- Opowiadanie: domek - 99942 Apophis

99942 Apophis

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

99942 Apophis

– Jak zamierzasz spędzić urodziny?

 

– Paul organizuje przyjęcie. – odparł Frank Thompson, wciskając kilka monet do szpary widniejącej w metalowej dłoni robota, który przyniósł mu szklankę zimnej whisky. – Mają być znajomi ze studiów. Oczywiście również jesteś zaproszona.

Alice uśmiechnęła się, a jej policzki oblały się karmazynem. Rozejrzała się po pubie, chcąc uniknąć jego spojrzenia. Frank odwzajemnił uśmiech.

– W piątek, trzynastego kwietnia, wieczorem. Restauracja na rogu ulicy Washingtona.

– Dziękuję za zaproszenie, ale…

Rumieniec znowu zagościł na jej śniadej twarzyczce.

– Będzie mi bardzo miło, jak się pojawisz. – powiedział, spoglądając na parę niewielkich, krągłych piersi, które opinała zielonkawa sukienka w białe stokrotki.

– Nie wiem – zaczęła, a on w porę się zreflektował, odrywając wzrok od kobiecych wdzięków. – Nie wiem, czy będę obecna na twoim przyjęciu, ale już teraz życzę ci wszystkiego, co najlepsze.

Frank westchnął tylko. Patrzył na burzę złocistych jak zboże włosów rozbijających się niczym bałwany morskie o delikatne ramiona, które pragnął objąć swoimi. Miała błękitne oczy, przywodzące na myśl dwa kryształy, tak drogie i bezcenne, że nie wiedział, czy go na nie stać. Była piękna.

– Wierzę, że się spotkamy w piątek. – podniósł się, kiedy Alice odsunęła krzesło. Stali tak przez chwilę w milczeniu, aż w końcu niepewnie wyciągnęła smukłą rękę w jego stronę.

– Do zobaczenia, Alice.

Musnął ustami jej dłoń. Zaczerwieniła się. Po raz kolejny tego wieczora. Ów gest, który jeszcze na początku XXI wieku był czymś zwyczajnym, uwielbieniem skierowanym do płci pięknej, w czasach dzisiejszych zanikł wyraźnie i niezwykle rzadko kobiety mogły spotkać mężczyznę, który ów piękny zwyczaj pielęgnował.

– Dziękuję za wieczór, Frank.

– Przyjemność po mojej stronie.

***

– Cześć, stary! – Frank usłyszał głos Paula, po czym pośrodku pokoju zmaterializowała się najpierw ludzka sylwetka, a dopiero po chwili uzyskała zarys konkretnej osoby. Paul znajdował się jakby w niewidzialnej kapsule wypełnionej ultrafioletem.

– Witaj, Paul. – podszedł do postaci mężczyzny w potarganych ciemnych włosach i okularach na haczykowatym nosie. – Po co ci okulary? Zgubiłeś soczewki?

– Jasne, że nie. – żachnął się. – To nie są zwykłe okulary. Te mają zainstalowany rentgen, dzięki czemu widzę cię… trochę inaczej.

– Domyślam się – Thompson kiwnął głową, czując się niezręcznie pod natarczywym spojrzeniem przyjaciela w rentgenowskich binoklach. – Z czym przychodzisz?

– Frank – zdjął szkła w plastikowej oprawie i zamrugał energicznie powiekami. – Czyżbyś zapomniał o swoich urodzinach? To już za dwa tygodnie!

– Pamiętam.

– I co? Nie cieszysz się?

– Cieszę. – Frank mówił bez przekonania. – Czterdziestka na karku. Jak tu się nie cieszyć. Nic tylko skakać z radości.

– Nie bądź taki sceptyczny. – Paul wyszczerzył lśniąco białe zęby. – Dla Alice jesteś dojrzałym facetem.

Nim zdołał wypowiedzieć choć jeszcze jedno słowo, Thompson urwał połączenie przyciskiem pilota, który następnie cisnął na sofę i poszedł się napić.

***

Cicha, monotonna melodia snuła się po salonie. Frank siedział w ulubionym skórzanym fotelu. Był bodaj najstarszym przedmiotem w jego domu i darzył go ogromnym sentymentem. Thompson nie chciał wymieniać go na nowoczesny fotel z mechanizmem samoczynnie regulującym różnorakie nowoczesne funkcje.

Czerpał z tej błogiej chwili całą przyjemność, którą potęgowała szklanka brandy.

