- Opowiadanie: kongogi - Wampir

Wampir

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Wampir

Zanim otworzył oczy, poczuł snujący się w chłodnym, wilgotnym powietrzu, zapach. Wspaniały. Taki, jaki najbardziej lubił. Słodki i ciepły. Podniósł się z łoża i usiadł ciężko, podpierając zgięte wpół ciało, opartymi na kolanach rękami. Pomiędzy włosami okalającymi opuszczoną twarz coraz wyraźniej wirowała smakowita woń. Nie otwierając ust wciągnął mocno powietrze i przytrzymał je, aż poczuł ból w klatce piersiowej. Chciał jeszcze przez chwilę sycić się wspaniałym zapachem. Zawsze tak robił. Nigdy nie zaczynał od razu jeść. Najpierw musiał poczuć smak przez nozdrza, by potem wypełnić nim usta i dopiero zaspokoić głód. A ten był potężny, bowiem nie jadł od bardzo dawna. Wstał szybko i podszedł do szafy. Jej starodawne drzwi otworzyły się ze skrzypieniem. Słońce już skryło się za horyzontem, lecz odrobina bladego światła, wpadała do pomieszczenia przez brudne szyby, oświetlając wnętrze szafy i wyławiając z niego rząd śnieżnobiałych koszul. Wyciągnął pierwszą lepszą, ale widząc rdzawe plamy na rękawach, rzucił ją na łóżko.

– Nie, nie. Dziś jest święto. Początek sezonu – przełykając ślinę powiedział drżącym z podniecenia głosem – muszę mieć czystą.

 

Po ciężko przepracowanym dniu nie miała nawet siły się umyć. Gdy tylko wróciła do pokoju, zrzuciła tylko buty i w ubraniu rzuciła się na łóżko. Nie próbując nawet przeciwstawić się ciężarowi opadających powiek, zamknęła oczy. Zdążyła jeszcze tylko pomyśleć o tym, że następnego dnia znów czeka ją mozolna, ciężka praca i zapadła w głęboki sen. Poplamione sokiem ubranie i czerwone od niego dłonie pachniały mocno.

Czerwona tarcza słońca spadającego wolno po nieboskłonie, prawie już zniknęła za pobliskimi drzewami. Po upalnym dniu zrobiło się nieco chłodniej, a wychylającym się zza drzew cieniom towarzyszyły powiewy przenikliwej wilgoci. Pierwszy dzień zbiorów zakończył się. Cała grupa zbieraczy rozeszła się i ciągnące się aż do odległego lasu truskawkowe pole opustoszało. Jeszcze przez chwilę tu i ówdzie słychać było pojedyncze głosy, które szybko umilkły, robiąc miejsce dźwiękom tykających pomiędzy grządkami świerszczy. Pozostał w powietrzu jedynie intensywny zapach truskawek, który z każdą chwilą bladł , aż wreszcie rozpuścił się w zapadających ciemnościach, by powrócić dopiero następnego dnia. Pokrywający się ciemnością, nieruchomy krajobraz w pewnej chwili zadrżał. Pomiędzy rosnącymi wzdłuż pola krzakami coś się poruszyło. Niczym zwierzę przedzierające się poprzez gęste gałęzie, na pole wydobył się z pomiędzy nich smukły cień. Nie było to jednak zwierzę. Była to postać ludzka. A właściwie przypominająca ludzką. Cień przystanął, jakby nasłuchując i po krótkiej chwili ruszył w stronę domku, w którym zniknęła kobieta. Przemierzając kolejne metry, jakie dzieliły go od domku, zdawał się sunąć ponad grządkami, jakby jakimś czarodziejskim sposobem nie musiał stopami dotykać ziemi.

 

