- Opowiadanie: Wilk który jest - O ucieczce

O ucieczce

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

O ucieczce

Obudził go głos, który spłynął ku niemu skądś z wysoka.

– Bo mógłby się wreszcie kasztelan zdecydować, czy go zamorzyć głodem, czy zacząć normalnie karmić i wygnać. Albo może zasztyletować i nocą trupa rzeką spławić. Tak się zmienił, że pewnie mało kto go teraz rozpozna, więc i za zaginionego będzie dalej uchodził. Czysta sprawa!

Odpowiedzi już nie usłyszał. Od razu pojął, że czasu pozostało niewiele. Przecisnął wychudzone dłonie przez kajdany i sięgnął do stóp. Jedna z żelaznych obręczy obciskających nogę, przeszła szybko, choć z oporami. Z drugą naszarpał się srodze, zdzierając przy tym skórę do żywego mięsa. Przeszedł przez celę wypełniającą całą przestrzeń podziemia wieży więziennej i przystanął przy skale, która zastępowała w tym miejscu mur. Zastygł w bezruchu. Palce przyłożył do zimnego kamienia. Wymacał bruzdy, dające pewne zakotwiczenie do pierwszego ruchu. Wyciszył oddech i czekał. Wiedział, że teraz, albo nigdy i, że musi spróbować. Już raz zdołał wyswobodzić ręce z kajdan, ale wtedy nie zaryzykował. Przyszli strażnicy, sprawdzili, że stalowe obręcze luźno latają i zakuli je ciaśniej…

Przeklinał wtedy siebie w duchu i płakał przez wiele dni. Zrodziło to w nim jednak determinację, by następnym razem nie odpuścić. Ćwiczył, na tyle, na ile kajdany pozwalały. Z dawnego sprośnego grubasa nie zostało wiele. Skóra, kości i trochę mięśni – wierzył, że mających wystarczającą siłę, by zdołał uciec.

Przesiedział w wieży więziennej wiele niedziel. Stracił rachubę. Czuł, że dni zrobiły się cieplejsze. Nie trawił czasu, na rozpamiętywanie tego co było. Myślał tylko o tym, co z nim będzie dalej. I na to odpowiedzi nie znajdował. W wieku kilkunastu zaledwie wiosen został łowczym kasztelana Konrada. Sprawny był wtedy i śmiały. Wspinał się po okolicznych ostańcach, szczerzących się dokoła grodu, jak białe kły wypełniające paszczę lasu. Potrafił tropić najbardziej trudną do podejścia zwierzynę. Śmiało, choć samotrzeć i z turem do starcia stając. Po objęciu funkcji zaczął się wysługiwać młodzią. Sam zaś oddawał się uciechom stołu i alkowy, szukając wciąż nowych podniet w swym nudnym życiu i emocji, których dostarczał mu las i, których sam się pozbawił. Zaczął wszczynać intrygi na kasztelańskim dworze, w końcu podkradać – dla emocji, bo nie z potrzeby. Urządzał też uczty z tańcami, nawet w dni zakazane, a w ich trakcie miały się odbywać różne uciechy niegodne, na samą myśl, o których co przyzwoitsi czynili znak krzyża. Wpadł na drobnej kradzieży w sieni górnej kasztelańskiego domostwa. Zgubiło go jednak co innego. Gdy już miał wyjść, kryjąc w zanadrzu pięknie inkrustowany i zdobiony szlachetnymi kamieniami, złoty krucyfiks, usłyszał odgłosy miłującej się pary. Postanowił popatrzeć, na te miłosne boje i tak nakrył samego Konrada, w trakcie pozamałżeńskich uciech. Dostrzegł go kasztelan i na zakrzyknął straże. Schwytali Ziemowita i wrzucili do wieży. Spodziewał się procesu, zakucia w dyby, może razów na goły zadek, może wygnania… Nic takiego się nie wydarzyło. Na ręce i nogi założono mu kajdany, przymocowane łańcuchem do ściany. Kilka łokci od miejsca, w którym miał legowisko na resztce starej słomy, opuszczano mu przez klapę w stropie, raz dziennie, miskę strawy i kubek wody.

