- Opowiadanie: KK - Ostatnia próba

Ostatnia próba

Bardzo dziękuję moim Betom. Bez nich było naprawdę źle. Jestem ogromnie wdzięczna za poświęcony czas, cierpliwość i bardzo cenne uwagi. Jeszcze dużo ciężkiej pracy przede mną, aby moja radosna twórczość była akceptowalna, ale cóż będę na Was ćwiczyć.

Mam nadzieję, że za bardzo nie zamęczę czytelnika.

 

 Po uwagach postarałam się przykrócić co nieco, a inne nieco wyjaśnić .

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Ostatnia próba

Te­re­no­wy Od­dział Cen­tral­nej Agen­cji ds. Pa­ra­nor­mal­nych.

Po­ra­nek.

 

– Ostat­nia próba. To od niej za­le­ży, czy sta­niesz się agent­ką.

Serce wa­li­ło mi jak mło­tem, mia­łam wra­że­nie, że zaraz wy­sko­czy, po­to­czy się po pod­ło­dze i gdzieś wy­buch­nie.

– Kto? – Spo­dzie­wa­łam się naj­gor­sze­go, prze­cież osta­tecz­ne za­da­nia są naj­trudniejsze.

– Wolf Am­bro­ży – od­po­wie­dzia­ła spo­koj­nie moja pro­tek­tor­ka.

Aż mi w ustach za­schło. Cho­le­ra, jesz­cze żadna go nie za­ła­twi­ła? Byłam za­sko­czo­na, po­nie­waż wy­sła­li już jedną z naj­lep­szych. Takie słu­chy przy­naj­mniej cho­dzi­ły. Naj­wy­raź­niej po­le­gła. Ktoś chyba za mną nie prze­pa­da.

Unio­słam wy­mow­nie brew, otak­so­wa­łam moją na­uczy­ciel­kę. Stała non­sza­lanc­ko opar­ta o fra­mu­gę gar­de­ro­by. Jedna ręka na chu­dym bio­drze, drugą zaś prze­cze­sy­wa­ła bujne pukle. Po­mi­mo po­de­szłe­go wieku – na oko miała dwa­dzie­ścia czte­ry może dwa­dzie­ścia sześć lat – nadal trzy­ma­ła się za­ska­ku­ją­co do­brze, nawet si­wi­zny w kasz­ta­no­wych wło­sach nie było jesz­cze widać. Tro­chę jej za­zdro­ści­łam, ale do­ży­cie ta­kie­go wieku to już na­praw­dę suk­ces w na­szym fachu. Nieraz przy­po­mi­na­ła mi o pod­łym losie swojej opie­kun­ki. Strasz­na hi­sto­ria. Ciar­ki do tej pory mnie prze­cho­dzą, jak sobie to przy­po­mnę. Cza­sem śnię o tym po no­cach. Wtedy staję się tą bied­ną agent­ką i płonę żyw­cem w piecu Pier­ni­ko­wej Chat­ki. Ow­szem, wiem, póź­niej Jaśka i Mał­goś­ka jędzę tak samo po­trak­to­wa­ły, ale strach po­zo­sta­je.

– Ho­no­ra­ta, skup się jak do cie­bie mówię! Znowu je­steś nie­obec­na!

 Po po­miesz­cze­niu głu­cho po­niósł się cichy plask. Po­now­nie obe­rwa­łam w po­ty­li­cę. Po tym sta­łam już w pełni skon­cen­tro­wa­na, uważ­nie słu­cha­jąc sta­rej Na­ta­lii jed­no­cze­śnie po­cie­ra­jąc bo­lą­ce miej­sce.

– Słu­chaj, znaj­dziesz jakiś spo­sób na niego. Coś wy­kom­bi­nu­jesz. – Na­ta­lia pu­ści­ła do mnie oczko. – A teraz zmy­kaj. Idź się wy­szy­ko­wać. Z Ar­tu­rem już roz­ma­wia­łam.

– Ostat­nia meta to Wiel­ki Las? Chata nad brzegiem ru­cza­ju? – do­py­ty­wa­łam dla po­twier­dze­nia.

– Do­kład­nie. Po­dej­rze­wam, że po­now­nie się kogoś spo­dzie­wa. Pa­mię­taj, jak ty nie dasz rady, to wyślą ja­kie­goś fa­ce­ta, a to już grozi wiel­kim skan­da­lem. 

 Na­ta­lia skie­ro­wa­ła się do wyj­ścia. Lecz nagle od­wró­ci­ła się i czule spoj­rza­ła na mnie.

– Ho­no­ra­ta, nie za­wiedź. – Po­gro­zi­ła mi pal­cem. – Przede wszyst­kim samej sie­bie. Ro­zu­miesz?

