- Opowiadanie: Miętus - Niełatwa codzienność (thriller erotyczny)

Niełatwa codzienność (thriller erotyczny)

 

Wiel­kie po­dzię­ko­wa­nia dla Bety. Dzię­ki Wiwi, dzię­ki Cie­niu Burzy. Z Waszą pomocą tekst wiele zyskał.

 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Cień Burzy

Oceny

Niełatwa codzienność (thriller erotyczny)

Byłem przy­stoj­ny jak dia­bli. Fa­scy­no­wa­łem ją. Sta­łem się piętą achil­le­so­wą tej Ga­li­me­dej­ki i to ją iry­towało. Wście­ka­ła się, że nie po­tra­fi za­pa­no­wać nad emo­cja­mi. A mnie to ba­wi­ło. W pew­nym sen­sie. Nie chcia­łem jed­nak wpaść w pu­łap­kę za­leż­no­ści. Dzia­ła­łem ostroż­nie, za­cho­waw­czo, ze wzglę­du na bio­lo­gicz­ne ogra­ni­cze­nia, któ­rych nawet dwu­dzie­sty trze­ci wiek nie po­ko­nał; byłem ślepy i głu­chy jak pień – pa­miąt­ka z tego, co spo­tka­ło nasz od­dział w woj­nie z Ukła­dem Cen­tau­ra. Jed­nak nikt nie mógł mnie na­zwać bez­wol­nym. Mia­łem kom­plek­sy i nie­za­go­jo­ne w psy­chi­ce rany, ale nie byłem bez­sil­ny. Po­strze­ga­łem świat ina­czej.

Ona bez­u­stan­nie ma­ni­fe­sto­wa­ła go­to­wość zbli­że­nia. Do­szło do tego, że urzą­dza­ła pro­wo­kacje nawet w obec­no­ści moich przy­ja­ciół z ośrod­ka po­mo­cy we­te­ra­nom. Cóż z tego, że jej nie wi­dzie­li, a je­dy­nie two­rzy­li w umy­śle ob­ra­zy zło­żo­ne z za­pa­chów, tem­pe­ra­tu­ry, wil­got­no­ści i ru­chów po­wie­trza; im­pul­sów, które do­cie­ra­ły do ko­mó­rek Mer­kla na skó­rze i, wzmoc­nio­ne sztucz­nie, tra­fia­ły do mózgu? Prze­cież i tak drwi­li z niej w duchu, a jed­no­cze­śnie za­gry­za­li wargi z za­zdro­ści, kiedy – ubra­na w krót­ką su­kien­kę – sia­da­ła mi na ko­la­nach, obej­mo­wa­ła za szyję i prze­bie­ra­ła no­ga­mi.

Jakże chcia­łem ją uj­rzeć w ta­kich mo­men­tach. Za­sy­cha­ło mi w gar­dle, kiedy po omac­ku kła­dłem dłoń na pier­si Lei – tak miała na imię – i czu­łem, jak śmie­je się gwał­tow­nie, ner­wo­wo, nie­mal­że cho­ro­bli­wie. Coś na po­do­bień­stwo mu­zy­ki roz­brzmie­wa­ło w mym umy­śle, kiedy ści­ska­łem łap­czy­wie jej uda, lep­kie od wil­go­ci, która za­czy­na­ła prze­ni­kać de­li­kat­ny ma­te­riał poń­czoch.

Któ­re­goś dnia po­czu­łem in­ten­syw­niej­szy niż zwy­kle za­pach ko­bie­ty. Po nim na­de­szło mro­wie­niem w lę­dź­wiach. Lea uwol­ni­ła z sie­bie ogrom­ną ilość fe­ro­mo­nów – zu­peł­nie zni­we­lo­wa­ły za­pach Cha­nel numer pięć. Po ru­chach po­wie­trza, które cyr­ku­lo­wa­ło z róż­nym na­si­le­niem, zro­zu­mia­łem, że wsta­ła. Nie mogła sobie zna­leźć miej­sca, choć by­li­śmy sami w po­ko­ju i prze­strze­ni było dosyć. Pa­li­ła jed­ne­go pa­pie­ro­sa za dru­gim. W końcu wy­szła, trza­ska­jąc drzwia­mi. Pod­ło­ga drga­ła jesz­cze chwi­lę, jakby pra­gnąc prze­dłu­żyć wra­że­nie jej obec­ności w miesz­ka­niu. Sto­lik przy­kry­ty je­dwab­nym ob­ru­sem – pre­zent od stry­ja z Hong Kongu – de­li­kat­nie dy­go­tał; tak samo skó­rza­na ka­na­pa pod ścia­ną. A fale za­pa­chów, słab­nąc, pły­nę­ły w po­wie­trzu; opa­da­ły i wzno­si­ły się na nowo, ale już bar­dziej roz­rze­dzo­ne i od­le­głe, by na ko­niec utwo­rzyć jedną kom­po­zy­cję i utra­cić zwią­zek z pa­mię­cią o ki­pią­cym z po­żą­da­nia ciele.