Domagał się procesu, kary, rozmowy z kasztelanem, poinformowania rodziny. Wszystko tonęło w ciszy i nie przekraczało poziomu obojętności strażników. Zmysły mu się wyostrzały. Wróciła też umiejętność, którą odkrył u siebie jako młodzieniec. Słyszał po tysiąckroć lepiej niż ktokolwiek inny słowa niesione przez wodę, nawet przez najmniejsze krople. Tkwił więc zasłuchany w komunikaty, jakie płynęły strużkami ściekającymi po murze i skale. Najbliżej była wartownia, stąd też słyszał głównie opowieści strażników. A rozmawiali wkoło o tym samym – o dziewkach, która najgorętsza i, do której łatwiej się umizgnąć, o napitku, jadle i komu lepiej szła poprzedniego wieczora gra w kości w karczmie. Raz tylko dotarła historia, który wyjaśniła mu jego położenie. Oto dowódca strażników szeptem tłumaczył podkomendnym, dlaczego więzień tak długo siedzi, bez żadnego konkretnego rozkazu w jego sprawie. Okazało się, że Ziemowit nakrył kasztelana, kiedy ten chędożył młodą przeoryszę klasztoru augustianek, swoją rodzoną siostrę…

Pojął był więzień, że Konrad srodze zagniewanym być musi i, że na ocalenie wynikające z legalnej kary nadzieje pozostają niewielkie. Ale dziś był ten dzień, w którym uwolnił się z więzów i jak dzikie zwierzę, czekał zdeterminowany na moment, w którym wyrwie się ku wolności.

Kiedy usłyszał kroki, zaczął bezszelestnie wspinać się po skale. Trawersem przeszedł południową ścianę i przyłożył palce do sklepienia. Znów czekał. Wiedział, że jeśli podejdzie do klapy w stropie zbyt szybko, nie zdoła, utrzymać się wisząc do góry nogami pod sufitem, nim ta się otworzy. Po chwili usłyszał odgłos odstawianej miski. Wiedział, że zaraz strażnik zabierze się do zasuwy, powtarzając codzienny rytuał. Ruszył po sklepieniu. Był lekki, wychudzony, ale mięśnie i tak napięły się do kresu możliwości. Dotarł do klapy. Właz otworzył się w tym samym momencie i pojawiła się deska obwiązana sznurem na czterech rogach, a na niej miska strawy i kubek wody. Głód zaatakował z potworną siłą. Zdołał odwrócić wzrok od naczynia zmierzającego w dół i skupić myśli na zadaniu. Czekał, aż prócz sznura ukaże się dłoń strażnika. Kiedy ten moment nastąpił, trzymając się sklepienia tylko dygocącymi już z wysiłku stopami i jedną dłonią, schwycił rękę wartownika i pociągnął ją. Nieprzygotowany na takie nagłe obciążenie, strażnik runął głową w dół… Ciało uderzyło głucho o klepisko. Ziemowit dopadł otworu i zaczął się wciągać na górę. Palce, łokieć prawej ręki, broda… Stracił zaczepienie dla nóg, ale już zdołał oprzeć się i na drugim łokciu. Wysunął dłonie jak najdalej i wymacał wreszcie szparę w kamiennej posadzce, dającą pewne zakotwiczenie. Trwało to jeszcze chwilę, nim zdołał się wciągnąć cały i legł na plecach, ciężko dysząc. Serce waliło młotem, płuca pracowały jak kowalskie miechy, w boku czuł ból. Zmusił wycieńczone ciało, do powstania na czworaka. Zajrzał do wnętrza opuszczonej celi. Strażnik leżał dziwnie powykrzywiany. Najpewniej skręcił kark. Ziemowit zamknął klapę i przesunął zasuwę. Wrócił do działania. Na czworakach podszedł do wrót. Słońce wpadające przez szpary oślepiło mu nawykłe do ciemności oczy. Zamknął je i skupił się na innych zmysłach. W wieży panowała cisza, nie licząc pochrapywania, w komnacie wartowników piętro wyżej. Nikt nie chodził po szczycie wieży. Przy drzwiach strażowało co najmniej dwóch kolegów śpiocha. Jeden ze szczegółami opowiadał o wyjątkowo kształtnym tyłku, przypominającym dojrzałą gruszkę, jakiejś panny służebnej. Drugi wyrażał powątpiewania, sławiąc wyżej kształtne powaby jakiejś karczmarki.

