- Opowiadanie: SHADZIOWATY - Wizualnie Niewidzialni

Wizualnie Niewidzialni

W researchu sięgnąłem do źródła i zaopatrzyłem się w stosowny litraż domowego koktajlu truskawkowego. Nie żałuję! Największym horrorem było pocięcie tego tekstu, bo miał zamknąć się w 22k, a skończyło się na 38k. Trochę trzeba było Stihlem nad nim powaflować...

Wszelkie uwagi mile widziane, miłej lekt... Strasznej lektury.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

bemik, Unfall

Oceny

Wizualnie Niewidzialni

Moja historia zaczyna się na pewnym starym cmentarzu. Nie jestem żadnym duchem, ani trupem, byłem tam w gościach. Miałem wtedy dwanaście lat, a minęło ich już ponad drugie tyle. Wciąż jednak czuję na sobie ten chłodny deszcz, tłukący o nadgryzione zębem czasu nagrobki. Tę tragiczną w skutkach, listopadową noc. Siedziałem tam na rozklekotanej ławce, z nogami podciągniętymi pod brodę, trzęsąc się z zimna. Kosmyki włosów przykleiły mi się do czoła, a koszulka przylgnęła do skóry. Nie zabrałem ze sobą żadnej kurtki, wybiegłem z domu tak jak stałem. Byłem zły na ojca, który kolejny wieczór z rzędu upił się i chrapał jak odyniec. Miałem go już dość, a jedyne miejsce, które przyszło mi na myśl, z bezpieczeństwem wcale się nie kojarzyło. Mimo mroku cmentarza, pohukiwania sów, szelestu liści i dziwnych, zwierzęcych odgłosów, było mi tam dobrze. Nikły blask księżyca padał na świeżo wykute w marmurze oblicze mojej matki, a patrząc w jej kochające oczy, czułem się bezpieczny. Jeszcze kilka wieńców pogrzebowych ostało się na mogile, osłaniając ją niczym parasol. Chociaż na nią nie napadało. Nie miałem ochoty wracać do domu, bałem się odejść od grobu, emanował ciepłem, jakby jej dusza ciągle tam była i uśmiechała się do mnie pokrzepiająco.

*

Siedziałem więc tak i przeklinałem w duszy faceta, który jej to zrobił. Bankowca, który po pijaku, potrącił ją na pasach, po czym odjechał. Płacz nie był dla mnie, musiałem być silny. Zamiast się mazać, szukałem klątw, zaklęć, bluźnierstw i złorzeczyłem draniowi na wszelkie możliwe sposoby. Życzyłem mu, by cierpiał, by umarł, by przeżył to co ja. Zastanawiałem się, czy są jakieś demony lub siły nieczyste, do których można się zwrócić. Nie liczyłem na wymiar sprawiedliwości, chciałem dokonać samosądu, jednak potrzebowałem wsparcia, kogoś kto zamieni moje myśli w czyn. Tragiczna śmierć matki… Takich zdarzeń, żadne dziecko nie powinno przeżywać. Do mnie jednak, uśmiechnęło się szczęście. Gdy tak moknąłem, wkurwiony swoją niemocą, wyklinający bogów i wszelkie siły sprawcze, usłyszałem kroki. Szuranie ciężkich buciorów i stłumiony kaszel. Rozejrzałem się, ale początkowo nikogo nie dostrzegłem. Dopiero po dłuższej chwili, przez smugi deszczu, dojrzałem męską sylwetkę, opartą plecami i stopą o jeden z wyższych nagrobków.

*

– Dzień dobry – powiedziałem, przestraszony przedłużającą się ciszą.

– Dobry wieczór – odrzekł zachrypnięty głos. – A raczej, dobra noc. Ale nie w sensie pożegnania, dobra noc jako powitanie, bo przecież już za późno na dzień czy wieczór.

Facet wydawał się trzeźwy, a jego głos brzmiał wyjątkowo spokojnie. Jak gdyby panował nad sytuacją, każdą i zawsze.

– Dziwna pora na odwiedziny – kontynuował, przyglądając mi się spod ronda kapelusza. – I dziwny strój na taką pogodę.

Nie miałem ochoty na nocne pogaduchy z nieznajomym na cmentarzu, jednak jakiś wewnętrzny instynkt zachęcał mnie do rozmowy.

– Mi jest ciepło – burknąłem.

– Hm – mruknął mężczyzna i powoli ruszył w moją stronę. – To dlaczego cały drżysz? Powinieneś wracać do domu.

– Ja… – zacząłem, zaniepokojony. – Chcę jeszcze zostać.

*

Dziwny jegomość zastygnął kilka kroków od mojej ławki. Błękitna poświata księżyca, padła na jego ubiór. Krzywy kapelusz i skórzaną kurtkę naciągniętą na znoszony prochowiec. Wyglądał jak zwykły menel.

– Rozumiem – powiedział powoli i ruszył w moją stronę, zdejmując okrycie.

– Nic pan nie rozumie.

Cofnąłem się, gdy podszedł bliżej. Moje nozdrza uderzył okropny fetor, typowa woń żula, do tego przemokniętego.

– Co pan robi?! – obruszyłem się, gdy nieznajomy zarzucił mi na barki swoją śmierdzącą skórę.

Jednak zanim zdążyłem ją z siebie strząsnąć, poczułem zapach perfum, jakichś mocnych i drogich. Pomyślałem, że to niemożliwe, przecież dopiero co waliło od niego jak od starego capa. Mężczyzna obrócił się na pięcie, postawił kołnierz prochowca, włożył ręce do kieszeni i odszedł.

– Dziękuję – krzyknąłem za nim.

Menel zatrzymał się i rzucił. – Uważaj o co prosisz, nawet w myślach. Poczekaj z tym trochę i powtórz, gdy podrośniesz.

*

Jego kroki dały się słyszeć jeszcze przez jakiś czas, rozchlapując spienione kałuże. Nasze pierwsze spotkanie. Jeszcze raz powąchałem kołnierz kurtki, perfumy jak w mordę strzelił, i to piekielnie dobre. Cygaro, bourbon i mięta, zmieszane w idealnych proporcjach. Nie potrafiłbym zapomnieć tego zapachu.

Tak, pokrótce, wszystko się zaczęło. Kolejne lata minęły spokojnie, z myślami o zemście powracającymi tu i ówdzie, w lepszych i w gorszych chwilach. Świadomość, iż zwyrodnialec gnił w celi, poprawiała mi nastrój. Czasami o nim zapominałem, jednak nigdy mu nie wybaczyłem. Mamę odwiedzałem częściej niż wypadało. Cmentarz stał się moim drugim domem, odrabiałem tam lekcje, przyprowadzałem znajomych, nawet mój pierwszy pocałunek miał tam miejsce. Byłem nieźle pogrzany, muszę przyznać z perspektywy czasu. Jednak skłamałbym, pisząc, że chodziłem tam tylko i wyłącznie ze względu na denatkę.

