- Opowiadanie: belhaj - Dziewczynka z granatami

Dziewczynka z granatami

Opowiadanie wpisuje się nurt fantastyki bliskiego zasięgu.

Mam nadzieję że będzie się podobać.

Podziękowania dla betujących, a szczególnie dla bemik.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Dziewczynka z granatami

Mariupol kwiecień 2017

 

Wybuch mnie oślepił. Skryłem się za wałem, aby przeczekać mroczki pojawiające się przed oczami. Otrząsnąłem się i wychyliłem. Transporter opancerzony BTR-60 płonął, jeden z członków załogi próbował wyjść przez górny właz. Podniosłem swojego Wiepra i namierzyłem cel. Wyrównałem oddech i strzeliłem. W lunecie zobaczyłem charakterystyczną, różową mgiełkę, gdy pocisk rozerwał szyję separatysty. Ciało  bezwładnie zsunęło się na pancerz pojazdu, plamiąc krwią wymalowaną na boku flagę Ługańskiej Republiki Ludowej. Przeniosłem celownik w prawo, skąd nadciągały kolejne oddziały przeciwnika. Oddałem kilka strzałów w stronę zbliżających się piechurów. Jeden z nich padł, reszta nacierała dalej, odpowiadając ogniem.

– Prawa flanka! – Starałem się przekrzyczeć panujący wokół hałas, huk wystrzałów, wybuchów, wrzaski rannych i nawoływania żołnierzy.

Chowając się za wałem, zmieniłem magazynek i spojrzałem w stronę naszych pozycji. Obsługujący ciężki karabin NSW, szeregowy Podkolzin, usłyszał mój krzyk. Skierował rozgrzaną do czerwoności lufę w stronę zagrożenia. Rozpoczął ostrzał, a wtedy odbezpieczyłem granat i rzuciłem. Kiedy przebrzmiało echo wybuchu, wychyliłem się namierzając Wieprem potencjalne cele. Podkolzin zebrał krwawe żniwo, ciała gęsto zaścielały przedpole. Zdjąłem kolejnego nieprzyjaciela, próbującego dobiec do resztek oddziału skrytego w leju. Wodziłem lufą wzdłuż pozycji wroga, czekając aż ktoś się wychyli.

– Pokaż się, bladź – szepnąłem do siebie.

Na lewej flance znów rozpoczął się ostrzał, słyszałem krzyki porucznika Bogdanowa wzywającego wsparcie artylerii. Separatyści byli szybsi. W oddalonej o kilka kilometrów wsi Tałakiwka zdołali zgromadzić potężny arsenał artyleryjski. Codziennie nękali miasto i nasze rubieże obronne. Usłyszałem charakterystyczny wizg pocisków wyrzutni GRAD. Skuliłem się. Mieliśmy szczęście, źle wymierzyli. Rakiety nie uderzyły w nasze pozycje. Spadły dalej, na miasto, gdzieś w rejonie dzielnicy przemysłowej. Musieli trafić w skład ropy lub amunicji. W powietrze unosił się olbrzymi kłąb czarnego dymu. Sięgnąłem do pasa, ale nie został mi już żaden granat. Musiałem znaleźć jakiś sposób, żeby wykurzyć resztki wrogiego oddziału z tego leja. Skryci tam nadal stanowili zagrożenie.

Nagle, mimo trwającej wokół hekatomby, usłyszałem dziwny dźwięk. Nie pasujący do sytuacji dzwoneczek. Odwróciłem się w stronę miasta i zdębiałem. Do naszych pozycji zbliżała się kilkuletnia dziewczynka, ciągnąc za sobą dziecięcy wózek. Nic nie robiąc sobie z trwającej wokół strzelaniny, mozolnie kroczyła w stronę wałów obronnych. Zszokowany, obserwowałem tę absurdalną sytuację. Dziewczynka była coraz bliżej. Pobliski wybuch sprawił, że skuliłem się i zsunąłem się z wału w stronę dziecka.

– Co tu robisz? Uciekaj stąd!

– Pani żołnierzu – powiedziała piskliwym głosem. – Chce pan kupić granaty. Dziesięć hrywien za sztukę.

Kucnąłem przy dziewczynce i oniemiałem. Wózek wypełniony był obronnymi granatami RGO. Lśniły we wczesnowiosennym słońcu, jakby dopiero co wyjechały z fabryki. Sięgnąłem do plecaka. Znalazłem w nim portfel i wyjąłem pięćdziesięciohrywnowy banknot. Podałem go małej, przyglądając się uważnie. Wyglądała na nie więcej niż dziesięć lat. Miała krótkie blond włosy, zielone oczy, a jej ubranie było zniszczone i poplamione. Skrupulatnie odliczyła granaty i podała mi.

– A teraz zmiataj stąd! – krzyknąłem, lekko popychając ją w stronę zabudowań. – Tu jest niebezpiecznie.