Ziemowit uchylił lekko powieki i patrzył przez powstałe wąskie szpary. Na tym poziomie wieży nie było okien. Chrapanie piętro wyżej ustało i usłyszał odgłos przeciągania. Więzień zastygł i wstrzymał oddech, by lepiej słyszeć. Obudzony mężczyzna wdział buty i wolno, ziewając w głos, zaczął iść ku drewnianym schodom. Jeśli pójdzie na dół, niemal pewne, że odkryje zbiega, a wtedy marny jego los. „Co robić, co robić?” – ta myśl kołatała się w czaszce Ziemowita. Zastanawiał się, czy nie wybiec i nie wołać do ludzi z prośbą o zlitowanie i ratunek. Kroki na górze stawały się coraz głośniejsze. Więzień podszedł do drzwi i usłyszał, jak strażnicy dobijają zakładu o to, która z panien tyłek ma lepszy i odchodzą, by od razu, rzecz całą rozpoznać. Sprzyjało mu wyjątkowe szczęście.

Uchylił wrota i wyszedł na słońce. Mrużąc oczy, tak, iż jakby przez mgłę widział, ruszył ku stojącym opodal beczkom. Wpełzł między nie i nasłuchiwał. Żadnej pogoni, żadnego hałasu. Z drugiej strony muru oddzielającego stajnie, psiarnię, magazyny i wieżę skazańców, od grodu nadlatywały odgłosy jarmarku. Oznaczało to ciżbę ludzi, w tym przybyłych z daleka, a to dawało mu szansę powodzenia zamierzeń. W końcu zmienił się nie do poznania. Schudł tak, że została go ledwie ćwierć. W oczy rzucać się jednak musiała jego bladość, długaśne włosy i broda z wąsami zasłaniającymi usta. A i strój miał złachany niemożebnie i pozbawiony wszelkiej barwy. Postanowił wprzódy zdobyć odzież i wyrwać się z grodu przystawszy do jakiejś kupieckiej karawany.

Liczył, że jak dawniej dworskie pranie suszy się na sznurach za wieżą skazańców. Obszedł ją z wolna. Tu ujrzał strażnika przyczajonego za skrzynią, z wysuniętym językiem patrzącego w stronę sznurów z bielizną. Wzrok Ziemowita powędrował za jego spojrzeniem. Między rzędami zgrzebnych koszul, pludrów i kaftanów, dostrzegł nogi niewieście i białą sukienkę, którą powoli unosiły ku górze owłosione męskie dłonie. Nie widział góry tej sceny, ale słyszał głośne cmoknięcia. Sukienka dotarła już do połowu ud. Strażnik ukryty za skrzynią zaczął głośno sapać. Ziemowit też patrzył jak urzeczony, nagle zacisnął powieki. Jeszcze chwila i widok, jaki zobaczy, choćby i najcudowniejszy na świecie popchnie go wprost do zagłady. Cicho odszedł w kierunku reszty suszącej się odzieży, którą od obściskującej się pary dzieliła komórka z drewnem.

Szybko zdjął ze sznurów pludry, zgrzebną koszulę oraz kaftan i wdział na siebie. Wszystko było jeszcze wilgotne, ale nie rzucało się tak w oczy, jak jego łachmany. Znalazł też mycę, ciasno oplatającą głowę. Wepchnął pod nią włosy. Brudną brodę zebrał w jeden pęk. Odwrócił się – stąd nie widział strażnika z dziewką. Drugi wciąż tkwił za skrzynią i patrzył na kochanków, gładząc sobie krocze przez nogawice. Obok stała, oparta o mur kusza. Ziemowit popatrzył ku nieosiągalnej broni ze smutkiem. Kiedyś, jako młody tropiciel i łowczy, był mistrzem w strzelaniu. Oręż dodałby mu i powagi w oczach jarmarcznych gości i pewności siebie.