– Frank!

Ocknął się jak z transu, omal nie wylewając alkoholu na podłogę.

– Frank, jesteś tam?

Głos Paula dobiegał z sąsiedniego pomieszczenia, w którym znajdowała się kapsuła komunikacyjna. Frank zerwał się i pobiegł do pokoju obok.

– Nareszcie! – zawołał Paul na jego widok, bynajmniej nie z radości, co ze zniecierpliwienia. – Wołam cię i wołam.

– O co chodzi?

– Włącz telewizor, to się dowiesz.

Uruchomił odbiornik telewizyjny. Obraz trójwymiarowy drgał lekko, zaś dźwięk szumiał nieprzyjemnie dla uszu.

– Wiadomości? – zdumiał się, obserwując parę prezenterów telewizyjnych, mówiących podekscytowanymi głosami. – O tej godzinie?

– Odkryta przed dwudziestoma pięcioma laty planetoida 99942 Apophis – relacjonowała kobieta w beżowym żakiecie. – wbrew wcześniejszym zapowiedziom naukowców NASA jest realnym zagrożeniem dla naszej planety…

– Badacze uprzednio szacowali – kontynuował dziennikarz w tweedowej marynarce – że Apophis w momencie zbliżenia z Ziemią przejdzie z grupy Atena do grupy Apolla. Planetoida miała minąć Błękitną Planetę w odległości około 40000 kilometrów. Za przyczynę badacze National Aeronautics and Space Administration upatrują zaburzenie orbity….

– Według ustaleń agencji rządu Stanów Zjednoczonych do zderzenia planetoidy Apophis 99942 z Ziemią ma dojść dnia trzynastego kwietnia w piątek…

Frank zaklął. Ciarki przebiegły mu po karku, na czoło wystąpiły pierwsze krople gęstego potu. Stał nieruchomo, jakby sparaliżowany od stóp do głów, na darmo usiłując poddać refleksji usłyszane informacje. Dopiero po paru chwilach przypomniał sobie o obecności Paula. Wymienili znaczące spojrzenia.

– Stary – Paul przełknął głośno ślinę, odchrząknął. – nie wiem, co mam ci powiedzieć.

– Nic nie mów – wychrypiał Frank, opierając się plecami o ścianę. Nagle zdał sobie sprawę, że zaczyna się po niej osuwać.

– Mają wprowadzić stan podwyższonej gotowości…

– Wiem – poderwał się jak oparzony. Myśl, która zaświtała mu do głowy napełniła go optymizmem. – Paul, przyjadę po ciebie za kwadrans. Bądź gotowy.

– Jak…

Frank nie dał mu skończyć. Przyciskiem pilota sprawił, iż postać przyjaciela znikła w ułamku sekundy.

***

– Dokąd jedziemy?

Paul wyraźnie się niecierpliwił. Co pewien czas zadawał Frankowi to samo pytanie, ale ten zupełnie go lekceważył. Zajęty był prowadzeniem pojazdu, który z wysoką prędkością sunął tuż nad powierzchnią ulicy. Wraz ze spadkiem szybkości wehikuł opadał swobodnie na ziemię, zgodnie z siłą grawitacji.

– Nie odpowiesz mi?

– Nie teraz. – Frank nie oderwał nawet wzroku od jezdni. – Zależy mi na czasie. Potem wszystko ci wyjaśnię.

Paul westchnął ciężko, ale więcej się już nie odzywał. Patrzył tylko posępnie przez okno na mocno zmodernizowany przez technologię krajobraz miasta, domyślając się jedynie intencji kumpla.

***

Zaczynało zmierzchać.

***

Zatrzymali się przed wysoką bramą, za którą w świetle latarni słonecznych na tle aksamitnego nieba obrzuconego morzem gwiazd rysowała się okazała willa.

– Gdzie jesteśmy? – zapytał Paul, gdy wysiedli z pojazdu.

– U mojego znajomego – Frank podążył w stronę bramy. – który jest astronomem.

W tym momencie automatyczne drzwi od domu otworzyły się i pojawił się w nich korpulentny mężczyzna po pięćdziesiątce. Dzięki zainstalowanym w pobliżu willi czujnikom ruchu gospodarz posiadłości wiedział o przybyciu gości.

– Frank! – zawołał, po tym jak wpuścił ich na dziedziniec.

– Miło cię widzieć, Jonathan. – podał rękę astronomowi. – To mój przyjaciel, Paul Kirkson.