Nie mówiąc ani słowa, odwróciła się i ciągnąc wózek, ruszyła w stronę ulicy Kijowskiej. Obserwowałem, aż zniknęła za załomem zniszczonego budynku i wróciłem na pozycję. Granaty ułożyłem w małym zagłębieniu, abym mógł po nie wygodnie sięgać. Ostrożnie wyjrzałem na przedpole. Separatyści nadal kryli się w zagłębieniu, z rzadka odpowiadając ogniem na nasz ostrzał.

– Prychodko! – krzyknąłem do młodego szeregowca. – Chodź tu. Kryją się w leju. Ja ich obrzucę granatami, a ty wykończ tych, którzy zaczną uciekać.

Spojrzałem przez celownik Wiepra, oceniając odległość. Odbezpieczyłem pierwszy granat i rzuciłem.

Bladź – zakląłem kiedy wybuchł dobre dwa metry przed lejem.

Drugi rzut był już celny. Usłyszałem rozpaczliwe krzyki separatystów, po chwili rozległ się huk. Z rozpadliny dochodziły makabryczne odgłosy. Ktoś płakał, inny wył, złorzeczył, wołał matkę, Boga i Putina. Szybko rzuciłem jeszcze jeden granat. Wszelkie wrzaski ucichły. Kiedy opadł kurz, ujrzałem jednego z napastników gramolącego się z leja. Z lewej ręki pozostał tylko kikut, krew znaczyła każdy jego krok. Miał zmasakrowaną twarz, policzki popalone, usta wykrzywione w grymasie przerażenia. Oko zwisało na jakimś ścięgnie. Bełkotał coś, krew wylewała mu się z ust. Unosił w naszą stronę ocalałe ramię. Zamknąłem oczy nie mogąc znieść tego przerażającego widoku. Usłyszałem kilka wystrzałów. Szeregowy Prychodko krótką serią skrócił męki rannego.

– To ich załatwiliśmy, suki. – Wyszczerzył się w uśmiechu, dumnie trzymając swojego AKM-a.

– Hej, patrzcie! – krzyknął porucznik Bogdanow, wskazując na wylot ulicy Olimpijskiej. – Idzie kontruderzenie. Na dzisiaj będziemy mieli spokój.

Faktycznie. Z miasta na drogę krajową numer czternaście wjeżdżała kolumna pojazdów. Czołgi T-84 i transportery opancerzone BRDM-2 majestatycznie parły w stronę wylotu z Mariupolu. Nad głowami przeleciały nam śmigłowce Mi-17 zmierzające w stronę Tałakiwki.

– W końcu Beleziuk poszedł po rozum do głowy. – Bogdanow przechadzał się wzdłuż wału obronnego, sprawdzając jego stan. – Nasz ukochany dowódca zdecydował się na kontratak. A teraz żołnierze oczyścić przedpole. Zebrać wszystko, co się może przydać. Amunicję, broń, zapasy. Ciała załadować na ciężarówki. Grabarze zaraz przyjadą. I uwijać się. Za dwie godziny zmienia nas kompania Wadima z batalionu „Azow”. Do tego czasu przedpole ma być czyste jak pizdeczka mojej żony. Zrozumiano?!

– Tak jest!

Nikt nie ucierpiał w czasie ataku, więc byliśmy w dobrych humorach. Adrenalina powoli puszczała. Sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni kurtki po papierosy. Gestem przywołałem Prychodkę i poczęstowałem go.

– W czasie ataku wydarzyło się coś dziwnego – powiedziałem przypalając fajka. – Widziałem dziewczynkę z wózkiem pełnym granatów.

– Co ty pierdolisz, Michaiło. – Prychodko zaśmiał się i spojrzał na mnie z politowaniem. – Żadnego dziecka tu nie było. Chyba wczoraj za dużo bimbru wychlałeś u Kozarowej.

– Co widzieliście, żołnierzu? – spytał, zbliżając się porucznik Bogdanow. – Dziewczynkę z granatami. To widmo. Wojenna legenda. I zły znak.

– Żadne widmo. Spójrzcie, tam leżą granaty, które od niej kupiłem. – Wskazałem zagłębienie w wale, w którym je schowałem.

– Odpocznijcie, żołnierzu. Dobrze wam radzę. Na froncie niejeden miał zwidy. A to stanowi zagrożenie dla oddziału. Brać się za oczyszczanie, a później spać. Żebyś mi tu jutro nie pierdolił o żadnych dziewczynkach. Dziewczynki to możesz pierdolić, ale w burdelu u Mamy Wiery, co też radzę ci zrobić dzisiaj po służbie. Do roboty.

Sprzątanie przedpola zajęło nam ponad godzinę. Razem z Prychodką zajęliśmy się BTR-em. Wymontowaliśmy karabiny, spuściliśmy paliwo, zabraliśmy skrzynki z amunicją i broń załogi.

– O kurwa! Ja go znam. – Prychodko ze zdziwieniem wpatrywał się w trupa separatysty. – Mieszkał tam, gdzie ja, w Sachance, dwie ulice obok. Ot, bladź. Do ruska poszedł walczyć, zamiast ojczyzny bronić.

