- Opowiadanie: bemik - Truskawki

Truskawki

Opowiadanie zostało zainspirowane naszym truskawkowym konkursem, ale w końcu nie wzięło w nim udziału, ponieważ przesłałam je do  e-magazynu Histeria i ukazało się tam w numerze lipcowym.

Szczególne podziękowania dla Tenszy i AdamaKB oraz dla AlexFagus za konsultacje w sprawie metody uśmiercania. 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Truskawki

 

Urszula nie była lubiana na uczelni. Właściwie nigdy nie była lubiana, ale gdyby zapytać kogokolwiek dlaczego, raczej nie uzyskałoby się konkretnej odpowiedzi. Ani ładna, ani brzydka, inteligentna, mało towarzyska, zdeterminowana w dążeniu do celu. Może właśnie to ostatnie odstręczało od niej ludzi. Bo jak sobie coś postanowiła, to parła do przodu jak czołg, jak maszyna. Żadnych odstępstw od wytyczonego planu, zero słabości – jak tu lubić takiego człowieka. Jest sesja, wiadomo, trochę trzeba się przygotować, ale nie dajmy się zwariować: jakiś wypad za miasto, popijawa na błoniach nad Wisłą…

Ale Ula była na to nieczuła. Nic dziwnego, że już po pierwszym roku straciła potencjalnych kumpli. Niczego od nikogo nie chciała, nikt nie chciał nic od niej.

Skończyła studia i obroniła pracę bez problemów. I bez przyjaciół. Koleżanki z roku powychodziły za mąż albo przynajmniej miały facetów, a ona pozostała samotna.

Szara, nijaka, niezauważalna, zamknięta w sobie. Tak ją odbierano, ale wewnątrz kipiała jak wulkan. Z zazdrością zerkała na roześmiane, flirtujące koleżanki. Była taka jak one – otwarta, wyluzowana, radosna, żądna wrażeń, ale dopiero wtedy, gdy zniknęła w swoim pokoju, gdy ominęła śmierdzącego piwskiem ojca i zalęknioną matkę z zaczerwienionymi oczami. Kiedy odcięła się drzwiami od wiecznego wrzasku telewizora i wyzwisk rzucanych pod adresem żony, córki, prezentera czy polityków.

Ostatni raz uderzył ją, gdy miała dwadzieścia trzy lata. Za to, że za późno wróciła z pracy. Dostała w twarz zaraz po tym, jak otworzyła mieszkanie. Nie krzyknęła, nie zapłakała. Jak na zwolnionym filmie zamknęła drzwi, odłożyła klucze na półkę w przedpokoju, a potem odwróciła się do ojca. Kątem oka widziała wyglądającą zza futryny kuchni wystraszoną matkę. Spojrzała prosto w zaćmione alkoholem oczy mężczyzny:

– Biłeś mnie, gdy byłam dzieckiem. Wtedy nie potrafiłam się przed tobą obronić, ale teraz już umiem. Jeśli jeszcze kiedykolwiek uderzysz mnie albo mamę, pożałujesz – wycedziła przez zaciśnięte zęby.

– A co mi zrobisz? Zawołasz policję? Oni mają to w dupie. Wiesz, co będzie? – zarechotał. – Mała szkodliwość czynu. W końcu nie połamałem wam rąk, nie rozpierdoliłem ci tego głupiego łba ani nie zaciukałem! Świadków też nie masz! – Spojrzał wymownie w kierunku żony.

– A kto mówi o policji? – Urszula wzruszyła ramionami. – Za parę stówek znajdę chętnego do obicia ci mordy. A jak za bardzo podskoczysz, możesz zarobić i więcej.

– Bredzisz, głupia cipo, nie odważyłabyś się – wychrypiał.

– Spróbuj, to się przekonasz! – Dziewczyna wbijała wzrok w przekrwione oczy ojca. – Radzę ci zapamiętać, tkniesz matkę albo mnie i nie wyjdziesz spokojnie na ulicę.

Urszula została w domu rodzicielskim do śmierci mamy. Wtedy zniknął jedyny powód, który trzymał ją w tym miejscu – przerażona do granic wytrzymałości kobieta, zbyt słaba, by obronić siebie i swoją pociechę przed domowym tyranem. Zaraz po pogrzebie dziewczyna spakowała walizkę, zabrała dokumenty i wyszła. W pokoju zostawiła całe minione życie i szlochającego w pijackim amoku ojca.

 

* * *

Miała trzydzieści lat, trochę pieniędzy na koncie i pomysł.

Najpierw udała się do renomowanego salonu kosmetycznego po poradę. Zapłaciła więcej niż za wszystkie dotychczasowe wizyty w takich miejscach razem wzięte, ale była zadowolona. Już nie była nijaka; stała się pastelowa. Włosy w kolorze słonecznego blondu, ładnie obcięte, z frywolną grzywką opadającą na umiejętnie wyeksponowane makijażem, interesujące szarością oczy, do tego usta podkreślone ciepłym odcieniem beżu. Buty na obcasie, letnia sukienka i słomiany kapelusik – nikt nie rozpoznałby w tej zadbanej kobiecie Urszuli.

