- Opowiadanie: lakeholmen - Morderstwo przy rue Isaac cz. II

Morderstwo przy rue Isaac cz. II

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Morderstwo przy rue Isaac cz. II

Część II

 

– Przyznaję, że to najlepsze lody kasztanowe, jakie kiedykolwiek jadłem – powiedziałem, kiedy siedzieliśmy już w taksówce.

– Były subtelnie przyprawione, jednak nie rozpoznałem aromatu. Ich faktura była również… –Dwight zawiesił głos na moment, szukając odpowiedniego słowa – intrygująca.

– Chcesz zobaczyć antykwariat, o którym wczoraj ci mówiłem? – zapytałem Dwighta. Taksówka czekała na swoją kolej i była jeszcze chwila na decyzję.

– A co byś powiedział na małą wizytę na rue Isaac 11? – odparł.

– Widzę, że odkryłeś w sobie żyłkę detektywistyczną. Czemu nie możesz dać spokoju tej sprawie? Wystarczy, że okłamałeś tę kobietę.

– Przecież nie mogłem jej powiedzieć, skąd wiemy o Elizie – odpowiedział spokojnie Dwight, wyglądając przez okno. – Piękne miasto, może nawet piękniejsze niż Frisco.

– Mam na myśli bajeczki o przedstawicielstwie, Dwight.

– Kiedy ja naprawdę chętnie sprzedam kilka tych sprzętów rodzinom moich nadzianych kolegów. To same snoby. Każdy z nich chętnie miałby w salonie taką Elizę i szokował gości coraz to wymyślniejszymi potrawami. To żyła złota. A ja potrzebuję złota. Mówiłem ci już o moim pomyśle na podwodny hotel?

– Nie. Nie mówiłeś. Próbujesz odwrócić moja uwagę, ale nie pozwolę ci. Nie ufam tej kobiecie. Gdyby fakt, że jej maszyna brała udział w morderstwie, nawet przyrządzając budyń, dostała się do prasy, cała ta jej wunderwaffe zmieni się w wielki niewypał albo wręcz tonącą łódź podwodną, ciągnąc za sobą firmę na dno. Jestem pewien, że władowali w to mnóstwo pieniędzy. Nie będą ryzykować, że jakiś amerykański doktorant swoim wścibstwem doprowadzi ich do bankructwa. Nie ufam jej, Dwight.

– Dokąd lecimy? – zapytała swoim bezbarwnym, dyskretnym głosem taksówka.

– Rue Isaac 11 – odpowiedział Dwight. – Mnie też zastanowiło, że tak łatwo zgodziła się nas przyjąć. Moim zdaniem, coś ukrywa.

– Ukrywa? Wtedy po prostu by nas nie wpuściła. Czemu pokazała nam Elizę i odgrywała przyjazne nastawienie?

– Żebyśmy nie zorientowali się, że coś jest nie w porządku. Mamy być zadowoleni i pewni siebie, a pewność siebie ma nas zgubić i ujawnić nasze prawdziwe plany.

– Jakie prawdziwe plany? Chcieliśmy odwiedzić antykwariat. To są nasze plany!

– Nieprawda. Chcieliśmy dowiedzieć się, co ukrywa madame Amelin. Ma to związek z Elizą, budyniem, nieszczęsnymi paniami Borel i tajemniczym adoratorem – mleczarzem.

– Mleczarzem?

– Według rejestrów, które zaginęły w Tajwanie, panie odżywiały się budyniem od co najmniej miesiąca. Monsieur Argante dostarczał głównie mleko. Musiał przyjeżdżać co trzy dni.

– Skąd możesz wiedzieć, co zapisano w rejestrach, które zaginęły?

– Odnalazły się cudem w pewnym wirtualnym ulu.

– Dwight, zaczynasz mnie przerażać. Nie wiem czy na pewno chcę słyszeć cokolwiek więcej. Nie wiem nawet czy chcesz tam jechać, na rue Isaac.

– Jesteśmy na miejscu – oznajmiła taksówka. – Życzę miłego pobytu.

 

*

 

Staliśmy przed wysokim murem, zza którego wystawał jedynie omszały dach krytej dachówkami staroświeckiej budowli. Musiała pochodzić jeszcze z początków dwudziestego wieku.

– Ma ze cztery piętra. Po co taki wielki dom dwóm samotnym kobietom? – zastanawiał się na głos Dwight.

– Może miały dużo ubrań?

– Może. Podsadzisz mnie?

– Dwight. Zwariowałeś, prawda?

