- Opowiadanie: magar - Piwnica

Piwnica

Opowiadanie może i wydaje się być wyrwane z czegoś większego, ale tak nie jest. To trochę ćwiczenie w kierunku “opisz fajną scenę i zarysuj tylko świat, resztę niech dopowie sobie czytelnik”.

Nie wiem czy wyszło.

 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

zygfryd89

Oceny

Piwnica

 – Daj mi wody – mówię do Rudej.

Nie słyszy mnie. Albo prędzej udaje, że mnie nie słyszy, na jedno wychodzi. Siedzi skulona pod ścianą, brudną twarz schowała między kolanami.

– Wody! – powtarzam głośniej.

Nic. Z boku dobiega mamrotanie Januszka. Trzyma matkę za rękę, głaszcze jej dłoń i kiwa się rytmicznie. W przód. W tył. W przód. W tył. Jak wahadło.

Jego nie mam nawet co prosić, nie odszedłby od łóżka, nawet gdyby świat się zawalił. A przecież się zawalił.

Głośny rechot przecina ciszę piwnicy. Chrapliwy i suchy.

Uświadamiam sobie, że słyszę własny śmiech. Morfina zaczęła działać. Zaraz odpłynę.

– Ruda! – krzyczę. – Daj mi! Kurwa! Wody!

Gorączkowo obmacuję swoją wojskową kurtkę i w kieszeni na piersi znajduję kilka monet. Rzucam je wszystkie w stronę dziewczyny. Podskakuje, kiedy spadają na jej głowę i ramiona. Drobne, brzęcząc, toczą się w ciemność.

Ruda kuli się jeszcze bardziej.

– Widzę, że nie śpisz, pizdo! – warczę. – Pić! Chce mi się pić!

Nic.

Jest mi niewygodnie. Opieram się o ścianę plecami, a tyłek marznie od zimnej podłogi.

Zacieram ręce. Chcę zrobić coś jeszcze, żeby wybić Rudą z tego stuporu, ale już po chwili wszystko mi obojętnieje. Moje złorzeczenia pod adresem dziewczyny szybko zmieniają się w bełkot, a i ten po chwili gaśnie.

Robi mi się wszystko jedno.

Robi mi się błogo.

Tylko ta suchość w ustach.

Próbuję oblizać wargi. Raz, drugi, trzeci.

Nic.

 

***

 

Budzi mnie mantra Januszka. Niekończący się słowotok. Jego codzienny koncert życzeń dla mamusi.

– …a potem pójdziemy do parku. Do Łazienek. Albo na Pole Mokotowskie. Albo na Starówkę… – Chłopak poprawia koc, którym przykryta jest kobieta.

Wyciągam głowę, żeby się jej przyjrzeć, ale dostrzegam tylko fragment czupryny. W ich kącie jest tak ciemno, że nawet nie potrafię określić koloru jej włosów. Przyświecająca nam latarka skierowana jest w inną stronę.

– …staniemy pod Kolumną Zygmunta, tak jak kiedyś. I pójdziemy do Zamku Królewskiego. Albo nad Wisłę, mamo. Popłyniemy tramwajem wodnym. Kiedyś się bałem, pamiętasz? Ale teraz się nie boję. Popłyniemy.

Mimowolnie zaczynam się śmiać. Nerwowo. Przecieram spierzchnięte usta, potem oczy.

– Przestać pieprzyć, chłopaku! – wtrącam głośno. Ile ten dzieciak ma lat? Czternaście? Piętnaście? – Nie ma już Kolumny Zygmunta! Nie ma parków w Warszawie!

– Niech pan się zamknie! – słyszę w odpowiedzi i zaczynam się śmiać jeszcze głośniej z tej ugrzecznionej złości Januszka.

– Wisła?! – Podnoszę głos. – Warszawa nie leży już nad Wisłą! Przestań już gadać te bzdury. Wody byś przyniósł.

Chłopak zatyka uszy i wtula głowę gdzieś obok głowy swojej rodzicielki.

