- Opowiadanie: LewH - Przypadek profesora N. Griczkina [cz. 1]

Przypadek profesora N. Griczkina [cz. 1]

Oceny

Przypadek profesora N. Griczkina [cz. 1]

 Dzień powoli się kończył. Nerwowy oddech codziennych obowiązków ustępował równie nieregularnemu oddechowi niepewności przed jutrem, niezdarnie chowanemu pod płytkim wdechem kłamliwego wytchnienia i spokoju argumentowanego monotonią. Dzisiaj było takie same jak wczoraj, tak więc jutro powinno być również takie same.

Żółty, gęsty pył postępował nieubłaganie biorąc we władanie kolejne regiony Miru. Tylko nieliczni śmiałkowie, albo głupcy, kręcili się w ulicznej mgle, sami często nie wiedząc w jakim celu. Ich wędrówka kończyła się w nielegalnych rozlewniach bimbru, prowizorycznie urządzonych na bary dla biedoty, albo w domach rozpusty, równie higienicznych co legalnych.

Większość ludzi zdążyła skryć się w swoich domostwach i rozpocząć wieczorne rytuały dające chwilowe ukojenie trudu mijającego dnia. Po mieszkaniach rozchodził się brzękot sztućców i talerzy, to rozkładanych to znowu zbieranych, niczym magiczne narzędzia zaklinające rzeczywistość. Kawałki mięsa składane w ofierze, co by dać siłę do przetrwania kolejnego odcinka czasu.

Jeszcze ten deszcz, a chwilę później już kałuże zamieniające się w potoki wypłukujące wszelkie nieczystości, spływające ulicami w dół wypędzając szczury ze swoich siedlisk.

Normalny kres dnia, na jednej z przeciętnej wysoko zabudowanych ulic, gdzie z uchylonego okna dochodziły dźwięki dziwnej melodii granej na dawno zapomnianym instrumencie. Dynamiczne i chwytające za serce dźwięki ułożone pierw w proste sekwencje rozwijały się w co raz to bardziej skomplikowaną całość zdawały układać się w melodie orszaku śmierci. Narodziny, dzieciństwo i jego troski, dorastanie i pierwsza miłość. Dorosłość, rozczarowania. Stałość i trwałość. Pierwsze pożegnania. Nadzieja tak bardzo obca żółci.

Bach.

 

Rudy chłopiec siedział przy stole uginającym się pod ciężarem wyraźnie zużytych książek i sterty ręcznie zapisanych papierów, na których wyraźnie widać było ślady kolejnych, porannych kaw i brudnych od tuszu, męskich palców. Chłopak skrobał coś zawzięcie szorując po papierze jednocześnie długopisem i piegowatym nosem, na czubku którego zawsze pozostawały resztki atramentu. Był tak pochłonięty swoim zajęciem, że za nic nie przeszkadzały mu dźwięki emocjonującej rozmowy odbywającej się w pomieszczeniu obok – gabinecie ojca, profesora Nikodema Griczkina. Potężne, kiedyś śnieżno białe, drzwi stanowiły swoistą barierę między światem dziecięcej pasji i niestabilną przestrzenią ludzi dorosłych, gdzie nie raz podawano dyskusji sprawy tak skomplikowane, że wydawało się, że jedynie dziecięca wyobraźnia i swoboda od wszelkich założeń granicznych jest w stanie znaleźć proste i satysfakcjonujące rozwiązanie.

Chłopiec, jak codziennie po południu, rysował model nowego, szybkiego pojazdu, który w myślach rozpędzał do maksymalnych prędkości uśmiechając się z satysfakcją. Każdego dnia kreślił na kartce nowy wehikuł i nadawał mu wymyśloną nazwę, której pochodzenie nie zawsze było do końca jasne, a już na pewno nie dla kogoś poza samym autorem. Tego dnia rysował „Aspide” – dwuosobowy pojazd w kształcie spłaszczonego walca który zamiast paliwa napędzany był pustynnym piaskiem i unosił się kilkanaście centymetrów nad ziemią. Oczywiście chłopak wiedział, że obecne osiągnięcia techniczne Głównego Instytutu Naukowego w Mirze nie pozwalają na realizacje takiego modelu, jednak był bezgranicznie przekonany, że któregoś dnia naukowcy odkryją o wiele bardziej zaawansowane technologie, likwidujące wiele nierozwiązywalnych na ten moment problemów, poczynając od wynalezienia nietracącej smaku gumy do żucia na masowych uprawach modyfikowanego zboża mogącego rozwiązać trapiący ludzkość problem głodu. Przeświadczenie o nieograniczoności podbojów naukowych nie wynikało tylko z dziecięcej naiwności, w końcu chłopak miał dopiero dziesięć lat i nadal wierzył w rzeczy, które twarze dorosłych przyprawiały o litujący się nad głupotą uśmiech. Nadzieje pokładana w naukowcach była silnie związana z jego ojcem, profesorem Griczkinem, który już od czterech lat stał na czele Głównej Komisji Rekultywacji i Osadnictwa przy GINMie. W końcu, który syn doświadczony miłością i troską ze strony ojca nie widział w nim człowieka mogącego wszystko, nawet uczynić świat lepszym

Kiedy rudzielec sprawnym ruchem długopisu wykańczał obudowę kokpitu „Aspide” za drzwiami jego ojciec przyjmował jednego z wysoko postawionych urzędników Miru. Chłopak doskonale wiedział, że w jego domu nie raz i nie dwa pojawiały się postaci z pierwszych stron Biuletynu Informacyjnego, jednak nigdy nie zaprzątał sobie tym szczególnie głowy, choć często czuł dumę, bo skoro różni ważni ludzie przychodzili załatwiać sprawy z ojcem, to znaczy, że on też był kimś ważnym.