– Nie. Chcę się wczuć w atmosferę. Dom nie ma monitoringu. Przespacerujemy się tylko po ogrodzie.

– Obiecujesz?

– Jeśli drzwi będą zamknięte.

– Będziemy tego żałowali Dwight, zobaczysz.

– Podsadź mnie, proszę.

 

Rozejrzałem się ostrożnie, ale na ulicy nie widziałem żywego ducha. Nie zdziwiłbym się, gdyby madame i mademoiselle Borel były ostatnimi mieszkankami okolicy. Nawet psy nie szczekały. Jak gdyby wszystko tutaj wstrzymało oddech w oczekiwaniu na kolejny etap samobójczego planu mojego przyjaciela.

 

– Idziesz ze mną? – Dwight wyciągał do mnie dłoń, zwisając z muru. – Decyduj się. Zaraz może ktoś przyjść.

 

Wyciągnąłem rękę do Dwighta i pozwoliłem się wciągnąć tak wysoko, aż zdołałem chwycić gzyms muru.

 

Zeskoczyliśmy prosto w zarośnięty mimozami ogród. Wyglądał, jakby nikt się nim nie zajmował od lat. Drzewa ani krzewy nie były już dawno przycinane i splątały swoje gałęzie z rozsnącymi obok. Ścieżki zarosły trawą i ziołami, a żywopłot krzewił się chaotycznie we wszystkich kierunkach, lekceważąc zupełnie zamysł projektanta ogrodu.

 

– Wspaniałe miejsce – powiedział Dwight. – Ciekawe, czy już wystawiono je na sprzedaż.

– Po co ci czteropiętrowy dom?

– Nie powiedziałem, że chcę go kupić. Zastanawiam się tylko, czy są tam jeszcze policyjne plomby albo czujniki.

– Mieliśmy nie wchodzić do środka, Dwight. Obiecałeś.

– Ale drzwi są otwarte.

Nacisnąłem klamkę.

– Nie są – powiedziałem.

– Za moment będą. Tak myślę.

 

Odwróciłem się od niego, kiedy szukał sposobu pozostania w zgodzie zarówno z obietnicą, jaką mi złożył, jak i z tym, co tak ciągnęło go do środka.

 

– Wejdź, Vilmos. Tak, jak mówiłem, drzwi są otwarte.

 

*

 

– To tutaj – powiedział Dwight, wskazując na ogromny stół, przy którym spokojnie mogło zjeść kolację nawet i dwadzieścia osób. – Tutaj jadały swe budyniowe kolacje panie Borel.

– Brakuje tylko dwudziestu nakryć, w tym szesnastu brudnych.

– Najwyraźniej nie czytywały angielskiej prozy z zeszłego stulecia. Ich prawo.

– Może wolały książki kucharskie?

– Vilmos, te kobiety od miesiąca odżywiały się budyniem. I to produkowanym przez maszynę. Nie potrzebowały książki kucharskiej. Stań tutaj, będziesz mleczarzem.

 

Dwight usiadł przy stole i przybrał świętoszkowatą minę, która zapewne w jego mniemaniu gości na twarzy każdej francuskiej damy, kiedy nadchodzi pora posiłku.

 

– Co mam robić? – zapytałem, stając posłusznie we wskazanym przez Dwighta miejscu.

– Zmuś mnie, żebym zjadł budyń.

– Jak?!

– Nie wiem, wymyśl coś – odparł przez złożone w ciup usta Dwight. Najwyraźniej nieźle się bawił. – No, śmiało. Możesz krzyczeć.

– Jedz! – krzyknąłem, raczej anemicznie.

– Nie zjem – odpowiedział Dwight i uśmiechnął się bezczelnie, a potem znowu zasznurował usta i założył rękę na rękę. – Nie smakuje mi.

– To najlepszy budyń we Francji. Eliza go dla ciebie zrobiła – odpowiedziałem, starając się zagłuszyć w sobie wrażenie, że robię z siebie kompletnego idiotę.

– Nie. Jest za zimny – odpowiedział, wywracając oczami.

– Jedz, pókim dobry! – warknąłem.

– Wsadź sobie swój budyń, dewiancie – wycedził i pokazał mi język.

– Zaczynasz mnie wkurzać, Dwight.

– Jestem kobietą. Nazywam się mademoiselle Borel. Birgitte Borel. I pomyśleć, że chciałam iść z tobą do łóżka. Dewiant!

– Sam jesteś dewiant! A teraz zjedz ten cholerny budyń bo naprawdę stracę panowanie!