Swędzi mnie lewa stopa. Odsuwam okrywający koc i sięgam w dół, żeby się podrapać. Palce trafiają w próżnię. No tak. Moja noga. Od kolana w dół zamieniła się w brak nogi. Ile to już? Dwa tygodnie? Nie mam lewej swędzącej stopy. To bóle fantomowe. Tak to chyba nazwała Natka. Bóle fantomowe.

Zamyślam się na chwilę. Natka. Ostatni anioł na tym pierdolonym padole. Upadły anioł. Nie, to złe słowo. Zbrukany. Przedstawiła się jako Natka i od razu dodała, że to zdrobnienie od Natalii, a nie od Nataszy. Biedna dziewczyna. Jak to jest zostać zgwałconą przez ludzi, od których oczekuje się pomocy? Nie przez wroga, nie przez okupanta, ale przez „swoich”. Rodaków.

Ile czasu minęło od kiedy wyszła poszukać wody? Nie wiem. Zgubiłem się. Nie liczyłem dni, a od kiedy Ruda oddała mi we władanie pudełko z ampułkami morfiny, upływ czasu stał mi się zupełnie obojętny.

Przypomina mi się nagle imię Rudej – Maria. Tak przynajmniej twierdziła Natka, która z nią rozmawiała. Do mnie dziewczyna nie odezwała się do tej pory ani słowem.

– …nie słuchaj go, mamo – dobiega mnie z boku. – To zły człowiek. Kłamca. Pamiętasz, jak mówiłaś, że są tacy ludzie? Kłamią, żeby kłamać. To jeden z nich.

– Pierdolony – mruczę pod nosem i głośno już dodaję: – Wody idź poszukaj, gnoju! Bo ci staruszka wyschnie na wiórek!

Chłopak znowu wtula się w matkę.

Rozglądam się, ale nie widzę Rudej. Pewnie wyszła za potrzebą. Tylko wtedy opuszcza piwnicę. Zwykle siedzi pod ścianą, skulona i udaje, że jej nie ma.

Noga mnie boli. Pieprzone wnyki. Gdyby nie Natalia… Miała wystarczająco siły, żeby wciągnąć mnie do tej piwnicy i zająć się moją strzaskaną piszczelą. Powiedziała, że nie da się jej poskładać. Kiedyś pewnie tak – poskręcaliby na śruby i uratowali. A teraz… Mówiła, że przed Błyskiem była lekarką. Chirurgiem. Po Błysku stała się nikim – jak wielu innych. Uwierzyłem jej dopiero, gdy zobaczyłem kikut nogi, z opatrzonymi naczyniami krwionośnymi i podwiniętą skórą. Prawie się wtedy porzygałem.

Potem przyszła złość. Natka mówiła coś, że będę przechodził kilka faz. Złość, odrzucenie, akceptacja… Bzdury. Teraz przechodziłem fazę pragnienia.

– Ruda! – krzyknąłem.

– …pójdziemy znowu na Plac Konstytucji, tam gdzie była ta kawiarenka i te pyszne lody…

– Maria!

– …albo hamburgery w MacDonaldzie. Wiem, że nie powinienem, ale… mamo. Jestem taki głodny…

– Zamknij mordę! – wyję. – Tam nic nie ma! Nic!!

Głos Januszka nie milknie nawet na chwilę, tylko wchodzi jakby na wyższe obroty. Chłopak znowu ujmuje dłoń matki i głaszcze ją delikatnie. Nie przestaje ględzić.

Pocieram wierzchem dłoni brodę i próbuję ocenić upływ czasu. Nic mi to nie daje. Uświadamiam sobie jedynie, że dawno się nie goliłem.

– Januszek – chrypię. – Ile minęło czasu, od kiedy Natka wyszła?

Gówniarz burczy w odpowiedzi coś nieuprzejmego.

Wciągam mocno powietrze.