Odczekał jeszcze chwilę, aby być zupełnie pewnym tego, że ostatnie promienie słońca nie dosięgną go. Jego dom wybudowany kilka wieków temu stał w niewielkiej dolinie i stwór doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że mimo iż wokół domu panuje już półmrok, za wzgórzem mogą jeszcze świecić ostatnie promienie słońca. Ze zniecierpliwieniem wdychał przesycone słodkim zapachem powietrze, które lekki powiew wiatru przyciągał z pobliskiej uprawy truskawek. Prawie czuł już w ustach tętniący życiem czerwony sok i z ogromną trudnością opierał się odwiecznemu instynktowi, chcącemu porwać go tam skąd dochodziła smakowita woń. Wreszcie, gdy pomarańczowe plamy na pobliskich drzewach zniknęły, był już pewien tego, że może ruszyć. Puścił się biegiem, skracając drogę przez gęste zarośla i płosząc zwierzęta. Przystanął na sekundę węsząc niby szukający tropu wilk, by zaraz, widząc już cel, popędzić jeszcze szybciej. Dopiero, gdy znalazł się przy drzwiach, zatrzymał się. Nie chciał po prostu wejść i rzucić się na ofiarę. Zawsze najbardziej mu smakowała, gdy wcześniej sycił się jej zapachem i oczekiwaniem na to, aż wbije kły w delikatną skórę i zakosztuje życiodajnego soku. Poza tym doskonale wiedział, że nie musi się śpieszyć. Miał przed sobą całą noc. Dlatego podszedł do niewielkiego okienka i zajrzał do wnętrza domku. Wychylająca się zza wzgórza tarcza księżyca promieniowała jedynym światłem, jakie mógł znieść. Srebrzyste promienie wpadały za jego spojrzeniem i omiatały śpiącą na łóżku dziewczynę. Obok łóżka na niewielkim stoliku stał duży półmisek wypełniony po brzegi truskawkami. Było ich tak dużo, że część z nich wysypała się na obrus, znacząc go niewielkimi plamami. Poza tym w pokoju stało jeszcze tylko krzesło i niewielka szafka, a obok drzwi poza rzuconymi bezładnie butami piętrzył się stos pustych kobiałek. Spojrzał jeszcze raz na dziewczynę. Spała w ubraniu z rozrzuconymi na boki rękami. Wiedział doskonale, że była zmęczona, miał prawo więc mieć nadzieję na to, że nie zbudzi się nawet. Oczyma wyobraźni odgarniał jej włosy i patrzył na pulsujące w świetle księżyca żyły. Tocząca się w nich krew była jego celem. To po nią tu przyszedł. To jej zapach pragnął poczuć i jej smaku zakosztować. Ciepłej, słodkiej i życiodajnej. Znów podszedł do drzwi, rozejrzawszy się uprzednio. Nieruchome pole truskawek posrebrzone delikatnym światłem księżyca odpoczywało po całym dniu. Nie sądził, aby ktoś mógł go zaskoczyć, ale wolał być ostrożny. Delikatnie nacisnął klamkę i popchnął drzwi. Zamek puścił i drzwi niemiłosiernie skrzypiąc otworzyły się. Dziewczyna poruszyła się, ale hałas jej nie zbudził. Wampir szczupłą dłonią zatrzymał skrzydło, wsunął się do pokoju przez wąską szczelinę pomiędzy drzwiami, a framugą i bezszelestnie podszedł do łóżka. Z każdym krokiem przybliżającym go do ofiary, coraz intensywniej czuł pulsowanie jej krwi. Uczucie było tak mocne, że poczuł zawroty głowy. Być może było to spowodowane wyjątkowością ofiary, a może tylko długotrwałym głodem. Nie miało to teraz znaczenia. Był u celu i wiedział, że za chwilę wpije kły w szyję dziewczyny i posili się karmazynowym napojem. Będzie miał władzę nad jej życiem. Będzie mógł osłabioną i zlęknioną pozostawić w tym domku, albo wyssać z niej życie do ostatniej kropli i uśmiercić ją tak, jak uczynił to z poprzednimi swoimi ofiarami. Jeszcze nie wiedział, jak postąpi. Spoglądając na śpiącą, usiadł delikatnie obok niej na łóżku i powolnym ruchem dłoni odgarnął włosy zasypujące bladą szyję. Zdawało mu się, że tętniąca pod cienką skórą krew pulsuje właśnie dla niego, wołając go i prosząc o to, aby uwolnił ją z ciasnych objęć żył i pozwolił umknąć. Cierpliwie sycił się widokiem poruszającej się delikatnie skóry. Aż wreszcie gdy nie chciał już dłużej czekać, delektować się patrzeniem tylko i powstrzymywać się przed zatopieniem zębów w skórze dziewczyny, postanowił rozpocząć rytuał. Pochylił się nad dziewczyną i wdychając jej zapach otworzył usta. Lecz wciągając nozdrzami powietrze poczuł coś jeszcze. Słodki zapach skóry zmieszał się z czymś jeszcze słodszym. Z czymś, czym przesiąknięte było całe pomieszczenie. To zapach leżących w półmisku truskawek tak go zmylił. Był wszędzie. Wampir dopiero teraz go poczuł. A może czuł go cały czas? Czyżby dla niego właśnie tu przyszedł? Niemożliwe. Próbował nie myśleć o owocach i wbić wreszcie kły w życiodajne źródło, ale nie potrafił. Zapach truskawek stawał się coraz bardziej intensywny i zniewalający. „Mam jeszcze dużo czasu” – przeszło mu przez myśl. Wiedział, że nie musi się spieszyć, podniósł się więc z łóżka i podszedł do stolika. Pochylił się nad półmiskiem i wciągając nosem powietrze westchnął. Jakże dawno nie kosztował tych smakowitych owoców. Ileż czasu upłynęło odkąd zaczął żywić się krwią. Nie mógł się powstrzymać i choć wiedział, że będzie to musiał odchorować sięgnął dłonią w kierunku półmiska i schwycił długimi paznokciami najdorodniejszą z truskawek. Przytknął do ust i poczuł na wargach delikatną chropowatą skórkę. Zatopiwszy w niej zęby, nie ścierając płynącego po brodzie soku, szybko sięgnął po kolejną. Lekko kwaskowa cudowna słodycz rozlała się po ustach powodując, że wampir z rozkoszy przymknął oczy i usiadł na krześle. Smak wydał mu się delikatniejszy i bardziej subtelny niż najlepsza krew, jaką pił w swoim długim życiu. Przywodził na myśl ciepłe czerwcowe dni i promienie słońca pląsające pośród gałęzi drzew. To, czego tak bardzo mu brakowało. Jakże chciałby móc spojrzeć na świat za dnia. Jakże pragnął zakosztować dotyku ciepłego słońca. Poczuć jego na skórze jego przebiegające promienie. Sięgnął po kolejną i kolejną z truskawek, coraz bardziej pogrążając się w rozmarzeniu i prawie zapominając o leżącej na łóżku dziewczynie. „O tak” – pomyślał – „Dla takiej rozkoszy warto by umrzeć”. Nie mógł jeszcze wiedzieć, że pomyślał o czymś, co mogło się niebawem wydarzyć, zupełnie bowiem zatracił się w jedzeniu wspaniałych owoców i nie kontrolując upływu czasu, wciąż siedział przy stoliku rozsmakowując się w jedzeniu truskawek. Upływały minuty i godziny, a on zaklęty w nieruchomej prawie pozie, sięgał powolnym ruchem do półmiska i rozgryzając kolejną truskawkę błądził swym umysłem po najwspanialszych zakątkach świata. W pewnej chwili dłoń trafiła w pustkę i usłyszał tylko dźwięk puknięcia twardego paznokcia o szklaną powierzchnię naczynia. Otworzył oczy i zdumiony spostrzegł, że półmisek jest już pusty. Nawet truskawki rozsypane wokół niego zniknęły pozostawiając tylko ciemne plamy na obrusie. Zjadł wszystkie. Chciał podnieść się z krzesła, ale w tej chwili dosięgnął go wpadający do pokoju pierwszy promień czerwcowego słońca. Wampir zachwiał się sycząc z bólu. Nie spodziewał się go. Tak szybko minęła mu noc. Wiedział, że jeśli teraz nie podniesie się od stołu i nie ucieknie w mrok, zginie w promieniach wschodzącego słońca. Spłonie pozostawiając po sobie jedynie wątły cień, którego nawet być może nikt nie dostrzeże. Nie potrafił jednak się przemóc. Intensywny aromat tak bardzo go odurzył, że nie miał mocy aby rzucić się do ucieczki. Dziewczyna poruszyła się mrucząc coś przez sen, ale odgłos wijącego się w cierpieniu potwora nie zbudził jej.

 

– Podobno w tej okolicy kiedyś grasowały wampiry – krzyknął chłopak.

Dziewczyna podniosła wzrok znad grządki i z trudnością prostując obolałe plecy roześmiała się.

– No co? Słyszałem od miejscowych. W barze opowiadali jakieś starodawne historie – rzucił w jej stronę nieco speszony.

– Nie, nie z śmieję się z tego, co mówisz, tylko … – przerwała nie mogąc powstrzymać się od kolejnej fali śmiechu – … tylko z tego, jak wyglądasz.

Zdziwiony chłopak przygładził włosy i pytającym wzrokiem spojrzał w stronę koleżanki. A ta, wciąż zanosząc się śmiechem, wykonała dłonią okrężny ruch wokół ust.

– Sam wyglądasz jak wampir – wykrztusiła wreszcie i powróciła do pracy.

Rzeczywiście, czerwone plamy truskawkowego soku wokół ust chłopaka i kawałki owoców pozostałe pomiędzy zębami, upodabniały go nieco do krwiopijcy, ale mimo wszystko wyglądały bardziej komicznie, niż strasznie. Chłopak jednak nie odezwał się więcej do koleżanki, jakby nie chciał narazić się na kpiny z jej strony. Wrócił do pracy mrucząc pod nosem.

– Nie chce, to niech nie wierzy.

Dziewczyna jeszcze chwilę pochichotała i wreszcie zamilkła zagłębiając się w pracy. Przez myśl przeszło jej tylko wspomnienie dziwnego zdarzenia, jakie miało miejsce kilka dni wcześniej. Nie wspominała o nim nikomu, bo uznała, że i tak nikt by jej nie uwierzył, ale teraz, gdy usłyszała to, co powiedział jej kolega, skojarzyła fakty i na chwilę zamarła przerażona.

Obudziła się tego ranka i zaskoczona tym, co zobaczyła ze zdumieniem przetarła zaspane oczy. Na stole, na którym dzień wcześniej zostawiła całą górę truskawek nie było ani jednej. Wszystkie zniknęły. Pozostały po nich tylko rozchlapane plamy soku i długie, cienkie ślady na obrusie. Cztery wijące się, czerwone linie, niczym smugi zarysowane próbującą coś schwycić dłonią. Lodowaty dreszcz przeszedł jej po plecach. Do tego uchylone drzwi. Ktoś był w nocy w jej pokoju. Od tego czasu, przed pójściem spać, sprawdzała dokładnie, czy drzwi są zamknięte. Nic podobnego jednak się więcej nie zdarzyło i dziewczyna zapomniała o tym.

W czasie przerwy podeszła do kolegi i siadając obok niego zagadnęła.

– Nie gniewasz się?

– No, coś ty. Pewnie, że nie – odpowiedział, znów ukazując wampirze uzębienie.

Tym razem dziewczynie nie było do śmiechu.

– Wiesz, może opowiedziałbyś mi o tych wampirach – spytała cicho – chętnie bym wysłuchała takich historii.

Zmieszany chłopak, nie wiedząc, czy dziewczyna kpi sobie z niego, czy poważnie chce, aby opowiedział jej co słyszał od miejscowych, spojrzał jej w oczy i powoli zaczął mówić.

– Gdzieś tu nieopodal jest dom. Bardzo stary dom. Z opowieści wynika, że gdzieś w tą stronę – powiedział wyciągając rękę w kierunku lasu – Opuszczony przed kilkuset laty popada w ruinę i nikt nie wie kto jest jego właścicielem.

– Czyli co? W tym lesie?

– Nie, nie. Za lasem. Ale niedaleko – odparł chłopak, wypełniając usta kanapką.

– To twoje „niedaleko” zabrzmiało, jakbyś chciał tam iść – powiedziała dziewczyna, zawieszając nad ostatnim słowem maleńki znak zapytania.

Chłopak nie mógł odpowiedzieć, gdyż usta miał wypełnione jedzeniem. Pokręcił więc przecząco głową, a dziewczyna skinęła na znak zrozumienia. Przełknął wreszcie zbyt duży kęs i łapczywie wdychając powietrze zaczął mówić dalej.

– Właściwie to słyszałem, że tak naprawdę to on nie jest opuszczony – wzrok obydwojga spotkał się – podobno co jakiś czas, nocą można dostrzec ciemną postać przemykającą tylnym wejściem, ale tak naprawdę nikt jeszcze jej nie spotkał.

– Nikt? Więc skąd podejrzenia o to, że to wampir?

Chłopak głośno przełknął ślinę i drżącym głosem powiedział.

– Prawie nikt.

Jego słowa przez chwilę brzmiały jeszcze w głowie dziewczyny, niczym powielone echem. Przez plecy przeszedł jej dreszcz. Nagle, mimo że palące słońce lało się z nieba strumieniami, starając się przedostać przez słomkowe kapelusze zbieraczy, zrobiło jej się zimno. Znów przypomniała sobie czerwone plamy na obrusie w pokoju i niedomknięte drzwi. I jeszcze coś. Jakiś drżący w pomieszczeniu niepokój. Coś, czego nie można było zobaczyć, ale dało się odczuć całym ciałem. Jej twarz znieruchomiała, a wbite w chłopaka oczy skłoniły go do kontynuowania opowieści.

– Podobno pewna kobieta – zaczął powoli – spotkała kiedyś tą postać, gdy ta chyłkiem przemykała w stronę wsi. Przerażona opowiedziała potem ludziom o tym spotkaniu i nawet opisała wampira.

– Widziała go z tak bliska, że potrafiła go opisać?

– Tego nie wiem, ale następnego dnia znaleziono ją na leśnej drodze rozszarpaną przez wilki.

– Albo przez wampira – wycedziła powoli dziewczyna.

Chłopak nie odpowiedziawszy rozłożył ręce. Przez chwilę siedzieli bez słowa obok siebie i kończyli jeść kanapki.

– Poza tym od tych kilkuset lat w okolicy często zdarzały się przypadki zaginięć, albo zagryzienia przez zwierzęta – przerwał ciszę chłopak – miejscowi mówią, że do dziś to się zdarza. Może nieco rzadziej, ale się zdarza.

– A policja? Co na to policja?

– Nie wiem – wzruszając ramionami, odparł chłopak.

Znów zapadła chwila ciszy. Zakłócało ją co chwila cykanie świerszczy i bzyczenie uwijających się pośród grządek owadów. Od strony lasu powiał delikatny wietrzyk, chłodząc zmęczone gorącem twarze i osuszając przepocone koszule. Wreszcie dziewczyna, ze wzrokiem wbitym w ziemię, spytała.

– Wierzysz w to?

– Koniec przerwy! – zagrzmiał głos brygadzisty – wracamy do praaacy!

Krzyk mężczyzny zagłuszył odpowiedź, więc chłopak powtórzył ją.

– Może wyda ci się to śmieszne, ale trochę wierzę.

Oboje podnieśli się ciężko i bez słowa znów zaczęli odrywać dorodne owoce od krzaczków. Przez chwilę w głowie dziewczyny kołatała się jeszcze historia, którą opowiedział chłopak. Była przerażająca i nieprawdopodobna. Wampiry. Żywiące się ludzką krwią potwory. Podniosła do ust zerwaną przed chwilą truskawkę i czując wspaniały smak i aromat rozgryzanego owocu, przymknęła z rozkoszą oczy. „Czy nie mogły by żywić się truskawkami?” – pomyślała uśmiechając się blado.

 

Koniec

Komentarze

Witamy w konkursie ; )

I po co to było?

Witam również i zachęcam do komentowania.

Tylko jakby  nawet mi tu nie pasuje coś.

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Są truskawki, jest wampir, ale gdzie zapodziały się horror i groza?

Opowiadani złożone z monotonnego i przydługiego opisu skradania się wampira, a potem pogaduszek o wampirze, to chyba trochę za mało. Jak na truskawkowy szał, szału nie ma.

Zlekceważona interpunkcja skutecznie utrudnia lekturę. :-(

 

Gdy tylko wró­ci­ła do po­ko­ju, zrzu­ci­ła tylko buty i w ubra­niu rzu­ci­ła się na łóżko. – Powtórzenia.

 

na pole wy­do­był się z po­mię­dzy nich smu­kły cień. – …na pole wy­do­był się spo­mię­dzy nich smu­kły cień.

 

Prze­mie­rza­jąc ko­lej­ne metry, jakie dzie­li­ły go od domku… – Prze­mie­rza­jąc ko­lej­ne metry, które dzie­li­ły go od domku… 

 

De­li­kat­nie na­ci­snął klam­kę i po­pchnął drzwi. […] Wam­pir szczu­płą dło­nią za­trzy­mał skrzy­dło, wsu­nął się do po­ko­ju przez wąską szcze­li­nę po­mię­dzy drzwia­mi, a fra­mu­gą i bez­sze­lest­nie pod­szedł do łóżka. – Nie znam się na wampirach, ale zdaje mi się, że wampir, aby mógł wejść do czyjegoś mieszkania, musi zostać zaproszony.

 

Po­czuć jego na skó­rze jego prze­bie­ga­ją­ce pro­mie­nie. – Dwa grzybki w barszczyku.

 

– Nie, nie z śmie­ję się z tego, co mó­wisz, tylko … – prze­rwa­ła nie mogąc po­wstrzy­mać się od ko­lej­nej fali śmie­chu – … tylko z tego, jak wy­glą­dasz. – Dwa grzybki w barszczyku. Zbędne spacje przed wielokropkami. Źle zapisany dialog.

Zajrzyj tu: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Z opo­wie­ści wy­ni­ka, że gdzieś w  stro­nę… – Z opo­wie­ści wy­ni­ka, że gdzieś w stro­nę

 

Po­dob­no pewna ko­bie­ta – za­czął po­wo­li – spo­tka­ła kie­dyś po­stać… – …spo­tka­ła kie­dyś po­stać

 

bez słowa znów za­czę­li od­ry­wać do­rod­ne owoce od krzacz­ków. – Raczej: …zry­wać do­rod­ne owoce z krzacz­ków.

 

„Czy nie mogły by żywić się tru­skaw­ka­mi?” „Czy nie mogłyby żywić się tru­skaw­ka­mi?”

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

OpowiadaniE* złożone – Hell YEA! ;D

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Chylę głowę przed krytyką.

Przede wszystkim w oczy rzucają się przecinki postawione zgodnie z zasadą, zdaje się, losowości, a nie poprawnej interpunkcji. Poza przecinkami widać, że starałeś się, żeby tekst napisany był solidnie i kwieciście, ale niestety warsztatowo nie podołałeś wszystkim środkom stylistycznym, których chciałeś użyć. 

Sama historia jest generalnie ciekawa, ale widać, żeś waść niewprawny w pisarskim rzemiośle. Nie jest to jednak coś, czego nie dałoby się naprawić odrobiną praktyki.

No to cieszę się, że komuś się choć odrobinę spodobało.

Nie odmeldowałam się? To przepraszam.

Melduję, że przeczytałam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Czasem, tak nagle, niespodziewanie wkrada się w tekst szyk przestawny. Trochę to niekonsekwentne. Przeszkadzało mi w czytaniu – szczególnie tego długaśnego akapitu, w którym horror staje się jakąś karykaturą. Dużo tu truskawek, nawet klasyczny jest wampir, ale to nijak nie jest opowiadanie grozy. Rozumiem wymogi konkursu, ale pomysł mi się nie spodobał.

Trochę jest tutaj niedociągnięć, choć całość nie tak źle napisana. To co najbardziej rzuciło mi się w oczy i spamiętałem (tak, że grzech nie wypisać):

„Cała grupa zbieraczy rozeszła się i ciągnące się aż do” – dziwnie wygląda tyle „się” w jednym wersie; może da się to jakoś obejść?

„na pole wydobył się (…) cień” – nie podoba mi się czasownik, nie pasuje; może lepiej: wysunął, pojawił, ukazał?

„gdzieś w tą stronę” – tę stronę

 

Życzę dobrych pomysłów.

Dziękuję za uwagi.

Spodobał mi się pomysł na wampira, który daje się skusić truskawkom bardziej niż krwi.

Niby jest potwór, ale brakło realnego poczucia grozy. Gdzieś tam ją wyczuwałam, schowaną za potokiem słów, ale za słabą, by wywarła odpowiednie wrażenie. I moim zdaniem, gdyby to dopracować, to mogłoby wyjść ciekawe opowiadanie z dreszczykiem pod kątem odczuć właśnie wampira, a nie jego potencjalnej ofiary. Niby stworzenie nocy, polujące na niewinnych ludzi, ale to w sumie ono pada ofiarą. Tak przewrotnie i pokrętnie. 

Nie wiem, czy to dokładnie miałeś na myśli, ale odnoszę wrażenie, że tak.

Niestety, opowiadanie poległo na polu wykonania. Mam wrażenie, że dopiero zaczynasz przygodę z pisaniem. Starasz się, jednak w tekście znalazło się sporo błędów. To co mnie osobiście najbardziej przeszkadzało w czytaniu, to liczne powtórzenia, kulejąca interpunkcja i ten jeden gigantyczny blok tekstu, który powinien być podzielony na kilka akapitów. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Wampiry – ble… :( Wampiry wpierniczające truskawki – ciekawostka! Teoretycznie ciekawostka, bo pomysł został zepsuty wykonaniem. Opis skradania się był tak rozmemłany/rozwleczony/nudny/zbyt długi/nic nie wnoszący i przez to bezsensowny, że nawet zakończenie nie było w stanie uratować tekstu; z drugiej strony – ono do najlepszych również nie należało. 

Sorry, taki mamy klimat.

Początek z wampirem łasym na truskawki w miarę pomysłowy, tylko zepsuty przez nadmierne opisy i kobylaste akapity. Ale końcowy dialog mnie wynudził i nie wiem w sumie, jaką rolę pełnił w tekście.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Nowa Fantastyka