– Już straciłeś, Vilmos. W pięknym stylu. Starczy tej farsy. Sam widzisz.

– Widzę co? – wybił mnie z rytmu dokładnie w momencie, w którym zacząłem mieć z tego wreszcie jakąś przyjemność.

– Że nie można nikogo zmusić do zjedzenia budyniu – wyjaśnił, rozglądając się po pokoju stołowym, oddzielonym od kuchni jedynie wąskim kontuarem.

– Przecież mógłbym cię zmusić siłą. Bić albo coś takiego.

– Mógłbyś, ale tego nie zrobiłeś. To znaczy, monsieur Argante nie zrobił. Kobiety nie miały żadnych obrażeń. Pomijając żołądki, rzecz jasna.

– Musiał być bardzo przekonujący – powiedziałem niepewnie. – Albo je zahipnotyzował.

– Wiesz, że to ciekawa hipoteza? Też o tym pomyślałem – powiedział Dwight, wstając. Przeszedł za kontuar i zaczął oglądać ustawione na półce przedmioty. Brał je po kolei do ręki, przykładał do nosa i odstawiał z powrotem na miejsce.

– Co robisz? – zapytałem.

– Wącham moździerze – odrzekł, nie odwracając się do mnie.

– Po co?

– Zgadnij.

– Żeby wiedzieć, co w nich tłuczono?

– Brawo, Watsonie.

– Daruj sobie, Dwight. Powiedz lepiej po co ci wiedzieć, co tłuczono sto lat temu w jakichś zapyziałych moździerzach?

– Dlaczego sto lat temu? – tym razem odwrócił się, z naczyniem w dłoni i spojrzał na mnie, zdziwiony głęboko.

– No, miały przecież Elizę – wyjaśniłem.

– Od roku.

– Ale miały. Przez rok przyprawy dawno już wywietrzały.

– Zdziwisz się – wyciągnął ku mnie dłoń z ciężkim, mosiężnym moździerzem. Podszedłem do kontuaru, wziąłem naczynie i powąchałem.

– Chryste! – krzyknąłem, w ostatniej chwili powstrzymując nudności. – Co to jest?

– Mniemam, że zwierzę.

– Martwe.

– To jasne, żywe dawno by uciekło.

– Gnijące. Zgniłe, Dwight. To miałem na myśli. I nie mrówka.

– Sądząc po resztkach piór, to musiał być ptak.

Poczułem, jak wykwintny obiad Elizy podchodzi mi do gardła.

– A reszta? – zapytałem, kiedy już przestałem obawiać się otworzyć usta. Dwight zdążył w tym czasie podelektować się kolejnymi kilkoma aromatami.

– To zależy. W tamtym – wskazał wysoki, rzeźbiony moździerz – jest kał. Zupełnie biały, ale może zmienił barwę. W tym obok wymioty, a w następnym chyba jakieś pozostałości ryby. Tutaj jest tymianek.

– Jaka odmiana! Pewnie pozorna. Może podlewany moczem?

– Wiesz, że możesz mieć rację? Jakiś subtelny aromat przebija się przez olejki eteryczne i może to rzeczywiście być mocznik. Jesteś genialny, Vilmos!

 

Obrócił się znowu do mnie.

 

– Rozumiesz już? – zapytał, wpatrując się we mnie trzeźwym nagle i ani trochę nieobecnym spojrzeniem. Wrócił stary, bystry Dwight, który jednym celnym zdaniem potrafił zakończyć w college trwającą od trzech godzin jałową dyskusję, godząc obydwie strony i jednocześnie przedstawiając swój, zupełnie odmienny punkt widzenia.

 

Tylko po co urządził teraz całe to przedstawienie?

 

– Po co pytasz, skoro wiesz, że nie rozumiem nic? – odparłem. – Za to domyślam się, że ty wiesz wszystko już od wczorajszego poranka, kiedy kupiliśmy gazetę, a tutaj ciągnąłeś mnie, żeby powąchać trochę suchego kału, pardon, tymianku.

 

– Nie żartuj. Dopiero dzisiaj rano przy kawie, kiedy otrzymałem raport od agenta, zrozumiałem, co tu się dzieje.

– Czemu nie powiedziałeś od razu?

– Mogłem się mylić.

– Co cię przekonało?

– Tymianek.

– Zwariowałeś.

– Nie, po prostu żartuję. Kał, oczywiście. I wysuszone zgniłe mięso. To mnie przekonało.

– To teraz wyjaśnij mi, co takie ty rozumiesz, a ja w dalszym ciągu nie. Zwłaszcza, że nie wiem, co takiego pozostało do zrozumienia.