Wy­da­wa­ło mi się, że łza za­lśni­ła jej w oku. Kiw­nę­łam lekko głową na znak zro­zu­mie­nia, rów­nież wzru­szo­na, wi­dząc, że wie­rzy we mnie. Choć po chwi­li za­sta­na­wia­łam się jed­nak czy to nie był mój wy­mysł, bo teo­re­tycz­nie wiem, jak nie cier­pi po­no­sić po­ra­żek. Więk­szość wy­szko­lo­nych przez nią dziew­cząt sta­wa­ła się agent­ka­mi. Jasno dała mi to do zro­zu­mie­nia przed dwoma laty, kiedy za­czy­na­łam nauki pod jej okiem, ręką i zwłasz­cza nogą. Nie­któ­re si­nia­ki jesz­cze nie ze­szły.

 

Ma­ga­zyn odzie­żo­wy.

Chwi­lę póź­niej. 

 

Artur był nie­zwy­kle za­la­ta­ny. Rzu­cił mi jakiś fa­ta­ła­szek, ko­szy­czek, wiel­ki ka­pe­lusz i wy­tar­te trze­wi­ki.

– Za­kła­daj szyb­ciut­ko, ko­cha­niut­ka.

Po­dejrz­li­wie przy­pa­trzy­łam się sza­rej szma­cie. Wy­glą­da­ła strasz­nie, nie za­mie­rza­łam jej tknąć nawet pa­ty­kiem.

– Za­po­mnij. Nie za­ło­żę tego gówna. Nie rób ze mnie sta­rej baby!  Ostat­nio żeś jedną naszą prze­brał za bab­cię i co? Ślad po niej za­gi­nął! Chcę coś mło­dzie­żo­we­go! Ro­zu­miesz?! – Za­ak­cen­to­wa­łam moc­nym przy­tup­nię­ciem.

– Chcę i chcę! Co to jest?! Kon­cert ży­czeń? W takim razie sama cze­goś po­szu­kaj. – Mach­nął w stro­nę kąta z sza­fa­mi.

Po­dą­ży­łam wzro­kiem za jego dło­nią, a moim oczom uka­zał się istny raj na ziemi.

– O cho­ler­ka, jest ich chyba z dzie­sięć rzę­dów! – krzyk­nę­łam i za­czę­łam kla­skać z nie­opi­sa­nej ra­do­ści.

– Pff – Artur po­krę­cił głową z dez­apro­ba­tą. 

Pod­bie­głam do nich, nie do­wie­rza­jąc swo­je­mu szczę­ściu, ale czar prysł od razu. Smród był tak strasz­ny, że cof­nę­ło mnie o kilka kro­ków.

Po­de­szłam z za­sło­nię­tym nosem do naj­bliż­sze­go mebla, chwy­ci­łam kilka rze­czy na chy­bił tra­fił i zwia­łam gdzie pieprz ro­śnie. To, co zdą­ży­łam wziąć roz­ło­ży­łam na bla­cie cią­gną­cym się wzdłuż pa­ra­pe­tu.

– Masz już coś lep­sze­go? – za­drwił Artur.

Nie wia­do­mo skąd się znowu przy mnie zna­lazł, pra­wie pod­sko­czy­łam, tak mnie za­sko­czył, chu­der­lak jeden.

– Chyba żar­tu­jesz, praw­da?! 

– Sorry, taki mamy kli­mat. – Roz­ło­żył ręce w ge­ście bez­rad­no­ści. – Ale to wina cięć bu­dże­to­wych – kon­ty­nu­ował. 

 Spoj­rza­łam na ciu­chy, wy­bra­łam te naj­czyst­sze. Wcią­gnę­łam żółtą bluz­kę, za­pi­na­ną z przo­du za po­mo­cą de­li­kat­nych ha­ftek, oraz ob­ci­słą spód­ni­cę. Wsu­nę­łam buty, które wcze­śniej rzu­cił mi chło­pak. Na ko­niec zo­sta­wi­łam płaszcz. Był, wy­jąt­ko­wo, w bar­dzo do­brym sta­nie.

– Wi­dzisz. Da radę wy­glą­dać jak ma­ło­la­ta. – Po­ka­za­łam język ponownie po­ja­wia­ją­ce­mu się chło­pa­ko­wi. Były z nim jesz­cze dwie no­wi­cjusz­ki. 

– Jak ma­ło­la­ta?! A wi­dzia­łaś ostat­nio swoje cycki? Prze­cież tego da się użyć jako broni – za­drwi­ła ta wyż­sza.

Już się za­mach­nę­łam, aby ją strze­lić po tych bla­dych po­licz­kach. Może, za­zdro­sna gów­nia­ra na­bra­ła­by tro­chę ko­lo­rów. Spoj­rza­łam na nią tak, aż się siksa przy­gar­bi­ła. Po czym wzię­łam płaszcz z blatu. Cho­le­ra, był za mały, bla­do­li­ca miała rację. Nie mo­głam się do­piąć. Wtem Artur chwy­cił za ka­pu­zę moje na­kry­cie. Wy­ciął po­śpiesz­nie rę­ka­wy, po­wy­ry­wał gu­zi­ki. Zo­sta­wił tylko sznur­ki przy ogrom­nym kap­tu­rze, a niepo­trzeb­ne dziu­ry po­śpiesz­nie po­za­szy­wał.