Wycofał się pod mur. Na czworakach pełzł wśród wybujałych chwastów. Gdyby strażnik stał na wieży, bez wątpienia by go odkrył i krzykiem, lub dmąc w róg, powiadomił innych. Panowała jednak cisza. Dotarł do wrót. Były otwarte i nieobstawione. Wyszedł na teren grodu i kryjąc się w cieniu chat, ruszył, ku jarmarcznemu gwarowi.

Stragany wypełniały rynek. Kupcy, którzy zgodnie z przywilejami miasta musieli się w nim zatrzymać, niecierpliwie zerkali na słońce, czekając na możliwość wyjazdu z towarem, w bardziej majętne miejsca. Wozy musiały stać gdzieś dalej. „Może na Rynku Solnym?” – pomyślał uciekinier. Ruszył więc w bok od rynku, pierwszą napotkaną ulicą. Tak dotarł pod prastarą rotundę świętego Droktoweusza. Popatrzył na gościnnie otwarte drzwi i beznogiego dziada proszącego o jałmużnę, siedzącego na progu. Pomyślał o wejściu do świątyni, poproszeniu o azyl, o sprawiedliwy proces, o ocalenie… Wiedział bowiem, że nienawiść Konrada będzie go ścigała, po kres dni. Stał tak chwilę, w końcu gniew wziął w nim górę. Syknął przez zęby.

– Dam sobie radę bez ciebie! Gdzie byłeś o, „sędzio sprawiedliwy”, kiedy mnie niewinnym trzymano w lochu?

Nie doczekawszy się odpowiedzi, splunął w stronę kościoła i powoli skierował się ku Rynkowi Solnemu. Nie mylił się, wozy kupców stały po przeciwległej stronie. On sam zatrzymał się w miejscu, w którym karczmarze rozstawili swoje stoły. Biesiadowało przy nich trochę bogatszych chłopów, racząc się piwem i zagryzając kęsami chleba. Tuż obok niego rozsiadł się jakiś młodzian, któremu karczmarz przyniósł butelkę przedniego wina i kołacz. Gość rozejrzał się i zakrzyknął w głąb gospody:

– Semko! Semko! Podano!

Nikt się nie pojawił.

– Semko, pieronie! – dorzucił z naganą w głosie. W końcu popatrzył, na pijących chłopów, siedzących na drugim końcu długiej ławy. Wstał od stołu i ruszył do karczmy, by wyłowić zeń towarzysza.

Ziemowit, któremu głód już doskwierał straszliwie, jak zaczarowany patrzył na butelkę i ciasto. Wreszcie łaknienie wzięło nad nim górę. Porzucił wszelką ostrożność, podbiegł do stołu i schwycił butelkę i kołacz.

– Złodziej! – zakrzyknął głos, który uciekinier rozpoznał, jako należący do młodziana. Chłopi obrócili się w jego stronę. Na Rynek Solny wbiegł dowódca straży w zbrojnej asyście, krzycząc:

– Zamykać bramę, zamykać bramę! Łapać zbiega!

Ziemowit po chwilowym paraliżu odzyskał władzę w nogach. Był lekki jak piórko. Wskoczył na stół, z niego przedostał się sprawnie na dach parterowego domostwa i rozpaczliwie machając kończynami w powietrzu, przeskoczył nad murem. Spadł na stos gałęzi, usypany w nieznanym mu celu. Przekoziołkował kilka razy. Podniósł się z ziemi i ruszył w stroną lasu.

