teraz je zbiera.

– Gdzie ten skurwysyn uciekł? – dobiegł mnie sfrustrowany głos Szamana. – Hej, ty, przebiegał tędy taki żul?

Darek, do którego zostało skierowane pytanie, prychnął ze złością.

– Ano przebiegał, przebiegał. Nie widzisz, że stół mi wywrócił? Pobiegł gdzieś tam, jak go złapiesz, to dopilnuj, by tu już nie wracał, bo mam dosyć tej całej żulerii. Wzięliby się za robotę.

Szaman pobiegł we wskazanym kierunku, a ja nie mogłem uwierzyć, że nikt ze znajdujących się najbliżej stoisk nie powiedział, jak było naprawdę. Musiało to wynikać z tego, że Darek, jako facet prosty, ale towarzyski, miał z nimi wszystkimi całkiem dobre relacje i głupio było im go zdradzić.

– No, to co tam masz? – zapytał, lekko odsuwając zasłonę. – Mam nadzieję, że coś sensownego, bo przez ciebie będę musiał prać trzydzieści bluzek.

Zrobiło mi się głupio. Dopiero teraz dotarło do mnie, w jaki idiotyzm uwierzyłem. Cóż, człowiek w desperacji jest w stanie dać wiarę różnym rzeczom.

– Nie wiem – pokręciłem głową i wyciągnąłem z kieszeni trzy kamienie. – Podobno spełniają życzenia.

– Popieprzyło cię?

– Możliwe – przyznałem. – Jeden z nich jest twój, za to, że mi pomogłeś. Spróbuj go użyć, a jeśli nie zadziała, po prostu sprzedaj gdzieś w innym mieście, wmawiając, że to magiczny kamień z grobowca faraona. Można się na tym nieźle dorobić.

– A ty? Co teraz planujesz?

– Chyba rzeczywiście sprawdzę, czy działają. Może niedługo to ja postawię piwo tobie.

 

* * *

 

Leżałem na plaży, słuchając ulubionej muzyki. Płynące ze słuchawek dźwięki gitary skutecznie zagłuszały krzyki bawiących się dzieciaków oraz sprzedawców lodów czy orzeszków w karmelu. Gorące promienie słońca ogrzewały mi opalone już plecy, oczy miałem zamknięte, a głowę swobodnie położoną na przedramionach. Pełen relaks.

Od czasu, gdy wykorzystałem pierwszy kamień, wszystko było cudownie. Oczywiście zażyczyłem sobie pieniędzy. Dostałem mniej niż prosiłem, ale to naturalne, że kamień musiał mieć jakieś ograniczenia – inaczej Szaman by go przecież nie sprzedał. Kwota i tak była olbrzymia. Doprowadziłem się do stanu godnego człowieka, kupiłem sobie mieszkanie, mogłem też jeździć po świecie. Wreszcie miałem możliwość nadrobić to, o czym wcześniej trudno było nawet marzyć.

Przez te kilka miesięcy Darka odwiedziłem raz. Pojechałem do jego gospodarstwa za miastem, by zobaczyć, jak się miewa. Wyglądało na to, że żyje dość skromnie, w dodatku nadal sprzedawał na bazarze. Usiedliśmy przed jego domkiem i walnęliśmy po kilka browarów.

– No, co tam u ciebie? – zapytałem wtedy. – Jak żyjesz?

– Nie jest źle – odparł. Odkąd go znałem, zawsze tak odpowiadał. – Żonka choruje ostatnio, trochę zmęczeni chodzimy, ale wyliże się. No, nie jest źle, zawsze mogło być gorzej. Za to widzę, że tobie się powodzi.

Opowiedziałem w paru zdaniach, jak zmieniło się moje życie dzięki magicznemu kamieniowi. Bardzo mnie wtedy kusiło, by zapytać, co on zrobił ze swoim. Był na tyle sceptyczny, że sprzedał go, nawet nie próbując wcześniej użyć? Był na tyle uczciwy, że go zwrócił? A może na tyle nierozgarnięty, że nawet nie chciało mu się go sprzedawać, tylko schował gdzieś i trzymał dalej, jako zwykły minerał? Ostatecznie nie zapytałem. Cóż, jego sprawa.

– Wciąż nie chcesz pływać? – przyjemny, kobiecy głos wyrwał mnie z zamyślenia.

Odwróciłem lekko głowę, by dojrzeć piękną Włoszkę, siadającą tuż obok mnie. Silvia. Poznałem ją dzień wcześniej, spędziliśmy razem uroczy wieczór, a teraz przyszła ze mną tu, na plażę. Wiedziałem, że chodzi jej głównie o kasę, ale nie bardzo mi to przeszkadzało.

– Woda jest ciepła – dodała, tak jak wcześniej po angielsku.

W to akurat wierzyłem. Przed chwilą sama musiała wykąpać się w morzu, na co wskazywały błyszczące krople, spływające leniwie po jej jędrnym ciele.

– Nie mam ochoty – stwierdziłem. – Tu mi dobrze.

– Hmm – mruknęła. – A może masz ochotę na coś innego?

Poczułem chłodny dotyk delikatnej dłoni na moich rozgrzanych plecach. Jej ruchy stawały się coraz pewniejsze, gdy błądziła dłońmi po moim ciele, jednocześnie muskając mnie miękkimi, czarnymi włosami. Była sympatyczna i naprawdę seksowna. Ale tylko tyle. Od jakiegoś czasu stopniowo docierało do mnie, że kobiety na jedną noc oraz oferowane przez nie chwilowe przyjemności nie dają spełnienia. Powoli zaczynałem czuć do tego pewnego rodzaju odrazę.

– Nie – powiedziałem zdecydowanie, siadając.

– Nie? – powtórzyła urażona. – Coś jest ze mną nie tak?

– Posłuchaj, to zupełnie nie twoja wina – zacząłem, świadomy, że za chwilę będę musiał się zmierzyć z damskim fochem. – Jesteś świetną dziewczyną, ale…

– Zawsze jest jakieś ale – ucięła ze złością, po czym wstała, zarzucając lśniącymi włosami i ruszyła wzdłuż plaży.

Po tych kilku miłych chwilach, które razem spędziliśmy, było mi trochę przykro, że poczuła się niedoceniona. Ale tylko trochę. Gdzieś w duszy dobrze wiedziałem już, do kogo podświadomie porównuję wszystkie kobiety i kogo naprawdę pragnę. Nie wiedziałem tylko, dlaczego jej i dlaczego tak bardzo.

 

* * *

 

Spotkałem ją miesiąc później. Siedziała sama na ławce, w miejskim parku, ubrana w jasną sukienkę w stylu retro. Na głowie miała kapelusz z dużym rondem. Wyglądała na zamyśloną.

