- Opowiadanie: FoloinStephanus - Choroba ruin

Choroba ruin

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Choroba ruin

Był początek czerwca tysiąc dziewięćset czterdziestego szóstego roku. Niebo nad Wrocławiem szarzało powoli, z podwórzy dało się słyszeć rżenie koni i gdakanie kur. Ludzie spali w zrujnowanych kamienicach, pozbawionych szyb. Swąd spalenizny wymieszany z odorem ludzkich ekskrementów, ledwo pozwalał im spać.

Mimo wczesnej pory, mimo choroby ruin i wiszącej w powietrzu atmosfery wojny, na ulicy Belltafel dało się słyszeć cichy stukot obcasów. Między gruzami szło dwóch mężczyzn.

– Pan chociaż wie, gdzie iść? – spytał szpakowaty Andrzej owinięty w palto, sięgające mu do kostek.

– Nic się nie martw. Tu w ósemce była jeszcze niedawno fabryka Scholza. Właściciela zabili, teraz to stoi puste. Zobaczysz sam, że się nada – odparł szybko ponad sześćdziesięcioletni Henryk, strzepując z marynarki szary pył.

– Powiedz mi, gdzieś ty się tak wystroił? Na szabry łaziłeś? Mówiłem, że mnie na nowe stać, zapłaciłbym ci zaległe. – Starzec trącił dobrodusznie młodego w ramię, nieco kpiąc z palta w lecie.

– Taa? A ciekawe, gdzie by pan takie nowe znalazł? A zresztą, nawet gdyby pan znalazł to po co? Ja niedługo się stąd wynoszę. Tu nie moje, pan wie, że ja z Warszawy.

– Z Warszawy czy nie, palto w lecie dziwnie wygląda. – Zaśmiał się cicho Henryk. Wskazał ręką kamienicę nadgryzioną przez kule. Obok, w gruzie leżał kot, cicho mrucząc z głodu. Młodszy z mężczyzn przegonił go nogą, po czym wszedł do sutereny za towarzyszem.

Znaleźli się we względnie czystej pracowni mebli. Nikłe światło przedzierające się, przez zasypane gruzem okna, oświetlało wnętrze. Rozstawione narzędzia, niedokończone produkty. Wszystko to było zakurzone. Gdzieniegdzie stała woda.

– Będzie trzeba długo sprzą… – warszawiak nie dokończył, usłyszawszy szuranie dobiegające ze szczytu schodów. Napiął mięśnie i odruchowo sięgnął za pazuchę. Mając pod palcami kolbę pistoletu, poczuł się pewniej.

– Dokumenty – szepnął starzec. – Masz dokumenty?

Andrzej popatrzył na niego ogłupiały. Szybko, jednak wyszukał w kieszeni tymczasowe dowody. Właściwy podał Henrykowi.

Tymczasem po schodach ostrożnie zszedł schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku. Skórę miał bladosiną, kontrastującą mocno z ciemnym garniturem. Rozejrzał się z obojętną miną po pomieszczeniu, po czym spojrzał na nowych właścicieli warsztatu.

– Dzień dobry. – Obcy odezwał się niskim głosem. Mówił czysto po polsku. – Nie ma się czego obawiać panowie. – Chciał ich uspokoić.

Zszedł z ostatniego schodka, lekko się uśmiechając poczerniałymi, suchymi ustami.

– Czy ja dobrze trafiłem? Pracownia Jakoba Hatzfelda? Chciałbym naprawić książkę…

– Przykro nam, ale pan Hatzfeld nie żyje. Zginął podczas bombardowania – ostro przerwał Henryk. Ani on, ani Andrzej nie rozumieli jak ich znalazł , nie zamierzali jednak zbytnio rozwiązywać języków.

– Ach, rozumiem, ale panowie są jego uczniami, czyż nie? – Dociekał nieznajomy. Jego usta wygięły się w niemal niedostrzegalnym uśmiechu. Spokojne oczy przyglądały się młodszemu z mężczyzn. Dziwne uczucie zadowolenia, jakie biło od obcego, zmroziło Andrzeja.

– Nie uczniami. Byliśmy u niego na robotach – odparł młodszy z mężczyzn, po czym spytał pokorniej: – Pan z urzędu bezpieczeństwa?

– Ależ skąd! – Tamten machnął ręką, lecz mimo to widać było po nim, że odpowiedź go nie zadowoliła. Spodziewał się raczej dłuższej opowieści. Przyglądał się im krótką chwilę, po czym pokiwał tylko głową i odwrócił się na pięcie. Wychodząc rzucił przez ramię ciche: do widzenia.

– Pewnie chodził za nami – stwierdził Henryk. – No nic, bierzmy się do roboty.

– Widzę, że pana dobry humor nie opuszcza. Pan sobie czysto w papierach zrobił. A ja? Zdechnę na czerwonkę.

– Widzisz, nie po to Olimp mnie zatrudnił, żebym mu obrazki malował, tylko żeby dokumenty robił. Do twoich też się nikt nie przyczepi. Nie bój się nic. Dziesiątki Polaków znałem, którzy w tej waszej Rogozienko poginęli. Imiona, nazwiska pamiętam. Czyste jak łza. I tobie zrobię porządek. A teraz do roboty i ani słowa więcej, bo może wrócić.

Sprzątali do późnej nocy. Czasami zaglądali do nich nowi mieszkańcy. Czasami jakiś Niemiec przybłąkał się, mówiąc coś ostrzejszego i wypominając, że usuwają cudzą własność.