– Jonathan Burt. – właściciel domu przywitał się z Paulem. – Domyślam się, co cię do mnie sprowadza.

– Dobrze się domyślasz.

– Wejdźcie zatem.

***

– Ciężka sprawa. – Burt rozluźnił kołnierz koszuli. – Nikt się tego nie spodziewał.

– Chcesz mi powiedzieć – zaperzył się Frank, krążąc po dużym salonie, w rogu którego płonął elektryczny kominek. – że nie obawiano się tej katastrofy?

– Obawiano – przytaknął. – Były obawy, ale czysto teoretyczne. W roku 2004 NASA wydała raport, z którego wynikało, że zagrożenie jest naprawdę minimalne. Jednak na podstawie późniejszych przewidywań ryzyko to wzrosło. Natomiast po przeprowadzeniu następnych obserwacji przyznano potencjalnej katastrofie kosmicznej czwarty stopień w skali Torino*. A więc kolizja może wywołać regionalne zniszczenia, przez co skutki nie będą odczuwalne w skali globalnej.

– Gdzie miałyby nastąpić degradacja?

– Niebezpieczeństwem anihilacji obarczona byłaby półkula północna, a także wschodnia i zachodnia. Zagłada ogarnęłaby tysiące kilometrów kwadratowych.

Zapanowała cisza. Jonathan zapalił drogie kubańskie cygaro. Tym droższe, że takich, jakimi zwykł się rozkoszować astronom dawno już nie robiono. Nowoczesność miała to do siebie, iż ogarniała swym zasięgiem niezwykle szerokie obszary. Niemal każdą dziedzinę życia. Niewiele było ludzi, którzy pozostaliby przy starych, a dobrych przyzwyczajeniach. Do takich należało przesiadywanie Franka w staromodnym fotelu, który mimo upływu lat nie zmienił swojego przeznaczenia, oraz palenie tradycyjnych cygar, czy papierosów przez Jonathana. I za to w dużej mierze Frank darzył go szacunkiem i sympatią.

– Co możemy zrobić? – przerwał milczenie Paul, lecz szybko uświadomił sobie bezsens swojego pytania.

– My, nic – odrzekł Burt, wzruszywszy ramionami. – Ale znam pewną osobę, która na pewno udzieli nam dodatkowych wiadomości na temat Apophis.

– Kto to taki?

– Roy Tucker.

***

– Dobry wieczór, Roy.

Jonathan uśmiechnął się do staruszka w szmaragdowym szlafroku. Tucker siedział w bujanym, starym fotelu, wspierając dłonie na rękojeści drewnianej laski.

– Dawno nie zachodziłeś do mnie – rzekł Roy na jego widok. – Co słychać na uniwersytecie? Jakieś ciekawe nowinki?

– Najpierw – Burt wskazał na Franka i Paula, którzy weszli za nim do pokoju. – pozwól, że przedstawię ci moich towarzyszy. Frank Thompson i Paul Kirkson.

– To zaszczyt pana poznać – powiedział Frank, witając się z Royem.

– Roy był moim wykładowcą na University of Arizona. – oświadczył Jonathan. – na którym to ja dziś wykładam.

– Rozgośćcie się – staruszek przyjrzał się swoim gościom, a ci zajęli miejsca na pufach, które wyłoniły się z otworów w podłodze. – Opowiadaj, przyjacielu.

– Przyszliśmy w zupełnie innej sprawie – powiedział młodszy z astronomów. – Chodzi o…

– Chodzi o Apophis, mam rację? – bystrość i świeżość umysłu prawie osiemdziesięcioletniego człowieka wprawiła Franka w zdumienie. – Pamiętam dzień, w którym go odkryliśmy wspólnie z Davidem. Dziewiętnasty czerwca, dwadzieścia pięć lat temu. Nawet nie wiecie, jak się cieszyłem z faktu, że planetoida minie Ziemię w tak bliskiej odległości. Szacowano, iż obiekt osiągnie jasność 3, 3 magnitudo*. Myślałem, że nie dożyję tego wspaniałego dnia, dnia trzynastego kwietnia 2029 roku. Można rzec spełniło się moje marzenie. Jest rok 2029 i wciąż żyję. Byłem gotów lecieć do Europy, żeby zaobserwować to niesamowite zjawisko. Nie spodziewałem się jednak, że będzie to miało taki przebieg. I finał.