– Mogę się dosiąść? – zapytałem, czując, że serce bije mi mocniej niż zazwyczaj.

Spojrzała na mnie przelotnie, oczywiście nie poznając. Nie odpowiedziała, co uznałem za zgodę. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, a ja ukradkiem zerkałem na jej twarzyczkę. Była drobna, choć wyglądała na trochę doroślejszą, niż gdy spotkałem kobietę ostatnim razem. Wąski podbródek lekko wystawał. Znów pomyślałem, że niektórym osobom jej uroda mogłaby się po prostu nie podobać.

– Jeździł pan po świecie? – spytała nagle, bez żadnego kontekstu.

– Zwiedziłem parę miejsc, owszem.

Uśmiechnęła się.

– Ja też zwiedzałam. Widziałam morza, góry, egzotyczne miasta. A wciąż mi mało, wciąż chciałabym zobaczyć więcej. To cudowne, że świat ma aż tyle do zaoferowania.

– Pani jest stąd? – zapytałem, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

Wzruszyła ramionami.

– Nie wiem, może. Mieszkałam w Olsztynie, ale odkąd rozstałam się z narzeczonym nic mnie już nie łączy z tamtym miastem. Jeśli mi się spodoba, zostanę tutaj.

– Rozstała się pani? Cóż, musiał nie być pani wart. Ktoś tak piękny chyba bez problemu znajdzie sobie bardziej odpowiednią osobę.

– To on mnie rzucił – wyznała, z rozbawieniem patrząc na mój zaskoczony wyraz twarzy, po czym dodała rzeczowo: – I proszę mi nie schlebiać. Naprawdę nie trzeba.

– Kiedy pani jest wyjątkowa. Każdy mężczyzna chciałby z panią być.

– Każdy?

– Nie mam wątpliwości.

– A pan?

No tak, ten kamień rzeczywiście musiał działać. Najpierw spotkałem ją tu, chociaż była z Olsztyna, a teraz jeszcze zadała mi takie pytanie, mimo że byłem starszy o dobre piętnaście lat.

– O niczym innym nie marzę.

– W porządku. – Wstała, a w jej głosie zabrzmiała władcza nuta. – Więc weźmiemy ślub. Dzisiaj, zaraz. Bez zapraszania rodziny i tego wszystkiego. – Chwyciła mnie za rękę. – No chodź!

 

* * *

 

Gdy wtedy wymawiałem życzenie, bałem się, że będę zawiedziony. Że ona – teraz wiedziałem już, że nazywa się Nastka – wcale nie okaże się taka wspaniała, bo przecież tak naprawdę w ogóle jej nie znałem. Jednak moje obawy nie sprawdziły się. Była cudowna. Cudownie naiwna, cudownie wyniosła, cudownie sprzeczna. Problem polegał na czymś innym.

Podziwiałem piękno jej ciała, gdy naga szła do mojego łóżka podczas nocy poślubnej. Jej długie, brązowe włosy falowały lekko. Pomyślałem, że mogłaby mieć trochę pełniejsze kształty, ale tak też było dobrze. Bardzo, bardzo dobrze.

– Zrobiliśmy to – powiedziała z uśmiechem, kładąc się obok mnie. – Jesteśmy małżeństwem.

Skinąłem głową i przyciągnąłem ją do siebie. Gdy była już bliżej, zacząłem jeździć dłonią po jej szyi i piersiach, czując jak drży. Problem ujawnił się dopiero, gdy zaczęliśmy się rozkręcać, gdy pochłonięty pieszczotami wplotłem palce w jej włosy. Przy mocniejszym ruchu nagle poczułem, że te gęste, lśniące kosmyki oderwały się od czaszki.

Patrzyłem zszokowany na perukę, którą trzymałem w ręku. Zupełnie mnie zatkało, nie wiedziałem, co mam powiedzieć, jak zadać pytanie. Czułem tylko, jak wali mi serce. Ona za to leżała, utkwiwszy wzrok w suficie. Długo nikt z nas się nie odzywał. W końcu przerwała milczenie:

– Miałam naiwną nadzieję, że zorientujesz się trochę później – powiedziała zdecydowanym szeptem. – Jeśli chcesz spytać, czy specjalnie obcięłam sobie włosy, odpowiedź brzmi: nie.

Dalej nie miałem pojęcia, co powiedzieć. Nic nie chciało mi przejść przez gardło.

– Spokojnie – dodała ze smutnym uśmiechem. – W takich przypadkach ślub da się unieważnić. Właśnie dlatego wzięłam go bez zastanowienia. Wybacz, że potraktowałam cię tak przedmiotowo. – Westchnęła ciężko. – Inaczej chyba nigdy nie wyszłabym za mąż.

 

* * *

 

Nie rozstaliśmy się. Mimo wszystko chciałem z nią być, spędzić najwięcej czasu, ile się dało. Nadal mnie fascynowała. Poza tym kiedy powiedziała, że ma raka, zacząłem kojarzyć fakty. To po to przyjechała wtedy na bazar, to dlatego potrzebowała kamieni, spełniających życzenia. A ja, zupełnie tego nieświadomy, ukradłem je i oba wykorzystałem. Nie mogłem już nic zrobić.

Gdy desperacko starałem się coś wymyślić, przypomniał mi się Darek. Postanowiłem odwiedzić go i, jeśli rzeczywiście nie wykorzystał kamienia, spróbować go od niego odkupić.

Początkowo całkiem ucieszył się z mojej wizyty. Był jednak jakiś mizerny i wyglądał na zmęczonego.

– Jak się miewasz? – zapytałem go.

– Nie jest źle – mruknął. – Tylko pieniędzy brakuje, na dwie roboty ciągnę. Fajnie, że wpadłeś, bo ostatnio nawet nie miałem czasu, żeby się z ludźmi spotykać.

– Słuchaj, mówisz, że pieniędzy brakuje. A nie masz aby jeszcze tego kamienia, co to niby miał spełniać życzenia? Chętnie bym go od ciebie kupił, bardzo go potrzebuję.

Darek bez zastanowienia pokręcił głową.

– Tego kamienia już użyłem. Wybacz, przykro mi, ale nie mogę ci pomóc.

A więc nie było już ratunku. Burknąłem coś na pożegnanie i czym prędzej odjechałem, nie chcąc nawet na niego patrzeć. Wiedziałem, że nie mogę winić Darka za wykorzystanie kamienia, że każdy by to zrobił, ale ogrom zawodu blokował racjonalne myślenie. Miałem tylko nadzieję, że nie zażyczył sobie w ramach sprawdzenia jego skuteczności sześciopaku browara.

