- Opowiadanie: BaruArlab - Kurz

Kurz

To opowiadanie ma już trochę czasu. Obecnie piszę już nieco inaczej (tak mi się wydaje), ale opinii jestem ciekaw. Dziękuję moim dzielnym Betownikom – jeśli coś w tym opku nie chodzi, jak powinno, to  są to właśnie te rzeczy, w sprawie których postanowiłem Ich nie posłuchać :)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

SzyszkowyDziadek, Emelkali, regulatorzy

Oceny

Kurz

1.

 

Przy­gar­bio­ny męż­czy­zna sie­dział na po­sła­niu i spo­glą­dał przez okno ka­bi­ny miesz­kal­nej tech­ni­ka. Czerń za ul­tra­cien­ką, ale nie­znisz­czal­ną szybą przy­pra­wia­ła go o mdło­ści. Wnę­trza wszyst­kich stat­ków, któ­ry­mi po­dró­żo­wa­ła jego sek­cja, były bez­li­to­śnie iden­tycz­ne.

Ostry dźwięk po­kła­do­we­go bu­dzi­ka nie wy­rwał go z za­my­śle­nia. Santi za­wsze bu­dził się parę minut przed usta­lo­nym cza­sem. Or­ga­nizm jak za­pro­gra­mo­wa­ny pod­da­wał się ryt­mo­wi życia na­rzu­co­ne­mu przez wy­mo­gi misji. Od czter­na­stu lat w kółko to samo. Zwlókł się z łóżka i się­gnął po ubra­nie prze­siąk­nię­te mdłym za­pa­chem sprayu pio­rą­ce­go.

Na ko­ry­ta­rzu na­tknął się na Maksa, no­we­go po­moc­ni­ka. Dla niego był to pierw­szy lot. Z twa­rzy dwu­dzie­sto­pa­ro­lat­ka nie zni­ka­ły ru­mień­ce. Gdy się od­zy­wał, nie pa­no­wał nad gło­sem i prze­sad­nie ge­sty­ku­lo­wał. San­tie­go draż­nił en­tu­zjazm chło­pa­ka.

To dla niego Zing, ka­pi­tan sek­cji, tuż przed od­lo­tem zwo­łał, po raz pierw­szy od mie­się­cy, re­gu­la­mi­no­wą od­pra­wę. Za­zwy­czaj kilka zdań rzu­co­nych w szat­ni lub na sto­łów­ce wy­star­cza­ło, by każdy czło­nek za­ło­gi wie­dział, co do niego na­le­ży. San­tie­mu nieraz wy­da­wa­ło się, że mo­gli­by obyć się nawet bez tego.

– Le­ci­my na au­to­ma­tycz­ną sta­cję pa­li­wo­wą firmy Sta­ro­ce­an – tłu­ma­czył Zing, gdy sie­dzie­li w nie­wiel­kiej salce. Za okna­mi widać było rzędy po­jaz­dów usta­wio­nych wzdłuż pasa star­to­we­go.

– Przed­wczo­raj sys­tem mo­ni­to­ru­ją­cy porty wokół sta­cji przez trzy go­dzi­ny nie trans­mi­to­wał sy­gna­łu.

– Prze­pra­szam – prze­rwał no­wi­cjusz, rzu­ca­jąc mó­wią­ce­mu roz­iskrzo­ne spoj­rze­nie. – Cho­dzi o porty pa­li­wa czy trans­por­to­we?

– Cho­dzi o porty, przy któ­rych cu­mu­ją stat­ki. Porty pa­li­wa nie mie­wa­ją mo­ni­to­rin­gu.

Po­moc­nik oblał się ru­mień­cem. „Do­brze mu tak”, po­my­ślał Santi.

– Z tego po­wo­du ruch w pro­mie­niu dzie­wię­ciu od­cin­ków pod­sta­wo­wych mu­siał zo­stać na jakiś czas wstrzy­ma­ny. Wszyst­ko wska­zu­je na przed­wcze­sne zu­ży­cie aku­mu­la­to­rów. Mu­si­cie je wy­mie­nić.

Dzię­ki Bogu, krót­ka, pro­sta ro­bo­ta.

Wiele mie­się­cy wcze­śniej tra­fi­ła się misja, która też miała być krót­ką, pro­stą ro­bo­tą. Doba, może pół­to­rej. Na miej­scu oka­za­ło się, że dia­gno­sta po­peł­nił błąd pod­czas po­mia­ru in­ten­syw­no­ści sy­gna­łu na­daj­ni­ka, który mieli na­sta­wić. Dwie – trzy doby. Potem mier­nik tra­fił szlag. Ty­dzień. Firma prze­sta­ła na­dą­żać ze zle­ce­nia­mi. Krót­ka noc na lot­ni­sku i ko­lej­ne trzy dni w prze­strze­ni.