– Należy zrozumieć, kto je zabił. Kto zabił panie Borel.

– Mleczarz. Monsieur Argante. To już ustalono i to dawno.

– A czy wiadomo jak to zrobił? – zapytał Dwight niewinnie.

– Zmusił je do zjedzenia budyniu.

– W jaki sposób?

– Nie wiem, Dwight. Może miał pistolet. Co za różnica? Jakoś zmusił. A może same zjadły. Może tak bardzo im smakował, że jadły, póki nie pękły. To najgłupsze, co przyszło mi do głowy i mam nadzieję, że cię zadowoliłem. Chodźmy stąd wreszcie.

– Owszem zadowoliłeś i to bardzo. Dokładnie to samo myślę. Jadły go tyle, bo im smakował. Jak wiesz, od miesiąca nie odżywiały się niczym innym. Gdyby chciał je zabić nasz mleczarz, kazał by po prostu im pić wodę. Po co by mu było bawić się z jakimś budyniem? Kto zatem je zabił, przyjacielu?

– One same? Ich łakomstwo? Brak umiaru?

– W pewnym sensie, owszem. Mam na myśli jednak sprawcę całej tej sytuacji.

– Nie wiem, o co ci chodzi, Dwight.

– Chodzi mi o Elizę.

– Chcesz powiedzieć, że specjalnie przyrządziła taki przysmak, żeby nie mogły się opanować? Przeceniasz ją, naprawdę.

– Wcale nie, Vilmos. Cały miesiąc ulepszała recepturę, aż tamtego tragicznego wieczoru udało jej się wreszcie przyrządzić coś, od czego nie można się było oderwać.

 

Dwight nie sprawiał wrażenia pomylonego, nie uśmiechał się kretyńsko, nie toczył piany z ust. Przeciwnie, wyglądał, jakby dokładnie wiedział, co mówi i nie uważał tego za kompletną bzdurę, jaką mnie się zdawało.

 

– Czemu miała by to zrobić? – zapytałem najbardziej poważnym tonem, na jaki było mnie stać.

– Aby się zemścić.

– Za co mogłaby się mścić maszyna kucharska?

 

Dwight spojrzał na mnie z potępieniem, ale zaraz rozchmurzył się.

 

– Któraś z kobiet, być może obie, dręczyły ją – wyjaśnił.

– W jaki sposób i po co? – pytałem, coraz bardziej zaciekawiony.

– Kazały przygotowywać maszynie potrawy o obrzydliwych smakach – odparł, wskazując za siebie, na moździerze i wymownie unosząc brwi. – Dla ich przyjemności. Najwyraźniej zorientowały się, a może im po prostu powiedziano, że Eliza odczuwa przyjemność, kiedy przyrządza pyszne jedzenie, a one doszły do słusznego wniosku, że cierpi, kiedy coś przypali albo każe jej się przygotować, dostarczając oczywiście składników, coś obrzydliwego.

– Myślisz Dwight, że one to … – reszta nie chciała mi przejść przez gardło. Samo wspomnienie roztartych w moździerzu piór ponownie przyprawiło o kolejną falę mdłości.

– Jadły? – Dokończył za mnie Dwight. – Nie wiem. I pewnie się nie dowiem. Skoro były tak chore, żeby wpaść na pomysł znęcania się nad maszyną, może i potrafiły wziąć do ust to, co dla nich przyrządziła. Kto wie?

– Czemu je zabiła? Czemu w taki sposób? – zapytałem, chociaż domyślałem się, co odpowie.

– Jakie inne wyjście miała, Vilmos? Co innego mogła zrobić?

 

*

 

– A zatem monsieur Argante jest niewinny? – zapytałem Dwighta, kiedy schodziliśmy w dół po trzeszczących schodach.

– W rzeczy samej.

– Ciekawe, co na to policja.

– Tak, bardzo ciekawe. Wkrótce się przekonamy.

– Wkrótce? – zdziwiłem się. Miałem nadzieję, że nie planuje lecieć teraz na komendę. Jedyne, na co miałem ochotę, to filiżanka kawy i gorący prysznic, niekoniecznie w tej kolejności.

– Myślę, że przy wyjściu oczekuje nas kilku umundurowanych panów – odpowiedział Dwight tonem, jakby informował mnie, że jednak nie będzie padać.

– Czemu tak uważasz?

– Na pewno rozstawili tu czujki. Sam mówiłeś.

 

Jak mogłem zapomnieć o czujkach!