– Ten projekt stanowi dla nas priorytet – prawie krzyczał wysoki mężczyzna ubrany w czarny, perfekcyjnie skrojony mundur, którego dostojności urągało kilka mokrych, deszczowych plam. Kiedy dawał upust swojemu zapałowi przeobrażając go w wykrzyczane słowa mężczyzna stawał na palcach to znów opadł piętami na podłogę kołysząc się w sposób komiczny. – Rada Miru oczekuje jak najszybszego przygotowania ostatecznych poprawek i zatwierdzenia całości przez Komisję! -

Profesor Griczkin, starzejący się z niezwykłą klasą pięćdziesięciocztero latek ubrany w wyświechtaną marynarkę i nie odstające od tego stylu znoszone spodnie siedział całkiem wygodnie za masywnym biurkiem słuchając z wielką uwagą płomienistych apeli, wniosków, de facto przemówień, swojego gościa. Lata doświadczenia nauczyły go, że uleganie presji urzędników, często nie mających żadnego pojęcia o delikatności materii z jaką mają do czynienia jest kardynalnym błędem jaki można popełnić.

Rozmawiające postaci tonęły w żółto-pomarańczowej poświacie wpadającej przez okno wychodzące na Przedmieścia, a konkretnie na mur oddzielający tą część miasta, nieprzypadkowo nazywaną Pierścieniem, od slumsów, gdzie rozróżnienie pojęć życia i śmierci nie miało praktycznego zastosowania. Barwa wpadająca do pomieszczenia była wynikiem zmieszania się resztek słonecznego światła z pomarańczowym pyłem, który jak zwykle o tej porze dnia wzbijał się w powietrze. Żółć toczyła graniczne ulice i uderzała swą odrazą w oczy mieszkańców, choć niektórzy widzieli w tym pewien porządek i sprawiedliwość, to nawet ich oczy szybko ulegały zmęczeniu, a wyjście na zewnątrz bez specjalnych gogli ochronnych było praktycznie niemożliwe. Niektórzy widzieli w tym nadlatującym z Przedmieścia i osiadającym na budynkach spokojnych części Miru, pyle wyrzut sumienia z jakim musi się zmagać syty obywatel na kilka chwil przed zaśnięciem i krótko po przebudzeniu. Tak więc ciężko byłoby znaleźć w mieście choć jedno spokojne sumienie. Już o wiele łatwiej było wpaść zza rogiem na kogoś bez sumienia, ale nawet i jemu potrzebne były specjalne gogle chroniące oczy.

– Ciągle czekamy na sprawozdanie Czwartej Grupy Rozpoznawczej – w przeciwieństwie do swojego rozmówcy profesor Griczkin mówił łagodnym półszeptem, który często wśród słuchaczy budził paradoksalne poczucie niepokojącego spokoju. – Dobrze pan wie, że niedomówienia związane z trzecim raportem stawiają pod znakiem zapytania kwestie ulokowania bazy.-

– Profesorze, przygotowania trwają już prawie dwa lata! – mężczyzna osiągał szczyty irytacji. Jego co raz bardziej blada twarz stanowiła miły kontrast dla czerni munduru. – Dwa pierwsze sprawozdania grup ekspedycji wyraźnie stwierdzały, że nie ma żadnych przeciw wskazań do rozpoczęcia operacji rekultywacyjnej we wskazanym przez nas regionie. To, że Trzecia Grupa zarejestrowała jakieś wątpliwości nie powinno mieć większego znaczenia. Zapewne były to sezonowe wyładowania energii, albo cokolwiek innego co da się racjonalnie wytłumaczyć.-

– Drogi Iwanie Mikołajewiczu – zaczął spokojnie, choć już trochę zmęczony trwającą blisko godziną wymianą nic nie wnoszących zdań. Co raz częściej spuszczał wzrok z twarzy gościa na podłogę, której wzornictwo zdawało się być coraz ciekawsze wraz z każdym wypowiedzianym słowem Iwana Mikołajewicza. – Racjonalne wytłumaczenia niech pozostawi pan Instytutowi. Zaś pańskie krzyki i oburzenia nie zmienią regulaminu, który wyraźnie określa procedury postępowania. Przed rozpoczęciem operacji osadniczo-rekultywacyjnej muszą odbyć się cztery sezonowe ekspedycje, z czego niezbędne są trzy pozytywnie opiniujące badaną przestrzeń sprawozdania. Przynajmniej trzy, choć jak pan zapewne pamięta, jest to projekt dziewiczy, stąd preferowana byłaby całkowita zgodność. Jak najmniejsze ryzyko przy jak największych szansach na powodzenie. Tymczasem, materiał zgromadzony na ten moment pozostawia wątpliwości co do lokalizacji strefy osadniczej, dlatego tak ważne jest aby poczekać na raport Czwartej Grupy, który rozstrzygnie, miejmy nadzieje wątpliwości, a przede wszystkim wyjaśni te dziwne zdarzenia zanotowane przez Trzecią Grupę. Regulamin jest po to aby go przestrzegać, pan akurat powinien to doskonale wiedzieć i rozumieć.-

Twarz urzędnika sprawiała wrażenie uległej wobec całej serii bezsensownych grymasów, które ją owładnęły. Iwan Mikołajewicz zaliczał się do tych biurokratów, którzy regulamin respektowali bez względu na okoliczności, profesor Griczkin wiedział o tym doskonale i do dzisiaj przechowywał w pamięci liczne spory z Mikołajewiczem związane z zakresem badań Instytutu, które rozbijały się właśnie o litery regulaminów. Tym większe było zdziwienie naukowca, że ten prawniczy purysta nagle stał się przesadnie pragmatyczny, a momentami najzwyczajniej lekkomyślny. Gdzieś w głębi profesor odczuwał dyskretne łaskotanie satysfakcji z powodu zamiany ról, do jakiej doszło w tym gabinecie, jednak nie zmieniało to faktu, że rozmowa ta dłużyła się i stawała się co raz bardziej irytująca.