*

To był chłodny majowy poranek, na rozsianych między grobami kępach trawy lśniła jeszcze rosa. Szedłem wydeptanymi alejkami, drżąc z chłodu i wydychając srebrną parę z ust. Co roku w dzień matki, kupowałem na rynku od tej samej, pomarszczonej staruszki, kosz truskawek. Mama nienawidziła kwiatów, a że okazja wypadała w sezonie, najbardziej cieszyła się ze swoich ulubionych owoców. Wyszedłem zza żywopłotu i stanąłem jak wryty. Na ławce przed grobem mojej mamy siedział jakiś menel. Pewne wspomnienia wróciły jak wystrzelone z procy, tłukąc się o potylicę. Złapałem za kołnierz skórzanej kurtki i powąchałem, wciąż czuć było te same perfumy, tak samo mocno. Zakładałem ją rzadko, kilka razy w roku, najczęściej właśnie na cmentarz. Ale to nie mógł być tamten gość. Wychudzony, odziany jedynie w szary sweter i dziurawe sztruksy, ten wyglądał jak uciekinier z Auschwitz. Zrobiło mi się go żal, ale kiedy moje nozdrza uderzyła, prawym prostym, obrzydliwa woń jego egzystencji, moje uczucia powędrowały w stronę pogardy. Oszczędzę wam jednak szczegółów na temat nuty głowy, serca i bazy.

*

Ten facet, oprócz woni, roztaczał wokół siebie dziwną aurę. Z jednej strony był oazą spokoju, z drugiej, miało się świadomość, że był zdolny do najgorszych rzeczy. Część mnie pomyślała, że to ten sam, ten który okrył mnie swoją kurtką niecałe dziesięć lat wcześniej. Wtedy jednak było ciemno, padało, nie widziałem jego twarzy, wydawał się potężniejszy. Podszedłem bliżej, postawiłem kosz z truskawkami na grobie mamy i przeżegnałem się. Nie wiem czemu zawsze to robiłem i po co, nawet nie wiem czy poprawnie. Wydawało mi się, że menel śpi, jednak moją uwagę przykuł ruch w jego złączonych dłoniach. Spod jego skrzyżowanych na brzuchu palców, coś próbowało się wydostać.

– Przepraszam pana – zacząłem – chciałbym tutaj usiąść, to grób mojej mamy. Ma pan tutaj obok kilka ławek.

Mężczyzna uniósł głowę i spojrzał mi w oczy. Uśmiechał się, lecz milczał. W międzyczasie, wciąż toczyłem zażartą walkę ze swoim żołądkiem, by pod wpływem odoru nie zwrócić naturze śniadania.

*

– Halo, słyszy mnie pan? Proszę się przesiąść – rzekłem, choć nie byłem już wcale pewien, czy chcę po nim siadać.

Mężczyzna wstał lekko i sprawnie, po czym wyprostował się dumnie i spojrzał na mnie z góry. Wysunął do przodu złączone dłonie, tworzące klatkę dla czegoś żywego w środku. Grube, brudne palce z pożółkłymi, nigdy nieobciętymi paznokciami, obrzydziłyby nawet lekarza medycyny sądowej. Żul skinął głową dając mi do zrozumienia, żebym to od niego wziął. Po moim, kurwa, trupie, pomyślałem. Byłem ciekawy, jakaś część mnie nakazywała mi zaufać temu człowiekowi. Co się ze mną działo? To był jakiś menel, na pustym cmentarzu. Nikt by nawet nie usłyszał moich krzyków…

Wsunąłem moje dłonie pod jego, zacisnąłem mocno zęby i czekałem. Uśmiechał się tajemniczo. Strużka potu pociekła mi po plecach. Menel westchnął i wypuścił coś na moje złączone ręce.

*

 Turkusowy motyl usiadł mi na kciuku. Co ciekawe, nawet nie drgnął, mimo iż w uchwycie mężczyzny trzepotał wściekle skrzydłami. Myślicie, że zawartość jego dłoni mnie uspokoiła? Wprost przeciwnie. Świr trzymał, kurwa, motyla. Wspaniale, pomyślałem. Nie chciałem go rozczarować, przyjrzałem się więc stworzeniu z zachwytem, o który w gruncie rzeczy nie było trudno. Granatowo-błękitne skrzydła, owad złączył nad sobą, niczym w rekinią płetwę.

– Jest szczęśliwy – rzekł mężczyzna – sam zobacz.

W tym momencie byłem naprawdę osrany. Ożeni mi kosę albo uśpi chloroformem, a potem zgwałci i poćwiartuje. Nie dam się zgwałcić, pomyślałem. Motyl tymczasem wskoczył na moje truskawki i poczęstował się. Nie miałem nic przeciwko, co roku przynoszę mamie koszyk, zjem kilka symbolicznie, a reszta po jakimś czasie sama znika. Pewnie wiewiórki i inne szczury wyżerają. Mężczyzna spojrzał na owada smutnym wzrokiem.

*

– Masz fajkę? – zapytał, siadając na sąsiedniej ławce.

Miałem.

– Nie palę – skłamałem.

– Fajna kurtka – powiedział – pewnie kosztowała kupę forsy.

Zrobiło mi się głupio. – Niezupełnie. Dostałem ją, a w zasadzie pożyczyłem.

– Mhm – skwitował z uśmiechem.

– Przepraszam, znamy się? – Traciłem powoli cierpliwość. Niech już sobie idzie.

– Tak – odrzekł – i nie.

Uniosłem brwi, zdezorientowany.

– Zależy jak to rozumiesz. Czy przedstawiliśmy się sobie? Nie. Czy uścisnęliśmy sobie dłoń? Nie. Czy już się kiedyś spotkaliśmy?

– Nie? – wtrąciłem. Przecież nie zapytam go ot tak, czy dziesięć lat temu był tu ze mną i nieźle namieszał mi w głowie.

*

Facet zaśmiał się, pokręcił głową, wziął garść truskawek z koszyka i wrócił na ławkę.

– Przychodzę tu na nie co roku – wyjaśnił, odrywając szypułkę i wpychając cały owoc do ust. Czerwony sok trysnął i spłynął po jego wargach, ginąc w skołtunionej brodzie.

– Teraz w maju są najlepsze, nie za kwaśne, nie za słodkie. I tak fantastycznie gryzą w język, ech, uwielbiam Dzień Matki.