Zatrudniła się w małej kawiarence. Dyplom schowała na dno walizki wsuniętej pod łóżko w wynajętym pokoju. Potem wyszukała odpowiedniego mężczyznę. Już niemłody, zbliżający się do pięćdziesiątki, ale oczywiście samotny i przy kasie. Nie spieszyła się, nie stać jej było na pomyłkę.

Trzy lata spędziła z Antonim. Gotowała, prała, sprzątała, wychodziła na wizyty do przyjaciół i do szpitala, kiedy nadszedł udar, a kilka miesięcy później – kolejny. Wprawdzie lekarz dziwił się nieco tym częstym powikłaniom, ale sztuczna zastawka zawsze niesie za sobą podobne ryzyko, a on nie takie rzeczy już widywał.

Trzy lata robiła dobre wrażenie. I w dzień, i w nocy. Ale w końcu dopięła swego.

Odetchnęła; po roku sprzedała mieszkanie wraz z całym wyposażeniem, wyrzuciła z głowy obraz męża, który po jakimś czasie niepokojąco zaczął przypominać znienawidzonego rodzica. Już wcześniej brzydził ją obleśny dotyk, ślina, którą zostawiał jej w ustach, na piersiach, kleisty ślad jego rozkoszy na udach i brzuchu, dłonie penetrujące każdy kawałek ciała. Ale pewnej nocy usłyszała zniekształcone podnieceniem słowa: chodź do tatusia! Potem zaciskała oczy, zagryzała wargi i jęczała, żeby Antoni czuł się usatysfakcjonowany, żeby niczego nie podejrzewał. Odetchnęła, gdy choroba odebrała mu siły.

Najpiękniejszy był ostatni miesiąc. Stała się niemal aniołem Antoniego; wodził za nią oczami, gdy poruszała się po pokoju, wycierając kurze i porządkując bibeloty; przymykał w zawstydzeniu powieki i szeptał słowa podziękowania, kiedy obmywała go.

A ostatniego dnia, gdy był już bardzo słaby, tak słaby, że nie mógł nawet mówić, ustawiła na stole butelkę szampana, kieliszek i miseczkę świeżych truskawek, a obok umieściła spodeczek z cukrem.

Był początek czerwca; wiatr rozwiewał firanki i przynosił do domu zapach bzu, śmiech dzieci i poszczekiwanie psów.

Antoni z trudem oddychał, słońce usiłowało ożywić matowe spojrzenie, ale wszystko na darmo.

Urszula otworzyła wino i nalała do kieliszka schłodzony trunek. Po kilku chwilach szkło zawilgotniało, a kobieta przesuwała palcami po smukłym kształcie w górę i w dół, rozcierając mgiełkę. Kiedy zobaczyła, że spojrzenie męża zogniskowało się na jej dłoniach, chwyciła dorodną truskawkę, wcisnęła ją w cukier, a potem uniosła do ust. Kryształki spadały na stół i na podłogę, kiedy oblizywała owoc. Język zataczał kręgi, rozpuszczał białą słodycz i pozwalał, by skapywała na ręce.

Antoni głośno przełknął ślinę, zafascynowany zarówno erotyzmem, jak i witalnością sceny.

– Po co to robisz? – spytał bełkotliwym szeptem.

Nie odpowiedziała od razu, tylko wzruszyła ramionami, a potem wgryzła się w miąższ.

– Kiedy po raz pierwszy wepchnął te swoje brudne, tłuste paluchy – powiedziała, nie patrząc na męża – płakałam i prosiłam, żeby mi tego nie robił. A on obiecał, że jak będę grzeczna, to mi to wynagrodzi. Kupił truskawki. Ogromne, soczyste, dojrzałe, ociekające sokiem. Leżałam jak one na stole, a on wkładał je, a potem wylizywał, mówiąc, że nie potrzeba cukru, bo jestem taka słodka… A potem… Krwi też nie było widać, bo wymieszała się z sokiem.

Urszula zamilkła. Chwyciła kolejny owoc, zanurzyła w cukrze i odgryzła kawałek. Machinalnie powtarzała czynność, aż w miseczce zostały same szypułki. Potem uniosła kieliszek i opróżniła go.

Zanim nalała sobie ponownie, powiedziała jakby do siebie:

– A mama płakała w pokoju obok. – Urszula umoczyła usta w winie i odstawiła szkło. – Głupia pizda, bała się go. Bała się go tak bardzo, że nie potrafiła nic zrobić. Tylko ryczała. Ale ja nie będę płakać. Nigdy.

– Myślałem, że mnie… – Antoni zdołał się zmusić do wyszeptania kilku słów, ale szybko zabrakło mu sił.

– Co myślałeś? – Kobieta spojrzała na niego z nienawiścią w szarych oczach. – Że cię kocham? Że sprawia mi to przyjemność? Gówno prawda! Prawie rzygałam, kiedy śliniłeś się na mój widok. Ale zniosłam wszystko, bo wiedziałam, że mi zapłacisz. I nie tylko ty.