Nazajutrz, po krótkim śnie, Andrzej i Henryk zaczęli zwozić sprzęt. Cudem ocalałe maszyny z warsztatu introligatorskiego, przybory, trochę farb. Po skończonej pracy usiedli przed kamienicą, sącząc znalezioną w suterenie wodę. Andrzej zamyślił się, przez chwilę obracając w palcach porcelankę Krempera. Cały czas chodziły mu po głowie słowa obcego mężczyzny. Dlaczego szukał Jakoba? Czyżby się domyślał? Do rzeczywistości przywrócił go dopiero odgłos lokomotywy wąskotorowej, dojeżdżającej do Benderplatz.

– Słyszysz? Może, co przywieźli. Idź no zobacz. – Henryk wyciągnął z kieszeni pieniądze i wręczył je Andrzejowi.

– A niech mi pan da spokój. Jeszcze mam przed oczami te szwabskie trupy, co je musiałem wyciągać z ciuchci – odpowiedział tamten z obrzydzeniem.

– Idź może jakie jedzenie będzie, a i może jaką świeczkę kup. To wiesz postawisz tam, u mojej córki, Emy. Krzyż pamiętasz jak wygląda?

– Taa… pamiętam. Nie szkoda panu na te świeczki? A zresztą nie moja sprawa – prychnął.

Warszawiak szybkim krokiem ruszył w stronę Klainbanhof. Po paru minutach udało mu się znaleźć kobietę, która kilka dni temu sprzedała mu koninę. Krępa kobiecina ze sztuczną nogą, żądała wygórowanej ceny za parę kiełbas, i szybko rozmowa przerodziła się w kłótnię. Od czasu do czasu Andrzej rozglądał się na boki, sprawdzając czy nikt go zbyt długo nie obserwuje. Jedynie kilku milicjantów, co rusz przyglądało się uważniej ogółowi. Jednak w pewnym momencie zobaczył mężczyznę, który poprzedniego dnia zjawił się w suterenie. Widząc jak obcy odchodzi spod dworca, Andrzej bez zastanowienia wręczył kobiecie pieniądze i zabrał jedzenie.

Nieznajomy mężczyzna przeszedł w stronę Erloser Kirche. Zręcznie ominął, wolno jadące tramwaje, by na moment przystanąć przed ruinami kościoła. Spojrzał w górę, osłaniając oczy. Patrzył na ściętą niewidzialną ręką wieżę, tak jakby za czymś zatęsknił. Szybko jednak opuścił głowę. Spojrzał na zegarek i gwałtownie obrócił się w stronę parku.

Andrzej podążył za nim w bezpiecznej odległości. Gdy tylko zobaczył, jak mężczyzna wchodzi między krzyże na prowizorycznym cmentarzu, domyślił się dokąd prowadzą kroki obcego. Andrzej zatrzymał się na skraju parku. Widział, jak obcy pewnym krokiem zbliża się do grobu Emmy, jak zatrzymuje się i zmawia krótką modlitwę. Nie wytrzymał i podszedł do niego.

– Kim pan jest? – spytał, nie przywitawszy się nawet.

Mężczyzna wcale nie był zaskoczony. Wręcz przeciwnie. Na jego twarzy znowu pojawił się wyraz niepokojącego zadowolenia. Andrzej cofnął się o krok, rażony złym przeczuciem.

– Ja? Cóż… ja chcę tylko naprawić książkę. O tę – powiedziawszy to, wręczył mu niewielki tomik oprawiony w brązową skórę, bez żadnych tłoczeń.

Andrzej bez wahania wziął ją do rąk, wszak była to tylko książka. Odruchowo przejrzał kilka kartek. Były puste.

– Co to jest? Przecież tu nic nie ma. Ona nawet nie jest zniszczona.

– Naprawcie ją – zażądał obcy, oglądając się przez ramię. Zaraz, jednak popatrzył na Andrzeja zimnym okiem, a po chwili odwrócił się i bez słowa odszedł. Skierował się w stronę Oderthor Banhof, aby zaraz zniknąć za zieloną kępą wyrosłego bzu.

Andrzej nie starał się go zatrzymać. W nieznajomym było coś niepokojącego coś, co kazało odejść bez słowa. Szybko ruszył z powrotem do sutereny. Starając się nie biec, wrócił na Balltafel osiem.

– Masz pan! – Ze złością położył na odkurzonej skrzynce jedzenie. – A to premie! – zaciągnął po niemiecku. Rzucił Henrykowi pod nogi książkę, po czym usiadł na zabrudzonej podłodze.

– Co to takiego? – Starzec wziął do ręki wolumin. Gdy go przejrzał, zamarł. Po chwili przestraszony rzucił książkę na podłogę. Andrzej nie zwrócił na to uwagi.

– Skąd to masz?

– Ten facet, co tu był wczoraj, dał mi to. – Warszawiak odparł, wyciągając scyzoryk z palta.

– Rozmawiałeś z nim? – Głos Henryka przybrał ostrzejszy ton.

– Kazał nam to naprawić. Nie wiem, o co mu chodziło. – Młodszy odparł kro chleb. Jedną z kiełbas przełamał na pół. – Mówię panu, on jest z bezpieki.

Henryk nie odpowiedział. W milczeniu przyglądał się pożółkłym kartkom książki, rozwianym przez ciepły wiatr.

– Niech pan je. Kiełbasa nie jest za świeża. Ta stara przekupa zdziera każdego feniga, a żeby chociaż świeże coś miała. Stara oszustka.

– Tak… – Henryk zaczął jeść.