– Smacznego – powiedziałem, jednak pomyślałem coś innego. Wiewiórki, kurwa…

Siedziałem tak, patrząc na, wyryty w nagrobku, wizerunek mamy i pytałem w myślach, co ja tutaj robię, słuchając mlaskania menela.

– Dobrze, że nie mam zębów – zażartował – przynajmniej te śmieszne nasionka nie zostają mi w szparach.

Chociaż mnie nie pogryzie, pomyślałem.

– Zapaliłbym – rzucił, wycierając rękawem swetra twarz. Czerwone plamy zagościły na materiale, gość wyglądał, jakby przed chwilą odebrał poród. Albo kogoś zadźgał.

Wzruszyłem ramionami.

*

Mężczyzna wyciągnął rękę. – Kopsnij fajkę, chociaż tyle mi się należy za tę skórę.

Odskoczyłem na krok. – To pan?!

Wziął mnie z zaskoczenia, jednak pojedyncze elementy zaczęły składać się do kupy. Ten sam sposób gadki, spokojny lecz elokwentny, niemal władczy. Nie wiedziałem czy ściągnąć kurtkę i rzucić się do ucieczki czy zostać…

– Kim pan jest?

Facet zaciągnął się podanym mu papierosem i spojrzał rozmarzonym wzrokiem w niebo.

– Pytasz skąd pochodzę, kim jestem z wychowania, z zawodu czy może po prostu jak mam na imię?

– Pytam o wszystko.

Uśmiechnął się lekceważąco.

*

– Mam wiele imion – odpowiedział i wyliczył na pofarbowanych czerwonym sokiem palcach. – Maximon, Petbe, Vali, Vejovis, Vidarr, Ariok. Zależy gdzie, w jakich czasach, w jakiej wierze. A ty, w co wierzysz?

Złapałem się za głowę i zacząłem spacerować wzdłuż ławki. – W co wierzę? W tym momencie to nie wierzę w to co się tu dzieje. To jakiś żart, prawda?

Zaśmiał się pod nosem i wsunął kolejną truskawkę. Wtedy naprawdę ześwirowałem. Czy to wszystko miało okazać się prawdziwe? Tyle trudów, by zapomnieć…

– Posłuchaj – zaczął łagodnie – pamiętam o co prosiłeś, kiedy znalazłem cię tu po raz pierwszy. Jak błagałeś o sprawiedliwość i karę dla potwora, który zabił twoją mamę. O jak wymyślnych torturach wspominałeś i jak nieczyste siły prosiłeś o wyrok.

– Tak! Tak! To wszystko prawda! Ale to się, kurwa, działo w mojej głowie! Myślałem o tym, nikomu nie mówiłem!

*

– Do kogoś się zwracałeś. Myślałeś, że nikt nie odpowie na twoje wezwanie do zemsty? Że nie istnieją siły zdolne ci pomóc? – zapytał mnie, zdziwiony i trochę zawiedziony. Brał jedną truskawkę za drugą.

– Nie wiem. Byłem wściekły. Przecież codziennie tysiące osób modlą się o czyjąś śmierć, zemstę, krzywdę, obojętnie. Dlaczego na moje wołania ktoś odpowiedział? Ktoś, czyli ty, czymkolwiek, kurwa, jesteś? Czego chcesz?

Przyjrzał mi się uważnie, chyba nie tego chłopaka spodziewał się spotkać po dziesięciu latach. – Nigdy jeszcze nie błagał nas o nic tak młody człowiek. Nigdy nie słyszałem od dziecka tak zdecydowanej prośby i nie wyczułem takiej nienawiści. Ale nie widzę jej już w tobie. Mimo tego wciąż nie potrafisz odpuścić. Zawiesiłeś się między przebaczeniem, a żądzą zemsty i zżera cię to od środka. Musisz się zdecydować, podjąć męską decyzję.

*

– Nie przebaczę mu – syknąłem – nigdy.

– A zatem chcesz zemsty? – zapytał podniecony i zbliżył się do mnie.

Usiadłem na ławce okrakiem, opierając czoło na rękach, miałem już dość uprzejmości. – Kim jesteś? Skąd znałeś moje myśli…

– Myślę, że wiesz.

Spojrzałem na niego przekrwionymi oczami. Czym niby był? Jakimś bożkiem, diabłem, demonem? Jakie siły mogłem obudzić zwykłym złorzeczeniem?

– Skończ z tymi zagadkami. Czego ode mnie chcesz?

Wyglądał jak wygłodniałe zwierzę, jak pies czekający, aż ktoś rzuci mu zabawkę.

– Wydaj polecenie, wypowiedz jeszcze raz te słowa, te klątwy, te życzenia.

– Nie chcę – zacząłem, kręcąc głową.

*

Menel potrząsnął mną i krzyknął mi w twarz. – Zabił twoją matkę! Uchlał się, wsiadł za kółko i zabił ją! A teraz chodzi sobie na wolności i szydzi z wymiaru sprawiedliwości!

– Jak to na wolności?! – obruszyłem się. – Przecież poszedł siedzieć.

– Tydzień temu wyszedł za dobre sprawowanie. Nie wiedziałeś? – zapytał z ironicznym uśmieszkiem.

Fala gorąca uderzyła moje myśli, czułem pulsowanie w głowie i ucisk w krtani. Złość powoli tępiła moje zmysły. Sprowokował mnie, ale może to i dobrze. Gnój dostanie za swoje, miałem jednak pewne obawy.

– Ale co z ceną? Przecież na pewno nie zrobisz tego za darmo… Pewnie każesz mi podpisać jakiś pakt o zaprzedaniu mojej duszy czy coś w tym stylu. Kimkolwiek, kurwa, jesteś.

Wyszczerzył się w obrzydliwym grymasie. – Nie, nie. To nie tak działa. Nic nie musisz mi oddawać.

*

Czy nie wydało mi się to podejrzane? Oczywiście, że tak. Ale nie mogłem już powstrzymać szarży myśli, które pomknęły w stronę zemsty. Wspomnień, które powróciły wraz z tajemniczym menelem. Widoku bladych, lekko zdeformowanych zwłok mamy, płaczu bliskich na pogrzebie, nieprzespanych nocy, poczucia niesprawiedliwości. Wykląłem mordercę w myślach, zwróciłem się do bóstw poświęconych zemście, gdyż tym jak przeczuwałem był ten menel. Miał jakąś moc, nie potrafiłem wytłumaczyć kim lub czym jest i jakie ma zdolności. Ale sam ten numer z kurtką. Gość śmierdział jak kosz na odpady eko z ogrodu zoologicznego, a jednak ubranie które z siebie zdjął pachniało nieziemsko. Jak mogłem mu nie zaufać?