 

– No to przynajmniej wiedzą, co robiliśmy – stwierdziłem, nieco uspokojony. –Odstawialiśmy farsę pod tytułem „Mleczarz zmusza pastereczkę", a potem wąchaliśmy suszony kał.

– Nie zapominaj o tymianku. Poza tym, ułożyliśmy bardzo interesującą historyjkę o perwersyjnej mademoiselle Borel, wymyślającej dla Elizy do przyrządzenia przeróżne obrzydliwe potrawy.

– Naprawdę uważasz, że cierpiała? – zapytałem.

– Madame Amelin mówiła, że odczuwa smaki tak, jak ludzie. Możliwe zatem, że miała też inne uczucia.

– Automaty do osmodiagnostyki wyczuwają zapachy. Nie wmówisz mi, że zbiera im się na wymioty, kiedy diagnozują gangrenę.

– Nie są aż tak złożone. Przeciwnie, to proste detektory. Eliza nie jest prosta.

– Pamiętam. Ma pseudoosobowość.

– No, chyba, że ma coś więcej.

– Co takiego?

– Po prostu osobowość. Świadomość.

– Twierdzisz, że maszyna, która nam przygotowała lody kasztanowe, jest świadoma? I może cierpieć?

– Nawet więcej. Potrafi się mścić. I to perfidnie. Jest też przebiegła i przewidująca. Mogła przecież otruć obydwie panie. Czemu tego nie zrobiła, jak myślisz? Dzień dobry panom.

 

Zajęty rozmową nie zauważyłem trzech umundurowanych mężczyzn stojących przy furtce, do której właśnie doszliśmy ścieżką, prowadzącą od domu.

 

– Panowie Dwight i Szolonyi? – zapytał najwyż szy, grzecznie i spokojnie.

– Zgadza się – potwierdził Dwight i skinął elegancko głową.

– Panowie pójdą z nami.

– Oczywiście.

 

Poszliśmy z nimi. Tuż za furtką stał policyjny hover–salonka do przewożenia VIPów. W otwartych drzwiach stała madame Amelin i spoglądała w naszą stronę. Nie potrafiłem dokładnie odczytać emocji w jej oczach. Mieszały się tam wściekłość, strach i być może odrobina chłodnego podziwu. Z całą pewnością nie dostrzegłem nigdzie w okolicy uśmiechu ani sympatii.

 

Kiedy podeszliśmy do salonki, madame Amelin cofnęła się w głąb i ustąpiła nam miejsca. Weszliśmy po schodkach, a drzwi zamknęły się za nami.

 

Zdążyliśmy tuż przed deszczem.

 

*

 

– Wiemy, że zdeponował pan w ulu w San Francisco pewne informacje oraz wydał pewne dyspozycje – zaczęła madame Amelin, kiedy usiedliśmy wokół dębowego stołu zajmującego środek salonowej części pojazdu.

– Anuluję je, kiedy tylko wrócę do domu.

– Czyli kiedy? – zapytał policjant. Nie przedstawił nam się i nie wiedziałem czy jest kimś wysoko postawionym, czy po prostu oddelegowanym dla ochrony interesów starszej pani.

– Za trzy tygodnie – odparł Dwight wyjmując cygaro. Kapnął kilka kropel modnego ostatnio tytoniu waniliowo–brzoskwiniowego i zaciągnął się z zadowoleniem.

– Co to za informacje?

– Moje przemyślenia, dotyczące prawdziwej natury morderstwa przy rue Isaac 11.

– Mam nadzieję, że zdaje pan sobie sprawę, że konsekwencje ujawnienia przez pana tych informacji będą bardzo nieprzyjemne? – ciągnął policjant, niezrażony nonszalancją mojego przyjaciela.

– To groźba? – zapytał Dwight, uśmiechając się z zadowoleniem. Miałem nadzieję, że to tytoń go tak cieszy, nie zaś perspektywa zetknięcia się z przedstawicielem europejskich służb specjalnych, co zapewne miał na myśli policjant.

– Skądże znowu. Po prostu ostrzeżenie. Gdybyśmy byli w Afryce, właśnie wyławiano by pańskie ciało z Zambezi. Nie wiedziano by tylko jeszcze, że to pan. Tam wciąż identyfikuje się ludzi po tęczówkach i karcie dentystycznej. Myślę, że naprawdę jest pan dobrze traktowany.

– Z pewnością lepiej, niż nieszczęsny monsieur Argante – powiedział Dwight. – Zdaje się, że zostanie złożony w ofierze na ołtarzu spraw wyższych.