Gdy wró­cił do domu, twarz miał tak za­pad­nię­tą, że nie roz­po­znał jej iden­ty­fi­ka­tor. Za­dzwo­nił. Drzwi otwo­rzy­ła Aeis. W ręku trzy­ma­ła ręcz­nik. Wła­śnie wy­ką­pa­ła bliź­nia­ki. Młod­sza córka ba­wi­ła się jesz­cze na po­dwór­ku. Star­sza oglą­da­ła ja­kieś bo­ta­nicz­ne wy­sta­wy w mind­gra­fie.

Ko­bie­ta unio­sła dłoń ku jego twa­rzy. Ode­pchnął ją.

– To ko­niec.

– Co się stało?

– Rzu­cam tę ro­bo­tę.

– Je­steś wy­koń­czo­ny. – Aeis z czu­ło­ścią pa­trzy­ła na męża.

– Nie pa­mię­tam, żebym kie­dy­kol­wiek nie był. Nie mogę tak żyć, ro­zu­miesz? Jutro jadę do biura. Tym razem mnie nie po­wstrzy­masz. Za­bio­rę swoje rze­czy…

– I dokąd pój­dziesz? – Czu­łość znik­nę­ła.

– Gdzie­kol­wiek. Byle nie w prze­strzeń.

W jej oczach po­ja­wi­ły się pierw­sze łzy.

– To aku­rat pewne – po­wie­dzia­ła. – Ro­bo­ta w ko­smo­sie drugi raz już się nie trafi. Do­sta­niesz coś w jed­nej z na­ziem­nych sta­cji na­praw na­le­żą­cych do ma­łych firm, które tech­ni­ków zmie­nia­ją czę­ściej, niż pod­ze­spo­ły w po­jaz­dach klien­tów. Chłop­ców nie da się za­pi­sać do szko­ły, jeśli nie bę­dziesz miał umowy na czas nie­okre­ślo­ny. Li­liet­te bę­dzie mu­sia­ła…

Z po­ko­ju do­biegł płacz bliź­nia­ków. Od­wró­ci­ła się. Rzu­ci­ła ręcz­nik na pod­ło­gę. Po­bie­gła wą­skim ko­ry­ta­rzy­kiem i znik­nę­ła za drzwia­mi.

– Nie mu­sisz koń­czyć – rzu­cił za nią. Sam też już pła­kał. Do domu wbie­gła czte­ro­let­nia dziew­czyn­ka. Dła­wi­ła się ze śmie­chu.

– Ta­tu­siu, patrz! Mam in­ter­flo­wa! Zaraz mnie zje!

– Nie, ko­cha­nie – po­wie­dział, ca­łu­jąc jej po­li­czek umo­ru­sa­ny czymś sza­rym. – Nikt cię nie skrzyw­dzi. Tatuś… Tatuś nie po­zwo­li.

„I sam też cię nie skrzyw­dzi” – do­koń­czył w my­ślach.

Aeis wy­szła z po­ko­ju. Otwo­rzy­ła usta. Chcia­ła krzy­czeć, wie­dział to.

– Prze­pra­szam, skar­bie. – Nie po­zwo­lił jej za­cząć. – Je­stem zmę­czo­ny. Nigdy, przy­się­gam, nigdy nie za­ry­zy­ku­ję tej po­sa­dy.

 

2.

 

– Od dawna la­tasz? – ode­zwał się Maks, gdy zbli­ża­li się do głów­nej sali stat­ku bę­dą­cej jed­no­cze­śnie sto­łów­ką.

– Za mie­siąc bę­dzie czter­na­ście lat.

– Zdą­ży­łeś się już przy­zwy­cza­ić.

– I to jak.

– Ja­kieś rady?

Santi nie miał ocho­ty na tę roz­mo­wę. Silił się, by nie wyjść na gbura.

– Na razie rób tylko to, co każą ci inni. Ten fach nie jest trud­ny. Szyb­ko na­bie­rzesz wpra­wy. Ale do­pó­ki jej nie masz, uwa­żaj, żeby cze­goś nie spie­przyć. Nie zda­rza się to czę­sto, ale jeśli Zing zła­pie cię na nie­dbal­stwie albo gdy weź­miesz się do czegoś, na czym jesz­cze nie do końca się znasz, od razu wy­le­cisz.

Wzrok chło­pa­ka przy­gasł. San­ti poczuł pewną sa­tys­fak­cję, choć wie­dział, że to podłe.

