- Opowiadanie: Hanzo - Red Corpse

Red Corpse

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

zygfryd89

Oceny

Red Corpse

RED CORPSE

 

 

 

– Oto stoi przed wami największy spośród grzeszników! Zadufany w sobie heretyk, któremu wydawało się, że może napluć w twarz samemu Bogu! Oto i on: pokonany, wyniszczony przez własny obłęd i cuchnący! Tytułuje się samozwańczo Kapitanem, a gdziekolwiek się pojawi, ciągnie za sobą obrzydliwy smród swej zbrodniczej reputacji! Red Corpse, we własnej, odrażającej osobie! Przyjrzyjcie mu się! Przyjrzyjcie, ale uważnie!

Sędzia grzmiał, wynajdując w pamięci najcięższe, akceptowalne do wypowiedzenia epitety i okrążał skazańca dostojnym krokiem. Głowę okręcał tak, by utrzymywać kontakt wzrokowy z oczekującym egzekucji tłumem, a wyprostowanym oskarżycielsko pazurem wskazywał nieprzerwanie na Corpse’a. Tam też kierowały się spojrzenia wszystkich zgromadzonych. Patrzyli uważnie, o tak, bardzo uważnie – chłonęli obraz, by wyryć go na tablicy mentalnej encyklopedii pod hasłem „grzesznik”.

Corpse stał dumnie wyprostowany, lecz próżno by szukać w jego osobie cokolwiek dumnego poza dziarską sylwetką. Ta gra pozorów nie potrafiłaby zwieść nikogo – mężczyzna był pokonany i wyniszczony. Dokładnie tak, jak przedstawiał go w gniewnym monologu Sędzia.

Ciało Kapitana okrywała tylko brudna przepaska – kawałek szmaty, jaką Voyanie zawiązali skazańcowi na biodrach, zanim wyruszyli na pokazowy przemarsz ulicami portu. Posiniałą od zimna skórę szpeciły plamy i zacieki po najróżniejszych pomyjach oraz zgniłym jedzeniu, którymi obrzucono heretyka. Corpse wbijał nieobecny wzrok gdzieś w pustkę. Po lewym oczodole mężczyzny rozlewał się paskudny siniak, spomiędzy opuchniętych warg wyciekała krew.

Mięśnie wokół zagłębienia w prawym ramieniu Kapitana – pamiątce po niegdysiejszej strzelaninie – drżały w niekontrolowany, konwulsyjny sposób. Był to jedyny ruch, jaki dało się zaobserwować oprócz błysków iskier, które od czasu do czasu pełzały po zniszczonej cyberprotezie, zastępującej Corpse’owi lewą nogę od kolana w dół.

– Red Corpse dopuścił się najgorszego grzechu, którego zalążek mógł wylęgnąć się tylko w umyśle człowieka zepsutego do cna! Ten tutaj heretyk wymarzył w swym obłąkanym rozumku, że wytropi i upoluje Boga!

Po tłumie przetoczył się pomruk, przypominający odgłos nadciągającej burzy. Ktoś wykrzyczał wiązankę wulgarnej pogardy, ten i ów zagwizdał z dezaprobaty. W stronę Corpse’a posypała się kolejna porcja nieczystości. Nie mrugnął nawet powieką.

Sędzia uspokoił rejwach, po czym kontynuował:

– Gdyby były to zaledwie czcze przechwałki szaleńca, dałoby się to jeszcze jakoś zrozumieć! Jednak Red Corpse nie zamierzał poprzestać na słowach! Wiemy dobrze, że poczynił praktyczne przygotowania i podjął kroki, by odnaleźć tunel czasoprzestrzenny do Dawnego Kosmosu! Skompletował załogę złożoną z sobie podobnych, pozbawionych wyobraźni i sumienia odmieńców, uzbroił się w najnowsze cuda techniki i zamierzał zrealizować ten bluźnierczy plan! Red Cospre wybierał się do Starych Galaktyk, by odnaleźć, a potem zabić Kosmiczny Rozum!

Kolejna fala gwizdów, przekleństw i pomyj. Nieruchoma twarz Reda sugerowała, że odpłynął myślami gdzieś daleko. Jakby nie chciał być świadkiem własnego końca.

Zgromadzili się na skraju wysokiego klifu. Wzburzony ocean o barwie ciemnego grafitu tłukł o stromy brzeg, powietrze pachniało solą i czymś metalicznym. Z lądu wychodziło nad wodę długie, drewniane molo, wsparte na pokracznym i zdezelowanym przez upływ czasu rusztowaniu o wysokości tak niebotycznej, że można było dostać zawrotów głowy od samego patrzenia.

Tym właśnie pomostem miał ruszyć na swoją ostatnią przechadzkę Kapitan Red Corpse. Wedle obyczaju planety Vo–Yan spacer skazanego na śmierć kończył się upadkiem z wysokości na płyciznę pełną ostrych, poszarpanych i twardych jak beton skał… Nie bez powodu miejsce to nazywano Brzegiem Rekinich Zębów. Szanse na przeżycie były równe zeru.

– Chyba tylko dzięki Boskiej interwencji ten tutaj heretyk wpadł w ręce Strażników! Myślał, że może igrać z Bogiem, ale to Bóg zaigrał z nim!

Uwaga wywołała głośny aplauz gapiów. Oskarżyciel nabrał powietrza i wykrzyknął:

– Redzie Corpse, jesteś winny obrazy Najwyższego Majestatu, Absolutu, Rozumu Kosmicznego, Boga! Decyzją Sądu Najwyższego Planety Vo–Yan skazuję cię na śmierć! Z racji niebotycznej rangi twojej przewiny egzekucja odbędzie się w trybie natychmiastowym, tu i teraz! Brać go!

Przed tłum wyszło dwóch Strażników. Obaj potężnie zbudowani i opancerzeni, dzierżyli w dłoniach tutejszą wersję paralizatorów – broń przypominającą widły o dwóch szpikulcach, pomiędzy którymi trzeszczały miniaturowe, lecz niebezpieczne błyskawice.

Mężczyźni obrócili Corpse’a i dźgając brutalnie w plecy, nakierowali na molo. Wyglądający na stojącego u wrót katatonii Kapitan szedł posłusznie.

– Wątpię, byś zasłużył na ostatnie słowo, gnoju. Wątpię, byś zasłużył w ogóle na cokolwiek – wysyczał jeszcze Sędzia.

Chwilę później Corpse wszedł na oślizgłe deski. Metal zniszczonej protezy stukał głucho o drewno, bosa stopa nie wydawała żadnego dźwięku. Wilgotne powietrze targało grzywą rudych włosów.

Krok Kapitana podczas tego ostatniego spaceru przypominał niezdarny chód kaczki.

Przystanął, ale tylko na moment, by zmierzyć wzrokiem bezmiar rozgniewanego oceanu i ruszył dalej, ku śmierci.

 

*

 

Flint miał bardzo specyficzne hobby: fascynowały go oczy. Szczególną uwagę poświęcał zaś nerwom wzrokowym. Badał je z zegarmistrzowską precyzją i manipulował za pomocą nanowszczepów – usprawniał bądź kaleczył, wedle uznania.

Kolekcja Flinta gromadziła setki okazów: ślepia humanoidów, zwierząt, owadów, hybryd oraz najróżniejszych potworów ze wszystkich zakątków wszechświata. Gałki oczne na długich – w połowie naturalnych, w połowie syntetycznych – nerwach zapełniały okazałe akwarium w kształcie prostopadłościanu o podstawie z komputera o potężnej mocy obliczeniowej. Nerwy wiły się przy szklanych ściankach niczym makabryczna parodia kwiatowych łodyg, a zastępujące sam kwiat, wiecznie otwarte gałki oczne, poruszały się niespokojne i cierpiące. Zielonkawa woda bulgotała pośród mnogości okazów.

Flint wiedział, że cierpią. Widział to w głębi sztucznie ożywionych źrenic. Analityczny umysł naukowca zaprzeczał, by cokolwiek takiego mogło mieć miejsce, ale na jakimś prymitywniejszym poziomie jestestwa mężczyzna po prostu to czuł. Cierpią. Wieczne katusze niewoli w towarzystwie sobie podobnych, wyrwanych z naturalnego ciała skrawków.

Nie powiedziałby, że dawało mu to sadystyczną przyjemność czy coś w tym rodzaju. Nie, Flint nie czuł niczego poza zwykłą i zdrową ciekawością. Był kolekcjonerem i naukowcem. Jedyne, czego pragnął, to poszerzać swój zbiór i odpowiadać na pytania – jak to działa, jak to ulepszyć?

Kiedy Corpse złożył mu propozycję dołączenia do załogi Pequoda, Flint nie zastanawiał się ani chwili. Słyszał o Kapitanie wystarczająco dużo, by wiedzieć, że pod jego skrzydłami, podczas niezwykłej i dość szalonej ekspedycji, będzie mógł oddawać się kolekcjonerskiej pasji bez żadnych nieprzyjemności, krytycznych uwag czy docinek. Corpse nie przejmował się małostkowymi, przyziemnymi sprawami.

Flint miał rację co do nowego pracodawcy – Kapitan nie raczył akwarium nawet kilkoma sekundami uwagi. Spojrzał bez śladu zdziwienia, kazał zainstalować się Flintowi na tyłach statku i na powrót przybrał skupioną minę, która zdobiła jego twarz za każdym razem, gdy rozmyślał o swoim celu. O Kosmicznym Rozumie.

Miał obsesję, bez dwóch zdań, ale Flintowi niespecjalnie to przeszkadzało. W pewnym momencie nawet zaraził się nieco fantazjami Corpse’a i zaczął roztrząsać na serio, co może się wydarzyć, gdyby okruchy dawnych wierzeń okazały się prawdą? Gdyby Rozum Kosmiczny, Absolut, Bóg, czy jak tam ludzie wołają, rzeczywiście istniał? Istniał w materialnej postaci, gdzieś w otchłaniach Dawnego Kosmosu, a dowodzonemu przez Corpse’a Pequodowi dane było wytropić go i upolować?

Wątpił, by szaleńczy scenariusz Kapitana mógł się spełnić. Podejrzewał, że Pequod może błąkać się po wszechświecie nawet całą wieczność, a i tak nic nie zdziała. To nie są sprawy dla zwykłych śmiertelników… Niemożliwe, by siła, która pchnęła wszystko w ruch, mogła mieć zwykłą, materialną postać!

Mimo to Flint czasami wierzył. A krótkie chwile wiary roztaczały przed nim obraz niebotycznej sławy – potęgi, której nie sposób objąć zdroworozsądkowym myśleniem. Naukowiec podejrzewał, że tak właśnie musi czuć się ogarnięty obsesją Corpse. Tyle że on czuje się tak ciągle – bez ustanku zagląda w to świetliste okno, za którym kryje się chwała równa boskiej. Patrzy i ślepnie na szarość codzienności, dryfuje w próżnię niemożliwych do zrealizowania, bluźnierczych marzeń…

Flint wyrwał się z rozmyślań i przerwał pracę. Odłożył narzędzia, ściągnął ultrazbliżeniowe gogle i pomasował obolały od wielogodzinnego pochylania kark.

Został na Pequodzie sam, więc korzystając z błogiej ciszy, postanowił przygotować bazę pod nowy skarb – Sun Ki obiecała, że dostarczy mu głowę tubylca z Vo–Yan. Miała odkupić trofeum z portowego prosektorium. Znając usposobienie miejscowych, Flint nie wątpił w powodzenie misji dziewczyny. Portowcy kochali złoto. Kochali również rozróby, więc świeżych trupów nie powinno brakować.

Voyanie mogli budzić obrzydzenie – ich skóra wydawała się mutować z tkanki typowo ludzkiej w rybią łuskę i ewolucja zbliżała się ku temu drugiemu biegunowi – ale Flint czuł sporą ekscytację w związku ze zgłębieniem tajemnic gałki ocznej oraz nerwu wzrokowego tego gatunku… Voyanie wykazywali bowiem pewne rzadko spotykane, telepatyczne zdolności: potrafili czytać w myślach drugiego osobnika, lecz tylko podczas utrzymywania kontaktu wzrokowego. To było tak niesamowite, że Flint niecierpliwił się na opustoszałym statku jak dzieciak w oczekiwaniu na urodzinowy prezent.

Mijała druga doba, odkąd Pequod wylądował na Vo–Yan. Corpse tłumaczył postój chęcią rekrutacji ostatniego członka załogi – pragnął mieć na pokładzie szamana z prawdziwego zdarzenia, by móc ratować się magią, gdyby w kluczowym momencie nauka i zdobycze techniki zawiodły. Taki był jego najnowszy wniosek ze studiów nad prastarymi rozprawami, jakie wertował każdego dnia przed zaśnięciem.

Flintowi wydawało się, że ów tajemniczy szaman jest dla Kapitana ledwie wymówką, by spotkać się z kochanką sprzed lat, która – wedle plotek – zdezerterowała z Gwardii, by prowadzić na Vo–Yan skromny żywot rybaczki, ale nie rozgłaszał tej teorii na głos. Po pierwsze cieszył się na możliwość dołączenia nowego eksponatu do kolekcji, a po drugie zdawał sobie sprawę, że wniosek mógł być owocem zazdrości – próbą obronienia ukochanej nauki przed zacofaną i prostacką magią. Starał się być człowiekiem światłym, lecz niektórych uczuć nie tak łatwo wykorzenić. Zresztą – czy obsesja Corpse’a nie zaszła zbyt daleko, by marnował czas z sentymentu za starą ukochaną?