Prychodko przeszukał jego kieszenie, ale nie znajdując nic ciekawego, wstał i splunął na ciało.

– Dobra. Zbieramy się – powiedziałem biorąc ostatnią skrzynię z amunicją.

 

Godzinę później przybyli nasi zmiennicy z kompanii „Azow”. Z rejonu Tałakiwki dochodziły odgłosy walki. Droga wylotowa z miasta zaroiła się od ciężarówek i transporterów. Przekazaliśmy pozycję i mogliśmy się nacieszyć dwunastogodzinną przerwą od służby.

Przemierzając zniszczone miasto, myślałem o tajemniczej dziewczynce. Skąd się tam wzięła? Dlaczego nikt inny jej nie widział? I skąd, do cholery, miała wózek pełen granatów? Szedłem aleją Pobiedy w stronę knajpy Kozarowej. Mogłem iść do kantyny w koszarach, ale tamtejsze żarcie przyprawiało mnie o mdłości. Nade wszystko pragnąłem wziąć prysznic i spać, ale najpierw musiałem coś zjeść. Tę część miasta dotknęły największe zniszczenia. W czasie pierwszej ofensywy separatyści przerwali linie obrony i dotarli prawie do Azowstalu. Zostawiali po sobie spaloną ziemię. Dziury od pocisków artyleryjskich ziały z każdego budynku i bloku. Prawie nikt już nie mieszkał na powierzchni, ludzie przenieśli się do piwnic. Zapewniały one lepszą ochronę w czasie codziennych ostrzałów GRAD-u.

Na alei Pobiedy życie toczyło się swoim rytmem. Wzdłuż ulicy stały stragany, kramy i stoiska. Handlowano tu wszystkim. Płodami rolnymi z pobliskich wiosek, rybami złowionymi w zatoce Taganroskiej. Panienki lekkich obyczajów sprzedawały swoje ciała. Kombinatorzy rozprowadzali bimber, papierosy, broń, wodę i benzynę. Dilerzy marihuanę, amfetaminę i wszelkiej maści tabletki pobudzające. Biznes mimo konfliktu kwitł w najlepsze. Dzieci biegały wśród gruzowisk, przyzwyczajone do wojny. Panował tu nieopisany hałas, ludzie rozmawiali, kłócili się, bądź negocjowali ceny. Przy pomniku Sergo Ordzhonikidze rozłożyło się kilkunastu żołnierzy z batalionu „Kuindży”. Pozdrowiłem ich uniesieniem dłoni. Zmierzałem do Kozarowej, która serwowała najlepsze jedzenie w Mariupolu. Lokal mieścił się w dawnym budynku banku. Jedno z nielicznych miejsc w mieście ulokowanych na powierzchni. Wnętrze było zadymione i pełne ludzi. Zapachy z kuchni i odór ludzkich ciał mieszały się ze sobą. Mimo otwartych okien panował tu straszny zaduch. Rozejrzałem się po sali. Główne stoły zajmowali młodzi ochotnicy z batalionu „Szuchewycz”. Rozkrzyczani, pełni pychy i ślepej odwagi. Pierwszy prawdziwy bój zmieni w nich wszystko. Sam taki byłem nie dalej jak pięć miesięcy temu. Inne stoliki zajmowali okoliczni mieszkańcy lub sprzedawcy z pobliskich wiosek. Świętowali ubicie interesu w najlepszej knajpie w Mariupolu.

Usiadłem w rogu, gdzie był wolny stolik. Położyłem Wiepra na ławie i zacząłem zdejmować pozostałe wyposażenie. Plecak, torbę i pasy z amunicją. Kiedy zostałem w samym mundurze, przeciągnąłem się i z rozkoszą wyciągnąłem nogi. Na widok karabinu ochotnicy ożywili się. Jeden z nich wstał i podszedł do mnie.

– Kawał broni, sierżancie. – Przyglądał się z podziwem. – Mogę obejrzeć.

Skinąłem głową, a młodziak podniósł Wiepra z oczami błyszczącymi jak u dziecka. Wiedziałem, że broń robi wrażenie, był to prawdziwy unikat. Karabin szturmowy z systemem bullpup, z magazynkiem cofniętym za chwyt i spust, dodatkowo wyposażony w celownik kolimatorowy i granatnik podwieszany kalibru 40mm. Naturalnie nie wspomniałem o mankamentach broni. Celownik potrafił przekłamać dobre kilka metrów, a granatnik zaciął się trzy tygodnie temu. Nie miałem czasu oddać broni do rusznikarza.

– Prawdziwe cacko, sierżancie. – Żołnierz gwizdnął z podziwem. – My dostaliśmy zwykłe AKM-y. Jak go zdobyliście?

– Na wrogu. W czasie pierwszej ofensywy byłem na patrolu. Natknąłem się na posterunek batalionu „Wostok”. Podkradłem się z nożem i oto jest. A teraz odłóż go i wracaj do swoich. Muszę coś zjeść.