– Trzy­maj. Zrobiłem ci pe­le­ry­nę. A teraz chodź ze mną. – Mach­nął na mnie. – Do­po­sa­ży­my jesz­cze ko­szy­czek. Twoja Stara jasno dała mi do zro­zu­mie­nia, że mam o cie­bie za­dbać – dodał po chwi­li za­my­śle­nia.

Wy­obra­zi­łam sobie ich roz­mo­wę, a ra­czej mo­no­log mojej men­tor­ki i chło­pa­ka tylko po­ta­ku­ją­ce­go. Ha! Pew­nie za­sa­dzi­ła mu nie­złe­go kop­nia­ka, a była dzi­siaj w drew­nia­kach. Uśmiech­nę­łam się pod nosem i grzecz­nie po­ma­sze­ro­wa­łam za nim.

W po­miesz­cze­niach było czuć wil­goć, pa­no­wał pół­mrok i do tego to­tal­ny ba­ła­gan. Gdzie nie spoj­rzeć ja­kieś ru­pie­cie. Stary wóz sa­mot­nie stał pod oknem. W dru­gim kącie usta­wio­ne były mio­tły, widły oraz po­ła­ma­ne wia­dra. Na pół­kach cią­gną­cych się wzdłuż ścia­ny, mie­ści­ło się mnó­stwo za­ku­rzo­nych przedmiotów. Do­stę­pu do nich bro­ni­ła gęsto spleciona sieć pa­ję­czyn. Jed­nak gorsi byli jej straż­ni­cy. 

– Dawaj ko­szyk – pi­snął Artur. – Masz tu fla­ko­nik ter­pen­ty­ny, słoik z dże­mem i dużą bu­tel­kę soku z malin.

– Ale, po co to mi? – Przyj­rza­łam się z cie­ka­wo­ścią Ar­tu­ro­wi. – Już wiem! Pew­nie ta ter­pen­ty­ny­na jest wy­bu­cho­wa, sok tru­ci­zną, a dżem to jakiś ro­dzaj kleju, co? Ura­do­wa­na, ukła­da­łam brud­ne rze­czy w ko­szy­ku.

Po dłuż­szej chwi­li ciszy spoj­rza­łam na chło­pa­ka.

– A tobie, co? Cho­le­ra, to pająk, praw­da?! Mam go we wło­sach?! – Za­czę­łam gwał­tow­nie się otrze­py­wać, w oba­wie, że wło­cha­ty osob­nik zaraz mnie dziabnie. Cho­le­ry jedne, po ugry­zie­niu pa­dła­bym tru­pem. 

– Masz, jesz­cze to. – We­pchnął mi w ręce parę lnia­nych chu­s­te­czek, wy­bi­ja­jąc mnie tym z dziw­ne­go tańca. – Weź się ogar­nij dziew­czy­no. Dżem jest dże­mem, sok zwy­kłym na­po­jem, a ter­pen­ty­na to lek. Prze­cież mia­łem o cie­bie za­dbać, tak? To dbam. Wy­cho­dząc, weź chleb i kilka cia­stek ze sto­łów­ki, to bę­dziesz mieć pro­wiant na drogę. I nie za­cho­wuj się jak wa­riat­ka. Cóż to za po­mysł z tru­ci­zna­mi?

Od­szedł, ma­ru­dząc coś pod nosem, zo­sta­wia­jąc mnie w piw­ni­cy. 

 

Wiel­ki Las.

Po­po­łu­dnie.

 

Cho­le­ra, nie dam rady! On mnie za­bi­je, albo jesz­cze coś gor­sze­go. Żadna nie wró­ci­ła. Ja też nie wrócę! Dobra, nie pa­ni­kuj. Uspo­kój się i weź się w garść! Dasz radę. Bo jak nie Wolf, to Stara cię za­bi­je. Sku­ba­na, tak mnie wy­ćwi­czy­ła kop­nia­ka­mi, że czuję więk­szy strach przed czub­kiem jej buta.

Wzię­łam kilka głęb­szych wde­chów, upo­mi­na­jąc się w duchu.

 Idziesz nad wo­do­spad, do ko­le­gów. Idź sobie tak dalej, a potem za­błądź. Znajdź, niby przy­pad­ko­wo, chat­kę i za­py­taj o drogę – roz­my­śla­łam sto­jąc na roz­dro­żu.

Dziar­skim kro­kiem ru­szy­łam przed sie­bie, tro­chę już uspo­ko­jo­na, oczy­wi­ście w prze­ciw­nym kie­run­ku niż woda. I jak nie wy­rżnę o ka­mień, jak nie padnę na zie­mię! Le­ża­łam plac­kiem, ledwo po­wstrzy­mu­jąc zbie­ra­ją­ce się łzy, z po­wo­du prze­szy­wa­ją­ce­go bólu w sto­pie.

– Cho­le­ra, skrę­ci­łam kost­kę.  No żeż ku…

Nie skoń­czy­łam, bo po­bli­skie krza­ki  po­ru­szy­ły się. Naj­pierw po­ja­wił się mokry nos, na­stęp­nie ogrom­ne, żółte i pięk­ne śle­pia. Zza za­ro­śli wy­szedł po­tęż­ny, szary wilk.