A może czuł, że zbliża się do celu i chciał dać ostatnią szansę swemu człowieczeństwu?

Flint nie umiał tego rozgryźć. Mimo że z pozoru prosty do bólu, pchany do przodu jedynym nadrzędnym imperatywem, Corpse pozostawał dla naukowca nieodgadniony. Kto by tam pojął, co kryje się wewnątrz szalonego umysłu?

O ile Kapitan Red Corpse był szalony za sprawą spalającej go manii, o tyle ostatni członek załogi Pequoda, czyli anonimowy z imienia i nazwiska zabijaka o pseudonimie Skurkowaniec był po prostu pierdolnięty. Definitywnie i na całej linii, szalony jak… Mimo bogatego słownictwa, Flint nie znajdował w przepastnym umyśle metafory, która mogłaby oddać bodaj w przybliżeniu ogrom obłędu Skurkowańca. Pewnie mógłby wymieniać godzinami różne przykłady zachowań tego psychopaty, ale i tak byłby to ledwie skromny wycinek z całokształtu nieobliczalnej osobowości.

Sun Ki, fenomenalna pilotka sterująca Pequodem, dołączyła do Corpse’a za sprawą astronomicznej sumy pieniędzy, jaką obiecał jej Kapitan. Flint wstąpił do skromnej załogi Reda z podobnych pobudek, choć miał na uwadze również, a może przede wszystkim, powiększanie kolekcji. No i podczas krótkich momentów optymizmu – niebotyczną sławę.

Z kolei Skurkowaniec zaciągnął się na Pequoda tylko dlatego, że karkołomna ekspedycja dawała możliwość dalszego mordowania. Tak to przynajmniej wyglądało, bo w tym przypadku naukowiec nie słyszał o żadnych obietnicach finansowych. Corpse był prawdopodobnie ostatnią szansą Skurkowańca na wyrwanie się w świat. Zła sława sprawiła, że nikt nie chciał nawet przebywać w towarzystwie tego człowieka, co zaś mówić o wspólnej wyprawie w kosmos, a listy gończe za głową Skurkowańca rozesłano nawet po najdalszych i najdzikszych zakamarkach wszechświata.

Patrząc na awanturnika, Flint czuł niepohamowany dreszcz niepokoju, a słowa Sun Ki, że lepiej mieć go po swojej stronie niż po przeciwnej, traktował ze sporym dystansem. Ludziom takiego pokroju wystarczy sekunda, by zapomnieć o zobowiązaniach i w ogóle wątpliwe, żeby Skurkowaniec zdawał sobie sprawę z istnienia jakichkolwiek stron prócz samolubnego, socjopatycznego „ja”. Naukowiec nie rozumiał, po co Corpse’owi ten granat z odwleczoną zawleczką na pokładzie, kiedy wszechświat aż roi się od doskonałych najemników, gotowych oddać życie za pracodawcę.

Fakt faktem, że prawdopodobnie żaden z takich awanturników nie przeżyłby w konfrontacji ze Skurkowańcem dłużej niż kilka sekund… Oni pracowali dla pieniędzy – on dla czystej przyjemności mordowania, widoku tryskającej z ran krwi i życia gasnącego w nieruchomiejącej źrenicy.

Czy Skurkowaniec wierzył w ideę Corpse’a i marzył, by przyłożyć dłoń do zabicia Kosmicznego Rozumu? Ciężko powiedzieć, bo nie wypowiadał się na ten temat ani słowem, ale Flint uważał, że to więcej niż możliwe. Coś jak wisienka na torcie zbrodniczej kariery…

Tym bardziej nie potrafił pojąć, dlaczego najnormalniejsza z całej zgrai, a przy okazji zabójczo seksowna, Sun Ki leci na Skurkowańca. Odrzucała nieśmiałe zaloty Flinta i odważniejsze zaczepki innych mężczyzn z taką naturalnością, że naukowiec miał ją za osobę aseksualną, a w najlepszym wypadku lesbijkę. Tymczasem, gdy na horyzoncie zdarzeń pojawił się Skurkowaniec, zdawał się przyciągać lekko rozmarzony i jakby rozmiękły wzrok pilotki niczym magnes. Flint nie mógł i nie chciał tego rozumieć. Na początku zaprzeczał obserwowanemu zjawisku i zganiał je na poczet zazdrości, lecz czas mijał, a irracjonalne zachowania Sun Ki tylko się wzmagały. Wpadła po uszy.

Ku pociesze Flinta, Skurkowaniec wydawał się odporny na maślane spojrzenia dziewczyny i sam chyba w ogóle ich nie dostrzegał. Wątpliwe, by tak wypaczony umysł umiał działać na poziomie emocjonalnym.

Flint roztrząsałby pewnie całą sytuację dłużej, może nawet zacząłby wyobrażać sobie, co znajduje się pod spódniczką Sun Ki, u szczytu jej oszałamiająco zgrabnych nóg, kiedy naraz wydarzyły się dwie zupełnie niespodziewane rzeczy.

Dźwięki sprowadziły naukowca na ziemię tak gwałtownie, że zamarł na chwilę, niezdolny do identyfikacji hałasów. Sprawę komplikował dodatkowo fakt, że rozbrzmiały one niemal jednocześnie, a teraz zbiegały się w kajucie Flinta i tworzyły wspólny harmider.

Z dziobu Pequoda dochodziło przenikliwe wycie radaru…

… bliżej, bo od strony śluzy, dudniło natarczywe walenie o właz.

Ktokolwiek próbował zwrócić na siebie uwagę Flinta, nie znał kodu dostępu na pokład Pequoda.

Natarczywy alarm radaru mógł oznaczać tylko jedno – gdzieś w pobliżu, zgodnie z obliczeniami szaleńczej nawigacji Corpse’a, otworzył się tunel czasoprzestrzenny, prowadzący do Starych Galaktyk.

Obłęd stał się rzeczywistością.

 

*

 

Sun Ki biegła przez kręte i wąskie uliczki portowych slumsów. Czuła, jak torba z uciętą głową tubylca obija się raz po raz o jej udo z nieprzyjemnym odgłosem, ale nie zwracała na to większej uwagi. Tak samo jak nie zważała na pożądliwe spojrzenia mijanych mężczyzn – barwnej mieszanki istot z różnorakich planet. Ich uwagę przyciągała smukła sylwetka dziewczyny, pełne piersi i śliczna twarz o skośnych oczach. Przewieszony przez plecy, szybkostrzelny, laserowy karabin utrzymywał jednak to zainteresowanie na bezpieczny dystans.

Mimo świetnej formy zdołała dostać zadyszki nim dobiegła do recepcji śmierdzącej rybą speluny, dość optymistycznie nazwanej „Hostelem”, gdzie wynajmował pokój Skurkowaniec. Nie zważając na wrzaski przysadzistego alfonsa–gospodarza, wbiegła po rozchwianych schodach na piętro i bez pukania zaczęła otwierać na oścież wszystkie napotkane drzwi.

Skurkowańca zastała w pokoju na końcu korytarza, w towarzystwie dwóch dziwek. Jedna była kobietą ludzkiej rasy, druga bliżej nieokreślonym mieszańcem o zgniłozielonej skórze, króliczych uszach i dwóch waginach. Widok ten niespecjalnie zaskoczył Sun Ki, ale też niespecjalnie przejął – Flint miał rację, Skurkowaniec wpadł dziewczynie w oko, lecz zainteresowanie to niewiele miało wspólnego z prawdziwą miłością. Ot, zwykła fascynacja z cielesnym podtekstem.

– Ubieraj się, nie mamy czasu! – krzyknęła od progu, mimo wycelowanej w jej głowę lufy i głośnego oburzenie prostytutek.

Skurkowaniec schował obrzyna na powrót do kabury i bez słowa zaczął się ubierać. Nie musiał dopytywać o szczegóły. Wyczytał z zaaferowanej twarzy Sun Ki wszystko, czego potrzebował – pojawiły się kłopoty i to poważne. Wyraźnie rozgniewane panie do towarzystwa świergotały coś jedna przez drugą, a po chwili do zamieszania dołączył gospodarz „Hostelu” oraz niesprecyzowane głosy z korytarza.

Na koniec Skurkowaniec związał rozwichrzone, czarne włosy bandaną i ubrał się w brunatny, widocznie zużyty płaszcz, którego poły skryły przyległy do ciała, prywatny arsenał mężczyzny. Kompletnie ignorując zamieszanie, skinął głową Sun Ki na znak, że jest gotowy i odpychając marudnego alfonsa, wyszedł w ślad za dziewczyną.

Kiedy wyjaśniła zadyszanym głosem, o co chodzi, Skurkowaniec poczuł, że odżywa.

Na myśl o zbliżającej się rzezi ogarnęło go stokroć większe podniecenie niż wcześniej, pomiędzy nagimi kobietami.

Spragnione działania dłonie zamrowiły.

Już niedługo – uspokoił je bezgłośnie. Już niedługo…

 

*

 

Corpse odważył się wrócić myślami do własnego ciała dopiero, gdy minął Sędziego i obrócony plecami do tłumu zgromadzonych, ruszył po śliskich deskach pomostu. Wcześniejszy, bliski katatonii stan był całkowicie zamierzony – Kapitan nauczył się weń zagłębiać podczas szkoleń Gwardii, których nigdy zresztą nie ukończył.

Teraz, o kilkadziesiąt kroków od śmierci, jedynym, kto mógł zajrzeć mu w oczy i wyczytać z nich jakiekolwiek myśli, był bezkresny ocean.

Nie zostało wiele czasu. Świadomy, że z każdej sytuacji istnieje jakieś wyjście, Red szedł jeszcze wolniej i bardziej niezdarnie, by ugrać kilka dodatkowych sekund do namysłu. Dźgające go paralizatory Strażników wydawały się ledwie łaskotkami w porównaniu do całonocnych tortur.

Nie wysypał się, nie ugiął bólowi. Nie pozwolił wyczytać Sędziemu niczego ze swoich myśli. Stacjonujący nieopodal portu Pequod, z Flintem na pokładzie, jest bezpieczny. Misję można kontynuować… Trzeba tylko wyrwać się z obecnej, parszywej sytuacji.

Gdzie jest Skurkowaniec? Gdzie Sun Ki? Dlaczego nie próbują go odbić?!

Pragnął usłyszeć wystrzały z obrzynów lub cichy pomruk silnika Jaskółki, lecz jego uszu dobiegał tylko ryk oceanu i własne kroki.

Przekalkulował szanse na zaskoczenie Strażników. Marne. Gdyby udało się wyrwać jeden z paralizatorów… Ale jest taki słaby, obity, wręcz skatowany. Zwykle użyteczna i pełna niespodzianek cyberproteza zmieniła się w kawał ciężkiego i bezwartościowego żelastwa. Nie ma żadnej broni prócz własnych dłoni i zębów.

Zalało go zwątpienie – dziwne i obce uczucie, jakiego Corpse nie doświadczał praktycznie nigdy.

Kilkanaście kroków do krawędzi.

Wpadł jak nieopierzony żółtodziób! Dał się wyrolować jak byle dzieciak – kobiecie!

Powinien był trzymać się planu. Dać sobie spokój z Deanną i wracać na Pequoda jak tylko okazało się, że nici z Szamana. Co on sobie myślał? Od lat nie było w nim ani ociupinki miejsca na uczucia, więc dlaczego zechciał zobaczyć ją akurat teraz, tak blisko upragnionego celu?

Zagryzł zęby. Złość – emocja dużo lepsza od zwątpienia, bo można czerpać z niej siłę.

Pomost kończył się za dosłownie kilka kroków…

Corpse wczuł się w rytm dźgających go paralizatorów, odczekał do kolejnego pchnięcia, a kiedy to miało nastąpić, okręcił się wokół własnej osi i balansując na krawędzi pomostu, chwycił za stylisko broni. Pociągnął, równocześnie wyprowadzając cyberprotezą niskie kopnięcie.

W tym samym momencie na brzegu rozszalała się strzelanina.

 

*

 

Skurkowaniec kochał swoje obrzyny.

We wszechświecie roiło się od nowocześniejszej broni – laserowej, plazmowej i cholera wie jakiej – sam miał kilka bajeranckich pukawek pod ręką, ale gdy sytuacja robiła się naprawdę gorąca, ufał tylko obrzynom.

Uwielbiał ich prymitywną brutalność. To, co robiły z ofiarami, siekając je, rozrywając na kawałki i masakrując, było wspaniałe.

Niszczycielski, niepowstrzymany chaos. Bez finezji, lecz z jakim efektem!

Awanturnik przepchnął się przez oczekujący egzekucji tłum najdalej, jak się dało, nie szczędząc pracy łokci ani kolan. Szybko zauważył, że zbieranina, choć liczna, to w większości nieuzbrojeni prostaczkowie. Tylko gdzieniegdzie dostrzegał pojedynczy nóż albo pałkę; zero broni palnej czy paralizatorów. Strażnicy skupili się pewnie bliżej brzegu, lecz i nimi nie przejmował się zanadto – kiedy rozpęta w tym tłumie prawdziwe piekło, niełatwo będzie go wyłowić spośród chaosu…

Skrzywił się w parodii uśmiechu i odetchnął głęboko słonym powietrzem. Oczy o ciemnych tęczówkach lśniły z podniecenia. Rozchylił poły płaszcza, dobył obrzynów i wyprostował ręce na boki, przypominając stracha na wróble lub człowieka chłonącego promienie słoneczne w natchnionej, religijnej ekstazie. Nikt nie zauważył, że dzieje się coś bardzo niedobrego.