Młodziak posłusznie skinął głową. Położył karabin na swoje miejsce i wrócił do kompanów. Oblegli go, a on opowiadał o broni, machając rękami i wydając okrzyki zachwytu. Stara Kozarowa dopiero teraz mnie zauważyła i powoli podeszła do stolika po zamówienie.

– Witaj, Michaiło – powiedziała swoim ciepłym, matczynym głosem. – Widzę po minie, że coś cię trapi. Co się stało? Ktoś zginął?

– Nie. Przydarzyła mi się dzisiaj dziwna rzecz. W czasie walk zobaczyłem małą dziewczynkę ciągnącą wózek pełen granatów. Rozmawiałem z nią, nawet kupiłem parę sztuk. Nikt inny jej nie widział. Sam nie wiem co o tym myśleć.

– Wcale nie taka dziwna – odpowiedziała pełnym napięcia głosem. – Słyszałam te opowieści od niejednego żołnierza w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Co więcej, sama widziałam tę dziewczynkę, karmiłam ją w czasie pierwszej ofensywy. Ostatni raz pojawiła się u mnie pod koniec stycznia. Z tego, co wiem, mieszka na ulicy Wołgogradzkiej przy parku. Dom z niebieską elewacją, mój stary odprowadzał ją któregoś wieczoru. Podczas ostrzału, odłamek skaleczył ją w rękę.  

– Wołgogradzka jest prawie w całości zniszczona. To jedno z najczęściej ostrzeliwanych miejsc w mieście. Kiedyś mieścił się tam sztab generała Beleziuka.

– Ano. Ale dom ponoć jeszcze stoi. – Kozarowa wyjęła z kieszeni fartucha mały notesik. – Chcesz coś do jedzenia, Michaiło?

– Tak. Co dzisiaj serwujecie?

– Kapuśniak zaporoski i młynci z sardelami. Rybki są świeże, prosto z zatoki. – Uśmiechnęła się.

– Niech będzie. Do tego poproszę jeszcze schłodzone piwo. Rybacy wypływają? Myślałem, że wszystkie statki zostały skierowane do obrony wybrzeża?

– Znajomy ma kuter i pływa na stare łowiska. Dogadał się z szychami i dostarcza ryby do sztabu, a przy okazji i do mnie. Ponoć Beleziuk uwielbia smażone sardele z cytryną.

– Wspominałaś, że słyszałaś od żołnierzy opowieści o dziewczynce. Pamiętasz kto ci o tym opowiadał?

– Nie tak dawno stołowali się u mnie ochotnicy z Krzywego Rogu. Batalion „Doncow”. Któregoś dnia popili i jeden z nich tłumaczył, że podeszła pod ich linie obronne, próbując sprzedać granaty. Pogonili ją. Ale on ci już tego nie opowie. – Kozarowa ze smutkiem kiwnęła głową. – Słyszałeś na pewno co się stało z koszarami na ulicy Kirowa. GRAD zniszczył wszystkie budynki. Ponad dwustu chłopaków spaliło się żywcem, kiedy zawaliło się wyjście.

– Słyszałem. Zginęło tam kilku moich znajomych – powiedziałem przypominając sobie twarze zmarłych.

– Pieprzona wojna.

Kozarowa oddaliła się w stronę kuchni, a ja zatopiłem w myślach. Czyli nie tylko ja widziałem tajemniczą, widmową dziewczynkę. Czy to wojenne szaleństwo zaczyna mi się udzielać? Śmierć i chaos, które mnie otaczają odkąd zaciągnąłem się do wojska, odcisnęły w końcu swoje piętno. Postanowiłem odwiedzić kamienicę na Wołgogradzkiej. Może tam znajdę jakieś wyjaśnienia.

Młoda kelnerka, której imienia nie znałem, przyniosła mi ociekający pianą kufel piwa. Ochotnicy z „Szuchewycza” zbierali się do wyjścia, robiąc przy tym większy hałas niż kiedy siedzieli przy stołach. Ciekawe, czy trafią od razu na pierwszą linię. Jeśli dzisiejszy atak na Tałakiwkę się powiedzie, potrzebny będzie każdy żołnierz do odparcia kontruderzenia. Z zamyślenia wyrwała mnie kelnerka, podchodząc do stolika z talerzem  parującej zupy i tacą pełną młynci. Jedzenie było naprawdę smaczne. Knajpa nie przez przypadek cieszyła się dobrą opinią. Nasyciwszy głód, odpocząłem chwilę popijając zimne piwo. Zrobiło mi się przyjemnie i błogo. Nie był to jednak jeszcze czas na sen. Musiałem wyjaśnić sprawę dziewczynki. Pod talerzem zostawiłem zapłatę wraz z napiwkiem. Zebrałem swoje rzeczy i wolnym krokiem wyszedłem z budynku.