Antoni poczerwieniał z gniewu i bezsilności. Urszula stanęła nad nim z kieliszkiem w dłoni, w drugiej ręce trzymała buteleczkę z lekiem przeciw krzepnięciu krwi, wytrząsała bezpośrednio do ust cukiereczki i rozgryzała ze smakiem. Czekała, kiedy pojawi się u niego zrozumienie i badawczo obserwowała, jak z trudem wciąga powietrze, nasłuchiwała świszczącego oddechu, patrzyła z ciekawością w zamierające oczy i na dłonie, zaciśnięte dotychczas na kołdrze, a teraz prostujące się bez woli właściciela. Jeszcze się zakrztusił, zacharczał i spojrzał z wyrzutem na tę twarz, którą wydawało mu się, że zna tak dobrze.

Klatka piersiowa mężczyzny unosiła się w nierównych oddechach, z każdą chwilą słabszych, z każdą chwilą płytszych. Aż wreszcie ruch ustał.

Urszula patrzyła na rozchylone usta, w otwarte oczy i napawała się spokojem. Tym zewnętrznym i tym, który rozlał się po jej duszy.

– Kolejnego skurwysyna mniej – powiedziała i wysączyła do końca zawartość kieliszka.

 

* * *

Miała czterdzieści cztery lata, gdy odkupiła podupadającą posiadłość. Zatrudniła ludzi, postawiła kilka domków, zainwestowała i stworzyła piękne gospodarstwo agroturystyczne. Atrakcję stanowiły zwierzęta, które można było dotknąć, nakarmić albo wydoić i zrobić własnoręcznie ser oraz paręset metrów upraw pod folią, gdzie każdy mógł zerwać warzywa czy owoce na śniadanie lub podwieczorek. Szczególną troską otaczała zagony z truskawkami, tam potrafiła nawet sama pracować. Pieniędzy jej nie brakowało. Antoni był majętnym człowiekiem, a warszawskie mieszkanie ojca też sprzedała za niemałą kwotę.

Zawiadomienie o jego śmierci przyjęła z takim samymi emocjami jak rachunek z gazowni. Pojechała na pogrzeb, załatwiła formalności, a lokalu pozbyła się przez pośrednika. I wyrzuciła z pamięci kolejnego mężczyznę.

Gospodarstwo kwitło, Urszula też. Chyba nikt nie rozpoznałby w tej dojrzałej, pewnej siebie kobiecie dawnej Uli. Kierowała sporym zespołem ludzi, z dużą wiedzą i wyczuciem zarządzała firmą, a wieczorami czarowała gości. Nic dziwnego, że jej kwatery cieszyły się ogromnym powodzeniem. A wówczas zaczęła rozsyłać maile.

I natrafiła na ślad przeszłości. Bartek Borowiak brylował na pierwszym roku, potem zmienił kierunek i ich drogi rozeszły się. Ale nawet dziś pamiętała to uczucie, gdy serce zamieniło się w lód. Stał na antresoli, patrzył na nią, pomachał ręką i posłał całusa. Skinęła głową, uśmiechając się do niego, a potem obserwowała jak powoli schodzi po schodach, zagadując po drodze kumpli, żeby nie wyszło, że za bardzo się spieszy. Przez chwilę straciła go z oczu, kiedy opuścił najniższy schodek, ale zaraz namierzyła płową czuprynę. Kierował się w jej stronę, patrzył w oczy, a kiedy nie mogła wytrzymać już napięcia, spuściła wzrok. I czekała. Czekała, wpatrując się w brudną kamienną posadzkę. Aż wreszcie usłyszała za plecami jego śmiech. Odwróciła się zdezorientowana. Wciskał twarz w długie, lśniące włosy Anety, zaciągał się jej zapachem, flirtował. Z Anetą.

A ona stała samotna, zagubiona na środku korytarza, pośród kilkudziesięciu obojętnych ludzi. Serce, jak szalone, łomotało tą nadzieją sprzed paru minut, krew rozsadzała skronie, kolana drżały z napięcia.

Przeszli obok niej, nie zwracając uwagi na szarą, nijaką dziewczynę. Ignorując, jakby nie istniała. A ją tak bardzo bolało, że miała ochotę krzyczeć. Ale milczała, zagryzając wargi. A potem poszła do marketu i kupiła mrożone truskawki. Była zima.

Teraz widziała jego nazwisko na liście osób, którym firma zafundowała tygodniowy pobyt na łonie natury w nagrodę za dobre wyniki sprzedaży. Jeszcze nie dowierzała swojemu szczęściu, ale już układała plan.

Natychmiast spostrzegła Bartka – ten sam szelmowski uśmiech, blond czupryna. Trochę przybyło mu w pasie, ale zachował urok. Nie nosił obrączki i nie poznał Urszuli.

Już pierwszego wieczoru adorował atrakcyjną gospodynię, badał grunt, na ile sobie może pozwolić. A ona działała bardzo rozważnie, krygowała się jak nastolatka, by za chwilę zaskoczyć mężczyznę czymś wyjątkowym.