Przymknął powieki i wstrzymał oddech, by słyszeć jak najlepiej to, co nastanie.

Pociągnął za spusty.

 

*

 

Strażnik upadł na tyłek, wypuszczając spomiędzy palców uchwyt broni. Jego zaskoczony kompan bez chwili namysłu uderzył w Corpse’a własnym paralizatorem, lecz Kapitan przyjął cios na stylisko przejętej broni. Zakleszczyli się i siłowali, obaj o krok od runięcia na poszarpane skały.

Red zauważył kątem oka, że pierwszy Strażnik próbuje dosięgnąć kabury, więc wdepnął koniec protezy w brzuch leżącego, po czym niezdarnym skokiem w bok wyprowadził kopnięcie na szczękę. Chybił, zachwiał się. Połączenie paralizatorów ze stojącym na nogach Strażnikiem zostało zerwane. Tamten zamierzył się do kolejnego ciosu, na szczęście nie pamiętając o tkwiącej u pasa broni palnej.

Leżący tymczasem wystrzelił. Niecelnie, lecz huk przypomniał Kapitanowi, że nie może pozostawać w bezruchu ani na sekundę. Uskoczył w bok, cały czas na krawędzi. Przejechał paralizatorem po leżącym na deskach. Krzyk.

Machnął bronią przed twarzą stojącego. Raz i drugi, potem dźgnął, upadając rozmyślnie do przodu. Szpikulce zagłębiły się w ciało, Strażnik spojrzał na tryskającą z jamy brzusznej krew, jakby nie mógł uwierzyć, do kogo ona należy.

Wywiązała się szamotanina między Corpse’m a tym, który upadł na początku. Turlali się po oślizgłych deskach w tę i z powrotem, mocując się o pistolet. Powróciło zmęczenie, zagłuszane dotychczas adrenaliną. Red, czując, że szansa przeżycia umyka mu spomiędzy palców, rzucił się w ostatnim, desperackim spazmie na szyję przeciwnika. Zacisnął zęby na krtani i odrzucił głowę w tył.

Buchnął gejzer krwi, a śmiertelnie ranny stracił nagle całe zainteresowanie swoim laserowym rewolwerem. Corpse wyjął broń z więdnącej dłoni i strzelił w głowę Strażnika przebitego paralizatorem. Czaszka eksplodowała, a bezgłowy trup wypadł z molo. Red zepchnął jeszcze tego z rozerwanym gardłem i został na pomoście sam.

Oddychający z wyraźnym trudem oraz rozdygotany od adrenaliny i ogromnego wysiłku, usiadł, by spojrzeć, co dzieje się na brzegu.

Jatka trwała w najlepsze. Niepojęty chaos, krzyki, bezrozumna ucieczka we wszystkie strony, wystrzały, kłęby dymu i rozbryzgi krwi.

– Skurkowaniec – szepnął, po czym zauważył śmigające ku niemu laserowe pociski. Waliły w deski pomostu z głośnym wizgiem, wzbijając w powietrze kaskady drzazg.

Bez zastanowienia, nie widząc innego wyjścia, Corpse podbiegł na skraj mola, przysiadł na brzegu i zwiesił się w dół. Oślizgłe krawędzie wymykały się palcom, a nogi nie mogły znaleźć oparcia, lecz zdołał wreszcie opleść kończynami bal rusztowania. Strzały eksplodowały wokół, a wicher naciskał, jakby dostał materialnych, gigantycznych dłoni.

Kapitan puścił deski pomostu i ześlizgnął się po kłodzie kilka metrów w dół, do pierwszej, poprzecznej belki. Zawisł tam jak bezwłosa i kaleka małpa. Laserowa kanonada nie ustawała, a on czuł, jak traci siłę w rękach i nogach. Rozciągane ścięgna paliły, grożąc całkowitym zerwaniem.

Spojrzał w dół i zaraz pożałował, że to zrobił. Widziany świat, jakby okręcił się wokół własnej osi.

Widok obszarpanych skał, tnących wzburzony ocean niczym sztylety przyprawiał o niekontrolowane drżenie i odruchy wymiotne. Najgorsza była chyba świadomość bezmiaru powietrza, jaki dzielił Kapitana od niebezpiecznego podłoża.

Corpse wspomniał, że kiedyś wyśmiewał sposób, w jaki odbywają się egzekucje na Vo–Yan. Wisząc dobre dziewięćdziesiąt metrów nad „Rekinimi Zębami” nie było mu w ogóle do śmiechu. Pomyślał, że nigdy nie uzna żadnego sposobu na uśmiercenie człowieka za głupi.

Wtedy usłyszał znajomy dźwięk. Odkręcił głowę i ujrzał Jaskółkę mknącą wzdłuż klifowego wybrzeża z Sun Ki za sterem.

Chociaż ledwo oddychał, krzyknął z najczystszej radości.

Gdzieś koło lewego ucha śmignął mu laserowy pocisk, którego nawet nie zarejestrował umysłem.

 

*

 

Śmiertelny taniec Skurkowańca zebrał wśród tłumu oszałamiające żniwo. Od każdego, wystrzelonego z obrzyna siekańca padały całe grupki gapiów – makabrycznie poranionych, ociekających krwią niczym worki świeżego mięsa. Jeżeli ktoś znalazł się zbyt blisko strzelca, zostawał po prostu rozerwany na kawałki. W jednej chwili był cały i zdrowy, w następnej eksplodował, jakby za sprawą wybuchu ukrytej w głębi ciała bomby.

Skurkowaniec strzelał i przeładowywał, idąc spokojnym, miarowym krokiem. Trasę przemarszu zdobiły kałuże krwi, poodrywane części ciał, płaty skóry i kłęby gryzącego dymu. Za całą muzykę miał ryk plujących ogniem obrzynów oraz wrzaski śmiertelnie przerażonych bądź konających w męczarniach ofiar.

Kroczył spokojnie, lecz ręce wykonywały błyskawiczną pracę. Skóra na kciukach skwierczała od gorąca, naboje z siekańcami ginęły z pasa w zawrotnym tempie.

Czuł krew i spaleniznę, ale przede wszystkim bliskość panicznego strachu swych ofiar, własną pewność siebie oraz dziwną, wszechogarniającą radość, jaką potrafiło w nim wzbudzić tylko mordowanie. Był panem życia i śmierci, może Bogiem.

Trup ścielił się gęsto wokół, a on nie został choćby draśnięty. Dostrzegał świat hiperwyraźnie i jakby w zwolnionym tempie. Serce przepompowywało potężne ilości krwi, wyostrzając zmysły i refleks. Kiedy widział mierzącego doń Strażnika, po prostu dawał krok w bok, nie robiąc sobie nic ze świszczącego obok, laserowego pocisku i zdejmował chojraka jednym, celnym strzałem.

Zanim dotarł nad brzeg oceanu, na warcie pozostała ledwie garstka Strażników – większość uciekła wzorem motłochu, wielu leżało w kałużach szkarłatnej posoki. Sędziego nie było nigdzie widać. Skurkowaniec podejrzewał, że zdezerterował z pierwszymi uciekinierami.

Schował jednego obrzyna do kabury i silnym szarpnięciem postawił na nogi dogorywającego mężczyznę z plątaniną oślizgłych wstążek w miejscu brzucha. Przeładowywanie i strzelanie za pomocą tylko prawej dłoni nie było może zbyt wygodne, ale Skurkowaniec nie mógł już liczyć na osłonę ze spanikowanego tłumu, więc musiał posłużyć się „żywą” tarczą. Nie lubił tej sztuczki, lecz jeszcze bardziej nie znosił ryzykować niepotrzebnie życiem. Tak naprawdę to nigdy nie ryzykował. Dlatego był najlepszym mordercą we wszechświecie.

Lasery grzęzły w zmasakrowanym ochłapie, który kiedyś był portowcem z Vo–Yan, ale w większości po prostu chybiały. Nikt nie spodziewał się tego poranka żadnych niespodzianek, a błyskawiczna rzeź, jaka właśnie miała miejsce, okazała się prawdziwą traumą. Skurkowaniec z kolei punktował Strażników raz za razem i zanim jeszcze dotarł do pomostu, zniszczył ich wolę walki tak doszczętnie, że wzięli nogi za pas – wszyscy, którzy byli do tego zdolni.

Odrzucił mięsną tarczę i wszedł na przemoknięte deski. Na końcu mola dojrzał unoszącą się na jałowym biegu Jaskółkę. Sun Ki siedziała w miejscu pilota, a zakrwawiony Corpse na fotelu pasażera.

Skurkowaniec pomachał do załogi, jakby witał ich właśnie po powrocie z długich wakacji i ruszył sprężystym krokiem po deskach pomostu. Oczy nadal mu lśniły, a z ust nie schodził złowieszczy uśmieszek.

 

*

 

Jaskółka zawdzięczała nazwę wiadomemu ptakowi, którego kształty ścigacz wręcz zwodniczo odwzorowywał – mały kadłub o niepozornym dzióbku i lotkach, ale z wielkimi, zakrzywionymi w półksiężyce skrzydłami o super aerodynamice. Wszystko w chromowanej stali. Miejsce pilota znajdowało się w „głowie” Jaskółki, a siedzenie pasażera, ustawione tyłem do kierunku lotu, bliżej lotek. Tam właśnie próbował się usadowić Skurkowaniec, a będąc bardziej precyzyjnym – wcisnąć. Ścigacz nie posiadał konstrukcji przystosowanej dla trzyosobowej załogi, ale w obecnej sytuacji nie mogli wybrzydzać, więc awanturnik i Kapitan musieli pomieścić się jakoś na jednym fotelu.

Sun Ki nie podobało się na Vo–Yan. Gdyby nie odczuwała potrzeby rozprostowania kości, wyrwania się na chwilę z klaustrofobicznego wnętrza Pequoda i spod obleśnych spojrzeń Flinta, w ogóle nie zapuściłaby się na powierzchnię planety. Musiała jednak przyznać, że Voyanie znali się na rzeczy, jeśli chodzi o budowanie ścigaczy. Jaskółka była po prostu fenomenalna. Zaznajomiona z setkami typów pojazdów dziewczyna potrafiła dostrzec i docenić kunszt tutejszych konstruktorów.

Skurkowańcowi daleko było do podobnych zachwytów, o szacunku dla maszyny nie wspominając.

– Zamierzasz oddawać to cacko do wypożyczalni? – spytał, lecz tylko dla formalności. Nie czekając na odpowiedź pilotki, przestrzelił tylną szybę pojazdu z karabinu laserowego, a ostre końcówki szkła wybił kolbą. Rezultatem tych działań było to, że wcisnąwszy się wreszcie obok Kapitana zatrzasnął jedynie stalową futrynę. W miejscu szyby ziała dziura.

– Będziemy strzelać – oznajmił. – Bo będą nas gonić, prawda?

Umęczony Corpse skinął głową.

– Będą, dlatego przelecimy możliwie nisko nad skałami, wzdłuż klifu – odpowiedziała Sun Ki. – Gotowi?

– Jak zawsze! – zapewnił Skurkowaniec, opierając laserowy karabin o futrynę. W tym konkretnym przypadku, w starciu przeciw stalowym pojazdom, obrzyny były nieprzydatne. Zresztą, jeszcze nie wystygły po ostatniej strzelaninie. Ciągle czuł gorąco bijące od kabur.

– Rób, co trzeba – stęknął Corpse, dotykając lekko ramienia towarzysza.

Skurkowaniec obrzucił wzrokiem zakrwawioną i posiniaczoną twarz, po czym potaknął. Kapitan nie wyglądał jak okaz zdrowia, ale Skurkowaniec wiedział, że mężczyzna wygrzebie się z tego i już jutro, najdalej pojutrze, powróci w niego zwyczajowy hart ducha człowieka z Wielką Misją na barkach.

Sun Ki zapuściła dodatkowe silniki, zleciała Jaskółką na wysokość kilku metrów ponad szczyty skał i pomknęli, by wrócić na pokład Pequoda.

 

*

 

Nie odlecieli na więcej niż kilometr, kiedy pojawiła się pogoń. Kawalkada podrasowanych ścigaczy spadła sponad klifu, wykonała ostry skręt i przy dźwiękach charakterystycznego bzyczenia silników pofrunęła w ślad za zbiegami. Ekipa pościgowa składała się głównie z wojskowych Jaskółek – maszyn o zwiększonej mocy i z dobudowanymi działkami – ale nie brakowało też kilku piekielnie szybkich A–24.

Dystans między uciekinierami a pogonią kurczył się tak szybko, że już wkrótce powietrze wokół pojazdu Sun Ki zaroiło się od laserowych pocisków. Skurkowaniec nie zamierzał pozostawać dłużnym i odpowiadał ogniem na ogień.

W interkomie rozległ się głos pilotki:

– Schodzę niżej. Między skałami będziemy trudniejszym celem. Zobaczymy, co potrafią tutejsi!

Przemowę zakończyła podnieconym okrzykiem. Dziewczyna obniżyła pułap lotu i teraz mknęli, manewrując między ostrymi głazami. Prędkość była tak oszałamiająca, że mijane skały przypominały smugi szarości – rozbłyskiwały po bokach Jaskółki i ginęły w tyle. Corpse i Skurkowaniec poczuli się naraz, jakby fotel pasażera zamienił się w rozjuszonego byka, który próbuje zrzucić ich z grzbietu. Na dodatek lecieli tak nisko nad wzburzoną powierzchnią oceanu, że zdawało się, jakby mogli dotknąć palcami fal, a drobiny wody skrzyły się wszędzie wokół.