 

Niebo się zachmurzyło, zanosiło się na deszcz. Przypaliłem papierosa i ruszyłem w stronę ulicy Wołgogradzkiej. Większość budynków była zniszczona częstymi ostrzałami, jednak kamienica z niebieską elewacją nadal stała. Dach był podziurawiony pociskami, podobnie jak jedna ze ścian, która zawaliła się na ulicę. Ostrożnie wszedłem przez drzwi frontowe, bacznie rozglądając się dokoła. Na parterze nie znalazłem nic oprócz starego dziecięcego wózka. Wydał mi się znajomy. Z dwóch mieszkań, które się tu znajdowały, lokatorzy wynieśli się wieki temu. Wszystko pokrywała gruba warstwa kurzu, a w powietrzu unosił się zapach zgnilizny.

Klatka schodowa wyglądała na nienaruszoną, jednak kiedy zrobiłem kilka kroków usłyszałem niepokojące skrzypnięcia. Coś kapnęło mi na głowę. Spojrzałem w górę, przez dziurę w dachu padał deszcz. Ostrożnie przemierzyłem resztę schodków i znalazłem się na piętrze. Od razu w oczy rzuciły mi się porozrzucane wszędzie puste puszki po konserwach i butelki po wodzie. W pierwszym mieszkaniu nie znalazłem nic. Wchodząc do drugiego w nozdrza wdarł się paskudny zapach. Cofnąłem się na klatkę i wyjąłem z plecaka chustę. Założyłem ją na twarz i ponownie wszedłem do mieszkania. Odór rozkładu przedzierał się przez cienką warstwę bawełny. Niedawno zjedzony posiłek podchodził mi do gardła. W kącie kuchni, na barłogu, leżało rozkładające się ciało dziecka. Chociaż nie dało się już rozpoznać twarzy, wiedziałem że to ona. Dziewczynka z granatami. Odczepiłem od plecaka koc i zawinąłem zwłoki. Ostrożnie zszedłem na dół. Schody trzeszczały i skrzypiały jeszcze bardziej.

Wyszedłem z budynku, deszcz przyjemnie orzeźwiał. Zaniosłem dziewczynkę pod wypuszczającą pierwsze liście wierzbę. Mimo że park podziurawiony był pociskami, drzewo pozostało nietknięte. Wyciągnąłem saperkę i zacząłem kopać płytki dół. Deszcz przybierał na sile, ziemia była namoknięta. Włożyłem ciało w wykop i zacząłem zasypywać. Cofnąłem się do kamienicy gdzie, znalazłem stare, drewniane krzesło. Uderzyłem nim o ścianę. Kawałkiem sterczącego ze ściany przewodu związałem dwa kawałki krzesła, tworząc niewielki krzyż. Wróciłem do parku. Gdzieś w oddali huczało echo wystrzałów. Wbiłem krzyż w prowizoryczny grób i zmówiłem modlitwę.

– Odpoczywaj w pokoju, dziecko – powiedziałem i odszedłem w deszcz.  

Koniec

Komentarze

Ja z przyjemnością klepnę biblioteczkę, bo choć to nie moja bajka, tu wszystko jest na swoim miejscu, ładnie ubrane w słowa, a i element fantastyczny przetrwa każdą brzytwę.

Edith: nie widać mnie, ale jeden głos na bibliotekę się pokazuje. Cuda, ludzie, normalnie cuda!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Tematyka raczej nie moja, ale koncepcja dziewczynki ciekawa. Tylko mam wrażenie, że zbyt wcześnie skończyłeś. Czy pochowanie dziecka odwróciło pecha? Fajnie byłoby poznać finał.

Ech, jak zobaczyłam brak klikających na Bibliotekę i jeden punkcik na liście, to pomyślałam: “Bemik tu była”. ;-)

Pani żołnierzu – powiedziała piskliwym głosem. – Chce pan kupić granaty. Dziesięć hrywien za sztukę.

Literówka. Pytajnik? Tanie dosyć te granaty. Ale może i tyle kosztują, nigdy nie kupowałam…

Szedłem aleją Pobiedy w stronę knajpy Kozarowej.

“Pobieda” to rosyjskie słowo. Jakoś mi zgrzyta w ustach żołnierza walczącego z separatystami.

Wchodząc do drugiego w nozdrza wdarł się paskudny zapach.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzi, że to zapach zwiedzał ruinę. Za to przecinek obowiązkowy.

Babska logika rządzi!