Nazajutrz Andrzeja obudził gwizd porannego pociągu do Trebnitz. Nieśpiesznie naciągnął na siebie palto i wyszedł na ulicę zapalić papierosa. O tej porze, po mieście błąkało się niewielu ludzi. Byli to głównie szabrownicy, szukający w gruzach resztek ludzkiego istnienia: dokumentów, błyskotek czy ubrań. Na widok Andrzeja nawet się nie prostowali. Robili swoje i odchodzili, by później to, co znaleźli sprzedać na szaberplacu. W pewnym momencie, gdy przyglądał się ruinom elektrowni, dojrzał przy Schutzen młodą kobietę. Patrzyła na zniszczony komin elektrowni, nie zważając na pilnujące terenu wojsko. Andrzej chciał do niej podejść, ostrzec by długo tak nie stała, lecz gdy zbliżył się do niej, poczuł w żołądku dziwne ukłucie. Sylwetka kobiety wydała mu się znajoma. Kolor włosów, kształt ramion i linia bioder, którą Andrzej tak dobrze znał. Wszystko to składało się w całość. Niemożliwą, bo przecież kobieta dawno już nie żyła. Sam ją grzebał w tutejszej ziemi.

– Proszę pani! – zawołał nieśmiało. Kobieta nie zareagowała. – Emma?!

Popatrzyła na niego przez ramię. Rozpoznał od razu jej spojrzenie, melancholijny uśmiech. Pamiętał doskonale ciepło warg i błękit oczu. Mimo to było w nich coś obcego. Usta były czarne i wyschnięte. Oczy matowe. Gdy i ona go rozpoznała, biegiem puściła się w Schutzenstrasse. Andrzej pobiegł za nią. Część ulicy była jeszcze zawalona gruzami. Co rusz się potykał, ocierał boleśnie o zbrojenia, aż w końcu długi metalowy pręt rozciął mu łydkę. Ból przeszył nogę i zmusił mężczyznę do zatrzymania się. Andrzej usiadł na ziemi, paltem próbując zatamować krwawienie. Jeszcze raz spojrzał w stronę, uciekającej kobiety. Była już prawie przy Schiesswerder Platz. Patrzyła na niego zaskoczona, jakby liczyła na to, że Andrzej będzie ją gonić. Kolejny spazm bólu oderwał jego uwagę od niej. Gdy ponownie zwrócił oczy w tamtą stronę, jej już nie było.

Andrzej pokuśtykał do sutereny. W drzwiach czekał na niego wystraszony Henryk.

– Gdzieś ty był? Myślałem, że cię czerwoni wzięli. Dokumentów zapomniałeś. – Pomachał mu przed nosem dowodem.

– Niech mi pan da spokój. Nie widzi pan? – warknął pokazując rozciętą nogę.

– Co ci…?

Andrzej nie miał ochoty opowiadać starcowi, co widział. I tak zapewne by mu nie uwierzył. Henryk i on razem kopali grób Emmie, i razem wkładali do niego jej ciało. On sam nie wierzył w to, co zobaczył. Nie, to po prostu nie było możliwe.

Do południa rozstawili w zakładzie resztę maszyn. Większość z nich była stara i równie dobrze działała na prąd, jak i bez niego. Nie liczyli zresztą na tradycyjnych klientów, wymagających od nich uzupełniania ubytków w książkach, czy naprawy okładek. Wielu ludzi nagabywało ich o nowe dokumenty. Niemcy, którzy chcieli tu zostać, potrzebowali nowych dowodów i potwierdzeń o przesiedleniach czy przymusowych robotach. Henrykowi i Andrzejowi było wszystko jedno, komu wystawiają papiery.

Niedługo po dwunastej w suterenie zjawił się nieznajomy mężczyzna, który na cmentarzu wręczył Andrzejowi książkę. Wszedł do zakładu niepostrzeżenie i stał parę minut na schodach, zanim dostrzegł go Andrzej.

– Czego pan chce? – Andrzej spytał ostro. Przestał już dbać o pozory.

– Przyszedłem zobaczyć, jak idą prace – odparł. Między jego nogami plątał się wychudzony kociak. Obcy wziął zwierzę na ręce. Mieściło mu się w jednej dłoni.

– I co? Zobaczył pan?

– Tak, zobaczyłem. – Mężczyzna uśmiechnął się, pokazując białe zęby. Patrzył wprost na Henryka wychodzącego z zaplecza. Andrzej nie rozumiał, co go tak ucieszyło. Henryk z dnia na dzień wyglądał coraz gorzej. Chudł w szybkim tempie, choć jadł dużo więcej niż Andrzej. Jego twarz pokryły plamy, a ręce trzęsły się w chorobie.

Nieznajomy wypuścił kota z rąk. Zwierzę uciekło natychmiast i z głośnym piskiem wybiegło na ulicę.

– Idź stąd – wychrypiał Henryk.

– Ma pan rację, lepiej już pójdę – oznajmił mężczyzna z fałszywą uprzejmością. Bezszelestnie wspiął się po schodach i zniknął, zamykając za sobą drzwi.

Henryk przez dwa kolejne dni jeszcze bardziej zmarniał. Przestał wychodzić z łóżka, nic nie jadł i nie pił. Andrzej opiekował się nim, jak mógł, ale na nic to się zdało. Henryk umierał. Na trzeci dzień od wizyty nieznajomego Andrzej wybrał się po księdza do kościoła św. Bonifacego.

W świątyni trwała msza. Tłum ludzi wsłuchiwał się w słowa księdza, modlił się razem z nim i śpiewał. Do Andrzeja mimowolnie docierały słowa kaznodziei o życiu po śmierci, o przebaczeniu. Nagle nad prawym uchem usłyszał ciche pytanie:

– Umarł już?

