- Opowiadanie: BardzoGrubaLola - Rzeźnia dla koni

Rzeźnia dla koni

Trochę starszy tekst. Jeśli za mało fantastyczny/nieogarnięty, to proszę mnie pogonić :-) Poza tym – mile widziane wszelkie uwagi.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Rzeźnia dla koni

Był poniedziałek, minęło południe. Brnęłam przez Miasto, które, choć oszałamiające rozmiarem i przepychem, było jednocześnie bardzo nieprzyjazne dla takich jak ja – bezrobotnych. Nieliczni przechodnie w strojach z nazwami swoich pracodawców spoglądali z ukosa na moją pomarańczową bluzę, widoczną spod rozpiętego płaszcza. Dobra na luźny wieczór z przyjaciółmi, ale dzień pracy? Pomarańcz i czerwień, co ty sobie w ogóle myślałaś, dziewczynko? Skuliłam się z nadzieją, że sprawiam wrażenie jeśli nie osoby wyzwolonej od wszelkich konwenansów i konieczności zarabiania na życie, to chociaż jednego z wielu ulicznych śmieci. Nagły powiew wiatru potargał mi włosy i obrzucił stertą papierów, zalegających dotąd na chodniku. Strzęp lokalnej gazety zatrzymał się na mojej twarzy. Zanim strzepnęłam go z obrzydzeniem, w oczy rzuciło mi się ogłoszenie:

PRACA DLA REDAKTORA

MOŻE BYĆ BEZ DOŚWIADCZENIA

 

ZAKRES OBOWIĄZKÓW:

REDAGOWANIE WYPOWIEDZI KONI, KTÓRE MÓWIĄ, ŻE DO RZEŹNI POSZŁY Z WŁASNEJ WOLI

WYMAGANIA: CHĘĆ SŁUŻBY OJCZYŹNIE

 

Pobiegłam lekko przed siebie, a potem po schodach. Z przepełnionej szuflady wypadły majtki na szczęśliwe dni. Cytrynowe, wygodne, ani nie nudne, ani nie seksowne. Dalej by na mnie pasowały, gdybym trochę przytyła albo trochę schudła. Dobry znak, tego dnia potrzebowałam odrobiny szczęścia. Założyłam do kompletu białą koszulę i czarną wąską spódnicę, strój, który co prawda krępował moje ruchy, ale jednocześnie sprawiał, że wyglądałam profesjonalnie. Jak… redaktorka.  Stukanie moich obcasów niosło się echem po pustej ulicy.

*

Wejście do rzeźni było ukryte w podwórzu i sąsiadowało ze sklepem z najtańszymi alkoholami świata. Wiecznie stojące kałuże wyglądały, jakby były pełne krwi.

– O pracę? Pani redaktor? – dozorca zmierzył mnie wzrokiem. – Proszę sobie usiąść, o tu, i poczekać.

Na korytarzu stały trzy drewniane krzesła. Usiadłam jak najbliżej drzwi, za którymi musiał znajdować się dyrektor, i wygładziłam spódniczkę.

– Na razie to my tu samych facetów mieliśmy – zaczął opowiadać – ale może i lepiej, jak kobieta będzie. Z taką wrażliwością, delikatnością do tych… koni… a pani na taką właśnie wyglądasz delikatną. Drobniutka, blada. Wątróbkę trzeba jeść, krwistą taką, z cebulką przysmażoną, i od razu się wszystko poprawi. Wyniki krwi, humor, wszystko, powiadam…

Potakiwałam machinalnie, rozglądając się po korytarzu. Zza błękitnych drzwi nie dochodziły żadne dźwięki.

– Nie wie pan, czy dużo osób się zgłosiło?

– No, nikt. Pani pierwsza.

– A kiedy będę mogła wejść?

– Choćby i teraz.

– To czemu nic pan nie mówił?

– To pytać się trzeba, a nie siedzieć bez słowa i się obrażać potem. Też mi…

Krzesło zazgrzytało lekko, kiedy wstawałam. Wygładziłam spódniczkę i zastukałam do drzwi. Z daleka dobiegł ochrypły kobiecy głos podobny do głosu dozorcy:

– Wchodzić, wchodzić!

Drzwi okazały się ciężkie, jakby były z metalu. Mocowałam się z nimi przez chwilę, a kiedy udało mi się wejść do środka, same się za mną zamknęły.

– Kawy, herbaty? – spytał głos.

Siedziała naprzeciwko wejścia za ogromnym biurkiem zawalonym stosami papierów. Ściana za nią ginęła w mroku.

– Poproszę kawę. Dzień dobry. Przyszłam na rozmowę w sprawie…

– Wiem, w jakiej przyszłaś sprawie. Dobry wieczór. Kawa stoi na stoliku po lewej, przygotuj sobie sama. Wtedy będziemy pewne, że dostaniesz to, czego oczekujesz.

Twarz kobiety otaczały długie rude włosy. Schyliła lekko głowę i obserwowała mnie znad okularów w złotej oprawce.

– Mamy tu jedną podstawową zasadę. Każdy parzy sobie kawę sam, a to dlatego, że wszyscy są równi. Zapamiętaj to, proszę. I opowiedz mi o swoich dotychczasowych doświadczeniach.

– Chętnie. Pracowałam wcześniej w pociągach. To znaczy na dworcu. Trzy razy dziennie czekałam, aż przyjadą pociągi z różnych stron świata, a potem je sprzątałam. Najwcześniej przyjeżdżały te z północy, potem jednocześnie z zachodu i południa, a na koniec ze wschodu. Wybrałam tę pracę, ponieważ…

– Wystarczy. W każdym razie coś już robiłaś. Jaka jest twoja największa zaleta?

– Szybko myślę – odpowiedziałam, zanim zdążyłam pomyśleć.