Dobrze, coraz lepiej, tak trzymać! Nawet scena w karczmie lepsza, niż w poprzednim opowiadaniu ;-) Z przyczyn niezależnych musiałem przerwać lekturę na pierwszej kwestii dziewczynki "Chce pan kupić granaty? Dziesięć hrywien za sztukę." Moja reakcja wyglądała (brzmiała)– "Łoooo… Aleeee…" A Surrealistyczna absurdalność tej sceny oraz świadomość możliwości jej (niestety) realnego zaistnienia, utkwiły mi w głowie na długie godziny, zaostrzając apetyt na dalszy ciąg. Niestety, trochę zmarnowałeś potencjał, tak jak Finkla uważam, że urwałeś tekst w połowie. Z innych spraw – nie ma potrzeby podawania nazw sprzętu bojowego, chyba że (jak w przypadku Wiepra) ma to fabularne uzasadnienie. Większość czytelników potrafi sobie doskonale wyobrazić transporter opancerzony, ale czy jest to BTR-60, 80, czy też 666, nie ma kompletnie znacznia. Wprowadza tylko element sztuczności do narracji, tudzież pozostawia wrażenie, że autor chwali się wiedzą. Ale co tam, tekst fajny. Gdybyś tak jeszcze zechciał rozwinąć…

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Sam opis działań wojennych nie zainteresował mnie tak, jak nie do końca wykorzystany motyw dziewczynki z granatami, skutkiem czego czuję niedosyt. Podoba mi się natomiast ukazanie życia codziennego w mieście, w którym trwa wojna.

 

Scho­wa­łem się za wałem, aby prze­cze­kać… – Brzmi jak powtórzenie, w dodatku rymowane.

Może: Skry­łem/ Ukryłem się za wałem, aby prze­cze­kać…

 

Ciało  bez­wład­nie zsu­ną­ło się na pan­cerz po­jaz­du… – Literówka.

 

W końcu Be­le­ziuk po­szedł po rozum do głowy. – Bog­da­now szedł wzdłuż wału obron­ne­go… – Powtórzenie.

 

Na fron­cie nie jeden miał zwidy.Na fron­cie niejeden miał zwidy.

 

Śmierć i chaos, jaki mnie ota­cza­ją odkąd za­cią­gną­łem się do woj­ska, od­ci­snął w końcu swoje pięt­no.Śmierć i chaos, które mnie ota­cza­ją odkąd za­cią­gną­łem się do woj­ska, od­ci­snęły w końcu swoje pięt­no.

 

kel­ner­ka, pod­cho­dząc do sto­li­ka z pa­ru­ją­cym ta­le­rzem zupy… – …kel­ner­ka, pod­cho­dząc do sto­li­ka z ta­le­rzem parującej zupy

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mam podobnie jak Finkla i Regulatorzy. Za mało dziewczynki, za dużo wojny. Los dziecka też mnie nie zaskoczył. Mimo to jednak dobrze napisane.

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Dzięki za komentarze. Faktycznie zakończenie mogłoby więcej wyjaśniać chociaż od początku planowałem je w ten sposób. 

Reg błędy poprawione.

Bemik, Emelkali dziękuję za bibliotekę. Może w końcu uda się wprowadzić do niej pierwszy tekst.

Mariupol,[+] kwiecień 2017

Przeniosłem celownik w prawo – skierowałem celownik, przeniosłem wzrok celownika, przesunąłem celownik (wyszedł taki skrót myślowy)

Skryci tam nadal stanowili zagrożenie. – skryci w tamtym miejscu, lub coś takiego…

że skuliłem się i zsunąłem się

– Pani żołnierzu – literówka

Chce pan kupić granaty. – powinien być znak zapytania

Podałem go małej, przyglądając się uważnie. – dziewczynce czy banknotowi się przygląda?

zakląłem,[+] kiedy

Z lewej ręki pozostał tylko kikut – jest okej, ale wolałbym: w miejscu, w którym powinna być ręka sterczał krwawy kikut

Oko zwisało na jakimś ścięgnie – oko i ścięgna? wydaje mi się, że to tylko nerwy i mięśnie, ścięgna są między kośćmi a mięśniami

– Co widzieliście, żołnierzu? – spytał, zbliżając się porucznik Bogdanow. – Dziewczynkę z granatami. To widmo. Wojenna legenda. I zły znak. – wydaje mi się, że brakuje to opisu zaciekawienia, cienia emocji na twarzy Bogdanowa; za szybko przechodzi do legendy

ale,[+] nie znajdując nic ciekawego, wstał – bo wcięcie

powiedziałem,[+] biorąc

Biznes,[+] mimo konfliktu,[+] kwitł

kłócili się,[-] bądź negocjowali

Sam taki byłem nie dalej jak pięć miesięcy temu – jest okej, ale ja bym dał myślni po “byłem”, podkreśli to refleksyjność wypowiedzi

gdzie był wolny stolik – gdzie znalazłem

Mogę obejrzeć. – znak zapytania

Wcale nie taka dziwna – odpowiedziała pełnym napięcia głosem. – tu znów brakuje właśnie tego napięcia, drugi taki moment, gdzie za szybko, bez przystanku i przewleczenia słów (choćby opisem emocji, reakcji), nim nastąpi jakaś historia i dialog

Podczas ostrzału,[-] odłamek skaleczył ją w rękę.