Z Nastką spędziliśmy wspaniałe chwile. Wyjeżdżaliśmy w podróże marzeń i robiliśmy, co tylko dusza zapragnie. Miała tylko mnie. Była jedyną spadkobierczynią majątku rodzinnego – z którego, swoją drogą, bardzo niewiele już zostało po wydatkach na leczenie i wizyty u teoretycznych cudotwórców – a narzeczony zerwał z nią, gdy dowiedział się o chorobie. Inna sprawa, że gdybym nie wypowiedział życzenia, pewnie nadal szczęśliwie żyliby razem w Olsztynie.

 

* * *

 

Umarła rok później. Ostatnie miesiące były okropne i wolałem o nich myśleć jak najrzadziej.

Ale nie dało się o tym zapomnieć. Gdy moje mieszkanie znów stało się puste, wspomnienia o niej były jedynym, co mi pozostało. Siadałem w fotelu i, niespiesznie popijając zbawienną gorzałkę, wpatrywałem się w świecę, tak jak wtedy, podczas uroczystej, pożegnalnej kolacji, gdy słuchałem potoku słów, płynącego z ust mojej Nasteczki. Wiedziałem, że są to nasze ostatnie chwile, a jednak nie patrzyłem wtedy na nią, tylko na płomień. Onieśmielało mnie to, że rozmawiała otwarcie jak nigdy wcześniej, że bez przerwy mówiła o tym, co dobre i o tym, co złe; o tym, co było najważniejsze w jej życiu i o drobnostkach, które lada chwila się zapomina.

Zwykle zasypiałem w tym fotelu, nie martwiąc się, kiedy wstanę. Czas nie miał już znaczenia. Jednak pewnego ranka obudziło mnie walenie w drzwi.

– Otwarte – burknąłem, podnosząc głowę i krzywiąc się z bólu. Przetarłem oczy, trzymając przy nich rękę nieco dłużej, niż było konieczne, by jeszcze choć chwilę chronić je od rażącego światła. Musiało dochodzić południe. Przekląłem cicho, zastanawiając się, kto i czego ode mnie chce. Właściwie nie wiedziałem, czy drzwi rzeczywiście są otwarte, ale miałem szczerą nadzieję, że tak.

Były. Do mieszkania jakby nigdy nic wszedł Darek. Od dawna nie miałem z nim kontaktu i niemal zapomniałem o jego istnieniu. Zdziwiło mnie, że przyszedł, jednak nie na tyle, by ruszyć się z fotela. Zdrapywałem paznokciem zaschnięty na stole wosk, nie poświęcając gościowi większej uwagi.

– Już myślałem, że cię nie ma i chciałem wracać – powiedział na wstępie. – Co ty, spałeś? Człowieku, jest po jedenastej!

Wzruszyłem ramionami, naprawdę nie mając ochoty gadać z kimkolwiek.

– Czego chcesz?

– A, tak rozmawiamy? – obruszył się. – Nie odzywasz się tyle czasu i widzę, że nie chcesz nawet udawać, że jeszcze jesteśmy kumplami. Ja w sprawie tego kamienia, o który mnie kiedyś pytałeś.

– No? – mruknąłem, choć w ogóle nie interesowało mnie, co chce powiedzieć.

– Właściwie mógłbym ci go sprzedać.

Obdarzyłem go przelotnym spojrzeniem.

– Przecież go użyłeś – przypomniałem, jakby ten temat nigdy mnie nie dotyczył.

– Nie użyłem – odparł, a ja, chcąc nie chcąc, nagle zacząłem słuchać uważniej. – Nigdy nie użyłem kamienia, bojąc się, że kiedyś nadejdzie sytuacja, gdy będę potrzebował go bardziej. Ale teraz muszę wykorzystać go na pieniądze, już sobie nie radzimy. Muszę jakoś wykarmić moje dzieciaki, więc jeśli ty dalej masz inne życzenie…

– Więc okłamałeś mnie wtedy? – zapytałem cicho, czując, jak wzbiera we mnie wściekłość zmieszana z histerycznym wewnętrznym śmiechem.

– Wtedy nie brałem pod uwagę, by go sprzedać. – Wzruszył ramionami. – Tak palnąłem, bo po co było rozwijać temat.

– Ty sukinsynu! – Poderwałem się z fotela i, niewiele myśląc, przyrżnąłem mu w mordę. Darek cofnął się zaskoczony, odruchowo rozmazał wyciekłą z ust krew. Niemal natychmiast przyparłem go do ściany, mając ochotę rozszarpać na drobne, ociekające juchą kawałeczki. – Śmiesz zjawiać się tu jakby nigdy nic, parę dni po jej śmierci i łaskawie stwierdzać, że sprzedasz mi kamień? Pieprzone parę dni?!

– Po czyjej śmierci? – warknął Darek, odzyskując częściową kontrolę nad sytuacją i unieruchamiając mi ręce. – Uspokój się, człowieku, o czym ty gadasz?!

– Jak to: po czyjej? – To pytanie trochę wybiło mnie z rytmu. – No Nastki, nie zgrywaj głupa!

– Jakiejś twojej kobiety?

– Tak, do cholery, tej, dla której potrzebowałem kamienia! Mogłem ją wyleczyć! A teraz, przez jedno twoje głupie kłamstwo…

– Poczekaj – Darek zmarszczył brwi. – Nawet mi o tym nie mówiłeś.

Puściłem go na moment, odsunąłem się o dwa kroki. Patrzyłem mu w oczy, próbując wykryć w nich kłamstwo, ale niczego takiego nie znalazłem.

– Nie mówiłem? – zapytałem cicho, wciąż nie do końca w to wierząc. – Ty nic nie wiesz?

– Kiedy przyszedłeś do mnie rok temu, nawet nie starałeś się ukrywać, że jesteś tylko w interesach – przypomniał Darek tonem, w którym zabrzmiała pretensja. – Nie ma kamienia, dobra, nie ma tu czego szukać, po co utrzymywać kontakty ze starymi kumplami, gdy ma się kasę. Nieszczególnie mnie to bolało, mam innych znajomych, ale przypominam, że gdyby nie ja, wciąż tkwiłbyś na bazarze. Gdybyśmy wtedy pogadali, gdybyś powiedział, że to takie ważne…

Wróciłem na fotel, zupełnie załamany. Więc to moje podejście w jednej głupiej, nieznaczącej sytuacji, pozwoliło jej umrzeć? Mimo że przez lata robiłem, co mogłem, że na poszukiwanie lekarstwa poświęciłem mnóstwo czasu i wydałem prawie wszystkie nasze pieniądze?

– Słuchaj – odezwał się Darek niepewnie, widząc, w jakim jestem stanie. – Nie powiedziałem, że wtedy bym ci go sprzedał. Prawdopodobnie nie…

Pokiwałem głową, wiedząc, że żadne słowa nie zmienią już mojego poczucia winy.