Czy w rzeźni zrobi to na kimś wrażenie?

– Rozumiem. A największa wada?

Zawahałam się na moment i spojrzałam kobiecie w oczy. Cały czas przyglądała mi się chłodno, jak gdyby oceniała moją przydatność dla swoich celów, a ocena nie wypadała pomyślnie.

– Chyba to, że nie lubię ludzi. W ogóle.

Rozpromieniła się nagle, jak gdyby była nauczycielką matematyki, a ja tępym uczniem, który nagle, niespodziewanie dla wszystkich, a najbardziej dla siebie samego, rozwiązał celująco jakieś bardzo trudne zadanie. Nacisnęła jakiś guzik na biurku i ściana za jej plecami rozbłysnęła kolorami.

– Wystarczy. Dopij kawę i możesz zaczynać. Ja jestem Irmina.

– Co mam robić? Myślałam, że…

– Redagować.

– Ale…

Irmina spojrzała na mnie bez wyrazu.

– Wyjdziesz stąd. Po lewej stronie są drzwi, ciężkie i duże, takie właśnie, jak drzwi być powinny. Otworzysz je, w pokoju znajdziesz konia. Czeka na ciebie. Porozmawiasz z nim chwilę, spiszecie oświadczenie, potem poprawisz, wygładzisz. Przyniesiesz do mnie.

Wyszłam z gabinetu Irminy i odetchnęłam głęboko. Woźnego nigdzie nie było. Drzwi, obłażące z bordowej farby, wydawały się niskie i lekkie, ale musiałam użyć całej swojej siły, żeby je otworzyć. To, co się za nimi znajdowało, zaskoczyło mnie tak bardzo, że ledwo zarejestrowałam łoskot, z jakim zamknęły się za moimi plecami. Wnętrze małego pokoju bez okien oświetlała nisko wisząca lampa. Ściany były obite ciemnofioletowym pluszem, a na samym środku stały dwa fotele. W jednym z nich rozpierał się człowiek w masce konia.

– Witaj. Jeśli można, chciałbym od razu przejść do rzeczy. Jak widzisz, krwawię, a to na dłuższą metę nie pomaga w zachowaniu higieny, wymaganej przecież w miejscach takich, jak to – powiedział niewyraźnie.

Wtedy zauważyłam strużkę krwi, wypływającą spod rudego końskiego łba i rozlewającą się na jego białej koszuli.

– Co się stało? – spytałam. – I co właściwie mamy zaczynać? Gdzie jest koń? Ja…

– Nie udawaj niewiniątka – prychnął. – Pracujesz dla nich czy nie? Teraz ja ci powiem, dlaczego chcę umrzeć i jak bardzo jestem wdzięczny rzeźni braci Rebels za tę możliwość. Ty to zapiszesz i podziękujesz mi za współpracę. Potem ja zostanę wyprowadzony, a ty wyjdziesz. Poprawisz odrobinę tekst, żeby styl komunikacji zgadzał się ze strategią rzeźni, następnie zaś zrobisz to samo z innymi i pójdzie do publikacji. A ja… no, nic. Notuj.

 

OŚWIADCZENIE NUMER 1

Z własnej woli zgłosiłem się do rzeźni. Pełen wiary w sens, przepełniony nadzieją na brak ciągu dalszego, aczkolwiek bez większej domieszki miłości, dziękuję pracownikom rzeźni za umożliwienie mi szybkiego i bezbolesnego rozstania się z życiem. Chcę umrzeć, bo nie widzę sensu życia, a po śmierci przysłużę się społeczeństwu. Z poważaniem,

Koń

 

– Zapisałaś? To wyjdź.

– Ale o co tu chodzi? Ja niczego nie rozumiem. Przyszłam tu godzinę temu, na ogłoszenie. Z gazety. Że redaktor i w ogóle.

– Tu nic nie ma do rozumienia. Przecież oboje wiemy. Jesteś w rzeźni, bo im pomagasz. Ja tu jestem, bo popełniłem błąd. A błędów popełniać nie wolno. Nie takich.

– Jaki błąd? To jest jakiś żart, tak? Przecież ludzi się nie zabija, ot tak, tu produkują mięso. Na kiełbasy, zdrowe. Odtłuszczone może.

Koń pochylił się w moją stronę. Poczułam zapach potu.

– Odwołuję wszystko! – wrzasnął nagle. – Pisz jeszcze raz! No, pisz!

Złapał mnie nagle za rękę.

– Muszę umrzeć, skazali mnie, bo opowiadałem historie, które są zakazane. O wolności, o labiryntach i wychodzeniu z nich, o tym, że można. Że nie trzeba się bać. Że jeśli się pojedzie za miasto, to tam jest…

Drzwi otworzyły się z hukiem i Irmina wkroczyła do środka.

– Dość już tych bajek – powiedziała władczo. – Spisałaś oświadczenie? Dobrze. Wróć do gabinetu i przepisz raz jeszcze. Natychmiast!

Coś w tonie jej głosu sprawiło, że wyszłam posłusznie, nie patrząc już na konia. Ruszyłam korytarzem, ściskając w dłoni kartkę z pokreślonym oświadczeniem. Z pokoju nie dobiegały żadne dźwięki.

Chwilę później pojawiła się Irmina z dwoma kubkami. Z aprobatą patrzyła, jak, pochylona nad jej biurkiem, przepisuję oświadczenie.

– Na pewno zgłodniałaś, więc zrobiłam ci zupę. Nic wielkiego, ale zawsze miło coś zjeść przed kolejną rozmową. Smacznego.

– Dziękuję. Nie jestem…

– Smacznego.

Przełknęłam łyk czerwonego płynu. Po powierzchni pływały drobne kawałki wysuszonych ziół.