Goniący byli zbyt ciężcy, by śmignąć za nim w ten sposób. Słyszał za sobą miotane przekleństwa. Mur szczęśliwie nie był akurat obsadzony z tej strony. Gnał, niesiony bardziej siłą przeżycia, niż mięśni. Dopadł wreszcie zarośli. Raniąc nagie stopy, przedarł się do strumienia. Nie darmo uznawano go dawniej za świetnego łowczego i tropiciela. Ruszył w stronę źródła, brodząc w korycie cieku. Licząc, że jeśli pościg za nim z psami pójdzie, to ogary w wodzie trop zgubią.

Las otaczały łąki. Postanowił doczekać do nocy i po zmroku ruszyć w dalszą drogę, a za dzień, dwa powrócić na gościniec i dołączyć do jakiejś karawany kupieckiej. Przez ten czas słońce powinno zabrać jego twarzy charakterystyczną bladość. Liczył też, że las go wyżywi. Na razie miał kołacz, wino i strumień z czystą wodą. Zasiadł w krzakach nad brzegiem. Zagryzł kęs ciasta i pociągnął z butelki. Od trunku umysł mu się zmącił. Nie zdołał już wygrać ze zmęczeniem. Przysnął w dobrze osłoniętej przed wzrokiem ciekawskim jamie.

Obudziły go znów głosy niesione przez wodę. Rozpoznał szybko, że należą do kobiety i mężczyzny.

– Jużem po służbie. Koralem ci kupił… – basem rzekł mężczyzna.

Dziewka nic nie odpowiedziała, tylko chichotała.

Nagłe zaciekawienie i dziwny ogień wypełniły ciało Ziemowita. Powstał, wziął kołacz i wino i ruszył ku rozmawiającym. Fale niosły czułe słowa oblubieńców. Nie bacząc na nic, przekroczył znów strumień i spojrzał przez zarośla na polankę. Kochankowie stali na jej skraju. Dziewczyna miała długie, prawie białe włosy ściśnięte opaską na czole. Szyję jej zdobił sznur długich, czerwonych korali, które dzierżyła w dłoniach, jakby bojąc się je puścić, by nie zniknęły.

Obok niej stał brzuchaty mężczyzna z czarną brodą. Ziemowit rozpoznał włochate dłonie strażnika, które pociągnęły białą sukienkę dziewki w dół, obnażając kształtne piersi. Widział ich już czas jakiś temu, gdy zbierał odzież ze sznurów z praniem. Zbieg patrzył teraz jak urzeczony. Obserwował, jak woj pociągnął dziewkę za ramiona w dół, zmuszając do klęknięcia. Resztę sceny przesłaniały krzaki, widział nad nimi tylko czubek jej głowy, który poruszał się rytmicznie.

Pragnienia wygrały z rozsądkiem. Łyknął wina i podszedł na sam skraj polany. Strażnik stał do niego tyłem. Między jego szeroko rozstawionymi, owłosionymi nogami, dostrzegł dziewkę, która miała sukienkę podciągniętą, aż po kres ud. Jedną dłonią musiała dzierżyć jak berło męskość wojownika, którą pieściła ustami, drugą zaś dotykała swego łona.

Ziemowit głośno przełknął ślinę. Wartownik zrzucił na trawę płaszcz i ułożył się na nim wygodnie. Dziewczyna opadłszy na czworaki, nachyliła się nad nim. Scena ginęła w bujnych trawach. Nie mogąc się opanować, Ziemowit podszedł jeszcze bliżej. Zdawał się zaczarowanym tym widokiem. Z butelki, którą opuścił w dłoni, wino zaczęło wyciekać mu na stopy. Uchylone usta, co chwila oblizywał wysunięty język.

Nagle na polanę wbiegł inny strażnik, krzycząc:

– Gdzieś się podział! Zbiega trza gonić! Na naszej warcie… – tu urwał, dostrzegłszy Ziemowita. – Stój psubracie! – ryknął wniebogłosy.