– Hej, właśnie – powiedział tonem, jakby go nagle olśniło. – Te kamienie spełniają życzenia, tak? Właściwie czemu założyliśmy, że nie można nimi kogoś wskrzesić?

– Wskrzesić? – Popatrzyłem na niego jak na wariata, ale jednocześnie rozkwitła we mnie nadzieja, której wbrew najszczerszym chęciom nie umiałem powstrzymać.

– Wiem, to dość… nienaturalne, ale jeśli ktoś właśnie tego sobie życzy? Powinno podziałać.

 

* * *

 

Rozkopałem grób. Różne rzeczy ludzie robią na świecie, różne rzeczy robiłem ja sam, ale to wciąż nie docierało do mojej świadomości. Naprawdę rozkopałem grób.

Nie było nawet tak ciężko, gdyż kamienny nagrobek nie był jeszcze postawiony, a ziemię niedawno przekopywano. Mimo to nie miałem możliwości wyjąć trumny z dołu, więc teraz to ja siedziałem na niej, modląc się, by nie przechodzili tędy jacyś nocni stróże.

Popatrzyłem na kamień, trzymany w brudnej od gleby dłoni, lśniący delikatnym rubinowym blaskiem. Był moją ostatnią nadzieją, jedynym, co miałem. Zdecydowałem się postawić wszystko na jedną kartę i kupiłem go od Darka za mieszkanie. Można to oczywiście uznać za durne i nierozważne, ale wciąż pozostawał mi samochód, a byłem przecież przyzwyczajony do niewygód. Poza tym jeśli Nastka by ożyła, byłbym szczęśliwy w każdych warunkach.

Ścisnąłem kamień i w napięciu wypowiedziałem życzenie. Lekki niepokój, jaki wcześniej odczuwałem, przerodził się w lęk. Pierwotny lęk, towarzyszący ludziom od zarania dziejów; przed wampirami, zombie i innymi stworami, które powstały z grobów. Ale przecież to była moja ukochana żona, przecież gdy wstanie, nic mi nie zrobi…

Minuty mijały, a ja wciąż siedziałem w głębokim dole. Strach gasł i byłem już przekonany, że chcę usłyszeć odgłosy, dobiegające z trumny. Że chcę, by ona ożyła, niezależnie, z jakimi konsekwencjami się to będzie wiązało. I im bardziej tego chciałem, tym bardziej dopadała mnie świadomość, jak irracjonalne jest to, co robię.

Czy ja wariowałem? Czy takie kamienie w ogóle mogły istnieć? Może ich nigdy nie było? Może nawet Nastki nie było, albo była, ale nie tu, nie dla mnie, może żyła spokojnie gdzieś w Olsztynie? Może siedzę teraz piątą godzinę na tym pieprzonym bazarze i właśnie przegrzało mnie słońce?

Przerażony tymi nagłymi przypuszczeniami wygramoliłem się z dołu i poszedłem do samochodu, który zaparkowałem obok cmentarza. Chciałem odjechać, ale resztki nadziei mi na to nie pozwalały, trzymały mnie w tym miejscu, łudząc wyobrażeniem wstającej z trumny, ale naprawdę żywej Nasteczki.

Mój wzrok spoczął na flaszce wódki, którą trzymałem pod sąsiednim siedzeniem. Nie musiała mnie długo namawiać, kusić obietnicą przygaszenia trosk, gdyż zrozumiałem już, że przez kilka kolejnych godzin i tak nie będę w stanie się stąd oddalić, oczekując czegoś, co nigdy nie nadejdzie.

Nie wiem, ile czasu minęło. Chyba sporo, bo wzrok rozmazywał mi się już dość mocno. Siedziałem, wpatrzony przed siebie, myśląc o niczym. Było mi ciepło i, jak na okoliczności, nawet całkiem dobrze. Pomyślałem, że Darek mógł nie przychodzić, że gdyby nie to, siedziałbym teraz podobnie ukojony, tyle że w ciepłym pokoju i bez robienia sobie niepotrzebnych nadziei.

– Andrzej! – usłyszałem nagle spanikowany głos, mimo że słuch miałem już nieco przytłumiony alkoholem. – Ktoś rozkopał grób!

Ha, pomyślałem, co to się dzieje na tym świecie. Pewnie znowu to sprawka jakiejś niewychowanej młodzieży, której rodzice nie nauczyli szacunku do zmarłych.

Dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie, o czym on mówił i kto jest sprawcą. Zobaczyłem też, że moje auto jest jedynym stojącym przy cmentarzu i że najlepszą rzeczą, jaką mogę zrobić, jest się stąd zmyć.

Zakręciłem butelkę, planując dopić wódkę później i odpaliłem auto. Czułem, że ręce i nogi mam bardziej miękkie, niżbym chciał, ale cóż było robić. Tylko kilkaset metrów, może kilometr, obiecałem sobie. Tyle, by nie zaczęli mnie podejrzewać.

 

_ _ _

 

Nienawidziła tego pyłu, unoszącego się w powietrzu w letnie dni. Szczypał w oczy, bolała od niego głowa.

Zajrzała do leżącego na ziemi kapelusza i westchnęła ciężko. Na jedzenie będzie. Zmieniła pozycję, by dać odpocząć zdrętwiałym nogom i postanowiła posiedzieć trochę dłużej.

Żeby starczyło jeszcze chociaż na znicz.

Koniec

Komentarze

Ta i taka końcówka ma być niezrozumiałą? Teyami, Teyami, za kogo Ty nas masz… A przynajmniej niektóre i niektórych z nas…

Cholernie, piekielnie, wściekle prosta historia, dołująca – i piękna.

O, w rzeczy samej, cholernie ironiczna (prawdziwa) historia. I bardzo ładnie napisana. 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Ciekawie splątana historia. Podobała mi się.

No dobrze, przyznam się – dla mnie ta końcówka jest odrobinę niejednoznaczna. Ale to chyba nie przeszkadza.

Babska logika rządzi!

Bardzo dobre opowiadanie. Lubię teksty, przez które się “płynie” – gładko się czytało. Końcówka dobra – wraz z pierwszym akapitem tworzy klamry. Gratuluję. :-)

Dziękuję wszystkim za komentarze i punkciki.

 

Adam -> Adamie, wybacz, że Cię nie doceniłam :) Po prostu jeszcze trudno mi czasem znaleźć złoty środek pomiędzy tym, co pisać wprost, a co nie. A że historia prosta, oczywiście masz rację – ale chyba prostota czasem jest lepsza niż komplikowanie na siłę.