Obustronna kanonada trwała w najlepsze. Skurkowaniec zdołał zestrzelić czterech przeciwników, dwóch kolejnych rozwaliło się samoistnie o skały, na co Sun Ki zareagowała głośnym śmiechem.

Awanturnik posłał następną serię z karabinu, dosłownie rozłupując na pół liderującego pościgowi A–24. Fragmenty maszyny wpadły w korkociąg, plując dymem i laserami, odbijając się od skał oraz wody. Lewa połowa uderzyła od spodu w inny ścigacz. Kwiat eksplozji złamał szyk kawalkady. Posypały się kolejne wybuchy.

– Bingo! – wrzasnął Skurkowaniec i zaraz zabrał się do kontynuowania ostrzału. Szaleńczy slalom Sun Ki nie ułatwiał zadania, ale goniąca ich wataha też nie miała łatwo. Lasery tłukły o skały i ocean, lecz maszyna uciekinierów pozostawała bez draśnięcia.

Ciągle ścigał ich jeden A–24 oraz cztery Jaskółki. Skurkowaniec próbował namierzyć tego pierwszego – stanowił największe zagrożenie.

Omijanie pędzących na jej spotkanie z zawrotną prędkością skał nie było dla Sun Ki szczególnym wyzwaniem. Podnosiło adrenalinę i wprawiało w podniecenie, ale mogłaby tak pędzić, igrając z życiem, cały dzień. Mogłaby, gdyby nie nieszczęśliwy zbieg okoliczności – rzecz dość często spotykana w bitewnym szale.

Laserowy pocisk chybił Jaskółkę i pofrunął przodem, wprost w jedną ze skał, odłupując grad kamiennych odłamków. Wydarzyło się to tak szybko, że nie pomógł nawet nadludzki refleks Sun Ki – pojedynczy okruch trzasnął w przednią szybę pojazdu. Posypało się rozbite szkło. Morderczy pęd wcisnął je wewnątrz kabiny.

Dziewczyna zdążyła zamknąć powieki i zasłonić twarz rękoma. Chwilę później poczuła, jak w jej skórę wbijają się setki szklanych drzazg. Szczególnie długi sztylet przedarł się poniżej łokci i wszedł w ciało na wysokości wątroby. Pilotkę aż zatkało z bólu.

Zdarzenie nie trwało dłużej niż ułamek sekundy. Wyciągnęła dłonie, by chwycić ponownie za stery…

Brzuch rozpędzonej Jaskółki klapnął o twardy jak beton ocean. Pojazd odbił się i wystrzelił w górę. Prawe skrzydło zahaczyło o skalny szczyt. Diabelski korkociąg porwał ścigacz wprost w otwarte niebo.

Z perspektywy Skurkowańca i Corpse’a wszystko wydarzyło się jeszcze gwałtowniej, w dodatku niezrozumiale. Niezidentyfikowany trzask, nagły upadek w dół, kolejny huk i wirowanie ku niebiosom.

Świat przeistoczył się w gigantyczną karuzelę – niebo zamieniało się miejscami z oceanem w dynamicznych, niemal stroboskopowych migawkach. Wycieńczony Corpse odpadł. Po prostu stracił przytomność. Skurkowaniec zapierał się o ściany ciasnej klitki, by utrzymać ich w fotelu i wrzeszczał, choć nie zdawał sobie z tego sprawy. Tak samo jak z tego, że kurczowo zaciska palec na spuście karabinu, który wypluwa z siebie lasery na wszystkie strony świata.

Sun Ki chwyciła wreszcie za ster i wrzeszcząc z potwornego bólu, pociągnęła z całych sił w lewo. Czuła się, jakby maszyna zapragnęła wyrwać jej okaleczone ręce ze stawów.

Jaskółka przestała wirować i odbiła gwałtownie nad kontynent. Nagłe przeciążenie wyciskało powietrze z płuc. Skurkowaniec poczuł się tak, jakby jakaś siła próbowała wydrzeć mu mózg z czaszki. Wyssać przez uszy.

Pilotka wyrównała i zniżyła pułap, tym razem mknąc nad lasem. Awanturnik przestał krzyczeć. Rozejrzał się za pościgiem, ale niczego nie zauważył. Wydawało się, że karkołomne wyczyny Jaskółki zbiły pogoń z pantałyku. Postanowił wykorzystać chwilę spokoju, aby ocucić Kapitana.

Sun Ki nadała przez interkom, że w pięć minut dolecą do Pequoda. Powiedziała to chyba głównie po to, by sprawdzić, czy naprawdę żyje. Szalejący po kabinach pilotki i pasażerów wicher zagłuszył jej słowa.

Skupiła się na przemykającymi pod brzuchem Jaskółki szczytami drzew. Okrwawione ręce dostrzegała tylko kątem oka, a rozrastającej się pod piersią plamy nie widziała w ogóle.

Szok tłumił ból.

 

*

 

Wylądowali obok Pequoda nawet szybciej niż przypuszczała. Dopiero kiedy zgasiła silniki Jaskółki, usłyszała, jak przeraźliwie gwiżdże jej w uszach. Serce tłukło w piersi, a ręce rozdygotały się nagle tak bardzo, że opuściła kokpit z prawdziwym trudem.

Skurkowaniec już zamierzał poczęstować dziewczynę jakąś uszczypliwą uwagą na temat lotu, ale spasował zobaczywszy ciemną plamę na przodzie jej bluzki. Corpse musiał wyczytać coś z twarzy podwładnych, a może po prostu wyczuł dziwną atmosferę, bo warknął, ostrzej niż zwykle:

– Bez gadania! Zabieramy dupy w troki, jeśli wam życie miłe!

Nie kuśtykał, lecz podskakiwał na zdrowej nodze ku włazowi Pequoda. Awanturnik i pilotka podążyli za nim. Gdzieś zza horyzontu dobiegały stłumione wizgi ścigaczy.

Kapitan wstukał kod. Właz otworzył się z cichym sykiem. Weszli do śluzy. Procedura, choć trwająca ledwie kilkanaście sekund, zdawała ciągnąć się w nieskończoność.

Sun Ki krzywiła się w grymasie, który nie pasował do ślicznej buźki. Dotknęła lepkiej plamy na brzuchu i przystawiła ociekającą krwią dłoń pod oczy.

– Dasz radę wystartować? – spytał Corpse.

Skinęła powoli głową. Minę miała mocno niewyraźną.

– Wynieś nas tylko na orbitę – kontynuował Kapitan. – Ja w tym czasie przygotuję autopilota. Flint cię połata, głowa do góry – zakończył i obrócił wzrok.

Pequod sfinalizował proces hermetyzacji. Weszli na pokład.

 

*

 

Skurkowaniec zamykał pochód. Mimo że wyszedł z przygody na Vo–Yan praktycznie bez szwanku i był w najlepszej kondycji z całej trójki, puścił towarzyszy przodem. Oni mieli ważne zadania do wykonania w związku z poderwaniem Pequoda do lotu, on był na pokładzie praktycznie niepotrzebny. Jego zadania ograniczały się do morderczych akcji na powierzchni odwiedzanych planet.

Szedł, patrząc na smugi krwi, jakie pozostawiali po sobie Kapitan i Sun Ki. Najgorsze minęło. Flint zaszyje dziewczynę, jak tylko opuszczą ten burdel. Są bezpieczni.

Pojął, że się myli dopiero, gdy niemal wpadł na współzałogantów, którzy nagle znieruchomieli w progu mostka kapitańskiego. Obrzucił sytuację wzrokiem. Mimo względnego rozluźnienia, zadziałał instynktownie i natychmiastowo.

Skrępowany grubym sznurem Flint wybałuszał oczy, przywiązany do fotela pilota i zakneblowany. Tuż za nim stała piękna blondynka. Jeden rewolwer dociskała do skroni naukowca, a drugim mierzyła w aparaturę sterującą statkiem kosmicznym. Twarz kobiety wyrażała pogodny tryumf, a usta układały się do wypowiedzenia jakichś słów.

Nie zdążyła wymówić nawet pierwszej sylaby zaplanowanego powitania. Skurkowaniec wyciągnął błyskawicznie obrzyna i cisnął, jakby rzucał małym toporkiem. Żelastwo przeleciało przez całe pomieszczenie, kręcąc się wokół własnej osi i złowieszczo furkocąc.

Awanturnik celował w czoło kobiety, lecz ta uniosła nieznacznie głowę. Rozległ się trzask łamanego nosa. W gęstej, przepełnionej napięciem ciszy zabrzmiał niczym głośny wystrzał. Natychmiastowo buchnęła krew. Na wpół omdlała kobieta osunęła się w tył. Wypuściła jeden z rewolwerów, a jej sylwetka flaczała jak przekłuty balon, mimo to dało się dostrzec, że walczy. Próbuje wymknąć się ciemności, otrząsnąć z zaskoczenia, pokonać szokujący ból i na powrót przejąć inicjatywę nad sytuacją.

Skurkowaniec dopadł do kobiety kilkoma zwinnymi susami. Obalił ją na posadzkę, wytrącił z dłoni drugi rewolwer i uchwycił mocno za szyję. Odpłynęła na amen.

– Nie zabijaj – rozkazał Corpse. – Uwolnij Flinta i skrępuj ją sznurem, mamy do pogadania. Sun Ki? – dodał pytająco.

Dziewczyna otrząsnęła się i ruszyła ku konsoli sterującej.

– Się robi! Ruszamy, Kapitanie!

Chciała odezwać się dziarskim i pewnym siebie tonem, lecz z gardła dobył się słaby i ledwie zrozumiały szept. Wyraźnie pobladła, a przód jej bluzki nie był tylko przesiąknięty, ale wręcz ociekał krwią. Mimo wszystko stanęła za aparaturą (obrotowy fotel dalej zajmował Flint) i rozpoczęła procedurę startową najszybciej jak potrafiła. Ekrany zaczęły wybudzać się ze snu, kontrolki rozbłysły feerią barw, a z trzewi Pequoda popłynęło ciche buczenie.

Skurkowaniec podjął obrzyna, badając pobieżnie, czy ukochana broń nie ucierpiała. Kopniakami odsunął rewolwery od nieprzytomnej kobiety i zajął się Flintem.

– Mogłem zginąć! – wypalił naukowiec, gdy zdjęto mu knebel.

– Mogłeś – przyznał Skurkowaniec, majstrując przy więzach. – Gdybyśmy wdali się z nią w dyskusję, zginąłbyś na pewno.

Flint przerzucił uwagę na Corpse’a:

– Kapitanie! Czy to…?

– Tak, to Deanna – uciął Red. Kuśtykał ku konsolecie z radarami.

Podenerwowany naukowiec rozglądał się gorączkowo po wycieńczonej i okrwawionej załodze. Silniki Pequoda nabierały mocy.

– A co z Szamanem?! – krzyknął.

– Nic z Szamanem – odwarknął Corpse. – Znasz te ich gadki. Oni nie mieszają się w takie sprawy. Kochają naturę, a srają w trzcinowe spódniczki na myśl o kosmosie i takie tam! A teraz daj mi spokój i…

– Ale, Kapitanie, radar…

– WIEM! Wiem, co radar! Do cholery, Flint, zamknij się i rób swoje! Masz opatrzeć Sun Ki, jak tylko wzbijemy się na orbitę!

Naukowiec zamilkł. Corpse’owi zdarzało się wybuchnąć, ale nie widział go nigdy w aż takim stanie. Kapitan sprawiał wrażenie jeszcze bardziej obłąkanego niż dotychczas, a opłakana prezencja potęgowała to wrażenie – stanął przed aparaturą radarów w samej przepasce, z chorym blaskiem w oczach i uwalany bliżej nieokreślonym brudem. Obraz nędzy i rozpaczy. Działał jednak w pocie czoła. Obrany cel był najważniejszy, choćby wszystko wokół waliło się na głowę.

– Ktoś nas ściga? – Flint przemógł się i spytał Skurkowańca, ale ten obrócił się, by skrępować Deannę.

– Przygotuj sobie narzędzia. Z nią jest naprawdę krucho – odrzekł awanturnik. Nie musiał niczego precyzować.

Ciągle wybałuszając oczy ze zdumienia, Flint wybiegł po niezbędne akcesoria. Ten dzień jawił się niczym jakiś poroniony koszmar, a wiedział, że najciekawsze zapewne go ominęło.

Pequod zaczął wznosić się ku mrokom kosmosu.

 

*

 

Corpse przetworzył koordynaty z radarów i pozwolił działać autopilotowi. Pequod w kilka chwil osiągnął taką prędkość, że jakikolwiek pościg z Vo–Yan mógł tylko pomarzyć o ich dogonieniu. Dane twierdziły, iż dotrą do tunelu czasoprzestrzennego w mniej niż dobę.

Zdążą przed zamknięciem przejścia. Wlecą w rejon mitycznych Dawnych Galaktyk.

Kapitan powlókł się do swoich kajut. Był wyczerpany. Potrzebował snu, by powitać upragniony, życiowy cel z pełną jasnością umysłu, ale miał jeszcze parę spraw do załatwienia.

Ściągnięcie zniszczonej cyberprotezy okazało się prawdziwą katorgą. Kikut lewej nogi rwał jak diabli, a pozbawione bajerów żelastwo było tylko żelastwem – cholernie ciężkim i mało praktycznym. Nie mogło minąć dłużej niż kilkanaście minut, ale Corpse czuł się, jakby walczył z cyberprotezą całą wieczność. Zlany potem odrzucił złom w kąt i opierając się o ściany, ruszył pod prysznic. Tam puścił gorącą wodę i usiadł na kafelkowej podłodze. Krew i brud spływały do brodzika, bóle zamieniły się w mrowienie. Podziękował w duchu sztucznej grawitacji Pequoda za luksus korzystania z natrysku i pogrążył się w rozmyślaniach.