Twarz menela wykrzywiła rozkosz. Zmrużył oczy, jego źrenice rozszerzyły się, a usta lekko rozwarły. Zastygnął w bezruchu, po czym wydał z siebie lekkie tchnienie, jak gdyby zrzucił ze swych barków ogromny ciężar. Po chwili ulotnił się, wyparował,  porwany na wietrze i rozmyty w powietrzu.

*

Opadłem na kolana. Nie wierzyłem w to co przed chwilą zobaczyłem. Zacząłem się szczypać, drapać, gryźć w język. Robić wszystko, by obudzić się z transu czy ze snu. Jednak to była jawa, a menel naprawdę rozpłynął się i zniknął. Co teraz miałem zrobić? Klęczałem na zimnej kostce brukowej, pod grobem matki z mętlikiem w głowie i pustym koszem po truskawkach. Miał facet spust…

Wrzuciłem koszyk po owocach do śmietnika, otrzepałem kolana i ruszyłem w stronę domu. Nie powiem, nogi miałem jak z waty. Resztę dnia dreptałem po domu, paląc papierosa za papierosem i pstrykając po kanałach informacyjnych. Czekałem na nagłówek: Menel zadał czterdzieści ciosów nożem. Dobrze, że to była sobota, bo na wykładzie bym nie wysiedział. Czekałem, aż coś się wydarzy, jednak przez następne dni wszystko było jak zwykle. Żadnych nowości, snów, wizji czy odwiedzin demonicznego menela.

*

Już myślałem, że dał sobie spokój, że o mnie zapomniał. Jak bardzo byłem w błędzie wiedział tylko on. Zwykle po kilku godzinach snu, na wpół żywy drepczę się odlać. Nie inaczej było pewnej soboty, nieprzyjemnej ze względu na szalejącą za oknami burzę. Nie byłem typem imprezowicza, pograłem z kumplami w Call of Duty, wypiliśmy kilka piw, nie upiłem się. Jednak gdy w nocy przeszedłem obok zabytkowego lustra w przedpokoju, przeżyłem szok. Moje odbicie było, niby mną, jednak żyło własnym życiem. Podczas, gdy ja stałem bez ruchu, z rozdziawionymi ustami gapiąc się w lustro, moje vis-a-vis zdejmowało z wieszaka skórzaną, wyperfumowaną kurtkę i zarzucało ją na barki. Oplatało się szalikiem i wiązało buty. Ciarki przeszły mi po plecach. Moje odbicie właśnie wyszło z domu. Odruchowo sięgnąłem po kurtkę, wciągnąłem buty i wybiegłem za nim. Mocny podmuch wiatru targnął moimi włosami, a tnący od boku deszcz posiekał sylwetkę.

*

Na zewnątrz okazało się, że mojego cienia nie ma tam, gdzie być powinien, czyli pod moimi stopami, po stronie przeciwnej do źródła światła – krzywej, starej latarni. Mój cień zaś maszerował chodnikiem w stronę samochodu zaparkowanego tuż pod nią. Dokądś mnie prowadził, tylko dokąd. Domyślałem się kto za tym stał, ale co jeśli bym nie poszedł za swym odbiciem, za swoim cieniem. Czy rozpadłbym się na dwie części? Może to była moja dusza? W tamtym momencie byłem gotów uwierzyć we wszystko, nawet w obietnice wyborcze lewicowych polityków. W bocznej kieszeni namacałem kluczyki. Czy już wytrzeźwiałem? Nie było czasu by się nad tym zastanawiać, mój cień zniknął już w aucie. Gdy odpaliłem silnik, światło rzucane na drogę przez moje reflektory pognało do przodu, mimo iż ja wciąż stałem w miejscu. Przyłożyłem sobie kilkukrotnie z liścia w twarz, by upewnić się, że nie lunatykuję. Utwierdziwszy się, że to jawa, ruszyłem w pościg za niesfornym światłem. Musiałem pilnować prędkości, by utrzymać je tuż przed sobą. Wyprowadziło mnie z miasta bocznymi uliczkami i skierowało na trasę.

*

Wycieraczki nie nadążały wiosłować w ścianie wody, która lała się z nieba. Grzmoty raz po raz rozrywały nocną ciszę, a pioruny rozświetlały drogę. Dokąd mnie prowadzisz? Nagle dostrzegłem na poboczu postać, a gdy przejechałem obok niej, rozpoznałem menela. Mężczyzna stał na deszczu, a przed nim piętrzyły się kosze z truskawkami. Nie zatrzymałem się, bo nie zrobiło tego światło przede mną. Jednak kilkaset metrów dalej, sytuacja się powtórzyła. Znowu tam stał! Ale jak się tam dostał, jeszcze przed chwilą był za mną! Kilka aut minęło mnie z naprzeciwka. Czy oni widzieli żula z truskawkami albo jakieś anomalie w moich reflektorach? Gdy zobaczyłem go ponownie, poważnie się zastanowiłem nad huknięciem w drzewo. Może wystarczy, że zjadę z trasy i się rozbiję, a wtedy się obudzę. Okaże się, że to wszystko to tylko zły sen. Jednak on pojawiał się znowu i znowu. Chciałem sprawdzić czy widać go w lusterkach, ale deszcz gromił zbyt mocno i gęsto. Nagle światła przede mną zastygły w miejscu, zahamowałem ostro i wyszedłem na ulewę, potykając się o koszyki z truskawkami.

*

– Jesteś – rzucił niedbale. Śmierdział jak zwykle.

– Czego ode mnie chcesz?! – ryknąłem i popchnąłem go. Mój głos utonął w grzmocie błyskawicy.

– Truskawkę? – zaproponował, zaśmiał się i włożył do ust owoc.

Kopnąłem z całej siły w najbliższy kosz, rozsypując jego zawartość na mokrej jezdni. Zaciskałem pięści z całej siły i dyszałem ciężko. Miałem tego dosyć. Musiał to wyczuć, gdyż przeszedł do sedna sprawy.

– Chciałem ci coś pokazać – zaczął i kiwnął głową w stronę lasu.

Szutrowa ścieżka znikała w gąszczu drzew, tuż za zaparkowanym na niej samochodem. Był pusty, jednak drzwi miał otwarte, a silnik włączony.

– Czyje to auto? – zapytałem zdezorientowany. Mężczyzna tylko uśmiechnął się.

*

Po kilku minutach niemego marszu, menel zatrzymał się i wskazał palcem małą polankę. Błyskawica huknęła pod sklepieniem, na moment rozjaśniając krajobraz.  Ujrzałem samotne drzewo oraz ludzką postać. Serce skoczyło mi do gardła.