– Dokąd idziesz Czer­wo­ny Kap­tur­ku? – wark­nął ludz­kim gło­sem.

Ga­pi­łam się na wiel­kie­go dra­pież­ni­ka jak durna, a prze­cież po­win­nam się bać. Zwierz pod­szedł bli­żej i ob­wą­chał bo­lą­cą stopę.

– Ja.. ja idę do… do, no tam – wy­beł­ko­ta­łam i po­ka­za­łam w stro­nę wzgó­rza. 

– Nie dasz rady iść z taką opu­chli­zną. Wsia­daj, za­bio­rę cię do sie­bie, opa­trzy­my twoją nogę, a póź­niej od­wio­zę cię do domu.

Za­tka­ło mnie. Ale jak je­chać z nim? A moje za­da­nie? Cho­le­ra, jed­nak nie dam rady do­trzeć do sta­rej chaty o wła­snych si­łach.

Wilk cze­kał cier­pli­wie, wi­dząc jak pro­wa­dzę we­wnętrz­ny mo­no­log. Pod­ję­łam szyb­ką de­cy­zję. Cho­ler­nie mu nie ufa­łam, ale więk­sze­go wy­bo­ru nie mia­łam. 

– Nie dam rady wstać. Po­mo­żesz mi? – spy­ta­łam, krzy­wiąc się przy tym. Kiedy usia­dłam, za­rzu­ci­łam mu ręce na ku­dła­ty kark, aby dźwi­gnąć się na zdro­wej nodze. Po­wo­li wgra­mo­li­łam się na ak­sa­mit­nie mięk­ki grzbiet. Skó­rza­na spód­ni­ca zbyt ogra­ni­cza­ła mi ruchy. Mu­sia­łam ją mocno pod­cią­gnąć. Trud­no się sie­dzia­ło, ale jakoś dałam radę, po­nie­waż mój tyłek z ła­two­ścią do­pa­so­wał się do sze­ro­ko­ści wil­czych ło­pa­tek. Byłam tak sku­pio­na na utrzy­my­wa­niu rów­no­wa­gi i ko­szy­ka, że nie za­uwa­ży­łam, iż wła­śnie po­dą­ża­my do chaty na skra­ju ru­cza­ju. W mo­men­cie kiedy ze­szli­śmy z go­ściń­ca na ścież­kę pro­wa­dzą­cą do domu, spa­ra­li­żo­wał mnie strach. Wilk lekko pchnął py­skiem sze­ro­kie drzwi, wszedł do środ­ka i przy­sta­nął przy łóżku, tak abym swo­bod­nie mogła się na nie zsu­nąć.

– Zaraz wra­cam – wark­nął i znik­nął w dru­giej izbie.

Zdez­o­rien­to­wa­na za­czę­łam roz­glą­dać się po przy­tul­nym po­ko­ju. Po­mi­mo, iż był śro­dek dnia, w po­miesz­cze­niu pa­li­ło się wiele aro­ma­tycz­nych świec. Gra świa­teł i cieni nada­ła bar­dzo cie­pły kli­mat, do­słow­nie też. Za­czę­łam się pocić w pe­le­ry­nie. Od­sło­ni­łam ra­mio­na, za­rzu­ca­jąc okry­cie tylko na plecy. Za­uwa­ży­łam przy tym, że kilka ha­ftek na bluz­ce po­pę­ka­ło, ale for­tun­nie osta­ły się te, które ledwo za­kry­wa­ły biust. Po­pra­wi­łam spód­ni­cę. Sie­dzia­łam zdez­o­rien­to­wa­na, po­nie­waż zza ścia­ny do­bie­ga­ły mnie po­dej­rza­ne trza­ski, sko­wyt, by w końcu sły­chać było kroki.

– Kim je­steś? – wy­ją­ka­łam, bo do sy­pial­ni wszedł ogrom­ny męż­czy­zna.

– Ja? Nie po­zna­jesz mnie? – za­śmiał się głę­bo­kim gło­sem. – Ja, moja droga, je­stem tym wil­kiem, który cię tu przy­niósł. – Uśmiech­nął się za­wa­diac­ko.

– Je­steś, no tym… wil­ko­ła­kiem?!

– Pra­wie – par­sk­nął. – Je­stem zmien­no­kształt­nym. Ale nie oba­wiaj się mnie. Nie je­stem takim po­two­rem za ja­kie­goś mnie uwa­żasz. Taki się uro­dzi­łem.

Ga­pi­łam się na niego prze­ra­żo­na kiedy pod­cho­dził do mnie.

– Jakie masz wiel­kie oczy – kon­ty­nu­ował, pa­trząc z góry.

– Aby cię le­piej wi­dzieć – szyb­ko od­po­wie­dzia­łam. Ad­re­na­li­na we mnie sza­la­ła, mocno przy­spie­sza­jąc od­dech.

– Ale masz wiel­kie… uszy. 

Po­pa­trzył na mój biust, kiedy zachłannie ła­pa­łam po­wie­trze. 

– Bo mi aż dech za­par­ło, jak na cie­bie pa­trzę – szep­nę­łam.

