- Opowiadanie: Kora - Wszystko jest we mgle

Wszystko jest we mgle

Dziękuję za sprawdzenie opowiadania na betaliście kozajunior. :) Uwagi bardzo mi pomogły. 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Użytkownicy

Oceny

Wszystko jest we mgle

 

Umieram. Znaczy, technicznie rzecz biorąc, to jeszcze nic mi nie jest, ale kto by się bawił w takie szczegóły. Tak naprawdę już nie żyję. Najzabawniejsze jest to, że jedyną osobą odpowiedzialną za moją śmierć będę ja sam. Chociaż na drugą stronę zamierzam przejść z lekką pomocą… Samobójstwa można popełnić na wiele różnych sposobów. Powiesić się, podciąć sobie żyły, wskoczyć pod rozpędzony pociąg. Albo można wykorzystać innych. Tak, jak powinien zrobić każdy prawdziwy elf. Nigdy nie brudź sobie rąk, jeżeli nie musisz. To nasza dewiza… No, przynajmniej jedna z licznych.

Mgła. Toczy się leniwie przez wymarłe ulice slumsów… Skręcone pasma, niczym śliskie dłonie dworskiego lowelasa, delikatnie głaszczą mnie po twarzy, włosach, szyi. Zarysy cegieł znikają za mleczną zasłoną, nawet ziemia pod stopami ustępuje miejsca kłębom mgły.

Nagle pojawiają się głosy. Zdawałoby się, że są tutaj od samego początku, wpasowują się idealnie do białej scenerii. Ciche szepty, niewyraźne zawodzenia. Idę, chociaż najchętniej stanąłbym w miejscu. Zdaję sobie sprawę, że śmierć tutaj byłaby znacznie łatwiejsza. Po prostu zagubić się, zniknąć, wtopić w nierealny tłum. Ale nie mogę. To nie tak ma być.

 Zatrzymuję się dopiero, gdy tuż przede mną staje niewyraźna postać. Krzyczę. Nie potrafię zrobić nic innego. Mój głos niknie zduszony przez gęste opary. I tylko ta twarz…

 

***

 

– Nie! – Szczupły, ciemnowłosy elf uderzył zamaszyście kieliszkiem w stół. Szkło rozleciało się na tysiące maleńkich kawałków, kilka z nich wbiło mu się w dłoń. Skrzywił się boleśnie.

Reszta siedzących przy stole arystokratów obserwowała go z nieukrywaną grozą. Na sali zapadła zupełna cisza. Nikt nie poruszył się, gdy sięgnął po kolejny kieliszek i niecierpliwym ruchem nalał sobie wina.

Elf zdawał się nie zauważać konsternacji wymalowanej na twarzach zebranych i dalej kontynuował swój wywód. Był już mocno pijany, z trudem trzymał się na krześle. Chwiał się lekko na boki, tak jakby nie siedział w ociekającej przepychem sali, tylko na rozchybotanej łodzi.

– Nie, nie i jeszcze raz nie! – wybełkotał niewyraźnie, powodując kolejne fale zgorszenia. –Oni wcale nie są tacy, jak mówisz! Trzeba im tylko trochę pomóc… Kurwa, pokazać im coś, a nie tylko siedzieć tutaj, na dupie, kiedy oni… Umierają! Zrozumcie przynajmniej, że tam też są żywe istoty. Nie wiem, jak potraficie mówić o tym tak spokojnie! My tutaj zapychamy się najlepszym jedzeniem, a oni nie mogą nawet zdobyć tyle, żeby wykarmić własne dzieci. – Zaczął się trząść, jego zaróżowiona od alkoholu cera zapłonęła jeszcze mocnej. Bezradnie zacisnął dłonie w pięści.

– Pozwól, że ci przerwę – odezwał się chłodno wysoki, szpakowaty elf. – Ale to, co usiłujesz nam powiedzieć, w żaden sposób nie odpowiada rzeczywistości. Ludzie zamieszkujący slumsy to kanalie, istoty, które w najlepszym wypadku zasługują na sterylizację. Oni są jak szczury, obrzydliwe i brudne, których w żaden sposób nie wytępisz, i jeżeli nie będziesz się trzymał od nich z daleka, mogą cię zarazić jakąś paskudną chorobą. Czy istoty rozumne bratają się ze szczurami? Nie. Próbują się ich pozbyć. Albo przynajmniej nie przebywać w ich pobliżu.

– Cóż… Jeżeli mogę się wtrącić… – Tym razem odezwał się młody blondyn. Jego orzechowe oczy płonęły, idealne usta wykrzywiły się w lekkim uśmiechu. Delikatną, nieskazitelną dłonią sięgnął po kryształowy kieliszek, upił łyk wina. – Ja zgadzam się z Victorem. – Rozkoszował się przez chwilę nagłą ciszą, a potem falą szmerów, którą wywołał. – Oni są istotami myślącymi, tak jak my. I chociaż kocham filozoficzne dywagacje przy obiedzie, wszystko przewraca mi się w żołądku, kiedy porównujecie ich do szczurów. Ciekawe, co wy byście zrobili, gdyby zamiast urodzić się tutaj, wśród bogactw, przyszlibyście na świat w tanim burdelu? Jak byście patrzyli na świat, gdybyście żyli w ciągłym strachu przed Mgłą? Ale bladłoby to w obliczu głodu, zwyczajnego i namacalnego. Nie mówię, że są tacy jak my, bo to nie prawda. Tylko… A co, gdybyśmy my byli tacy jak oni?