Nieznajomy właściciel dziwnej książki patrzył na niego z góry. Na twarzy mężczyzny malował się złośliwy uśmiech. Za czarnymi wargami Andrzej dostrzegł przerośnięte kły. Wzdrygnął się na ich widok. Wstał z podłogi, otrzepał palto i spojrzał nieznajomemu w oczy. Były spowite mgłą. Za białym woalem gnieździły się szare, duże źrenice.

– Kim ty jesteś? – spytał zatrwożonym szeptem.

– Jeszcze nie? – Mężczyzna przekrzywił głowę w zdziwieniu.

– Kim jesteś? – wysyczał Andrzej. Obcy uśmiechnął się. – Wiesz, co się dzieje z Henrykiem?

Nieznajomy nic więcej nie powiedział. Odwrócił spojrzenie w stronę nawy bocznej. Andrzej mimowolnie podążył za jego wzrokiem. Przy podporze znajdującej się najbliżej ołtarza, stała kobieta, którą Andrzej natychmiast rozpoznał.

– Emma… – Nie zważając na nieznajomego, podążył w jej stronę. Jednak w tym momencie skończyła się msza i ludzie poczęli wychodzić ze świątyni. Sylwetka kobiety zniknęła w tłumie. Andrzej przeciskał się między wiernymi, licząc, że Emma zaczeka na niego. Potrącanych ludzi nawet nie starał się przepraszać. Po chwili kościół rozbrzmiał echem jego kroków.

Zrezygnowany usiadł w ławce. Widząc krzątającego się przy ołtarzu wikariusza, przypomniał sobie, po co przyszedł. Poszedł na zakrystię, wyłuszczył sprawę, po czym on i ksiądz pośpiesznym krokiem udali się do sutereny.

Henryk leżał na sienniku w ciemnym kącie zaplecza. Kępki siwych włosów leżały koło przewróconej miednicy. Nietknięte jedzenie zmieszało się z kurzem. Jedynie świszczący oddech zdradzał, że starzec jeszcze żyje. Ksiądz zaczął mu udzielać ostatniego namaszczenia. Andrzej w tym czasie cierpliwie czekał, usidławszy przy gilotynie w głównym pomieszczeniu.

Maszyna była popsuta, mieli ją dopiero naprawiać. Ostrze jeszcze przed wojną wypadło z prowadnic, a u kołowrota pękł walec. Mężczyzna przyjrzał się mechanizmowi. Jego uwagę przykuła książka podłożona pod ostrze. Zdał sobie sprawę, że to ta sama książka, którą wręczył mu tajemniczy mężczyzna. Wziął ją do rąk i przekartkował. Okładka nosiła ślady cięć. Strony tym razem były zapisane. W równych kolumnach widniały nazwiska imiona i daty. Andrzej cicho przeczytał pierwsze z nich:

– Abdrachmann Achmet, listopad tysiąc dziewięćset czterdziesty drugi. Abitow Durdicaj, listopad tysiąc dziewięćset czterdziesty trzeci. Abraham Leopold… Adamczyk, Bembenek… Co to jest? – przeskoczył parę kartek. Przeczytał niepierwsze nazwisko na literę G:

– Grzesiewski… Stanisław. – Nie mógł uwierzyć własnym oczom. – Luty tysiąc dziewięćset czterdziesty trzeci. – Kartkował dalej.

– Jasiak Piotr, luty czterdziesty trzeci. Wachowiak. Wyderkowski. Wszyscy…

Andrzej wpadł na zaplecze. Nie zwrócił uwagi na modlącego się księdza i zaczął krzyczeć na leżącego bezwładnie Henryka:

– Co to ma znaczyć?! Co to jest?! Ty sukinsynu! – Zaczął go szarpać – Oni wszyscy nie żyją?!

– Proszę pana, on umarł – oznajmił ksiądz, odciągając Andrzeja od ciała.

– Co? – Andrzej z niedowierzaniem popatrzył na duchownego, a potem na Henryka.

Jeszcze tego samego dnia sprowadzono wóz i zawieziono ciało na cmentarz przy Osswitzer Weg. Andrzej nie zjawił się na pogrzebie.

Przez kolejne trzy dni chodził na prowizoryczny cmentarz w Nordpark, aż w końcu czwartego popołudnia zjawił się ten, którego szukał.

Zmierzchało, gdy stanął nad grobem Emmy, obok nieznajomego mężczyzny. Andrzej jak najszybciej chciał zakończyć rolę posłańca, jaką mu bez jego wiedzy przydzielono i bez słowa wręczył mu książkę.

– Dziękuję. – Nieznajomy skinął głową.

Obaj długo stali nad grobem kobiety. Słońce oświetlało metalowy krzyż. W bladych promieniach Andrzej dostrzegł wymalowaną na żeliwie czerwoną literę: N z poziomymi belkami po bokach i małymi krzyżykami w ramionach litery. Gdy słońce schowało się za chmurami litera znikła.

– Mam pytanie – zaczął Andrzej po długim nieznośnym milczeniu.

– I słusznie. – Tamten odparł z powagą.

– Ten spis, co on oznacza?

– Jakob zdradził tych ludzi. Przez niego zginęli. Teraz oni upomnieli się o zemstę. Tyle musisz wiedzieć. Reszta nie jest twoją sprawą.

– Dlaczego? A Emma? – Tamten spojrzał nad jego ramieniem. Nagle poczuł jak ktoś bierze go za rękę. Przestraszony zimnem obcych palców odwrócił się. Za nim stała drobna kobieta do złudzenia przypominająca jego kochankę.

– Andrzej… – Uśmiechnęła się słabo.