– Proszę mnie nie pouczać czego powinienem, a czego nie powinienem przestrzegać – irytacja wygrywała z fałszywym spokojem. Koniec końców arogancja urzędnicza musiała wyjść na jaw, obracając fasadową uprzejmość w pył. – Odwlekanie decyzji o rozpoczęciu operacji działa na naszą nie korzyść. Przy tego typu przedsięwzięciach nigdy nie ma całkowitej pewności ani całkowitego bezpieczeństwa. Ryzyko jest wpisane w całą misję, co wydawało się być oczywiste dla wszystkich od samego początku pracy nad projektem! Doskonale pan wie, że postępujący kryzys przestrzeno-żywieniowy naciska na nas, okoliczności stają się co raz bardziej bezwzględne, co zmusza nas do elastyczności wobec pierwotnych założeń, czy nawet regulaminu. -

– Ma pan rację – przyznał, w sposób wyraźny szydząc z Mikołajewicza. – Regulamin można zmienić! Możemy pozmieniać limity i suwaki bezpieczeństwa, możemy na nowo rozpisać procedury postępowania przy rekultywacji, łagodząc wymagania sanitarne, obniżając próg zdolności oczekiwanych od ekipy rekultywacyjnej. Możemy być całkowicie elastyczni. Tylko dlaczego nie możemy zastosować tej elastyczności wobec zmiany pierwotnej lokalizacji? -

– Bo zarówno badania sondowe, jak i dwa raporty ekspedycyjne wykazują, że jest to teren optymalny, pod względem odległości od Miru, jak i możliwości rekultywacyjnych, czy rozwoju przemysłu. Czas…-

– No właśnie czas… – Griczkin nagle się ożywił i spojrzał na swojego gościa z wymalowanym uśmiechem, które tylko dopełniał efektu teatralności jaki wywołała modulacja głosu przez profesora. Te trzy słowa wypowiedziane głosem natchnionego kaznodziei zadrgały w gabinecie. Profesor nie miał już ochoty słuchać dłużej zwerbalizowanych myśli Mikołajewicza, które nie dość, że szły dziwnym torem, to jeszcze zdawało się, że robią to na około.– Czas nam się skończył. Pan jest zajęty, ja jestem zajęty. No w końcu mamy wyprawę do przygotowania. Jestem przekonany, że te chwilę oczekiwania na raport możemy spędzić na czymś o wiele pożyteczniejszym niż jałowym sporze. Po za tym, i tak zdecydowanie za długo oddajemy się tu bezzasadnej teorii, zahaczającej o próby przepowiadania tego co dopiero ma się wydarzyć. Nie jest to nawet prognozowanie. Proszę więc po raz ostatni: poczekajmy na ostatni raport i wtedy podejmijmy stosowne decyzję. -

Grymas Mikołajewicza odzwierciedlał pogardę zmieszaną z wściekłością. Jednak już bez słowa, bez kurtuazyjnego do widzenia, mężczyzna wyszedł z gabinetu, pozostawiając profesora w przyjemnej ciszy. Jeszcze przez kilka sekund dało się słyszeć głos żołnierskich butów zamaszyście przemierzających odległość od gabinetu do wyjścia. Profesor Griczkin westchnął przecierając bez sensu czyste okulary.

– Tato?– w uchylonych drzwiach sterczała ruda szczecina. – Coś się stało? Ten pan wyszedł bardzo zdenerwowany.-

Griczkin nie miał zwyczaju opowiadać synowi o utarczkach, które dosyć często przechodził przy nieodzownym udziale biurokratów. Wolał mu opowiadać o kolejnych technicznych rewelacjach opracowywanych w Instytucie, które u obydwu wywoływały dreszcz podniecenia i uśmiech na twarzy.

– Rozmawialiśmy o jego synu, który choć jest w twoim wieku ciągle bezmyślnie uderza pięścią w ciecze nienewtonowskie. Nic dziwnego, że się zirytował, kiedy mu powiedział, że jesteś inżynierem najszybszych maszyn – chłopak podbiegł do ojca i nie wypuszczają z ręki kratki ze świeżo ukończonym szkicem „Aspide” mocno przytulił się do ojca, który na próżno próbował wyprzeć ze świadomości minioną, mało przyjemną rozmowę, która przeplatała się z jednym zdaniem pochodzącym z raportu Trzeciej Grupy Ekspedycyjnej: nieznane wcześniej anomalia zakrzywiające czasoprzestrzeń mimo jej stabilności wykazanej w piętnastu sesjach pomiarowych.

Zapadła noc, a wraz z nią kojąca oczy ciemność kładąca się cieniem na żółci.