że wszystkie statki zostały – kutry, bo zbyt dumnie brzmi “statki”

– Znajomy ma kuter – ma łajbę, żeby nie było powtórzenia

powiedziałem,[+] przypominając

słowo “kelnerka” się powtarza; można zamienić na “garsonka”, “kobieta”, “pracownica lokalu”

odpocząłem chwilę popijając – raczej dałbym przecinek przed “popijając”

przyjemnie i błogo. – masło maślane

do kamienicy gdzie, znalazłem – przecinek przed, nie za “gdzie”

związałem dwa kawałki krzesła, tworząc niewielki krzyż. – a nie trzy kawałki? Przecież Ukraina to prawosławni, tam krzyż ma dwie belki

Właściwie coś mi nie gra i nie gra… zastanawiam się po prostu, czemu żołnierz wyciąga kasę i płaci dziecku. Nie załatwiają tego sztabowi i inni? W sensie zaopatrzenie? Sprawdzają jakość towaru i bulą. A on jakby prywatnymi hrywienkami zapłacił.

Ogółem historyjka jest bardzo zgrabna. Nie brakuje jej nic, poza elementami napięcia w pewnych fragmentach, które zaznaczyłem. I spóźniłem się z betą, ale cóż, trudno :)

No, w końcu coś dłuższego jest, i z fabułą :)

Początek przyciągnął mnie płynnością narracji, choć nieco nużył opisami i terminami militarnymi, bo w większości niewiele mi mówiły. Podobnie jak Sirin, zdziwiłam się tym zakupem granatów. Sądzę, że scena równie dobrze by zadziałała, gdyby dziewczynka po prostu mu je dała.

Również sądzę, że od czasu Twoich wprawek postęp jest spory. Warsztatowo fajnie, fabuła ogólnie trzyma się kupy, klimat zasysa. Nadal jeszcze widzę sporo elementów, które – zdaje mi się – są bo czemu nie, choć nie bardzo wpływają na fabułę. Na przykład cały ten zachwyt, wywołany bronią narratora. Na pewno scena jest dzięki temu bardziej różnorodna, żywa, ale nic więcej z tego nie wynika. 

Pomysł – bardzo mi się.

 

Edit:

Jakoś lubisz zapominać o znakach zapytania, ale to już chyba przedpiśćcy zauważyli.

 

Wyciągnąłem saperkę i zacząłem kopać płytki dół. Deszcz przybierał na sile, ziemia była namoknięta. Włożyłem ciało w wykop i zacząłem zasypywać.

 

 

 

Mnie betowanie ominęło, jakkolwiek mylący był by mój nick na liście. Następnym razem, Belhaju, poproś wcześniej, daj znać kiedy publikujesz, bo czuję się teraz tak, jakbym nie dotrzymał obietnicy.

Co do samego opowiadania, nie przekonały mnie sceny walki. Reszta nawet fajna i to stanowczo najlepsza rzecz, jaką od Ciebie czytałem, wciąż jednak czuję brak. To do następnego :)

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Kwisatz spoko następnym razem dam znać wcześniej.

Sirin, Werwena dzięki za opinię.

Przeczytałam, Belhaju i mogę powiedzieć, że to najlepszy Twój tekst. Ładnie związana akcja i świat realnie przedstawiony. Mało dziewczynki, ale to już wiesz. Ogólnie jednak mi się podobało. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dziękuje za bibliotekę. W końcu się udało się coś do niej wprowadzić :)

Nie wiem tylko kto jeszcze oprócz bemik, emelkali i uradowanczyk ją kliknął.

W każdym razie jeszcze raz dzięki :)

Jak bym kliknął, gdyby jeszcze się dało. Czytałem z rosnącym zainteresowaniem; przedstawienie życia miasta w czasie wojny wyszło Ci, moim zdaniem, znakomicie. Motyw z dziewczynką z granatami – świetny. Tylko zakończenie takie nie wiadomo jakie, z pewnością przedwczesne. A szkoda.

Sorry, taki mamy klimat.

Dobrze się czytało, w sumie mógłbym podpisać się pod komentarzem Sethraela. Nie jest łatwo oddać klimat wojny, a Ty całkiem nieźle wybrnąłeś z zadania. Zakończenie nie jest nie wiadomo jakie, wydaje mi się, że rozumiem jego sens, ale faktycznie można było trochę inaczej rozłożyć akcenty pod koniec – dodać odrobinę emocji, jakąś myśl od autora. Odejście w deszcz też ma w sobie pewien ładunek symbolizmu, ale faktycznie pozostaje lekki niedosyt. 

+ słuszna uwaga thargone, że nieco przesadziłeś z podawaniem nazw uzbrojenia. Wplecione tu i tam dodałyby klimatu, ale podawane “w każdym zdaniu”, tworzą wrażenie, że to nie opko, tylko depesza korespondenta Polski Zbrojnej ;).

 

Jeśli możesz coś dla mnie zrobić, to usuń niepotrzebne zaimki wskazujące

żeby wykurzyć resztki wrogiego oddziału z tego leja. Skryci tam nadal stanowili zagrożenie.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Sethrael, Nevaz dzięki za przeczytanie i komentarz. 