Cofnął się o krok. Widział jak umierała, pochował ją własnymi rękami… Naraz zza chmur ponownie wyjrzało słońce. Oświetlało teraz cały Nordplatz i okolicę. Andrzej bez trudu dojrzał na szyjach nieznajomego i Emmy czerwone litery N. Chciał się upewnić, czy przypominały tę z krzyża, spojrzał więc na krucyfiks wbity w ziemię. Owszem wyglądały tak samo, podobnie jak ponad setka innych na pozostałych grobach.

Andrzej przerażony popatrzył na Emmę.

– To niemożliwe – szepnął do siebie, robiąc kolejny krok w tył.

– Zostań ze mną – poprosiła rozpaczliwie. – Będzie jak za dawnych czasów. Bez wojny, bez kul. Mój ojciec był złym człowiekiem Popatrz, jestem zapisana. Nawet ja. – Wzięła książkę od nieznajomego i pokazała mu odpowiednią stronę. Nie chciał patrzeć na listę.

– Andrzeju… kocham cię – dodała cicho.

– Nie, nie. – Andrzej potrząsnął głową. – Ty nie żyjesz. Jesteś martwa. Jak tamci. – W pamięci miał obraz zabitych przez siebie Niemców i tych, których kazano mu grzebać po opanowaniu miasta przez Sowietów. Przemknęły mu w myślach twarze zabitych kolegów i martwych Niemek znalezionych po przejściu wojska. Wszystkie twarze martwych, jak Emma.

– Och, Andrzeju… – Zbliżyła się do niego, ten jednak się cofnął. Skrzywiła się niezadowolona, po czym zaczęła mówić zimnym, beznamiętnym głosem: – Ty też zginiesz. To kwestia czasu. Nowa władza ci nie odpuści partyzantki. Już mordują tych, którzy walczyli przeciwko nim. Słyszałam krzyki tam na Kletschkaustrasse.

Andrzej wyczuł w jej głosie groźbę. Spojrzał jeszcze raz na żeliwny krzyż. Jeśli nie ona leżała w tym grobie to kto? Nie potrafił znaleźć rozsądnego wytłumaczenia. Zamiast radości na widok ukochanej kobiety, wzbierał w nim gniew. Skoro żyła, dlaczego nie przyszła do niego wcześniej? Był tu, Niemcy nie wyprowadzili go na południe jak reszty. Henryk mu pomógł. Ona go zostawiła.

– Ty nie żyjesz! – oznajmił wściekle.

Emma złagodniała. Podeszła bliżej i wzięła go za rękę. Jej dłoń była zimna, twarda. Andrzej wyrwał ją pełen obrzydzenia. W oczach kobiety Andrzej dostrzegał jedynie zamglone źrenice. Widział takich setki i zawsze odwracał wzrok, i tym razem nie mogąc dłużej znieść trupiego spojrzenia, odwrócił głowę. Nie chciał skończyć, jak ona. Gdy nie padło więcej ani jedno słowo odszedł.

– Przypilnujesz go? – spytała Emma nieznajomego.

– Jeśli obiecasz przyjść do mnie dzisiaj – odparł spokojnie.

– Przecież masz już to, czego chciałeś – obruszyła się.

– Ty też. – Nieznajomy uśmiechnął się, pokazując kły. – Nie będę więcej czasu marnował na niego. I pamiętaj do czego się zobowiązałaś.

– Czy to konieczne? – spytała z nadzieją w głosie.

– Albo dołączy do nas, albo zginie.

– A książka? – Uniosła brew.

– Ona dołączy do tych z Maydanka, Ravensbruck, Sobiboru i Stutthof.

 

 

 

Słowo wy­tłu­ma­cze­nia:

Nie­miec­kie nazwy ulic w po­wo­jen­nym okre­sie były normą; zmie­nia­nie nazw ulic na pol­skie trwa­ło jesz­cze w 1948, do tego okre­su uży­wa­no wy­mien­nie nie­miec­kich i pol­skich, by unik­nąć po­my­łek;

Pre­mie – do­da­tek, w re­la­cjach przy­mu­so­wych ro­bot­ni­ków ro­dzaj do­dat­ku do żyw­no­ści albo po pro­stu kara – tutaj w ne­ga­tyw­nym zna­cze­niu;

 Fenig – tu w zna­cze­niu drob­nych  monet, a nie wa­lu­ty;

 Zło­tów­ki, choć wpro­wa­dzo­no nie­mal od razu po woj­nie, wśród wy­pę­dzo­nych z Kre­sów nie były “po­pu­lar­ne” krą­ży­ły inne wa­lu­ty o więk­szej war­to­ści, wy­mie­nial­ne; obec­ne były też marki (choć bez war­to­ści – uży­wa­ne przez Niem­ców) 

Od­gru­zo­wy­wa­nie  – trwa­ło bar­dzo długo, znisz­czo­ne bu­dyn­ki usu­wa­no jesz­cze w la­tach 60-tych, np Złote Koło (po­le­cam film).

 

 

Koniec

Komentarze

Scenografia, postaci, szeroko pojęty klimat – na piątkę, a że dzień roboczy zbliża się ku końcowi i humor dopisuje, to nawet piątkę w koronie i z uśmiechem.

Językowo jest poprawnie, nie trafiłem na żaden rażący błąd czy ewidentnie koślawą konstrukcję słowną, może trochę zbyt sucho i surowo na mój gust, ale gust mam ze wszech miar spaczony, więc marny to zarzut.

Co zaś do fabuły, to jest ona jak najbardziej w porządku, choć daleki jestem do zachwytu. Scenografia, postaci i klimat zasługują na wykorzystanie w ciekawszej opowieści.

 

na emeryturze

krążyły marki i inne waluty o większej wartości, wymienialne;

A marka w tym czasie nie miała epizodu hiperinflacji?