– A poza tym nie spo­dzie­waj się, że spo­tkasz Boga, od­kry­jesz nową ko­me­tę albo za­li­czysz pierw­szy kon­takt czło­wie­ka z ob­cy­mi. Prę­dzej już zo­ba­czysz pi­ra­tów.

– Wła­śnie… Po­dob­no… nie­daw­no w tym re­jo­nie wi­dzia­no sta­tek Bengts­so­na. – Maks wy­raź­nie za­nie­po­ko­ił się. Za­ło­ga Bengts­so­na na­pa­da­ła na ekipy tech­nicz­ne w po­szu­ki­wa­niu dro­gie­go sprzę­tu do na­praw dla nie­le­gal­nych flot.

– Po­dob­no… – od­parł Santi, ukry­wa­jąc za­do­wo­le­nie, które wzbu­dzi­ła w nim bla­dość na twa­rzy roz­mów­cy.

Po chwi­li usie­dli przy stole, do­łą­cza­jąc do Zinga i dru­gie­go tech­ni­ka. Zje­dli śnia­da­nie, wpa­tru­jąc się w głów­ny otwór okien­ny. Szara bryła sta­cji przy­po­mi­na­ła mon­stru­al­nych roz­mia­rów kon­te­ner, do któ­re­go od spodu pod­cze­pio­no mniej­szy, pła­ski pro­sto­pa­dło­ścian. Górna część sta­no­wi­ła zbior­ni­ki pa­li­wa, do dol­nej miały cu­mo­wać stat­ki. Kon­struk­cja sta­wa­ła się coraz więk­sza, aż cał­ko­wi­cie wy­par­ła ota­cza­ją­cą ją czerń. Gdy napis „Sta­ro­ce­an” urósł do roz­mia­ru unie­moż­li­wia­ją­ce­go ob­ję­cie go wzro­kiem, sta­tek zmie­nił kurs. Ka­pi­tan wydał kilka la­ko­nicz­nych ko­mend i wszy­scy ro­ze­szli się do swo­ich kabin, by przy­go­to­wać się do wyj­ścia w prze­strzeń.

Widok kom­bi­ne­zo­nu na­pa­wał San­tie­go taką samą nie­chę­cią jak wszyst­ko inne na stat­ku. Masa nie­po­trzeb­ne­go ba­dzie­wia. Gruby, nie­wy­god­ny pas z ośmio­ma to­reb­ka­mi.

A przy­da­wa­ły się naj­wy­żej czte­ry. Pa­kiet prze­ciw­rozsz­czel­nie­nio­wy mon­to­wa­ny w oko­li­cach pra­wej pachy ogra­ni­czał ruchy ra­mie­nia. W do­dat­ku był jesz­cze jedną drogą za­baw­ką, za któ­rej za­gu­bie­nie można było słono za­pła­cić. Odkąd wpro­wa­dzo­no do­dat­ko­we uszczel­ki, stał się zu­peł­nie nie­przy­dat­ny i za­pew­ne prze­ocze­nie kogoś, kto ak­tu­ali­zo­wał prze­pi­sy, było po­wo­dem, dla któ­re­go wciąż mu­siał znaj­do­wać się w ekwi­pun­ku. Więk­szość tech­ni­ków na czas pracy po pro­stu go odłą­cza­ła i wrzu­ca­ła do torby na na­rzę­dzia. Santi za­zwy­czaj w ogóle nie za­bie­rał go na ze­wnątrz.

Po kwa­dran­sie wszy­scy byli go­to­wi. Pierw­sze chwi­le poza stat­kiem po­świę­co­no na przy­go­to­wa­nie się do braku gra­wi­ta­cji, sztucz­nie pod­trzy­my­wa­nej na po­kła­dzie. Krew ude­rza­ła do głowy. Po minie Maksa widać było, że znosi to wy­jąt­ko­wo źle.

Gdy mi­nę­ło ko­lej­ne pięt­na­ście minut, ru­szy­li ku sze­ścien­nej wy­pu­kło­ści wy­sta­ją­cej

z ol­brzy­miej ścia­ny sta­cji. Kiedy zna­leź­li się u celu, drugi tech­nik otwo­rzył nie­wiel­ką po­kry­wę w bocz­nej ścian­ce i przyj­rzał się wska­za­niom licz­ni­ków.

– Dziw­ne.

Włą­czył la­tar­kę i oświe­tlił kilka ar­cha­icz­nych ze­ga­rów o bia­łych tar­czach, by do­kład­niej się im przyj­rzeć.

– Wy­glą­da, jakby wszyst­ko było w po­rząd­ku.

Spoj­rzał py­ta­ją­co na ka­pi­ta­na.

– Sprawdź pod­łą­cze­nie licz­ni­ków – rzu­cił tam­ten.

Trwało to kilka minut.