– Nieee! – krzyknąłem, widząc jak ktoś wykopuje spod siebie pieniek i zawisa na sznurze.

Gdy dobiegłem do drzewa, facet z pętlą na szyi już nie żył. Dyndał, będąc jakby przedłużeniem naprężonej liny. Kolejny błysk nad nami oświetlił na moment jego twarz. To był on. Zabójca mojej matki.

– Co ty, kurwa, zrobiłeś?! – krzyknąłem do menela.

– Ja? – rzucił od niechcenia, zajadając się truskawką. Wciąż niósł w ręku jeden koszyk. – Nic. A ty?

Miałem ochotę go uderzyć, jednak satysfakcja, która napłynęła z widoku wisielca odwiodła mnie od tego pomysłu. Zapytałem więc. – I co teraz?

Menel wzruszył ramionami. – Zadowolony?

*

W głębi serca byłem, jednocześnie nie mogłem się z tą myślą pogodzić. Niby nie miałem jego krwi na rękach, ale czułem się jak morderca. Mimo tego, jakaś chora satysfakcja łechtała mój honor, świadomość, że dopełniłem zemsty. Jakkolwiek się do niej przyczyniając. Menel rozpłynął się, jak wtedy na cmentarzu. Został po nim tylko, do połowy opróżniony, kosz truskawek. Na samą myśl o nich mnie zemdliło. A może to od widoku wisielca? Zwymiotowałem. Mocne światło padło na mnie i na dyndające truchło. Trwało za długo na błysk pioruna. Podniosłem głowę i zakryłem oczy. Reflektory i kogut radiowozu dawały mi po oczach, oślepiając na chwilę. Usłyszałem głos policjanta.

– Ręce! Kładź się, kurwa!

Drzwi trzasnęły dwukrotnie, a potem burzę rozdarł rozpaczliwy wrzask dwóch kobiet. Jeden z głosów należał zdecydowanie do dziecka. Dostałem kopniaka w żebra

i choć był zadany ze śmieszną siłą, bolał bardziej niż cokolwiek w moim życiu.

Poprzedził go okrzyk. – Tatooo!

*

Policja łatwo skojarzyła fakty i połączyła sprawy. Wypadek, odsiadka faceta, moje trudne dzieciństwo, aż po jego samobójstwo. Moja obecność na miejscu przysłowiowej zbrodni i mój wygląd. Miałem na sobie spodnie od piżamy, skórzaną kurtkę i buty włożone na bose stopy. Doliczając do tego moje dziwne zachowanie w ostatnich tygodniach, pół promila we krwi, byłem w dupie. Na dodatek kosz z truskawkami znaleziony pod drzewem okazał się być kupiony u tej samej kobiety, co ten znaleziony w koszu na śmieci przy grobie mojej matki. Opowiedziałem na komendzie o moim prześladowcy, o demonicznym menelu nachodzącym mnie na cmentarzu, o cieniu i o odbiciu w lustrze. Zgadnijcie, jak to przyjęli. Przesłuchujący mnie aspirant musiał wyjść na chwilę, bo dostał kolki jelitowej ze śmiechu. Jednak śmieć, który zabił moją matkę, został koniec końców moim wybawcą.

*

Okazało się bowiem, iż samobójca zostawił w domu list. Notkę w której wyjaśnił, iż dłużej nie wytrzyma. Odczytano go na rozprawie w sądzie. Facet pisał, że chciał wyjść z więzienia i spędzić trochę czasu z córką. Opisywał dziwne wizje i sny, w których widział płaczące dzieci, które straciły rodziców. Często miał wrażenie, że jego cień podąża własnymi ścieżkami, że w lustrze widuje demony. Był na kilku psychotropach. Opisywał bezdomnych, którzy gapili się na niego na ulicy. Czatowali na niego, uśmiechając się pod nosem. Brzmi znajomo? Miałem, kurwa, takie dreszcze w sądzie, że dwukrotnie się mnie pytano czy pragnę na moment opuścić salę. Ostatecznie uznano, iż był niepoczytalny, miał problemy z psychiką i zaplanował to samobójstwo. Dlaczego, w dziwnych okolicznościach, byłem obecny na miejscu zbrodni, wyjaśnił mój prawnik. Zręczny facet, zakręcił nimi trochę. Zwalił winę na alkohol, zrobił ze mnie lunatyka i pirata drogowego. Dostałem zawiasy za jazdę po pijaku, ale zdjęto ze mnie wszystkie zarzuty związane z wisielcem. Mimo wszystko, po tej rozprawie już nigdy nie doszedłem do siebie. Nie zapomnę min córki i żony tego wieprza. Nawet po ogłoszeniu wyroku miotały obelgi pod moim adresem. Krzyczały, żebym spojrzał im w oczy, żebym przeprosił. To naprawdę rani człowiekowi duszę.

*

Najpierw były to głuche telefony, później listy z pogróżkami. Zdarzało się nawet, że ktoś nabazgrał sprayem MORDERCA, na moich drzwiach. To było chore, ale rozumiałem jego córkę, przecież przeżyłem to samo. Dziwne rzeczy działy się w moim życiu w następnych kilku latach. A wierzcie mi, po tym wszystkim niełatwo było mnie zadziwić. Ciągłe wizje i koszmary sprawiły, że wychudłem, nie spałem, nie mogłem się skoncentrować. Najgorsi okazali się menele. Byli dosłownie wszędzie. Nie chodzili za mną, nie śledzili mnie, ale byli zawsze w miejscach, w które się udałem. Jakby na mnie czekali. Czy byłem kimś więcej, niż facet który zabił moją matkę? Przecież to ja wydałem wyrok. Klątwą, obelgą czy bluźnierstwem, nieważne. Pociągnąłem za spust, mimo iż nie znałem mechanizmu. Czyżbym właśnie płacił za to cenę? Czy zostałem skazany na życie w męce, ze wstrętem do samego siebie? A wystarczyło odmówić, nie dać się sprowokować.

*

Bywały momenty, gdy przykładałem sobie żyletki do nadgarstków albo wiązałem pętlę na szyi. Robiłem przymiarki do odebrania sobie życia. Nic mi się nie chciało, nic mi nie wychodziło. Powoli gubiłem granicę między snem, a jawą. Po jakimś czasie zaczynałem wierzyć, że to ja cały czas nękałem mordercę mojej mamy. Że to ja zawiązałem sznur na jego szyi i wykopałem pieniek spod jego nóg. Nie mogłem tak żyć, nie mogłem tak funkcjonować. Po drugiej stronie czekała na mnie mama. I wiele, wiele innych udręczonych dusz, które mnie zrozumieją. Popełniłem błąd, przyznaję się. Nie potrafiłem ruszyć dalej, zostawić tego i teraz płacę cenę. Wciąż słyszę histeryczne krzyki tych kobiet. Ich i wielu, wielu innych.