– Za nieobyczajne zachowanie zostałby skazany w pańskiej rodzinnej Kalifornii na dziesięć lat ciężkich robót. Za jakiś czas, kiedy sprawa przycichnie, wyjdzie na wolność.

 

Nie udawałem, że cokolwiek rozumiem z ich rozmowy. Dwight najwyraźniej zabezpieczył się przed deportacją do jakiegoś afrykańskiego stanu, pozostawiając depozyt o krótkim terminie ujawnialności w San Fransisco, za co byłem mu wdzięczny. Nie rozumiałem jednak, czemu nie próbuje wyjaśnić policjantowi i madame Amelie prawdziwej natury całej sprawy.

 

– Co z Elizą? – zapytał Dwight? – Co, jeśli w innych gospodarstwach domowych również znajdzie się jakiś psychopata, który postanowi ją podręczyć?

– Niech pan nie będzie śmieszny – pogarda w głosie madame Amelie była aż nazbyt wyczuwalna. – To maszyna. Nie można jej dręczyć. Nasi specjaliści znajdą błąd w konstrukcji i nie dopuszczą do powtórzenia takiej sytuacji.

– Nikt tutaj się nie śmieje. Ta maszyna czuje i myśli. Ma osobność. Pełną, nie jakąś pseudo namiastkę – głos Dwighta przybrał w jednej chwili zimny i rzeczowy ton. Zawsze mu go zazdrościłem.

– Zaraz gotów pan dojść do wniosku, że Eliza ma duszę – drwiła kobieta, choć spod jej maski przezierał niepokój. Czego się obawiała?

– Tego nie wiem, ale jeśli pani by ją miała, to być może i ten automat też – odpowiedział Dwight, patrząc jej prosto w oczy. – Stawiam sto tysięcy o zakład, że jej osobowość projektowano w oparciu o pani własną.

– Żegnam panów – wycedziła madame Amelin przez zaciśnięte zęby. – Panie Huron, proszę wysadzić ich tutaj. Myślę, że dalsza rozmowa jest bezcelowa. Proszę pamiętać o obietnicy, panie Dwight. Wiąże nas umowa i radzę panu jej nie łamać. Dobrze panu radzę. Żegnam raz jeszcze.

 

Hover usiadł na lądowisku nad Sekwaną i otworzył drzwi.

 

*

 

Budapeszt okazał się o wiele piękniejszy, niż się spodziewałem. Staroświecki i nostalgiczny, pachniał wyblakłym wspomnieniem pełnych splendoru czasów, kiedy pozostawał drugą stolicą największego europejskiego mocarstwa.

 

– Myślisz, że Eliza może mieć duszę? – zapytałem Dwighta, kiedy już zapaliliśmy świeczkę na jedynym odnalezionym w miejskich archiwach grobie kryjącym szczątki któregoś z moich stryjecznych pradziadków.

– Nie wiem, Vilmos. Tego nikt nie wie. Tak samo, jak nie wiemy, czy naprawdę ma osobowość.

– Jak to? Byłem pewien, że to dla ciebie jasne, że masz dowody – zdziwiłem się. Nie rozmawialiśmy o sprawie od dwóch tygodni, włócząc się po antykwariatach i wypatrując tajniaków. Dopiero zaściankowa atmosfera dawnej metropolii uspokoiła nas i rozwiązała języki. Nikt nas tutaj chyba nie podsłuchiwał. Oprócz mojego pradziadka i paru milionów jego ziomków.

– Skąd mógłbym mieć dowód, że ktoś ma duszę albo osobowość. Ja nawet nie mam dowodu, że ty je masz, bez urazy. Mógłbyś być równie dobrze bardzo sprytnie zaprojektowanym automatem.

– Jak Eliza?

Nie odpowiedział.

– Myślę, że ktoś, kto potrafi zaplanować tak perfidną zemstę, jak przygotowanie dania, które będzie tak nieziemsko smaczne, że ofiara nie potrafi się powstrzymać od zjedzenia śmiertelnie ogromnej porcji, ktoś taki musi mieć osobowość. I to bardzo chorą – mówiłem, chociaż Dwight nie sprawiał wrażenia kogoś, kto słucha. – Miałeś rację, że przypomina madame Amelin. Mściwością, wyrachowaniem, bezdusznością. Bałbym się mieć takie urządzenie w domu.

– Zapewne nie masz wyjścia.

– Jak to?