Ziemowit zobaczył, jak dziewka zrywa się i zaczyna uciekać, wysoko podkasawszy sukienkę i odsłaniając rącze, zgrabne nogi. Widok ten sprawił, że nieco oprzytomniał. Odwrócił się na pięcie z zamiarem ucieczki w las. W tym momencie bełt przeszył jego serce. Runął na twarz, z szeroko rozkrzyżowanymi ramionami. Z butelki stłuczonej o kamień wyciekła resztka krwiście czerwonego wina.

***

Strażnik z długim sztyletem w dłoni zbliżył się do ciała Ziemowita. Butem obrócił zabitego na wznak. Patrząc na szeroko otwarte, nieruchome oczy, nabrał pewności co do skuteczności swego strzału. Jego towarzysz podszedł, dopinając pas i ciężko sapiąc, nie wiadomo, czy jeszcze od niedawnych miłosnych uniesień, czy z emocji związanych z przewidywaną pogonią za zbiegiem.

Na polanę wkroczył dowódca straży, w towarzystwie czterech zbrojnych. Podszedł do stojących, którzy wyprostowali się na jego widok. Kusznik powiedział:

– Ubity!

– Dobrze – rzekł dowódca – bardzo dobrze.

Otaksował trupa wzrokiem. Zmarszczył czoło i zapytał:

– A co go zatrzymało? Miał pożywienie, znał las, tropić i podchodzić zwierza potrafił jak nikt inny. Myślałem, że trudniej z nim będzie, skoro aż tu wyrwał i po drodze silnego chłopa zabił.

Strażnicy popatrzyli po sobie. W końcu strzelec zaśmiał się obleśnie, wskazał brodą na towarzysza i rzekł:

– A bo jego z dziewką podglądał!

Zbrojni zarechotali. Tylko dowódca się nie śmiał. Popatrzył gdzieś w stronę strumienia i rzucił jakby do siebie:

– Przed dzikiem – ujdziesz… Przed turem – ujdziesz… Przed niedźwiedziem… a i przed pogonią – ujdziesz – zamilkł. Po chwili dodał – Tylko przed sobą nigdy nie ujdziesz…

Przez moment trwali w milczeniu. Wreszcie dowódca odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę grodu. Zbrojni, którzy z nim przybyli, uczynili to samo.

– A co z nim? – zapytał odchodzących kusznik.

– Z nim? Bełt z niego wyciągnij, bo szkoda. A skoro sam tyle razy zwierza podchodził i zabijał, to niech się teraz stworzenie jego ścierwem pożywi – rzekł dowódca i odszedł, nie dodawszy już nic więcej.

Strażnik przyklęknął przy trupie. Pomagając sobie nożem, wydobył z ciepłego jeszcze ciała bełt. Poplamione ręce wytarł o spodnie zabitego. Już miał wstać, ale po chwili namysłu zamknął zmarłemu oczy. Podniósł się i wskazał brzuchatemu towarzyszowi gałęzie. Przyciągnęli ich trochę i okryli nimi trupa. Kusznik bez słowa uczynił znak krzyża i wciąż milcząc ruszyli do grodu, zostawiając resztę w rękach Boga i natury.

Koniec

Komentarze

Witam, Wilku!

18k znaków jednym akapitem to odważny pomysł. Ale, na szczęście, przez tekst leci się szybko i gładko. Co do błędów jest parę pierdółek jak osobliwy trzykropek niemal na początku opowiadania, jak i parę zdań, które mi zgrzytnęły, ale nic poważnego nie dostrzegłem.

 

Co do fabuły to mam mieszane odczucia. Niby fajna, około awanturnicza literatura, jednak wydarzenia wydają mi się trochę naciągane. Jak choćby loch ze ścianą, po której można się wspiąć. Wiem, to była naturalna ściana, ale nie można było jej skuć na gładko? W ogóle ucieczka zbyt pomyślnie układała się bohaterowi.

Finał za to bardzo dobry. A puenta mnie ujęła ;)

 

Trochę pomarudziłem, ale moje oczekiwania co do Twoich tekstów, Wilku, ciągle rosną.

Żeby było jasne: To dobre opowiadanie jest!

Ale liczę, że kolejne będą bardzo dobre ;)

 

Pozdrawiam! 

 

 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

W scenie ucieczki, rozpisanej z nużącym nadmiarem szczegółów, setnie rozbawiło mnie “chodzenie” po suficie celi. Głową w dół…

Blisko mistrzostwa Europy w dziele przypadkowego stawiania przecinków.

Po chwili dodał [ : + ]– Tylko przed sobą […].

Mnie fabuła nie uwiodła. No co za facet! Namęczył się, uciekając, nakombinował, a w krytycznym momencie musiał stanąć i się pogapić.

Jakoś nie mogłam uwierzyć, że oczy po dłuższym pobycie w ciemnicy tak szybko mu się dostosowały do słońca. I kto pochrapywał za dnia w wieży, śpiąca królewna?

nie zdoła, utrzymać się wisząc do góry nogami pod sufitem

Przecinek w złym miejscu. Tak technicznie, to idąc po suficie, wisi się do góry brzuchem.

Babska logika rządzi!

Chyba trochę rozwlekle opowiedziana historia nietypowej ucieczki. Zakończenia, choć zaskakujące, nie nazwałabym satysfakcjonującym. Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Bo mógł­by się wresz­cie kasz­te­lan zde­cy­do­wać, czy go zmo­rzyć gło­dem, czy za­cząć nor­mal­nie kar­mić i wy­gnać.  – czy go zamo­rzyć gło­dem

Sprawdź w słowniku znaczenie słów zmorzyćzamorzyć.

 

Albo może za­szty­le­to­wać… – Zbędny wielokropek na początku zdania.

 

Śmia­ło, choć sa­mo­trzeć i z turem do star­cia sta­jąc.Samotrzeć, to w towarzystwie dwóch osób. Czy chciałeś napisać, że stawał przeciw turowi z dwoma kompanami, we trzech?

 

Do­strzegł go kasz­te­lan i za­krzyk­nął stra­że. – Raczej: Do­strzegł go kasz­te­lan i za­krzyk­nął na stra­że.

 

Kiedy ten mo­ment na­stą­pił, trzy­ma­jąc się tylko dy­go­cą­cy­mi już z wy­sił­ku sto­pa­mi i jedną dło­nią skle­pie­nia, schwy­cił i po­cią­gnął za rękę war­tow­ni­ka. – Wolałabym: Kiedy ten mo­ment na­stą­pił, trzy­ma­jąc się sklepienia tylko dy­go­cą­cy­mi już z wy­sił­ku sto­pa­mi i jedną dło­nią, schwy­cił rękę wartownika i po­cią­gnął ją.

 

Nie przy­go­to­wa­ny na takie nagłe ob­cią­że­nie… – Nieprzy­go­to­wa­ny na takie nagłe ob­cią­że­nie

 

Na czwo­ra­ka pełzł wśród wy­bu­ja­łych chwa­stów.Na czwo­ra­kach pełzł wśród wy­bu­ja­łych chwa­stów.

 

Gdyby straż­nik stał na wieży, bez­wąt­pie­nia by go od­krył… – Gdyby straż­nik stał na wieży, bez wąt­pie­nia by go od­krył

 

splu­nął w stro­nę ko­ścio­ła i po­wo­li skie­ro­wał się w stro­nę Rynku Sol­ne­go. – Powtórzenie.

 

Zda­wał się za­cza­ro­wa­nym tym wi­do­kiem.Zda­wał się być za­cza­ro­wa­ny tym wi­do­kiem.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@Nazgul

Dzięki za dobre słowo. Zapraszam we wtorek (późnym wieczorem)! Mam nadzieję, że opowiadanie, które wtedy zamieszczę będzie lepsze. :-) Oczywiście liczę też na recenzję! :-)

Ucieczka – czasem trzeba po prostu mieć trochę szczęścia – on miał. Miał też atuty, jako młody łowczy wspinał się na ostańce, co jest dobrym wprowadzeniem do boulderingu. Bo to jego przejście kawałka drogi po sklepieniu, to nie jest jakiś gigantyczny wyczyn. W końcu, to kompilacja kamieni (a nie współczesny sufit wylany z betonu) i to może nawet łupanych, a nie ciosanych.