Cisza, która pojawiła się po tych słowach, była wręcz namacalna. Dało się słyszeć kropelkę wina, skapującą ze stołu; tykanie starego, bogato zdobionego zegara, a nawet przesuwanie znajdujących się w nim trybików. Delikatny ruch skrzydeł motyla, który wpadł do środka, a teraz usilnie ignorował istnienie szyby, brzmiał jak warczenie omnibusa. Dlatego cichy, melodyjny chichot zabrzmiał teraz niewiele lepiej od charkotu wiedźmy. Po chwili młody blondyn pokładał się ze śmiechu i bezwiednie uderzał pięściami w stół.

– To był tylko żart! Dowcip. Nie macie poczucia humoru. Wymyśliliśmy to razem z Victorem. Wasze twarze… Gdybyście tylko mogli je zobaczyć.

Konsternacja. Jednak już po chwili niektórzy zaczęli się uśmiechać, a inni kiwać głowami z aprobatą.

– Taka nasza mała gra, zabawa. Czymś trzeba sobie urozmaicić siedzenie przy stole. Czasem zaczyna się robić nudno… A nuda, szczerze mówiąc, jest najgorsza.

W ich oczach błysnęło zrozumienie, uśmiechy stały się nagle jeszcze szersze.

***

 

Biblioteka była zapchana książkami. Leżały dosłownie wszędzie. Na uginających się pod ich ciężarem regałach, zaścielały stoły, w stertach kurzyły się na krzesłach. Ciemne, jasne i o bliżej nieokreślonym kolorze, stare i nowe. A wśród tego wszystkiego siedział mały, zagubiony elf i… czytał. No, może „czytał” to za dużo powiedziane. Raczej pił, pochylając się nad książką. Częściej zerkał do kieliszka, niż na wijące się przed nim litery.

Nawet nie usłyszał skrzypienia otwierających się drzwi. Z obecności stojącego za sobą osobnika zdał sobie sprawę dopiero po paru minutach. Spokojnie odłożył kieliszek i spróbował zogniskować na wzrok przybyszu. Gość okazał się być tym samym młodym elfem, który zaledwie parę dni temu wybawił go z poważnej opresji. Blond włosy zaczesał do tyłu, odsłaniając szpiczaste uszy. Znów uśmiechał się w ten sam sposób, lekko butny i szczery, jednak oczy świeciły mu przenikliwie. Wyglądały jak dwa maleńkie drewienka, tylko przez przypadek umieszczone w czyjejś głowie.

– Dużo masz tutaj książek. Hm…. Widzę ciekawych autorów. No proszę, chyba mamy podobny gust w kwestii literatury. Prawie wszystkie tytuły dotyczą wolności, sporo rewolucyjnych wpływów. – Uśmiechnął się lekko.

– Mike, znasz przecież moje poglądy. W gruncie rzeczy każdy je zna… Jak ostatni głupek nadal wierzę w to, że choćby częściowa wolność jest możliwa. A właśnie, chciałem ci jeszcze raz podziękować. Wiesz, za co. Nie wstydzę się tego, co myślę, ale wtedy wyraźnie przesadziłem. Sprowokowali mnie… Zresztą, nieważne. Siadaj, napij się.

Chwilę milczenia przerywał tylko odgłos nalewanego do kieliszków wina.

– Nie ma za co. I tak nie potrafiłbym patrzeć na to, jak starają się ciebie „poprawić”. Kiedy powiesz im, że coś jest żartem, zawsze uwierzą. Nie wiem jak oni potrafią tak żyć… Albo raczej egzystować. Zamknięci w swoich własnych, złotych pokojach, zepsuci do szpiku kości, a jednak gotowi pouczać każdego, kto chodzi po ziemi. A świadomość, że ci ludzie, którzy gdzieś tam na dole, z dala od ich wzroku, żyją i umierają, są tacy jak my… Oni nie mogą tego znieść. Ale ty i ja – położył Victorowi dłoń na ramieniu, a ten chcąc nie chcąc musiał przed sobą przyznać, że nagle przyspieszyło mu tętno, a serce zaczęło bić stanowczo zbyt mocno – nie myślimy tak, prawda?

Ciemnowłosy elf sięgnął szybko po kieliszek i wypił jego zawartość duszkiem.

– Tak. Znaczy nie. Nie myślimy. – bąknął cicho i potrząsnął głową, próbując przywrócić sobie jasność myśli.

