- Opowiadanie: Kszempo - Marta

Marta

Jest to moja pierwsza pisarska próba. Liczyłbym na konstruktywną krytykę i rady. Z góry dziękuję!

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Marta

Znowu te cholerne pole. Dzień w dzień, przez osiem lat mijam te truskawki, próbując myśleć o domu, lecz w głowie zawsze to samo – pieprzona szkoła, pieprzone skurwiele. Rano idąc do szkoły miałem nadzieje, że coś się zmieni, tak jak przez tysiące poprzednich dni – nigdy nic się nie zmieniło. Wszyscy nienawidzą mnie tak samo od początku.

Dlaczego? Po pierwsze imię – Kevin. Kto normalny ma takie imię?! Szczególnie u nas na wsi. Po drugie rodzice – mają w cholerę forsy. Przez te pieprzone truskawki. Po trzecie – nauka. Jestem najlepszym uczniem w klasie. Mógłbym tak wymieniać długo. Ważne jest to, że mnie nienawidzą.

Wszedłem do domu i od razu poczułem zapach pieczonej ryby – w końcu jakaś przyjemna rzecz! Przeszedłem przez korytarz i spoglądając na zewnątrz zauważyłem bezchmurne i słoneczne niebo – pogoda jak przystała na wakacje, mnie zadowalała.

W kuchni przywitała mnie nasza gosposia, niezwykle piskliwym głosikiem, który irytuje mnie codziennie, gdy ją słyszę: Witaj Kevin, na obiad ryba. Połóż się spać przed północą i nie rozrabiaj. Chyba nie zauważyła, że mam już siedemnaście lat i nie robię takich głupot jak parę lat temu, ale czemu się dziwić. Anna ma już swój wiek, a rodzice nie chcą pozbawiać jej pracy – innej nie znajdzie.

Obiad – tak jak tego dnia – zazwyczaj zjadam w milczeniu. Bardzo rzadko rozmawiamy, jeśli ona poruszy jakiś temat, albo mnie coś gryzie.

Rodzice są w domu co miesiąc. Podróżują po całym świecie, a mnie mają w dupie – oprócz tego, że muszę się uczyć nie obchodzi ich nic. Annę traktuję jak starą ciocię.

Dziękując za dobry obiad, wyszedłem z kuchni. Drzwi do garażu były otwarte. Pewnie nasz ogrodnik szukał narzędzi. Z nim nie rozmawiam w ogóle. Przyjeżdża do nas bardzo rzadko, tylko wtedy, gdy moi rodzice sobie czegoś zażyczą

Podnosząc plecak, pozostawiony przeze mnie na korytarzu, zauważyłem dużą stertę listów na drewnianej komodzie. Z nadzieją, że jakiś jest zaadresowany do mnie zacząłem poszukiwać imienia Kevin na kopercie. Jest! Mały liścik zawinięty w różowy papier z namalowanym starannie kwiatkiem – Marta!

Czym prędzej wszedłem na piętro po skrzypiących ze starości schodach. W pokoju na łóżku leżał Marcel. Nasz czarny kot z lekką nadwagą. Usiadłem koło niego i zacząłem otwierać list. W środku znalazłem kartkę z tekstem:

Cześć Kevin!

W końcu się udało! Rodzice pozwolili mi przyjechać! Będę u Ciebie w poniedziałek! Mam nadzieję, że Twoja mama nie będzie miała nic przeciwko jak zostanę u Ciebie na tydzień, w końcu już prawie zaczęły się wakacje. Przygotuj się na mój przyjazd!

Marta

UP HERE

Wydawać by się mogło, że o mnie zapomniała – nie odpisywała już przeszło pół roku. Marta to moja przyjaciółka, którą poznałem trzy lata temu na koloniach we Włoszech. Gdy ją ujrzałem, wiedziałem, że to jest to. Nie darowałbym sobie, gdyby skończyła tak jak reszta dziewczyn – w mojej głowie. Ona też się mną zainteresowała i ostatnią noc wyjazdu spędziliśmy razem – całowaliśmy się do białego rana. Minęło tak wiele czasu, a na myśl o niej moje serce wciąż przyśpiesza, przed oczyma mam jej kwiecistą sukienkę z falbankami, a nozdrza wypełnia mi wspomnienie jej delikatnych, kuszących perfum, lecz najbardziej pamiętam smak jej ust. Gdy całowała, dreszcz przechodził po całym ciele.

Przez resztę dnia rozmyślałem o Marcie.

Obudziłem się o drugiej. Poczułem przeszywający chłód na nogach. Otworzyłem oczy – ciemno. Poświeciłem telefonem po pokoju. Pusto. Dało się słyszeć odgłosy przypominające kopanie łopatą. Okno było otwarte na oścież, a dźwięk dochodził właśnie z podwórza. Ale kto otworzył okno? Gdy szedłem spać na pewno je zamknąłem, a gosposia przychodzi dopiero rano. Spojrzałem w dół i dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak ciemno jest na zewnątrz. Nie zauważyłem nic, oprócz zarysu lasu. Próbowałem zlokalizować źródło dźwięku. Przede mną było tylko pole truskawek, które wtedy wyglądało jak ciemna plama. Kto miałby kopać na moim polu o tak później porze? Ogrodnik raczej nie robiłby tego po nocy bez światła. Zorientowałem się jak mi zimno. Na całym ciele miałem gęsią skórkę.

Stop! Nagle dźwięk ucichł. Odsunąłem się powoli od okna. Pomyślałem, że muszę się położyć, bo jutro będę zmęczony. Myśląc, co to mogło być położyłem się do łóżka. Błysk! Nagle szybę przeniknął strumień światła, rozjaśniając cały pokój. Przestraszony i spocony skierowałem wzrok w kierunku okna. Światło przygasło, ale na zewnątrz nadal znajdowało się jego źródło. Wstałem i ledwo czując każdą kończynę podszedłem pod okno. Cały spocony zlokalizowałem źródło światła. Przemieszczało się po polu, oddalało od domu. Wyglądało to jakby ktoś świecił latarką. Stałem jak zamurowany i czekałem, aż światło zniknie. Dokąd zmierzało i kto lub co to było? Po minucie promień zgasł na środku pola. Byłem przerażony i tej nocy już nie zasnąłem.

Następnego ranka zapomniałem o wszystkim. Gdy zszedłem na parter nie spotkałem tam gosposi, a na stole leżała kartka z napisem:

Kevin, wyjeżdżam na tydzień, jedzenie masz w lodówce, a w środę przyjedzie do Ciebie moja koleżanka zobaczyć czy wszystko gra.

I moi rodzice się na to zgodzili? Ach, zapomniałem, mają mnie w dupie.

W lodówce było tyle jedzenia, że półki się pod nim uginały. Nigdy nie wiedziałem tak dużo pierogów i mięsa w jednym miejscu.

W chlebaku nie było żadnego pieczywa. Pomyślałem, że pójdę do sklepu po coś świeżego, nie będę jadł na śniadanie kotletów.

Zebrałem się i wyszedłem z domu. Dopiero wtedy przypomniałem sobie o tym, co wydarzyło się w nocy. Zobaczyłem pole, z którego dochodziły dźwięki. Zatrzymałem się i próbowałem znaleźć ślady kopania. Nic. Pole nienaruszone, żadnych dziur. Ale jeszcze było światło. Poszedłem drogą, jaką mniej więcej podążał promień. Nie zauważyłem nic, nawet śladów stóp w ziemi.

Niebo było bezchmurne, a słońce ogrzewało mnie przyjemnym ciepłem.

W połowie drogi do sklepu – niestety – zauważyłem moich kumpli z klasy, choć słowo kumpli pasuje tutaj jak piernik do wiatraka. Westchnąłem. Przez chwilę chciałem zawrócić i pójść przez las, ale i na to było za późno. Spostrzegli mnie. Od razu zaczęli zmierzać w moją stronę. Było ich trzech.

– Dokąd idziesz lamusie?! – krzyknął Marcin, lider ich bandy, gdy znajdował się już dosyć blisko siebie. Nic nie odpowiedziałem i szedłem dalej. Przyzwyczaiłem się do takich głupich wyzwisk.

– Czemu nie chcesz z nami rozmawiać? – powiedział kolejny, którego imienia nie pamiętałem, tak jak trzeciego.

Minąłem ich, a po chwili leżałem na ziemi. Marcin mnie podciął, a potem dwa razy kopnął. Leżałem na glebie przygotowany na następne uderzenia, ale się ich nie doczekałem. Odchyliłem głowę i zauważyłem tę głupią bandę uciekającą w stronę mojego domu. Wstałem i zacząłem się rozglądać, szukając tego, przed czym zwiewali. Wokół mnie nie było kompletnie nic. Jedyne, co słyszałem i czułem to lekkie powiewy wiatru.

Odwróciłem się i poszedłem w kierunku sklepu, nie spoglądając w ich stronę.

W drodze powrotnej pogoda się zmieniła, pojawiło się więcej chmur, a słońce było nimi przysłonięte. Kupiłem pięć bułek. Pani w sklepie mnie lubi, bo zawsze rozmawiamy na temat książek. Tego dnia też chwilkę konwersowaliśmy. Dzięki temu zapomniałem o incydencie na polu.

Byłem zaraz przed domem, gdy zauważyłem trzy czapki. Nakrycia głowy leżały na drodze w stronę lasu. Podszedłem do nich i tak jak myślałem należały do trójki moich „kolegów”. Pewnie zgubili jak uciekali. Ale, przed czym? Spojrzałem w stronę lasu, ale ich nie zauważyłem.

W domu przywitał mnie Marcel, który chciał wyjść na dwór. Wypuściłem go i poszedłem do kuchni. Zrobiłem sobie śniadanie. Reszta dnia minęła spokojnie.

Rano obudził mnie dzwonek. Była dziesiąta. Cały czas ktoś naciskał pieprzony dzwonek. Otwieram drzwi.

– Kevin? – spytała, po czym z uśmiechem rzuciła mi się w objęcia.

– Marta! Przecież miałaś przyjechać dopiero jutro! – powiedziałem mocno ją tuląc.

– Wiem, ale chciałam ci zrobić niespodziankę. – odpowiedziała.

Puściła mnie i zaczęła się mi przyglądać. Wyglądała olśniewająco. Od czasu pamiętnej nocy bardzo się zmieniła – wypiękniała. Jej twarz i talia zmieniły się w kobiecą.

– Tęskniłam – powiedziała.

– Ja też. To co, wchodzimy do środka?

Marta zostawiła swoje rzeczy w sypialni moich rodziców, gdzie miała spać. Włączyliśmy jakieś romansidło – Marta mówiła, że chętnie je ze mną zobaczy. Ja skupiałem się bardziej na mojej towarzyszce niż na filmie. Nie wiedziałem nawet, o czym był.

Po skończonym filmie Marta zaproponowała, abyśmy poszli na spacer. Nie chciałem iść, bo bałem się, że banda wieśniaków będzie się chciała zabawić, a fakt, że idę z dziewczyną, tylko by im ułatwiło sprawę. W końcu się zgodziłem.

Poszliśmy w stronę lasu. Było to jedyne miejsce, gdzie było w miarę chłodno. Chodziliśmy ścieżkami, które znam jak własną kieszeń, a Marta opowiadała mi o tym, co robiła przez te trzy lata. Dalej nie mogłem się nadziwić jej urodą. Miała krótką spódniczkę, a jej nogi były przepiękne. Jej kruczoczarne włosy w lekkich powiewach wiatru rozchodziły się majestatycznie.

Wróciliśmy do domu o godzinie osiemnastej. Nie zwróciłem uwagi, kiedy przeleciała połowa dnia.

Pobawiliśmy się chwilę z Marcelem. Marcie bardzo się spodobał.

Zbliżała się noc. Poszliśmy spać, a kotu tak spodobała się nowa domowniczka, że spał razem z nią.

Rano zobaczyłem, że drzwi do sypialni rodziców są otwarte, a łóżko puste. Silna woń truskawkowych perfum unosiła się w powietrzu, dochodziła z pozostawionych przez Martę bagaży. Pomyślałem sobie, że Marta nie byłaby zadowolona, gdybym grzebał jej w rzeczach, ale ciekawość była silniejsza. Otworzyłem plecak i zobaczyłem trzy flakoniki z perfumami. Pewnie chciała pachnieć przy mnie truskawkami, ale niestety troszeczkę z tym nie trafiła. Zapach tych owoców, to ostatnie, co sprawiłoby mi przyjemność.

*

Siedzieliśmy razem na kanapie. Marta wspomniała o wydarzenia z obozu.

– Pamiętasz tę noc? – zapytała.

– Ostatnią noc obozu? – Czułem, że moje serce przyspiesza.

– Było wtedy cudownie. – Powiedziała, jakby chciała mnie nakłonić do powtórzenia tamtych wydarzeń. – Nigdy nie przeżyłam tego, co wtedy.

Zawahałem się. Miałem do wyboru pocałować ją, albo zachować się jak tchórz. Poczułem jak moje serce chce ze mnie wyskoczyć. Zwróciłem głowę w jej stronę. Chciałem sobie odpuścić. Pomyślałem, że nie dam rady, ale coś było w jej różowych oczach. Coś, co sprawiło, że musiałem to zrobić. Zbliżyliśmy się do siebie, i zaczęliśmy się całować. Jej usta całowały lepiej niż trzy lata temu. Czułem truskawkową pomadkę, ale nie przeszkadzała mi. Ta chwila była jak spełnienie największego marzenia.

Marta powiedziała, że przez te trzy lata, cały czas o mnie myślała. Paru chłopaków ją podrywało, ale ona chciała znowu być przy mnie.

Ten dzień, był najlepszy od czasu obozu, a noc, podobnie jak ta wtedy, nieprzespana. Przez większość czasu się całowaliśmy. Zapomniałem o wszystkich innych sprawach, w głowie miałem tylko Martę. Poczułem, że naprawdę jestem w niej zakochany.

Zasnęliśmy razem dopiero o poranku w sypialni moich rodziców.

Gdy się obudziłem, Marty koło mnie nie było. Zdziwiłem się, że mnie nie obudziła po takiej nocy. W domu było pusto. Po dwóch godzinach postanowiłem jej poszukać na polu. Nie znalazłem jej. Zacząłem się trochę martwić. Dwie godziny spędziłem w domu, a nie wiem dokładnie, kiedy wyszła na zewnątrz. Może poszła do lasu?

W lesie było trochę ciemniej niż na otwartej przestrzeni. Wołałem Martę z nadzieją, że mnie usłyszy – bezskutecznie. Nie dostałem żadnej odpowiedzi.

W połowie drogi na polane, która znajdowała się po środku lasu, niebo przyciemniało, widoczność się pogarszała. Nagle usłyszałem, że coś kroczy po mojej prawej stronie. Zatrzymałem się. Obróciłem głowę w stronę skąd dochodził do mnie dźwięk szelestu liści. Pomyślałem, że mogła to być Marta, ale czemu miałaby się na mnie czaić w lesie? Nie zauważyłem nic. Coś, co kroczyło znajdowało się za drzewem. Serce zaczęło mi mocniej bić, gdy wyłonił się zza pnia. Niestety nie była to Marta, a dzik. Uciekać? Nie, spokojnie by mnie dogonił. Lepiej się nie ruszać. Poczułem jak pot zalewa mi całe ciało. Dzik mnie zauważył i wlepił we mnie swoje zwierzęce ślepia. Na myśl przychodziły mi różne pomysły, ale najlepiej było czekać. W każdej chwili byłem gotowy do ucieczki, ale dzik się nie ruszał. Stał, i się do cholery jasnej gapił.

Po chwili, małymi kroczkami zaczął zbliżać się w moją stronę. Teraz zacząć uciekać? Dzik był coraz bliżej. Każda moja kończyna trzęsła się ze strachu, nigdy wcześniej nie byłem w takiej sytuacji. Jeszcze jeden metr i zacząłbym biec, ale nagle dzik się zatrzymał. Odwrócił się i ruszył w przeciwną stronę.

Zaczekałem do czasu, aż dzik zniknął mi z widoku i wróciłem do domu. Zapomniałem o Marcie. Ku mojemu zaskoczeniu spotkałem ją w domu.

Opowiedziałem jej całą historię o dziku, i o tym jak w dziwny sposób przede mną uciekał. Ona powiedziała, że była na spacerze we wsi. Nie chciała mnie budzić. Wydało mi się to niezbyt normalne, ale chciała się całować, więc odpuściłem jej pytania.

Marta się trochę zmieniła, jej oczy poczerwieniały. Normalnie były różowego koloru, ale wtedy zmieniły się w czerwone. Truskawkowa pomadka nigdy nie schodziła jej z ust. Nawet po dłuższym czasie całowania. Nie wydawało mi się to w ogóle dziwne, niestety. Byłem tak skupiony na Marcie, że nie pytałem o żadne z rzeczy, które mnie zdumiewały.

Resztę dnia spędziliśmy nierozłącznie. Tej nocy znowu spaliśmy razem. Zaraz przed zaśnięciem jej oczy znowu zmieniły się w różowe. Wtedy też nie zwróciłem na to uwagi. Działo się tak wiele nienormalnych rzeczy, a ja nie reagowałem…

Rano Marty znowu nie było w domu… Postanowiłem, że nie będę jej szukał. Prędzej czy później wróci. Przez czas jej nieobecności rozmyślałem o jej oczach. Wtedy dopiero przypomniałem sobie, że się zmieniały. Pomyślałem, że tylko mi się wydawało, lecz przed oczyma cały czas pojawiał mi się czerwony jak truskawki kolor jej oczu.

Marcin i jego banda uciekali ode mnie tak samo jak dzik. Zacząłem się zastanawiać, czy jest to jakoś powiązane. Pewnie, że jest! Jakie jest prawdopodobieństwo, że w przeciągu czterech dni, banda osiłków, którzy mnie nienawidzą i dzikie zwierzę, zaczyna bez powodu przede mną uciekać? To jest wręcz niemożliwe!

Marta wróciła o czternastej. Tak samo jak poprzedniego dnia, wytłumaczyła się, że była na spacerze. Zwróciłem uwagę na jej oczy. Były czerwone… Niestety, jej urok spowodował, że znowu przestało mi się to wydawać dziwne. Wydawać by się mogło, że manipuluje mną jak chce, a ja sobie z tego nie zdaję sprawy.

Tego dnia znowu mieliśmy spać razem. W sypialni nie było Marty. Miała na mnie czekać, ale jej nie zastałem… Znowu poczułem zapach jej perfum. Serce przyspieszyło, coś było nie w porządku. Odwróciłem się. Czerwony ślad na ziemi! Pomyślałem, przed chwilą go nie było. Jak wchodziłem go nie było. Ślad ciągnął się przez korytarz na piętrze, aż do okna, niestety bardziej przeraziło mnie to, że obok były schody – na strych – na których też był ślad.

Tylko kilka stopni dzieliło mnie od starego włazu. Lekkie pociągnięcie i właz się otworzył. Poczułem zmieszaną woń przestarzałych rzeczy i… truskawek. Myślę sobie, niemożliwe żeby tu wchodziła. Właz strasznie skrzypi a ja niczego nie słyszałem. Ciemno, ekranem telefonu poświeciłem po pomieszczeniu. Było tam dużo zakurzonych rupieci, obrazów czy niepotrzebnych sprzętów. Na podłodze nadal widziałem czerwony ślad. Nagle coś się poruszyło, między starymi pudłami.

– Ma.. marta? – powiedziałem cicho.

Odpowiedzi nie dostałem. Nagle cień zza pudeł na mnie wyskoczył, upuściłem telefon. Ledwo utrzymałem się na chwiejnych nogach.

– Och. – Powiedziałem wypuszczając powietrze – Marcel, to tylko ty.

Odepchnąłem kota i zapominając o telefonie zostawiłem go na ziemi. Na końcu strychu była jaskółka – niewielkie okienko. Światła było jak na lekarstwo, ale odbijało się od śladu na podłodze, które prowadziło właśnie pod okno. Pomyślałem sobie, gdzie ona poszła?

Z okna był dobry widok na zewnątrz. Zbierając resztki odwagi podszedłem pod uchylone okno.

Stała tam, sama, w kwiecistej sukience, tańczącej do powiewów letniego wiatru. Była do mnie zwrócona plecami i dokładnie widziałem jak w dłoniach trzymała koszyczek – truskawek. Księżyc oświetlał ją jak aktora grającego główną rolę w przedstawieniu. Ona, mimo tego, że nie mogła mnie widzieć, odwróciła się i spojrzała na mnie swoimi…

– Skosztujesz? -… truskawkowymi oczyma.

Koniec

Komentarze

Przeczytałem.

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Widać niewprawną jeszcze rękę – styl trochę kuleje, ale to kwestia wyćwiczenia. Starasz się zbyt dokładnie opisywać co bohater robi; większość z tego jest dla fabuły zbędna. Nadużywasz ‘powiedział/powiedziała’. Czasem można ominąć, czasem zastąpić jakimś 'szepnął/krzyknął/oznajmił’ itd. Wielokropki znajdujące się w opowiadaniu są do usunięcia – zastąp je kropkami, bądź przecinkami. Nie, wielokropki nie powodują, że czytelnik popadnie w zadumę, zdradzają li tylko niewprawny warsztat. To tak na szybko, resztę rzeczy zostawiam do wytknięcia następnym komentującym :p

Jeden z następnych komentujących ma do powiedzenia praktycznie to samo: widać brak swobody posługiwania się językiem. To tylko, Autorze, konstatacja, bo na początku praktycznie “każdy tak ma”. Rada na to jest tylko jedna – trening i wzbogacanie słownictwa.

Co do treści: opowiadanie sprawia wrażenie niedokończonego. Stoi czerwonooka dziewczyna przy okienku, proponuje skosztowanie truskawek – i co dalej? Zabiła chłopaka, zjadła go, przeniosła do świata czarów? Drugim niedociągnięciem jest trzyletni odstęp między poznaniem Marty a jej przyjazdem do Kevina. Po takim czasie bez kontaktu, nawet korespondencyjnego, zatęskniła? Dlaczego? Bo Kevinowi nie dziwię się, pierwsze dziewczyny długo się pamięta…

 

Dziękuję za komentarze, postaram się poprawić zakres słownictwa i styl. Musiałem wszystko napisać w bardzo krótkim czasie i dlatego treść jest troszkę niespójna.

Melduję, że przeczytałam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przeczytałam dopiero teraz, ale niestety, zastrzeżenia takie same jak przedpiśców. Urywasz historię w momencie, gdy tak na dobra sprawę dopiero się rozpoczyna. Ale biorąc pod uwagę Twój wiek, jest naprawdę bardzo dobrze. Nie brnęlam przez tekst, a czytałam, a to coś znaczy.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Jakiś zamysł był, ale nie został należycie zagospodarowany.

Opowiadanie wydaje mi się niewiarygodne – nie kupuję wątku z nagłym przyjazdem Marty, która milczy trzy lata, nie daje znaku życia i nagle bach – zjawia się bagażami, na tydzień!

Podejrzana wydaje mi się zamożność rodziców Kevina – jest środek sezonu truskawkowego, a oni zostawili wszystko i wyjechali? Na polach pusto, nikt nie zbiera owoców, nikt ich nie sprzedaje? Wspominasz, że rodziców ciągle nie ma, że nie interesują się synem. OK, chłopak, co prawda z trudem, ale daje sobie radę, jednak wydaje mi się, że truskawki same się nie uprawiają, a sam fakt, że rosną, dochodu nie przynosi.

Opisujesz kilka dziwnych sytuacji – z kolegami, z dzikiem, ze znikaniem Marty, tudzież różne osobliwe przypadki w domu – ale niczego nie starasz się nawet próbować wytłumaczyć, uwiarygodnić, podać choćby lada powód, dla którego to wszystko się dzieje.

Mam jednak nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą coraz lepsze, bardziej przemyślane i bardzo interesujące. ;-)

 

Znowu te cho­ler­ne pole.Znowu to cho­ler­ne pole.

 

Wsze­dłem do domu i od razu po­czu­łem za­pach pie­czo­nej ryby – w końcu jakaś przy­jem­na rzecz! Prze­sze­dłem przez ko­ry­tarz i spo­glą­da­jąc na ze­wnątrz za­uwa­ży­łem bez­chmur­ne i sło­necz­ne niebo… – Przecież Kevin, nim wszedł do domu, był na zewnątrz. Czy dopiero po wejściu do budynku zauważył, jak jest pogoda? ;-)

 

po­go­da jak przy­sta­ła na wa­ka­cje, mnie za­do­wa­la­ła. – …po­go­da, jak przy­sta­ło na wa­ka­cje, mnie za­do­wa­la­ła. Choć wolałabym: …po­go­da, jak przy­sta­ło na wa­ka­cje, była całkiem dobra.

 

W kuch­ni przy­wi­ta­ła mnie nasza go­spo­sia, nie­zwy­kle pi­skli­wym gło­si­kiem, który iry­tu­je mnie co­dzien­nie, gdy sły­szę: Witaj Kevin, na obiad ryba. Połóż się spać przed pół­no­cą i nie roz­ra­biaj. – Powtórzenie. Zbędne zaimki.

Proponuję: W kuch­ni, nie­zwy­kle pi­skli­wym, irytującym gło­si­kiem, przy­wi­ta­ła mnie go­spo­sia: – O, jesteś Kevin, na obiad ryba. Połóż się spać przed pół­no­cą i nie roz­ra­biaj.

Jasne jest, że gosposia nie była cudza.

Zrozumiałe, że głosik irytował wtedy, kiedy Kevin go słyszał.  

Nie wydaje mi się, by starsza gosposia tak oficjalnie zwracała się do chłopaka, kiedy ten wszedł do kuchni.

 

Mały li­ścik za­wi­nię­ty w ró­żo­wy pa­pier z na­ma­lo­wa­nym sta­ran­nie kwiat­kiem – Marta! – Dopóki go nie otworzył, skąd wiedział, ze liścik jest mały?

Wysłany pocztą liścik, zawinięty w papier? Nie kupuję tego.

Może: Li­ścik w małej ró­żo­wej kopercie, z na­ma­lo­wa­nym sta­ran­nie kwiat­kiem – Marta!

 

Mi­nę­ło tak wiele czasu, a na myśl o niej moje serce wciąż przy­śpie­sza, przed oczy­ma mam jej kwie­ci­stą su­kien­kę z fal­ban­ka­mi, a noz­drza wy­peł­nia mi wspo­mnie­nie jej de­li­kat­nych, ku­szą­cych per­fum, lecz naj­bar­dziej pa­mię­tam smak jej ust. – Przykład nadmiaru zaimków.

 

Prze­stra­szo­ny i spo­co­ny skie­ro­wa­łem wzrok w kie­run­ku okna. – Brzydkie powtórzenie.

Może wystarczy: Prze­stra­szo­ny i spo­co­ny, spojrzałem w okno.

 

Cały spo­co­ny zlo­ka­li­zo­wa­łem źró­dło świa­tła. – Już wiemy, że Kevin spocił się.

 

Dokąd idziesz la­mu­sie?! – krzyk­nął Mar­cin, lider ich bandy, gdy znaj­do­wał się już dosyć bli­sko sie­bie. – Co to znaczy, że Marcin znajdował się blisko siebie?

 

po­wie­dział ko­lej­ny, któ­re­go imie­nia nie pa­mię­ta­łem, tak jak trze­cie­go. – Nie chce mi się wierzyć, że siedemnastoletni Kevin nie pamięta imion chłopaków ze swojej klasy.

 

Na­kry­cia głowy le­ża­ły na dro­dze w stro­nę lasu. – Czy dobrze rozumiem, że czapki leżały w stronę lasu? ;-)

Może: Na­kry­cia głowy le­ża­ły na dro­dze, prowadzącej w stro­nę lasu.

 

Mar­cie bar­dzo się spodo­bał. Zbli­ża­ła się noc. Po­szli­śmy spać, a kotu tak spodo­ba­ła się nowa do­mow­nicz­ka… – Powtórzenie.

Marta nie była nową domowniczką; Marta była gościem.

 

Marta wspo­mnia­ła o wy­da­rze­nia z obozu. – Literówka.

 

W po­ło­wie drogi na po­la­ne, która znaj­do­wa­ła się po środ­ku lasu, niebo przy­ciem­nia­ło, wi­docz­ność się po­gar­sza­ła. – Ze zdania wynika, że niebo, idąc na polanę, w miejscu, w którym kiedyś był środek lasu, pociemniało. ;-)

Proponuję: Gdy byłem w połowie drogi na polanę, która znaj­do­wa­ła się pośrod­ku lasu, niebo po­ciem­nia­ło a wi­docz­ność się po­gor­szyła.

 

Przez czas jej nie­obec­no­ści roz­my­śla­łem o jej oczach. Wtedy do­pie­ro przy­po­mnia­łem sobie, że się zmie­nia­ły. Po­my­śla­łem, że tylko mi się wy­da­wa­ło, lecz przed oczy­ma cały czas po­ja­wiał mi się czer­wo­ny jak tru­skaw­ki kolor jej oczu. – Powtórzenia.

 

że znowu prze­sta­ło mi się to wy­da­wać dziw­ne. Wy­da­wać by się mogło… – Powtórzenie.

 

– Skosz­tu­jesz? -… tru­skaw­ko­wy­mi oczy­ma. – Brak spacji po dywizie, zamiast którego winna być półpauza. Zbędna spacja po wielokropku.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Patrząc na Twój wiek i to, że to Twoje początki przygody z pisarstwem – gratuluję udziału w konkursie.

Niestety, styl masz nie wypracowany (jeszcze), a w tekście dużo usterek. To wszystko jest jednak do wyćwiczenia. Startujesz jednak z nie najgorszej pozycji, bo mimo wszystko opowiadanie daje się czytać.  

Co do pomysłu – robisz najgorszą z możliwych rzeczy (w moim osobistym odczuciu) – urywasz opowiadanie w momencie, w którym tak naprawdę zaczyna się robić ciekawie. Bo do tego momentu puszczasz tylko jakieś zajawki w raczej nudnawej otoczce. A na koniec pozostawiasz czytelnika z niezaspokojona ciekawością i pytaniami – kim tak naprawdę była Marta? Co się stało z Kevinem?

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

No to ode mnie:

– siedemnastolatek + chętna koleżanka + pusty dom to pomysł raczej na inną niż horror historię : P

– przyłączę się do stwierdzenia, że w opowieści jest za dużo mało istotnych informacji, które można by wprowadzić jednym zdaniem, podczas gdy fabuła zdaje się być niedopracowania i urwana w połowie.

Myślę, że trzeba było zacząć od przyjazdu tej dziewczyny i jakiejś akcji związanej z truskawkami, potem w międzyczasie wprowadzić wiadomości na temat bohatera, a potem dalej rozwijać wątek dziewczyny. Brakuje jakiejś mocnej sceny  oraz wyjaśnienia, dlaczego ta bohaterka jest tajemnicza. 

No ale jak na początek to nie jest źle. 

 

I po co to było?

Zgadzam się z uwagami przedpiśców dotyczącymi stylu. Widać, że to debiut, bo zdania konstruujesz dość proste, zamiast na wprowadzeniu atmosfery grozy skupiasz się na codziennych szczegółach, co – akurat w tym tekście  – działa na jego niekorzyść. Przemyśl też uwagę Regulatorów na temat dziwnego zachowania rodziców bohatera – początek wakacji to końcówka sezonu truskawkowego – raczej by nie opuścili wtedy interesu. To tak a propos logiki świata, który kreujesz.

Ale też powtórzę – jak na debiut nie jest tak źle.

Ja mam jeszcze jedną uwagę, chociaż jak widzę – nikt tej kwestii wcześniej nie poruszył, więc może trochę się czepiam. Chodzi mi o różowe oczy dziewczyny. Świat, w którym rozgrywa się historia jest naszym, znanym, ziemskim światem. I nagle wprowadzasz różowooką dziewczynę, tak sobie o, naturalnie. Rozumiem, że to fantastyka, ale i w fantastyce musi istnieć jakaś wewnętrzna logika. A ja, przez dość długi fragment tekstu nie zastanawiałam się nad intrygą, tylko zafiksowałam się na tych oczach, myśląc, czy to błąd, a potem zdumiewając się, że jednak nie. :)

Mam radę: nie zaczynaj tak wulgarnie (może gdzieś dalej, w kolejnych akapitach). Od razu źle nastawiłem się do całego opowiadania. Też było jakieś wtrącenie z angielskiego (nie rób tak, jeśli miejsce akcji tego nie tłumaczy – wieś? no, raczej nie tłumaczy), od razu caps lockiem. Tak się zazwyczaj nie robi (chyba, że dla odróżnienia dialogu, danych z maszyny czy coś takiego).

Bardzo wielu przecinków brakuje:

Po pierwsze,[+] imię – Kevin. Kto normalny ma takie imię?! Szczególnie u nas,[+] na wsi. Po drugie,[+] rodzice – mają w cholerę forsy. Przez te pieprzone truskawki. Po trzecie, [tu konsekwenie z przecinkiem, nie z myślnikiem] nauka.

Przeczytałem tak do połowy, resztę przejrzałem. Oczywiście zrezygnowałem z wypisywania kolejnych poprawek, bo nie wprowadziłeś ich po komentarzach przedpiśców (niechlujstwo). Narracja się do siebie lepi, więc jest w tym jakiś potencjał. Ale jest prostacko (od dup, pieprzonych cośtam) – także nie, dziękuję.

Nowa Fantastyka