Kiedy po siedmiu dniach grupa opuszczała gościnne progi, szepnęła mu na osobności, że kolejna zmiana gości dojedzie dopiero w poniedziałek. Zasugerowała, żeby samochód zostawił na leśnym parkingu i dotarł do niej po zmroku. Nie potrzeba plotek wśród wioskowych.

– Zostawię otwarte drzwi – wydyszała mu prosto w ucho i ugryzła wystarczająco mocno, by długo o niej pamiętał.

Zastukał cicho i grzecznie poczekał na zaproszenie. Gospodyni przywitała go wygłodniałym pocałunkiem; wplotła dłonie w miękkie włosy i przyciągnęła do siebie. Bartek nie protestował – lubił dojrzałe kobiety, wiedziały, czego chcą i jak chcą. Pozwolił prowadzić się kochance. Jego ręce błądziły po plecach, pieściły pełne biodra, ześlizgiwały się po miękkich krągłościach. Kiedy zacisnął dłonie na pośladkach, otoczyła go nogą. Jęknął głośno, gdy boleśnie uszczypnęła go w udo, tuż obok krocza. Roześmiała się wtedy i odsunęła go.

– Przygotowałam dla nas małe co nieco. – Zaprosiła mężczyznę gestem do zastawionego stołu.

Nie protestował, potrzebował chwili, żeby zebrać myśli. Zbyt szybko zaatakowała go w przedpokoju. Z jednej strony podobało mu się to, z drugiej – nie lubił tracić inicjatywy.

– Nalejesz nam? – Urszula głową wskazała butelkę.

Podniósł się posłusznie i napełnił kieliszki.

– Częstuj się, proszę. – Kobieta ponownie zwróciła jego uwagę na przekąski.

– A ty? – spytał, wpatrując się jak kosztuje czubkiem języka wina i oblizuje brzeg kieliszka.

– Ja tylko truskawki, mój drogi. Nie mogę sobie pozwolić na kolację o takiej porze.

Chwyciła owoc i wbiła zęby, aż pociekł sok. Pozwoliła mu płynąć cieniutką strużką po brodzie i szyi. Następną truskawkę ugryzła i nie spuszczając wzroku z twarzy Bartka, rozsmarowała owoc między piersiami.

– Lubisz truskawki? – spytała i nie czekając na potwierdzenie, nakazała: – Zliż ten sok.

Bartek odstawił kieliszek, podniósł się z krzesła i podszedł do Urszuli. Nachylił się nad nią, a potem przejechał językiem po czerwonych śladach.

– Weź truskawkę – poprosiła – tylko zanurz ją w cukrze.

– Nie potrzebuję cukru – szepnął wprost w jej piersi – jesteś taka słodka…

Ciałem kobiety wstrząsnął dreszcz. Bartek wzmógł pieszczoty.

– Proszę, z cukrem – wyszeptała, wbijając mu paznokcie w ramiona.

Nie wiedział nawet, kiedy pozbawiła go koszuli. Podgryzała i drapała.

– Lubisz ostro? – spytał.

– Lubię truskawki z cukrem – wyjęczała.

– To proszę! – Podał jej czerwony owoc upudrowany bielą.

– Ja nie mogę – wzdrygnęła się. – Ale ty jedz… Jedz ze mnie truskawki z cukrem. Z dużą ilością cukru… Niech chrzęści pod zębami…

Jakiś kretyński fetysz, a te truskawki nie są nawet zbyt smaczne, pomyślał Bartek, ale posłusznie maczał owoce w cukrze, gryzł i rozsmarowywał po ciele kochanki. Do momentu aż poczuł, że jest mu mdło, że robi mu się słabo, że ogarnia go bezwład i ciemność.

 

* * *

Obudził go chłód i wilgoć. Z trudem usiadł, głowa pulsowała mu nieznośnym bólem. Próbował się podnieść, ale całe ciało miał odrętwiałe. Podparł się dłonią i poczuł szorstkość betonu. Oprzytomniawszy nieco, zaczął się rozglądać. Znajdował się w pomieszczeniu dwa na dwa, ale sufit oddalony był o jakieś trzy metry. Uniósł głowę; boks oświetlała jedna słaba żarówka, obok niej dojrzał metalową klapę z małym szklanym okienkiem. Zauważył, że brzegi zabezpieczone zostały gumową uszczelką.

Jak się tutaj znalazłem? Co się ze mną działo?

Powoli wracał obraz ostatniego wieczoru – namiętna gospodyni, truskawki, ciemność. Nadal nie wiedział, w jaki sposób trafił do tej nory, nie miał też pojęcia, ile czasu tu siedzi. Chciało mu się pić i lać. Po chwili dreptania opróżnił pęcherz w kącie. Próbował krzyczeć, ale wkrótce zaprzestał wysiłku. Betonowe ściany skutecznie głuszyły wszelkie odgłosy.