– Czy – zaczął niepewnie Frank – czy jest jakieś wyjście z tej sytuacji? Tak aby uniknąć tragedii?

– Ja słyszałem – wtrącił niespodziewanie Paul, patrząc po swoich rozmówcach. – że istnieje możliwość staranowania planetoidy.

Tucker zaśmiał się i pokręcił z politowaniem głową.

– Nie sądzę – odpowiedział. – by ta metoda przyniosła jakikolwiek rezultat. Otóż rakietę, którą wystrzelimy przeciw planetoidzie musimy pokierować w taki sposób, aby cała energia kinetyczna pocisku posłużyła do zmiany kursu, w tym przypadku, Apophisa 99942. Bowiem istnieje ryzyko, iż w razie wybuchu jądrowego planetoida ulegnie rozpadowi na mniejsze części.

– Albo – podjął Jonathan. – zwyczajnie zmiażdżyć zagrażający obiekt w drobny mak.

– Prawdopodobnym jest – Roy mocniej zacisnął palce na lasce. – zdetonowanie ładunku jądrowego po jednej stronie planetoidy, a to skutkowałoby rozgrzaniem od tej właśnie strony. Skały powierzchniowe, które uległyby ewaporacji spowodowałyby przyśpieszenie asteroidy w przeciwnym kierunku.

– W czym więc problem?

– W tym – wyjaśnił doświadczony astronom. – że nie ma stuprocentowej pewności, czy wszystko przebiegnie zgodnie z planem. W przeciwnym razie zagrożenie tylko by wzrosło.

Ani Frank, ani Paul o nic już nie pytali tego wieczora.

***

– Nie ma na co czekać – doktor astronomii i starszy inżynier w Imaging Technology Laboratory, John Brohen, popatrzył po pozostałych naukowcach, znajdujących się obserwatorium kosmicznym. – Spektrografy dyfrakcyjne nie pozostawiają złudzeń. Trzeba działać szybko. Bez ociągania.

– I z ryzykiem? – przerwał mu Stephen Fruth z Uniwersytetu Hawajskiego. – Szybko, to znaczy pochopnie. A nie możemy sobie pozwolić na nonszalancję w obliczu zagłady.

– Kto mówi o dezynwolturze? – żachnął się inżynier. – Jeśli w porę nie zareagujemy…

– Panowie – uciął dyskusję inny z badaczy. – Nie czas i nie miejsce na spory, musimy podjąć ostateczną decyzję. Zgodną z naszymi sumieniami.

– Racja. – Brohen zreflektował się i odchrząknął. Nikt się nie odezwał.

– Milczenie też nic nie pomoże – oznajmił z powagą Christopher Cash.

– Ciśnienie światła słonecznego – powiedział sucho John. – Metoda polega na pokryciu planetoidy farbą odblaskową. To zaś przyczyni się do zmiany ciśnienia promieniowania słonecznego. Wówczas Apophis…

– John – Cash położył mu dłoń na ramieniu. – Wydaje mi się, że nie dysponujemy taką ilością czasu. Zmiana kursu planetoidy następować będzie powoli, możemy nie zdążyć przed trzynastym kwietnia.

– Stanley Love i Edward Lu – Stephen oparł pięść na blacie biurka. – obmyślili plan wystrzelenia w przestrzeń kosmiczną pojazdu, mającego na celu odholowanie asteroidy z trajektorii kolizyjnej. Wykorzystamy tutaj siłę wzajemnego przyciągania tak, iż ciągnik nie dotknie nawet holowanego obiektu.

– Równie ryzykowna idea – powiedział Brohen. – co metoda ciśnienia światła słonecznego. Nie należy zapominać o konieczności zatrudnienia w tę misję kosmonautów, którzy gotowi będą poświęcić swoje życie dla ocalenia ludzkości.

– Czasami wypada poświęcić jednostki – Christopher skrzyżował ręce na piersi. – dla dobra ogółu.

– Najpierw trzeba znaleźć te jednostki.

***

– Słyszałem w telewizji, że NASA przedsięwzięła próbę odholowania planetoidy.

– Też tak słyszałem.

Siedzieli w knajpie, pijąc kolejne z rzędu piwo. Frank znudzony zerkał przez okno na miejski rynek, gdzie spore zbiegowisko z napięciem wysłuchiwało słów jakiegoś ministra, który uspokajał, a raczej próbował uspokoić rozgorączkowanych mieszkańców. Zapewniał ich o czynnych działaniach podejmowanych w celu uniknięcia zderzenia 99942 Apophis z Ziemią. Paul rozglądał się po lokalu. Był pusty.