 

W dużej bezokiennej sali wykładowej znajdującej się gdzieś w prawym skrzydle Gmachu I Uniwersytetu siedziała oczekując na rozpoczęcie zajęć całkiem spora grupka studentów biologii z zastosowaniem perspektywicznym. Nazwa ta miała w sobie tyle samo sensu, co samo studiowanie tego kierunku. W założeniu osoby kończące taki kurs, miały w przyszłości, czyli w perspektywie, wykorzystywać swoje umiejętności i wiedzę przy eksploracji kolejnych terytoriów, a co za tym idzie: eksploracji wcześniej nieznanych gatunków żywych, które później zostaną w bardziej lub mniej praktyczny sposób wykorzystane przez inżynierów genetycznych. Perspektywa takiego działania była jednak zbyt odległa. O ile działały stacje MIR rozsiane po kontynencie, stanowiące bazy terenowe dla tego typu badań, obejmowały swoim zasięgiem względnie niewielkie terytorium, które w zdecydowanej większości było już opracowane w zakresie fauny i flory. Rzadko zdarzało się, by w ręce naukowców wpadało coś nowego. Nowe gatunki, a szczególnie mutanci żyjący gdzieś tam na Rubieżach, którzy byli szczególnie ciekawi, wymagały do swojego odkrycia dalekich ekspedycji przy wsparciu całego pionu techniczno-militarnego, a na to nie było środków. Tak więc wiedza perspektywicznych biologów była czysto teoretyczna i raczej nieprzydatna. Zresztą ostatnimi czasy było coraz częstszą praktyką otwieranie kierunków, które w założeniu edukowały specjalistów w bardzo wąskich dziedzinach, z którymi nie było potem co zrobić. Biolodzy perspektywiczni, inżynierowie środowisk zmutowanych i inni zamiast w laboratoriach czy w terenie kończyli jako szeregowi pracownicy administracyjni. Również inżynier technologi nowej, czyli ktoś kto w założeniu miał opracowywać wykorzystywanie wcześniej nieznanych człowiekowi złóż, zarabiał na chleb jako wydobywca wody na jednej z wielu stacji poborowych. Słowem: cała masa ludzi, którzy mogli by osiągać rzezy wielkie, a może nie tyle osiągać co je po prostu tworzyć, z przyczyn nierozsądnej polityki decydentów Miru, byli całkowicie bezużyteczni.

Alternatywą było tworzenie własnej perspektywy. Taką zdolność posiadało jednak nie wielu. Jednak to oni robili rzeczy absolutnie rewelacyjne. Zresztą wymagało to dużych pokładów samozaparcia z domieszką arogancji. Historie o samotnych geniuszach, którzy praktycznie na własną rękę wyruszyli w Rubież i powrócili z odkryciem tyle niezwykłym co nieoczekiwanym rozchodziły się tak samo szybko co rzadko.

Griczkin siedział lekko zobojętniały między katedrą a prosektoryjnym stołem, który ku niesmakowi wielu wcale nie był pusty, jak to zwykle bywało. Sala miała kształt koła i była zbudowana na wzór amfiteatru, o którym więcej z pewnością mogliby powiedzieć badacze dawnych dziejów niż którykolwiek z naukowców Instytutu. Podwyższenie, wraz z katedrą i prosektoryjnym stołem znajdowały się więc w samym centrum, otoczone z każdej strony przez studentów. Kolejnym mankamentem sali była jej szaleńcza biel. Od podestu, przez katedrę, stół, ławy po sufit i wszelkie wykończenia – wszystko to było białe. Wystarczyłaby zbyt mocna żarówka w jednej z sufitowych lamp, aby wszyscy oślepli, czego zresztą chyba skrycie życzyli sobie niektórzy, blokujący odruch wymiotny i jednocześnie z chorą ciekawością wbijającym spojrzenia w ciało na stole.

Profesor w myślach przeklinał swojego uniwersyteckiego kolegę, który akurat musiał złapać chorobę na tyle ciężką, że uniemożliwiła mu przyjście do pracy i wygłoszenie wywiadu. Kończąc szeptanie wulgarnej wiązanki profesor zaczynał kolejną, w której klął na wszystkich kolegów, którzy akurat w tym czasie musieli mieć inne zajęcia, pozostawiając go samego na akademickim placu bojów. W irytacji Griczkina nie było nic dziwnego, w końcu od przeszło dziesięciu lat nie stał za katedrą, z której musiał wygłaszać lekcję. Ten dzień był łudząco podobny do dnia jego wykładowego debiutu, kiedy to tak samo jak teraz zadawał sobie pytania: o czym mam mówić, a co jeśli nie będzie ciekawie. Na nic najwidoczniej zdały się lata naukowej kariery, skoro teraz tak samo jak wiele lat temu, profesor czuł się małym i bezbronnym stworzeniem, które w swym utopijnym amoku nieudolnie próbuje przekazać wiedzę młodszym pokoleniom. Samopoczucia Griczkina nie poprawiał fakt, że wykład, który ma do poprowadzenia dotyczy nowych typów mutacji w Rubieży.

– Jak już zapewne zauważyliście – cichy głos, choć za sprawą idealnie zbierającemu dźwięk mikrofonowi stojącemu w pobliżu, słyszalny w całej sali nie został uznany przez studentów za znak do zaprzestania gwarnych rozmów na rozmaitsze tematy.– Dzisiejsze zajęcia mają dwóch, równie żywych, wykładowców: mnie i ZWŁOKI. -

Krzyknął tak głośno, że sprzęt nagłośniający aż zabuczał, a na sali zapadła całkowita cisza, w której słyszalne były odgłosy dziesiątek spojrzeń jak szpilki wbijanych w pochylonego Griczkina. Profesor na chwilę oderwał wzrok od podłogi i spojrzał na studentów z przyjaznym uśmiechem:

– Teraz, kiedy mam już państwa bezwzględną uwagę, mogę przejść do tematu zajęć, którym jest osobnik znajdujący się po mojej lewej stronie. Jak zapewne zdążyliście zauważyć, osobnik ten znajduje się w stanie, który w języku zarówno naukowym jak i kolokwialnym określamy jako śmierć. Tak więc nie bójcie się odpowiadać na pytania i stawiać odważne teorie, gdyż obiektowi naszych dzisiejszych badań, zgodnie z naszą wiedzą o śmierci, nic już nie może zaszkodzić.-

Studenci patrzyli to na swoich kolegów siedzących obok to znów na profesora szukając jakiegoś niewerbalnego komunikatu, znaku, który sprawił by, że coś się wykrystalizuje, że z surrealistycznej otchłani wyłoni się mierzalna materia, albo, że ktoś jakiś wiarygodny głos wykrzyczy wyraźnie: niespodzianka. Zamiast tego przekonali się jedynie, że właściwie każdy na sali nie do końca rozumie co mówi zastępczy wykładowca. Niepewność i dezorientacja unosiły się jak mgła ponad głowami studentów ogarniając ich świadomość swoją nikczemną aurą.

– Panie profesorze, co to za zwłoki – przerwała zbyt długą ciszę studentka z drugiego rzędu. Jej wygląd zdradzał wszystkie cechy prymuski: od długich włosów zwiniętych w niezdarny kok, poprzez przyduże okulary, kończąc na starym znoszonym swetrze i stercie książek i notatek przy jej stanowisku. Profesor uśmiechnął się delikatnie skanując ją swoim belferskim spojrzeniem.

– Może pani nam powie? Na pewno pani wie. – nie trzeba było długo czekać aby twarz dziewczyny obeszła rumieńcem pozbawiającym jej pewności siebie, której zapewne zawsze jej brakowało. Ludzie mądrzy zawsze dzielili się na dwa rodzaje: tych, którzy doszli do swojej eurydycji poprzez ciężką, rzetelną pracę i tych bystrych, którym pochłanianie nowych informacji i kojarzenie odległych faktów przychodziło z łatwością. Ci pierwsi mimo swojego gruntownego przygotowania rzadko potrafili stanowczo bronić swoich tez i wykorzystywać swoje zdolności. Za to ci drudzy! Ich pewność siebie nie raz osiągała postać odstraszającej arogancji, czy wręcz samouwielbienia, które podparte rzeczywistą wiedzą i błyskotliwością stawało się zjawiskiem nie do zniesienia dla otoczenia.

– Jest to człowiek – zaczęła. Bycie prymusem zawsze ma jedną wadę. Zazdrość innych, która przeradza się nie raz w podłości potrafi naprawdę uprzykrzyć życie. Nieżyczliwi koledzy z największą lubością wytkną osobie mądrzejszej każdy błąd, każde stwierdzenie banalne, a prawdziwą błyskotliwość wyszydzą i obrócą w coś banalnego. Tak też było tym razem. Co z tego, że dziewczyna nie zdążyła nawet dokończyć zdania, a buczenie i szyderczy śmiech i tak rozszedł się po sali zawstydzając dziewczynę jeszcze bardziej. – Człowiek z Rubieży dotknięty mutacją w wyniku obcowania z materiałem mutogennym. Sądząc po jego fizjonomii jest to mutacja typu Z; trwale upośledzająca organizm, bez pozytywnych aspektów, jednak aby stwierdzić to z całą pewnością konieczna jest sekcja i kilka badań. -

– Proszę niech pani podejdzie do denata i postara się wskazać kilka widocznych na pierwszy rzut oka mutacji nie wymagających inwazyjnych badań – powiedział profesor Griczkin uśmiechając się tym razem serdecznie i kiwając głową z aprobatą. – Jak państwo wiecie Rubież jest obfita w różnego rodzaju anomalie i obiekty niebezpieczne, które poprzez rozpad materii negatywnie wpływają na znajdujące się w pobliżu organizmy żywe. Nie muszę chyba tłumaczyć, że wystarczy proste…nazwijmy to skażenie małego organizmu otwierającego łańcuch pokarmowy, aby materiał mutogenny dotknął cały szereg postronnych istot. Ten przypadek, jak słusznie zauważyła studentka dotknięty jest zestawem Z. Znaleziony został w strefie MIR-33, czyli na północny wschód od naszego miasta. Jak zapewne państwo wiedzą, jest to region szczególnie nieprzyjazny życiu. Jednak właśnie tam znaleziono naszego denata co pozwala nam wysunąć wniosek, że…? -

– Mutant ten, a biorąc pod uwagę predyspozycje stadne gatunku, zapewne cała grupa posiadają adaptacje stosowne do warunków biotopu. Tak więc mutacje, choć pozornie są z zestawu Z, w jakiś nieznany nam sposób umożliwiają przetrwanie w określonych warunkach – rozległ się anonimowy męski głos z sali.

– W sumie ma pan rację – przyznał profesor.– Z badań wykonanych w laboratorium wynika jednoznacznie, że racje miała pańska koleżanka. Zestaw mutacji został określony jako Z. Jednak należy pamiętać, że kategorie te są stosowane w odniesieniu do biotopu +1, czyli takiemu, który umożliwia normalne warunki życia i rozwoju człowiekowi. Tak więc mamy tu do czynienia z klasyczną względnością. W naszym środowisku mutant ten jest określany jako posiadacz zestawu Z, jednak w jego środowisku to my jesteśmy tym zetem. Proszę o tym bezwzględnie pamiętać. Niedługo zostaną państwo wprowadzeni w dwuczłonową kategoryzacje obcych gatunków, dzięki której będzie to dla państwa jasne. Będąc dokładnym, dzisiaj mamy do czynienia z Z.1.M33 Co oznacza, Zestaw Z, zdolny do przetrwania w określonych warunkach, w tym przypadku w biotopie MIRu-33. -