– Podkreśl „chcę umrzeć”. Albo nie, „chcę odejść”. Powiedział, że chce odejść, prawda? To brzmi lepiej, a ludzie zwracają na takie rzeczy uwagę. Czasem nawet nieświadomie.

– Co się stanie z tym człowiekiem? Mówiliśmy o koniach. Co tu się w ogóle dzieje?

– Konie, ludzie… nie bądź taka zasadnicza. Stanie się z nim, a w zasadzie już się stało, to, czego sam chciał. On nie chciał już żyć, prosił nas o śmierć.

– To nieprawda! Co to za miejsce?! Kogo ty zabijasz?!

– To rzeźnia. Ja nikogo nie zabijam. A zabija się tu konie. I tych, którzy sami o to proszą – Irmina spojrzała mi prosto w oczy. – Późno już, czas iść do domu. Tu już się dziś nic nie zdarzy. Do zobaczenia jutro o szóstej.

Wepchnęła mi w rękę klucz na karminowym sznurku.

– To klucz od bramy. Pa, pa.

*

Droga do domu wydawała się nie kończyć. Powiesiłam klucz na klamce, rzuciłam spódnicę na krzesło, majtki pofrunęły do kosza na brudną bieliznę. Śniłam o domach zmieniających się w pustkę, w łączące się ze sobą białe plamy. Obudziłam się, zanim cały świat zdążył zniknąć, i na wpół przytomna wciągnęłam na siebie wczorajsze ubrania.

Irmina czekała na mnie przed bramą. Stróża nigdzie nie było.

– Chodź, chodź, koń już czeka. Dzisiaj jest długi dzień. I wiesz co? Pokażę ci, jak to się robi. Spiszemy oświadczenie razem.

Wciągnęła mnie za rękaw do zalanej światłem rzeźni, gdzie na miejscu konia czekała pulchna milcząca dziewczyna. Irmina pokręciła z dezaprobatą głową.

– Teraz nie mają nic do powiedzenia. Ja im powiem. Pisz: Przyszłam do rzeźni trzy miesiące temu, ale wtedy nie było dla mnie miejsca. Obecnie jestem tu szczęśliwa i mam nadzieję, że to miejsce pozwoli mi w pełni rozwinąć mój potencjał.

Dziewczyna szarpnęła wściekle głową. Końska maska spadła i potoczyła się w kąt, a ja zobaczyłam jej twarz, zmrużone oczy, wypieki, usta zaklejone taśmą.

– Ona przecież nie może mówić! – wykrzyknęłam. – Spójrz! To musi być jakaś pomyłka! I czemu…

– Dość! – ucięła Irmina. – Zapisałaś? To pięknie, idziemy.

– Ja idę do domu.

– Słucham?

– Idę do domu.

– Zostaniesz tutaj. Albo jako redaktor, albo… albo nie zostaniesz. Ale innej pracy w mieście nie znajdziesz, ja ci to gwarantuję.

Zastanowiłam się. Dopiero co zaczęłam. I nawet jeszcze nie wiedziałam, co tam się działo. Może to wszystko było jakimś dziwnym testem, może chcieli wiedzieć, czy spełniam ich wymagania…

– Dobrze, zostanę. Co dalej?

Irmina uśmiechnęła się szeroko.

– Przepisz oświadczenie jeszcze dwa razy, a potem daj mi znać, zastanowimy się, czym jeszcze mogłabyś się zająć. Myślę, że masz w sobie talenty, których istnienia nawet nie podejrzewałaś. Pracując tutaj, możesz je rozwinąć i jednocześnie pomagać w budowie lepszego świata. Cegiełka po cegiełce, innej drogi nie ma.

*

W rzeźni bezustannie pojawiały się nowe konie, a większość z nich składała oświadczenia obojętnym tonem. Nauczyłam się notować mechanicznie, nie zastanawiając się nad treścią, a kiedy pod maską zwierzęcia nie krył się człowiek, sama tworzyłam oświadczenia, różne w formie i identyczne w przesłaniu. Wszystkie konie chcą umrzeć, wszystkie konie bardzo dziękują, znaków zapytania brak. Aż do dnia, kiedy w fioletowym pokoju, który stał się moim miejscem pracy, nie czekał na mnie żaden skazaniec, a Irmina.

– Usiądź, musimy porozmawiać. Widzisz, jesteś tu z nami już dość długo – zaczęła, nie czekając, aż zajmę miejsce. – Jestem, jesteśmy, bardzo zadowoleni z tego, jak nam pomagasz. Dlatego chcielibyśmy poszerzyć zakres twoich obowiązków i, co za tym idzie, odpowiedzialności. Do tej pory miałaś kontakt z końmi, że tak powiem, przygotowanymi. One mówiły, ty pisałaś. Prawda? Teraz do twoich zadań będzie należało przygotowywanie tych rozmów. Tak, żeby one wiedziały, co powiedzieć, żeby wiedziały, co myślą.

– Ale… co miałabym robić? Jak mogę tłumaczyć komuś, co myśli?

– No, może nie, co myśli, ale jak ma to ująć. Już to robiłaś, prawda? Nieraz pomagałaś im ładnie sformułować oświadczenia, masz do tego talent. Ale żeby oszczędzić ci zajęcia, teraz trzeba będzie popracować nad tym, żeby zwierzaki mówiły same. Chodź, pokażę ci.

Przeszłam za Irminą przez korytarz i jej pogrążony w półmroku gabinet. Popchnęła drzwi, których wcześniej nie widziałam, a za którymi znajdował się inny świat: długi korytarz o pomarańczowych ścianach. Oprawione w ramki zdjęcia wisiały w równych odstępach. Między nimi znajdowały się przeszklone drzwi, prowadzące do małych, wyłożonych poduszkami pokoi. W każdym z nich siedział nieruchomo jakiś człowiek. Jedni obszarpani i brudni, inni zadbani, jakby na chwilę oderwano ich od codzienności pełnej obowiązków i odpowiedzialności. Zdawali się nas nie dostrzegać.