Pomysł stary, ale dekoracje nietypowe. To na plus. Masz trochę literówek, pomijasz spacje po myślnikach otwierających wypowiedzi, interpunkcja miejscami szwankuje, ale ogólnie nie jest źle.

Czy dobrze zrozumiałam, że facet doprowadził do śmierci własnej córki?

 

Edit: Aha, i jeszcze czasami miałam wrażenie, że nadużywasz zaimków.

Babska logika rządzi!

Może źle to ująłem. Chodziło mi raczej o to, że Niemcy używali marek, bo nie mieli innych pieniędzy. Dopiero z czasem poniektórzy zaczęli używać polskiego nominału. Polska waluta w tamtych czasach rzeczywiście była niewymienialna, ale to przez Moskwę, w której drukowano banknoty. Pieniądz drukowany przez rząd emigracyjny był bez porycia w Polsce. 

Brak spacji po myślnikach (w dialogach) to wina OO. Niestety program spłatał mi figla i nie pozwolił przenieść myślników w odpowiedniej formie. Najprościej mówiąc: poszedłem na łatwiznę i po prostu poprawiłem odręcznie. A że się śpieszyłem troszkę… mea culpa. Poprawię jak najszybciej.

Tak, dobrze zrozumiałaś. 

Zaimki to moja słabość. Staram się z tym walczyć. Dzięki za wytknięcie.

 

PS. myślniki (chyba wszystkie)poprawione

F.S

Czytało się nieźle, a mogło być jeszcze lepiej, gdyby nie usterki i trochę zlekceważona interpunkcja; przecinki stawiasz dość przypadkowo, a to nie ułatwia lektury.

Domyślam się, że chciałeś jak najwierniej odtworzyć warunki, w który dzieje się opowiadanie, ale muszę wyznać, że wszystkie użyte w tekście nazwy nic mi, niestety, nie mówiły.

 

Swąd spa­le­ni­zny wy­mie­sza­ny odo­rem ludz­kich eks­kre­men­tów… – Swąd spa­le­ni­zny wy­mie­sza­ny z odo­rem ludz­kich eks­kre­men­tów

 

spy­tał szpa­ko­wa­ty An­drzej owi­nię­ty w palto, się­ga­ją­ce mu do ko­stek. – …spytał szpa­ko­wa­ty An­drzej, owi­nię­ty paltem się­ga­ją­cym mu do ko­stek.

 

się­ga­ją­ce mu do ko­stek. Oczy za­kry­wał mu ubru­dzo­ny pyłem czar­ny ka­pe­lusz. Skry­wa­na za­le­d­wie… – Powtórzenie. Drugi zaimek jest zbędny.

 

dwu­dzie­sto­pa­ro­let­nia twarz sta­ra­ła się nie roz­glą­dać na boki. – Twarz nie podejmuje starań, nie rozgląda się na boki, człowiek owszem. ;-)

 

Odzia­ny był on w brud­ny gar­ni­tur i słom­ko­wy ka­pe­lusz. – Zbędny zaimek.

 

Na­piął mię­śnie i od­ru­cho­wo się­gnął za połę płasz­cza. – Poła, to jedna z dwóch dolnych, przednich płaszcza części. Wygląda na to, że Andrzej, aby sięgnąć za połę, musiał się schylić. ;-)

Pewnie miało być: Na­piął mię­śnie i od­ru­cho­wo się­gnął za pazuchę płasz­cza.

 

Mając pod pal­ca­mi ogrza­ną kolbę Wal­the­ra, po­czuł się pew­niej.Mając pod pal­ca­mi ogrza­ną kolbę wal­the­ra, po­czuł się pew­niej.

Nazwę broni zapisujemy małą literą.

 

wy­szu­kał w kie­sze­ni na pier­si tym­cza­so­we do­wo­dy. Wła­ści­wy podał Hen­ry­ko­wi. Tym­cza­sem po scho­dach… – Powtórzenie.

 

Dziw­ne uczu­cie za­do­wo­le­nia ,jakie biło od ob­ce­go, zmro­zi­ło An­drze­ja.Dziw­ne uczu­cie za­do­wo­le­nia, które biło od ob­ce­go, zmro­zi­ło An­drze­ja.

 

Po­now­ny spazm bólu ode­rwał jego uwagę od ko­bie­ty. Gdy po­now­nie zwró­cił oczy… –

Powtórzenie.

 

Wzdry­gnął się n ich widok. – Literówka.

 

Po­szedł na za­kry­stię.Po­szedł do zakrystii.

 

cze­kał, usi­dław­szy przy gi­lo­ty­nie w głów­nym po­miesz­cze­niu. – Pewnie miało być: …cze­kał, usi­adł­szy przy gi­lo­ty­nie w głów­nym po­miesz­cze­niu.

 

a u ko­ło­wro­ta pękł walec. – …a u ko­ło­wro­tu pękł walec.

 

Prze­czy­tał nie­pierw­sze na­zwi­sko na li­te­rę G:Prze­czy­tał nie­ pierw­sze na­zwi­sko na li­te­rę G:

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za wytknięcie błędów. Czytałem tekst dwadzieścia razy, a i tak zostały. Najgorsze są te nieścisłości co do znaczeń. Z boku to inaczej wygląda:)

Choć poprawiłem, to nie zgodzę się z Waltherem. Moim zdaniem pisząc “kolbę Walthera” czy “rewolwer Colta” nie popełnia się błędu – Walther i Colt to konstruktorzy broni. Zatem w tych zwrotach podkreśla się, że “rewolwer jest konstrukcji / na licencji/ z fabryki” danego twórcy. Może się mylę, ale nie spotkałem się nigdy z innym zapisem.