– Dziwnie się to złożyło – wymamrotał i spojrzał na Franka. – W twoje urodziny…

Twarz Thompsona nie wyrażała żadnych uczuć. I to skłoniło Paula do milczenia.

Zajął się następnym kuflem browaru.

***

Deszcz siąpił niemal od samego rana, od południa dobiegały jeszcze odgłosy burzy, jaka przeszła nad miastem tuż przed południem. Szare chmury tłumnie tłoczyły się na niebie, budziły niepewność, smutek, żal.

Vandenberg Air Force Base w Kalifornii była dziś miejscem, na które zwrócone były oczy całego świata. Była przylądkiem nadziei. Ratunkiem i wytchnieniem. Obietnicą.

Pośrodku dużego kosmodromu, na potężnej platformie, wznosił się nowoczesny prom kosmiczny Challenger 100, wyposażony w znaczną liczbę rakiet nośnych.

– Jako prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki – przemówiła donośnym głosem Amberly Wright. – pragnę przyznać Order Courage Philipowi Greenowi, jako dowódcy misji ratunkowej.

Postać w kombinezonie przyjęła odznaczenie honorowe z rąk pierwszej w historii prezydentowej USA. Dalszy ciąg uroczystości przebiegł niezwykle sprawnie, a następnie załoga wahadłowca udała się na jego pokład.

***

– … three, two, one…

Po odliczaniu rozległ się ogłuszający warkot pracy silników, po chwili grzmot, który targnął powietrzem i przy pomocy rakiet nośnych wielostopniowych, składających się z paru połączonych ze sobą przy starcie członów, prom wystrzelił ku górze, zostawiając za sobą słup ognia i morze ciemnoszarego dymu, zalewającego cały kosmodrom.

Challenger 100 w mgnieniu oka wzbił się na firmament, znikając pośród gęstych chmur, z których nadal siąpił wiosenny deszczyk.

***

Kiedy główna rakieta nośna odczepiła się od wahadłowca, rolę wynoszenia promu w przestrzeń kosmiczną przejęły silniki członu orbitalnego.

Challenger 100 mknął na ratunek ludzkości.

***

– Uwaga! – Green rozejrzał się po sześcioosobowej załodze, a ta zasygnalizowała gotowość. – Wiecie, co robić. Do dzieła!

***

Wahadłowiec kosmiczny zrównał się z pędzącą przestworzami asteroidą.

– Utrzymujemy tę samą odległość! – darł się dowódca. – Ronald, odpal silniki. Teraz!

Prom zatrząsł się niebezpiecznie, któraś z osób znajdujących się na pokładzie krzyknęła krótko. Apophis wywijał koziołki, gnał jak oszalały, a Challenger 100 usilnie dążył do zachowania stałego dystansu między nimi.

– Rozstawić dysze! – ryknął Philip. Trójka kosmonautów bezzwłocznie wykonała rozkaz. Dysze zostały skośnie rozmieszczone. Wyrzucany materiał pędny szczęśliwie omijał asteroidę.

– Ściągamy ją z orbity! – nie ustawał Green, odczuwając kolejne drgania pojazdu kosmicznego. Nagle prom runął kadłubem do przodu, momentalnie stracił przyciąganie z obiektem holującym. – Cholera, Mark!

Okrągły otwór w ścianie wahadłowca rozwarł się, drzwiczki uleciały w przestrzeń, a zaraz potem niski mężczyzna w kombinezonie przeciętym granatową wstęgą uderzył plecami o ciężką stalową konstrukcję statku i straciwszy przytomność zniknął w ciemnej dziurze.

– Trzymać się!

Promem zawładnął szereg gwałtownych wstrząsów. 99942 Apophis oddalał się coraz bardziej. Albo to oni się oddalali poddani niezrozumiałym szalonym konwulsjom, jakie przejęły dowodzenie nad statkiem kosmicznym.

– Jessica, Ronald! Za ster, za ster!

– Gówno! – odrzuciło Ronalda do tyłu, odbił się od ścian. Rozpaczliwe starania kobiety spełzły na niczym.

– Baza! Mamy problem. Straciliśmy panowanie nad…

Dowódca nie dokończył. Wahadłowiec zawirował jak karuzela, bezradność była, aż nadto widoczna. I przerażająca.