Zapadł w niespokojną drzemkę. To jakiś żart. Kurewsko głupi, ale żart, pomyślał. Miał nadzieję, że za chwilę ktoś się pojawi i uwolni go. Nerwy mu puściły; mimo iż wiedział, że to daremny wysiłek, wrzeszczał, ile sił w płucach:

– Wypuść mnie! Ty durna kurwo ! Wypuść! Słyszysz! Zabiję cię, jak stąd wyjdę

Krzyk podrażnił gardło tak bardzo, że Bartek zaczął kaszleć, ale nie przerywał, dopóki całkiem nie ochrypł. Potem skulił się w kącie, ramionami objął kolana i kwilił jak małe dziecko.

– Błagam… proszę… Ojcze nasz, któryś jest…

Nie wiedział, ile czasu minęło. Budził się, potem znowu zasypiał i słabł coraz bardziej. W głowie kręciło mu się z głodu, język przysychał do podniebienia. Próbował lizać beton, ale choć był wilgotny, nie dał ukojenia.

Zdawało mu się, że nachyla się nad nim matka, głaszcze po włosach i szepcze pocieszające słowa do ucha. Uśmiechnął się leciutko.

– Cieszę się, że jesteś w dobrej kondycji!

Bartek nie wiedział, czy naprawdę słyszy kobiecy głos, czy to wszystko mu się tylko śni. Z trudem uchylił powieki. Klapa była otwarta, a na wprost zobaczył twarz Urszuli.

– Pomóż… – wyszeptał spękanymi ustami.

– Musisz mówić głośniej, bo wcale cię nie słyszę.

– Pomóż mi – wycharczał. – Pić…

– A wiesz, jakoś nie pomyślałam o tym. Ale przyniosłam ci prezent.

Bartek nie poruszył się, kiedy otworzyła jakieś metalowe pudło i wysypała na niego zawartość. Zresztą po chwili wszystko sturlało się na boki i uciekło pod ściany. Mężczyzna z trudem przekręcił głowę.

Kiedy zrozumiał, co za lokatorów dorzuciła mu Ula, nie był już nawet w stanie krzyczeć, charczał tylko w rytm nabieranego powietrza.

– Wybacz, że nie zostanę do końca przedstawienia, ale nie znoszę smrodu i krzyków. Popatrzę sobie przez okienko.

Urszula zamknęła klapę, ale widział jej twarz przyciśniętą do szyby. Patrzył w jej oczy, ostatnim wysiłkiem próbował nawet wyciągnąć do niej rękę, ale nie udało mu się.

Na pierwsze ugryzienie nie czekał długo.

 

* * *

Urszula musiała jeszcze utopić w pobliskim bagnie auto Bartka. Założyła więc jednoczęściowy kombinezon roboczy, włosy ukryła pod chustką i naciągnęła gumowe rękawiczki – tak na wszelki wypadek, gdyby policja kiedyś wygrzebała ten samochód. Bo to, że będą u niej węszyć, nie ulegało wątpliwości. Nie ulegało również wątpliwości, że w życiu nie odkryją tego bunkra. Podobno w czasie wojny ukrywało się w nim przez rok dwoje Żydów. Skoro gestapo nie znalazło tego miejsca, nasi gliniarze nie mieli szans.

Dobrze, że zanosiło się na deszcz. Wszystkie ślady po samochodzie powinny zniknąć. Zrobiło jej się żal, że pozwoliła szczurom zeżreć Bartka. Mogła użyć go jako nawozu pod truskawki – w następnym roku zaowocowałby obficie.

Trudno, ale jeszcze nic straconego…

 

Koniec

Komentarze

przymykał w zawstydzeniu powieki i szeptał słowa podziękowania, gdy kiedy obmywała go.

Albo albo ;)

 

Opowiadanie jest niewątpliwie ładnie napisane. Czyta się samo – zajrzałam na chwilę, zobaczyć co ciekawego słychać, a ostatecznie doczytałam do końca. Ale… no nie zachwyca. Postać Urszuli, zapewne umyślnie, skonstruowana jest w taki sposób, że nie mogłam wykrzesać dla niej odrobiny współczucia czy zrozumienia. Tak samo zresztą jak dla reszty postaci. 

Sama historia zaś – jest dość płaska, ale to zapewne wina niewielkiej objętości opowiadania. Nie ma czasu, żeby się rozpędzić, zagłębić w psychikę bohaterów. Skutkiem czego historia zmaltretowanej femme fatale pozostawiła mnie kompletnie niewzruszoną. 

 

 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Przeczytam zaraz jak wnuczka odjedzie. Na razie jestem uziemiony. Wpiszę się za dwa dni. Pozdrowienia sierpniowe.

Przeczytałam w Histerii :)

Jedna rzecz mnie tu trochę uwierała – mianowicie to, że nie widziałam żadnego zwiastuna transformacji szarej myszki w psychopatkę. I przez to trudno mi było w tę metamorfozę uwierzyć. Moment, w którym odważyła się postawić ojcu mógłby spełnić tę rolę ale wydał mi się zbyt… no nie wiem, zdrowy? 