– Jest coś, o czym muszę ci opowiedzieć. Zdziwisz się i prawdopodobnie mi nie uwierzysz… Ale przynajmniej posłuchaj. To, co się tam dzieje… Cały ból i brud… To nie przechodzi zapomniane. A przynajmniej na pewno nie przez wszystkich. – Mike uśmiechnął się szeroko, a w jego oczach pojawił się dziwny błysk. 

 

***

 

Mgła. Otacza mnie ze wszystkich stron. Nie ma już kierunków, nie ma zachodu ani wschodu, północy czy południa. Jest tylko mgła. I ta twarz, która przed chwilą się rozmyła. Blond włosy zniknęły równie szybko, co wyszczerzone w uśmiechu usta. Czuję, jak pojedyncza łza spływa po moim policzku. No, nie ma co się rozklejać.

Kolejnych parę kroków, kolejne twarze tworzące się we mgle, kolejne wspomnienia i kolejne łzy. Tylko jakoś celu teraz brak. Co ja sobie myślałem?

 

***

 

– Dlaczego chcesz to zrobić? – Spytał leniwie Mike, nie spuszczając wzroku z Victora.

– Może to dziwnie zabrzmi… Ale… Rzecz jasna chodzi o nich… O niesprawiedliwość losu, o straszne warunki, o to, że nikt inny nie chce ruszyć choćby palcem. Ale… Ale… – Victor westchnął.

– Powiedz! Obiecuję, że cokolwiek to będzie, nie zacznę się śmiać – powiedział Michael, choć lekko drwiący uśmiech już błąkał się po jego ustach. Położył rękę na ramieniu towarzysza. Trudno stwierdzić, czy rumieniec Victora wywołany był alkoholem, czy czymś zupełnie innym.

– To daje mi poczucie realności. Wszystkie pieniądze, które mam, wcale nie są moją zasługą. Zawdzięczam je mojemu ojcu, a mój ojciec zawdzięczał je swojemu ojcu, a tamten z kolei… Wiadomo. Ja umiem je tylko przepijać i zatracać. Nurzać się w ułudzie. Iluzji. Szukam czegoś, co da mi poczucie, że prócz tego wszystkiego – zatoczył ręką szeroki krąg, wskazując na drogie wazy, bogato zdobiony kredens, draperie i muśliny – istnieje coś, co jest prawdziwe. Nieudawane. Życie każdego elfickiego arystokraty to w gruncie rzeczy iluzja. Dobrze dopracowana, ale jednak tylko iluzja. Oni… Oni żyją naprawdę.

– Wiesz, że gdybyś wieczorem poszedł do slumsów, pierwszy lepszy oprych zabiłby cię bez zmrużenia oka. Miałby głęboko gdzieś twoje ideały i marzenia. Rozprułby ci brzuch tak samo, jak każdemu innemu.

– Wiem. A ty, dlaczego chcesz im pomóc?

Mike spojrzał na niego i długo, bardzo długo milczał. Dopiero potem powiedział cicho, jakby nieco bardziej do siebie:

– Gdybym ci powiedział, to dopiero byś się uśmiał. 

 

***

 

Wszędzie wokół cuchnęło zgnilizną. Duszący zapach piwnicy wsiąkał w każdy wolny por skóry, wciskał się brutalnie do nosa, a nawet uszu. Śmierdzące szmaty leżące na podłodze nie wystarczały do wytarcia kałuż stojącej wody, dlatego wilgoć była wręcz wszechobecna. Victor ściskał mocno rękę Mike’a, próbując się uspokoić.

Jednak nie samo pomieszczenie zdawało się najdziwniejsze, tylko znajdujący w nim ludzie. Brudni, szarzy, zabiedzeni. Było ich może z dziesięciu, ale w ich oczach płonął ogień, którego nie powstydziłby się prawdziwy rewolucjonista. Tylko ich uśmiechy… Coś było z nimi nie tak. Victor dopiero po chwili zdał sobie sprawę, co stanowiło niepasujący element. Zęby. Oni wszyscy mieli zęby.

Nie starczyło mu czasu na nawet chwilę zastanowienia.

– To o nich ci opowiadałem, ludzie, którzy zgodzili się ze mną współpracować – zaczął Mike. – Wiem, że to nawet mniej niż mało, i z taką grupą nie da się za wiele osiągnąć, ale… Liczebność nie jest najważniejsza, kiedy ma się właściwy plan. I nas. – Uśmiechnął się do Victora szarmancko, a tamten poczuł, jak oblewa go szkarłatny rumieniec. Przeklął się w duchu i odwrócił wzrok.

Blondyn skinął na stojącą w rogu kobietę. Podeszła do nich pewnym, sprężystym krokiem. Jej twarz była jak wyciosana z kamienia, wysuszona i twarda.

– Kolejny elf? Widzę, że sporo ich werbujesz. To dobrze. Przydadzą się.