Potworny wrzask chóru głosów.

Zdarza się nawet, że są to moje jęki z pogrzebu mamy. To są inne uczucia i inne emocje od dzieci płaczących z głodu, z bólu fizycznego czy z nudów. Nie potrafię tego opisać słowami, nie życzę nikomu, by kiedykolwiek musiał przez to przejść. Nie mam potomstwa, może uda mi się zatrzymać błędne koło, tamta dziewczyna już w nie wpadła…

*

Właśnie zapisuję przedostatnią już na moim stoliku, dwudziestą dziewiątą serwetkę. Na ostatniej napiszę adres miejscowej gazety oraz prośbę do kelnerki o doręczenie ich tam. Nie wytrzymam tego dłużej, a nie mogę pozwolić by moja historia przeszła bez echa. By ktoś inny popełnił moje błędy, wpadł w tę samą pułapkę. Dopijam truskawkowy koktajl w małej kawiarence. Za kilka minut zamykają lokal, a na dworze, za witryną stoi on. Ten o wielu imionach, o wielu twarzach, przyczyna mojej agonii i nieszczęść. Mnie się nie udało, ale może komuś kto to przeczyta, uda się go przechytrzyć i pokonać. Po drugiej stronie ulicy zaparkowałem samochód, w bagażniku mam sznur. Muszę się od drania uwolnić, nie wiem czy to opętanie czy choroba psychiczna. Stłamsić demona, który we mnie siedzi. W obliczu śmierci, te truskawki nie są nawet takie złe, mama cieszyłaby się, że zjadłem trochę witamin. Mam nadzieję, że żadna z serwetek się nie zapodzieje i dostaniecie pełną wersję mojej historii. Mój testament, otwarty dla wszystkich, którzy mają w sercu miejsce, by przebaczać.

 

***

 

Wychudzony młodzieniec zawołał do stołu kelnerkę ustawiającą krzesła.

– Przepraszam – rzekł słabym głosem – mogę panią prosić na chwilę?

Kobieta podeszła do niego z uśmiechem.

– Niech pani usiądzie – Młody mężczyzna wskazał jej miejsce naprzeciwko siebie.

Kelnerka rozejrzała się niepewnie, ale zgodziła się.

– Mam do pani nietypową prośbę – zaczął i pokazał jej stertę zapisanych serwetek.

– Spisałem tutaj coś bardzo ważnego i chciałbym, żeby pani to zaniosła na wskazany, o tutaj, adres.

Kobieta wzięła serwetkę z instrukcjami do ręki, przeczytała i przytaknęła.

Młodzieniec ujął ją za rękę, dyskretnie wręczając kilka banknotów.

– Proszę o tym nikomu nie wspominać, z nikim nie rozmawiać. Błagam również, by pani tego nie czytała, a przynajmniej nie dzisiaj.

– Dobrze. – Kobieta pokiwała głową. – Nie ma problemu.

– Cieszę się – odpowiedział i wysiorbał ostatni łyk truskawkowego koktajlu.

Sięgnął z wieszaka skórzaną kurtkę, która wprawiona w ruch, rozprowadziła w pomieszczeniu kuszącą woń bourbona i mięty. Barmanka wyjrzała za nim przez witrynę, licząc otrzymany napiwek.

Młodzieniec ruszył chodnikiem oświetlonym blaskiem latarni. Delikatne podmuchy wiatru muskały jego przerzedzone włosy. Podszedł do menela opartego plecami i stopą o płot.

– Widzę, że cień się mnie trzyma, czyli idę tam gdzie tego chcesz.

– Wiesz, że dałem ci wybór.

– Wybór? Zmanipulowałeś mnie. Przypomniałeś mi.

Menel wyciągnął z kieszeni truskawkę. – Uzależniłeś mnie od nich, wiesz? – Uśmiechnął się szyderczo. – Może sam by nie wytrzymał.

– Co?! Nawiedzałeś go, wtłaczałeś mu do głowy ponure wizje. Przeżywam to samo, każdego dnia słyszę te krzyki. Ja już nie mogę, dosyć tego. – Młodzieniec wsiadł do samochodu, ale gdy spróbował zamknąć drzwi, żul przytrzymał je.

– To wszystko? Nie masz jakichś pytań? Wątpliwości?

Chłopak odpalił silnik, ale zawahał się i zmierzył faceta wzrokiem.

– Dlaczego przybieracie taką postać? Zaszczanych meneli. Masz różne moce, jesteś… Czymś innym. Dlaczego więc…

Mężczyzna zrobił piruet i rozłożył ręce. – Widzisz? Ludzie patrzą na mnie, lecz mnie nie widzą. Dla nich jestem jedynie brudnym żulem, zakałą społeczeństwa, unikają mnie. Jestem niewidzialny. Jednak ja widzę ich. I mnie podobni też ich widzą. Jesteśmy wszędzie, w najbardziej niepozornych istotach. Obserwujemy was.

Młodzieniec splunął na jezdnię, trzasnął drzwiami i odjechał.

 

***

 

Niechlujnie ubrany mężczyzna minął odpalony samochód i ruszył leśną ścieżką. Roztaczał wokół siebie nieprzyjemny odór i aurę dziwnego spokoju. W jego ręce kołysał się koszyk pełen truskawek. Przyjrzał się z bliska ciału młodego mężczyzny dyndającemu nad ziemią. Westchnął i ściągnął z niego skórzaną kurtkę, strząsnął ją i założył. Dawno nie miał jej na sobie, wzruszył kilkukrotnie ramionami, by rozpracować materiał. Leżała jak ulał, a jak pachniała. Menel postawił na ziemi, pod wisielcem, kosz z owocami, wziął kilka na drogę i odszedł. Po chwili jednak obrócił się, by dostrzec jak turkusowy motyl ląduje na soczyście czerwonych truskawkach i przystępuje do uczty. Mężczyzna uśmiechnął się na jego widok, uniósł owoc w geście toastu i skosztował.

– Wszystkiego najlepszego – szepnął i rozpłynął się w powietrzu.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Wiewiórki, kurwa…

:D

 

Ciekawe opowiadanie. Podobało mi się, zarówno pomysł, jak i wykonanie.

Bardzo nie wystraszyłeś, ale ciarki były;)

Motyw truskawek też ciekawie wpleciony.

Pogratulować.

empatia

Bardzo ciekawy pomysł, nieźle snujesz historię, ale za dużo byków zrobiłeś po drodze. Niektóre raczej poważne.

poczułem zapach perfum, jakichś mocnych i drogich.

Perfumy czy woda kolońska?

Cygaro, bourbon i mięta, zmieszane w idealnych proporcjach.

Hmmm. Dwunastolatek zna zapach cygar (ja dwanaście lat już skończyłam… Eeee, nieważne, ile razy i nie znam) i odróżnia po aromacie bourbona?

Świadomość, iż zwyrodnialec gnił w celi, poprawiał mi nastrój.

Literówka.

Świr trzymał kurwa motyla.

Weź kurwę w przecinki, bo to wtrącenie. W innych miejscach też.

nie zupełnie => niezupełnie

Zawiesiłeś się między przebaczeniem, a rządzą zemsty

Ojjj. Wyduś ze słownika informację, co znaczy rządzą. Możesz się zdziwić.

Obwiązywał się szalikiem i wiązał buty.

Powtórzenie.

Gdzie mnie prowadzisz?

Dokąd, bo to ruch. W innych miejscach też.

Popraw błędy. Może powinieneś pomyśleć o betowaniu, bo pomysł był naprawdę nietuzinkowy i szkoda go tak krzywdzić głupimi ortami?

Babska logika rządzi!

Melduję, że przeczytałam. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki za przeczytanie :)

Finklo,

Poprawione, można na ciebie liczyć :) Co do szczegółów zapachu perfum, zawahałem się przy pisaniu, ale w końcu narratorem większości tekstu jest już dorosły bohater, wie o czym pisze. Co do betowania, ech, może i powinienem. Mam ludzi, którzy betują mi tekst pod kątem logiki i przyjemności z czytania. A co do baboli, są jeszcze dwa tygodnie do zamknięcia konkursu, zapraszam wszystkich do publicznej bety :)  

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

moknąłem – wydaje mi się, że powinno być: mokłem

rąbek kapelusza – wydaje mi się, że powinno być: rondo

zastygnął – wydaje mi się, że powinno być: zastygł

 

Jednak skłamałbym, pisząc, że chodziłem tam tylko i wyłącznie ze względu na denatkę. – czy ktokolwiek powiedziałby o swojej ukochanej matce “denatka”?

motyl to raczej nie insekt, choć złośliwie…

gość wyglądał jakby przed chwilą odebrał porób – literówka poród

Myślałem o tym, nikomu nie powtarzałem! – raczej: nikomu nie mówiłem.

– Nieee! – krzyknąłem, widząc jak ktoś wykopuje spod siebie pieniek – skąd on wziął w lesie pieniek?

No, mój drogi, pomijając fakt, że dla mnie te truskawki nie mają większego znaczenia dla tekstu, wysmarowałeś opowiadanie pierwsza klasa. A uszu Ci natrzeć za to, że nie wrzuciłeś na betę, żeby się pozbyć baboli. I co ja mam. biedny żuczek, zrobić? Kliknęłabym w bibliotekę, bo tekst wart tego. Ale babole?!

A niech tam, opowiadanie jest jak truskawki, a babole – jak te żółte pesteczki, co uwierają po konsumpcji. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Byłoby całkiem nieźle, są bowiem truskawki, jest klimat horroru, to i owo jawi się nadprzyrodzone i niewytłumaczalne, czyta się całkiem dobrze, tylko… dlaczego tyle usterek?

 

Nikły blask księ­ży­ca padał na świe­żo wy­ku­te w mar­mu­rze zdję­cie mojej matki… – Czy zdjęcie można wykuć? Czy może chodzi o zdjęcie na porcelanie, wprawione w marmur nagrobka?

 

kon­ty­nu­ował, przy­glą­da­jąc mi się spod rąbka ka­pe­lu­sza. – Pewnie miało być: …kon­ty­nu­ował, przy­glą­da­jąc mi się spod ronda ka­pe­lu­sza.

 

Moje noz­drza ude­rzył okrop­ny swąd, ty­po­wa woń żula… – Swąd, to zapach spalenizny. Czy woń spalenizny jest typowa dla żula?

 

Cmen­tarz stał się moim dru­gim domem, ro­bi­łem tam prace do­mo­we… – Powtórzenie.

Prace domowe, jak sama nazwa wskazuje, wykonuje się w domu. ;-)

Może: Cmen­tarz stał się moim dru­gim domem, odrabiałem tam lekcje

 

przyj­rza­łem się więc in­sek­to­wi z za­chwy­tem… – Dawniej, owszem, insektami nazywano owady, jednak obecnie raczej owady pasożytnicze.

 

wy­ja­śnił, od­ry­wa­jąc zie­lo­ny ogo­nek od owocu i wpy­cha­jąc go ca­łe­go do ust. – Ze zdania wynika, że wepchnął do ust całego ogonka. ;-)

Może: …wy­ja­śnił, od­ry­wa­jąc zie­loną szypułkę i wpy­cha­jąc ca­ły owoc do ust.

 

I tak fan­ta­stycz­nie gryzą w język, ech, uwiel­biam dzień matki.I tak fan­ta­stycz­nie gryzą w język, ech, uwiel­biam Dzień Matki.

 

Ale nie mo­głem już po­wstrzy­mać szar­ży myśli, która po­mknę­ła w stro­nę ze­msty.Ale nie mo­głem już po­wstrzy­mać szar­ży myśli, które po­mknę­ły w stro­nę ze­msty.

Szarża nie pomyka; szarżując, pomknęły myśli.

 

Pod­czas, gdy ja sta­łem bez ruchu, ga­piąc się w lu­stro z roz­dzia­wio­ny­mi usta­mi. Mój vis-a-vis zdej­mo­wał skó­rza­ną, wy­per­fu­mo­wa­ną kurt­kę z wie­sza­ka i za­rzu­cał ją na barki. Opla­tał się sza­li­kiem i wią­zał buty. – Lustro miało rozdziawione usta, a kurtka była z wieszaka? ;-)

Proponuję: Pod­czas, gdy ja sta­łem bez ruchu, z rozdziawionymi ustami ga­piąc się w lu­stro, moje vis-a-vis zdej­mo­wało z wieszaka skó­rza­ną, wy­per­fu­mo­wa­ną kurt­kę i za­rzu­cało ją na barki. Opla­tało się sza­li­kiem i wią­zało buty.

 

czyli pod moim sto­pa­mi, po stro­nie prze­ciw­nej do źró­dła świa­tła… – Literówka.

 

Gdzieś mnie pro­wa­dził, tylko gdzie.Dokądś mnie pro­wa­dził, tylko dokąd?