Ocalenie Ziemi ustąpiło miejsca ratowaniu własnego życia. Cała załoga, już bez nieszczęsnego Marka, uwijała się jak w ukropie, by odzyskać sterowność nad Challengerem, a co gorsza urwała się łączność z bazą. Byli zdani na siebie. Na łaskę nieznanego kosmosu. Który nie znał litości.

– Fuck!

Było to ostatnie słowo wypowiedziane ustami dowódcy misji ratowniczej Challengera 100, Philipa Greena.

Chwilę później prom kosmiczny uległ rozpadowi na dwie części.

***

– Zginęli – wyszeptał John Brohen. – Wszyscy. My też zginiemy.

Żaden z naukowców się nie odezwał. Milczeli. Solidarnie.

Ale NASA nie mogła milczeć. Musiała podać do publicznej wiadomości o niepowodzeniu akcji kosmicznej.

***

– Frank! – Paul pobiegł za przyjacielem. – Frank, zaczekaj!

Lecz Frank ani myślał czekać. Śpieszył się. I to bardzo.

– Nie polecisz do niej! – krzyknął Kirkson w ślad za nim. – Odwołali wszystkie loty!

Zatrzymał się. Paul zadyszany stanął koło niego. Spojrzał na jego twarz. Miał grobową minę.

– Alice… Alice… – powtarzał jak w transie. – Ona jest we Francji. A dziś mamy dziesiąty kwietnia.

– Przykro mi stary.

Frank nic nie powiedział. Podobnie jak badacze Narodowej Agencji Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej. Bał się słów. Wszak wiedział, że za trzy dni jego dusza wyzna cały ogrom bólu i żalu. I nie umknie przed tym. Przed śmiercią nie ma ucieczki. Przed żałobą tym bardziej.

***

Europa to widziała. Afryka i Azja również. Na żywo. Reszta świata widziała to oczyma wyobraźni. I to jak dalekiej od rzeczywistości. Bo wyobraźnia pozostaje wyobraźnią. A rzeczywistość tym, co rzeczywiste.

***

Ładunki jądrowe wybuchły z zabójczą siłą, trąciły przestrzenią kosmiczną. Dwustusiedemdziesięciometrowy Apophis rozleciał się na kilka mniejszych części i nieubłaganie pomknął ku Ziemi.

Nadzieja zgasła.

***

Rozłupana planetoida wpadła w atmosferę ziemską.

***

Potężne wybuchy asteroidy godzącej w Stary Kontynent wyzwoliły energię równoważną 510 megaton trotylu. Fala promieniowania pochłonęła całą półkulę północno – wschodnią oraz północno – zachodnią. Nowoczesne budynki, laboratoria naukowe, będące w ostatnich latach niemal obiektami sakralnymi, dziś trzynastego kwietnia 2029 roku zrównywały się z powierzchnią ziemi, co ruszt uwalniana energia powodowała wybuchy obracające w niwecz dobytek ludzkości, miliardy ofiar pochłaniał ogień.

Świat ginął.

***

Frank ze spokojem, w przeciwieństwie do rzeszy innych ludzi, zareagował na straszliwe wieści, które podał Rząd Amerykański.

Odłamki planetoidy rozbitej przy pomocy wybuchu jądrowego w kosmosie, za niespełna dobę spadną na półkulę południową. Thompson przypomniał sobie słowa Roya Tuckera. Milczał.

Wyglądał przez okno swojego mieszkania na zatłoczone ulice miasta, gdzie ludzie z chęcią brali czynny udział w krwawych zamieszkach, których nie próbowały już tłumić służby bezpieczeństwa. Kierowcy porzucali samochody na pastwę losu, rzucali się w wir bezmyślnej, pełnej trwogi walki, krew pieniła się w rynsztokach, spływała strumieniem w dół ulicy. Chaos i strach przedwcześnie popędzą do grobu tysiące osób. O dwadzieścia cztery godziny za wcześnie. Może to i lepiej.

Frank ostatni raz rzucił okiem na krew, śmierć, przerażenie…

Nacisnął spust pistoletu, krwawa miazga plunęła na tapetowaną ścianę salonu. Ale tego już Frank nie mógł widzieć.

***

Euforia radości. Czy żal? Ludzka głupota, czy strach? Pytanie bez odpowiedzi.

Piętnasty kwietnia nie zakończył historii ludzkości. Kawałki Apophisa nie dotarły na półkulę południową, spaliły się w atmosferze. Ameryka przetrwała.