Temat trudny, ciężki i nieprzyjemny, przez co lektura wzbudziła we mnie raczej niefajne odczucia, ale to raczej zapisuje się na plus, bo pewnie innych budzić nie miała ;)

Przeczytałam, bo Twoje, a teraz nieco żałuję. Z jednej strony mam jak Gravel, z drugiej…

Napisane jednak wyśmienicie – za wyjątkiem byczka, który wskazała już Gravel – masz więc ode mnie pkt.

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Wiadomo, że napisane dobrze, bo to Bemik. Przesłanie nienowe, ale czyta się przyjemnie.

Tylko gdzie tu jest fantastyka?

Babska logika rządzi!

Horror jest, Finklo, horror :)

A fantastyka? Że wystarczyło pójść do fryzjera, żeby zostać psychopatką… A nie, to możliwe. Ze dwa razy byłam tego bliska :D

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Jak horror, jak Bemik oznaczyła, że inne?

A poza tym, IMO, horror też wymaga czegoś nadprzyrodzonego. Psychopatka to zwykły kryminał albo obyczajówka.

Babska logika rządzi!

Czytałam jeszcze w Histerii. Podobało mi się. Klimat jest, truskawki ciekawie pokazane i jak dla mnie horror jest wtedy, gdy dzieją się baaaaardzo złe rzeczy. A tu jest ich sporo!

W takim tekście nie ma konieczności aby element fantastyczny się pojawił, w horrorze, z tego co się orientuję, wystarczy np. psychopatyczny morderca (samo to jest fantastyką). :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Och, Morgiano, psychopatów niestety nie stworzyli fantaści. Jeno przenieśli ich na karty książek ;(

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Emelkali, zgadzam się, ale na pewno nie nazwałabym tego obyczajówką, czy kryminałem. To tak samo, jakby ktoś chciał obyczajówką nazwać “Piłę”. ;P

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

A tu ja się z Tobą zgadzam :) Horror zdecydowanie jest fantastyczny.

Ale co ja tam wiem… Nie czytam i nie oglądam horrorów. W całym życiu przeczytałam tylko jeden.

Twierdzę Francisa Paula Wilsona, a i tak tylko dla tego, że to było romansidło :D

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Faktycznie, ładnie napisane i dobrze się czyta. Natomiast, moim skromnym zdaniem, w opowiadaniu jest kilka zasadniczych problemów:

– Antoni przed 50tką i stary – naprawdę? Może napisz, że w średnim wieku albo dodaj mu przynajmniej jeden krzyżyk?

– Lek przeciw krzepnięciu krwi – doustnie? I lekarze się nie domyślili? U pacjenta ze sztuczną zastawką?! Nie ma szans.

– W weekend szczury zjadły dorosłego mężczyznę z nadwagą – proszę! ile tych szczurów było? 20? 30 kg?

No i najważniejsze: Urszula była molestowana jako dziecko i została pod jednym dachem z ojcem przez tyle lat? Z psychologicznego punktu widzenia, wydaje mi się to bardzo mało prawdopodobne. Zwłaszcza, biorąc pod uwagę to, że była zdolna do opisywanych przez Ciebie, wyrafinowanych i zaplanowanych z zimną krwią zbrodni. 

 

Hmm... Dlaczego?

DZiękuję wszystkim za wizytę i komentarze. 

Gdy-kiedy poprawiam, zostało oczywiście po mojej korekcie. 

Drewian – Antoni przed pięćdziesiątką stary? Oczywiście, moja droga. Pierwszy raz dowiedziałam się, że jestem stara, jak miałam jakieś 36 lat:-)

W jeden weekend szczury zjadły? – NIe, nie w jeden, siedział sobie parę dni.

Dzięki.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dla zabicia czasu w pracy dokonaliśmy nieco obliczeń. Wyniki są zadziwiające:

Zakładając, że:

– szczur może dziennie zjeść do 10% masy ciała

– średnia masa ciała szczura to 300g

– średnia masa szkieletu mężczyzny to 12kg

100 szczurów potrzebuje ok 23 dni, żeby obgryźć mięsko z mężczyzny o wadze 82kg.

 

To oczywiście duże uproszczenie, nie biorące pod uwagę wariacji takich jak:

– zwiększenie populacji szczurów (ciąża u szczurów trwa 21-23 dni, więc przy końcówce mogą trochę przyspieszyć z jedzeniem)

– zmniejszenie populacji szczurów (ogonki mogą uciec, rozchorować się, pozabijać w walkach itd)

– brak apetytu u szczurów (nadpsute mięsko może nie smakować tak dobrze, ogonki mogą się przejeść, znudzić, rozchorować)

Hmm... Dlaczego?

Bardzo mnie śmieszy, kiedy autorki zarzucają sobie wzajemnie brak fantastyki w utworze, a za jakiś czas dodają utworek również bez cienia fantastyki. Zarzut o braku fantastyki nie jest merytorycznym zarzutem, a opinią poboczną. Ten utworek jest najwyraźniej thrillerem. Dobrze napisany i ciekawy, choć psychologicznie raczej wątpliwy. Pozdrawiam wszystkie panie, bo pana tu nie uświadczyłem.