 

Gravel -> Dziękuję, cieszę się więc, że wyszła, jaka miała wyjść :)

 

Finkla -> Jak nie przeszkadza, to dobrze. Zresztą kto wie, może ktoś z czytelników wysnuje jakąś lepszą interpretację, o której autorce się nawet nie śniło :)

 

Blackburn -> Dzięki. Przyznaję, że akurat klamry w tekstach zawsze lubiłam :)

Bardzo mi się podobało. Pięknie napisana historia, którą przeczytałam jednym tchem.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dobra klamerka ładnie spina. :-)

W takim razie podzielę się moimi interpretacjami (UWAGA SPOJLERY!):

– Bohater odjeżdża, Nastka wydostaje się z grobu, ale nic nie pamięta, trafia na bazar. Uroburos dławi się ogonem. Ale skąd w takim razie znicz? Na własnym grobie stawia? Nie bardzo. Zresztą, gdyby wiedziała, skąd wyszła, to tam powinna być gdzieś tabliczka z nazwiskiem, małżonek do znalezienia bez problemów.

– Nastka wszystko pamięta, ale mąż ginie zatłuczony przez obsługę cmentarza. Zmartwychwstała zostaje z niczym. No, ale samochód by chociaż miała.

– Żyją szczęśliwie przez jakiś czas, aż on umiera, ona trafia na bazar. Eee, ale taka mało magiczna ta interpretacja, poprzednie mi się bardziej podobały… No i ona za życia płaciła ZUS, pewnie jakąś emeryturę by dostała.

Babska logika rządzi!

Tak, Teyami, głównie o ironii losu. I o tym, że nie ma nic za darmo, prawda? Ładny, bardzo ładny tekst. I smutny. Masz za ten wzdychający wieczór ode mnie pkt.

 

Nie prawda, ja pamiętam! Okłamałaś mnieee!

Ja bym tę spację usunęła ;)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Morgi -> Dziękuję Ci bardzo :)

 

Finkla -> Nie ukrywam, że Twój post dostarczył mi dużo radochy. Naprawdę fajnie zobaczyć, jak ktoś inny widzi coś, czego ty byś dostrzec nie potrafił. TEŻ SPOJLER Najbliżej tego, co planowałam przedstawić jest druga interpretacja, choć też nie do końca. W mojej wersji Twoje wątpliwości z samochodem są załatwione, a obsługa cmentarza nie jest tak agresywna :)

 

Emelkali -> Oj, dziękuję za wyłapanie błędzika, a tak starałam się ich unikać… I za punkcik też oczywiście dziękuję :)

UWAGA SPOJLER!

Aha, czyli rozbija się samochodem po pijaku. Też można. Ale w takim razie zostają wątpliwości z emeryturą.

Babska logika rządzi!

Bardzo, bardzo okrutna ironia losu. Świetny tekst, Teyami. Pierwsze brawa za postać żulka, którego da się polubić i zrozumieć. Drugie – za ładną, płynną narrację, za wydarzenia na bazarku, który bądź co bądź nieczęsto jest miejscem akcji jakiejkolwiek. Trzecie – za odwagę, żeby tak to wszystko splątać i smutno zakończyć. Sądzę, że wszystko tu jest na swoim miejscu, każdy element ma znaczenie. Brawo, brawo :o)

Stylowo okropnie. Koszmarne dialogi. Jako wersja robocza tak, jako produkt gotowy nie.

Finklo, no kurczę, tu mnie masz. O emeryturze zapomniałam :<

EDIT: Poczekaj, znalazłam wymówkę! W papierach mieli, że jest martwa :p

 

Werwena -> Dziękuję, Werwenko :) A wspomnianych bazarków to ja sama dość mocno nie lubię, więc wreszcie miałam z nich jakiś pożytek i mogłam umieścić tam akcję.

 

Gwidon -> Szkoda, że styl Cię nie przekonał. Co do dialogów, rzeczywiście mogłyby być lepsze. Ale dziękuję za przeczytanie i szczery komentarz :)

Fabuła rzeczywiście znakomicie spleciona – jak w arabskich baśniach.

Zabierałem się do komentowania ze szczerą chęcią ponarzekania, pomarudzenia i poutyskiwania nad tym, że tekst mało odkrywczy, typowy, że o ironii losu i problemach z właściwym wykorzystaniem życzeniospełnialnych ustrojstw napisano już miliony opowieści, ot choćby wspomnianych przez Vladovasa Vedymina, arabskich baśni. Predestynacja, karma, czynione zło i dobro wraca do Ciebie… Było tego mnóstwo.

Jednak fakt, że tekst jest znakomicie napisany, wciągający, ba, wzruszający nawet, skutecznie przed narzekaniem mnie powstrzymuje. I prowokuje pochwały.

Chwalę zatem. Bardzo dobre opowiadanie.

Mógłbym się przyczepić do motywów działania Darka i tego, że nie wypróbował jednak kamienia przed odsprzedaniem go… O właśnie, jak się nazywał główny bohater? Jakoś mi umknęło…

Aha, duży plus za tytuł. Naprawdę świetny.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Vedymin -> Dziękuję :) Trudno jednak mi się odnieść do skojarzenia, bo z baśniami arabskimi miałam styczność tylko w dzieciństwie i niewiele już z nich pamiętam.

 

Thargone -> Dziękuję za wyczerpujący komentarz, bardzo się cieszę, że się podobało mimo niezaprzeczalnie oklepanego motywu.

Co do niewypróbowania kamienia – obaj wiedzieli, że ogólnie działają, ale czy zadziała poprawnie w tym przypadku, Darek nie miał pewności, a tę kasę chciał. Gdyby kamień zaliczył życzenie, ale nie spełnił go, albo z grobu wyszłoby jakieś monstrum, gość zostałby z niczym.

Jeśli zaś chodzi o głównego bohatera – nie nazywał się. To nie żaden celowy zabieg, po prostu nie uznałam wrzucenia tej informacji za konieczne.

Fajnie też, że tytułu wyszedł sensowny, bo długo miałam z nim spory problem. Praktycznie do końca ten plik na dysku miał średnio piękną nazwę "Opko o żulu" :D

“Opko o żulu”? Ło jeżu kolczasty w ząbek czesany…

Wiem, że trochę nieładnie, kajam się. Ale tak zapisałam pierwsze fragmenty, gdy nie miałam jeszcze w pełni obmyślonej fabuły i nie czułam bohaterów. A potem długo nie było sensu zmieniać, bo naprawdę, naprawdę nie miałam pomysłu na odpowiedni tytuł.

A jeże zawsze dobre, nawet te czesane w ząbek!

Zgrabnie zarysowane koło losu… Mocne, smutne, nieprzegadane.

Bardzo prawdziwa historia, ładnie napisana, choć faktycznie dialogi zgrzytają.

Malutkie uwagi:

– do postaci matki z samego początku:

W moim doświadczeniu rodzice, któży rozpieszczają dzieci nie mają na tyle samoświadmości, aby winić siebie. Zwykle winią dziecko, męża/żonę lub po prostu geny (w stylu: wykapany dziadek/wujek etc).