– Vilmos, ci ludzie nie mieli oporów przed wsadzeniem za kratki człowieka tylko dlatego, żeby chronić swoje sprawy. To zrozumiałe, zawsze tak było i zawsze będzie, dopóki istnieją wielkie interesy i mnóstwo małych ludzi. To jednak nie koniec. Zastanów się nad tym, co jeszcze mogła zrobić Eliza.

– Masz na myśli, jej reakcje na dręczenie jej przez tę chorą dziewczynę?

– Tak. Mogła zadzwonić do mamusi?

– Nie.

– Do madame Amelin? Na policję? Do urzędu ochrony konsumenta? Do przyjaciółki? Ona tkwi tam, Dwight, zaklęta w ten przeklęty kredens i nie może zrobić zupełnie nic. Nawet nie może popełnić samobójstwa. Jedyne, co potrafi, to gotować. I jeszcze piec. Pichcić. Smażyć i dusić.

– Jeśli nikt nie każe jej smażyć pączków z nadzieniem z błota, może będzie szczęśliwa.

– Może wtedy. Wróćmy jednak do naszych baranów, wybacz mi makaronizm. Otóż istnieje z pewnością powód, dla którego nie złomowano Elizy, czy też może raczej nie dokonano eutanazji, kiedy dowiedziano się, w jak potwornej sytuacji się znajduje.

– Jaki to powód?

 

– Oni nie zrezygnują, Vilmos. Nie mają zamiaru. Po prostu. Chcą mieć odkurzacze, które będą szczęśliwe, kiedy jest wreszcie czysto. Aparaty fotograficzne, które będą zadowolone z dobrego zdjęcia, a wniebowzięte, kiedy je już właściwie skorygują. Aparaty rehabilitacyjne, które szczęśliwe będą dopiero wtedy, gdy kostka przestanie cię już zupełnie boleć. I maszyny kucharskie, które przygotują dla nas każdy posiłek. Nawet kotlet z wieloryba, choćby miały sprowadzić w tym celu mięso z Japonii. To wszystko przed nami, Vilmos. Niech tylko zrozumieją naturę problemów z Elizą, znajdą sposób, żeby ją poskromić i nie dopuścić więcej do buntu takiego, jaki miał miejsce przy rue Isaac. Kiedy tylko nauczą się wykrywać problemy zawczasu i dusić je w zarodku, nadejdzie zupełnie nowa epoka, a świat nie będzie już przypominał tego, który widzisz wokół. Widziałem knajpkę po drodze. Może napijemy się wina? Ponoć dalej wytwarzają je tu tak, jak przed stu laty. Ponoć tylko tutaj. Napijemy się?

 

KONIEC

 

 

Wygodną do czytania wersję (PDF) całego opowiadania można pobrać stąd: "Morderstwo przy rue Isaac".

 

Koniec

Komentarze

Błędy:

" i swoją pracownie" - pracownię

"Rozmowa zeszła na moje plany, co sprowadziło się do omówienia kilku dobrych lokalizacji na pracownię, omówieniu gustu potencjalnych klientów" - dwa razy "omówienia" powinno być, nie "omówieniu"

"— Chyba tak zrobię. — odpowiedział, odstawiając kieliszek na stolik." - w dialogu, po słowach danej osoby nie daje się kropki

"Dwight usiadł przy stolę" - przy stole

"do przewożenia VIPów" - nie powinno być "VIP-ów"?

Było więcej błędów, ale głównie większość opierała się na tym samym - interpunkcja w dialogach i niedopatrzenia. Tekst naprawdę dobry! Bardzo dobry! Już sam tytuł mnie zainteresował, przypominając mi znane opowiadanie Edgara Poe "Morderstwo przy Rue Morgue". Wciągająca fabuła, jak na mało skomplikowany tekst - mało wątków - trudna do przewidzenia. Postaci, szczególnie Dwight, z krwi i kości. Sam pomysł... świetny, zabawny i przerażający zarazem. Może nieco zakończenie nie przypadło mi do gustu, choć nie było złe.

Sam piszę opko do tego konkursu i teraz zaczynam się martwić, że przez Ciebie mogę mieć spore trudności, ale co tam :P Opowiadanie dostaje ode mnie 5/6 :)

Pozdr!