Wró­ci­ła na­za­jutrz. Była pra­wie pół­no­c – do­tkną­łem punk­tów na tar­czy ścien­ne­go ze­ga­ra. Wła­śnie wy­szli zna­jo­mi, z któ­ry­mi ucią­łem sobie par­tyj­kę braj­low­skie­go po­ke­ra. Jej pot, per­fu­my, skoki tem­pe­ra­tu­ry ema­nu­ją­ce­go ero­ty­zmem ciała i du­cho­ta lip­co­wej nocy, wle­wa­ją­ca się przez otwar­te okno… Wszyst­ko to do­pro­wa­dzi­ło do nie­unik­nio­ne­go.

Coś we mnie pękło, za­wa­lił się jakiś mur zbu­do­wa­ny z obaw. Ni­czym w amoku, w oszo­ło­mie­niu tych kilku po­zo­sta­łych mi zmy­słów, za­czą­łem zdzie­rać z niej ubra­nie. Nie miała tego dużo: ko­szul­ka, dżin­sy, ko­ron­ko­we figi. Nie no­si­ła już nawet sta­ni­ka. Ca­łu­jąc pier­si Lei, wy­czu­wa­łem usta­mi jej od­dech. Stał się płyt­ki, ury­wa­ny. Oba serca – każde bi­ją­ce w na­tu­ral­nym ryt­mie stu dwu­dzie­stu ude­rzeń na mi­nu­tę – przy­spie­szy­ły, trze­po­cząc jak skrzy­dła pary mo­ty­li uwię­zio­nych w sło­iku.

Wy­tę­ży­łem wszyst­kie siły, by zręcz­nie unieść dziew­czy­nę. Potem sta­wia­łem każdy krok pew­nie, ale ostroż­nie. Prze­sze­dłem ja­kieś trzy metry, nie na­po­ty­ka­jąc żad­nej prze­szko­dy – nikt nie prze­su­nął sprzę­tów, któ­rych po­ło­że­nie przy­wo­ły­wa­łem w pa­mię­ci – i do­tar­łem do łóżka. Usia­dłem z Leą na mięk­kim ma­te­ra­cu i wsu­ną­łem rękę mię­dzy nogi dziew­czy­ny. Przy­war­łem war­ga­mi do jej ust i pie­ści­łem de­li­kat­ny jak pian­ka na lo­do­wym de­se­rze język, a potem ssa­łem szyję o mig­da­ło­wym  smaku . A ona wzdy­cha­ła. Gdy mu­ska­łem wil­got­ny­mi war­ga­mi oko­li­ce uszu, wiła się pode mną i drża­ła jak ka­mer­ton. Mo­rzem i plażą pach­nia­ły włosy ko­bie­ty, którą po­sia­dłem; za­nu­rzy­łem w nie dło­nie, na­wi­ną­łem dłu­gie, krę­co­ne pukle na palce i, pod­da­ny fali unie­sie­nia, kołysa­łem jej cia­łem. A kiedy i tego byłem syty, za­czą­łem gła­dzić wąską kibić.

Potem, na­tra­fi­łem na coś dziw­ne­go. To był ogon. Wił się jak mo­ka­syn. Sa­mo­ist­ne stwo­rze­nie. Jed­nak wy­ra­stał z ciała, jak ręka czy noga. Prze­raził mnie tak bar­dzo, że w jed­nej chwi­li z uwo­dzi­cie­la zmie­ni­łem się w prze­ję­te­go stra­chem ka­le­kę, głu­che­go i śle­pe­go. Naraz wszyst­ko wró­ci­ło – ob­ra­zy wojny, pod­stę­pów i zdrad. Ga­li­me­dej­ki, które w chwi­li naj­więk­szej roz­ko­szy, uśmier­ca­ły ziem­skich ko­chan­ków ro­dza­jem jadowego zęba czy też kolca umiesz­czo­ne­go w ogo­nie. Co praw­da wspo­mnie­nia od­wo­ły­wa­ły się do wy­da­rzeń sprzed kil­ku­na­stu lat, zanim zjed­no­czo­na z nami rasa pod­da­ła się upodobnieniu gatunkowemu, ale czy ry­zy­ko, że w or­ga­nicz­nych wy­pust­kach mogą na nowo wy­two­rzyć się gru­czo­ły z toksyną, zo­sta­ło do końca za­że­gna­ne?

Mia­łem za mało czasu na ja­kie­kol­wiek ana­li­zy. Spa­ni­ko­wa­łem i in­stynk­tow­nie za­ci­sną­łem dło­nie na szyi mo­dlisz­ki – daw­ne­go wroga, który nie wy­rzekł się ze­msty.

Koniec

Komentarze

Zastanawiające, że większość (wszystkie?) teksty na ten konkurs opowiadają o miłości. Albo łagodnej, skupionej na emocjach, albo sięgającej po cielesność (erotyki). Takie postrzeganie mówi coś o Nas. Wyobrażamy sobie, że głuchoniewidomi potrafią kochać mocniej. Czy musimy stać się ułomni, by kochać pełniej? Czy to wyobrażenie jest właściwe, czy może uwarunkowane narzuconym obiektywizmem, zrodzonym w kulturze masowej (w szczególności kino)? Czy sprawność wszystkich zmysłów Nas rozprasza? Klęska urodzaju…

Ale to taka dygresja.

 

Co do tekstu, to… Czy to nie jest przeróbka istniejącego, kiedyś już opublikowanego tutaj tekstu? Miętus, przyznaj się, wujkowi ;)

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nazgul – Nie jest to przerobione opowiadanie. Powstało od zera. Ale chętnie przeczytam tekst, który wydaje Ci się podobny. Zaciekawiłeś mnie.

Nie mam z tym nic wspólnego. Sprawy same się komplikują.

Myślałem, że był Twój i został usunięty.

Ale skoro nie, to PRZEPRASZAM.

 

Choć ta modliszka z finału, cholernie znajoma…

No nic, dobry twist!

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Przykro mi, nawet nie czytałem. Zresztą kobieta-modliszka, to chyba popularny motyw.

Nie mam z tym nic wspólnego. Sprawy same się komplikują.

A dość popularny…

Piszesz najpierw o uśmiercaniu zębem / kolcem, potem o jadzie. Najpierw jak o czynniku czysto fizycznym – w domyśle: o silnym, miażdżącym uderzeniu – i dopiero potem o czynniku faktycznym. Nie dałoby się to zgrabnie połączyć?

Piszesz o unifikacji, czyli likwidacji cech różniących obie rasy. Odkrycie, że kochanka ma ogon, sugeruje bardzo silnie, że Galimedianie zostali swego czasu, zabiegami unifikacyjnymi, upodobnieni do Ziemian. OK. Ale w takim przypadku, po manipulacjach genetycznych, ani ogon, ani gruczoły jadowe nie mają prawa pojawić się ponownie.

No i zakończenie. Zacisnął dłonie na szyi modliszki, czyli zaczął ją dusić. Nie sądzisz, że przed utratą świadomości Galimedyjka zdąży uśmiercić kochanka? Śmierć przez uduszenie nie jest śmiercią natychmiastową…

Pomimo tych uwag – nienajgorzej.

Adam KB – jeśli chodzi o zęby – słuszna uwaga. Zmieniłem.

Unifikacja – to, że nasze DNA reaguje jak reaguje, nie znaczy, że DNA, czy inny kod genetyczny obcych zareaguje tak samo.

Bohater udusił Leę, a skoro nic mu się nie stało, to przecież może oznaczać (i tak było w zamyśle), że ogon był “nieaktywy”, a bohater zamordował Galimedejkę jedynie ze strachu, a nie z powodu realnego zagrożenia.

Pozdrawiam.

 

Nie mam z tym nic wspólnego. Sprawy same się komplikują.

Mnie sam pomysł urzekł już od początku. Najpierw dość dziwna, niedająca się zrozumieć historia, a na koniec PYK! i mamy naprawdę mocny finał, który w dodatku nadaje sens całej opowieści. Jak za dotknięciem magicznego… żądła, znikają wszystkie “WTF?” i wątpliwości. To opowiadanie to taki troszku dynamit – niby małe, niepozorne, ale jak w końcu pierdyknie… Krótko: taki iście drabblowski patent na napisanie historii; mało słów, wiela traści i gracki finał.

Zdecydowanie jestem na tak, zwłaszcza, że miałem przyjemność na własne oczy przekonać się, z jakim zaangażowaniem Miętus podchodził do swojej pracy. To, wierzcie mi, budzi szacunek.

 

Zastanawiające, że większość (wszystkie?) teksty na ten konkurs opowiadają o miłości.

Nie, nie wszystkie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Bardzo Ciebie przepraszam, ale napisałeś o unifikacji obu ras. To coś oznacza, coś konkretnego i jednoznacznego, więc nie odwracaj kota ogonem. Zunifikowane DNA to zunifikowane – i szlus, czyli klamka zapadła.

Zmień na upodobnienie, wyciszenie danych genów – będzie OK, bo wtedy jakaś mutacja może ponownie uaktywnić dane geny, na przykład “odwijając” je z histonów. Wilk syty, i owca cała…

Edycja:

Cień chwali – bo ma, przyznaję, za co, z jednym wyjątkiem, o którym powyżej. Nie chcę nikomu dokuczać, nikomu podpadać, ale z researchem nie wyszło nikomu… Poprawcie się! :-)

Miętusie, ostatnia rada od Twojej Bety – słuchaj się Adama. Dyskusje z nim są wskazane, jak najbardziej, bo mają ogromną wartość merytoryczną i edukacyjną, ale stawanie mu okoniem już nie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, nie strasz mną. Naprawdę nie ma to podstaw. Wiem, że z boku i z pozycji autorów często wygląda to jak czepianie się przez pijaka płotu, no ale co mi pozostaje, gdy w niezłym tekście trafia się taka niekonsekwencja…

Cieniu – powiedzieć, że Twoje uwagi przyczyniły się do obecnej wersji oka, to tak jakby nic nie powiedzieć. Dzięki za miłe słowa. Dzięki za Bibliotekę.

 

Adamie – przekonałeś mnie.

 

edit. Nie mam w zwyczaju puszczać mimo ucha merytorycznych uwag. Tym bardziej stawać okoniem wobec opinii kogoś, kto wie więcej. A to, że w pierwszym odruchu broni się swojego tekstu, to chyba naturalne. Głupio by było jednak, głupio się upierać :) Pozdrawiam.

Nie mam z tym nic wspólnego. Sprawy same się komplikują.

Adamie, ja nie straszę – chyba jeszcze nikt nigdy tutaj nie stracił na Twoim “czepianiu” – ja po prostu wpajam szacunek i posłuch wobec zasłużonych autorytetów. W końcu sam już nieraz się przekonałem, że warto ich słuchać, jeśli człowiek naprawdę chce się uczyć i rozwijać.

 

Miętusie, masz dokładnie to, na co zasłużyłeś. Tak więc to nie mnie należą się podziękowania.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jak rozumiem, zgoda i pokój między narodami. Co mnie tylko cieszy.

Jest jakiś pomysł, ale nie powalił. Hmmm. Może dlatego, że mną gorączka lekko telepie i trochę marudzę. Nie przejmuj się.

A Adama warto słuchać.

Babska logika rządzi!

Dzięki za komentarz, Finkla. Adamie, ależ Ty masz mir!

Nie mam z tym nic wspólnego. Sprawy same się komplikują.

Adam też ma to, na co zasłużył.

 

Finklę uprzejmie uprasza się o natychmiastowy powrót do zdrowia.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Chanel nr 5 nieśmiertelne. :)

Mimo wątków, których można się domyślać, dla mnie to jednak zaledwie scenka. Za to ładnie, starannie opisana.

Muszę przyznać, że ten komentarz jest mi ciężko napisać. Dlatego, że nie bardzo wiem co tu wystukać na klawiaturze. Przyczyną jest to, że ta scenka do mnie nie przemówiła. Teoretycznie jest wszystko – niezgorszy pomysł, wyraźna fantastyka, sprawnie napisana historia, zaskakujące zakończenie, nawet jakieś emocje. A jednak brak mi tu tego czegoś.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Zgadzam się, że ładnie napisane, że motyw znany, ale faktycznie to tylko scenka. Brakuje nieco rozwinięcia. Wątki, które poruszasz w tekście, gdyby je rozwinąć mogłyby sprawić, że tekst ze scenki zmieniłby się w ciekawe opowiadanie.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Scena miłości kalekiego mężczyzny z jakąś fantastyczną postacią – fajnie napisana. Ale mam wrażenie, że tekst jest zbyt krótki. Właściwie trudno napisać o nim coś więcej.  

Wstęp jest ciekawy – myślałem jednak, że ludzki kaleka i kosmitka zabiorą nas w jakieś nietypowe rewiry, tymczasem historia poszła w jakąś wariację nt. PTSD. Niby okej, ale chyba pozostaje niedosyt niewykorzystanego potencjału. 

I po co to było?

Chyba więcej w scence erotyki, niż wymaganych niewidzenia i niesłyszenia, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało, bo czytało się miło. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się :)

Przynoszę radość

Nowa Fantastyka