– Ale po co ci ko­szy­czek? – Wzro­kiem błą­dził już po­ni­żej mo­je­go pępka.

– A żeby ci nim przy­wa­lić.

Sie­dząc na kra­wę­dzi łóżka, rąb­nę­łam Am­bro­że­go z ca­łych sił. Rze­czy po­szły w roz­syp­kę. Pę­ka­ją­ca bu­tel­ka z so­kiem za­la­ła wszyst­ko, dżem zo­stał na nagim tor­sie Wolfa. Po­kru­szo­ne ciast­ka były wszę­dzie. Męż­czy­zna rzu­cił się na mnie, chwy­cił za ra­mio­na i zwa­lił na kle­istą pod­ło­gę. Kątem oka pod łóż­kiem wy­pa­trzy­łam śmier­dzą­cy me­dy­ka­ment. Po chwi­li tur­la­nia, kiedy to ja zna­la­złam się na górze, z wiel­kim hu­kiem wy­le­cia­ły drzwi wej­ścio­we do chaty.

Na progu stał przy­stoj­ny, bro­da­ty my­śli­wy. Wy­glą­dał­by jak młody bóg, gdyby nie ta strzel­ba. Mie­rzył już w nas, ale za­sko­czo­ny wi­do­kiem, za­wa­hał się. 

Przez moją głowę prze­le­cia­ły ty­sią­ce myśli. Wi­dzia­łam ter­pen­ty­nę, ale nie wie­dzia­łam, jak ją do­się­gnąć. Nagle sobie coś przy­po­mnia­łam. Głu­pia bla­do­li­ca sta­nę­ła mi przed ocza­mi. Pod­su­nę­łam się, przy­ci­snę­łam biust do twa­rzy zmien­no­kształt­ne­go. Moje ob­fi­te pier­si sku­tecz­nie unie­moż­li­wi­ły mu oddychanie. Zanim zdążył mnie zrzu­cić, chwy­ci­łam lek i wy­la­łam mu pro­sto na głowę. Cuch­ną­ca ciecz popłynęła po jego twa­rzy i szyi. Męż­czy­zna od razu znie­ru­cho­miał.

– Brawo mała! Nie­źle go za­ła­twi­łaś – za­śmiał się nie­zna­jo­my. –Naj­pięk­niej­sza śmierć w życiu! – Po po­miesz­cze­niu głu­cho ro­ze­szło się kla­ska­nie. – Wy, ca­pia­ry, macie me­to­dy!

Za­sko­czo­na od­wró­ci­łam się w stro­nę my­śli­we­go. Cho­le­ra, za­po­mnia­łam o nim. Ale miał rację, wy­glą­da­ło to jak­bym za­du­si­ła Wolfa cyc­ka­mi. 

– Spóź­ni­łeś się. Byłam pierw­sza – od­po­wie­dzia­łam, nadal leżąc na męż­czyź­nie.

Wtedy wy­da­rzy­ło się coś dziw­ne­go. Po­czu­łam ła­sko­ta­nie pod brodą. Jak się nie ze­rwa­łam! Jak z po­wro­tem nie wy­rżnę­łam o pod­ło­gę! Po pierw­sze primo bo­lą­ca kost­ka, po dru­gie primo za­plą­ta­na z Am­bro­żym w pe­le­ry­nie. 

– Po trze­cie primo pająk! – krzy­cza­łam jak wa­riat­ka. Najwyraźniej jakiegoś przemyciłam, a terpentyna musiała go wkurzyć. Cholera, to ja mogłam teraz leżeć trupem.

Tak do­no­śne­go śmie­chu dawno nie sły­sza­łam. Drugi agent zła­pał mnie za ra­mio­na, lekko uniósł, aż w końcu sta­nę­łam na zdro­wej nodze.

– Wiesz, że primo to jest po pierw­sze, praw­da? – chi­cho­tał, roz­dep­tu­jąc pa­ją­ka.

Zła­pał mnie pod ło­kieć i wy­pro­wa­dził kuś­ty­ka­ją­cą na ze­wnątrz. Przed domem stał za­par­ko­wa­ny wóz, za­ła­do­wa­ny po brze­gi słomą.

– A to co? – za­py­ta­łam za­sko­czo­na.

– Susz. Naj­pierw mia­łem za­miar pod­ło­żyć ogień, a potem wy­ku­rzo­ne­go dzia­da od­strze­lić. Jed­nak rumor do­bie­ga­ją­cy ze środ­ka był dziw­ny, więc po­sta­no­wi­łem to spraw­dzić, ale ta­kie­go wi­do­wi­ska  nie spo­dzie­wa­łem się.

Chło­pak cały czas się śmiał.

– Co cię tak bawi?! Wła­śnie pra­wie zgi­nę­łam! – szlo­cha­łam, pró­bu­jąc przy tym go kop­nąć.

 

Głów­na sie­dzi­ba CAP-u.

Mie­siąc póź­niej.

 

– Wiwat, wiwat! Niech żyje! – roz­brzmie­wa­ły głosy w auli. Sta­łam dum­nie, wy­pi­na­jąc sła­wet­ną pierś, przyj­mu­jąc no­mi­na­cję z rąk prze­wod­ni­czą­cej Agen­cji.