Oprócz szczęścia miał też przywary, które go zabiły.

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@AdamKB

„Blisko mistrzostwa Europy” – nic tak nie mobilizuje do działania jak zimna, druzgocąca i szydercza krytyka! :-D Dzięki!

Dobra – każę Ziemowitowi podnieść głowę! Może będzie mniej zabawny. Będzie jednak nadal uprawiał bouldering. Na miejsce ćwiczeń wybrałem mu skałki na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Da radę! Nużące szczegóły – mają cel. Ten fragment pokazuje, że nie ma lekko. Gdybym napisał: sobie tylko znanym sposobem, dotarł bezpiecznie do klapy, zrzucił strażnika i wydostał się wolność, to by to było naciągane, jak czwarta herbata zaparzona z tej samej torebki.

Pozdrawiam – dzięki za lekturę i za uwagi!

Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Bardzo ciekawy pomysł z tą ucieczką. W zgrabny sposób pokazales że ludźmi rządzą pierwotne instynkty. Chociaż sama końcówka jest nieco naciagana opowiadanie mi sie podobało.

@Finkla

Dzięki za uwagi. Postanowiłem ogłosić konkurs z nagrodami. Pytanie: kto chrapał w wieży? Odpowiedź jest w tekście. ;-)

Wiesz, warty pełni się na zmiany. Raczej w dłuższych okresach czasu. Przy czym wartujący nie musi być przez dobę na nogach. W Złotoryi np. zrekonstruowana jest w wieży siedziba straży. Jeden siedzi i je, a drugi kimie. Nic bardziej prozaicznego.

A teraz będę życiowy – to namiętności, które nami targają, potrafią nas popchnąć do zagłady. Działamy wbrew rozsądkowi, wbrew woli przetrwania.

I wreszcie wyjście z ciemności. Hm, to mimo wszystko nie jest głębia jaskini z ciemnością absolutną. Był w stanie rozpoznać skałę po drugiej stronie podziemia. Może klapa była niespecjalnie szczelna?

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Regulatorzy

Dzięki za kawał solidnej roboty korekcyjnej! :-) Ruszam sprawdzić Twoje sugestie.

„Nietypowa ucieczka” – DZIĘKUJĘ! :-) Też takiej jeszcze nie widziałem. ;-)

Rzecz do wykonania. Odrobina szczęścia też nie zaszkodzi.

Tym razem był bouldering, może następnym razem drytooling? ;-)

 

Nie wiem, jakie zaskoczenie byłoby satysfakcjonujące…

 

Samotrzeć – dokładnie tak, we trzech. To i tak gigantyczna odwaga, a nie czyni z niego nadczłowieka.

 

Zdawał się zaczarowanym tym widokiem.Zdawał się być zaczarowany tym widokiem.„ Według narzędzia korektorskiego LanguageTool „Zdawał się być” jest nadużywane i niepoprawne. Pomyślę nad tym zdaniem jeszcze.

 

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@belhaj

Dzięki za pozytywną opinię! Cieszę się, że opowiastka przypadła Ci do gustu. :-)

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Aaaa, pomieszczenie strażników. No dobra, to niech sobie śpią.

Babska logika rządzi!

@Finkla

:-D Dziękuję! :-)

Może i spała tam też i jakaś Śpiąca – raczej nie – Królewna, ale nie było jej słychać, bo strażnik zbyt głośno chrapał? Ogłaszam wyobrażeniowy remis! :-)

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Nie przepadam za archaizacją, ale czytało się w porządku. Puenta rzeczywiście trafna.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Dzięki!

Motylanoga – kolejne dwa opowiadania też mam osadzone w klimacie… Opublikuję więc jeden tekst, a przed drugim zrobię przerwę na coś bardziej S-F, niż samo F. :-)

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Nowa Fantastyka