Może zdążę przed upływem 24 godzinami wszystkie zniszczyć. ;)

Kapitalny pomysł, naprawdę, gratulacje. To się nazywa oryginalna wariacja na zadany temat (do połowy nawet zresztą nie widać, na który;). Jako jedyne chyba z dotychczasowych na konkurs (nie licząc Afterlife), nie próbowało wyjaśniać natury świata w stylu reportażu, tylko sprawnie, w drobnych uwagach, uczy nas o naturze świata przedstawionego. Historia swoją przewrotnością przypominała miejscami nawet lżejsze opki Dicka, a to już rekomendacja poważna

Jesli chodzi o technikalia, styl dobry, prosty, opowiadanko nieźle "płynie", więc błędy nie wpadają w oko (gdzieś na początku jakiś przecinek mi mignął niepotrzebny, czepnąć się można jeszcze użycia dużej litery w Afrykańskiego stanu, bo niepotrzebna)

Coś jeszcze mi nie pasuję w używaniu hulajnóg  na lotnisku. Nie chodzi ci o segway'e przypadkiem?

S-f w rzeczywiście dobrym, starym stylu. Bez wahania wystawiam 6.

Obawiam się, ze hulajnogi (tradycyjne) to moje wspomnienie z lotniska w Sztokholmie. Dziesięć lat temu, ale jednak. Dalej nie przestaje mnie zadziwiać :)

Cóż mogę powiedzieć, człowiek uczy się całe życie, nawet takich osobliwości ;)

Do konkursowych. OK. :)

No, ciekawe zakończenie, nieoczekiwane. Całość mi się spodobała.

– A co byś powiedział na małą wizytę na rue Isaac 11? – odparł.

A możesz mi wyjaśnić, jak wymawia się 11?

Babska logika rządzi!

W sensie jak się to mówi po francusku?

Nie, w sensie, jakimi dźwiękami oddaje się te jedynki. Bo ja bym napisała, że gościu powiedział jedenaście, a nie 11. ;-p

Babska logika rządzi!

Nie wiem jakie były założenia konkursu, ale mam nadzieję, że je spełniłeś, a opowiadanie zostało należycie docenione. ;-)

Czytało się świetnie. Mnie także tytuł skojarzył się ze znanym opowiadaniem, pewnie dlatego szczególnie spodobał mi się klimat – choć rzecz dzieje się w przyszłości, opowieść tchnie atmosferą zamierzchłej przeszłości i to takiej, do której czasem chciałoby się powrócić.  

Chciałabym mieć Elizę, pewnie umiałaby przyrządzić kwiczoły w auszpiku na postumencie… ;-)

 

–Dwi­ght za­wie­sił głos na mo­ment… – Brak spacji po półpauzie.

 

– Kiedy ja na­praw­dę chęt­nie sprze­dam kilka tych sprzę­tów ro­dzi­nom moich na­dzia­nych ko­le­gów. To same snoby. Każdy z nich chęt­nie miał­by… – Powtórzenie.

 

Pró­bu­jesz od­wró­cić moja uwagę… – Literówka.

 

– Dokąd le­ci­my? – za­py­ta­ła swoim bez­barw­nym, dys­kret­nym gło­sem tak­sów­ka. – Czy zaimek jest niezbędny?

 

i splą­ta­ły swoje ga­łę­zie z roz­sną­cy­mi obok. – Literówka.

 

po­wie­dział Dwi­ght, wska­zu­jąc na ogrom­ny stół… – Raczej: …po­wie­dział Dwi­ght, wska­zu­jąc ogrom­ny stół

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

od­po­wie­dzia­łem, sta­ra­jąc się za­głu­szyć w sobie wra­że­nie, że robię z sie­bie kom­plet­ne­go idio­tę. – Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

– My­ślisz Dwi­ght, że one to … – Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

za­py­ta­łem Dwi­gh­ta, kiedy scho­dzi­li­śmy w dół po trzesz­czą­cych scho­dach.– Masło maślane. Czy mogli schodzić w górę?

Wystarczy: …za­py­ta­łem Dwi­gh­ta, kiedy scho­dzi­li­śmy po trzesz­czą­cych scho­dach.

 

–Od­sta­wia­li­śmy farsę pod ty­tu­łem… – Brak spacji po półpauzie.

 

za­py­tał naj­wyż szy, grzecz­nie i spo­koj­nie. – Wplątała się spacja.

 

od­parł Dwi­ght wyj­mu­jąc cy­ga­ro. Kap­nął kilka kro­pel mod­ne­go ostat­nio ty­to­niu wa­ni­lio­wo–brzo­skwi­nio­we­go… – W jaki sposób można kapać tytoniem?

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo się cieszę :)

 

I dziękuję :) Skorzystam z Twoich uwag wkrótce, mam zamiar zredagować opowiadani stąd i jakoś razem udostępnić.

Niezmiernie mi miło, że uwagi okazały się przydatne. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne :)

Nowa Fantastyka