– I to są właśnie nasze koniki – rozpromieniła się Irmina. – Zajęte, zajęte koniki.

– Jak to zajęte? – zaciekawiłam się.

– Ty tego nie słyszysz, ale im sączą się do ucha opowieści o rzeczywistości. To pomoże im się przystosować. Nie to prawda, co prawda, ale co się komu wydaje…

– Czyli to taka edukacja?

– Tak, tak, dowiadują się wielu przydatnych faktów. Poznają różne opinie. W dzisiejszych czasach to bardzo ważne.

– Mogę też posłuchać?

– Nie sądzę – uśmiechnęła się Irmina. – Chyba że nabroisz.

– Czemu?

– Tak to jest już urządzone. Ale wystarczy, chodźmy już stąd.

Dodała potem:

– To ich ostatnia szansa. Stąd mogą jeszcze wrócić do normalnego życia.

W duchu poprzysięgłam sobie wrócić, ale drzwi jak gdyby zniknęły. Za każdym razem, kiedy chciałam do nich podejść, natrafiałam na ścianę. Irmina nigdy nie wspominała o końskiej edukacji i można było niemal sądzić, że to wszystko mi się przyśniło.

Tego zdania była jedna z moich przyjaciółek, której zwierzyłam się nad lampką wina.

– Za dużo pracujesz – powiedziała zdecydowanie. – Nie myśl o tym. Zapisuj, co do ciebie należy, i potem o tym nie myśl. Wszyscy tak robią. Tak jest lepiej. Inaczej można zwariować.

– Ale…

– Naprawdę. Inaczej zacznę się o ciebie martwić – ucięła.

Bez przekonania przyznałam jej rację i zmieniłyśmy temat, ale niewypowiedziane słowa wisiały między nami. Z ulgą patrzyłam, jak Agata zakłada płaszcz, spiesznie naciąga rękawiczki, zapina buty.

*

Na dworze padał śnieg, ale to w mojej sypialni panowała prawdziwa zima. Niewypowiedziane lodowate słowa kłębiły się nad moją głową. Słuchałam ich brzęczenia, przewracając się z boku na bok. Wypiłam resztę wina prosto z butelki i wyszłam w mrok, w moją codzienną drogę. Drzwi ustąpiły zadziwiająco lekko, a po dozorcy nie było śladu.

Rzeźnia wyglądała w nocy tak samo, jak w dzień. Nisko zawieszone lampy nie rozpraszały cieni w kątach. Korytarz z ludźmi-końmi wyłonił się jak ze snu. Było cicho, jasno i duszno. W każdym bezpiecznym pokoiku kulił się człowiek. Spali. Tylko jeden z nich uśmiechał się szeroko, jakby nie rozumiał, gdzie się znalazł.

– Co tu się dzieje? – przyłożyłam usta do grubej szyby.

Spojrzał mi prosto w oczy i podłubał sobie w uchu.

– Kim wy wszyscy jesteście?

– Co złego zrobiliście?

– O co tu chodzi?

Uderzyłam pięścią w dzielącą nas ścianę. Człowiek odskoczył nagle i zajęczał, zasłaniając głowę rękoma. Jak gdyby pękła jakaś niewidzialna bariera, wszyscy ludzie-konie podeszli do swoich ścian. Patrzyli na mnie bez wyrazu.

*

– Odchodzę. Nie wiem, co tu się dzieje, ale nie chcę już dłużej. Nie mogę. Ja…

– Nie masz dokąd iść i dobrze o tym wiesz. Zadbam o to.

– Odchodzę.

– Jesteś głupia.

– Jesteś potworem.

– To nieprawda!

– Skazujesz ludzi na śmierć. Znęcasz się nad nimi. Kłamiesz.

Irmina zacisnęła usta.

– Bardzo się mylisz. A ja ci pokażę, jak bardzo. Jutro odchodzisz. Dzisiaj spiszesz ostatnie oświadczenie. Idziemy.

Fioletowy pokój był pusty. Spojrzałam pytająco na Irminę. Wskazała ręką mój fotel:

– Usiądź, proszę. Przygotuj się. Spiszesz moje oświadczenie. Jeszcze nie wybieram się do rzeźni, ale wiem, że ten dzień kiedyś przyjdzie. Ty jesteś całkiem niezła, a nie wiadomo, kto tu będzie po tobie.

Spuściła głowę. A kiedy ponownie zaczęła mówić, nie patrzyła już na mnie. Zaczęłam notować.

– Ja, Irmina, w pełni rozumiem powagę czynu, którego się dopuściłam, jak również okazaną mi łaskę. Mam nadzieję, że swoją pracą na rzecz podobnych sobie zmazałam winy i pomogłam tym nieszczęsnym, którzy zapomnieli o miłości. Takim jak ja. Moja historia zostanie opowiedziana dla przestrogi. Byłam młoda. Miałam pracę i pieniądze, miałam styl i narzeczonego, z którym chodziliśmy po Mieście i uprawialiśmy seks. Romantyczny przy świeczkach, wyuzdany w windzie. Wszystko było, jak należy. Tak sądziłam. Kiedy przyszli po mnie, byłam oburzona. Nie rozumiałam. Powiedzieli, że zmarła moja matka, że znaleziono ją niedawno… że zmarła parę lat temu. Na wycieraczce jej mieszkania leżały gazety, a na ich okładkach błyszczały dawno już zapomniane gwiazdy telewizyjne. Nie wiedziałam. To było niewybaczalne i musiałam zostać ukarana. Nie wolno zapominać o najbliższych, nawet jeśli traktują… zachowują się… nie wolno. Trafiłam tutaj, do Rzeźni, gdzie tacy jak ja zostają końmi. Uznano, że mam dobrą rękę do zwierząt i po krótkim przeszkoleniu zezwolono uczyć ich miłości. Nie widywałam się już z narzeczonym, nie miał dla mnie czasu, ale ja to rozumiem. Oczywiste jest, że jego czyny są słuszne, bo inaczej spotkalibyśmy się w Rzeźni. Zresztą i ja się zmieniłam. Niektórzy się mnie boją, myślą, że jestem potworem. Nie rozumieją, że koniki nauczone miłości mogą oddać ją innym. Niektórych wypuszczamy na wolność, wtapiają się w tłum bez problemu. Ale o tym się nie mówi. Pojętni uczniowie… mnie czeka inny los. Nie chcę wrócić do Miasta. Tutaj służyłam społeczeństwu najlepiej, jak umiałam, i tu chcę umrzeć. Jak najszybciej. Jeśli to możliwe, bez bólu. Dziękuję.