Coś śmierdzi. Obwąchuję się. Tak, to mogę być ja. Dawno się nie myłem, a po morfinie najwyraźniej zlałem się w gacie. Ale coś jeszcze.

– …pójdziemy do KFC. Na frytki i colę…

– Januszek – wołam ostrożnie. – Twoja matka chyba umarła. I to jakiś czas temu?

Pociągam nosem mocniej.

– Niech pan się do mnie nie odzywa!

– Maria! – rozdzieram się znowu. – Stara wykorkowała! I śmierdzi!

– Mamo, mamo, nie słuchaj go!

– Czekaj, gnojku!

Próbuję wstać. Mam w końcu drugą nogę. Nie muszę leżeć. Nie muszę, kurwa, leżeć! Odrywam się od ściany, o którą się opierałem do tej pory i próbuję się unieść, ale zawadzam o coś kikutem i z bólu ciemnieje mi w oczach. Kręci mi się w głowie. Jednak nie dam rady..

Przewracam się na brzuch, a noga protestuje wzmożonym bólem. Zagryzam zęby.

– Kiedy wyszła? – powtarzam pytanie ciężkim głosem i przesuwam się nieznacznie w stronę chłopaka.

Nie słyszę odpowiedzi, więc znowu spinam się i przyciągam o kolejne pół metra. I jeszcze trochę. Pot spływa mi po nosie.

– Kiedy? Kiedy, Januszek?

Dzieciak milczy. Przytulił twarz do głowy matki i zerka na mnie nerwowo.

Metr po metrze przyczołguję się do łóżka. Wspieram się, opierając na zdrowej nodze i unoszę wyżej. W końcu mogę stwierdzić, że jego matka była blondynką.

Ale gdy dostrzegam, że jeden z policzków kobiety jest wygryziony, a przez dziurę w nim świecą białe zęby, rzucam się odruchowo w tył.

Brakuje mi podparcia. Potykam się i upadam na plecy. Walę potylicą o podłogę, jednak nie tracę przytomności. Wspierając się na rękach, nie odrywając wzroku od Januszka, wycofuję się jak najdalej od łóżka. Synek, kurwa! Jebany trupojad!

– Kurwa mać! – krzyczę.

Czołgam się na drugą stronę piwnicy, tam gdzie leży latarka. Kikut ciągnie i jest źródłem nieustającego bólu. Powinienem sobie wstrzyknąć morfinę. Może chociaż pół ampułki, żeby mnie nie wyłączyło, tylko żeby przestało tak cholernie napieprzać! Łokieć za łokciem, odpychając się zdrową nogą, przesuwam się bliżej drzwi.

Łapię latarkę. Omiatam snopem światła Januszka i zwłoki jego starej.

– Natka! – wołam. – Maria?!

Odpowiada mi cisza.

Powinienem stąd wiać, ale nie mam siły.

Kieruję latarkę w stronę wyjścia z piwnicy. Drzwi są uchylone. Przyświecam w głąb korytarza i dostrzegam parę unoszących się w powietrzu butów. To szmaciaki Rudej.

– Nie, kurwa – szepcę i przyświecam wyżej. Opuchnięta twarz. Otwarte oczy. Ruda. A przynajmniej coś, co kiedyś nią było.

Klnę jak nigdy dotąd.

Ale na dziewczynie nie robi to żadnego wrażenia.

Znowu mi się kręci w głowie. Pić!

Zamykam oczy.

Dalej w piwnicy czuję ten słodki odór rozkładu.

Jakaś myśl nie daje mi spokoju. Dręczy. Wierci dziurę w mózgu.

Siadam pod ścianą i z namysłem spoglądam na opatrunek wieńczący mój kikut. Odwijam go ostrożnie. Smrodek, który czułem wcześniej staje się intensywniejszy. Obwąchuję bandaż. Mimo tego, że dawno nic nie jadłem, jakaś kula podchodzi mi do gardła, a ślina wypełnia mi usta. Powstrzymuję wymioty.