– Trudno nie zauważyć, że jestem elfem. Szpiczaste uszy zawsze mnie zdradzają. – spróbował zażartować Victor, ale nikt nie zareagował. Ależ tęsknił teraz do ciepłego pokoju i butelki wina. Albo dwóch. Czy nawet trzech. A z drugiej strony… Wyprostował się i spojrzał na wszystkich zgromadzonych ludzi. – Bardzo mi miło, że wreszcie mogę was poznać. Nawet nie wiecie, jak długo czekałem na ten dzień. To znaczy dla mnie więcej niż potraficie sobie wyobrazić. Od kiedy pamiętam, chciałem się wyrwać z okowów…

– Dobrze, Victor, oszczędź sobie patosu. Kiedy tutaj wchodzimy, kończą się dworskie gierki. Nie ma czasu na słodkie słówka.– przerwał mu szorstko Mike. – Jesteśmy tutaj, aby… coś zrobić. Jest nas zbyt mało, żebyśmy wywarli znaczący wpływ na sytuację miasta. Garstka ludzi, którym zachciało się walczyć o wolność, nie zdziała zbyt wiele. Dlatego najważniejszy jest dla nas plan. Jeżeli rozegramy wszystko dobrze, możemy być pierwszym kamykiem, za którym posypie się lawina.

Kobieta przysłuchiwała się temu ze spokojem, na jej ustach błąkał się nieco ironiczny uśmieszek. Mike’a nie zaszczyciła nawet jednym spojrzeniem, stalowe oczy utkwiła nieruchomo w Victorze.

– Jesteś pewien, że chcesz nadstawiać karku dla ludzi, których nawet nie znasz? Wy, elfy… Myślicie, że…

Victor już nigdy nie miał się dowiedzieć, co jej zdaniem myślą elfy, gdyż Mike przerwał jej szybko.

– Wcale nie będziesz nadstawiał niczyjego karku, a tym bardziej swojego. Nie zamierzamy nikogo atakować, aż tak głupi nie jesteśmy. Być może ktoś zginie… ale nikt ważny. To będzie taka… gra. Zabawa. Napsujemy im nieco krwi, zrobimy lekką rankę, a nim się obejrzą, w sam środek ich systemu wda się gangrena.

W głowie Victora wirowało mnóstwo sprzecznych myśli, niejasne podejrzenia, nadzieja, że wreszcie spotkał właściwych ludzi, wreszcie ma szansę na nowe życie, nowy start, chociaż trochę czystsze sumienie. Że wreszcie ma szansę na realność. Może zrobić coś, co miałoby znaczenie.

Uśmiechnął się szeroko.

– Opowiadaj! Ale cokolwiek by to nie było, ja już się zgadzam.

 

***

 

Potykam się. Mleczna mgła nawet nie drga, gdy upadam na ziemię. Biały kokon wygłusza wszystkie dźwięki. Powoli, spokojnie, osuwam się coraz bardziej w dół, coraz bardziej i bardziej niknę. Wąska strużka spływająca po skórze jest błękitna, trochę jak niebo, a trochę brudno-niebieska jak kolor kwiatka, który rósł w ich małej, szczurzej kryjówce…

.

***

 

Zauważył go dopiero za czwartą wizytą. Wbijał się korzeniami w zimną, kamienną posadzkę, wciąż szukał chociaż odrobiny ziemi. Rachityczny i maleńki, raczej przypominał niebieski cień, niż jakąkolwiek roślinę. Wydawało się, jakby usechł już dawno temu, tylko ktoś zapomniał mu o tym powiedzieć, a on żył z przyzwyczajenia.

– Wszystko już ustalone, każdy wie, co ma robić, prawda? – Mike jak zwykle trzymał nad wszystkim pieczę. Ostatnimi czasy stał się bardziej podekscytowany, jego zwykle idealnie zaczesane włosy potargały się, w oczach lśniła dziecięca wręcz radość. – Przypomnienie planu: Nasz drogi Cecil ma być w burdelu około północy. Przyłapiemy to chodzące wcielenie cnoty na „ludzkich” zabawach. Prostytutka już pewnie dosypała mu czegoś do napoju. Nie martwcie się, idiota niczego się nie domyśli, to profesjonalistka. Za mniej więcej trzy godziny powinniśmy być ustawieni. Twoi ludzie – tu zwrócił się do kobiety – wiedzą, co mają robić, prawda?

– Ukryć się za drzewami i szybko zastrzelić jego obstawę. Potem ma przyjechać wóz z jakimś waszym elfickim znakiem, gdzie załadujemy ciała – powiedziała beznamiętnie. Victor spojrzał na nią nieco zdumiony. Sam nie potrafił powstrzymać fali ekscytacji narastającej mu w sercu. Czuł, jak wszystko wokół się wyostrza, staje się realne, prawdziwe. Smród dawno niemytych ciał, zaciśnięte w wąską linię usta, lekko przyspieszone oddechy. Namacalne. Ona zaś potrafiła przyjąć cały plan z zimną krwią, nie poddając się zbędnym emocjom. Podziwiał ją za to. Jednego tylko nie potrafił zrozumieć: czy śmierć strażników jest naprawdę konieczna?

 – Właśnie tak. Ze znakiem Cecila, dokładniej. Wczoraj prosiłem, żeby pożyczył mi swój wóz. Załadujemy truchła jego własnej obstawy na jego własne, złote siedzenia. – Mike parsknął krótkim, urywanym śmiechem. – Potem ty – tutaj wskazał na jeszcze innego elfa, stojącego cicho w rogu piwnicy – odwieziesz ciała wprost do jego posiadłości. Wpuszczą cię, masz mój znak. Teraz ty, Victorze. Powiedz, co masz zrobić… A raczej co oboje mamy.

Ciemnowłosy elf uśmiechnął się szeroko, a w jego oczach zalśniły szaleńcze ogniki.

– Kiedy tylko Cecil wytoczy się z burdelu, mamy podejść do niego i podnieść go na nogi. Wyjdziemy z zaułku jak gdyby nigdy nic, niczym grupa podchmielonych, rozochoconych arystokratów. Nie będziemy budzić żadnych podejrzeń, tacy się tutaj często kręcą. Tylko trzeba zakryć mu twarz, jest jednak dosyć rozpoznawalny.

– W kryjówce rzucę na niego zaklęcie… Wszyscy pamiętacie jego działanie? Po pewnym czasie aktywuje się i zmusi go do wejścia na mównicę i wyznania wszystkich swoich grzeszków przed tłumem. O ile ktoś mógłby nie uwierzyć, że został porwany spod burdelu, tutaj nie będą mieli już żadnych wątpliwości. Zniszczymy reputację ich jasnego promyka, najmoralniejszego z moralnych. Niektórzy lubią myśleć, że o ile sami zachowują się źle, to gdzieś tam jest taki Cecil doskonały i dobry, który niweczy wszystkie ich grzechy samą swoją obecnością. Gdy dowiedzą się, że to tylko sen… Już nie mogę się tego doczekać!

– I okup. Nie zapominajmy o okupie – dodała cicho kobieta. Po czym posłała Mike’owi porozumiewawcze spojrzenie.

Wszyscy zaczęli powoli się zbierać, ale kiedy Victor chciał dołączyć do ogólnej krzątaniny, Mike skinął na niego dłonią. 

 – Poczekaj chwilę. Wiem, że się denerwujesz, ja też. Ale… – Jego wzrok padł na mały, rachityczny kwiatek, który w jakiś sposób przeżył w półmroku piwnicy. Zerwał go szybko. – Nie ma czego się bać. To na szczęście.

Victor patrzył tępo na trzymany w dłoni półmartwy niebieski strzęp, który przesiąknął wszechobecnym zapachem zgnilizny. Zacisnął na nim palce.

 

***

 

Odzyskiwanie przytomności to powolny proces. Najpierw dociera do mnie, że leżę, gdzieś w jakimś zimnym, mokrym miejscu, czuję drobne kamyczki wbijające się w skórę i tępy, pulsujący ból, który zdaje się wypełzać wprost z najgłębszych zakamarków głowy. Gdy otwieram oczy, od razu się orientuję, że otaczająca mnie mgła zniknęła, zastąpiona duszącym smrodem i gnieżdżącymi się w bezładnej kupie melinami.

Chcę wstać, zaciągnąć się wszechobecnym odorem i krzyczeć, krzyczeć tak głośno, aż usłyszą mnie całe slumsy. Udało mi się! Udało! Chcę biec, płakać, drapać palcami ziemię, jak odkrywca, który po raz pierwszy dotknął nowego, upragnionego lądu. Zamiast tego pozwalam, by silne, mocne palce zacisnęły się na moim ramieniu i podźwignęły do góry. Udało mi się… Udało!

 

***

 

Udało się! To były pierwsze słowa, które pojawiły się w umyśle Victora od bardzo dawna. Zgrzytnięcie drzwi, światła wylewające się w ciemną, cichą noc. A po nich dwójka wielkich, zwalistych postaci ciągnących między sobą inną, znacznie mniejszą. Nie miał szans zobaczyć jak wyglądają, ciemność kryła ich skutecznie.

Zaraz potem rolę cienia przejęła krew. Czerwona ciecz częściowo ukryła rysy twarzy, krzyki zmąciły spokojną, granatową czerń. Szybko ustąpiły miejsca charkotom, powolnemu dławieniu się, uderzeniom rąk o zimną, twardą glebę. I te momentalnie zniknęły, zostawiając tylko głęboką, brutalną ciszę i dwa cienkie drewienka, wyrastające wprost z ciemniejszych kawałków ciemności, leżących nieruchomo na ziemi. Między nimi zdezorientowany i przerażony kulił się jeszcze jeden kształt, obejmując kolana ramionami i starając się wtopić w zimną, bezksiężycową noc.