Przyznam szczerze, że sam niekiedy używam niemieckich nazw. Czasami też ustanowionych przez władze komunistyczne. Tak jest łatwiej. Szybciej można się dogadać ze starszymi ludźmi. 

Zastanawiałem się, czy nie zrobić przypisów do nazw ulic. Może to ułatwiłoby sprawę. 

Ze smutkiem stwierdzam, że nikogo nie zainteresowały Rogozienko i Olimp :( ale to już inna sprawa…

 

PS. błędy już poprawiłem, jeszcze popracuję nad przecinkami.

F.S

Dobra, przyznaję się do błędu. 

Dzięki

F.S

Miło mi, że mogłam pomóc, a przy okazji wyprowadzić z błędu. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jeszcze raz dziękuję:) Miłej nocy. 

F.S

Za­sta­na­wia­łem się, czy nie zro­bić przy­pi­sów do nazw ulic. Może to uła­twi­ło­by spra­wę. 

Ze smut­kiem stwier­dzam, że ni­ko­go nie za­in­te­re­so­wa­ły Ro­go­zien­ko i Olimp :( ale to już inna spra­wa…

Obawiam się, że czytelnikowi, który nie zna opisywanego miasta, nazwy ulic i dzielnic raczej nic nie powiedzą, niezależnie od tego, czy będziesz nazwać je w języku polskim, czy niemieckim.

Ale żeby zrobić Ci przyjemność, poproszę choćby słówko o Rogozienku i Olimpie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rogozienko – czyli  dzisiejsza Rogoźnica, tam znajdował się (obecnie muzeum) obóz koncentracyjny Gross Rosen, skąd ludzi wysyłano do niewolniczej pracy w podobozach we Wrocławiu i kamieniołomach.

Olimp – to organizacja konspiracyjna założona przez Polaków we Wrocławiu w 1941 roku. Zajmowali się m.in. wyrabianiem fałszywych dokumentów, aby ludzie mogli przedostać się przez Niemcy na Zachód. Gestapo wyłapało jej członków w 1942 i posłało do obozów – kierownictwo do Gross Rosen, resztę do Auschwitz i Mauthausen. Wszystkie nazwiska są na listach obozowych. 

Sądzę, że to wiele wyjaśnia (ale też  mam świadomość, że jest zbyt szerokim skojarzeniem). 

Zasnąłem wczoraj przy komputerze 0_0

Daruję sobie te przypisy…

Dziękuję za zainteresowanie. 

F.S

Dziękuję, Stephanusie, teraz wiem więcej, a to zawsze się przydaje.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Proszę bardzo:)

Do usług

F.S

Dobrze oddany klimat powojennego miasta, w którym wszystkiego brakuje. Nie wiem wprawdzie, czy nieznajomy od książki  był wampirem czy posłańcem diabła, tudzież demonem, zombie, gejem lub lesbijką, ale nie przeszkadzało mi to w lekturze. Przeszkodził mi natomiast zbyt “szeroko” otwarty finał – trudno się domyślać, o co chodzi z dodatkowym piętrem, co to za miejsce poza światem, gdzie można sobie żyć że zmarłymi.

Uwierała mnie straszna naiwność protagonisty (wyciskanie książki na cmentarzu to co najmniej dziwna rzecz), co w połączeniu z prostą fabułą wyzerowało wszelkie próby budowania tajemniczości i podważyło wiarygodność przedstawianych zdarzeń. Moim zdaniem zbyt szybko sprzedajesz też zamglone oczy i kły, skutecznie rozbrajając tym finał.

Kilka przecinków nie tam gdzie trzeba.

Ogólnie nieźle, pomysł na fabułę jest, trzeba tylko pracowicie oszlifować tekst przez stopniowe usuwanie lub przeredagowanie słabszych miejsc.

 

EDIT

Umieszaczenie w przedmowie wyjaśnień to kiepska praktyka. Lepiej po tekście zrobić posłowie lub sekcję, do której przeniesiesz te rzeczy. Reguły sieciowego czytania są nieubłagane, kiedy ktoś trafi ana takie dictum, włącza procedurę tl;dr.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dziękuję za opinię.

Chcę zaproponować kilka słów wyjaśnienia, z całą świadomością, że każdy ma prawo do intentio lectoris, natomiast to, co poniżej to tylko autorskie uwagi.

Wiem, że pisanie to podjęcie gry, nie zawsze zrozumiałej dla czytelnika, nie posiadającego konkretnego zespołu odniesień i muszę się liczyć z dowolnością interpretacji. Jeśli jednak czytelnik takie odniesienia posiada w swej wiedzy (co mam prawo założyć, takie jest prawo autora – wszak piszę się do czytelnika idealnego), gra zostanie rozegrana bez większych problemów.

Co do finału mogę się zgodzić, że jest on zbyt szeroki. W przypadku zamglonych oczu, już nie do końca. Rozumiem, że odczucia są inne i rzeczywiście może wyglądać na to, że zamglone oczy pojawiają się zbyt wcześnie, w finale jednak nie chodzi o to skąd nieznajomy pochodzi i kim jest (dlatego właśnie nie został określony przez imię; sam zresztą zauważyłeś, że Ci to nie przeszkadza), lecz czym w rzeczywistości jest książka. A to akurat wyjaśnia ostatnie zdanie.

Co do sceny na cmentarzu. Zgodzę się z zarzutem naiwności, choć nie do końca. Cmentarz tutaj jest jest miejscem pustym, nikogo prócz nich tam nie ma, nawet zmarłych, choć może za późno ten trop zostaje podjęty. Mimo wszystko, nawet ja poczułem, że scena na cmentarzu trąci dziecinnością.