Bolała mnie ręka od notowania. Irmina mówiła bez zatrzymania, jak gdyby ćwiczyła to już tysiące razy.

– A ty? Spisać twoje oświadczenie?

– A po co?

– Skoro tu przyszłaś, coś musisz mieć na sumieniu. Inaczej nigdy byśmy cię nie przyjęli. A dobre oświadczenie zawsze się przyda.

– Dziękuję, nie potrzeba – prychnęłam.

– I co, dalej się upierasz, że odchodzisz?

– To postanowione. Rozumiem twoją historię, ale nie chcę krzywdzić ludzi, choćby i winnych. Nie chcę kłamać.

– Dalej nic nie rozumiesz? To wszystko dzieje się dla ich dobra. Uświadamiamy im przerażający bezsens i okrucieństwo życia, jakie prowadzili, strącamy ich na samo dno, a potem podajemy im rękę – pokazujemy wyjście. Wielu odnalazło się na nowo. Ty miałaś do czynienia z tymi, którzy odrzucali dar społeczeństwa… to mogło być trudne, wiem. Ale pełniłaś rolę służebnicy i twoje zasługi…

Nikłe światło zamrugało i zgasło. Nie chciałam słyszeć już nic więcej.

Na oślep rzuciłam się do wyjścia. Biegłam niekończącą się ulica, czując obecność rzeźni za plecami. Z trudem łapałam powietrze. Nastał czas ucieczki.

*

OŚWIADCZENIE

Po długim okresie bezcelowej włóczęgi podjęłam pracę mechanika. Na zlecenie okolicznych sklepów spożywczych naprawiam zepsute warzywa. Wykorzystuję w tym celu najnowsze technologie, przepuszczając przez warzywne tkanki czas zmieszany ze światłem. Niniejszym gorąco dziękuję Pani Dyrektor oraz pozostałym pracownikom rzeźni braci Rebels za wskazanie mi właściwej drogi i dopilnowanie, abym więcej nie straciła jej z oczu.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Bardzo ciężki klimat. Aż nie wiem, co o tym sądzić.

Końcówki o pomidorach nijak nie rozumiem.

Ale napisane dobrze. :-)

Babska logika rządzi!

Hej Lolu

Zwróciłem uwagę na Twoje opowiadanie ze względu na nawiązania do Janerki (nick i labirynty na przykład), który jest moim ulubionym rockmanem. Jego siłą jest nie tylko oryginalny przekaz, ale też  gra słowem. Klimat opowiadania kojarzy mi się z ‘Procesem’ Kafki. Pachnie absurdem i irracjonalnością. Pozdro

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Twardawy orzeszek do zgryzienia. Absurdu w tym nie brak, ale odniesienia do rzeczywistości też istnieją… Nie podejmuję się odgadywać, co dało Autorce impuls do napisania takiego tekstu, w którym pod lekkim nonsensem kryje się sporo niemiłej prawdy o ludziach i życiu.

Ale może to wina nastroju, że doszukuję się głębszych sensów tam, gdzie miał być tylko ponurawy żart…

Może pomidor odnosi się do pomidorówki, przyniesionej przez Irminę. A zepsute warzywa naprawia się łatwiej, niż zepsute życia. Instytucja ponownego uczlowieczania tych, co swoje człowieczeństwo utracili. Rehumanizacja pod karą śmierci. Bezosobowej, anonimowej śmierci ubojnego zwierzęcia. Ha, mocna sprawa. Zmusza do myślenia i prób interpretacji. I zostaje w głowie, a to oznacza bardzo dobry tekst.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Wątpię, że to była pomidorówka.

Babska logika rządzi!

Dziękuję, BardzoGrubaLolu, za świetną lekturę i to w estetyce, którą szczególnie sobie cenię. Klimat jak z Kafki, zgadzam się z Uradowanczykiem, choć mnie bardziej skojarzyło się z “Kolonią karną” i “Zamkiem”. Absurd, który skłania do przemyśleń.

Szkoda, że nikt z uprawnionych do tej pory nie kliknął na bibliotekę, bo moim zdaniem, tekst na nią zasługuje – ciekawy pomysł, intrygujący sposób narracji (fragment o cytrynowych majtkach – boski!), sprawny warsztat.

Drobiazgi:

Skuliłam się z nadzieją, że sprawiam wrażenie osoby wyzwolonej od wszelkich konwenansów i konieczności zarabiania na życie.

Od kiedy skulenie się daje sygnał, że ktoś jest wyzwolony = pewny siebie?:) Ale jeśli to efekt zamierzony (konwencja), to przepraszam.

Wątróbkę trzeba jeść, przysmażoną z cebulką taką, krwistą, i od razu się wszystko poprawi.

wizja krwistej cebulki jakoś nie może mnie opuścić:)

W pełni wiary w sens, przepełniony nadzieją na brak ciągu dalszego, aczkolwiek bez większej domieszki miłości, dziękuję pracownikom rzeźni za umożliwienie mi szybkiego i bezbolesnego rozstania się z życiem.

niefortunnie… Pełen wiary w sens?