Odnośnie nazw uzbrojenia to fantastyka militarna charakteryzuje się tym elementem, a opowiadanie wpisuję się w ten nurt. Początkowo planowałem dodać wiele więcej :)

Parafrazując Koheleta – wszystko ma swoje miejsce. Nie zaliczam się do osób, które nudziłyby opisy uzbrojenia, taktyki, strategii itd. Przeciwnie – zawsze lubiłem gry strategiczne i interesowałem się historią wojskowości. Swoją opinię jednak podtrzymuję. Wydaje mi się, że twoje opowiadanie mogą czytać 3 rodzaje osób – takie, które znają wszystkie modele i typy uzbrojenia, takie, które cośtam wiedzą i chętnie się dowiedzą więcej i takie, które to zwyczajnie znudzi. Ostatniej grupy nie zadowolisz, ale i u środkowej nie nabijesz punktów ograniczając się do opisów typu “Czołgi T-84 i transportery opancerzone BRDM-2 majestatycznie parły w stronę wylotu“. Mniej więcej wiem jak wygląda T-84, ale informacja którą przekazujesz – że to taki czołg, a nie inny – miałaby sens, gdybyś dodał parę słów opisu, jakoś wplótł je w treść. Same nazwy sucho brzmią, a już na pewno ktoś, kto generalnie nie wie o co chodzi nie będzie miał łatwego odbioru. Co innego opis Wiepra w karczmie – tu można sobie coś niecoś wyobrazić : ) (akurat o istnieniu Wiepra nie miałem pojęcia, ale zaciekawiłeś mnie i już mam).

Może faktycznie fantastyka militarna charakteryzuje się czymś takim, z czystym sumieniem mówię: nie wiem. Ale dzielę się wrażeniami czytelniczymi : >.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

– W czasie ataku wydarzyło się coś dziwnego – powiedziałem przypalając fajka. ---> przecinek odszedł w siną dal, a potrzebny, no i “fajek”… Po jakiemu to?

Dość długo omijała mnie przyjemność poznania Twojego opowiadania. Lekki grymasik wywołały tylko nazwy pojazdów bojowych i uzbrojenia – nic nie dają, a zbitki liter i cyfr zakłócają płynność czytania. Zakończenie dobre mi się wydaje, fakt pogrzebania dziecka wystarczająco dużo mówi o bohaterze i łzawe dopiski w rodzaju: po czym odszedłem w strugach deszczu byłyby przegięciem w stronę sentymentalizmu.

Uznałem, że same suche nazwy “czołg”, “transporter” czy “śmigłowiec” byłyby nie wystarczające. Dla nadania opowiadaniu większej realności wplotłem nazwy autentycznego sprzętu wojskowego używanego w walkach we wschodniej Ukrainie. Rozumiem, że nie każdemu ( a wnosząc z komentarzy raczej nikomu ), przypadnie to do gustu.

AdamKB cieszę się że poznanie opowiadania sprawiło ci przyjemność. Mi przyjemność sprawił twój komentarz. 

W porządku, liczyłam na jeszcze jedną konfrontację z dziewczynką, ale zadowolę się trupem. Wojna dość przekonująca, nie wiem czemu miałam wizualizację scenerii z filmu “Wróg u bram”. Bohater przekonująco opisany. Wszystko gra.

Skąd wiesz, że dzisiaj nie minąłeś się z powołaniem?

Wróg u bram świetny film, fajnie że taka wizualizacja ci się przedstawiła. Mariupol to nie Stalingrad, ale skalę zniszczenia miasta właśnie tak sobie wyobrażałem.

Podobało mi się :)

Anet, ależ stary tekst odgrzebalas. Cieszę się, że się podobało :)

Trochę był przykurzony, ale dałam radę ;)

Oj tam, jaki przykurzony? Ostatnie komentarze sprzed półtora roku to jeszcze całkiem świeża sprawa. ;-)

Babska logika rządzi!

Dlatego mówię, że trochę ;)

Od tego czasu na portalu pojawiło się pewnie parę tysięcy opowiadań :)

A co do powyższego tekstu, ma on dla mnie dużą wartość ponieważ pierwszy raz udało mi się dostać do Biblioteki, później ukazał się w Wydaniu Specjalnym Szortala, co było moją pierwszą publikacją. A wreszcie po pozytywnym odzewie uwierzyłem, że z tej mojej pisaniny może coś być. I tak sobie klepię w klawisze od tamtego czasu :)

I dzięki temu ja mam co czytać ;)

Przez dwa lata? Myślę, że bardziej para niż parę. ;-)

Babska logika rządzi!

Rzecz pewnie do zweryfikowania. W każdym razie była wyjdzie spora liczba :)

 

Edit: Mam też nadzieję, że uda mi się stworzyć jeszcze sporo interesujących opowiadań.

Też mam taką nadzieję, jak napiszesz, to przeczytam ;)

Najbliższy planuje na konkurs Fantastyczne Gody :) O ile uda mi się wyrobić.

Na pewno Ci się uda :)

Nowa Fantastyka