Krzyczeli, przemknęło Victorowi przez myśl. O mój Boże, oni krzyczeli! Zaraz ktoś tutaj przyjdzie. Nie mamy, nie mamy szans… Ale w gruncie rzeczy wiedział, że nikt się tym nie przejmie. Nie tutaj. Nie w tym maleńkim, osobistym mieszkaniu śmierci. Nie w slumsach.

Z letargu wyrwało go syknięcie Mike’a.

– Victor, idź po niego!

Chciał zaprotestować, powiedzieć, że mieli go wziąć pod dwa ramiona, mieli zrobić to razem, jak przyjaciele, jak buntownicy. Zamiast tego podbiegł do małego, bezbronnego kształtu, gotów podźwignąć go na nogi. Potknął się o martwego strażnika, prawie upadł, ale w ostatniej chwili odzyskał równowagę. Przypadł do leżącego bezwładnie elfa i spróbował go podnieść.

Ręce zacisnęły się na rękach, noc przedarł kolejny głośny krzyk. To Victor krzyczał. Wibrujący dźwięk dotarł do uszu Mike’a, zresztą obudził pewnie wszystkie szczury śpiące po rynsztokach. Nikt nic nie zrobił.

Cecil, który powinien leżeć odurzony naparem i własnym przerażeniem, wykręcił rękę napastnikowi i teraz trzymał go w żelaznym uścisku. Victor przypominał małego, biednego motyla, który chociaż w głębi wie, że przed nim jest szyba, nadal próbuje się przez nią przebić, z nadzieją, że nagle jak gdyby nigdy nic zniknie.

– Mike… Mike! Cholera, pomóż mi! Pomóż! – Nikt nie próbował go uciszyć, ale też nikt nie poruszył się ani o krok. Głos Victora nikł samoistnie, delikatnie, powoli, gdy myśli wirujące mu w głowie wreszcie musiały pogodzić się z prawdą. Prawdą, z której zdawał sobie sprawę od samego początku.

Palce zaciskające się na jego ręku boleśnie uświadamiały mu, że walka nie ma sensu. Nawet nie próbował. Z kącika czarnego oka potoczyła się jedna łza, potem druga i trzecia…

Blondyn zbliżył się do Victora i uśmiechnął lekko.

Wtedy, jakby z nicości rozległy się oklaski. Dłonie uderzające jedna o drugą, ciche krzyki, pogwizdywania. To rebelianci schodzili z drzew, wychodzili zza krzaków i klaskali. Klaskali dla niego. Dla Victora.

Obdrapani, śmierdzący, brudni. Ludzie ulicy. Zwyczajne śmieci ze slumsów, wyrzutkowie, odpadki. A jednak…

– Nie bierz tego do siebie, Victor… To była tylko gra. Zwyczajna gra. Tutaj, w naszym maleńkim skrawku nieba, realność nie istnieje. Tak bardzo chciałeś złapać jej choć odrobinę, że zanurzyłeś się w czymś, co było oczywistym kłamstwem. Czasem zastanawiałem się, czemu mi wierzysz… Ale to była tylko sztuka. A ty perfekcyjnie odegrałeś swoją rolę.

…oni mieli zęby.

 

***

 

Odór jest nie do wytrzymania. Brudne, wyszczerbione zęby napastnika wyglądają jak czarne kawałki węgla, wsadzone siłą do jego maleńkich ust. Z twarzy wygląda jak dzieciak. Mały, zabiedzony pies, wytwór slumsów. Śmieć. Tylko jego palce wbijają się jeszcze głębiej w ramię niż te Cecila, a z bezrozumnych oczek wyziera okrucieństwo.

„Wiesz, że gdybyś wieczorem poszedł do slumsów, pierwszy lepszy oprych zabiłby cię bez zmrużenia okiem. Miałby głęboko gdzieś twoje ideały i marzenia. Rozprułby ci brzuch tak samo, jak każdemu innemu.” – Słowa Mike’a pojawiają się w mojej głowie jakby z nicości.

Samobójstwo można popełnić na wiele sposobów. Można się powiesić, podciąć sobie żyły, wskoczyć pod rozpędzony pociąg. Albo można pójść do slumsów, bogato ubranym, ociekając jedwabiami i bezwartościowym złotem, po czym chwilę zaczekać. Dosłownie minutę.

Prawie nie czuję noża wbijającego mi się w brzuch. Nawet to nie jest realne.

 

***

 

Smużka pary unosząca się z małego, filigranowego dzbanuszka wirowała delikatnie jak mgła. Jasnowłosy elf nalał sobie herbaty i przez chwilę rozkoszował się jej smakiem. Po czym zachichotał głośno, radośnie, niczym małe dziecko, które dostało od rodzica wyjątkowo dużego lizaka.

 – To było wspaniałe! Wciąż nie mogę zapomnieć jego miny, niczego, zupełnie niczego się nie domyślał! Ta gra, zabawa… To wyszło nam znacznie lepiej, niż jakakolwiek sztuka teatralna. Kiedyś myślałem, że nuda pożre mnie od środka, że z braku zajęcia zniknę albo zupełnie oszaleję. A teraz… Po raz pierwszy od dawna czuję się realny. Namacalny. Prawdziwy.

Cecil, jak zawsze schludny i nienagannie ubrany, poprawiał pięknie ułożone, ciemne włosy, wciąż próbując z nich strzasnąć nieistniejący pyłek. Zmrużył oczy, jakby starał się przywołać jeszcze raz minione już obrazy, usta zdobił mu nieskazitelny, jadowity uśmiech. 

– To znacznie lepsze od burdelu! Dawno nie czułem takiej adrenaliny. Tylko jednego nie potrafię zrozumieć… Dlaczego? Dlaczego on chciał im pomóc? Ludziom, którzy nie mają dla niego najmniejszego znaczenia. Szczurom. Co on w nich widział?

Mike ściągnął idealnie ukształtowane brwi.

– Chciał tego samego, co my. Odrobiny realności, zabicia nudy. Zabawy poprzez walkę. Niczym się od nas nie różnił, chociaż lubił myśleć, że jest zupełnie inny.

– Tak? – Siedzący dotąd cicho trzeci elf nagle postanowił zabrać głos. Był młodszy od pozostałych, na policzkach wciąż jeszcze widać było nieco dziecięcych rumieńców. Dłonie trzymał zaciśnięte w pięści, jakby z trudem panował nad emocjami, jednak, kiedy się odezwał, jego głos był zupełnie spokojny. – A powiedzcie mi, co się z nim stało? Docenił wasz udany żart?

Zapadła cisza. Tylko zegar nadal tykał, odliczając mijające sekundy, para unosiła się spokojnie z dzbanuszka, w oddali słychać było krzątanie służby. Dzień, jak co dzień. I nic nie zdawało się bardziej realne.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Poruszasz w tym tekście ciekawe problemy. Ale robisz to jakoś mało porywająco. Albo to ja jeszcze nie pozbyłam się podragonezowej alergii na fantasy. ;-)

Przyznaję, że napisane całkiem przyzwoicie.

trochę brudno niebieska jak kolor kwiatka, który rósł w ich małej, szczurzej kryjówki…

Brudnoniebieski – jeden kolor, jeden wyraz. I coś się w przypadkach rozjechało.

Jasnowłosy elf sobie herbaty i przez chwilę rozkoszował się jej smakiem.

Jakieś orzeczenie w pierwszej części?

Babska logika rządzi!

Przykro mi – nie zdazylam przeslac poprawek przed ponownym zgonem komputera. Znowu jade na tablecie i nie zmieni się to przez najblizszy tydzień.

Finkla– Być może masz rację, nie zrobiłam tego w najciekawszy sposób, ale ja właśnie dosyć rzadko piszę w klimacie typowego fantasy, więc nie znam się na tym najlepiej.

w_baskerville– Nie ma sprawy. Rozumiem, każdemu może się to przydarzyć.  Ale chętnie usłyszałabym twoją opinię o opowiadaniu :)

wskoczyć pod rozpędzony pociąg – jakoś mi pociąg do fantasy nie pasuje, zwłaszcza w narracji pierwszoosobowej w świecie, w którym – jak go sobie wyobraziłam – pociągów nie ma. 

zogniskować na wzrok przybyszu – poprzestawiały Ci się słowa

Wyglądały jak dwa maleńkie drewienka, tylko przez przypadek umieszczone w czyjejś głowie. – Przyznam, że zawiesiłam się na tym zdaniu. Przed oczami stanęły mi dwa patyczki wystające z oczodołów. Wiem, co chciałaś napisać, ale tak jakoś to sobie wyobraziłam ;)

Zamknięci w swoich własnych, złotych pokojach – ja bym swoich wywaliła

Nie myślimy. – bąknął cicho – tu i jeszcze w kilku innych (niezbyt licznych, ale jednak) przypadkach masz błędy przy zapisie dialogów. Tu zbędna jest kropka. A tu masz szybki poradnik prawidłowego zapisu dialogów

A raczej co oboje mamy. – obaj, bo z tego co zrozumiałam to i Mike i Victor są elfami, nie elfkami. 

 

Mogę powtórzyć za Finklą – temat ciekawy, ale samo opowiadanie nie porywa. Victor wydał mi się zbyt naiwny. Plan Mike’a nie był zbyt subtelny. Wprawdzie nie przewidziałam zakończenia, ale od początku było czuć, że on coś knuje, a plan “rewolucji” jest grubymi nićmi szyty. 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ja mam natomiast takie pytanie – na cholerę były Ci tutaj te elfy? Cały czas czekałam i miałam nadzieję na jakieś ich fabularne uzasadnienie, jakieś usprawiedliwienie dla zamiany ludzi na elfy. I się nie doczekałam. 

Po co elfy? Jeszcze całe szczęście, że nie miały zamiaru walczyć o wolność krasnoludów. ;) 

I to jest mój podstawowy problem z tym opowiadaniem. Bo znudzoną, rozkapryszoną (ludzką) arystokrację zastąpiłaś dokładnie takimi samymi elfami. To znaczy – oprócz szpiczastych uszu i jakiejś tam zdolności do magii (o czym wspomniałaś marginalnie, i jakim to darem mogłaś obdarzyć też człowieka) – niczym od tej ludzkiej arystokracji się nie różnią.

I wyszło tak – napisałaś ciekawy, poruszający istotne kwestie, pokazujący całkiem celnie różne ludzkie (no właśnie!) oblicza, stworzyłaś wiarygodnych bohaterów (bo dla mnie Victor z tą swoją naiwnością jest wiarygodny, wiarygodnością autentycznie wierzącego w cel młodego rewolucjonisty), poczyniłaś sporo interesujących obserwacji.

I co? I w tym tekście traktującym w naprawdę ciekawy sposób o ludzkiej naturze, zastępujesz ludzi bytem abstrakcyjnym, jakim są elfy. Związek emocjonalny z bohaterami – minus dziesięć punktów.

Osobiście żałuję, bo opowiadanie przeczytałam z zainteresowaniem. Traktuje ono też o takich sprawach, jakie mnie w literaturze kręcą.

Pozdrawiam.

śniąca– Być może postać Victora jest nieco naiwna, ale taki właśnie był zamysł. Głupiutki chłopczyk, który chce walczyć o niemożliwą do osiągnięcia wolność. 

 

ocha– Mea culpa, mea culpa :) Na swoją obronę powiem tylko że w orginalnym pomyśle miało to być opowiadanie o ludziach. Ale potem zmieniłam koncepcję, bo napisałam je na konkurs do gry fabularnej Wolsung, dlatego musiały pojawić się rasy fantasy. Potem usunęłam odniesienia do rpg, ale zapomniałam zmienić elfy na ludzi xD Ale w sumie mogę to nawet teraz zrobić.

Pomysł ciekawy. Za to niewątpliwy plus.

Minus za “scenografię”. Dopiero co pisałem pod innym opowiadaniem, że klasyczne rasy fantasy nie są złe, więc nie chcę wyjść na hipokrytę. Ocha wspomniała o usprawiedliwieniu dla pojawienia się elfów. Dla mnie takim usprawiedliwieniem byłby tzw. klimat. Nie znam świata przedstawionego w Wolsungu, może bazowałaś na nim. Spodobały mi się opisy dekadenckiej arystokracji (i drobiazgi takie jak opróżniane w dużych ilościach kieliszki wina, na końcu czajniczek), ale żeby to miało (elfickie) ręce i nogi i spiczaste uszy, powinna być garść akcentów więcej. Jakiś wtrącony opisik, odrobina wyjaśnienia. Imiona też gryzły mnie w oczy. Nie wiem jakie nazwy własne podpowiadają twórcy Wolsunga, ale Victor i Michael jakoś mi nie leżą. W ogóle mówienie Mike na arystokratę, jakiejkolwiek rasy by nie był.

Żeby, metodą kanapki, zamknąć pochwałą, spodobał mi się tytuł i uważam, że konsekwentnie uzasadniasz dlaczego właśnie “Wszystko jest we mgle”.  

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Ech, właściwie większość moich przemyśleń, pokrywa się z tym, co napisali ocha i Nevaz. Temat ciekawy, w opisach znudzonej życiem arystokracji sporo uroku, ale elfy wlepione tak, że aż prosi się przeciągnąć po tekście brzytwą Lema.

Imiona elfów też mi zgrzytały – nie to żebym tęskniła za nadmiarem samogłosek i apostrofów, ale Mike przypomniał mi imiona kosmitów z “Kapitana Bomby”;)

Zdziwiło mnie, to rozbicie kieliszka w drobny mak ( i nikogo z współbiesiadników nie wkurzyło lecące do żarełka szkło?), z moich doświadczeń wynika, że z reguły łamie się wtedy nóżkę, ale fakt, domownicy znają moje zdolności do destrukcji nie dają mi kryształów do psucia… znaczy się picia.

 

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Rozumiem zamysł i nawet podoba mi się on, ale zupełnie nie rozumiem, co w tej historii robią elfy?

Czytało się, niestety, nie najlepiej, jako że w tekście jest całkiem sporo różnych błędów i usterek, a opowieść miejscami zdała mi się nieco nużąca.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A mnie się podobało.

Owszem, elfy takie trochę doczepione na siłę, w sumie można było na ich miejsce dać wyższą klasę społeczną i wyszłoby na to samo, ale co tam.

Szkoda mi się zrobiło bohatera. W końcu oszukał go ktoś, kogo uważał za przyjaciela. Smutne to.

Fajne wstawki z mgłą i tym zanurzaniem się w nią, podobały mi się.

W pewnym miejscu jest “oboje” w odniesieniu do dwóch mężczyzn, jeśli coś mi się rzuciło w oczy, to zapomniałam ;)

Dobrze mi się czytało :)

Przynoszę radość

Bardzo się cieszę, że ci się podobało! 

Nowa Fantastyka