Dumał blisko godzinę. Wspominał życie – długą ścieżkę, która prowadziła właśnie w to miejsce. Podporządkował wszystkie działania jednemu celowi. I udało się. Minęły całe dekady, ale dał radę. Dotarł dalej niż ktokolwiek inny. A raczej dotrze, gdy Pequod wyłoni się po drugiej stronie tunelu…

Czy spodziewał się, że ta chwila będzie bardziej podniosła? Sam już nie wiedział, miał w głowie ogromny mętlik i pulsujące zmęczenie. Na pewno nie przypuszczał, że nastanie upragnionego momentu uczci posiedzeniem w kabinie prysznicowej – umordowany torturami Sędziego, wycieńczony, poniżony i obolały.

Poczuł smutek; jakieś dziwaczne rozczarowanie. Chwila tryumfu okazała się gorzka. Przypominała brud, który zebrał się przy brodziku. Okupiona wielką ceną, ale co znaczył fakt, że cudem wymknęli się śmierci w obliczu tego, że Corpse od pewnego momentu życia, dawno temu, poświęcił każdą jedną, zasraną sekundę swojej egzystencji, by znaleźć się w tym miejscu?

Wyszedł spod prysznica. Nasmarował kikut specjalistyczną maścią i nałożył zwykłą, drewnianą protezę – relikt czasów, kiedy nie stać go było na luksusy. Miał zapasową cyberwersję, ale nie zamierzał tracić godzin na mozolne programowanie. Zresztą coś podpowiadało mu, że drewniana będzie lepsza. Odpowiedniejsza na zbliżającą się konfrontację. Nie rozumiał tego przeczucia, ale nie rozumiał w życiu wielu rzeczy, a mimo to im zawierzał i jak dotąd dobrze na tym wychodził. Mniej więcej.

Ubrał spodnie, gruby pas, koszulę, płaszcz i jednego buta, po czym zszedł do mesy. Tak, jak się spodziewał, zastał tam Skurkowańca. Siedział przy stole i popijał rum z małej szklanki. Obok do połowy opróżnionej butelki leżały obrzyny.

– Dobrze się spisałeś – powiedział Corpse. – Uratowałeś nam dupy nie raz i nie dwa. Prawdę mówią, że jesteś najlepszy.

Skurkowaniec nie odpowiedział. Nie podniósł nawet wzroku. Poruszał szczęką, jakby coś przeżuwał i gapił się w szklankę. Kapitan wyminął awanturnika, by odwiedzić pozostałych. Nie przejął się, że podwładny go zignorował. Płacił mu nie za gadanie, ale za czyny.

Sun Ki leżała na wysokim, surowym łóżku, a Flint siedział obok z czołem podpartym na dłoniach. Wyglądał na wyczerpanego lub załamanego, Redowi ciężko było ocenić to na pierwszy rzut oka. Dziewczyna była ubrana tylko w bieliznę. Miała duży opatrunek na brzuchu oraz obwiązane bandażami przedramiona. W zgięcie łokcia wbite przewody, których przeznaczenia Corpse nawet nie próbował zgadywać. Oddychała.

– Co z nią? – spytał oderwawszy wzrok od popiskującej aparatury medycznej. Nie było tego wiele, niezbędne minimum. Wyposażając Pequoda, chyba zakładał nieśmiertelność siebie i załogi.

Flint uniósł głowę. Po jego policzkach spływały łzy, które zaraz otarł wierzchem dłoni. Oczy i nos miał zaczerwienione. Wzruszył ramionami i pokręcił głową, wydymając policzki.

– Przeżyje? – drążył Corpse. Podszedł bliżej pilotki, zajrzał w pobladłą twarz.

– Jest stabilna, ale potrzebuje lekarza z prawdziwego zdarzenia – odpowiedział w końcu Flint. – Zrobiłem, co mogłem, lecz jakby nie patrzeć, to jednak prowizorka. Nie da się przeżyć z tak załatanymi wnętrznościami… Może dotrwać dzień czy dwa, do czasu, kiedy znajdzie się odpowiednia pomoc, ale nie przeżyje dłużej. Kapitanie, jeśli szybko nie wylądujemy na jakiejś cywilizowanej planecie, ona umrze – zakończył głośniej, błagalnym tonem.

Corpse przymknął oczy i zagryzł zęby. Żadne lądowanie nie wchodziło w grę. Polecą wprost ku tunelowi, nawet kosztem życia Sun Ki.

– Po drugiej stronie – mruknął.

– Jak to, po drugiej stronie?! – oburzył się naukowiec. – Przecież nikt tak naprawdę nie ma pojęcia, co znajduje się w Starych Galaktykach! Szanse, że znajdziemy planetę, na której Sun…

– To postanowione! – uciął Corpse, obracając się gwałtownie i pochylając nad podwładnym. Żyły na szyi Reda nabrzmiały, a usta rozwarły się, ukazując zęby w gniewnym grymasie, nad którym w ogóle nie panował.

Flint spasował. Darzył Sun Ki ogromną sympatią, ale widział w stalowych oczach Kapitana, że żadna dyskusja nie wchodzi w grę. Ten człowiek nie odpuści. Pozostaje mieć nadzieję, że w Dawnym Kosmosie rzeczywiście odnajdą jakąś cywilizację.

Wątpił w to.

– Co dokładnie mówili Szamani?

Corpse machnął ręką, zbierając się do wyjścia.

– Szkoda gadać. Wystarczy powiedzieć, że nie zamierzają mieszać się w takie sprawy.

– Wspominali o Kosmicznym Rozumie?

Red przytaknął.

– Twierdzili, że Go odnajdziemy. Nasza misja się powiedzie.

Przemilczał fakt, że według Szamanów próba upolowania Kosmicznego Rozumu, próba samego zbliżenia się do Absolutu, jest misją samobójczą. Oberwaniec w trzcinowej spódniczce wygłosił Corpse’owi blisko godzinne, złowieszcze kazanie na ten temat, gdy kucali nad dziwacznym ogniskiem ze zwierzęcych kości, pierwszej nocy pobytu załogi Pequoda na Vo–Yan.

Corpse sądził, że zaspokoił ciekawość Flinta, ale ten zatrzymał go w drzwiach:

– Kapitanie, skąd pan wiedział o otwarciu tunelu?

Red uśmiechnął się chytrze i popukał w czaszkę tuż za uchem.

– Radary nadają sygnał wprost do implantu w mojej głowie. Jeżeli myślisz o jakichś głupotach – spojrzał wymownie na Sun Ki – będę wiedział o tym od razu. Także bądź grzeczny, Flint. Głupoty są dla głupców, a ty masz głowę na karku. Ona i tak przeżyje, obiecuję ci to – rzekł na pożegnanie i wyszedł.

 

*

 

Ostatnia sprawa do załatwienia oczekiwała Corpse’a w zagraconej kajucie na tyłach Pequoda, gdzie składowali rzeczy niepotrzebne i zużyte. Poderwał Deannę do pozycji siedzącej, opierając plecy kobiety o ścianę, zerwał knebel i trzasnął ją kilkakrotnie otwartą dłonią w policzek.

– Co to za, kurwa, numery? – spytał, gdy otworzyła oczy. Nie krzyczał ani nie warczał, po prostu mówił, a jego głos był całkowicie wyprany z emocji.

Deanna dłuższą chwilę mrugała, krzywiła się i rozglądała, próbując zrozumieć, co się właściwie stało. Jej twarz pokrywała skorupa zaschniętej krwi. Nos spuchł do komicznych rozmiarów i nabrał barwy głębokiego fioletu. Przestała być piękna. Nie przypominała kobiety, z którą Corpse kochał się w namiętnym zapomnieniu jeszcze dobę temu.

– Dlaczego zdradziłaś mnie Sędziemu? Po co chciałaś przejąć Pequoda?

Zaśmiała się piskliwie, ale nie dało się dosłyszeć w tym śmiechu nawet cienia prawdziwej radości. Wysokie dźwięki wyrażały paniczną histerię.

– Myślisz, że jesteś taki wspaniały. Corpse Zdobywca Wszechświata! Pogromca Boga! – wykrzyczała, nie przestając rechotać. Słowa były zniekształcone przez połamany nos, ale zrozumiałe. – Jesteś największym idiotą, jakiego nosił ten świat!

Corpse nie zamierzał odpowiadać. Nisko pochylony świdrował wzrokiem byłą kochankę, czekając aż sama dokończy.

– Gdybyś rujnował tylko swoje życie… Powiedziałabym krzyż na drogę i cześć! Chcesz być pośmiewiskiem całego wszechświata? Droga wolna! Lecz nie zniszczyłeś tylko siebie, Red… Pociągnąłeś też w dół rodzinę, przyjaciół, mnie… Ty w ogóle pamiętasz, że miałeś kiedyś przyjaciół? Dawno temu, zanim zawładnęły tobą te wariackie ambicje?

Pragnęła usłyszeć jakąś odpowiedź, ale nie doczekała się.

– Myślisz, że dlaczego odeszłam z Gwardii? Wiesz, jak na mnie patrzyli, kiedy rozeszła się wieść o twoich chorych poczynaniach? Dlaczego twoja rodzina popadła w ruinę? Myślisz w ogóle o nich czasami czy ich też pogrzebałeś w pamięci? Odpowiem ci, cholerny imbecylu – gdziekolwiek pojawia się twoje nazwisko, wzbudza śmiech i drwiny, a w najlepszym wypadku politowanie! Nie jesteś pierdolonym herosem, Red, jesteś zwykłym, żałosnym pośmiewiskiem! Mają cię za wariata!

Na zakończenie tyrady splunęła mu w twarz. Otarł plwocinę bez słowa. Nic w twarzy Kapitana nie wskazywało, by gorzka pigułka od kobiety, którą kiedyś kochał, zrobiła na nim jakiekolwiek wrażenie.

– Pilotka i naukowiec są z tobą jedynie dla pieniędzy. W głębi ducha też pewnie mają cię za czubka, ale lubią forsę. Zabijaka jest jeszcze bardziej szalony niż ty, więc on się nie liczy. Trafił swój na swojego – prychnęła. – Chciałam cię zgnoić, Red. Oni tutaj mają hopla na punkcie religii, załatwiliby cię bez mrugnięcia okiem. Skróciliby moją hańbę. Pequoda wzięłam dla pewności. Czułam, że się wywiniesz. Wariaci zawsze spadają na cztery łapy.

– Chciałaś mojej śmierci? Naprawdę? – upewnił się mężczyzna o ciągle wyzutej z emocji twarzy.

Potaknęła.

Wyprostował się, chwycił Deannę za włosy i ciągnąc ją po podłodze, ruszył korytarzem.

– Gdzie mnie wleczesz? Gdzie mnie ciągniesz, cholerny czubku?! – wrzeszczała, wijąc się w krępujących sznurach.

– Mówisz, że jestem pośmiewiskiem? Niech się śmieją! Wkrótce przestaną. Nie masz nawet pojęcia, jak bliski jestem celu! Zetrę im głupkowate uśmieszki z twarzy! Lada dzień!

Zatrzymał się przed włazem do śluzy. Wstukał kod, rozległ się syk.

– Nie mówisz poważnie?! – wydarła się, patrząc na otwierające się wrota. Teraz panika w głosie Deanny była wręcz namacalna. Szeroko rozwarte z przerażenia oczy wyłaziły kobiecie z orbit. – Nie zrobisz tego!

– Mówię poważnie – odparł Corpse, opacznie rozumiejąc słowa byłej kochanki. – Jutro o tej porze Pequod będzie przemierzał Stare Galaktyki. Dorwę Go. Dorwę i zabiję. Jak zwierzę!

Przerzucił kobietę przez wysoki próg. Próbowała gryźć, ale bezskutecznie. Wrzaski niosły się po całym pokładzie. Nikt nie przyszedł sprawdzić, co się dzieje.

Corpse zamknął ponownie śluzę. Wstukał kolejny kod, potem następny i jeszcze jeden.

Pequod wyrzucił Deannę w międzygwiezdną próżnię. Śmierć przyszła szybko i była bezbolesna w porównaniu ze złamanym nosem.

Kapitan Red Corpse nareszcie mógł odespać trudy ostatnich dni.

 

*

 

Sun Ki obudziła się i potoczyła dokoła wzrokiem. Rozmazane kontury. Była na haju, musieli naszprycować ją czymś naprawdę mocnym. Dojrzała niewyraźną sylwetkę. Pomyślała, że to Flint, ale obraz wyostrzył się odrobinę i rozpoznała Skurkowańca. Siedział na krześle, w jednej dłoni ściskał bandanę, a w drugiej szklaneczkę z jakimś alkoholem. Przydługie, czarne włosy sterczały we wszystkie strony.

– Chcesz łyka? – zapytał, gdy zauważył jej przebudzenie.

Chciała. Podniósł głowę dziewczyny i przystawił brzeg naczynia. Rum rozlał się po przełyku piekącym strumieniem.

– Źle ze mną? Tylko mów szczerze.

Przytaknął.

– Umierasz. Jeśli nie znajdziemy szybko szpitala z prawdziwego zdarzenia, nie wyjdziesz z tego.