– Ho­no­ra­ta! Brawo mała! Moja szko­ła! – krzy­cza­ła moja opie­kun­ka.

Za nią szła, przy­gar­bio­na, chuda dziew­czy­na. W pierw­szej chwi­li jej nie po­zna­łam. 

– Ale ja mam do cie­bie szczę­ście – prych­nę­łam do bla­do­li­cej. – Nati, ko­cha­na, daj jej taką edu­ka­cję, jaką mi za­fun­do­wa­łaś. Pa­sku­da ma po­ten­cjał.

Przy­po­mnia­ło mi się, jak chcąc nie chcąc, pod­su­nę­ła mi po­mysł wyj­ścia z im­pa­su.

Na­stęp­nie Na­ta­lia wy­ja­śni­ła mi, co się stało z za­gi­nio­ny­mi dziew­czy­na­mi. Było ich wię­cej. W tym parę na­szych agen­tek, resz­ta to na­sto­lat­ki z po­bli­skich wio­sek. Więk­szość po­rwa­nych dziew­cząt była teraz w ciąży. Choć nie­któ­re w ze­szłym ty­go­dniu już uro­dzi­ły. Agen­cja po­sta­no­wi­ła od­cho­wać no­wo­rod­ki, ro­biąc z nich Elitę. W końcu ce­cho­wa­li się więk­szą od­por­no­ścią na ból, ży­wot­no­ścią no i zmien­no­kształt­no­ścią. Dzie­ci po­zo­sta­wio­no z mat­ka­mi, a ja mia­łam brać czyn­ny udział w ich szko­le­niu.

Cie­ka­we co im po­wie­dzą, jak za­py­ta­ją gdzie jest ich oj­ciec? 

 

Koniec

Komentarze

Przyjemne opowiadanie ze znanym i zgranym motywem w tle. Uduszenie biustem, śmierć zaiste dla prawdziwego mężczyzny :) Parę razy się uśmiechnąłem, ale mogłoby być lepiej. Szczególnie część w magazynie mocno przegadana i odstająca od całości. 

Dziękuję, za miłą ocenę. Ze sceną miałam problem nie mogąc ukrucić jej.

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

I znowu mam dylemat, bo tekst konkursowy w dzień dyżuru.

Nic to, po prostu zamelduję, że przeczytałam :)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bronia zaiste zabójczą się posłużyła…

Arcydziełem nazwać tego opowiadania się nie da, ale ganić nie ma za co. Jest do czego uśmiechnąć się – a czego chcieć więcej od parodyjki?

Hmmm… Przeczytałam. Przy Jaśce i Małgosi powtórzyłam trzy razy, nim mi się “Kopernik była kobietą” przypomniało. Szukanie odzieży, IMO, przynudza, a CAPowy Q jakiś nieco dziwny. Pannę z dżemami przeciw wilkowi wysyła… Ano, prawda, że tekst nie powala. Pewnie na panach – ze względu na rodzaj kaźni, rzecz jasna – zrobi większe wrażenie.

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Hmmm…

To jest b.dobry dopracowany tekst, naprawdę zasługujący na wyróżnienie. Gdybyś była tu stałą bywalczynią, już dawno byłby w bibliotece. 

Ok. Jak zwykle przesadzam. Niemniej…  jak już się przegaduje, to właśnie tak, a nie dla czystego ble, ble. :D

 

Aha, co do interpunkcji, ortografii to siem nie umiem wypowiedzieć ;)

Nie biegam, bo nie lubię

Bardzo dziękuję za poświęcony czas.

śniąca – przykro mi, że trafiło na Ciebie blush

Emelkali – wiem, że panna trochę ciemna z natury, przecie mogła sama wziąć broń jak myśliwy, ale to mój błąd. Powinnam wspomnieć o tym w którymś z dialogów. Jak zwykle wyszły moje skróty myślowe.

Adam KB – mało oryginalne, ale uczę się od Was, może za kilka lat czymś uda mi się zaskoczyć winkMoże.

Corcoranowaty – Ty mnie coraz bardziej intrygujesz – wiem, już to dzisiaj pisałam laugh, ale zaskoczyłeś mnie na całej linii (pewnie innych też wink)

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

b.

 

Corcoranowaty”

 

b.dobry

Nie biegam, bo nie lubię

Sympatyczny tekst, ładnie posplatałaś bajki. Podobało mi się wykorzystanie smaczków – na przykład rozmowa bohaterki z Wilkiem.

Trochę się pogubiłam; od czego w końcu on padł – od terpentyny (to wylanie na głowę takie szkodliwe?) czy uduszony?

Przydałoby się więcej informacji o Twoich wynalazkach. Czym na przykład zajmuje się CEP?

Próbował łapczywie wziąć oddech, ale moje obfite piersi skutecznie mu to uniemożliwiły. Zanim spróbował mnie zrzucić,

Powtórzenie.

Babska logika rządzi!

No widzisz… Na opinii Finkli da się polegać zdecydowanie bardziej.

 

Nie biegam, bo nie lubię

Finklo, Tobie również dziękuję. Biorę się za poprawki.

 

Poprawione, mam nadzieję, że wyjaśniłam zagadkę, nie spalając historii.

 

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

A chciałam dziś iść wcześnie spać, kierwa… Ale zaczęłam czytać i już musiałam skończyć :)

No nic. Bardzo sympatyczny i fajnie napisany tekst, chociaż scena w magazynie odzieżowym jest IMHO nieco przydługa, jakbyś nagle, po fajnym początku, traciła rozbieg. Ale potem jest już tylko lepiej, tak energicznie, wesoło, bez zadęcia, za to z jajem (i cycem). 

– Jakie masz wielkie oczy – kontynuował, patrząc z góry.

– Aby cię lepiej widzieć – szybko odpowiedziałam. Adrenalina we mnie szalała, mocno przyspieszając oddech.

– Ale masz wielkie… uszy. 

Popatrzył na mój biust, kiedy łapczywie łapałam powietrze. 

– Bo mi aż dech zaparło, jak na ciebie patrzę – szepnęłam.

Piękne :D

 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Gravel cieszę się, że się podobało. I dziękuję za punkcik smiley 

Za punkciki również dziękuję Finkli i corcoranowi – tak, mnie zaskoczyliście, że mi dech zaparło – w paluszkach na klawiaturze surprise

 

PS. Gravel, faktycznie udało Ci się wcześniej pójść spać wink

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Z początku byłem trochę zdezorientowany, dopiero w połowie tekstu zaskoczyłem. Jako mężczyźnie lubiącemu ładne biusty, spodobało mi się jego użycie jako swoistego “wunderwaffe”. Jeżeli w fantastyce można zabić spojrzeniem (bazyliszek), to tym bardziej można walczyć biustem, o ile jest odpowiednio okazały. Jest w tekście trochę potknięć, ale jest też zabawnie. Pozdrawiam z uśmiechem.

Ryszardzie dziękuję, a potknięcia chętnie przyjmę na klatę ;)

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Nie raz przypominała mi o podłym losie – nieraz

nie potrzebne dziury pośpiesznie pozaszywał. – niepotrzebne

zostawiając mnie w stęchłej piwnicy.  – piwnica raczej jest zatęchła 

 No rzesz ku… – to rzesz powinno chyba wyglądać na takie żeż 

No i do tego przegrałaś z przecinkami. Też uważam, że scenę w piwnicy należałoby skrócić.

Ale w sumie sympatyczne i nieźle się czytało. Zaś pewnie niejeden z panów chętnie by się popróbował w zapasach z Honoratką.

Klikam. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dziękuję Bemik.

No żeż, normalnie cud nad Odrą wink

 

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Droga KK. Nie bierz wszystkiego “na klatę”, bo to kobiecie nie przystoi. Lepiej doszlifuj ten zabawny tekścik korzystając z funkcji “edytuj”. Pozdrawiam rozbawiony.

Przeczytałam z pewnym rozbawieniem, ale – jeśli machnąć ręką na dość rubaszny humor – tekst wydaje się mocno chaotyczny. Jakby fabuła Ci się wyrywała z rąk i jakbyś ostatkiem sił próbowała ją otrzymać w jednym pliku tekstowym, żeby Ci się po całym dysku nie rozlała. Wszystko tak jakoś na hurra. Przydałoby się zwolnienie tempa i lekka redakcja, niemniej idea zacna.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Cycków nie urwało, ale przeczytałam bez przykrości, a nawet się uśmiechnęłam. Gdybyż jeszcze wykonanie było nieco lepsze, to i moje zadowolenie byłoby większe.

 

Spo­dzie­wa­łam się naj­gor­sze­go, prze­cież osta­tecz­ne za­da­nia są naj­cięż­sze.Spo­dzie­wa­łam się naj­gor­sze­go, prze­cież osta­tecz­ne za­da­nia są najtrudniejsze.

 

Nie­raz przy­po­mi­na­ła mi o pod­łym losie jej opie­kun­ki.Nie­raz przy­po­mi­na­ła mi o pod­łym losie swojej opie­kun­ki.

 

Na­ta­lia pu­ści­ła mi oczko.Na­ta­lia pu­ści­ła do mnie oczko.

Oczko puszczamy nie komuś, a do kogoś.

 

Chata na skra­ju ru­cza­ju?Chata na brzegu/ nad brzegiem ru­cza­ju?

 

–Do­po­sa­ży­my jesz­cze ko­szy­czek. – Brak spacji po półpauzie.

 

Do­stę­pu do nich bro­ni­ła gęsto uwi­kła­na sieć pa­ję­czyn. – Raczej: Do­stę­pu do nich bro­ni­ła gęsto spleciona sieć pa­ję­czyn.

 

Przyj­rza­łam się z cie­ka­wo­ścią Ar­tu­ro­wi. - Już wiem! – Zamiast dywizu powinna być półpauza.

 

abym swo­bod­nie mogła się na nie zsu­nąć . – Zbędna spacja przed kropką.

 

Po­pa­trzył na mój biust, kiedy łap­czy­wie ła­pa­łam po­wie­trze. – Nie brzmi to zbyt dobrze.