– do Nastki:

Włosy jej wypadły a rzęsy i brwi nie? Czy główny bohater był zbyt zaślepiony, że nie zauważył?

Hmm... Dlaczego?

Historia prosta, porządnie napisana i nawet wciągająca, ale… nie mogę uwierzyć, tak jak nie wierzę w złotą rybkę, że na bazarze można kupić kamienie, które spełniają życzenia. Nie w XXI wieku. Rozumiem, że bez rzeczonych kamieni, w opowiadaniu nie byłoby fantastyki, ale nic nie poradzę, że taka fantastyka niespecjalnie do mnie przemawia.

 

Z bli­ska zo­ba­czy­łem, że jej urodę nie każdy by uznał za pięk­ną… – Masło maślane.

Może: Z bli­ska zo­ba­czy­łem, że jej urodę nie każdy by uznał za doskonałą… Lub: Z bli­ska zo­ba­czy­łem, że nie każdy by uznał ją za pięk­ną

 

w jaki idio­tyzm uwie­rzy­łem. Cóż, czło­wiek w de­spe­ra­cji jest w sta­nie uwie­rzyć w różne rze­czy. – Powtórzenie.

Może: …w jaki idio­tyzm uwie­rzy­łem. Cóż, czło­wiek w de­spe­ra­cji jest w sta­nie dać wiarę różnym rzeczom.

 

Wresz­cie mia­łem moż­li­wość nad­ro­bić to, o czym wcze­śniej cięż­ko było nawet ma­rzyć.Wresz­cie mia­łem moż­li­wość nad­ro­bić to, o czym wcze­śniej trudno było nawet ma­rzyć/ nie mogłem nawet marzyć.

 

Od ja­kie­goś czasu stop­nio­wo do­cie­ra­ło do mnie, że chwi­lo­we przy­jem­no­ści nie dają mi speł­nie­nia, a ko­bie­ty na jedną noc już mnie nie fa­scy­nu­ją. – Nadmiar zaimków.

 

Spoj­rza­ła na mnie prze­lot­nie, oczy­wi­ście mnie nie po­zna­jąc. – Jeden zaimek jest zbędny.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Szara -> Dziękuję. Widzę, że siadywałaś na stronie raczej w czasach, gdy mnie tu jeszcze nie było, więc tak w ogóle miło poznać.

 

Drewian -> Dzięki za komentarz i za uwagi. Przy pierwszej musiałam się dobrą chwilę zastanowić, gdzie ja tu mam postać matki :D Ale chyba masz rację, wprowadziłam malutką zmianę. Druga uwaga – uczciwie przyznaję, że jakoś wyleciało mi to z głowy. Jakbym miała się bronić na siłę – niektóre dziewczyny sobie teraz golą brwi i dorysowują. A z rzęsami to sama jestem ciekawa, czy obecnie można tylko dokleić na istniejące, żeby były gęstsze, czy da się też zatuszować ich brak.

 

Reg -> W kamienie możesz nie wierzyć, zrozumiałe. No ale żeby w złotą rybkę?! :D Dzięki za łapankę, poprawione.

Hihi! Widać, że czytam zbyt wnikliwie :D 

Teyami, ty się w ogóle moimi uwagami nie przejmuj! Ja to tak mam, że wyłapuję bzdurne detale – aż mnie to czasami samą wkurza. Bywa, że przez jakiś głupi szczegół nie jestem w stanie dokończyć książki/filmu/opowiadania, skądinąd podobno bardzo dobrego. Eh, co zrobić jak ma się obsesyjnie nadaktywny mózg :D

Hmm... Dlaczego?

Teyami, mogę zrozumieć wiarę w PsychoFisha, w inne ryby, choćby i złote, nie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ależ Drewian, czepiaj się jak najbardziej, bez lekkiego czepialstwa byłoby nudno! A posiadanie, jak to określiłaś, nadaktywnego mózgu ma też na pewno dobre strony :)

 

Reg, wiarę w PsychoFisha? Z całym do niego szacunkiem, przecież to Ty jesteś boginią! Czy jednak zakładamy kilka kultów?

A potem co, wojenka międzywyznaniowa? :-)

Żadnych wojenek, co najwyżej przyjacielskie kuksańce. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg na lądzie, Psycho na morzach i oceanach? Jeśli dobrze pamiętam grecką mitologię, jeszcze podziemia/ metro zostały do obsadzenia. ;-)

Babska logika rządzi!

Na niebie też wakat… Kto tam najwięcej SF natworzył? :-)

Niebo bierze ten magik od pogody. ;-)

Babska logika rządzi!

Dobry tekst, czytalam z napieciem i nadzieją, że wszystko będzie dobrze. A jak Darek przyszedł "po fakcie" i stwierdził, że moze mu jednak sprzedać ten kamień to autentycznie się na niego wscieklam, że wtedy oklamal glownego bohatera. A zakończenie smutne, przewrotne… Bardzo dobry tekst jak dla mnie.

Dziękuję, Anabelle, cieszę się, że tekst wywołał jakieś emocje :)

Zasadniczo, zgadzam się z Werweną ;-)

Końcówkę jakoś bezproblemowo, szybko i intuicyjnie wyobraziłem sobie według twojego zamysłu – przesłanie proste: “piłeś, nie jedź”.

 

Przeczuwałem, że Nastka będzie mieć raka. Ostatnio coraz więcej się pisze, również fikcji, o chorobie nowotworowej. I dobrze. 

 

Co do stylu bliskiemu “normalnym ludziom”, mam podobne odczucia, jak po lekturze “Lalek”. Może nawet inaczej – przyzwyczajam się do niego i zaczynam dostrzegać w nim walor sui generis :P

 

Historia z kamieniami z bazaru rzeczywiście jest trochę naciągana, co zauważyła Reg, natomiast… zdziwilibyście się, w co ludzie są skłonni wierzyć w XXI wieku, a może i w XXII będą : >.

W każdym razie, w tej konwencji mnie to nie razi. 

 

Może za mało rozmawiam z ludźmi, ale nie dopatrzyłem się jakichś mankamentów w dialogach. Tu i ówdzie można by być może uprościć wypowiedź, zważywszy na bazarowe tło całej historii, natomiast jak to zwykle u Teyami bywa, wszystko wydaje mi się z życia wzięte.

 

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dzięki za jak zwykle obszerny komentarz, Nev. Hmm, właściwie myślałam, że jeżeli wpadniesz, wynajdziesz więcej mankamentów (choć wcale nie zachęcam do szukania ich na siłę ;>).