Podczas kiedy profesor beznamiętnie ciągnął swoją wypowiedź dziewczyna-prymuska stała przy stole prosektoryjnym i z lekkim niesmakiem przyglądała się martwemu, męskiemu ciału starając się odnaleźć jak najwięcej widocznych mutacji. Ciało było otoczone specjalnym polem, o bladoniebieskiej poświacie, blokującym rozkładanie się zwłok i dostęp tlenu, jednak umożliwiało bezpośredni i bezpieczny kontakt z denatem poprzez dotyk. Wraz z wynalezieniem martwego pola wielu studentów i wykładowców odetchnęło z ulgą. W przeszłości nie raz zdarzało się, że uznany za denata mutant uległ jedynie głębokiej hibernacji i ku powszechnej panice studentów potrafił przebudzić się w trakcie zajęć, nie raz dotkliwie atakując jedną z najbliżej stojących osób. Niektóre typy mutacji skutecznie uniemożliwiały rozpoznanie spowalniając do minimum wszelkie procesy zachodzące w organizmie. Teraz nawet jeśli żywy mutant trafiał na stół to umierał właśnie na nim z powodu braku powietrza.

Mężczyzna wyglądał na czterdzieści lat, choć biorąc pod uwagę ciężkie warunki życia w Rubieży najprawdopodobniej miał dwa razy mniej. Jego ślinianki były ewidentnie powiększone, na dodatek praktycznie cała szyja i część klatki piersiowej była pokryta czymś do złudzenia przypominającym łuski. Nos miał bardzo mały i spłaszczony, a małżowina uszna nie tyle przystawała idealnie do czaszki, co po prostu była zrośnięta ze skórą głowy. Palce u rąk miał dłuższe, za to do połowy zrośnięte błoną. Do tego, co ciekawe i rzadko spotykane: nie miał paznokci! Studentka za wszelką cenę starała się wypaść jak najlepiej i zachować zimną krew profesjonalistki jednak w momencie kiedy otworzyła powieki denata nie wytrzymała i krzyknęła piszcząc jak mała dziewczynka. W sali wybuchło zamieszanie. Ospali i średnio zainteresowani wywodem koleżanki studenci nagle jak jeden mąż poderwali się stawiając sobie pytanie: co takiego zobaczyła.

– Rozdwojone źrenice…. -wymamrotała w końcu dziewczyna wciąż lekko dygocząc. Griczkin niewzruszony tą wiadomością pokiwał głową i odesłał dziewczynę na miejsce, lakonicznie chwaląc jej obserwacje.

– Jak państwo myślą co się dzieje z takim „przypadkiem” po śmierci? – obecni na sali przerwali sobie podniecone rozmowy o rozdwojonych źrenicach, żeby z głupawym niedowierzaniem wbić spojrzenia w profesora, który patrząc w dal zdawał sam szukać odpowiedzi na tak postawione pytanie. Nie doczekał się jednak odpowiedzi, bo do sali wykładowej wkroczył właśnie jeden z asystentów profesora, młody, dobrze zapowiadający się naukowiec z zadziwiającym talentem do ogarniania spraw administracyjnych, Jurij Omolec.

– Panie profesorze – mówił głośno z końca sali. – Czwarta Grupa właśnie złożyła raport. Zebranie rady decyzyjne odbędzie się za dwie godziny.-

– Dziękuję za informację – profesor wstał z średnio wygodnego krzesła. Wychodząc z sali zastanawiał się skąd ten niespotykany pośpiech. Do drzwi odprowadzał go wzrok studentów. – Koniec zajęć – powiedział na odchodne głośno, nie kryjąc przy tym radości, po czym znikł w tłumie na korytarzu zmierzając w kierunku swojego gabinetu.

 

Zebranie rady decyzyjne jak zwykle trwało dłużej niż powinno, przeciągając się za sprawą amatorów rozbijania bozonu na dziesięć mniejszych, jeszcze nienazwanych części, jak i zawodowych fetyszystów demagogi, którzy sami już chyba uwierzyli w to, że ich piękne słowa i zgrabnie dobrane metafory są w stanie nagiąć, rozciągnąć, albo przeistoczyć rzeczywistość w całkowicie nowy twór. Mistrzem w tej kategorii był Mikołajewicz, który przemawiał jako pierwszy. Nie omieszkał przypomnieć zgromadzonym decydentom jak ważny strategicznie i politycznie jest projekt rekultywacyjno-osadniczy, szczególnie teraz, w dobie nasilonego kryzysu żywieniowego i przeludnienia, z którym zmaga się miasto. Jednak jego retoryczne zabiegi, na które większość zdążyła się już uodpornić wywoływał raczej znużenie niż zamierzone podniecenie, zaangażowanie, albo chociaż pochodne tych zachowań. Następnie sprawozdawca Czwartej Grupy, młody i silny mężczyzna z charakterystyczną blizną pod lewym okiem wygłosił istotniejsze fragmenty raportu, podkreślając za każdym razem, że „nie ma żadnych przeciw wskazań”, a „anomalia zaobserwowane przez poprzednią ekspedycję, o ile w ogóle istniały, musiały mieć jedynie charakter przejściowy”.