Czytało się dobrze, ale opowiadanie nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Ot, skrzywdzona, niedoceniona i lekceważona, pewnego dnia zmienia wygląd i bierze sprawy w swoje ręce. Podobne historie już pisałaś i przynajmniej była w nich magia, a w Truskawkach, niestety, ani odrobiny. Jest czysty realizm z obłędem w tle. Histerii to wystarczyło. Ja spodziewałam się znacznie więcej.

 

Ani ładna, ani brzyd­ka, in­te­li­gent­na, mało to­wa­rzy­ska, ukie­run­ko­wa­na na cel. – Chyba masło maślane. Ukierunkowany, to mający wyznaczony cel.

Może: …zdeterminowana, by osiągnąć cel.

 

Włosy w ko­lo­rze sło­necz­ne­go blon­du… – Blond jest nieodmienny, więc: Włosy w ko­lo­rze sło­necz­ny blon­d

 

usta­wi­ła na stole bu­tel­kę szam­pa­na, kie­li­szek i mi­secz­kę świe­żych tru­ska­wek, a obok usta­wi­ła spode­czek z cu­krem. – Powtórzenie.

Drugie ustawiła jest zupełnie zbędne.

 

Potem unio­sła kie­li­szek i opróż­ni­ła za­war­tość. – Opróżniła kieliszek z zawartości, nie zawartość.

Może: Potem unio­sła kie­li­szek i wypiła trunek/ opróżniła go.

Osobiście wolę, żeby wypiła, bo aby opróżnić naczynie, można też wylać jego zawartość.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję wszystkim za wpisy i uwagi. Reg – jak zwykle dzięki za wychwycenie kolejnych baboli

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Cieszę się, jeśli pomogłam. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mi się tekst nadal podoba, a jak komuś kiedyś pod tekstem grozy marudziłam, że fantastyki brak, to dostałam zjeb… uprzejme upomnienie, że groza wystarczy :P

Tylko nie "Tęcza"!

Realizm opowieści jest jej największą siłą. Napisane stylowo, nie ma zbędnych zdań. Bardzo przemyślany, dopracowany tekst. Podobało się :)

Dzięki.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Czytałem ten tekst jakiś czas temu w magazynie Histeria. Od tego czasu inaczej patrzę na truskawki. Podoba mi się. :-)

Dobrze, że sezon się skończył :-) Dzięki

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Lek przeciw krzepnięciu krwi – doustnie? I lekarze się nie domyślili? U pacjenta ze sztuczną zastawką?! Nie ma szans.

@Drewnian – ech, gdyby nieterapeutyczny INR u pacjenta ze sztuczną zastawką był sytuacją tak niecodzienną, by rodzić podejrzenia o złą wolę rodziny zamiast np. o skrytobójcze nażarcie się bigosu… Piękna wizja. Poza tym, jak ktoś faktycznie działa w złej wierze to poda dawkę nasycającą leku przed badaniami kontrolnymi – i jest duża szansa, że wyniki będą ok. I nie rozumiem, skąd zdziwienie, że doustnie.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

O, proszę, “Truskawki” są już tutaj… No to klik, proszę Szanownej Koleżanki Autorki.

AlexFagus – nasz nieszczęsny Antoni miał tą sztuczną zastawkę zanim poznał Urszulę (a przynajmniej tak rozumiałam z lektury opowiadania). Brał antykoagulanty od wielu lat i nic się nie działo. Potem nagle ożenił się Urszulą i zaczęły się problemy. W takiej sytuacji oczywiste jest (przynajmniej dla mnie), że lekarze chcieliby wiedzieć dlaczego. Prawdopodobnie zbadaliby (i wykluczyli) inne przyczyny zaburzeń krzepliwości krwi. Badanie (również oznaczenie wspomnianego przez Ciebie INR) wskazałyby, że winny jest jakiśtam antykoagulant. Odkrywszy to lekarze zmieniliby dawkę lub lek, podali antidotum, przetoczyli plazmę itd. Szczere wątpię, że pokiwaliby głowami i rzucili winę na leki, które do tej pory działały! Może zrobiliby tak za pierwszym, drugim razem, ale Urszula podtruwała Antoniego przez 3 lata! Po tak długim czasie biedaczek dostałby przecież jakiś efektów ubocznych, co dodatkowo ułatwiłoby identyfikację trucizny i trucicielki.

Już zupełnie abstrahując od pytania: skąd Urszula wzięła tyle antykoagulantów (że nie wspomnę o kilku setkach szczurów)?

Hmm... Dlaczego?

Drewian – raczej nie będę Ci tutaj dokładnie tłumaczyć, jak wygląda monitorowanie leczenia przeciwkrzepliwego – jeśli Cię to interesuje, napisz do mnie na priva. Poza tym ona go nie podtruwała, ona po prostu nie podawała mu leków, które powinien dostawać.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Drewian, zostawmy metodę nieleczenia Antoniego, to tylko jeden ze sposobów.  A szczurów wcale nie było dużo – NIE NAPISAŁAM jak długo umierał, jak długo leżał w bunkrze, ani jak długo żarły go szczury. Napisałam o kilku egzemplarzach i o tym, że poczuł pierwsze ugryzienie. Cała reszta to Twoja wyobraźnia, która DOPISAŁA coś, czego nie było.