 

Grzmo­ty raz po raz roz­ry­wa­ły nocną ciszę, roz­świe­tla­jąc drogę pio­ru­na­mi. – W jaki sposób grzmoty rozświetlały drogę piorunami? ;-)

 

Chcia­łem spraw­dzić czy widać go w lu­ster­kach, ale deszcz gro­mił zbyt mocno i gęsto. – Jak gromi deszcz?

 

menel za­trzy­mał się i wska­zał pal­cem na małą po­lan­kę. – …menel za­trzy­mał się i wska­zał pal­cem małą po­lan­kę.

 

W głębi serca byłem, jed­nak cięż­ko mi się było z tą myślą po­go­dzić. – Powtórzenie.

Może: W głębi serca byłem, jed­nocześnie nie mogłem się z tą myślą po­go­dzić.

 

Dziw­ne oko­licz­no­ści mojej obec­no­ści na miej­scu zgonu wy­ja­śnił mój praw­nik. – Powtórzenie.

Może: Dlaczego, w dziwnych okolicznościach, byłem obecny na miejscu zbrodni, wyjaśnił mój prawnik.

 

Mło­dzie­niec ujął za rękę, dys­kret­nie wrę­cza­jąc jej kilka bank­no­tów. – Drugi zaimek zbędny.

 

– Do­brze – Ko­bie­ta po­ki­wa­ła głową. – Brak kropki po Dobrze.

Nie wszystkie dialogi są zapisane prawidłowo.

 

Bar­man­ka wyj­rza­ła za nim przez wi­try­nę, li­cząc w pal­cach otrzy­ma­ny na­pi­wek. – Umiem liczyć na palcach, ale w palcach…?

Może: Barmanka wyjrzała za nim przez wi­try­nę, li­cząc/ przeliczając otrzy­ma­ny na­pi­wek.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, kochana, a powiedz mi, co z tymi: moknąłem/mokłem, zastygnął/zastygł. Obie formy są chyba poprawne, bo program nie podkreśla, ale mnie jakoś dziwnie brzmiały te użyte przez Shadziowatego.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Witamy w konkursie ; )

I po co to było?

 

Dziękuję wam, drogie panie. Cieszę się, że mimo wysypu baboli dostrzegłyście istotę opowiadania :) Muszę poważnie porozmawiać z moim bohaterem, narratorem, na temat tych potknięć. Już mu więcej nie dam wolnej ręki.

bemik

Zastanawiałem się czy nie ogłosić truskawek nowym lekarstwem na raka, ale ostatecznie sobie odpuściłem :) Uznałem, że rola symboliczna wystarczy, jako kontrast dla paranoidalnego klimatu.

Regulatorzy

“Jak gromi deszcz?” – Okrutnie :D

syf.

Dobry wieczór!

 

Największym plusem całego konkursu jest to, że niesamowicie się wkręciłem w te truskawkowe szejki <3

 

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

O mamboziu, Shadziowaty, toż to taki koktajl-gigant, co to niejednego ludzia pochłonąć może. 

Regulatorzy, czyli wygląda na to, że formy użyte przez Shadziowatego błędem nie są, aczkolwiek sa nieco archaiczne.

Shadziowaty, poprawiaj błędy, to może więcej osób kliknie bibliotekę.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Popracuję jeszcze nad nim. Przy mokłem/moknąłem miałem wątpliwość, ale krótszą wersję podkreślał program, także, ten tego.

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Pomysł bardzo dobry. Do tego parę fajnych motywów, jak te truskawki znikające z grobu. Ale wykonanie… powiem szczerze, trudno mi było to skończyć :( Błedy to pestka, ale opko jest przegadane niemiłosiernie, dziwnie podzielone, pisane kolokwialnym językiem. No zero klimatu i, niestety, zero literatury :(

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Dzięki za przeczytanie. Dziwny podział zostaje wytłumaczony na ostatniej serwetce, jest częścią fabuły/historii. :)

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Kurczę, jakiś proroczy ten tytuł ;). Najpierw zapomniałam od razu po przeczytaniu się odmeldować. A potem znów zapomniałam o komentarzu. I jakoś ten tekst mi umykał i wciąż nie zauważałam go na liście opowiadań. I za każdym razem, gdy w końcu go dostrzegałam, to się dziwiłam – o, jeszcze to?

Jest mrocznie. Jest też bardzo refleksyjnie. W ciekawy sposób opowiadasz ciekawą historię. Truskawki jako mały dodatek, ale zgrabnie wpleciony.

Szkoda, że były usterki.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Usterki były i są. Pomysł nawet niezły, ale szczegóły mi nie podchodzą: część wyjaśnień wydaje się zbyt łopatologiczna, w kilku miejscach opowiadanie trąci umoralnianiem, w kilku innych, albo i tych samych – pewną dozą naiwności. To jest naturalnie jedynie moje odczucie, niemniej przykro mi, że tekst nie podobał mi się tak, ja by mógł się podobać, gdyby zmienić kilka elementów; tylko że wówczas nie byłoby to już Twoje opowiadanie. ;)

Sorry, taki mamy klimat.

Mnie również wydaje się, że historia jest trochę przegadana – skrócenie i uproszczenie niektórych cząstek dodałoby mu dynamizmu. Kwestie prawne troszkę nie trzymają się kupy – no ale mniejsza o to ; P

Wyszedł klimat nieco duszny i mroczny, grozy raczej za wiele nie było. Truskawki są, chociaż mogłyby dostać nieco większą rolę, np. mamusia bohatera mogła wracać ze sklepu z siatą truskaw, jak ją ten zły walnął samochodem ; P

I po co to było?

Plus za interesujący pomysł, minus za pośpiech z opublikowaniem tekstu, nad którym należało przynajmniej z tydzień się potrudzić, aby usunąć wskazane przez przedpiśców niedoróbki.

wybiegłem z domu tak,[+] jak stałem

duchem,[-] ani trupem

minęło ich już ponad drugie tyle – minęło ich już drugie tyle, a może nawet więcej

Językowo znów mi coś nie gra w Twoim opowiadaniu (wypisałem to z pierwszego akapitu), ale nie w tym kryją się wartości Twoich tekstów, bo Ty po prostu pomysły masz dobre. Technicznie: dzielisz opko na takie małe scenki. To się cholernie dobrze sprawdza przy robieniu sobie przystanków, szczególnie przy czytaniu z komputera. I niestety – to jest potrzebne, bo brakuje płynności, może i zachowania proporcji akcji do gadaniny (jak na wybraną tematykę i gatunek opowiadania).

Zgodzę się, że nie ma tu grozy, że są niedoskonałości merytoryczne. Też mnie przyprawiały o zastanowienie.

Niemniej: przeczytałem bez hiper-mega-super-wielkich trudów, choć satysfakcji wielkiej też nie było.

Nowa Fantastyka