– Wszyst­ko jest na miej­scu.

– No dobra. – Zing prze­su­nął dło­nią po osło­nie hełmu, jakby za­po­mi­na­jąc o jej obec­no­ści chciał otrzeć pot z czoła. – Mu­si­my zro­bić uprosz­czo­ny prze­gląd. Ja zajmę się elek­tro­ni­ką. Santi – ma­szy­now­nia.

Ka­pi­tan od­wró­cił się do po­zo­sta­łych astro­nau­tów.

– Ty z Mak­sem obej­rzyj­cie porty z ze­wnątrz. Zwróć­cie uwagę zwłasz­cza na czuj­ni­ki.

Santi się­gnął po nie­wiel­ki panel bez­wład­nie za­wie­szo­ny na gru­bym, sztyw­nym prze­wo­dzie i już po chwi­li mknął ku rufie sta­cji, zo­sta­wia­jąc za sobą świe­tli­ste smugi spa­lin.

Długo mo­co­wał się z me­cha­ni­zmem zwal­nia­ją­cym blo­ka­dę śluzy. Właz z fil­tra­mi no­we­go typu, o któ­rym oczy­wi­ście nie wspo­mnia­no pod­czas ostat­nie­go szko­le­nia.

Pierw­szych kilka kro­ków w hali ma­szy­now­ni przy­nio­sło ulgę. Wokół sil­ni­ków now­szej ge­ne­ra­cji utrzy­my­wa­no sztucz­ne cią­że­nie. Naj­bar­dziej wy­daj­ny, a za­ra­zem naj­tań­szy sys­tem chło­dze­nia opar­ty był na swo­bod­nym opa­da­niu krysz­tał­ków w ty­sią­cach rurek o mi­kro­sko­pij­nych śred­ni­cach.

Śro­dek po­miesz­cze­nia zaj­mo­wał sil­nik na­pę­dza­ją­cy rów­no­cze­śnie wszyst­kie pompy sta­cji. Wy­glą­dał jak nie­wiel­ka, ciem­no­zie­lo­na cy­ster­na, oto­czo­na plą­ta­ni­ną rur i skrzyn­ka­mi o wy­myśl­nych kształ­tach. Do­oko­ła znaj­do­wa­ła się me­ta­lo­wa rampa. Santi z pa­mię­ci mógł­by wy­re­cy­to­wać prze­zna­cze­nie i pod­sta­wo­we pa­ra­me­try każ­de­go z wi­docz­nych tu urzą­dzeń. By do gra­nic moż­li­wo­ści zre­du­ko­wać masę tej czę­ści sta­cji, umiesz­cza­no tu tylko to, co na­praw­dę było nie­zbęd­ne. Żad­nych ta­bli­czek, me­ta­lo­wych osłon lamp, kamer, czu­jek dymu, nawet ga­śni­cy. W razie po­ża­ru i tak wszyst­ko znik­nę­ło­by w ciągu nie­ca­łej se­kun­dy.

Nawet po do­kład­niej­szych oglę­dzi­nach nic w po­miesz­cze­niu nie wzbu­dza­ło szcze­gól­nej uwagi. Wy­jąt­kiem była cie­niut­ka war­stwa kurzu po­kry­wa­ją­ca wszyst­kie urzą­dze­nia.

Santi za­klął w duchu. Prze­pi­sy bez­względ­nie na­ka­zy­wa­ły w ta­kiej sy­tu­acji usu­nąć nawet naj­mniej­sze za­nie­czysz­cze­nia. Szyb­ko osza­co­wał, że uczy­nie­nie za­dość temu wy­mo­go­wi wy­dłu­ży­ło­by pobyt na sta­cji co naj­mniej o dobę. Wy­tar­cie kurzu to naj­wy­żej dzie­sięć minut, ale póź­niej na­le­ża­ło­by skon­tro­lo­wać wszyst­kie ru­cho­me po­łą­cze­nia i ele­men­ty na­grze­wa­ją­ce się. Długo bił się z my­śla­mi. W końcu po­sta­no­wił mil­czeć. Kurz mu­siał osia­dać przez kil­ka­na­ście mie­się­cy, nic więc nie sta­nie się, jeśli po­cze­ka do zbli­ża­ją­ce­go się kom­plek­so­we­go prze­glą­du całej sta­cji. Tech­nik włą­czył mi­kro­fon.

– Ma­szy­now­nia bez uste­rek, bez wska­zań – po­wie­dział.

– Wra­caj bez­po­śred­nio do na­szej śluzy – od­parł Zing.