Biegłam niekończącą się ulica, łapiąc z trudem powietrze.

literówka: ulicą

Opowiadanie bardzo mi smakowało, trafiło się kilka ładnie wysmażonych, zapadających w pamięć, zdań, masz fajny styl pisania. ;) Końcówka rzeczywiście jest nieco twardawym pomidorem do zgryzienia.

 

Uważam, że biblioteka jest pewna (ech, ja też nie mogę kliknąć…). Chyba nawet o piórko można byłoby się pokusić. 

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Kurczę, BardzoGrubaLolu, wrzuć proszę jeszcze kilka tekstów, bo chciałbym jeszcze coś przeczytać i wyrobić sobie zdanie. Po lekturze tekstu o pralce miałem podobnie. Pobudzasz moje szare komórki, ale muszę w końcu zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi : >.

 

Też pomyślałem o Kafce i od razu przypomniał mi się cytat z filmu, który bardzo lubię:

“Squid and the Whale”

Walt Berkman: Yeah, it’s very Kafkaesque. 

Sophie: [She looks at him oddly. She laughs] Cause it's written by Franz Kafka. 

Walt Berkman: Right. I mean, clearly.

 

w wolnym tłumaczeniu:

“To bardzo w stylu Kafki.” “Dlatego, że zostało napisane przez Kafkę. “No właśnie.”

 

Osobiście, na Kafce też się nie znam (co jak co, ale ten portal uczy mnie pokory, chyba nigdy nie nadrobię wszystkich czytelniczych zaległości, chociaż się staram). Zawsze byłem raczej miłośnikiem herbaty.  

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Dziękuję za komentarze; wprowadziłam kilka kosmetycznych poprawek, a nad końcówką jeszcze popracuję – naprawianie pomidorów opisuje, jak to jest, jak człowiek rzuca, ekhm, mało lubianą pracę na etacie i zaczyna sie bawić we freelancerkę. Niby ok, światło, czas, szczytne cele (bo kto nie woli świeżych warzywa od zepsutych?), ale nie wiadomo, czy nie czai się za rogiem jakaś Irmina i czy nie czeka na człowieka (albo już konia?) rzeźnia. Niby wszystko pięknie, ale jeśli tego nie da się wyczytać z tekstu, to tekst do poprawki :-)

A zupa, faktycznie, niekoniecznie pomidorówka :-)

 

Finklo, dziękuję za czytanie. Może kiedyś napiszę tekst, który trafi do Ciebie nie tylko pod względem technicznym :-)

 

uradowanczyk: dzięki! U mnie Janerka też jest wysoko na liście ważnych czytanych-słuchanych-oglądanych…

 

AdamKB: zły sen. Zły sen plus etat. I rzucenie tego ostatniego. Czyli ogólnie wychodzi na plus, ale taki ze znakami zapytania, które starałam się tu podkreślić. Dzięki za czytanie.

 

thargone, rooms, Elanar, Nevaz: dzięki za uważne czytanie, interpretacje, wskazanie paru usterek oraz film, który trafił na listę “do obejrzenia” :-)

 

naprawianie pomidorów opisuje, jak to jest, jak człowiek rzuca, ekhm, mało lubianą pracę na etacie i zaczyna sie bawić we freelancerkę

och, wolałabym, żebyś tego nie napisała… Bo ja sobie tekst zupełnie inaczej zinterpretowałam, buu ;)

A jak, jeśli mogę spytać? :)

Trochę zbyt absurdalnie. Dobrze, że absurd pełni tu swą rolę, ale przesłanie można było ukazać w bardziej… klasycznej formie, na której (uważam) tekst by zyskał. A tak nielogiczności fabularne ciągle przeszkadzały mi w czytaniu.

 

Ale lektura interesująca.

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

A jak, jeśli mogę spytać? :)

Bliżej mi do interpretacji Thargone’a, ale tak w szczególe to jeszcze się wykluwa :)

Bardzo dobry tekst. Faktycznie jest w tym sporo logiki snu, ale takiego właśnie śnionego,  gdzie wszystkie elementy idealnie do siebie pasują,  choć nijak się nie kleją po przebudzeniu. Do mnie absurd przemawia bardzo, a sprawy etatowo-freelancerskie  też mam na bieżąco, więc całkiem łatwo mi się utożsamiać ;) choć większą wagę i siłę opowiadania widzę w refleksji na temat popsutego życia i naprawiania na siłę – zwłaszcza innych. Ważne,  głębokie i naprawdę dobrze napisane, brawo.

Drugi tekst Twojego autorstwa, który przeczytałam. Bardzo dobry. Daje do myślenia. Pod absurdem kryje się przesłanie. Opowiadanie jest naprawdę nietypowe. Przeczytałam jednym tchem. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Nazgulu, dziękuję za krytyczne czytanie. Starałam się, żeby wszystko łączyło się w spójną całość (w obrębie świata przedstawionego i nigdzie indziej ;)).

 

Werweno, Morgiano89: dziękuję!

Hmm, dziwny tekst – absurdalny, ale z jakąś dziwaczną logiką, ciężki, ale wciągający. Niejednoznaczny. Zdecydowanie wart polecenia.

A ja se Biblioteke kliknę, buhahahaha;)

 

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

A to dziękuję za punkt do Biblioteki :-)

Intrygujące i straszne zarazem. Momentami tekst wydawał mi się zbyt chaotyczny, ale punkcik do biblioteki dorzucę.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Początkowo zapowiadało się na naprawdę dobrą groteskę, ale absurdalny klimat rozmył się w dosłowności by powrócić dopiero w końcówce. Sam pomysł jest bardzo dobry i opowiadanie momentami świetnie napisane, ale sporo jest też językowej niezgrabności (”kupa papierów” na początku chociażby – chyba lepiej byłoby “sterta”), zarzuconych w połowie pomysłów (ta koncentracja na kolorach byłaby fajnym motywem, a ponieważ pojawia się właściwie tylko na początku nie wiadomo, po co to jest) i chaotycznej narracji. Osobiście rozczarował mnie też fakt, że nie poszłaś w większy absurd i nie pojawiły się tam rzeczywiste konie – chociażby w głowie głównej bohaterki wypierającej fakt, że chodzi o ludzi. Ale to już taka luźna uwaga.

 

Mimo wszystko dobry pomysł i zgrabna realizacja – czepiam się, bo mam wrażenie że mogło być genialnie, a jest tylko dobrze ;)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Mirabell, są też prawdziwe konie, ale dość oględnie zasugerowane :-)

Nauczyłam się notować mechanicznie, nie zastanawiając się nad treścią, a kiedy pod maską zwierzęcia nie krył się człowiek, sama tworzyłam oświadczenia, różne w formie i identyczne w przesłaniu.

Dziękuję za czytanie i uwagi, na pewno wykorzystam tę o kolorach, jeśli coś jeszcze będę robić z tym tekstem.

Nie wiem czy tekst zasługuje na piórko (skusiły mnie nominacje do lektury), ale na punkt do biblioteki na pewno :) Toteż kliknę. 

Zakończenie mi się nie podoba. ¾ tekstu jest bardzo ciekawe i w połowie robi się niesamowicie mocne, a potem hmm… a potem pomidory. Mechanik warzywniczy jak zawód niby dopasowany do reszty tego absurdu, a jednak zabawny i lekki, nie to co rzeźnia dla koni. Ogólnie liczyłam, że po tak dobrym wstępie i elektryzującym rozwinięciu, zakończenie przyniesie szok, walnie mnie w twarz z pięści… Zamiast tego połaskotało w nos ;] 

Tylko nie "Tęcza"!

Tenszo, dziękuję za punkt i czytanie :-)

 

Początkowo chciałam, żeby zakończenie było otwarte (bohaterka, niczym struś, wsadza głowę w piasek i udaje, że rzeźnia nigdy się nie zdarzyła), ale pod wpływem komentarzy zaczynam się zastanawiać, czy ta historia faktycznie nie prosi się o jakiś konkretniejszy ciąg dalszy…

Zauważyłam te konie, chodziło mi bardziej o to, żeby jednak wypowiadały oświadczenia :)

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Lubię absurd, ale do tego opowiadania chyba nie dorosłam i choć opowiadanie jest napisane bardzo przyzwoicie, niestety, nie mogę powiedzieć, że to była satysfakcjonująca lektura. :-(

 

Trzy­ma­ła dwa pa­ru­ją­ce kubki i z apro­ba­tą pa­trzy­ła… – Czy te kubki, parując, wyparowywały i znikały? ;-)

Kubki nie parują, paruje to co jest w kubkach.

 

Ja, Ir­mi­na, w pełni ro­zu­miem po­wa­gę czynu, ja­kie­go się do­pu­ści­łam… – Ja, Ir­mi­na, w pełni ro­zu­miem po­wa­gę czynu, którego się do­pu­ści­łam

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy: dziękuję za wskazanie drobnych usterek ;-)

A co do całości – mogę dopytać, dlaczego opowiadanie Ci się nie spodobało? Zastanawiam się, czy to kwestia gustu [a więc niepodlegająca dyskusji], czy mogę jeszcze coś przy nim pomajstrować…

Ano tak sobie odczytałem:

Bardzo ponura alegoria tego, jak w życiu zatracamy co ważne – i makabreskowa wizja kary za takie zaniedbanie, pomieszane z absurdem. Mocno mocno.

 

A potem przychodzi pomidorowy finał, a głowę obsiadły mi łotdefaki.

 

Ergo: Tekst zepsuty finałem. Etatowa robota, jak w wyjaśnieniu autorki, pasuje mi do ogólnego obrazka, ale ten finał… Nieładnie.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Mirabell: ooo, mówiące konie już mi się w głowie nie zmieściły ;-)

 

PsychoFish: a widzisz. Czyli zakładasz, że cała historia Irminy/ oficjalna komunikacja rzeźnicza ma sporo wspólnego z prawdą. Ja tego tak do końca nie wiem…

I standardowo dziękuję za czytanie :-)

 

Po przeczytaniu komentarzy dość radykalnie zmieniłam końcówkę na taką, w której pomidor się już nie pojawia. Chyba lepiej.

Nie, Lolu, nie majstruj. To chyba właśnie kwestia upodobań. Jak wspomniałam, lubię absurd, ale w zdecydowanie lżejszej formie, a w Rzeźni panuje surrealizm wręcz upiorny, strasznie dołujący. Przykro mi, ale nie lubię takiego.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, po Twojej wypowiedzi zaczęłam się zastanawiać, czy wszystko ze mną w porządku, skoro mi tak surrealizm upiorny bardzo pasuje… :)

Rooms, nie zadawaj sobie głupich pytań! Oczywiście, że wszystko z Tobą w porządku.

Choć muszę wyznać, że wczoraj, po lekturze opowiadania Pokutnicy – Przygody Chłopca w Rajtuzach, w którym absurd jest tak gęsty, że aż się pieni, miałam podobne podejrzenia wobec siebie. Tyle że Przygody, to ewidentna bajka, choć nie dla dzieci, natomiast w Rzeźni, pod surrealizm czai się coś, co każe mi bać się jutra. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przyznam, że staram się rozgryźć, na czym dokładnie polega resocjalizacja w Rzeźni, i jakoś nie mogę do tego dojść. Ogólnie – mimo bardzo ciężkiego klimatu – opowiadanie podobało mi się, ale gdzieś za uszami pozostaje wrażenie, że nie dotarło do mnie to, co powinno, a to wywołuje pewne niezadowolenie. Przyczyna leży po mojej stronie, niemniej… no, nie wiem, co o tym wszystkim sądzić, i tyle ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

regulatorzy, rooms – hihi, a co z tymi, którzy te upiorne światy tworzą? strach się bać… ;-)

 

joseheim – dziękuję za czytanie.

Jeżeli wierzyć oficjalnym rzeźniczym (i nader mętnym!) przekazom, to resocjalizacja odbywa się poprzez słuchanie taśm. Co na nich? Nie wiadomo. Jeśli przekazom nie wierzyć, to pytanie brzmi, kto (i za co) do rzeźni trafia i czy jakakolwiek resocjalizacja się w niej odbywa… tak to było w mojej głowie. Ale ile z tego udało mi się zawrzeć w tekście.

Dobre opowiadanie. Strasznie fajnie popaprany świat stworzyłaś :) Lubię takie teksty, gdzie jest dużo do interpretowania, a jednocześnie treść nie zanudza i nawet bez drugiego dna jest co czytać.

Sprawnie napisane opowiadanie.

Niektóre fragmenty jednak, według mnie, są niedoprecyzowane, stąd też chyba mnogość wątpliwości i pytań pod tekstem. Czy też – jak kto woli – mnogość subiektywnych interpretacji. ;) Najlepszym przykładem na to jest końcówka, którą zrozumiałam (chyba) po tłumaczeniu przez Autorkę. I nie przekonuje mnie ona, może właśnie dlatego, że bez tłumaczenia nie dałabym pewnie rady pojąć związku. Autorka wie, co ten fragment ma wspólnego z resztą tekstu i jak go puentuje, bo w głowie sobie ten związek wytworzyła. Mnie pozostał nieodgadniony skrót myślowy. I takich efektownych skrótów myślowych jest tutaj – mam wrażenie – więcej.

zygfrydzie89: dzięki :-)

 

ocho: dziękuję za czytanie. Edytowałam końcówkę, o której opowiadam w komentarzach, więc jesteś pierwszą osobą, która pisze o nowej wersji. Myślałam, że tak będzie lepiej, ale widzę, że muszę poćwiczyć pisanie takie, żeby było wiadomo, o co chodzi ;-)

naprawianie pomidorów opisuje, jak to jest, jak człowiek rzuca, ekhm, mało lubianą pracę na etacie i zaczyna sie bawić we freelancerkę

och, wolałabym, żebyś tego nie napisała… Bo ja sobie tekst zupełnie inaczej zinterpretowałam, buu ;)

Trudno nie zgodzić się z Rooms. Generalnie lepiej nie tłumaczyć własnych tekstów, gdyż:

  1. jeśli tekst wymaga wytłumaczenia, bo spora część czytających nie wie, o co właściwie chodzi – niezbyt dobrze świadczy to o opowiadaniu, nie o czytelnikach,
  2. interpretacja czytelnika może okazać się bardziej atrakcyjna. 

A opowiadanie dobre, niepokojące; podejrzewam, że zostanie w pamięci, choć wytłumaczenie Autorki obniżyło – koniec końców – ocenę tekstu. Mimo to klepię bibliotekę.

Sorry, taki mamy klimat.

Sethraelu, dziękuję :-) za czytanie, bibliotekę i komentarz do komentarzy ;-)

Cała historia kryje w sobie niemałe pokłady absurdu, enigmatyczności i metafor. Tekst na pewno jest specyficzny, ale trudno mi powiedzieć, czy to zaleta, czy wręcz przeciwnie. Wszystko spowija jakiś dziwny, niepokojący klimat, ale nie czuję się przekonany. Czegoś mi tutaj zabrakło, a czegoś też było za dużo. 

Mnie się podobało. Było trochę Kafki z tym karaniem za miałkość życia, było trochę “zła tuż za rogiem”, bo ostatecznie to, co robiono ludziom-koniom było złe, a żeby to robić wystarczyło z ulicy wejść pod adres z ogłoszenia. Końcówka też była, moim zdaniem, fajna – pokazała banalność tego zła, bo ostatecznie praca przy zakłamywaniu uśmiercania “koni” była mniej złożona niż naprawianie zepsutych warzyw : P

 

Również dodam, że nie ma co wypisywać własnych interpretacji tekstu – a jeżeli już, to bardzo ostrożnie. 

I po co to było?

domku – dzięki za czytanie. Co do “Czegoś mi tutaj zabrakło, a czegoś też było za dużo.” – gdybyś wiedział, czego, to nadstawiam ucha ;)

 

syf.ie – dzięki!

Klimat, oczywiście, mocno kafkowski i, choć z Kafki rozumiem ułamek jego przekazu, to mam nieodparte wrażenie, że u niego absurd jest jakiś bardziej uporządkowany, kryje się za nim coś, co od początku do końca snuje się wzdłuż jednej nici. U Ciebie efekt psuje przede wszystkim zakończenie, a jeszcze bardziej jego interpretacja. Niemniej klimat mnie wciągnął, nawet bardzo. Jest ciężki, to prawda, ale nie pozbawiony jakiejś nadziei, jakiejś furtki, która daje możliwość wyrwania się z rzeźni.

Myślę, że klimat bardzo mocno buduje orwellowskie odwołanie do zwierząt, które mają mówić, co im się każe, które są indoktrynowane aż do uznania cudzych (jedynych słusznych) poglądów za własne. Przerażające, ale dlatego, że wcale nie oderwane od rzeczywistości.

cd4093, dzięki za czytanie. Nauczyłam się już nabierać wody w usta w odpowiednim momencie, więc więcej interpretacji odautorskich nie będzie ;-)

Nowa Fantastyka