Nie do końca.

Kraje po istnych pobojowiskach sowicie skropionych juchą były osłabione mentalnie. Upadły Rząd musiał się zrekonstruować. Fale Tsunami, wybuch wulkanów, trzęsienia ziemi. Nie obyło się bez klęsk żywiołowych spowodowanych katastrofą kosmiczną. Straty były olbrzymie.

Świat musiał się narodzić raz jeszcze. Czy to możliwe?

***

– Wieści są prawdziwe. – stwierdził David Ruck, dowódca misji na Marsa. – Ziemia zderzyła się z planetoidą. Nie mamy dokąd wracać.

Prom kosmiczny Magellan, który wiosną 2027 roku wyruszył z pierwszą w dziejach historii wyprawę na Marsa, zbliżał się do atmosfery ziemskiej.

Decyzja dowódcy była jedna.

***

Jałowa ziemia. Pustka. Cisza. Martwa cisza. Nagle grzmot, wybuch i znowu cisza. Resztki zdruzgotanego wahadłowca Magellana położyły kres ostatnim ludzkim żywotom w losach Świata.

Nastąpił koniec.

Było cicho.

 

 

*Skala Torinoto 10-stopniowa skala, wg której NASA ocenia potencjalne zagrożenie katastrofą kosmiczną.

*magnitudo to jednostka wielkości gwiazdowej.

Roy A. Tuckeramerykański astronom. Pracował jako starszy inżynier w Imaging Technology Laboratory, University of Arizona, a także jako technik w Kitt Peak National Observatory.

 

Koniec

Komentarze

Jeszcze jeden opek konkursowy. Proszę o komentarze i oceny :D

OK. Do konkursu. :)

Ogólna ocena opowiadania to wg mnie 4. Twoje opowiadania lubię za momenty, które pojawiają się po długim okresie próżni. Jest tak, że długo nic się nie dzieje, a potem następuje zdanie, które wchodzi w pamięć i można się nim długo delektować, np.: "Nacisnął spust pistoletu, krwawa miazga plunęła na tapicerowaną ścianę salonu", Great :)

Na obniżenie oceny wpłynęły pewne usterki, które, moim zdaniem, pojawiły się w tekście:

1) Czas wykrycia asteroidy, przy obecnej technice (a co dopiero za 20 lat), sądzę, że niemożliwe, by wykryto takie zagrożenie dopiero kilka dni przed impaktem, rok to chyba minimum. W tym czasie można by przedsięwziąć o wiele więcej zapobiegawczych kroków, znacznie lepiej się przygotować.

2) Mało oryginalny temat - mocno wyeksploatowany przez literaturę SF i kino.

3) Rozmiar asteroidy - 270 metrów. Później dodajesz, że rozpadła się jeszcze na kilka kawałków (wnioskuję, że cztery, po ilości wspomnianych przez Ciebie półkul, a znaczy to, że kawałki miały średnio 67 m) - takich rozmiarów meteoryty mogłyby spowodować duże szkody na Ziemi, ale niemożliwe, by przyczyniły się do wyginięcia całej ludzkości. Szacuje się, że meteoryt tunguski miał około 60 m średnicy i jakoś wszyscy jeszcze żyjemy.

4) No właśnie, wracając do kwestii tych półkul... w jednym miejscu piszesz, że asteroida miała uderzyć w półkule północną, wschodnią i zachodnią - ten podział jest nadmiarowy, bo sama półkula wnosi już znaczenie podwójnego podziału - jeśli meteoryt zniszczy półkulę północną znaczy to,że skutki będą zarówno na wschodzie, jak i zachodzie, z tym że na północnej stronie Ziemi, powyżej równika. Lepiej użyć określenia północny wschód, północny zachód, itd, będzie to bardziej precyzyjne.