Santi z ulgą ru­szył w drogę po­wrot­ną. Przez kilka chwil zda­wa­ło mu się jed­nak, że coś było nie tak. W sku­pie­niu sta­rał się od­two­rzyć w pa­mię­ci jak naj­wię­cej mało istot­nych szcze­gó­łów, wśród nich bo­wiem spo­dzie­wał się zna­leźć źró­dło nie­po­ko­ju, ale gdy po­czuł lekki ból w skro­niach, po­sta­no­wił dać sobie z tym spo­kój.

W go­dzi­nę od za­koń­cze­nia prze­glą­du cała czwór­ka znów ze­bra­ła się w głów­nym po­miesz­cze­niu stat­ku.

– Do głowy przy­cho­dzi mi tylko jedna dia­gno­za – po­wie­dział ka­pi­tan po od­czy­ta­niu ostat­niej wer­sji spi­sa­ne­go na­pręd­ce pro­to­ko­łu oglę­dzin. – Przy­czy­na musi tkwić w od­bior­ni­kach na Ziemi. Pro­po­nu­ję taki wnio­sek umie­ścić w ra­por­cie. Czy są ja­kieś inne po­my­sły?

Cisza pie­ści­ła uszy San­tie­go. Jed­nak gdy tylko wstał od stołu, jedna krót­ka myśl spra­wi­ła, że po­czuł, jak krew od­pły­wa mu z twa­rzy. Wie­dział już, co się nie zga­dza­ło.

Przez uła­mek se­kun­dy miał ocho­tę przy­znać się, że za­ta­ił obec­ność kurzu. Szyb­ko jed­nak uzmy­sło­wił sobie, że nawet szcze­ra skru­cha nie ustrze­gła­by go przed karą. Wie­dział, że ukry­cie bądź prze­ocze­nie istot­ne­go szcze­gó­łu po­win­no skoń­czyć się nawet kil­ku­let­nim za­ka­zem wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du i że nie był to je­dy­nie mar­twy zapis re­gu­la­mi­nu.

Mu­siał szyb­ko coś wy­my­ślić.

– Słu­chaj, Zing – po­wie­dział, chwy­ta­jąc ka­pi­ta­na za ło­kieć. – Bę­dziesz wście­kły. Chyba muszę wy­sko­czyć jesz­cze na chwi­lę.

– Wpa­dłeś na coś?

– Nie – Santi wes­tchnął cięż­ko. – Zo­sta­wi­łem tam ten cho­ler­ny pa­kiet prze­ciw­rozsz­czel­nie­nio­wy.

– Chyba zwa­rio­wa­łeś – Zing wy­wró­cił ocza­mi. – Tylko się po­spiesz.

Tech­nik od­wró­cił się na pię­cie. Zdą­żył zro­bić kilka kro­ków, gdy nagle usły­szał swoje na­zwi­sko. Po­czuł, że za­czy­na się pocić.

– A tak wła­ści­wie… Od kiedy to za­bie­rasz pa­kiet ze sobą na ze­wnątrz?

Boże, co robić?

Za ple­ca­mi ka­pi­ta­na mi­gnę­ła szczu­pła syl­wet­ka Maksa. Wła­śnie, Maks.

– Od kiedy mło­dzież bie­rze z nas przy­kład.

– Słusz­nie, Santi.

Udało się.

Tym razem bez trudu po­ra­dził sobie ze śluzą. Z bi­ją­cym ser­cem, cen­ty­metr po cen­ty­me­trze badał sys­tem uszczel­nień. Wszyst­ko było w ide­al­nym sta­nie.

W tym wła­śnie tkwił sęk. Fil­try nowej ge­ne­ra­cji nie miały prawa wpu­ścić do hali nawet po­je­dyn­czej bak­te­rii. A jed­nak ze­brał się tam kurz. Mie­sza­ni­na za­raz­ków i złusz­czo­ne­go na­skór­ka. Było go tyle, że San­tie­mu na­su­wał się jeden wnio­sek. Ktoś urzą­dził tu sobie biwak. Po­miesz­cze­nie było wy­star­cza­ją­co duże, by po­słu­żyć jako prze­cho­wal­nia pi­rac­kie­go łupu. Gdy lo­ka­tor mu­siał się stąd wy­do­stać, ce­lo­wo wy­łą­czył mo­ni­to­ring por­tów, żeby sta­tek, który miał go stąd za­brać, mógł nie­po­strze­że­nie zbli­żyć się do sta­cji.

Pod­ło­ga ma­szy­now­ni wy­ło­żo­na była me­ta­lem z an­ty­po­śli­zgo­wy­mi tło­cze­nia­mi, dzię­ki czemu Santi nie mu­siał oba­wiać się, że zo­sta­wi ślady. Szyb­kim kro­kiem prze­mie­rzył po­miesz­cze­nie. Przed usu­nię­ciem do­wo­dów swo­jej nie­kom­pe­ten­cji mu­siał zro­bić coś jesz­cze. Nie mógł po­wstrzy­mać dzie­cin­nej cie­ka­wo­ści. Za­trzy­maw­szy się w po­ło­wie drogi, wy­cią­gnął nie­wiel­ki ze­staw do zbie­ra­nia pró­bek i wy­szu­kał miej­sce, w któ­rym war­stwa kurzu była wy­star­cza­ją­co ob­fi­ta. Sta­ran­nie ukrył małą fiol­kę w za­ka­mar­ku kom­bi­ne­zo­nu, po czym za­brał się do po­spiesz­ne­go sprzą­ta­nia. Gdy skoń­czył, wy­cią­gnął pa­kiet prze­ciw­rozsz­czel­nie­nio­wy, który scho­wa­ny był w – dotąd za­wsze zbęd­nej – to­reb­ce na pasku, po czym umie­ścił go we wła­ści­wym miej­scu.

 

3.

 

Lot­ni­sko przy­wi­ta­ło ich desz­czem. Z po­wo­du chmur zmrok za­padł nieco wcze­śniej, dzię­ki czemu za­su­nię­cie rolet w służ­bo­wej kwa­te­rze nie bu­dzi­ło po­dej­rzeń. Po­miesz­cze­nie było nie­wiel­kie – mie­ści­ło łóżko, biur­ko i wąską szaf­kę – ale spraw­dza­ło się jako przej­ścio­we za­kwa­te­ro­wa­nie człon­ka za­ło­gi. Santi po raz pierw­szy cie­szył się, że przed po­wro­tem do domu czeka go przy­mu­so­wy noc­leg w bazie.

Bez na­my­słu rzu­cił torbę ze swo­imi rze­cza­mi na pod­ło­gę, wy­cią­gnął z niej skrzęt­nie za­ma­sko­wa­ną fiol­kę i usiadł przy biur­ku. Wy­wo­łał na pul­pit nie­wiel­ki ekran i ze­staw do ana­li­zy DNA. Kilka lat temu od zna­jo­me­go le­ka­rza są­do­we­go na­uczył się sztucz­ki po­zwa­la­ją­cej do­stać się do bazy In­ter-Me­du. Znaj­do­wa­ły się tam in­for­ma­cje umoż­li­wia­ją­ce zi­den­ty­fi­ko­wa­nie do­wol­ne­go miesz­kań­ca Ziemi. Ła­do­wa­nie wy­ni­ku trwa­ło wiecz­ność. Gdy wresz­cie się po­ja­wił, San­tie­mu zro­bi­ło się słabo.

Przez ko­lej­ną mi­nu­tę raz po raz na nowo od­świe­żał od­czyt, nim do­tar­ło do niego, że był pra­wi­dło­wy. Kod z prób­ki nie fi­gu­ro­wał w bazie.

W ta­kiej sy­tu­acji in­ter­fejs od­sy­łał do opcji „określ ga­tu­nek”.

I znów nie­koń­czą­ce się ła­do­wa­nie.

Ga­tu­nek: nie­zna­ny.

Santi po­spiesz­nie scho­wał sprzęt i opadł na opar­cie fo­te­la. Przez dłuż­szą chwi­lę wpa­try­wał się w prób­kę trzy­ma­ną w dłoni. Wyobrażał sobie resztę życia spędzoną na tłamszeniu w zakamarkach pamięci wieści, której cała ludzkość wypatrywała od stuleci; której ujawnienie całej ludzkości był winien. A gdyby się przy­znał? Czy gdyby okrzyk­nię­to go od­kryw­cą, unik­nął­by kary? Co­kol­wiek zna­lazł, usu­wa­jąc do­wo­dy i nie pro­to­ko­łu­jąc nie­pra­wi­dło­wo­ści, zła­mał zapis re­gu­la­mi­nu. Nic nie sta­no­wi­ło­by uspra­wie­dli­wie­nia. Wy­obra­ził sobie spoj­rze­nie Aeis do­wia­du­ją­cej się o wszyst­kim. Wy­obra­ził sobie Li­liet­te, ze śmie­chem bie­ga­ją­cą po po­dwór­ku, i śpią­cych bliź­nia­ków, ko­ły­sa­nych przez star­szą sio­strę – żadne z nich nie zda­ją­ce sobie spra­wy z tego, co mo­gło­by je spo­tkać bez ich udzia­łu. Ta­kie­go ry­zy­ka nie mógł pod­jąć. Bę­dzie mil­czał.

Wy­szedł na ze­wnątrz, by ochło­nąć. Deszcz ustał już jakiś czas temu. Ostat­nie kro­ple na­brzmie­wa­ły na kra­wę­dzi za­da­sze­nia i coraz rza­dziej spa­da­ły na be­to­no­wą płytę progu. Niebo było bez­chmur­ne. Santi spoj­rzał w gwiaz­dy. Sta­cja znaj­do­wa­ła się zbyt da­le­ko, by jej świa­tło dało się do­strzec gołym okiem. A jed­nak była tam. Tliła się nie­wi­docz­nym pło­mie­niem, tak, jak świat, do któ­re­go wra­ca­li jej nie­daw­ni miesz­kań­cy. Tlić się tak bę­dzie jesz­cze długo, skry­wa­jąc ta­jem­ni­cę, któ­rej brze­mię po­nie­sie tylko jeden, je­dy­ny czło­wiek na Ziemi.

 

 

Koniec

Komentarze

Hmmm. Interesujący pomysł. Ale to moralizatorskie przesłanie…

Mam mieszane odczucia.

Załóżmy, że w trakcie przeglądu zbadają skład kurzu i jednak ta informacja trafi do ludzkości.

Babska logika rządzi!

[B:27] [ 2]

 

Z góry przepraszam za offtop, BaruArlab, ale pewne kwestie wydają mi się dość ważnym zagadnieniem.

Wychodzi, mimo wszystko, na to, że betowanie ma sporo sensu. Przecież gdybyś (BaruArab), zaprosił Finklę jako betę, to dzięki takiej opinii mógłbyś zmodyfikować tekst na tyle, by Ta nie nie odczuła przesłania jako “moralizatorskie”. I, być może, tekst, zdaniem Finkli, nadawałby się do biblioteki? :D

 

Nie biegam, bo nie lubię

A ten znowu swoje…

BaruArlab wcale nie musi się zgadzać z opinią Finkli. Jeśli się nie zgadza, to opowiadania by nie zmienił. A nawet gdyby zmienił, to nie kliknęłabym na Bibliotekę, bo opko w chwili czytania jeszcze się do niej nie kwalifikowało.

Być może inni Czytelnicy odniosą wrażenia podobne do moich. W takim przypadku Autor chyba powinien szybko coś poprawić (edytowanie ciągle jest dostępne, jeszcze niewiele osób zapoznało się z tekstem). Ale kto tam ich wie, tych Czytelników…

Niezależnie od tych rozważań, moja kolejka tekstów do betowania już bardzo długo nie była pusta i ten proces musiałby opóźnić publikację.

Babska logika rządzi!

A ten znowu swoje… BaruArlab wcale nie musi się zgadzać z opinią Finkli.

Łi :)

Racja, nie musi, ale “autorskie niezgadzanie”, mam wrażenie, może utrudnić dotarcie do biblioteki .

Poza tym nie rozumiem stanowiska, że, mimo pożądanych zmian, tekst nie będzie już nadawać się do rekomendacji, tylko dlatego, że “w chwili czytania jeszcze się do nich nie kwalifikował.” :/

 

 

Nie biegam, bo nie lubię

O rany, przecież już Ci z Psycho tłumaczyliśmy, jak to działa w naszym przypadku (a tak się złożyło, że chyba podobnie). Jeśli betowany tekst już na wstępie jest naprawdę dobry, to po publikacji klikamy (co nie oznacza, że nie można zasugerować jeszcze kilku zmian). A jeśli nie jest, poprawia się dopiero pod wpływem naszych uwag, to trochę głupio dawać Bibliotekę własnej pracy.

Czy autorskie niezgadzanie utrudnia drogę do Biblioteki? To zależy, czy bety mają rację. A wcale nie muszą.

BaruArlabie, przepraszam za offtop.

Babska logika rządzi!

Przepraszam, widać inaczej niż łopatą przez łeb, do mnie nie dociera…  :/

Nie biegam, bo nie lubię

Finklo, Corcoranie – dziękuję za lekturę, ale i za ten offtop. Jestem użytkownikiem dość świeżym i w wielu kwestiach jeszcze zielonym. Potrzebuję pouczeń nie tylko co do tekstów, ale także zasad i zwyczajów panujących na forum. Takie dyskusje na temat np. oceniania tekstów przez siebie betowanych są dla mnie bardzo przydatne :)

Załóżmy, że w trakcie przeglądu zbadają skład kurzu i jednak ta informacja trafi do ludzkości.

Podczas drugiej wycieczki do maszynowni gł. boh. usunął kurz, więc przy przeglądzie go nie zbadają.