Zagapiła się w metaliczny sufit, gładząc palcami wybrzuszenie opatrunku. W okolicach żołądka nie czuła absolutnie niczego, jakby ktoś amputował jej wnętrzności. Pustka. Poprosiła o więcej alkoholu. Pili w milczeniu.

– To śmieszne, że nikt cię o to nie pyta – zagaiła po opróżnieniu drugiej szklanki. Rum i silne medykamenty malowały przed oczyma pilotki rozedrgane, świetliste wzorki.

– O co?

– O twoją ksywkę.

Skurkowaniec wzruszył ramionami. Nie wyglądał na zainteresowanego kontynuowaniem tematu.

– Nie daj się prosić – nalegała. – Jestem pijana, a i tak pewnie nie przeżyję… Zabiorę to ze sobą do grobu, słowo!

– Uwierz, że nie ma, o czym gadać – zapewnił.

– Tym bardziej powinieneś opowiedzieć!

Ostatnie zdanie wykrzyczała tonem rozbawionej dziewczynki. Dziewczynki, w której źrenicach czai się śmierć. Mimo że scena była do bólu gorzko–słodka, nie zdołała poruszyć w awanturniku żadnej struny. Jednak postanowił opowiedzieć, bo i czemu nie?

– Chodziliśmy ze starszym bratem na polowania. Nazywał się Gareth i nie strzelał zbyt dobrze. Nie był też szczególnie bystry. – Skurkowaniec mówił nieskładnie, nienawykłym do dłuższych opowieści tonem, lecz intrygująco. – Był cofnięty w rozwoju, tak to się chyba nazywa. Ja po prostu niczego nie czułem… Nigdy niczego nie czułem. Żadnych emocji. To chyba też jakaś choroba, ale nie boli, a nawet się przydaje, pomaga mi w różnych sytuacjach. W odróżnieniu od Garetha, ja miałem smykałkę do broni. Nie znalazłabyś lepszego strzelca, a miałem wtedy ledwo kilka lat. Trafiałem zawsze. Króliki, jelenie, dziki, ptactwo. Bez pudła. Po każdym celnym strzale Gareth mamrotał: „Skurkowaniec!”, robił pełną uwielbienia minę, kręcił głową i spluwał. To wymamrotane słowo i splunięcie byłą największą, możliwą aprobatą z jego strony. Łaził za mną, nie odstępował na krok i podziwiał. Ja miałem to gdzieś, ale ksywka się przyjęła. Później, gdy obrabialiśmy pociągi i też strzelałem, tyle, że do ludzi, Gareth również komentował każdy zadziwiający strzał, każdego trupa, tym słowem. On umarł, ja ruszyłem w kosmos. Jego dawno już nie ma, a ja dalej jestem tym samym Skurkowańcem, który nigdy nie pudłuje. To tyle. Nie było, o czym gadać.

Sięgnął po butelkę i napełnił szklankę.

– Jak umarł Gareth? – zaciekawiła się Sun Ki.

– Pewnego razu przyleciał jeden facet z VX–7. Pamiętam, że była jesień, a on robił sporo zamieszania. Jakoś tak wyszło, że pożarli się z Garethem. Na środku drogi, w samo południe. Ten facet wyrwał gołymi dłońmi ręce i nogi mojego brata. Bydlak miał nadludzką krzepę. Wcześniej wstrzyknął mu coś, żeby nie stracił przytomności. Gdy się tam pojawiłem, pozbawiony kończyn korpus Garetha pełznął po piasku jak jakaś przerośnięta glista. Wszędzie dokoła cholerna krew, a wrzaski niosły się na kilometry. Facet szczerzył się, jakby zrobił najlepszy kawał pod słońcem, a ludziska przyklaskiwali. Nie poczułem smutku, gniewu czy obrzydzenia. Wiedziałem tylko, że muszę załatwić i jego, i gapiów. Musiałem to zrobić, żeby po świecie nie rozeszło się, że Skurkowańcowi można wywijać takie numery. Wyjąłem obrzyny i…

Umilkł, bo zauważył, że Sun Ki na powrót zapadła w błogą nieświadomość. Zakończenie historii dopowiedział sobie w myślach.

 

*

 

Pequod doleciał do tunelu czasoprzestrzennego wedle planu. Zdążyli przed wygaśnięciem.

Przejście nie przypominało niczego, co Corpse znałby z doświadczenia, a pokonywał przecież setki podobnych anomalii.

Tunel zassał Pequoda. Niewyobrażalna prędkość zatrząsnęła całym statkiem, a ekrany wyświetlające obraz otoczenia ukazały świetliste smugi milionów gwiazd. Kontrolki rozjarzyły się feerią barw, zawyły alarmy.

Później oszalały zegary – żadna specjalistyczna aparatura, ale zwykłe czasomierze. Dostały kręćka. Przeciążenia sięgały zenitu. Geometria zaczęła wyprawiać cuda. Corpse zapragnął przetrzeć oczy ze zdumienia, kiedy dostrzegł, jak ściany uwypuklają się i rozmazują w dziwnych, rozciągliwych formach. Eksplozje kolorów. Światłość i ciemność. Atomy zapominały o podstawowych prawach fizyki. Niezidentyfikowany, wysoki dźwięk.

Stracili przytomność. Cała załoga.

 

*

 

Nie sposób określić, ile czasu minęło, zanim się ocknęli – wszystkie zegary na pokładzie Pequoda po prostu eksplodowały. Obróciły się w proch. Corpse’owi przemknęło przez głowę, że nazwa „Dawny Kosmos” może posiadać głębsze, a jednocześnie dosłowniejsze znaczenie, ale na samą myśl o tym poczuł mdłości i odrzucił szalony wniosek jak najdalej od swojej świadomości. Zwlókł się z posadzki i pokuśtykał do pochylonego nad radarami Flinta.

– Jak to wygląda? – spytał.

Naukowiec spojrzał na dowódcę. Miał szeroko otwarte ze zdumienia oczy i usta. Bez słowa odsunął się, by Kapitan sam mógł zobaczyć obraz, jaki wyświetlała aparatura.

– Udało się… Nic z tego nie rozumiem, ale się udało! – wrzasnął z euforyczną miną.

Krzyk musiał odblokować coś w umyśle Flinta, bo chrząknął, podrapał się po łysinie i znowu zajrzał we wskazania radarów.

– Układ, w którym się znaleźliśmy, przypomina, za przeproszeniem, ser szwajcarski! – Mówiąc, naukowiec kręcił głową, jakby sam nie wierzył własnym słowom. – Może nie jest to naukowe określenie, ale to – wskazał obraz z radarów – to też nie jest naukowe! Ba! To zaprzecza nauce! Niemożliwe, żeby na tak skondensowanym obszarze występowało tyle czarnych dziur! To wbrew prawom fizyki!

Corpse potakiwał w milczeniu. Flint nie ogłaszał niczego, czego nie potrafiłby się sam domyślić.

– Nie jestem w stanie wskazać centrum tej, eee… galaktyki? Poznaję czarne dziury, planety i gwiazdy, ale jest też kilka obiektów, ciał niebieskich, które nie przypominają mi niczego, o czym kiedykolwiek bym czytał. Cud, że to wszystko w ogóle trzyma się kupy i nie rozleciało się w drzazgi!

– A to poznajesz? – spytał Corpse, dźgając ekran radaru.

Flint pochylił się jeszcze bardziej i zmrużył oczy.

– To…

– To On! – krzyknął Red, zaciskając pięści z podekscytowania. Drżał na całym ciele. – Mamy Go! Rozumiesz to, Flint?! Wytropiliśmy Kosmiczny Rozum! Założenia okazały się słuszne! Idę wprowadzić w Pequoda nowe koordynaty!

Pobiegłby, gdyby mógł, ale tylko pokuśtykał, najszybciej jak potrafił.

– Kapitanie, a Sun Ki?! Obiecał pan!

Corpse zatrzymał się i oparł o fotel. Zgięty toczył zaciętą walkę z samym sobą.

– Zgoda – wykrztusił. Słowa ledwo przechodziły mu przez gardło. Po skroniach spływał gęsty pot. – Zatrzymamy się na najbliższej, możliwej planecie i ją wysadzimy. Ale nie licz na więcej!

Flint odetchnął z częściową ulgą. Dostał i tak więcej, niż spodziewał się otrzymać od Kapitana w tej sytuacji.

 

*

 

Kiedy Sun Ki poczuła zapach piasku i morskiej bryzy, pomyślała, że wyzionęła wreszcie ducha, a to pierwsze sygnały z raju, w którym się ocknęła. Potem zmaterializował się ból głowy i sporo gorsze, wręcz niemożliwe do wytrzymania, kłucie w boku. Kwaśny posmak alkoholu w ustach upewnił ją, że nie ma mowy o żadnych niebiosach. Trzyma się życia, nawet jeśli niewiele go pozostało. Otworzyła z trudem powieki.

Oczy dziewczyny zostały zaatakowane przez słoneczny blask, odbijany od delikatnych fal. Leżała na kocu, a wokół rozpościerały się połacie piasku. Nadmorska plaża.

W rogu koca dojrzała spore wzniesienie z różnorakich przedmiotów – butelek, puszek z żywnością, ubrań i pudeł z narzędziami – a obok obróconego do niej plecami mężczyznę.

– Skurkowaniec? – spytała z niedowierzaniem.

– Nie śpisz – stwierdził i oderwał się od przeglądania skromnego dobytku. Wstał, otrzepał spodnie, zmrużył powieki przed słonecznym blaskiem.

– Co ty tu robisz?

– Chyba: co my tu robimy? – sprostował, podając dziewczynie butelkę wody. – Przelecieliśmy tunel i jesteśmy w Dawnym Kosmosie. Planety tutaj raczej nie mają nazw, więc możesz ochrzcić tę wedle uznania. Nawet własnym imieniem…

– Gdzie Corpse i Flint? Gdzie Pequod?

– Odlecieli.

Wskazał palcem w niebo.

– Ale… Dlaczego? Czy oni…

– Znaleźli Go. Lecą ku Kosmicznemu Rozumowi. Ty nie mogłaś. Potrzebujesz szpitala.

Sun Ki zaniemówiła. Natłok nowych informacji ją przerażał. Nie wyobrażała sobie, by stary wariat, Corpse, miał rzeczywiście upolować Boga ze swoich rakiet o ładunkach nuklearnych. To niedorzeczne!

Rozejrzała się ponownie po plaży, uśmiechając się do absurdalności wyobrażonego obrazu.

– Nie widzę szpitala – przyznała. Poczuła zawroty głowy. Przynajmniej umrze w pięknym otoczeniu, nie na pokładzie Pequoda.

– Tak, ale ktoś tu idzie, spójrz tam! – Skurkowaniec wskazał palcem odpowiedni kierunek.

Dostrzegła karawanę postaci niemożliwych do sprecyzowania z powodu dużej odległości. Wydawały się gigantyczne, choć dziewczyna miała kłopot z ocenieniem perspektywy w tym piaszczystym świecie.

– Tak po prostu nas zostawili?

– Znasz Corpse’a. Ta historia z Rozumem Kosmicznym to dla niego wszystko. – Awanturnik rozłożył dłonie. – Cud, że zgodził się nas tu wysadzić. Mógł pozwolić ci dokończyć żywota na statku. Planeta może nie wygląda jakoś szczególnie obiecująco, ale ktoś tu idzie. Masz szansę!

Sun Ki zastanowiła się w milczeniu. Wątpiła w tę szansę i czuła się coraz słabiej.

– A ty? Dlaczego opuściłeś Pequoda? Myślałam, że chcesz osobiście wykonać egzekucję na… wiesz.

Skurkowaniec uśmiechnął się nieznacznie.

– Nigdy mnie to nie interesowało – prychnął. – I wątpię, aby Corpse’owi się udało. Zginie. To samobójcza misja, a ja nigdy nie ryzykuję życia bez powodu.

Tym razem dziewczyna prychnęła. Wspomniała jatkę nad klifem na Vo–Yan.

– Naprawdę nie chciałeś Go zobaczyć?

Skurkowaniec wzruszył ramionami.

– A gdybym zobaczył, to co On by mi powiedział? Mam na sumieniu setki, jak nie tysiące istnień. Sam nie wiem, ile. Bóg spojrzałby na mnie i co On na to wszystko by rzekł? Wyobrażasz to sobie? Ja też nie…

 

*

 

Corpse stał przed oknem widokowym na dziobie Pequoda i patrzył na zbliżający się powoli, lecz nieuchronnie, cel. Cel, którego doścignięciu Red poświęcił większość życia. Chwila była niemal ekstatyczna w swej doniosłości. Mężczyzna czuł się niczym łowca nareszcie spoglądający w oko ofiary. Drapieżna intymność. Flint spękał i zaszył się gdzieś w trzewiach statku, pewnie nad kolekcją oczu. Corpse zrozumiał, że naukowiec nie jest mu w ogóle potrzebny. Tak samo jak Skurkowaniec i Sun Ki, którym pozwolił opuścić pokład. Rozważał przez moment zabójstwo Flinta, ale stwierdził wreszcie, że jest on zbyt ciapowaty, by popsuć podniosłe chwile tryumfu. Niech się kuli w swojej norze, Corpse załatwi to sam. Wieczna chwała spłynie tylko na niego. Uśmiechnął się do własnych myśli.

Czuł, że żyje. Nigdy nie było mu lepiej niż podczas tych chwil, tuż przed ostatnim aktem.

Kosmiczny Rozum przerażał ogromem – dorównywał wielkością ziemskiemu Słońcu. Płynął powolnym ruchem przez pustkę i świecił nikłym, srebrzystym blaskiem. Corpse’owi przypominał coś pośredniego między ludzkim mózgiem, żółwiem a meduzą. Był pofałdowany i po jego powierzchni rozchodziły się dziwne, błękitne błyski, ale wyglądał też na twardy niczym skorupa płaza. Był i mózgiem, i żółwiem. Na dodatek ciągnął pod i za sobą eteryczne wstęgi – ni to macki, ni to dym, może zmaterializowane myśli. Był mózgiem i żółwiem, lecz był też czymś w rodzaju meduzy. Ta wielorakość formy fascynowała Corpse’a. Zatem mieli rację ci, którzy twierdzili, że stworzył Bóg ludzi na swój obraz i podobieństwo, ale mieli też rację ci, którzy uważali, że najstarszą mocą we wszechświecie jest żółw… Niezwykły wniosek, lecz Kapitana frapowało głównie coś innego.

Czy rakiety z ładunkami nuklearnymi zdołają przebić pancerz?

 

*

 

Nadciągające istoty okazały się rzeczywiście olbrzymie – Skurkowaniec nie sięgał żadnej powyżej kolana. Mimo że nie odczuwał praktycznie żadnych ludzkich uczuć, goście wzbudzili w nim pewien respekt. Jednocześnie wiedział, że ze strony gigantów nie grozi żadne niebezpieczeństwo. Milczeli, ale nie musieli nic mówić – promieniowali czymś w rodzaju pozytywnej aury.

Okrążyli awanturnika i Sun Ki. Było ich około tuzina, wszyscy dostojni i ubrani w proste, białe togi. Z pleców niektórych osobników wyrastały rozłożyste skrzydła, a inni mieli bawole rogi na skroniach. Religijne skojarzenie nasuwało się samoistnie, nawet takiemu bezbożnikowi jak Skurkowaniec.

Mężczyznę najbardziej szokowały jednak nie rozmiary przybyszów, ich skrzydła lub rogi, ale twarze – zupełnie płaskie i lśniące złotym kolorem, pozbawione ust, nosów, brwi… Bezpłciowe, wynicowane z jakichkolwiek cech. Na twarzach istot znajdowały się tylko oczy: rozwirowane, fioletowe spirale, przywodzące na myśl miniaturowe, roziskrzone galaktyki. Człowiek mógłby patrzeć w te oczy godzinami, zachwycony pięknem i doskonałością.

Jeden z gigantów pochylił się nad Sun Ki. Dziewczynie wyraźnie się pogorszyło do tego czasu. Pod powiekami wykwitły czarne półksiężyce, poza tym skóra pobladła i zrosił ją gęsty pot. Nie panowała nad drżeniem ciała. Zęby szczękały o siebie, a usta posiniały. Umierała.

Skrzydlaty olbrzym wziął w wielkie palce szczyptę piasku i uniósł dłoń nad Sun Ki. Zaczął pocierać palcami, jakby chciał „osolić” dziewczynę. Spomiędzy palców giganta sypały się lśniące, diamentowe drobinki. Spływały na Sun Ki i oblepiały całe ciało. Skończywszy, olbrzym powrócił na swoje miejsce w okręgu. Skurkowaniec przyglądał się temu wszystkiemu z otwartymi ustami.

Następnie wystąpili inni giganci – tym razem dwóch rogatych. Jeden stanął nad pilotką, drugi nad Skurkowańcem.

Awanturnik spojrzał w wirujące spiralnie, galaktyczne oczy i dał się porwać ich mocy. Nie miał wyjścia. Spirale wypełniły cały świat, potem Skurkowaniec poczuł się, jakby wirował, wreszcie sam stał się spiralą.

Jedną z tryliardów ze spiral wszechświata.

Odpłynął gdzieś daleko.

Bardzo daleko.

 

*

 

Aparatura sterująca Pequodem zwariowała. Corpse zdążył wystrzelić nuklearne rakiety, zanim wszystko szlag trafił, ale nie wydawało się, by pociski chociażby drasnęły pancerz Kosmicznego Rozumu.

Cała elektryka padła, a statek pędził przyciągany przez Absolut. Ani Kapitan, ani Flint nie mogli nic poradzić. Gdyby nie wszechobecne, srebrzyste, boskie światło siedzieliby na pokładzie po ciemku jak szczury w piwnicy.

Flintowi niewiele zresztą brakowało, aby zamienić się w wystraszoną myszkę. Odkąd Rozum Kosmiczny zbliżył się na tyle, że przesłaniał cały widok z okien widokowych, naukowiec po prostu siedział pod ścianą i płakał. Targały nim spazmy skrajnego przerażenia, a zachowanie Corpse’a wcale nie poprawiało sytuacji.

Kapitan zwariował do reszty. Sterczał całymi dniami na dziobie Pequoda i wygrażał swojej „ofierze”, nagi i szalony. Skąpany w srebrnym blasku walił protezą o szybę, toczył grudy spienionej śliny i wrzeszczał:

– Nażryj się! Bierz te pierdolone rakiety i żryj! Zeżryj wszystko! Cały, kurwa, świat! ZEŻRYJ MNIE!

Później tylko darł się, przeciągając samogłoskę „a”, dopóki starczyło mu sił. Wymachiwał rękoma, skakał jak opętany, tłukł protezą o szybę i zaczynał wyzwiska od nowa.

Flint wpadł w katatonię. Nie wyrwał się z pustki aż do końca.

Któregoś dnia oślepiający błysk wypalił Corpse’owi gałki oczne. Pękły i spłynęły po policzkach Kapitana niczym srebrna jajecznica. Od tego czasu wykrzykiwane słowa stały się zupełnie pozbawione sensu. Mężczyzna zaczął okładać szybę gołymi pięściami. Zdarł dłonie do kości. Nagi, wychudzony i odwodniony cały przypominał kościotrupa.

Pequod zanurzył się w nieskończoną srebrzystość.

Opadał bez końca.

 

*

 

Skurkowaniec i Sun Ki obudzili się w wysokiej trawie. Słońce chyliło się ku zachodowi, ścieląc po ziemi cienie gigantycznych paproci. Gdzieś zza horyzontu dobiegł ryk czegoś olbrzymiego i bez wątpienia głodnego. Po niebie barwy dojrzałej pomarańczy przemknął jaszczurkowaty zwierz o błoniastych skrzydłach.

– Jesteś cała?

Dziewczyna spojrzała w dół, by zbadać ciało. Była zupełnie naga, tak samo jak Skurkowaniec, ale co najważniejsze – po ranach odniesionych podczas pamiętnej kraksy nie pozostało ani śladu.

– To niemożliwe!

Zaśmiała się jak mała dziewczynka i podskoczyła, wirując w tanecznej figurze. W ogóle się nie przejęła, że zabijaka może bez przeszkód oglądać jej nagość: zgrabne nogi, jędrne pośladki i piersi. Płakała ze szczęścia.

– Ciii! – syknął Skurkowaniec. Rozejrzał się za źródłem niepokojącego hałasu, po czym wskazał na coś palcem.

Dobre kilkaset metrów dalej kroczył ogromny gad o garbatym grzbiecie i małym łbie na niebotycznie długiej szyi. Zamiatał trasę przemarszu ogonem, a ziemia dudniła w rytm jego kroków.

– Zdaje się, że to dinozaur – wymamrotał Skurkowaniec.

– Zdaje się, że teraz jesteś już tylko mój – odpowiedziała Sun Ki.

Zarzuciła mężczyźnie ręce na ramiona. Spletli się w namiętnym uścisku.

To był długi pocałunek w świetle zachodzącego słońca.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Początek bardzo mnie zaciekawił, nieczęsto zdarza się, że ktoś stawia sobie tak ambitny cel. Potem pojawiło się kilka błędów poważniejszych niż literówki. A końcówka mnie rozczarowała. Nie no, to już było w kilku odsłonach. Jeszcze powinieneś wyjawić, jak naprawdę mieli na imię…

krzyknęła od progu, mimo wycelowanej w jej głowę lufy i głośnego oburzenie prostytutek.

Literówka. A dlaczego lufa miała jej przeszkadzać w krzyczeniu?

Wisząc dobre dziewięćdziesiąt metrów nad „Rekinimi Zębami” nie było mu w ogóle do śmiechu.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu.

Ubrał spodnie, gruby pas, koszulę, płaszcz

Ubrań się nie ubiera. Popraw, zanim tu Regulatorzy wparuje i każe Ci klęczeć na grochu.

ale wyglądał też na twardy niczym skorupa płaza.

A od kiedy płazy mają skorupy? Ależ ta ewolucja popitala! Wystarczy się na moment odwrócić i już…

Babska logika rządzi!

Dobry tekst, choć zakończenie zostawiło mnie z dość mieszanymi uczuciami. Nie wiem, ile z moich domysłów jest prawidłowych, a ile przeoczyłem. Na plus na pewno dobrze zarysowana ekipa bohaterów i ich wzajemne relacje. Miejscami to mi przypominało takie dużo poważniejsze i mroczniejsze Firefly (no dobra, bohaterowie w Firefly byli jeszcze dużo sympatyczniejsi). Wydaje mi się również, że scena ratunku głównego bohatera i późniejszego pościgu jest trochę za długa w stosunku do reszty tekstu. Mógłbyś w to miejsce dać retrospekcje innych bohaterów, bo ta opowieść Skurkowańca ciekawa. Ogólnie czytało się dobrze,  i myślę, że zasługuje na bibliotekę.

Gdzieś tam masz “upadek w dół”.

Czytało się świetnie, pomysł rewelacyjny, ciekawie opisana ekipa bohaterów, tym bardziej rozczarowało mnie zakończenie. Ech. Taki potencjał i tak ucięty.

Do trzech razy sztuka. Przejrzałem; przeskanowałem, czyli przejrzałem o wiele dokładniej; przeczytałem.

Brak mi pewności, czy trafiam w intencje Autora, ale jeśli chciał pokazać, czym kończy się “polowanie” na boga, to Mu się udało. Nie warto tego robić, zwieńczeniem staje się klęska i zagłada. Najprawdopodobniej niezależnie od osoby “myśliwego” i jego motywów, dodam od siebie, czyli czy podejmuje takie działania geniusz, czy wariat.

Reszta jest, jak to w space operze, spektakularnym dodatkiem. Albo opakowaniem dla jedynego wartego uwagi wątku. Jak kto woli.

Jeszcze powinieneś wyjawić, jak naprawdę mieli na imię…

Wyjawiłem – Skurkowaniec i Sun Ki smiley

 

Dzięki serdeczne za wszystkie uwagi, komentarze i poświęcony czas! Jeżeli chodzi o wyłapane błędy, biorę wszystko na klatę i postaram się unikać ich na przyszłość.

Opko z założenia miało opowiadać o poważnej sprawie, ale ujmować ją w dość lekkiej formie space opery z mrugnięciem oka do czytelnika tu i ówdzie (np. postać Skurkowańca nie traktowałbym zupełnie poważnie, ale raczej jak bohatera wyjętego z pulpy a’la Rodriguez).

Pozdrówka! smiley

Zaciekawiło mnie i wciągnęło. Miałeś bardzo zacny pomysł, a skoro założyłeś sobie, że w sposób zwyczajny i dość lekki opowiesz o kwestiach doniosłych, uważam, że zamiar powiódł się. Może dlatego ze zrozumieniem podchodzę do Twojego zakończenia i, mimo jego pewnej błahości i wtórności, wcale nie czuję się zawiedziona. ;-)

Hanzo, lubię Twoje opowiadania i to również przeczytałam z przyjemnością, która byłaby znacznie większa, gdybym mogła skupić się wyłącznie na lekturze. Niestety, na przeszkodzie stanęły liczne usterki. :-(

 

grze­chu, któ­re­go za­lą­żek mógł wy­lę­gnąć się tylko w umy­śle czło­wie­ka ze­psu­te­go do cna! – Może: …grze­chu, któ­re­go za­lą­żek mógł powstać/ zrodzić się/ wykluć się

 

Wil­got­ne po­wie­trze tar­ga­ło grzy­wą ru­dych wło­sów.Wil­got­ne po­wie­trze tar­ga­ło grzy­wę ru­dych wło­sów.

 

bez żad­nych nie­przy­jem­no­ści, kry­tycz­nych uwag czy do­ci­nek. – …bez żad­nych nie­przy­jem­no­ści, kry­tycz­nych uwag czy do­ci­nków.

Docinek jest rodzaju męskiego.

 

Ka­pi­tan nie ra­czył akwa­rium nawet kil­ko­ma se­kun­da­mi uwagi.Ka­pi­tan nie ra­czył obdarzyć akwa­rium choćby kil­ko­ma se­kun­da­mi uwagi. Lub: Ka­pi­tan nie ura­czył akwa­rium choćby kil­ko­ma se­kun­da­mi uwagi.

 

Taki był jego naj­now­szy wnio­sek ze stu­diów nad pra­sta­ry­mi roz­pra­wa­mi, jakie wer­to­wał każ­de­go dnia przed za­śnię­ciem. – …które wer­to­wał każ­de­go dnia przed za­śnię­ciem.

 

ale nie roz­gła­szał tej teo­rii na głos. – Powtórzenie.

Może: …ale nie mówił o tej teo­rii na głos. Lub: …ale głośno nie roz­powszechniał tej teo­rii.

 

Sta­rał się być czło­wie­kiem świa­tłym, lecz nie­któ­rych uczuć nie tak łatwo wy­ko­rze­nić.Sta­rał się być czło­wie­kiem świa­tłym, lecz nie­któ­re uczucia nie tak łatwo wy­ko­rze­nić. Lub: Sta­rał się być czło­wie­kiem świa­tłym, lecz nie­któ­rych uczuć nie da się tak łatwo wy­ko­rze­nić.

 

Na­uko­wiec nie ro­zu­miał, po co Corp­se’owi ten gra­nat z od­wle­czo­ną za­wlecz­ką… – Powtórzenie.

Może: …ten gra­nat z wyciągniętą za­wlecz­ką

 

Cięż­ko po­wie­dzieć, bo nie wy­po­wia­dał się na ten temat ani sło­wem… – Trudno rzec/ dociec, bo nie wy­po­wia­dał się na ten temat ani sło­wem…

Ciężkie jest coś, co dużo waży.

 

a ir­ra­cjo­nal­ne za­cho­wa­nia Sun Ki tylko się wzma­ga­ły. – …a ir­ra­cjo­nal­ne za­cho­wa­nie Sun Ki tylko się wzma­ga­ło.

 

Nie zwa­ża­jąc na wrza­ski przy­sa­dzi­ste­go al­fon­sa–go­spo­da­rza… – Nie zwa­ża­jąc na wrza­ski przy­sa­dzi­ste­go al­fon­sa-go­spo­da­rza

 

Teraz, o kil­ka­dzie­siąt kro­ków od śmier­ci, je­dy­nym, kto mógł zaj­rzeć mu w oczy i wy­czy­tać z nich ja­kie­kol­wiek myśli, był bez­kre­sny ocean. – O oceanie nie powiedziałabym ktoś.

Proponuję: Teraz, o kil­ka­dzie­siąt kro­ków od śmier­ci, je­dy­nym, mogącym zaj­rzeć mu w oczy i wy­czy­tać z nich ja­kie­kol­wiek myśli, był bez­kre­sny ocean.

 

Nie wy­sy­pał się, nie ugiął bó­lo­wi.Nie wy­sy­pał się, nie uległ bó­lo­wi. Lub: Nie wy­sy­pał się, nie ugiął się przed bó­lem.

 

Red za­uwa­żył kątem oka, że pierw­szy Straż­nik pró­bu­je do­się­gnąć ka­bu­ry, więc wdep­nął ko­niec pro­te­zy w brzuch le­żą­ce­go… –…więc wdep­nął ko­ńcem pro­te­zy w brzuch le­żą­ce­go

 

że nie może po­zo­sta­wać w bez­ru­chu ani na se­kun­dę. – …że nie może po­zo­sta­wać w bez­ru­chu ani przez se­kun­dę.

 

a wi­cher na­ci­skał, jakby do­stał ma­te­rial­nych, gi­gan­tycz­nych dłoni. – …a wi­cher na­ci­skał, jakby do­stał ma­te­rial­ne, gi­gan­tycz­ne dłonie.

 

Od­krę­cił głowę i uj­rzał Ja­skół­kę mkną­cą wzdłuż kli­fo­we­go wy­brze­ża z Sun Ki za ste­rem. – Miał głowę na gwincie? ;-)

Odwró­cił głowę i uj­rzał Ja­skół­kę, mkną­cą wzdłuż kli­fo­we­go wy­brze­ża, z Sun Ki za ste­rem.

 

Prze­mo­wę za­koń­czy­ła pod­nie­co­nym okrzy­kiem. – Co podnieciło okrzyk? ;-)

Może: Podniecona, przemowę zakończyła okrzykiem.

 

Skur­ko­wa­niec zdo­łał ze­strze­lić czte­rech prze­ciw­ni­ków, dwóch ko­lej­nych roz­wa­li­ło się sa­mo­ist­nie o skały… – Chyba raczej: …dwóch ko­lej­nych samodzielnie roz­wa­li­ło się o skały

 

Po­sy­pa­ło się roz­bi­te szkło. Mor­der­czy pęd wci­snął je we­wnątrz ka­bi­ny.Mor­der­czy pęd wci­snął je do wnętrza ka­bi­ny.

 

Wyciągnęła dłonie, by chwycić ponownie za stery… – Wyciągnęła dłonie, by ponownie chwycić stery

 

Sun Ki chwy­ci­ła wresz­cie za ster i wrzesz­cząc z po­twor­ne­go bólu… – Sun Ki chwy­ci­ła wresz­cie ster i wrzesz­cząc z po­twor­ne­go bólu

 

Wy­da­wa­ło się, że kar­ko­łom­ne wy­czy­ny Ja­skół­ki zbiły pogoń z pan­ta­ły­ku.Zbić z pantałyku, to wprawić kogoś w zakłopotanie, sprawić, że poczuje się niepewnie. Nie wydaje mi się, by w tym zdaniu frazeologizm był użyty prawidłowo.

 

Sza­le­ją­cy po ka­bi­nach pi­lot­ki i pa­sa­że­rów wi­cher za­głu­szył jej słowa.Sza­le­ją­cy w ka­bi­nach pi­lot­ki i pa­sa­że­rów wi­cher, za­głu­szył jej słowa.

 

Serce tłu­kło w pier­si… – Raczej: Serce tłu­kło się w pier­si… Lub: Serce łomotało w pier­si

 

Flint cię po­ła­ta, głowa do góry – za­koń­czył i ob­ró­cił wzrok. – Wzroku nie można obrócić, ale można go odwrócić.

 

Szedł, pa­trząc na smugi krwi, jakie po­zo­sta­wia­li po sobie Ka­pi­tan i Sun Ki.Szedł, pa­trząc na smugi krwi, które po­zo­sta­wia­li po sobie Ka­pi­tan i Sun Ki.

 

Ob­rzu­cił sy­tu­ację wzro­kiem. – Można na coś rzucić okiem, ale nie wiem, czy sytuację można wzrokiem obrzucić.

Może: Ocenił sy­tu­ację wzro­kiem.

 

po­ko­nać szo­ku­ją­cy ból i na po­wrót prze­jąć ini­cja­ty­wę nad sy­tu­acją. – …i na po­wrót prze­jąć kontrolę nad sy­tu­acją. Lub: …i na po­wrót prze­jąć ini­cja­ty­wę.

 

przód jej bluz­ki nie był tylko prze­siąk­nię­ty, ale wręcz ocie­kał krwią. – …przód jej bluz­ki był nie tylko prze­siąk­nię­ty, ale wręcz ocie­kał krwią.

 

Po­de­ner­wo­wa­ny na­uko­wiec roz­glą­dał się go­rącz­ko­wo po wy­cień­czo­nej i okrwa­wio­nej za­ło­dze.Po­de­ner­wo­wa­ny na­uko­wiec przy­glą­dał się go­rącz­ko­wo wy­cień­czo­nej i okrwa­wio­nej za­ło­dze.

 

a opła­ka­na pre­zen­cja po­tę­go­wa­ła to wra­że­nie… – …a opłakany wygląd po­tę­go­wa­ł to wra­że­nie

Prezencja, to zazwyczaj czyjś dobry i elegancki wygląd.

 

Ka­pi­tan po­wlókł się do swo­ich kajut. – Ile kajut miał kapitan?

 

Nie mogło minąć dłu­żej niż kil­ka­na­ście minut… – Nie mogło minąć więcej niż kil­ka­na­ście minut

 

Ubrał spodnie, gruby pas, ko­szu­lę, płaszcz i jed­ne­go buta, po czym zszedł do mesy. – W co ubrał wymienione części garderoby? ;-)

Finkla ostrzegała, ale nie posłuchałeś jej! Teraz, za ubieranie ubrania, zwrócony twarzą do ściany i z rękami w górze, będziesz trzy godziny klęczeć na grochu! A za jednego buta, ktoś powinien smagnąć Cię bambusowym pręcikiem, po gołych piętach!

Ubrał się w spodnie, gruby pas, ko­szu­lę, płaszcz i jed­en but, po czym zszedł do mesy.

 

Flint sie­dział obok z czo­łem pod­par­tym na dło­niach. – …Flint sie­dział obok, z czo­łem pod­par­tym dło­niami. Lub: …Flint sie­dział obok, z czo­łem o­par­tym na dło­niach.

 

Re­do­wi cięż­ko było oce­nić to na pierw­szy rzut oka. – …Re­do­wi trudno było oce­nić to na pierw­szy rzut oka.

 

Wy­po­sa­ża­jąc Pe­qu­oda, chyba za­kła­dał nie­śmier­tel­ność sie­bie i za­ło­gi.Wy­po­sa­ża­jąc Pe­qu­oda, chyba za­kła­dał nie­śmier­tel­ność swoją i za­ło­gi.

 

Pod­szedł bli­żej pi­lot­ki, zaj­rzał w po­bla­dłą twarz.Pod­szedł bli­żej pi­lot­ki, spojrzał na po­bla­dłą twarz.

 

Żyły na szyi Reda na­brzmia­ły, a usta roz­war­ły się, uka­zu­jąc zęby w gniew­nym gry­ma­sie… – Jak wyglądają zęby wykonujące gniewny grymas? ;-)

Proponuję: Żyły na szyi Reda na­brzmia­ły, a usta roz­war­ły się w gniew­nym gry­ma­sie, uka­zu­jąc zęby

 

Je­że­li my­ślisz o ja­kichś głu­po­tach – spoj­rzał wy­mow­nie na Sun Ki – będę wie­dział o tym od razu. Także bądź grzecz­ny, Flint.Tak że bądź grzecz­ny, Flint.

 

Lecz nie znisz­czy­łeś tylko sie­bie, Red…Lecz znisz­czy­łeś nie tylko sie­bie, Red

 

Mimo że scena była do bólu gorz­ko–słod­ka… – Mimo że scena była do bólu gorz­ko-słod­ka

 

Zwlókł się z po­sadz­ki i po­kuś­ty­kał do po­chy­lo­ne­go nad ra­da­ra­mi Flin­ta. – Zwlókłszy się z posadzki, na czym stanął? I proszę nie mówić, że na nogach. ;-)

Proponuję: Podniósł się/ Dźwignął się z po­sadz­ki i po­kuś­ty­kał do po­chy­lo­ne­go nad ra­da­ra­mi Flin­ta.

 

by Ka­pi­tan sam mógł zo­ba­czyć obraz, jaki wy­świe­tla­ła apa­ra­tu­ra. – …by Ka­pi­tan sam mógł zo­ba­czyć obraz, który wy­świe­tla­ła apa­ra­tu­ra.

 

Do­strze­gła ka­ra­wa­nę po­sta­ci nie­moż­li­wych do spre­cy­zo­wa­nia z po­wo­du dużej od­le­gło­ści. – Postaci zazwyczaj trudno uściślić, dlatego proponuję: Do­strze­gła ka­ra­wa­nę po­sta­ci, nie­moż­li­wych do rozpoznania/ zidentyfikowania z po­wo­du dużej od­le­gło­ści.

 

Bez­pł­cio­we, wy­ni­co­wa­ne z ja­kich­kol­wiek cech. – Nice, to odwrotna strona czegoś; np.: lewa strona tkaniny.

Proponuję: Bez­pł­cio­we, wy­prane/ wyzute/ odarte z ja­kich­kol­wiek cech. Lub: Bez­pł­cio­we, pozbawione ja­kich­kol­wiek cech.

 

Dziew­czy­nie wy­raź­nie się po­gor­szy­ło do tego czasu. – Raczej: Dziew­czy­nie, w międzyczasie, wy­raź­nie się po­gor­szy­ło.

 

Odkąd Rozum Ko­smicz­ny zbli­żył się na tyle, że prze­sła­niał cały widok z okien wi­do­ko­wych… – Powtórzenie.

Może: …że prze­sła­niał cały obraz z okien wi­do­ko­wych

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy – dzięki za obszerny i świetny merytorycznie komentarz! Dawno mnie tu nie było, ale widzę, że nie wyszłaś z formy smiley Jak to zawsze po Twoich odwiedzinach – mam się z czego uczyć na przyszłość… wink

Pozdrawiam!

Hanzo, ogromnie się cieszę, że uwagi okazały się przydatne i że dzięki nim zagospodarujesz własną przyszłość . ;-D

 

Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy i jakim sposobem znalazłam się w formie, ale skoro po dłuższej nieobecności twierdzisz, że jeszcze z niej nie wyszłam, to może coś w tym jest, szczególnie, że, prawdę powiedziawszy, w ogóle mało wychodzę. A kiedy raz wyszłam, to na głupka i śmiechu było co niemiara. A kiedy drugi raz próbowałam, to nie wyszłam na swoje i już nie było za bardzo do śmiechu. To chyba najlepiej będzie, jeśli nigdy z formy nie wyjdę, żeby mi czasem bokiem mi wyszło. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przyznam, że czytałem na telefonie, więc nie wynotowuje wszelkich korekt i zastrzeżeń co do języka – a było ich kilka (nie wiem, czy wprowadziłeś wszystkie sugerowane wcześniej poprawki).

Już wstępem zaznacza się taki patos (no, może nie najlepsze słowo), wysoki temat, a przede wszystkim i co najcenniejsze: wciąga, bo bohater jest wyraźny. To mi się w tekście najbardziej podoba: postacie. Bo fabuła ma tendencję zniżkową i miałem nadzieję na jakieś pranie mózgu na koniec (na tyle wysoko zawiesiłeś poprzeczkę na początku), a tego nie dostałem, jednak i tak czułem, że nie straciłem tego czasu na czytanie, niekrótkiego przecież, opka.

Myślę, że zajrzę w kolejne Twoje teksty; zrobiłeś sobie niezłą reklamę.

Nowa Fantastyka