Alex – dzięki.

Adamie – również dziękuję.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Sio! Do biblioteki.

Mocny, realistyczny tekst o porąbanej bohaterce, a ja takie (teksty) lubię.

Sorry, taki mamy klimat.

Jak sio? Jak sio? Gdzie te sio, Sethraelu? 

Wiem, wiem: obiecanki, cacanki…

Dzięki, Seth za wizytę i krzepiący komentarz. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ups. Zapomnialem zrobic sio, juz nadrabiam. ;)

Sorry, taki mamy klimat.

A gdzie tu fantastyka?

 

/edit

I od razu patrząc na poprzednie komentarze – skoro nie ma tu fantastyki to mamy tu thriller :)

ba dum tssss (czyli baran, bęben i wąż spadają z klifu)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Bo to DJu właśnie miał być thriller (ewentualnie groza, która nie wyszła) do magazynu Histerii :-)

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Że mi się podobało, to już Bemik wiesz. Że nie ma fantastyki, to fakt, ale nie będę wybrzydzał. Co mi się nie podobało, też już wiesz. Więc jedynie wspomnę na marginesie, że ostatnio gdzieś czytałem o gościu, który utknął w jakiejś rurze spustowej i tym samym uwięził mieszkające tam szczury. Milusińskie zwierzątka stwierdziły, że określenie gryzoń zobowiązuje i… przegryzły się przez nieszczęśnika, robotę zaczynając od twarzy. Bemik, może warto podrasować zakończenie ;-) 

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Brrr, no właśnie tego mojej kobiecej naturze brakuje. Staram się i staram, żeby było strasznie, a tu nic. Chyba bym na coś takiego nie wpadła. Dzięki, KPiachu!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Hmmm. A gdyby zaczęły przegryzanie od stóp, byłoby dużo lepiej?

Babska logika rządzi!

Ło matulu, gdzie ja się pcham ze swoją grozą, jak Wam na poczekaniu takie makabryczne pomysły do głowy przychodzą.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Finklo, może być lepiej. Jak poczytać trochę o latach świetności palowania, to prawdziwi fachowcy potrafili tak zaostrzyć kołeczek, tak poprowadzić nawlekanie, że nieszczęśnik dychał jeszcze całkiem długo. Więc gdyby te szczury miały pewną wprawę to od stóp, czy też od zadu mogłoby być lepiej.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Ale lepiej dla kogo? ;-)

No właśnie tak mi się wydaje – jeśli zaczynają od twarzy, to dość szybko docierają do mózgu i po sprawie. Ale gdyby zaczęły od stóp, człowiek się może znacznie dłużej męczyć.

Babska logika rządzi!

Truskawki przeczytałam od razu po ukazaniu się lipcowej Histerii i słowo komentarza dałam w wątku chwalenia się w HP, więc pozwól, że z lenistwa przekleję:

Bemiczku – makabryczne to było i cieszę się, że tekst na oczy zobaczyłam już po sezonie truskawkowym i nie mam dylematu – kupować i jeść, czy nie :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki, Śniąca.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przeczytałem. Szkoda, że bez fantastyki na fantastyce. Chyba zaapeluję o to, by takie rzeczy, jak brak fantastyki w tekście uświadamiać czytelnikowi w przedmowie ; )

Bohaterka była niezłą świruską. Nie mogłem się zdecydować podczas lektury, czy to postać wiarygodna, czy z psychologicznego punktu widzenia raczej niewiarygodna. Doszedłem jednak do wniosku, że w rzeczywistości ludzie popełniają zbrodnię z tak idiotycznych przyczyn, że jak najbardziej trudno zarzucić, by Urszula nie mogła zdarzyć się naprawdę.

Czytało się nieźle, chociaż fabuła nie była porywająca – doskonale przecież wiedziałem, jaki los spotka zarówno Antoniego jak i Bartka. Może nie w szczegółach, ale zaskoczenia nie było.

Zdziwiło mnie też nieco, że bohaterka najpierw dała sobie spokojnie Bartkowi poleżeć w bunkrze, a dopiero po, chyba dość długim, czasie, zabrała się za usunięcie samochodu. To ryzykowne.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Dzięki  berylu. Faktycznie, usunięcie samochodu miało być wcześniej – ale w wyniku korekt tekstu, w tym przypadku dopisywania, wyszło, jak wyszło.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Świetne opowiadanie. To już moje trzecie opowiadanie twojego autorstwa, które dzisiaj czytam i każde było wspaniałe.

Pozdrawiam i życzę jak najwięcej weny, a także, czasu na pisanie opowiadań. :)

Dzięki, z czasem teraz będzie bardzo różnie. Ale mam nadzieję, że jak pomysł zaświta, to i czas się znajdzie.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nowa Fantastyka