Pozdrawiam :)

Dzięki za komentarz. Zgodzę się z Tobą, że wykrycie zagrażającej Ziemi planetoidy byłoby możliwe dużo wcześniej, co jednak wiązałoby się z rozbudowaniem tekstu, niestety limit znaków jest wyraźny, a i tak nieco go przekroczyłem. Jednak gdybym próbował opowiadanie poszerzyć, zmieścić w nim, dajmy na to, cały rok, rezultat byłby taki, że opek liczyłby sobie 50 tys. znaków, albo wersja okrojona to regulaminowych 20 tys. byłaby pozbawiona szczegółów, przypominałaby prom kosmiczny ścigający się z zawrotną prędkością z ograniczeniem.
Temat. Myślę, iż wiele tematów zostało juz poruszonych w filmach i literaturze, a ,,99942 Apophis'' jest tak naprawdę moim pierwszym opowiadaniem S-F i nie chciałem się porywać z motyką na słońce. A że do konkursu nikt chyba jeszcze opka z asteroidą w ''roli głównej'' nie napisał, to postanowiłem spróbować swych sił.
Opowiadanie Science-Fiction ma to do siebie, że zawiera, i fikcję, jak i naukę. Myślę, iż obydwa warunki zostały w znacznej mierze spełnione.
Również pozdrawiam :) 

A mi się podobało. homunkulus, takie błędy można wybaczyć:) A co, do mało oryginalnego tematu, to uczestnicy konkursu mieli raczej mało do wyboru. Wszystkie tematy zostały narzucone. A jedynie kilka z nich naprawdę nadaje się na dobre opowiadanie. Bo przecież, co można napisać emocjonującego o enrgii z fuzji czy nadprzewodnikach w temperaturze pokojowej.
Pozdr.

Ja spróbowałem, ale nie wiem czy wyszło emocjonujące. Miałem napisać tam coś emocjonującego, ale mnie koledzy postraszyli policją obyczajową. http://www.fantastyka.pl/4,1442.html

Mi też się podobało ogólnie, ale myślę, że fiction w science można stosować bardziej w stosunku do jakichś nowinek niż ogólnie przyjętych faktów, dlatego obniżyłem ocenę, ale faktycznie można by to łatwo poprawić.

witaj przed czytałem juz dzisij jedno z twoich opowiadań http://www.fantastyka.pl/4,3339.html  i bardzo mi sie podobało, sięgnałem dlatego po następne i czuję się niestety rozczarowany. Owszem jest napisane dobrze fajnie się czyta, ale według mnie pomysł banalny i nie ma w tym głębi i żadnego przesłania.
ale to tylko moja subiektywna opinia. w wolnej chwili poszukam w twojej kolekcji takiego opowiadania jak to pierwsze:)

…Drogi Domku. Pozwoliłem sobie przeczytać Twoje opowiadanie o asteroidzie. Opowiadanie udaje Science Fiction. Takiego nagromadzenia astrofizycznych bzdur, jakie wymyśliłeś, w życiu w literaturze S. F. nie spotkałem. Jeżeli bierzesz się za taką tematykę, to zapoznaj się z podstawami astronomii, astrofizyki, prawami Newtona i prawami mechaniki Kosmosu. Twój tekst to karykatura opowiadania science fiction. Pozdrawiam.

…Opis startu promu, oraz przyczyn zagłady woła o pomstę do nieba. Kumulacja ignoracji i braku pojęcia o przestrzeni kosmicznej i o prawach w niej rządzących.

Hmmm. Mam wrażenie, że już oglądałam jakiś film na ten temat. Ale tamten był z Hollywood, więc większość ludzkości jednak udało się uratować.

Z wykonaniem też mogło być lepiej – masz błędy w zapisie dialogów.

Planetoida miała minąć Błękitną Planetę w odległości około 40000 kilometrów.

Liczby słownie.

– Niebezpieczeństwem anihilacji obarczona byłaby półkula północna, a także wschodnia i zachodnia.

No to całą Ziemię szlag trafił, a niektóre części nawet dwa razy. I od razu anihilacja? To asteroida była z antymaterii?

Postać w kombinezonie przyjęła odznaczenie honorowe z rąk pierwszej w historii prezydentowej USA.

Prezydentowa to  żona prezydenta. Chyba w historii było już kilkadziesiąt takich.

Babska logika rządzi!

Dzięki za odwiedziny. SF to nie moja bajka ; )

W czasie wypadu do niezbyt odległej przeszłości, trafiłam na 99942 APOPHIS, opowiadanie niezgorsze i jak widać w swoim czasie docenione, ale którego lektura dzisiaj, niestety, była dość bolesna. Głównie za sprawą fatalnie napisanych dialogów, takoż kilku zdań, budzących niezamierzoną wesołość, literówek i innych usterek.

Domku, ubolewam, że opowiadanie opiórkowane i umieszczone w Bibliotece, pozostawia tak wiele do życzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ach, dawno to było pisane. I o bibliotece nikt wtedy nawet nie śnił ; ) 

Nowa Fantastyka