– Wykonaliśmy zalecaną przez regulamin ilość pomiarów obecności promieniowania i innych niebezpiecznych substancji. Przy użyciu grawitografów i innych stosownych urządzeń dokładnie sprawdziliśmy stabilność wszelkich pól siłowych i magnetycznych, które potencjalnie mogłyby występować. Wszystkie wyniki mieściły się w zakresie norm ustalonych przez komisję. Nie zaobserwowaliśmy również żadnych nagłych wyładowań energii, bądź zaburzeń przestrzeni. Żadne ze wspomnianych w raporcie poprzedniej ekspedycji anomalii nie zostały przez nas odnotowane. Co więcej, również widmo żadnych niebezpiecznych, czy niestabilnych zjawisk nie zostało stwierdzone – sprawozdawca, jak przystało na dowódce ekspedycji głos miał kategoryczny i zdecydowany. Odczytywał stanowczo kolejne stronice raportu. Wszystko w jednym tonie.

Rola zasiadające u szczytu półksiężycowego stołu przewodniczącej Rady Decyzyjnej, Nataszy Lermonotowej, dawniej wybitnej konstruktorce makrozbiorników, obecnie deputowanej Rady Miasta Miru, sprowadzała się do udzielania głosu kolejnym członkom rady i przełączaniu przycisków na panelu prowadzącym. W sposób mechaniczny prowadziła dyskusje, udzielała głosu, bądź wdrażała w obrady inne regulaminowe procedury.

Profesor Griczkin słuchał wszystkiego z zainteresowaniem, jednak co chwilę wyłączał się pochłonięty w dalszym ciągu rozważaniami odnośnie niesamowitego tempa w jakim sporządzono raport i w jakim miano podjąć decyzje o rozpoczęciu akcji. Właściwie wszystko już było gotowe, a głosowanie zdawało się być jedynie formalnością. Kolejni mówcy najwidoczniej nie dostrzegli nieobecności obserwatorów medialnych, bo w sposób nadwrażliwy wypowiadali śmiertelnie nudne i bełkotliwe ody wychwalające projekt i sam raport Czwartej Grupy, która „wykazała się odwagą i trzeźwością myśli stanowiącą najważniejszą cechę odpowiedzialnego obserwatora terenowego”. Demagogia zamiast faktów. Nikt się nawet nie zająknął o raporcie Trzeciej Grupy, jakby ten właściwie nie istniał.

– Stojąc w obliczu zażegnania kryzysu, który jest szczególnie odczuwalny dla najbiedniejszych obywateli Miru, musimy dołożyć wszelkich starań, a by ten pionierski projekt zakończył się sukcesem – adorował jakiś urzędnik administracyjny siedzący koło Mikołajewicza. Sukces, wielka szansa, pionierstwo, te słowa jak zaklęcia powracały w każdym kolejnym wystąpieniu. Jedynie reprezentujący razem z Griczkiniem Komisje Rekultywacji i Osadnictwa profesor Szulin był łaskaw wspomnieć, że jedynie gruntowne przygotowanie techniczne oparte o szczegółowe rozpoznanie grup ekspedycyjnych stanowi warunek powiedzenia się przedsięwzięcia:

– Wdrożenie w życie programu Osada 1.0 wymaga od nas absolutnej pewności – głos Szulina mimo skojarzenia z rozpruwanym materiałem miał w sobie głęboko osadzoną nutkę mentorskiego protekcjonalizmu. – Pewności, bowiem poniesiemy odpowiedzialność za wszelkie niepowodzenie, które może wyniknąć wskutek zbyt lekkomyślnego podejścia do zagadnienia. Nie powinniśmy się spieszyć. Mamy już wszystkie raporty. Pozwólmy samym sobie dokładnie je przeczytać, porównać. Pozwólmy sobie wiedzieć i podjąć decyzję, której nie będziemy się potem wstydzić. -

To właśnie ten mentorski pierwiastek Szulina wprowadziła część Rady w zadumę. Nawet ci co przed chwilą głośno pokrzykiwali, że trzeba, należy i to natychmiast, teraz nie tylko milczeli, ale co więcej mieli twarz upomnianych dzieci za zrobienie czegoś nie tyle złego, co mało stosownego.

– Profesorze Griczkin, czy chce pan zabrać głos? – zapytała Natasza Lermontowa, piękna kobieta, w której oczach gnieździła się predyspozycja do szczerej miłości i wiekuistej nienawiści. Mimo powszechnego autorytetu, zarówno w nauce jak i polityce miała w sobie to coś, co budziło niechęć podobną do tej, której zaznaje człowiek robiąc interesy na czarnym rynku, nigdy nie wiedząc czy w momencie kiedy wyjmie pieniądze do transakcji jego rozmówca nie wyjmie śmiercionośnej broni.

– Dziękuję pani przewodnicząca – zrobił długą pauzę żeby zebrać poszatkowane myśli starając się wszelkie swoje wątpliwości ułożyć w logiczną wypowiedź godną naukowca jego formatu. Mało dyskretne chrząkanie siedzących wkoło członków rady ponaglało go jednak, by czym szybciej przeszedł do rzeczy. – Zadziwiające jest z jaką szybkością próbujemy zatwierdzić projekt rekultywacji i osadnictwa. Raport Czwartej Grupy dopiero dwie godziny temu trafił na moje biurko. Jako przewodniczący Komisji Rekultywacji i Osadnictwa jestem odpowiedzialny za zaopiniowanie tego raportu, zobowiązuje mnie do tego regulamin, który na pierwszym posiedzeniu tej rady został przyjęty w wyniku długich dyskusji, którymi kierowała troska o ludzkie życie. Zdążyłem się jedynie pobieżnie zapoznać z treścią raportu, dlatego nie mogę jednoznacznie i z pełną odpowiedzialnością go zaopiniować. Co więcej, nie rozumiem czym spowodowana jest ignorancja rady wobec trzeciego raportu. Być może to tylko nie zdrowy entuzjazm towarzyszący temu przedsięwzięciu i myślenie życzeniowe każe nam odrzuć niepokojące zjawiska odnotowane przez trzecią ekspedycję. Dlatego wnoszę o co następuje: ogłoszenie przerwy w posiedzeniu Rady na czas umożliwiający rzeczową analizę raportu Czwartej Grupy przez komisję, którą kieruje, oraz dokładne porównanie analogicznych pomiarów z każdej z ekspedycji. Na wyznaczonym posiedzeniu poddać, nazwijmy to przesłuchaniu, sprawozdawców wszystkich Czterech Grup, ze szczególnym uwzględnieniem Grupy Trzeciej. Następnie poddanie pod dyskusję raportu końcowego mojej komisji i dopiero w ostatniej kolejności: głosowanie nad rozpoczęciem projektu. Moim zdaniem tak należy postąpić.-