I nagle zaczynam się śmiać. Najpierw wydobywa się ze mnie krótkie parsknięcie, potem rechoczę głośniej i coraz dłużej. Rzucam bandaż w kąt i ocieram oczy wierzchem dłoni.

– Januszek!

Chłopak zupełnie mnie ignoruje, buja się jedynie w przód i w tył ściskając matkę za rękę .

– Januszek! Podaj mi morfinę.

Jego coraz głośniejsze mamrotanie sprawia, że mocniej kręci mi się w głowie. Opieram się wygodniej o ścianę.

– Januszek, kurwa! Przynieś mi pudełko. Jestem za słaby.

Bez odzewu.

Tylko jego głos, silniejszy z każdym wypowiedzianym słowem, wypełnia powoli całą piwnicę:

– …mamo, mamo, mamo….

Zatykam uszy.

– …mamo, mamo, mamo…

Koniec

Komentarze

O matko, koszmarne. Nie w sensie jakości wykonania, a w sensie odbioru. Dośc prostym językiem przekazujesz straszliwie mocne emocje. Bardzo dobra scenka, ale szkoda jej na scenkę tylko. Mogłeś zrobić z tego takie postapo, że klękajcie narody. Bo dla mnie to jednak nie jest opowiadanie.

Bardzo dobre. Mocne i wyraziste.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Wyszło.

Prawdziwy, bo realistyczny koszmar.

Zgadzam się, że to tylko scenka. No, może ciekawa, ale rozwinięcie by jej pomogło.

Jego nie mam nawet co prosić, nie odszedłby od łóżka nawet gdyby świat się zawalił.

Powtórzenie. Zgubiony przecinek.

Babska logika rządzi!

Magarze, wyszło! Całkiem udany debiut.

Jeśli Piwnica jest tylko ćwiczeniem, to teraz chciałbym przeczytać prawdziwe opowiadanie. Mam nadzieję, że nie każesz długo czekać.

 

Za­mknij mordę! – wyję. – Tam nic nie ma! Nic!! – Zazwyczaj stawia się jeden wykrzyknik, w uzasadnionych przypadkach, trzy. Nie stawia się dwóch wykrzykników.

 

Wspie­ram się, opie­ra­jąc na zdro­wej nodze i uno­szę wyżej. – Powtórzenie.

Może: Próbuję wesprzeć się na zdrowej nodze i unoszę wyżej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, Drogi Autorze, pomachałeś mi przed nosem świeżym, soczystym truposzkiem, a potem kazaleś zadowolić się jeno uszczknięciem policzka. Cóż, narobiłeś apetytu. Jak masz jakiś dłuższy tekst, to grunt przygotowany.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Poproszę więcej! Dalszy ciąg chętnie bym przeczytała, bo ten fragment robi wrażenie. Scenka świetna.

O rany, dzięki, fajnie że się podobało.

Zaraz usiądą i poprawię błędy, dziękuję za ich wskazanie!

Dalszego ciągu nie ma i nie wiem czy będzie, choć słowa zachęty sprawiają, że może jednak sięgnąłbym po jakieś postapokaliptyczne klimaty!

 

Magar, to nie rób dalszego ciągu – napisz początek. 

Troszkę to taki żart. Nie, nie dopisuj już nic. Napisz coś całkiem nowego, ale z takim nerwem jak tutaj, takie właśnie wgryzające się w człowieka.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemik mądrze mówi, słuchaj się. :)

Bardzo dobre, mocne, choć nieprzyjemne opowiadanie.

 

odszedłby od łóżka nawet gdyby świat się zawalił

odszedłby od łóżka, nawet gdyby świat się zawalił

 

Podskakuje kiedy spadają

Podskakuje, kiedy spadają

 

Starówkę… – chłopak poprawia

Starówkę… – Chłopak poprawia

 

Pamiętasz jak mówiłaś

Pamiętasz, jak mówiłaś

 

Ile minęło czasu od kiedy Natka wyszła

Ile minęło czasu, od kiedy Natka wyszła

 

Nowa Fantastyka