Końcówka, widzę, jest znacznie bardziej czytelna, niż się początkowo obawiałam. Jak tak teraz pomyślę, to z tym "piłeś, nie jedź", wspomnianym rakiem i jeszcze bezdomnością, całość mi nieźle problemo-społeczna wyszła.

No popatrz, Ty się zaczynasz przyzwyczajać do stylu, a ja powoli mam go dosyć. Będę musiała pokombinować w którymś z przyszłych opowiadań, bo ileż można…

Cóż, jeżeli w XXI wieku ludzie wierzą w istnienie Latającego Potwora Spaghetti, to chyba się cieszę, że tego XXII nie dożyję :D

Dobrze, że z dialogami aż tak tragicznie nie jest. To znaczy wciąż nie jestem w pełni usatysfakcjonowana, ale w tym opowiadaniu nie zależało mi, by świecić w nich błyskotliwością.

ludzie wierzą w istnienie Latającego Potwora Spaghetti

Śmiem wątpić :)

Cicho tam! Mnie też już częściowo przekonali – przecież te wszystkie obrazki w wujku Googlu to nie mogą być fotoszopy!

Odnoszę wrażenie, że opowiadanie wiele zyskałoby, gdyby ograniczyć, lub (a co tam!) całkiem usunąć elementy fantastyczne. Bo te tutaj to straszna sztampa, która kaleczy świetną opowieść.

 

A finał tak przekręcony, że aż… znakomity. 

 

Pozdrawiam!

 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Dzięki, Nazgulu. Hmm, sama nie wiem, pewnie i dało się to napisać bez fantastyki. Przyznaję, że użyty motyw dość sztampowy, ale osobiście nie przepadam za typowo obyczajowymi historiami. I wtedy nie bardzo wypadałoby publikować tu na portalu, a nie sądzę, bym gdzieś znalazła lepszy odzew niż Wasze komentarze.

a nie sądzę, bym gdzieś zna­la­zła lep­szy odzew niż Wasze ko­men­ta­rze.

yes

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

I ten przekrecony, zbakomity final nie byłby bez fantastyki możliwy ;)

A dlaczego Darek nie użył kamienia, żeby zdobyć bogactwo tak, jak zrobił to główny bohater? To mi nie zagrało.

 

I w sumie tylko to, bo opowiadanie czyta się bardzo dobrze. Wartka narracja, mocny finał. Nie przeszkadzała mi nawet wątła podstawa, na jakiej jest to zbudowane – magiczne kamienie na bazarze – skoncentrowałam się na opowieści o marzeniach i samotności.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Przeczytała. Tekst budzi niepokój. Ja tak mam, jeśli porusza się tematy balansujące na krawędzi życia i śmierci…

Niech Wszechświat Wam błogosławi...

Prosta (to komplement), dobrze napisana i ciekawa historia. Brawo.

Pozdr. 

Nie biegam, bo nie lubię

Magiczne egipskie kamienie na bazarze nieco popsuły ogólne wrażenie, niemniej Twój tekst ma w sobie coś magnetycznego. A poza tym jest naprawdę porządnie napisany, główny bohater wiarygodny, całość wciąga. Nie ma się (poza tymi cholernymi kamykami – tu zgadzam się z Regulatorką i Nazgulem) do czego przyczepić.

Sorry, taki mamy klimat.

Mirabell -> Dziękuję i wybacz, że dopiero teraz odpisuję, nie było mnie. Darek mógł przyjść do głównego bohatera z nadzieją, że wytarguje więcej, niż dawał kamień. A potem, gdy zobaczył, jaka jest sytuacja, mógł zgodzić się ostatecznie na niższą kwotę.

 

Karamala -> Dzięki za komentarz. Niepokój? Hmm, można i tak to odbierać :)

 

Corcoran -> Dzięki, Corcoranie. Również pozdr ;)

 

Seth -> Dzięki wielkie, cieszę się, że się podobało mimo tych kamieni. Uroczyście zapowiadam, że kiedyś nastanie dzień, gdy dobiorę składniki tak, by żaden element nie zgrzytał. Jeżeli tylko jest to możliwe :p

Kolejna ciekawa historia, znowu świetnie opowiedziana, wywołuje dużo emocji. Ze tego co widzę lepiej wychodzą Ci opisy niż dialogi – te brzmią niekiedy odrobinę sztucznie, tzn. ludzie z bazaru brzmią za bardzo jak z powieści wiktoriańskiej:) Czasem wybiło z rytmu, ale przyjemności nie zepsuło.

 

“A pan niech się nie wtrąca, nie pana sprawa. To ja wychowuję to dziecko, a do pana się zwrócę po rady dopiero, kiedy będę chciała, żeby zostało żulem z ulicy.” – te drugie zdanie za długie wg mnie na uwagę rzuconą na ulicy, brakuje naturalności.

Rozumiem, że podsłuchanie rozmowy pomaga fabule, ale laska używa paralizatora i załatwia swój biznes dwa kroki obok “napastnika”?? Jakoś tak nie dowierzam.

“– Ano przebiegał, przebiegał. Nie widzisz, że stół mi wywrócił? Pobiegł gdzieś tam, jak go złapiesz, to dopilnuj, by tu już nie wracał, bo mam dosyć tej całej żulerii. Wzięliby się za robotę.“ – ta kwestia nie brzmi jakby ją wypowiadał sprzedawca z bazaru.

Mr_D, dziękuję bardzo za komentarz. Nie wiem, czy w tych przypadkach wymyślę coś sensownego, by uniknąć – jak to pięknie określiłeś – powieści wiktoriańskiej, ale takie konkretne przykłady niezgrabności zawsze mile widziane :)

Jedynym potencjalnym zarzutem może być swoista „słabość” elementu fantastycznego. Reszta świetnie pokazuje łaski i niełaski losu, radosny triumf pozornego spełnienia marzeń, gorycz klęski, nieuchronnej katastrofy. Zwłaszcza tej zawinionej przez siebie – kilku minut cierpliwości, kilku minut trwania nadziei zabrakło – i roszada, klamrująca opowiadanie roszada, dopełniająca tragizmu, ocierająca się o banał, o kicz, a jednak poruszająca do głębi…

Moim zdaniem tekst, po drobnych zabiegach kosmetycznych, zasługuje na więcej, niż piórko.

Adamie, ale to pięknie napisałeś. I jeszcze te powtórzenia, ach… :)

Dziękuję bardzo, już się bałam, że znowu drugie wrażenie zawiedzie :>

Ach… Zaraz: ach… Powtórzenie to również narzędzie do wbijania tego czy owego do głów. Utrwalania odbioru przez niezmienność znaczeń. :-)

Ba, jak już tak się bawimy, to same w sobie mogą być też oznaką problemów z warsztatem. I na pewno tu właśnie mamy do czynienia z którymś z tych przypadków ;)

:-) :-) Khm, khm… Niech znajdę w Twoim następnym tekście jedno jedyne powtórzenie… :-) :-)

Widzisz, ja nawet lubię powtórzenia, jeśli widzę w nich cel i sens.