Co do uwag w przedmowie. Skorzystam z podpowiedzi i prawdopodobnie przeniosę je na koniec. 

Jeszcze raz dziękuję

Do usług

F.S

Jako rodzony Breslauer czytałem z zaciekawieniem, tym bardziej, że regularnie otrzymuję porcję babcinych opowieści o rzeczonym okresie (ostatnio właśnie o Nadodrzu, które też zwiedzałem na własną rękę). Na plus historia, odtworzenie realiów oraz – a może przede wszystkim – dialogi. Naturalne i jakby wyjęte z powojnia. Przeszkadza tylko spora ilość błędów interpunkcyjnych.

Przecinki – tragedia; wrzucane gdzieniegdzie chyba losowo. 

Klimat powojennego miasta – oddany bardzo dobrze. yes

Tajemnica – nieco sztampowa, ale uszłaby, gdyby nie ostatnie rozmówki rozpoczęte od: “To zaklęcie.” Tu był facepalm, klimat i historię szlag trafił, zostało fantasy dla gimbazy i łopatologiczne wyjaśnienia w sztucznych dialogach. Ble.

Niemniej całość, ze względu na scenografię i nakreślenie postaci, zasługuje na uznanie. 

Sorry, taki mamy klimat.

Zaledwie dwudziestoparoletnią twarz zakrywał ubrudzony pyłem czarny kapelusz. Starał się nie rozglądać na boki.

Kapelusz się rozglądał ;) ?

 

Nikłe światło przedzierające się,[-,] przez zasypane gruzem okna,

 

Krempera. Cały czas chodziło mu po głowie słowa obcego

chodziły

 

Dlaczego on szukał Jakoba?

niepotrzebny zaimek

 

Zręcznie ominął,[-,] wolno jadące tramwaje,

 

sutereny. Starając się nie wróci na Balltafel osiem.

chyba w przeszłym?

 

Przyłącz się do nas[+] Andrzeju. 

 

Plus za walory edukacyjne i klimat, choć faktycznie trochę niedomówień sprawiło, że nie byłem pewien, o co tak właściwie chodzi…

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Jak pisali poprzednicy, końcówka osłabia efekt i przyjemność z przeczytania. Motyw zemsty zza grobu nowością nie grzeszy, ale póki nie wyjawiłeś tego w pełni, było interesująco.

Przecinki, Autorze. A to brak, a to niepotrzebny…

“Mimo wczesnej pory, mimo choroby ruin i wiszącej w powietrzu atmosferze wojny (…)” – atmosfery?

Dobrze oddany klimat powojennego miasta, dialogi naturalne. Widać, że napisane z konkretnym pomysłem i przemyślane.  Odbiór całości jak najbardziej pozytywny ;)

Nie wiem Hadas co nie pasuje Ci w słowie atmosfera, czy:

a)jest źle użyte (w złym sensie) – atmosfera oznacza co innego

b)kontekst – “atmosfera wojny” – akcja dzieje się tuż po wojnie, więc jej oddech ciągle ludzie czuli na karkach?

Pytam z czystej ciekawości, bo nie wyjaśniłaś.

Niemniej dziękuję za przeczytanie,

kłaniam się.

  1.  

F.S

Przepraszam, jeśli napisałam zbyt lakonicznie. Nie chodziło mi ani o sens słowa, ani kontekst użycia,  a o odmianę przez przypadki. Zdanie brzmi: Mimo pory, mimo choroby, (mimo) atmosferze wojny. “Pora” i “choroba” zostały użyte w dopełniaczu, natomiast “atmosfera” w celowniku i właśnie tego nie rozumiem. Dlaczego też nie w dopełniaczu? Nie daje mi to spokoju. Oczywiście, być może to ja coś źle odczytuje, ale tym bardziej będę wdzięczna za wyjaśnienie  ;)

Okej, rozumiem.

Właściwie to masz rację, ale jakoś tak to zdanie mi brzmi, i nie potrafię wytłumaczyć dlaczego, dobrze. Może dlatego nie zwróciłem na nie wcześniej uwagi, bo Reg mi go nie wytknęła. 

Gdy potwierdzę swoje wątpliwości, zmienię na dopełniacz :D

Dzięki,

kłaniam się.

F.S

Foloinie, w trakcie pierwszego i jedynego czytania tekstu, nie jestem w stanie wyłapać wszystkiego. Wytykam tylko to, co samo wpada mi w oczy i najbardziej je kaleczy. Zawsze coś umknie i jakaś nieprawidłowość zostanie w tekście.

Gdybym chciała każde opowiadanie poprawiać najlepiej jak potrafię, musiałabym poświęcić mu co najmniej tydzień, zerwać kontakty z rodziną i przyjaciółmi, przestać zajmować się domem, prać, czy wychodzić po zakupy. Pewnie nie miałabym czasu na jedzenie i spanie, i niebawem padłabym z wyczerpania. ;-)

Cieszę się, że pokładasz we mnie tak wielka wiarę, ale dla dobra Twojego i Twoich opowiadań, Foloinie, będzie lepiej, jeśli dokonasz rewizji swoich przekonań o moich możliwościach. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg i tak jesteś boska!

Moja wiara w Ciebie nigdy nie zmaleje :D

To co robisz jest, jak to mówi młodzież u mnie w domu, debeściarskie :D

Poprawiam już tę atmosferę, bo kurcze aż mi się łyso zrobiło.

Kłaniam się nisko.

F.S

Foloinie, Twoja wiara napełnia mnie siłą i, nie ukrywam, sprawia wiele radości. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka