- Opowiadanie: klm89 - Truskawkowy Władca

Truskawkowy Władca

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Truskawkowy Władca

1

 

New Berry Town było nie­wiel­kim mia­stecz­kiem po­ło­żo­nym we wschod­niej czę­ści okrę­gu Straw. Z po­zo­ru cicha i spo­koj­na mie­ści­na, ja­kich wiele w całym kraju. To wła­śnie w ta­kich miej­scach osie­dla­ją się znu­dzo­ne miej­skim ży­ciem osoby prze­ży­wa­ją­ce do­dat­ko­wo kry­zys wieku śred­nie­go. To wła­śnie spo­tka­ło mo­je­go ojca.

Ro­dzi­ce, chcąc za­osz­czę­dzić jak naj­wię­cej pie­nię­dzy, po­sta­no­wi­li za­sie­dlić pu­sto­stan. Opusz­czo­na chata stała na skra­ju lasu. Z jed­nej stro­ny ota­cza­ły ją po­tęż­ne sosny, a z dru­giej za­chwasz­czo­ne pole, na któ­re­go samym środ­ku stał ogrom­ny głaz. Oj­ciec, wska­zu­jąc pal­cem ten ugór, wma­wiał nam – mi i matce – że w przy­szłym roku nie bę­dzie­my już mu­sie­li ku­po­wać wa­rzyw. Wszyst­ko wy­ho­du­je­my sami.

Dom po­ło­żo­ny był na ubo­czu, przez co od naj­bliż­sze­go są­sia­da dzie­li­ły nas dwa ki­lo­me­try w linii pro­stej. Są­sia­da­mi oka­za­ła się miła ro­dzi­na Diho. Szyb­ko za­przy­jaź­ni­łem się z ich synem – Mar­ku­sem.

W za­sa­dzie mógł­bym po­wie­dzieć, że Mar­kus Diho był pierw­szą osobą, którą po­zna­łem zaraz po prze­pro­wadz­ce. Miesz­kał naj­bli­żej, więc było to cał­kiem na­tu­ral­ne. Po­nad­to brak szko­ły znacz­nie ogra­ni­czył moje kon­tak­ty z in­ny­mi dzieć­mi. Czas spę­dza­łem głów­nie z nim.

 

2

 

Już przed prze­pro­wadz­ką wie­dzie­li­śmy, że co roku dwu­dzie­ste­go ósme­go czerw­ca od­by­wa się tam zbiór tru­ska­wek. Wszy­scy miesz­kań­cy zbie­ra­li się na po­lach – swo­ich, są­sia­dów, lub po pro­stu tych, które znaj­do­wa­ły się naj­bli­żej – aby móc uczest­ni­czyć w Wiel­kim Zbio­rze. Było to ogrom­ne, kul­tu­ro­we wy­da­rze­nie, ale do­pie­ro będąc na miej­scu, czuło się moc tego dnia.

Wpro­wa­dzi­li­śmy się dwu­dzie­ste­go dru­gie­go czerw­ca. W ciągu tych sze­ściu dni, zwie­dza­jąc mia­stecz­ko, czy też włó­cząc się po nim bez celu, dane mi było przy­glą­dać się przy­go­to­wa­niom. Rynek przy­ozdo­bio­no wień­ca­mi, ko­lo­ro­wy­mi kwia­ta­mi, a mię­dzy la­tar­nia­mi po­roz­cią­ga­no liny, na któ­rych za­wi­sły małe czer­wo­ne lam­pio­ny. Po­dob­nie sy­tu­acja wy­glą­da­ła w całym mie­ście. Po­nad­to miesz­kań­cy wy­sta­wia­li na ganki domów naj­róż­niej­sze kukły. Małe, duże, po­kracz­ne, ele­ganc­kie, ale wszyst­kie miały jedną cechę wspól­ną – głowy. Wiel­kie, po­zba­wio­ne oczu, ust, nosa oraz uszu. Czer­wo­ne, doj­rza­łe tru­skaw­ki z zie­lo­ny­mi wło­sa­mi.

To wła­śnie wtedy po raz pierw­szy usły­sza­łem o Tru­skaw­ko­wym Wład­cy. We­dług Mar­ku­sa był on pa­tro­nem ho­dow­ców tru­ska­wek. Do­wie­dzia­łem się rów­nież, iż w noc na­stę­pu­ją­cą po zbio­rach księ­życ przy­bie­ra ró­żo­wą barwę i tym samym staje się okiem Tru­skaw­ko­we­go Wład­cy. Dzię­ki temu może on ob­ser­wo­wać swoje dzie­ci – jak na­zy­wa­li te owoce – i na­gra­dzać oraz karać ho­dow­ców. Ci, któ­rzy do­brze trak­tu­ją swój zbiór, na­gra­dza­ni są więk­szą ob­fi­to­ścią plo­nów w na­stęp­nym roku, a ci dru­dzy… No cóż, Mar­kus nie do­koń­czył opo­wie­ści i nie po­tra­fi­łem na­kło­nić go, aby zmie­nił zda­nie. Wtedy jesz­cze nie ro­zu­mia­łem po­wo­dów, czemu to robi.

 

3

 

Po­zna­łem wielu miesz­kań­ców New Berry Town. Wszy­scy, bez wy­jąt­ku, byli prze­sad­nie mili. Czy to bur­mistrz, który oso­bi­ście od­wie­dził moich ro­dzi­ców kilka dni po prze­pro­wadz­ce. Czy też skle­pi­karz, który nie­rzad­ko czę­sto­wał mnie i Mar­ku­sa ła­ko­cia­mi. Do­ty­czy­ło to nawet przy­pad­ko­wych miesz­kań­ców, któ­rych spo­tka­li­śmy po raz pierw­szy. Chęt­nie za­pra­sza­li nas na po­po­łu­dnio­wą her­ba­tę lub pro­po­no­wa­li ka­wa­łek cia­sta tru­skaw­ko­we­go. Do­dat­ko­wo wszy­scy spra­wia­li wra­że­nie szczę­śli­wych oraz po­zba­wio­nych wszel­kich zmar­twień.

Pa­trząc z obec­nej per­spek­ty­wy było to wręcz nie­moż­li­we, lecz wów­czas tego nie do­strze­ga­łem. A jeśli nawet, czy coś by to zmie­ni­ło? Czy trzy­na­sto­la­tek mógł za­po­biec ta­kiej tra­ge­dii?

 

4

 

W dniu po­prze­dza­ją­cym Wiel­ki Zbiór ro­dzi­ce zmu­sze­ni byli wy­je­chać do Apple City, w okrę­gu Pine. Po­wo­dem było wy­ja­śnie­nie pew­nych spraw zwią­za­nych ze sprze­da­żą sta­re­go miesz­ka­nia. Nie bar­dzo mnie to in­te­re­so­wa­ło, więc na­le­ga­łem, aby zo­stać. Po dłu­gich go­dzi­nach spę­dzo­nych na prze­ko­ny­wa­niu, w końcu wy­ra­zi­li zgodę. Mia­łem spę­dzić trzy dni w do­mo­stwie pań­stwa Diho.

Ro­dzi­ce wy­je­cha­li dwu­dzie­ste­go siód­me­go czerw­ca, zaraz po obie­dzie. Resz­tę dnia spę­dzi­łem na wspól­nych za­ba­wach z Mar­ku­sem, a po ko­la­cji po­ło­ży­łem się na ma­te­ra­cu le­żą­cym obok jego łóżka.

Mi­nę­ło kilka go­dzin, nim udało mi się usnąć. Przez cały czas Mar­kus opo­wia­dał, jak wspa­nia­ły jest Wiel­ki Zbiór oraz póź­niej­sza za­ba­wa na rynku. Dosyć czę­sto po­wta­rzał rów­nież, że jest mu przy­kro, iż moi ro­dzi­ce nie będą mogli tego uświad­czyć. Kiedy tylko sta­ra­łem się prze­ko­nać go, że z całą pew­no­ścią wezmą udział w Wiel­kim Zbio­rze za rok, robił dziw­ną minę, po czym szyb­ko zmie­niał temat. A że każdy był in­te­re­su­ją­cy, słu­cha­łem wszyst­kie­go wiel­ce za­cie­ka­wio­ny oraz nieco pod­de­ner­wo­wa­ny. Obec­nie cięż­ko jest mi po­wie­dzieć, czy było to spo­wo­do­wa­ne ja­kimś pod­świa­do­mym od­czu­wa­niem za­gro­że­nia, czy też de­gu­sta­cją ciast tru­skaw­ko­wych, która miała odbyć się na­stęp­ne­go dnia, a któ­rej wy­cze­ki­wa­łem naj­bar­dziej.

 

5

 

Z sa­me­go rana roz­po­czę­ło się zbie­ra­nie tru­ska­wek. Wraz z ro­dzi­ną Diho uda­li­śmy się na naj­więk­sze polu w mia­stecz­ku. Na­le­ża­ło do księ­dza, który po­wi­tał zbie­ra­czy uro­czy­stym zna­kiem krzy­ża i krót­ką mo­dli­twą. Na­stęp­nie każdy z nas otrzy­mał wi­kli­no­wy ko­szyk, po czym zo­sta­wał przy­dzie­lo­ny do da­ne­go re­jo­nu pola.

Ja i Mar­kus zbie­ra­li­śmy wspól­nie, roz­ma­wia­jąc jed­no­cze­śnie o cze­ka­ją­cych na za­ba­wie atrak­cjach. Za­po­wia­dał się nie­za­po­mnia­ny wie­czór i rze­czy­wi­ście taki był.

Wiel­ki Zbiór za­koń­czył się o szes­na­stej dwa­dzie­ścia, kiedy to na polu na­le­żą­cym do ro­dzi­ny Ume­rów ze­rwa­no ostat­nią tru­skaw­kę. Wów­czas tam­tej­si zbie­ra­cze udali się na rynek, aby do­łą­czyć do świę­tu­ją­cych tam ludzi i uzu­peł­nić sta­tyst­ki. Tego lata po­bi­to ko­lej­ny re­kord w ilo­ści ze­bra­nych owo­ców. W tym mo­men­cie za­ba­wa roz­krę­ci­ła się na dobre.

Na sce­nie usta­wio­nej po­środ­ku rynku grały miej­sco­we ka­pe­le. Po par­kie­cie roz­ło­żo­nym przed nią tań­czy­ły młode pary. Star­si miesz­kań­cy wo­le­li prze­cho­dzić się bocz­ny­mi ulicz­ka­mi i oglą­dać, co ta­kie­go kupcy wy­sta­wi­li na stra­ga­nach. Po­zo­sta­li sie­dzie­li w spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nych stre­fach, w któ­rych można było się po­ży­wić i napić.

Ja oraz Mar­kus, jak więk­szość dzie­cia­ków, bie­ga­li­śmy od jed­ne­go miej­sca do dru­gie­go. Naj­czę­ściej jed­nak szu­ka­li­śmy sta­no­wisk, na któ­rych or­ga­ni­zo­wa­no róż­ne­go ro­dza­ju gry i kon­kur­sy. A tych było dużo. Pró­bo­wa­li­śmy ugryźć jabł­ko za­wie­szo­ne na sznur­ku, bez uży­cia rąk. Bie­gać w wor­kach. Rzu­cać tru­skaw­ką do od­da­lo­ne­go part­ne­ra, który mu­siał ją zła­pać w taki spo­sób, aby nic się jej nie stało. A nawet zło­wić w małą sia­tecz­kę zwin­ną, złotą rybkę, którą zwy­cięz­ca mógł za­trzy­mać.

Nie wy­gra­łem żad­ne­go z kon­kur­sów, ale i tak ba­wi­łem się świet­nie. Zwłasz­cza pod­czas de­gu­sta­cji ciast. Dzie­siąt­ki ro­dza­jów. Z dże­mem tru­skaw­ko­wym, z kre­mem tru­skaw­ko­wym, z miaż­dżo­ny­mi tru­skaw­ka­mi, z ka­wał­ka­mi tru­ska­wek i tak dalej. Mógł­bym wy­mie­niać cały dzień, a i tak pew­nie nie star­czy­ło by mi czasu. Skosz­to­wa­łem tylko nie­któ­rych z nich, a każde sma­ko­wa­ło le­piej od po­przed­nie­go. Pod­nie­bie­nie sza­la­ło z ro­ko­szy i trud­no było mu się dzi­wić. Po­zna­łem chyba cały za­kres słod­ko­ści tego owocu. Od sło­dy­czy z lekką do­miesz­ką kwa­śno­ści, aż do sło­dy­czy, która po­tra­fi­ła ze­mdlić.

Było cu­dow­nie.

 

6

 

Wraz z Mar­ku­sem opu­ści­li­śmy za­ba­wę, gdy zegar na ra­tu­szu wy­bi­jał dwu­dzie­stą drugą. Z pań­stwem Diho mie­li­śmy się spo­tkać przy końcu jed­nej z odnóg rynku. Było już sto­sun­ko­wo ciem­no, ale nie­wiel­kie lam­pio­ny za­le­wa­ły dep­tak czer­wo­nym świa­tłem. Nadal na­tra­fia­ło się na spa­ce­ru­ją­cych ludzi.

Po­pa­trzy­łem w górę i to, co zo­ba­czy­łem, wstrzą­snę­ło mną. Księ­życ przy­brał ró­żo­wą barwę. Po­czu­łem się nie­swo­jo, a po ciele prze­szedł mi zimny dreszcz. Dotąd hi­sto­rię Mar­ku­sa do­ty­czą­cą Oka Tru­skaw­ko­we­go Wład­cy trak­to­wa­łem jako zwy­kłą bajkę dla tu­ry­stów, a tym­cza­sem ono wzno­si­ło się wy­so­ko na nie­bo­skło­nie.

Nie wiem, jak długo trwa­łem w bez­ru­chu, ale z odrę­twie­nia wy­rwał mnie do­pie­ro głos to­wa­rzy­sza. Pytał, czy nic mi nie jest. Wska­za­łem pal­cem w niebo. Mar­kus spoj­rzał wprost na ró­żo­we­go ol­brzy­ma. Wzru­szył ra­mio­na­mi. Wy­glą­da­ło to tak, jakby to za­dzi­wia­ją­ce zja­wi­sko nie zro­bi­ło na nim żad­ne­go wra­że­nia. Jakby było cał­ko­wi­cie na­tu­ral­ne. Póź­niej skie­ro­wał wzrok na mnie. Wy­glą­dał na nieco zdzi­wio­ne­go i zmar­twio­ne­go. Po­cząt­ko­wo nie zro­zu­mia­łem, lecz gdy znów po­pa­trzy­łem na księ­życ, wy­glą­dał zu­peł­nie zwy­czaj­nie. Nie mia­łem po­ję­cia, co się wła­śnie wy­da­rzy­ło.

Ru­szy­li­śmy dalej. Mar­kus nie za­py­tał mnie, co ta­kie­go zo­ba­czy­łem na nie­bie, a ja nie mia­łem za­mia­ru mu tego opo­wia­dać. Wów­czas po­my­śla­łem, że mogła to być moja wy­obraź­nia. W końcu była już późna go­dzi­na, a po­nad­to na­pcha­łem się róż­ny­mi cia­sta­mi. Nigdy nie wia­do­mo, co lu­dzie do nich do­da­ją, aby uzy­skać lep­szy smak. Po­sta­no­wi­łem za­po­mnieć o tym zda­rze­niu.

Nie­ste­ty.

Gdy mi­nę­li­śmy zakos, do­strze­głem sie­dzą­cych na ławce pań­stwa Diho. Po­ma­cha­li do nas. Mar­kus przy­śpie­szył kroku, a po chwi­li za­czął biec. Już mia­łem wziąć z niego przy­kład, gdy zza jed­ne­go z bu­dyn­ków nagle wy­sko­czył dzi­wacz­ny mło­dzie­niec ubra­ny w stare łachy. Z dziur w spodniach oraz ko­szu­li wy­sta­wa­ła słoma, ale naj­gor­sza była jego twarz, a w za­sa­dzie to, co ją za­kry­wa­ło. Strasz­li­wa maska, przy­wo­dzą­ca na myśl zgni­łą tru­skaw­kę. Za­trzy­mał się na samym środ­ku dep­ta­ka.

Przez chwi­lę po­my­śla­łem, że to ko­lej­na kukła, którą ktoś po pro­stu tam usta­wił, ale wtedy do­tar­ło do mnie, że kukły się nie po­ru­sza­ją. Zwol­ni­łem kroku.

Mar­kus nie zwra­cał uwagi na ta­jem­ni­czą po­stać. Cały czas biegł w kie­run­ku ro­dzi­ców. Serce za­mar­ło mi ze stra­chu, gdy młody Diho prze­biegł kilka cen­ty­me­trów od dzi­wacz­ne­go osob­ni­ka. Ten ani drgnął. Gło­śno ode­tchną­łem z ulgą. To mu­sia­ło być ko­lej­ne przy­wi­dze­nie wy­wo­ła­ne zbyt dużą ilo­ścią spo­ży­te­go cukru, albo kto wie czego jesz­cze. Inni prze­chod­nie prze­cież też nic nie ro­bi­li sobie z jego obec­no­ści. Nawet nie za­szczy­ci­li go spoj­rze­nia, choć­by przez krót­ką chwi­lę.

Za­czą­łem biec, aby do­go­nić Mar­ku­sa. Gdy zbli­ży­łem się do mło­dzień­ca w masce, ten jakby spe­cjal­nie zro­bił krok w moją stro­nę i szturch­nął ra­mie­niem. Za­chwia­łem się, lecz zdo­ła­łem utrzy­mać rów­no­wa­gę. Sta­ną­łem w miej­scu, po czym zer­k­ną­łem na maskę. Miała otwór, przez który widać było usta. Po­ru­sza­ły się. Chcia­ły mi coś prze­ka­zać, ale nie byłem w sta­nie tego zro­zu­mieć. Spa­ni­ko­wa­ny od­wró­ci­łem głowę w drugą stro­nę. Mar­kus ści­skał się z ro­dzi­ca­mi. Szyb­ko wró­ci­łem wzro­kiem w miej­sce, gdzie jesz­cze przed chwi­lą stała za­ma­sko­wa­na po­stać, a teraz prze­cha­dza­ła się tam jakaś młoda para. Ro­zej­rza­łem się. Ni­g­dzie nie było po nim śladu. Znik­nął tak nagle, jak się po­ja­wił. Mino to zdo­łał mi na­pę­dzić nie­złe­go stra­cha.

 

7

 

Jazda autem na obrze­ża New Berry Town nie trwa­ła długo, więc dość szyb­ko zna­la­złem się, jak myl­nie są­dzi­łem, w bez­piecz­nym miej­scu. Wresz­cie tego wie­czo­ru po­czu­łem spo­kój.

Gdy le­ża­łem na ma­te­ra­cu, po­sta­no­wi­łem za­py­tać Mar­ku­sa, czy wi­dział kie­dy­kol­wiek czło­wie­ka z maską w kształ­cie tru­skaw­ki. Chło­pak tro­chę zwle­kał z od­po­wie­dzią, ale wtedy jakoś nie uzna­łem tego za nic nie­po­ko­ją­ce­go. W końcu po­krę­cił prze­czą­co głową. Nieco mnie to roz­cza­ro­wa­ło. W za­mian na­to­miast opo­wie­dział mi hi­sto­rię o tym, jak jesz­cze pięt­na­ście lat temu, w przed­dzień Wiel­kie­go Zbio­ru dzie­ci prze­bie­ra­ły się za Tru­skaw­ko­we­go Wład­ce. Na­zy­wa­no je Tru­skaw­ko­wy­mi Dzieć­mi, tu­dzież Dzieć­mi Tru­ska­wek. Za­kła­da­ły stare ubra­nia, wy­py­cha­ły je słomą i ukry­wa­ły twarz za maską. Póź­niej cho­dzi­ły od domu do domu, zbie­ra­jąc ła­ko­cie.

Wszyst­ko za­koń­czy­ło się latem ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­te­go ósme­go roku. Wów­czas na pew­nym polu zna­le­zio­no be­stial­sko za­mor­do­wa­ne­go dzie­się­cio­lat­ka. Stan jego ciała świad­czył o nie­sły­cha­nym okru­cień­stwie i bru­tal­no­ści spraw­cy. O zbrod­nię po­są­dzo­no jed­ne­go z rad­nych, który otwar­cie sprze­ci­wiał się po­gań­skie­mu kul­to­wi. Mó­wio­no, że chciał za­ko­pać zwło­ki na polu, a winą obar­czyć sektę To­wa­rzy­stwo Wy­znaw­ców Woli Tru­skaw­ko­we­go Wład­cy, ale zo­stał spło­szo­ny przez dzie­cia­ki. To wła­śnie one ze­zna­wa­ły prze­ciw­ko niemu w są­dzie. Jed­nym z nich był po­dob­no syn obec­ne­go bur­mi­strza. Kilka dni po aresz­to­wa­niu, radny w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach znik­nął z celi. Nigdy już o nim nie sły­sza­no, na­to­miast w miej­scu, gdzie zna­le­zio­no mar­twe­go chłop­ca, po dziś dzień spo­czy­wa wiel­ki głaz.

Hi­sto­ria był ma­ka­brycz­na, ale w pew­nym sen­sie uspo­ko­iła mnie jesz­cze bar­dziej. Być może ktoś zna­lazł maskę na­le­żą­cą nie­gdyś do star­sze­go brata lub ro­dzi­ca i ru­szył na mia­sto, czy­niąc za­dość daw­nej tra­dy­cji. Nie wy­ja­śnia­ło to jed­nak, dla­cze­go Mar­kus go nie za­uwa­żył, lecz wtedy mocno pró­bo­wa­łem ode­pchnąć do sie­bie ten fakt.

Krót­ko potem usną­łem.

 

8

 

Około pół­no­cy obu­dzi­ło mnie stu­ka­nie. Na poły śpią­cy nie po­tra­fi­łem zlo­ka­li­zo­wać źró­dła ha­ła­su, który z każdą chwi­lą się na­si­lał. Do­pie­ro po pew­nym cza­sie mózg za­czął funk­cjo­no­wać nieco spraw­niej. Od­głos do­cho­dził od stro­ny okna. Po­cząt­ko­wo po­my­śla­łem więc o ga­łę­zi drze­wa ro­sną­ce­go nie­opo­dal domu. Prze­cią­gną­łem się le­ni­wie i ziew­ną­łem. Do­pie­ro wtedy byłem gotów zer­k­nąć w stro­nę okna.

W jed­nej chwi­li po­de­rwa­łem się na równe nogi. Kil­ka­krot­nie za­wo­ła­łem Mar­ku­sa, ale ten nie od­po­wia­dał. Nie mia­łem naj­mniej­szej ocho­ty spusz­czać okna z wi­do­ku, bo prze­cież wtedy dzie­ją się naj­gor­sze rze­czy, ale nie mia­łem wy­bo­ru. Spoj­rza­łem na łóżko. Ni­ko­go w nim nie było, a koł­dra le­ża­ła na ziemi. Zdrę­twia­łem. Chcia­łem krzyk­nąć, ale strach mocno za­ci­snął krtań, przez co z moich ust wy­do­był się za­le­d­wie cichy pisk. Po­czu­łem, jak pi­ża­ma na­sią­ka potem i w tym mo­ne­cie przy­po­mnia­łem sobie o stu­ka­niu w szybę. Ob­ró­ci­łem się na pię­cie i uj­rza­łem to, czego się oba­wia­łem. Okno było otwar­te, a strasz­li­wa tru­skaw­ko­wa twarz, która jesz­cze przed chwi­lę wpa­try­wa­ła się we mnie, znik­nę­ła. Już mia­łem ze­rwać się do biegu, gdy po­czu­łem silne ude­rze­nie w tył głowy.

Stra­ci­łem przy­tom­ność.

 

9

 

Gdy się ock­ną­łem, pi­ża­ma le­pi­ła się od potu i brudu. Nie mia­łem po­ję­cia, jak długo le­ża­łem nie­przy­tom­ny ani co ta­kie­go zda­rzy­ło się w tym cza­sie. Pod­nio­słem się z ziemi, aby móc le­piej oce­nić oko­li­cę. Sta­łem po­środ­ku ogrom­ne­go pola. Ze­wsząd ota­cza­ły mnie nie­wy­so­kie grząd­ki tru­ska­wek o ob­fi­tych owo­cach. Wiatr ko­ły­sał ło­dy­ga­mi, przez co ro­śli­ny spra­wia­ły wra­że­nia oży­wio­nych.

Ni­g­dzie nie mo­głem do­strzec Mar­ku­sa oraz jego ro­dzi­ców. Naj­wi­docz­niej mu­sie­li za­brać go gdzieś in­dziej. Spoj­rza­łem w niebo i po­czu­łem déjà vu. Po­śród ciem­no­ści świe­ci­ło oko Tru­skaw­ko­we­go Wład­cy. Jego nie­co­dzien­na, ró­żo­wa po­świa­ta po­now­nie na­peł­ni­ła mnie grozą. Nie mo­głem jed­nak zwle­kać. Mar­kus mógł po­trze­bo­wać po­mo­cy. Wzią­łem głę­bo­ki od­dech, po czym ru­szy­łem lek­kim truch­tem, nie ba­cząc na wil­got­ną zie­mię przy­kle­ja­ją­cą się do bo­sych stóp.

 

10

 

Bie­gnąc po wil­got­nej ziemi, nie za­sta­na­wia­łem się, dokąd pro­wa­dzą mnie nogi. Wie­dzia­łem, że w tę czerw­co­wą noc, w noc na­stę­pu­ją­cą po Wiel­kim Zbio­rze, dzie­je się coś dziw­ne­go. Nie wiem, dla­cze­go po­rzu­co­no mnie na tym polu, ale z całą pew­no­ścią miało to jakiś sens. Bie­głem więc na oślep, wie­rząc, że ktoś czuwa, abym do­tarł do celu. Być może sam Tru­skaw­ko­wy Wład­cy o to za­dbał.

Moją głowę za­krzą­ta­ły zatem tylko dwie rze­czy. Po pierw­sze, czy Mar­ku­so­wi i jego ro­dzi­nie nic się nie stało? I po dru­gie, czy to wszyst­ko się skoń­czy, zanim wrócą moi ro­dzi­ce? I czy będą wtedy bez­piecz­ni?

 

11

 

Pole tru­ska­wek zda­wa­ło się nie mieć końca. W każ­dym kie­run­ku roz­cią­ga­ło się aż po ho­ry­zont. Dziw­na, ró­żo­wa mgieł­ka już od paru minut utrzy­my­wa­ła się wo­ko­ło. Po­śród niej do­strze­głem kil­ka­na­ście roz­ma­za­nych, nie­wy­so­kich syl­we­tek. Po­zna­łem je bez pro­ble­mu, w końcu jedną z nich już wi­dzia­łem. Tru­skaw­ko­we Dzie­ci. Za­pew­ne ob­ser­wo­wa­ły mnie od sa­me­go po­cząt­ku.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach do­tar­łem do wiel­kie­go głazu. Sta­ną­łem jak wryty. Wy­glą­dał do­kład­nie tak samo, jak ten na polu moich ro­dzi­ców. Nie było mowy o po­mył­ce. Wie­lo­krot­nie ba­wi­łem się przy nim i zdą­ży­łem po­znać go dosyć do­brze. Nie mia­łem po­ję­cia, jak zdo­ła­li go tu prze­nieść, bo z całą pew­no­ścią pole było inne.

Po­ło­ży­łem dłoń na gła­zie. Jego po­wierzch­nia była twar­da i zimna, ale mia­łem wra­że­nie, że w środ­ku aż pło­nie. Ema­no­wał jakąś ta­jem­ni­czą ener­gią, która w pe­wien spo­sób mu­sia­ła mi się udzie­lić. Nie­ocze­ki­wa­nie na­bra­łem no­wych sił, od­dech mi się wy­rów­nał, a kolka, która do­ku­cza­ła mi od pew­ne­go czasu, nagle usta­ła.

Ró­żo­wa mgieł­ka nieco się roz­rze­dzi­ła, lecz mimo to nie mo­głem do­strzec żad­ne­go z Dzie­ci Tru­ska­wek. Nie mar­twi­łem się, dokąd mam biec, lecz za­zwy­czaj skrę­ca­łem tak, aby trzy­mać się od nich z da­le­ka. Teraz znów byłem zmu­szo­ny wę­dro­wać na oślep.

Gdy z no­wy­mi si­ła­mi zbie­ra­łem się do dal­szej wę­drów­ki, usły­sza­łem cichy dźwię­ki, przy­po­mi­na­ją­cy szu­ra­nie. Mia­łem wra­że­nie, że do­cho­dzi zza głazu i nie po­my­li­łem się. Po krót­kiej chwi­li coś zza niego wy­peł­zło.

Przy­glą­da­łem się z wiel­ką uwagą. Mi­nę­ło jed­nak tro­chę czasu, nim bez naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści mo­głem stwier­dzić, że kie­dyś był to czło­wiek. Młody chło­pak. Peł­zał na brzu­chu, zo­sta­wia­jąc za sobą krwa­wy ślad. Są­dząc po licz­nych ra­nach kłu­tych oraz po­wy­krę­ca­nych w nie­na­tu­ral­ny spo­sób koń­czy­nach, ktoś mu­siał sobie na nim nie­źle po­uży­wać. Zro­bi­łem krok na­przód i wtedy trup pod­niósł nieco głowę, od­sła­nia­jąc tym samym twarz. Zio­ną­ce po­nu­rą czer­nią dziu­ry znaj­do­wa­ły się w miej­scach oczu, a w roz­dzia­wio­nych ustach bra­ko­wa­ło ję­zy­ka. Po­stą­pi­łem ko­lej­ny krok, a nie­bosz­czyk po­wo­li i z wiel­kim wy­sił­kiem pod­niósł po­kracz­ną rękę. Drża­ła. Wy­da­wa­ło się, jakby chciał coś po­wie­dzieć, ale nie był w sta­nie. Nie mu­siał jed­nak nic mówić, do­sko­na­le wi­dzia­łem, co ta­kie­go chce mi prze­ka­zać.

Ru­szy­łem w kie­run­ku, w któ­rym wy­cią­gał się ko­ści­sty palec wska­zu­ją­cy.

 

12

 

Już dawna stra­ci­łem ra­chu­bę czasu, więc cięż­ko jest mi po­wie­dzieć, o któ­rej do­tar­łem do miej­sca spo­tkań sekty. Wy­glą­da­ło iden­tycz­nie jak ko­ściół w New Berry Town, z tą tylko róż­ni­cą, że na wieży bra­ko­wa­ło krzy­ża.

Nie mia­łem naj­mniej­szej ocho­ty za­sta­na­wiać się, skąd wzię­ła się taka bu­dow­la na środ­ku pola, więc od razu pod­sze­dłem do drzwi. Po­tęż­ne sta­lo­we wrota z całą pew­no­ścią były cięż­kie, ale dzię­ki do­bre­mu wy­wa­że­niu nie mia­łem żad­nych pro­ble­mów z ich otwar­ciem.

Fala ja­sne­go świa­tła tak gwał­tow­nie wdar­ła się po­śród mrok nocy, że aż byłem zmu­szo­ny za­mknąć oczy. Do­pie­ro po chwi­li mo­głem otwo­rzyć je po­now­nie i przyj­rzeć się wnę­trzu. Przede mną roz­cią­gał się ko­ry­tarz, wzdłuż któ­re­go po­usta­wia­no rzędy ławek. Wszyst­kie miej­sca były za­ję­te. Znaj­do­wa­ły się tam za­rów­no dzie­ci, mło­dzież oraz do­ro­śli. Każda z obec­nych osób miała za­ło­żo­ną maskę w kształ­cie tru­skaw­ki. Wszy­scy wpa­try­wa­li się we mnie i szep­ta­li mię­dzy sobą.

Ru­szy­łem w stro­nę oł­ta­rza. Nikt nie pró­bo­wał mnie po­wstrzy­mać. Za­trzy­ma­łem się do­pie­ro kilka me­trów przed nim. Pię­ciu ka­pła­nów ubra­nych w pur­pu­ro­we szaty sie­dzia­ło za ma­sy­wy sto­łem. Dwoje z nich zdję­ło maski. Jed­nym oka­zał się bur­mistrz, a dru­gim ksiądz.

Toż­sa­mość ka­pła­nów może lekko mnie zdzi­wi­ła, ale nie wstrzą­snę­ła. Lu­dzie na sta­no­wi­skach za­wsze dążą do wła­dzy, więc kie­ro­wa­nie sektą nie było aż tak za­ska­ku­ją­ce. Za­ska­ku­ją­ce było jed­nak to, co wy­da­rzy­ło się póź­niej.

Bur­mistrz wraz z po­zo­sta­ły­mi uczest­ni­ka­mi zgro­ma­dze­nia miło mnie przy­wi­tał. Po­gra­tu­lo­wał wy­bra­nia tak wspa­nia­łej mie­ści­ny, jaką nie­wąt­pli­wie – w jego uzna­niu – było New Berry Town na swój nowy dom. Sta­rał się mnie za­pew­nić, jak on i resz­ta miesz­kań­ców cie­szą się, że do ich wspól­no­ty do­łą­czy ko­lej­na osoba.

Chciał mówić dalej, ale wtedy po­sta­no­wi­łem mu prze­rwać. Chyba nie my­śle­li, że mógł­bym do­łą­czyć do kogoś, kto po­rwał mo­je­go przy­ja­cie­la. Nawet nie wie­dzia­łem, czy on nadal żyje. Wtedy na sali usły­sza­łem ciche śmie­chy. Od­wró­ci­łem się w stro­nę tłumu i za­uwa­ży­łem, że w jed­nym z pierw­szych rzę­dów po­wsta­ją trzy osoby. Nie­mal­że od razu po­zna­łem ich ubra­nia, lecz nawet, kiedy zdję­li maski nie umia­łem w to uwie­rzyć. Ro­dzi­na Diho rów­nież na­le­ża­ła do sekty.

Spoj­rza­łem na Mar­ku­sa, a ten tylko się uśmiech­nął, jakby chciał po­wie­dzieć, że to nor­mal­ne. Prze­cież każdy do niej na­le­ży. To wie­lo­po­ko­le­nio­wa tra­dy­cja.

Zszo­ko­wa­ny od­wró­ci­łem się z po­wro­tem w stro­nę ka­pła­nów. Ksiądz za­py­tał mnie, czy chcę do­łą­czyć do wspól­no­ty. Wtedy mnie za­tka­ło. Nie mia­łem po­ję­cia, co od­po­wie­dzieć. Od za­wsze po­wta­rza­no mi, że sekty są złe, ale Mar­kus wy­glą­dał na cał­kiem za­do­wo­lo­ne­go. Przez głowę prze­wi­nę­ły mi się dzie­siąt­ki pytań. Nie wiem, jak długo za­sta­na­wia­łem się nad od­po­wie­dzią, ale kiedy my­śla­łem już, że nie zdo­łam nic z sie­bie wy­du­sić, do głowy przy­szło mi naj­waż­niej­sze z pytań. Co z moimi ro­dzi­ca­mi? Nie­zwłocz­nie je za­da­łem.

Twarz bur­mi­strza przy­bra­ła inny wyraz. We­so­łość, uda­wa­na lub nie, prze­obra­zi­ła się w gry­mas zło­ści wy­mie­sza­ny z za­kło­po­ta­niem. Od razu po­czu­łem, że coś nie tak, lecz po­sta­no­wi­łem po­wtó­rzyć py­ta­nie. Nie mia­łem wy­bo­ru.

Bur­mistrz wy­ko­nał dło­nią ta­jem­ni­czy gest. Na za­da­ny sy­gnał jedna z osób za­sia­da­ją­cych w pierw­szym rzę­dzie po lewej wsta­ła i po­de­szła do kur­ty­ny za­kry­wa­ją­cej część tam­tej­szej ścia­ny. Za­ma­sko­wa­na po­stać po­cią­gnę­ła za zwi­sa­ją­cy sznur. Kur­ty­na za­czę­ła się prze­su­wać, od­sła­nia­jąc ukry­te za nią po­miesz­cze­nie.

 

13

 

Ze­sztyw­nia­łem. Prze­mie­rza­jąc mrocz­ne pole tru­ska­wek, uni­ka­jąc jed­no­cze­śnie Tru­skaw­ko­wych Dzie­ci, mo­głem spo­dzie­wać się do­słow­nie wszyst­kie­go. Głaz, który wy­glą­dał tak samo, jak ten na polu ro­dzi­ców, nieco mnie za­sko­czył. Wy­peł­za­ją­cy spod niego trup był już na­to­miast rze­czą oczy­wi­stą. Bu­dy­nek przy­po­mi­na­ją­cy tu­tej­szy ko­ściół był pew­ne­go ro­dza­ju nie­spo­dzian­ką, lecz nie taką, jak to, co uj­rza­łem w od­sło­nię­tej, małej celi.

Za so­lid­nie wy­glą­da­ją­cy­mi kra­ta­mi znaj­do­wa­ło się sied­mio­ro ludzi. Bez trud­no roz­po­zna­łem wśród nich mamę oraz tatę. Sie­dzie­li na pod­ło­dze, opie­ra­jąc się ple­ca­mi o ścia­nę. Po ich wy­glą­dzie oraz wi­docz­nych ra­nach mo­głem przy­pusz­czać, że zo­sta­li ska­to­wa­ni. Po­nad­to wszy­scy mieli skrę­po­wa­ne ręce oraz nogi, a oczy za­sło­nię­te czar­ny­mi opa­ska­mi.

Łzy same na­pły­nę­ły mi do oczu. Teraz już na­praw­dę nie wie­dzia­łem, co mam zro­bić. W po­ło­wie zszo­ko­wa­ny, a w po­ło­wie prze­ra­żo­ny spoj­rza­łem na ka­pła­nów za­sia­da­ją­cych na oł­ta­rzu, chcą usły­szeć ja­kie­kol­wiek wy­ja­śnia­nie. Ksiądz naj­wi­docz­niej zro­zu­miał, bo nie­mal­że na­tych­miast za­czął oma­wiać całą sy­tu­ację spo­koj­nym i bez­tro­skim gło­sem.

Oka­za­ło się, że gdy tylko ro­dzi­ce opu­ści­li cen­trum New Berry Town i wje­cha­li na drogę pro­wa­dzą­cą do są­sied­nie­go okrę­gu, zo­sta­li za­trzy­ma­ni. Grupa miesz­kań­ców z za­ło­żo­ny­mi ma­ska­mi, pod przy­wódz­twem jed­ne­go z ka­pła­nów za­blo­ko­wa­ła drogę. Jak mi wy­ja­śnio­no, opusz­cza­nie mia­sta na czas Wiel­kie­go Zbio­ru było rów­no­znacz­ne z sprze­ci­wia­niem się woli Tru­skaw­ko­we­go Wład­cy. Moi ro­dzi­ce nie mieli o tym po­ję­cia, dla­te­go pró­bo­wa­no im to wy­tłu­ma­czyć. Zło­żo­no nawet ofer­tę przy­stą­pie­nia do wspól­no­ty, lecz oni ją od­rzu­ci­li. Na­stęp­stwem tego było upro­wa­dze­nie oraz uwię­zie­nie ich w tym bu­dyn­ku.

Na ko­niec opo­wie­ści, ksiądz za­py­tał mnie, czy zo­sta­nę jed­nym z nich. Nie za­sta­na­wia­łem się ani mi­nu­ty. Sta­now­czo od­mó­wi­łem i w tym samym mo­men­cie po­czu­łem, jak czy­jeś dło­nie mocno za­ci­ska­ją się na moich ra­mio­nach. Na­past­nik sil­nym pchnię­ciem zmu­sił mnie, abym uklęk­nął.

Przez łza­wią­ce oczy uj­rza­łem ko­bie­tę, która przy­nio­sła kosz wy­peł­nio­ny po brze­gi tru­skaw­ka­mi. Po­ło­ży­ła go przed oł­ta­rzem. Znaj­do­wa­ły się w nim naj­więk­sze tru­skaw­ki, jakie kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem. Ich czer­wień była tak żywa, że aż zda­wa­ła się pło­nąć. Ka­pła­ni ze­szli z oł­ta­rza i po­de­szli do kosza. Zła­pa­li się za ręce i utwo­rzy­li wokół niego krąg. Jeden z tych, któ­rzy nie zdję­li maski, za­czął prze­ma­wiać. Mówił w obcym ję­zy­ku, z bar­dzo dziw­nym ak­cen­tem. Nie mo­głem zro­zu­mieć ani jed­ne­go słowa, ale każde brzmiał plu­ga­wo i zło­wro­go.

Tru­skaw­ki w koszu za­czę­ły się topić i zle­wać ze sobą, two­rząc jed­no­li­tą masę. Rosła oraz for­mo­wa­ła się w dzi­wacz­ne wzory, aby pod ko­niec pro­ce­su przy­brać kształt dwu­noż­nej isto­ty. Rysy po­two­ra po­wo­li sta­wa­ły się coraz wy­raź­niej­sze. Ma­syw­ne ciel­sko wy­glą­da­ło, jakby skła­da­ło się z ty­się­cy prze­pla­ta­ją­cych się ze sobą ma­łych, ciem­no­zie­lo­nych ło­dy­żek. Głowa na­to­miast skła­da się z mnó­stwa owo­ców tru­ska­wek, które pul­so­wa­ły, po­ru­sza­ły się i za­mie­nia­ły ze sobą miej­sca­mi.

Ka­pła­ni ro­ze­szli się na bok. Bur­mistrz i ksiądz z po­wro­tem za­ło­ży­li maski. Ten pierw­szy zdą­żył jesz­cze po­słać w moją stro­nę szy­der­czy uśmiech.

Do­pie­ro co przy­wo­ła­ny Tru­skaw­ko­wy Wład­ca wy­glą­dał na zdez­o­rien­to­wa­ne­go, lecz po chwi­li ru­szył chwiej­nym kro­kiem w stro­nę celi. Szedł po­wo­li, lecz z każ­dym kro­kiem jego chód sta­wał się pew­niej­szy.

Krzyk­ną­łem kil­ka­krot­nie. Więź­nio­wie w ogóle nie za­re­ago­wa­li. Naj­praw­do­po­dob­niej oprócz wzro­ku po­zba­wio­no ich rów­nież zmy­słu słu­chu. Gdy po­twór pod­szedł do krat, te nie otwo­rzy­ły się. Nie mu­sia­ły. Ło­dy­gi za­czę­ły prze­miesz­czać się po­dob­nie jak tru­skaw­ki, two­rząc wolne prze­strze­nie, w które bez pro­ble­mu mie­ści­ły się pręty. Tru­skaw­ko­wy Wład­ca prze­szedł przez nie ni­czym duch i roz­po­czął żer.

Wrzesz­cza­łem jak opę­ta­ny, nie mogąc ode­rwać wzro­ku od rzezi roz­gry­wa­ją­cej się w celi. Mon­strum do­słow­nie ro­ze­rwa­ło wszyst­kich na strzę­py. Wier­ci­łem się, wy­ry­wa­łem i star­łem uwol­nić, lecz przy­trzy­mu­ją­cy mnie męż­czy­zna był zbyt silny. Nie mo­głem nic zro­bić. Byłem bez­rad­ny. Prze­stra­szo­ny.

Po kilku mi­nu­tach Tru­skaw­ko­wy Wład­ca wró­cił zza krat. Tak jak my­śla­łem, pierw­sze, co zro­bił, to skie­ro­wał się w moją stro­nę. Stra­ci­łem wszel­ką na­dzie­ję. Nadal co praw­da wy­da­wa­łem z sie­bie roz­pacz­li­we wrza­ski, na­wo­ły­wa­łem o pomoc oraz pro­si­łem o li­tość. Nic to nie dało. Żad­ne­go od­ze­wu. Gdy stwór zbli­żył się do mnie, po­czu­łem, jak po­pusz­czam. Cie­pły mocz po­ciekł mi po udach.

Ostat­kiem sił zdo­ła­łem od­wró­cić głowę w stro­nę, gdzie znaj­do­wa­ła się ro­dzi­na Diho. Mia­łem na­dzie­ję uj­rzeć zroz­pa­czo­ną twarz Mar­ku­sa. Pra­gną­łem wie­rzyć, że na­praw­dę się za­przy­jaź­ni­li­śmy i moja śmierć bę­dzie dla niego ogrom­nym cier­pie­niem. Nie chciałem umie­rać z myślą, że te dni spę­dzo­ne z nim były zwy­kłą grą.

Nadal tam stali, ale ich twa­rze skry­wa­ły się już za ma­ska­mi. Smu­tek ogar­nął moje serce i nie­mal­że cał­ko­wi­cie za­stą­pił strach. Kątem oka do­strze­głem, jak Tru­skaw­ko­wy Wład­ca roz­dzia­wia usta, a przy­naj­mniej coś, co mogło nimi być, i uka­zu­je białe, ostre kły. Szy­ku­jąc się na śmierć, ostat­ni raz spoj­rza­łem na Mar­ku­sa i nie mo­głem uwie­rzyć moim oczom. Na szyi do­strze­głem kilka lśnią­cą w bla­sku lamp stru­żek. On pła­kał. Na­praw­dę było mu przy­kro. Wtedy mo­głem śmia­ło na­zwać go moim przy­ja­cie­lem. Uśmiech­ną­łem się do niego.

Tam­tej nocy umar­łem.

Koniec

Komentarze

Mnie nie wystraszyło, ale to nie taka łatwa sprawa. Za to tekst chyba nieźle wpisuje się w wymagania konkursu.

Gorzej z wykonaniem – pierwsza literówka już w pierwszym akapicie, dalej też nie jest jakoś szalenie dobrze.

To właśnie w takich miejscach osiedlają się znudzone miejskim życiem osoby przeżywający dodatkowo kryzys wieku średniego.

Wspomniana literówka.

Patrząc z obecnej perspektywy było to wręcz niemożliwe,

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu.

Babska logika rządzi!

Kim89, jeśli tylko napisanie tego tekstu sprawiło ci tzw. Frajdę.

Serdecznie doradzam, mieć,  w ekhm, nazwijmy to “w de” wszystkie literówki, nawet te z pierwszej linii…  ;)  

Co wcale nie odnosi się  do oceny Twojego tekstu. Nie czytałem jeszcze ;) 

 

Nie biegam, bo nie lubię

Przeczytałam i nawet troszkę się bałam. Jednak dla mnie zbyt rozciągnięte to opowiadanie – szczególnie przydługi jest wstęp. 

Co do literówek Finkla ma rację: niektóre rozśmieszają, a niektóre wybijają z czytania.  Nie chciało mi się wypisywać wszystkich, bo zajęłoby to zbyt dużo czasu. Przejrzyj jeszcze raz, skupiając się właśnie na poprawności zapisu.

Nie ciachałem umierać z myślą, że te dni spędzone z nim były 

jak czyjeś dłonie mocno zaciskają cię na moich ramionach

Zdecydowanie za dużo tego, takie potykanie się i zastanawianie, co miało być, nie wpływa dobrze na odbiór tekstu.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dyżur, coś napisać wypadałoby…

Hm.

A, już wiem.

Przestraszyłem się i ucieszyłem jednocześnie. Źródłem strachu nie był jednakże Truskawkowy Władca. Reszta niech pozostanie milczeniem.

Wpis obserwacyjny.

Widać, że Autor starał się stworzyć nastrój grozy i poniekąd ten zabieg się powiódł, ale cały efekt zniszczyło wykonanie. Nie mogłam się bać, gdy co rusz chciało mi się śmiać. Dwa przykłady, bo nie sposób przytoczyć wszystkie zdania, wymagające poprawy:

 

Pró­bo­wa­li­śmy ugryźć jabł­ko za­wie­szo­ne na sznur­ku bez uży­cia rąk.

 

Są­dząc po licz­nych ra­nach ku­tych oraz po­wy­krę­ca­nych w nie­na­tu­ral­ny spo­sób koń­czy­nach, ktoś mu­siał sobie na nim nie­źle po­uży­wać.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Faktycznie, niektóre literówki dają przeciwny efekt od zamierzonego. Klasyczny horror – miasteczko z kultem. Zastanawiające, że historię opowiada trup (jak i komu?) – ach, ten pierwszoosobowy narrator.:)

To właśnie w takich miejscach osiedlają się znudzone miejskim życiem osoby przeżywający dodatkowo kryzys wieku średniego.

przeżywające

Rodzice, chcą zaoszczędzić jak najwięcej pieniędzy, postanowili zasiedlić pustostan.

chcąc

Dom położony był na uboczu, przez co od najbliższego sąsiada dzieliły nas dwa kilometry w linii prostej.

Straciłem wszelką nadzieje.

nadzieję

Melduję, że przeczytałam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Znów klasyka – niewielka, sekciarska społeczność z własnym duchem. Pomysł nie najgorszy, ale zepsuty wykonaniem.

Dużo literówek, które niszczą, poza tym nie najgorzej budowaną, grozę.

Co mi poza tym nie gra, to błędy logiczne. Jak na przykład ten – z jednej strony piszesz, że jest miasteczko (z polami?), ale najbliższy sąsiad mieszka dwa kilometry od domu bohatera.

Opowiadanie zyskałoby na dialogach. Mowa zależna nie jest najlepszym rozwiązaniem. Nie czyta się tego jak opowiadania, tylko streszczenie.

Dreszczyku nie poczułam, ale to chyba bardziej przez wykonanie. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Historia trochę jak z opowieści  krypty – to znaczy w swojej konwencjonalności całkiem fajna. Rzeczywiście jednak pewna nieporadność wykonania psuje efekt. Za dużo dowiadujemy się z narracji, która – tak na marginesie jest niezbyt konsekwetna: bohater niby jest dzieciakiem, a mówi jak dorosły. Być może jednak narrator trzecioosobowy byłby lepszym rozwiązaniem. Nastrój grozy jest – ale taki pulpowy. Truskawy odegrały stosowną rolę, znaczy są przedmiotem kultu : P

I po co to było?

Mnie niestety nie urzekło. Sztampa od początku do końca, jedynym oryginalnym elementem są truskawki. Tylko że one, kurczę, za cholerę nie wywołają u mnie nastroju grozy. Jeśli przedstawiłbyś opowieść o Truskawkowym Władcy jako parodię horroru, pastisz, to myślę że połączenie grozy z truskawkami mogłoby przejść. W obecnej formie wszystko jest już zbyt ograne, by mnie przekonało. :(

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

najbliższego sąsiada dzieliły nas dwa kilometry w linii prostej. Sąsiadami okazała – może jakoś zastąpić słowo “sąsiad”? Propozycje: kum, tubylec, blisko zamieszkały || najbliższej mieszkających ludzi dzieliły nas dwa…

że co roku -[+] dwudziestego ósmego czerwca -[+] odbywa

tam zbiór truskawek. Wszyscy mieszkańcy zbierali się na polach – powtórzenie; mieszkańcy gromadzili się

Zasadniczo to truskawki na koniec czerwca mają się ku końcowi. Takie Wielkie Zbieranie powinno być raczej w połowie lub na początku miesiąca.

zwiedzając miasteczko,[-] czy też włócząc – bez przecinka na zasadzie: to czy tamto, przecinek przed “czy” stawiamy w pytaniach

Czy to burmistrz, który osobiście odwiedził moich rodziców kilka dni po przeprowadzce.[!] Czy też sklepikarz, który nierzadko częstował mnie i Markusa łakociami. – te zdania nie powinny być podzielone kropką

trzy dni w domostwie państwa Diho – 13-latek po 5 dniach trafia do obcych ludzi… no… średnio to widzę

mogli tego uświadczyć – raczej doświadczyć, bo uświadczyć oznacza napotkanie czegoś, kogoś

odczuwaniem zagrożenia,[-] czy też degustacją – zbędny przecinek

Nie bardzo kupuję tak dokładnie zapisywane daty. Narracja prowadzona jest scenkowo; ani ziębi, ani grzeje. Grozy w opowiadaniu nie znalazłem. Jest trochę błędów, a choć całkiem sprawnie napisane, to z pewnością styl nie wyróżnia się zupełnie niczym i nie jest dla mnie atrakcyjny.

Nowa Fantastyka