Może: Po­pa­trzył na mój biust, kiedy zachłannie/ chciwie ła­pa­łam po­wie­trze.

 

Pró­bo­wał łap­czy­wie wziąć od­dech… – Oddech to wdech i wydech. Oddechu nie można wziąć.

 

chwy­ci­łam lek i wy­la­łam mu pro­sto na głowę. Cuch­ną­ca ciecz roz­la­ła się… – Powtórzenie.

 

za­śmiał się nie­zna­jo­my. - Naj­pięk­niej­sza śmierć w życiu! – Zamiast dywizu powinna być półpauza.

 

Agen­cja po­sta­no­wi­ła od­cho­wać no­wo­rod­ki, ro­biąc z nich Elitę. W końcu ce­cho­wa­li się więk­szą od­por­no­ścią… – Piszesz o noworodkach, więc: W końcu ce­cho­wa­ły się więk­szą od­por­no­ścią

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Joseheim – dziękuję, muszę przemyśleć swój chaotyzm cheeky

regulatorzy – oczekiwałam z pewną nutką obawy na komentarz, ale się doczekałam smiley. Idę robić poprawki i się dokształcać wink Niby takie oczywiste oczywistości, a człowiek gubi się w tych oddechach.

 

Matko, cieszę się , że cycków nie urwało cheeky

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Ciekawie się czytało choć nie mogę się oprzeć wrażeniu, że fabuła wzorowana na bajce “Czerwony kapturek prawdziwa historia”. 

Faktycznie, zabrakło broni i czegoś co by się zacięło ale jak dla mnie całkiem miło się czyta. 

Nigdy nie odrzucaj tego co dobre.

Buziaki z prawej strony ;) Dziękuję

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Ciepłe, sympatyczne opowiadanie stworzyłaś :) W zabawnej konwencji, na kanwie znanej bajki, dzięki czemu chyba każdy się odnajdzie.

Bohaterka urzekająca – słodziutka, niezdarna, a jednak na koniec zwycięska – polubiłem ją :)

Opis walki z wilkiem plastyczny i odpowiednio dynamiczny, za to także +

 

Jedyne, do czego się przyczepię, to ten żenujący zwrot: “Taki mamy klimat”. Może innych to rozbawiło, mnie ino zirytowało…

 

Niemniej, miło się czytało :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dziękuję za niezmiernie miłe słowa, uwielbiam zabawę słowami, ale w obawie przed niezrozumieniem staram się tego nie robić, ponieważ stosuję za dużo skrótów myślowych. Na domiar złego droczenie się z ludźmi to moja kolejna pasja. Ba, nawet uważam to za sport, który regularnie uprawiam ze swoim “jedynym takim”, którego wszyscy znajomi zwą Wolf? Przypadek? devil

 

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Sympatyczny tekst, bohaterka… no nie z jajem, ale z innymi zabójczymi atutami, i choć na kolana nie rzuciło, to ogólnie się podobało.

Dzięki za kilka miłych chwil:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dziękuję za poświęcony czas, przynajmniej nie był do końca stracony wink

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Smaczków w tym sporo. Ciekawy pomysł na ponowne wykorzystanie i splecenie starych bajek. Pomimo przydługawej i przynudnawej części w magazynie odzieżowym, opowiadanie jest zabawne.

Tylko wciąż nie wiem, po co ta rozlana terpentyna, skoro piersi załatwiły sprawę. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Zawsze krytykuję scenarzystów, za wpychanie piersi w martwe punkty historii, a Ty posunęłaś się o krok dalej – biustem ubiłaś głównego antagonistę. Myślę, że Ci wybaczę, bo piersi walczyły w słusznej sprawie, a całokształt choć nie wywołuje fal śmiechu, jest sympatyczny. Rozbawiło mnie ostatnie zdanie w kontekście okoliczności zgonu zmiennokształtnego. Za to żart o klimacie i brudne ciuchy z początku takie sobie, Śniąca ma rację, że to przydługawa i przynudnawa scena :P

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Jejku, toż w zamyśle był pająk, który pod wpływem zalania  terpentyną ubił Wolfa, gra pozorów wyglądało inaczej niż było w rzeczywistości. Chciałam, aby to było w domyśle niż wprost napisane, a to jest kolejna lekcja, którą wyciągnęłam.

Przyznaję, że scena magazynowa stanowiła wyzwanie, aby nie było, aż tak nudno.

Śniąca, Nevaz dziękuję z czas i lekcję kiss

 

Mam bardzo silną wolę. Robi ze mną co chce.

Opowiadanie z całą pewnością sympatyczne. Chociaż, może aż za bardzo – podczas lektury lekko przeszkadzała mi infantylność. Nie na tyle, żeby czytało się źle, ale wystarczająco by nie czytało się całkiem dobrze :) Miałem wątpliwości co do tego, jak właściwie zginął nasz zmiennokształtny i dopiero Twój komentarz rozjaśnił mi tę kwestię. A agentki bardzo praktyczne – skoro już dzieciaki były, to trzeba to wykorzystać :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Nowa Fantastyka