Chyba, że pominąłem coś bardzo oczywistego, co jest wysoce prawdopodobne :)

The rain it raineth on the just and also on the unjust fella; but chiefly on the just, because the unjust hath the just’s umbrella. (Charles Bowen)

Ja chyba też nie zaliczam się do specjalnie starych użytkowników, pewnie dlatego tak fandzolę ;) 

Jeszcze raz sorki za offtop i pozdrawiam :) 

Nie biegam, bo nie lubię

Całkiem przyjemnie się czytało. Może nie szałowo, ale wystarczająco przyjemnie, bym kliknął bibliotekę. Klik Klik

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Tekst bardzo cacy. Miałem wrażenie, że czytam SF napisaną jakieś pół wieku temu (ale chyba nie to miałeś na mysli pisząc, że opowiadanie ma już trochę czasu?). Oczywiście w mniemaniu mym to plus, nie minus. W przeciwieństwie do Finkli nie widzę tu moralizatorstwa, tylko prostą prawdę: W ciężkich, niepewnych czasach ryzykować dobro rodziny dla mętnej idei dobra ludzkości? Nigdy.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

SzyszkowyDziadku, Thargone – dziękuję!

Tekst trochę młodszy, niż sprzed pół wieku, ale fakt – pisałem go pod silnym wpływem m.in. wczesnych opowiadań Clarke’a.

The rain it raineth on the just and also on the unjust fella; but chiefly on the just, because the unjust hath the just’s umbrella. (Charles Bowen)

Znów offtop, ale tym razem nie z mojej winy ;) 

pisałem go pod silnym wpływem m.in. wczesnych opowiadań Clarke’a.

A to nie łaska podzielić  się z innymi…? LINK…Hmm…?

;)

Nie biegam, bo nie lubię

Ciekawe opowiadanie, może ciut zbyt jednoznaczne (prowadzisz czytelnika za rączkę, decyzja bohatera jest umotywowana aż za dobrze), ale przeczytałam z przyjemnością.

Rooms, dzięki! Uwaga słuszna, ale zastosowanie się do niej wymagałoby przeróbki generalnej, a na tę już się chyba nie zdobędę…

Corcoranie – również uwaga słuszna. Tu dla odmiany na zastosowanie się jakoś się zdobyłem :)

The rain it raineth on the just and also on the unjust fella; but chiefly on the just, because the unjust hath the just’s umbrella. (Charles Bowen)

Bardzo dobre. Pod każdym względem.

Infundybuła chronosynklastyczna

I mnie, jak stefanowi, bardzo się. Nie mam uczulenia, jak Finkla, na moralizatorskie przesłanie, a i nie widzę go tu za wiele. Dobrze napisane opowiadanie, które przeczytałam z przyjemnością, mimo iż sci-fi to nie moje klimaty.

No, a że mogę… ;)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Wielkie dzięki!

The rain it raineth on the just and also on the unjust fella; but chiefly on the just, because the unjust hath the just’s umbrella. (Charles Bowen)

I mnie, jak stefanowi i Emelkali, bardzo się. Interesująca konfrontacja Pierwszego Kontaktu, mogącego zmienić cały świat i w ogóle sensacja, magia, szok, z dość przyziemnym: “O kur*a, ale stracę pracę!”. ;D Przyznam rację rooms, że mogłoby być ciekawiej, gdyby decyzja była trudniejsza dla bohatera.

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Dzięki!

The rain it raineth on the just and also on the unjust fella; but chiefly on the just, because the unjust hath the just’s umbrella. (Charles Bowen)

Zacny pomysł, wykonanie całkiem niezłe, więc nic dziwnego, że lektura dostarczyła mi wyłącznie przyjemności. ;-)

 

San­tie­mu nie raz wy­da­wa­ło się, że mo­gli­by obyć się nawet bez tego.San­tie­mu nieraz wy­da­wa­ło się

 

albo gdy weź­miesz się za coś, na czym jesz­cze nie do końca się znasz… – …albo gdy weź­miesz się do czegoś

 

San­tie­mu spra­wi­ło to pewną sa­tys­fak­cję, choć wie­dział, że to podłe. – Może: San­ti poczuł pewną sa­tys­fak­cję, choć wie­dział, że to podłe.

 

od­parł Santi, ukry­wa­jąc za­do­wo­le­nie, jakie wzbu­dzi­ła w nim bla­dość na twa­rzy roz­mów­cy. – …ukry­wa­jąc za­do­wo­le­nie, które wzbu­dzi­ła w nim

 

Za­ję­ło to kilka minut. – Minuty nie bywają zajęte. ;-)

Wolałabym: Trwało to kilka minut. Lub: Za­ję­ło im to kilka minut.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ogromne dzięki! Poprawki naniesione.

The rain it raineth on the just and also on the unjust fella; but chiefly on the just, because the unjust hath the just’s umbrella. (Charles Bowen)

Nowa Fantastyka