Atutem opowiadania jest niewątpliwie lekki język, jakim zostało napisane – czyli ogólna czytliwość ; P

Bohater do mnie nie przemówił, ponieważ nie widać, aby zmieniał się wraz z rozwojem fabuły. Mówi i myśli w taki sam sposób zarówno wtedy, kiedy był żurem z bazaru, jak i po przeżyciu roku umierania ukochanej kobiety. 

Nie spodobał mi się ten zawijas fabularny, polegający na niewysłowieniu powodu prośby o kamień. To jest trochę jak w telenowelach, zawsze o 5 minut za późno, zawsze przerywa połączenie, zawsze ktoś źle coś zrozumie ; P

Wydaje mi się, że przy nieco innym rozłożeniu akcentów mogłoby się okazać, że lepsze, bardziej piorunujące wrażenie zrobiłaby – jako finał – scena z odczepieniem się peruki. A całą resztę można by sobie darować, bo ten miks podmian grobów/meneli zdaje się być nieco przedobrzony. 

I po co to było?

Adam → Ja też lubię. A nieplanowanych teraz będę się strzegła :p

 

Syf. → Dziękuję za komentarz i całkiem ciekawe uwagi (tylko to porównanie do telenoweli, grr…). Noo, ale przynajmniej dość ponuro było, Ty tego nie docenisz? :D

No mówię – najbardziej mi się podobał ten moment z peruką; poza tym bohater wcale nie był ponury ; p

I po co to było?

:)

Czytało się bardzo miło, przede wszystkim szybko (za szybko moim zdaniem, to opowiadanie powinno być co najmniej dwa razy dłuższe!) – bohaterowie nie są nadzwyczajni, nie mają ciekawych charakterów a dialogi miejscami są okropne. Ale to wszystko zostało zamknięte w takim ładnym opakowaniu, że musi się podobać. Na plus oczywiście opisy, bo to one mnie zachwyciły i gnały ku końcowi. :)

Powodzenia w dalszej twórczości, będę śledzić z zainteresowaniem. 

Dziękuję, Unglebudujabu (naprawdę, jak Ty ten nick wymyśliłeś? :D). Miło mi, że mimo wad, tekst się podobał. Zachęcam również, byś sam niedługo coś wrzucił. 

Jeżeli chodzi o nick, to długa historia, ma już z dziesięć lat (ma z tym  związek gadu gadu, moja siostra i Czomolungma – nie każcie mi tego rozwijać!). 

Już niedługo w poczekalni powinno pojawić się moje pierwsze opowiadanie. 

Skakałem po opowiadaniach, nie mogąc zatrzymać się dłużej niż na parę chwil. Nagle trafiłem na twoje powiadanie i przeczytałem calutkie. Jednym tchem. Myślę, że prostota historii i słów jest tak urzekająca, że człowiek czyta i zastanawia się, dokąd to zmierza. Chciałbym umieć pisać w ten sposób, no, ale dostałaś piórko nie przez przypadek.

Pozdrawiam

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Dziękuję, Skull, bardzo mi miło to czytać :)

Bardzo przyjemnie sie czytalo, dzieki za tekst. Cala nagroda jest final z butelka za kierownica i skazanie bohaterki na "lepsze" nowe zycie "na ulicy".

Miniminuskiem, nie bede oryginalny, sprawa kamieni. Gdybys kiedys przerobola opka i wstawila inne powody dlaczego ludzie sie ich pozbywaja (np. cos za cos – spelnianie zyczen za dziure w duszy? za 5 lat zycia? utrate czegos najcenniejszego?) bylaby by Nebula;)

 

Pozdrawiam i zycze powodzenia.

 

PS. Przepraszam za brak polskich znakow.

Dzięki, k1313. Tego opowiadania już raczej przerabiać nie będę, ale podsuwanymi pomysłami kusisz – zawsze można podobny motyw wykorzystać w przyszłości, w jakiejś innej scenerii :)

Ojej, a mnie zupełnie nie podeszło. Nie byłem w stanie uwierzyć ani w postaci, ani w wydarzenia… No nic, jestem w mniejszości ;)

Tym niemniej gratuluję piórka :)

„Widzę, że popełnił pan trzy błędy ortograficzne” – markiz Favras po otrzymaniu wyroku skazującego go na śmierć, 1790

Diriad, trochę odpisuję po czasie, ale dzięki za komentarz i gratulacje. Spoko, chyba każdy tak czasem ma, że większości się podoba, a jemu nie :)

Świetne opowiadanie. Samo się przeczytało :D I wrażenia po nim, pozostaną pewnie przez jakiś czas :)

Przybyłem, przeczytałem, się zachwyciłem.

 

Jedno, co mi się w opowiadaniu nie spodobało, to finał. To znaczy, nie sam epilog, że się wyrażę, a to, co do niego doprowadziło. Bohater, opętany wręcz szaleńczą miłością, który poświęcił wszystko dla tej jednej, jedynej szansy… tak po prostu nagle wątpi i odpuszcza?

 

Niemniej tekst bardzo dobry; emocjonalny, świetnie napisany, wbija się klinem w świadomość, trochę szokuje a przede wszystkim dołuje. A mimo to jest bezsprzecznie piękny.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Fosken → Dziękuję bardzo, cieszę się, że tekst coś po sobie zostawił :)

 

Cieniu → Tobie też dziękuję, bardzo miło dostać taki komentarz. Pewnie masz rację, że trochę za łatwo odpuścił. Ale z drugiej strony planował odjechać tylko kawałek, więc zawsze mógł wrócić ;)

– Woda jest ciepła – dodała, tak jak wcześniej[+,] po angielsku.

Poczułem chłodny dotyk delikatnej dłoni na moich rozgrzanych plecach. Jej ruchy stawały się coraz pewniejsze, gdy błądziła dłońmi po moim ciele,

Nalot przymiotników! :o I powtórzenie się wkradło.

 

Jest gorzko, a ja lubię ten smak w opowiadaniach w odpowiednim natężeniu, które tutaj wyważone zostało bardzo rozsądnie. Ta cała ironia losu, o której wiele osób wcześniej wspominało po prostu bardzo misię. Moim zdaniem narracja, zwłaszcza na początku, jest jednak trochę nieporadna i nawet zastanawiałem się, czy czytać dalej, ale od wprowadzenia elementu fantastycznego jakoś zalety przesłoniły wady i poleciało.

Z pewnością nie są to żadne wyżyny, jeśli chodzi o piórkowe teksty, ale lektura całkiem przyjemna.

Pozdrawiam! ;)

Nowa Fantastyka