– Przyłączam się do wniosku profesora Griczkina – dodał krótko siedzący obok Szulin podnosząc przy tym dłoń. W sali obrad zapanował gwar, nie którzy członkowie Rady komentowali ożywieni między sobą słowa profesora, inni głośno krzyczeli: “sprzeciw”, jeszcze inni wyrażali poprzez brawa aprobatę dla wniosku Griczkina. W tym momencie głos zabrał Mikołajewicz:

– Nasze położenie z dnia na dzień ulega pogorszeniu. Nie możemy bać się podjąć decyzji, która przyczyni się do realizacji marzeń naszego społeczeństwa, decyzji, która będzie krokiem milowym dla dalszych dziejów ludzkości…

Koniec

Komentarze

Nie dałem rady doczytać do końca – długie nudne dialogi mi to uniemożliwiły (btw, błędny zapis tychże dialogów).

Pierwsze akapity są do niczego nie potrzebne, a robią złe wrażenie – dziwne metafory i ogólnie nie pełnią w opowieści żadnej roli. Wyłapałem kilka błędów logicznych i rzeczy, do których łatwo się przyczepić.

Poza tym – opisanie świata w przedmowie jest najgorszym możliwym pomysłem. Te informacje powinny się znaleźć w tekście.

Tłumacz przysięgły własnego mózgu

Założenie, na jakim budujesz tekst, nie jest złe, jednakże wymaga ponownego przemyślenia. Ponieważ pamiętam, co napisałeś w leadzie, odwołam się do niego. Po pierwsze – skąd, po totalnym zniszczeniu świata, wzięto materiały i ludzi do budowy wielkiego miasta? Po drugie – dlaczego nie wyeliminowano przynajmniej niektórych błędów przeszłości? Po trzecie – dlaczego włodarze Mira byli takimi cymbałami, że pozwolili na niekontrolowany rozrost lokalnej populacji w warunkach niedostatku żywności? To pytania zasadnicze.

Co do samego tekstu: rozwlekły nieproporcjonalnie do treści. Skondensowanie wydarzeń i dialogów uatrakcyjniłoby opowiadanie, bo w tej postaci nuży.

Wykonanie: słabo… Tradycyjnie interpunkcja, dość często budowa zdań i użycie słów nie za dobrze pasujących znaczeniami do przekazywanej treści, pisownia łączna i rozłączna… To są rzeczy, które dają się opanować, więc od nich zacząłbym, będąc na Twoim miejscu. Bezbłędnie napisany tekst od razu staje się przyjemniejszy w odbiorze, a dzięki temu lepszy…

Dzięki za te dwa komentarze. Pierwsze akapity – sam się zastanawiałem się czy są potrzebne, czy nie, ostateczni uznałem, że jest to zawsze jakaś forma zarysowania całości. Zwłaszcza w kwestii kolorów, które staram się stosować.

Nudne dialogi – okej, popracuję.

Skąd materiały? Otóż w zamyśle doszło do katastrofy niszczącej większość populacji. MAteriały zostały  nietchnięte, a dodatkowo powstały nowe złoża. Dlaczego tylko niektóre błędy wyeliminowano? Bo chyba większość tkwi w ludzkiej naturze. Po trzecie – dlaczego włodarze byli cymbałami? Myślę, że to pytanie można zadać nie tylko w Mirze…

Popracuję nad skondensowaniem tekstu. Może coś z tego wycisnę. Błędy techniczne przyjmuje z lekkim zaczerwienieniem.

W każdym razie dzięki!

W zupełności zgadzam się z Adamem (pomijając to, że nie załapałam się na przedmowę).

Przykłady problemów z pisownią łączną/ rozdzielną: co by, co raz, śnieżno biały, przeciw wskazań, po za…

Do tego interpunkcja, sporo literówek, czasami zdania tak długie, że sam się w nich chyba gubisz…

Najciekawszy wydał mi się wykład profesora – tam było niewiele dłużyzn i raczej zawierały one ciekawe informacje. Ale sama idea – jeśli można było przerwać wykład zanim się na dobre zaczął (powód mnie nie przekonał – skoro zebranie za dwie godziny, to profesor mógł coś poopowiadać słuchaczom), to dlaczego nie puścić studentów od razu do domów? Choroba wykładowcy i już. A co ze zwłokami? Tak sobie zostały na stole, rzucone na pastwę młodzieży? Studenci miewają dzikie pomysły…

tą część miasta,

Tę część.

dało się słyszeć głos żołnierskich butów

O! I o czym mówiły? ;-)

uniemożliwiła mu przyjście do pracy i wygłoszenie wywiadu.

Naprawdę to miał być wywiad?

 

Aha, i zdecydowanie lepiej wstawiać skończone teksty. Na początku raczej krótsze niż dłuższe.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka