- Opowiadanie: Zalth - Studnia wiary

Studnia wiary

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

dj Jajko, Użytkownicy

Oceny

Studnia wiary

– Dużo się zmieniło. – Daleko w dole ciepła poświata sodowych lamp znaczyła kręte ścieżki miejskich arterii. Ulice wiły się wśród cieni rzucanych przez ściany kanionu skrywającego kolonię. Okno apartamentu, przyklejonego do formacji skalnej, znajdowało się prawie pół kilometra nad dachami wieżowców.

Usłyszałem kroki, kiedy oderwała się od jakiejś antycznej książki i stanęła obok.

– Minęło prawie dwadzieścia lat. Świat nie stał w miejscu – tłumaczyła łagodnie, jakby mówiła do dziecka.

– Zauważyłem. Ale, to już nie mój świat. – Zabrzmiało to bardziej żałośnie, jakoś smutniej, niż chciałem.

– Może być, jeśli tylko zechcesz.

– No właśnie, czy chcę?

Objęła mnie w pasie, na nagich plecach poczułem ciepło przytulonego policzka.

– Zrobisz to dla mnie? – spytała.

Milczałem. Nie chciałem odpowiadać. Gapiłem się na gwiazdy prześwitujące przez kopułę metropolii.

– Feliks?

– Zrobię.

– Dziękuję.

Milczeliśmy, analizując skutki podjętej właśnie decyzji.

– Feliks?

– Tak?

– Tylko proszę cię, nie zrób nic głupiego.

 

 

*

 

Diana przywitała mnie tropikalną ulewą i szokiem termicznym. Kiedy schodziłem po trapie orbitalnego promu miałem wrażenie, że zanurzam się w gorącej zupie. Po suchym jak wiór, pustynnym klimacie Armenii i sterylnym powietrzu krążownika, to było jak kopnięcie w twarz.

Nie wiem, czy to przez uderzającą dawkę nowych doznań zapachowych, związanych z biologicznym syfem zawartym w miejscowym powietrzu, czy też wypita wcześniej gorzała dała o sobie znać, ale zatoczyłem się lekko. Gdzieś w głębinach przytłumionej alkoholem świadomości obudził się wkurzony nanosymbiont. Pomarudził trochę, wypluwając garść raportów toksykologicznych na temat stężenia niektórych, jeszcze niezmetabolizowanych, świństw w organizmie i alergenów we wdychanym powietrzu, po czym leniwie zwiększył tempo procesów filtracyjnych.

I dobrze, niech zapracuje na swoją marną egzystencję, uśmiechnąłem się ze złośliwą satysfakcją.

Z krawędzi rozgrzanego przejściem przez atmosferę pancerza lądownika spływały kurtyny wody, przesłaniając świat mokrą firaną. Gdzieś wysoko przetoczył się huk stratosferycznych myśliwców, przekraczających barierę dźwięku, a trap obok zadudnił tupotem żołnierskich butów.

Oparłem się o potężną nogę podwozia i – obserwując rozładunek Piątego Legionu – zapaliłem papierosa. Obarczeni ciężkimi plecakami piechociarze z zawiścią spoglądali na moją lekką, podróżną torbę cywila. Ostentacyjnie wyciągnąłem zza pazuchy srebrną piersiówkę i pociągnąłem solidny łyk nieregulaminowego samogonu.

Przez pomruk żołnierskich bluzgów i szum deszczu bijącego w betonową nawierzchnię lądowiska, przebił się warkot silnika i pisk mokrej gumy. W cieniu kadłuba  zatrzymała się wojskowa terenówka. Z pokrytego miejskim kamuflażem pojazdu wyskoczył młody oficer, o aparycji gwiazdy latynoskich seriali. Asystowało mu dwóch uzbrojonych po zęby ochroniarzy, z emblematami gwardii gubernatorskiej na piersiach.

– Zakładam, że Pan Felix Motoya? – spytał brunet.

– Dobrze pan zakłada – wymamrotałem, wypuszczając kłąb dymu.

– Witamy w Las Perlas. Porucznik Lavanza, przepraszam za spóźnienie.

– Nic nie szkodzi, to ja załadowałem się na wcześniejszy prom – usprawiedliwiłem go.

Wyciągnął rękę w geście przywitania. Odwzajemniłem uścisk. Wyczułem drgnięcie, kiedy infopola quasi–inteligentnych komórek bez trudu spenetrowały zabezpieczenia chorążego. Gdzieś w mojej głowie natychmiast pojawiała się informacja:

 

N-Biont Series: 5.1.1.5.6.17. System status: active. ID: Oscar de Maria Lavanza Alvarez Thane

 

Rząd cyferek zdradził enbionta szóstego pokolenia. Żółtodziób.

– Będziemy pana eskortować do miasta – zakomunikował z entuzjazmem sięgając po mój bagaż.

– Taka ze mnie ważna persona?

– Lepiej dmuchać na zimne. – Uśmiechnął się, prezentując olśniewającą klawiaturę zębów. – Mamy tu stan wyjątkowy i lepiej, żeby cesarski emisariusz nie podróżował samotnie.

– Cesarski emisariusz? – gwizdnąłem z uznaniem. To mi się trafiło.  

– Tak tu napisali – Machnął tabletem. – Mam nadzieję, że nie będzie problemu…

– Chyba będzie – rozległ się jakiś męski głos.

Odwróciłem głowę w kierunku nowo przybyłych. Za deszczową kurtyną zamajaczyły trzy sylwetki, wzbudzając w gwardzistach nerwowy odruch przełożenia broni w bardziej poręczne pozycje. Ze strug wody wyłoniły się czarne, szturmowe baliflexy agentów Cesarskiego Biura Regulacji.  

Zapowiadało się coraz ciekawiej.

– Przejmujemy eskortę – rzucił, jakby od niechcenia, najniższy z nich, ten z ledwo widocznym numerem osiem na klatce piersiowej. Ściągnął kaptur, odsłaniając gładką powierzchnię maski systemu bojowego. O tych z pozoru matowych maskach krążą legendy. Podobno winni skazani mogą zobaczyć w nich swoje odbicie… Tuż przed śmiercią.

– Na jakiej podstawie? – Zjeżył się porucznik.

– Na podstawie dekretu Regulacyjnego. – Agent nawet nie spojrzał na gwardzistę, bo maska cały czas „gapiła” się w moim kierunku. – Każdy nowy enbiont na planecie musi zostać zarejestrowany. Poczytaj sobie przepisy, Lavanza.

–  Sam sobie poczytaj, Osiem – parsknął oficer. Promienny uśmiech nie zniknął z jego twarzy, tylko w oczach pojawił się jakiś twardy błysk. – Nie macie tu nic do roboty. Pan Motoya ma immunitet dyplomatyczny i przybył na zaproszenie rodu Thane, więc to gwardia zabezpiecza eskortę.

– Wszyscy doskonale wiedzą, jak sobie ostatnio radzi gwardia, ale nie sądzę, żeby pan Motoya był tego świadomy – skontrował lekceważącym tonem Ósemka –  i dlatego sugerowałbym polecenie swojej osoby bardziej profesjonalnym służbom – zwrócił się do mnie.

Zaciągnąłem się papierosem, potem jeszcze raz. Ja paliłem, Ósemka się gapił, Lavanza się uśmiechał, a gwardziści z rękami na automatach coraz wyraźniej się pocili.

Nie chciałem tu być. Miałem zaplanowane ciekawsze rozrywki, niż wizyta na tej cuchnącej zgnilizną planecie i rolę kości niezgody w jakiś miejscowych rozgrywkach.

– No dobra, panowie, nie ma co się gorączkować. – Pomimo narastającej irytacji stwierdziłem, że wkroczę do dyskusji z pojednawczym tonem.– Jestem miło zaskoczony popularnością, ale sądzę, że dam radę podzielić się moim znamienitym towarzystwem zarówno z gubernatorem, jak i z szefem miejscowej „ceberki”.

– Z panem De Soto – wtrącił flegmatycznie Ósemka.

– Tak, niech będzie. Z panem De Soto. – Zgasiłem papierosa, kiepując filtr na metalowej osłonie nogi lądownika. – Nie chce mi się wnikać w formalności, więc pójdę po linii najmniejszego oporu. Pan porucznik był tu pierwszy i uważa, że w majestacie przepisów, to gwardia powinna podcierać mi tyłek. Nie będę się upierał, zdaję się pod pańską opiekę, Lavanza – powiedziałem, ściągając przepocony płaszcz. Zostałem w koszulce, którą również, po kilku minutach przebywania poza chłodnym wnętrzem transportowca, można było wyżymać, bo cesarskiemu emisariuszowi, bądź co bądź, nie wypadało paradować po lądowisku z błyszczącą od potu klatą na wierzchu… Diabli wiedzą, jak tu podchodzą do męskiej fizyczności.

– Panie Ósemka, nie planowałem herbatki u Mistrza Regulatorów, ale skoro tak ładnie mnie prosi, to będę do jego dyspozycji po spotkaniu z gubernatorem.

Latynos wyszczerzył się tryumfalnie. Regulator stał w milczeniu kalkulując dalszą taktykę. W końcu, skinął lekko, jakby akceptując narzucone przeze mnie rozwiązanie.

– Jak sobie chcesz Motoya. Mam nadzieję, że wiesz, co robisz. – powiedział grobowym tonem, niosącym w sobie obietnicę czegoś niedobrego, co może mi się przydarzyć, kiedy znów zakwestionuję ważność jego urzędu. Chłopak chyba nie był przyzwyczajony do porażek.

– Też mam taką nadzieję – opowiedziałem beztrosko. Jakoś nie przejmowałem się złowrogą reputacją mojego interlokutora. – Jakbym się pomylił, sami będziecie najlepiej wiedzieli gdzie mnie szukać.

Trzej ponurzy osobnicy naciągnęli kaptury baliflexów i ruszyli w kierunku czarnej, nieoznakowanej terenówki. Niektóre nawyki się nie zmieniają, uśmiechnąłem się pod nosem, przynajmniej, jeśli chodzi o dobór samochodów przez służby specjalne.

– Zapraszam do wozu – zaproponował Lavanza. Na jego twarzy gościła mieszanina niedowierzania i szoku sposobem, w jaki potraktowałem złowieszczą ekipę.

– A macie klimatyzację? – spytałem z nadzieją, ocierając pot z czoła. Enbiont enbiontem, ale powietrze można było kroić nożem.

– Oczywiście, tutaj, to podstawowy element wyposażenia.

„Ciekawe, jak oni wytrzymują w tych zbrojach?” – pomyślałem, obserwując gwardzistów wbitych w polimerowe pancerze. Były podobne do standardowych osłon, jakie używały wojska cesarskie, ale posiadały obły, żebrowany garb w okolicy łopatek. Pewnie jakaś miejscowa modyfikacja, może radiatory.

Porucznik wcisnął mnie na tylne siedzenie terenówki, dokładając dwójkę żołnierzy po bokach. W efekcie tego zabiegu w niewielkiej kabinie zrobiło się zdecydowanie za ciasno. Wierciłem się, próbując wywalczyć sobie trochę miejsca, a para dryblasów dyskretnie odwracała wzrok, próbując ukryć zażenowanie niezręczną sytuacją. W normalnych warunkach mógłbym potraktować to jako afront dyplomatyczny w stosunku do cesarskiego emisariusza, ale byłem tak zmęczony, że dałem sobie spokój.

Kierowca ruszył, sprawnie wymijając formujące się kolumny wojska. W tym momencie ktoś na górze zakręcił kurek i przestało padać. Za pokrytą kroplami szybą ukazał się widok na rozległe lądowisko. Na wygniecionej tysiącami lądowań betonowej nawierzchni zalegały srebrne plamy kałuż. Za kamiennymi zębami falochronu rozciągało się, aż po horyzont, lekko pomarszczone falami morze. Chmura, która przyniosła opady, niesiona morską bryzą pognała dalej, robiąc miejsce na niebie dla ostrego, tropikalnego słońca.  

Port kosmiczny Las Perlas zbudowano na płytkich wodach laguny. Sześć sztucznych wysp, położonych na planie heksagramu, połączono z lądem szerokimi groblami. Betonowe ramiona dróg, zakończone owalnymi plackami lądowisk, wbijały się w akwen niczym rozczapierzona łapa gigantycznego gekona. Lazurowe morze wokół skrzyło się miriadami słonecznych refleksów. Przez rozległą lagunę przemieszczały się niespiesznie niewielkie kutry rybackie, a gdzieś daleko na redzie majaczyły mgliste sylwetki większych jednostek pływających.

Za linią brzegową, do której przymocowana była „łapa” astroportu wznosiła się przesłonięta mgłą, pierwsza z wysp archipelagu Las Perlas. Wysokie na kilka tysięcy metrów, strome zbocza porastały lasy wieżowców. Każdy dostępny skrawek ziemi wykorzystano do granic możliwości, próbując stworzyć przestrzeń życiową dla miejscowej ludności. Paradoksalnie, na planecie w siedemdziesięciu procentach pokrytej lądem, terenów zdatnych do zamieszkania było stosunkowo niewiele. Stąd też, ktoś wpadł na pomysł, aby zasypać część laguny urobkiem wydobytym z wnętrza wydrążonych, skalistych wysp i uzyskać w ten sposób teren pod port kosmiczny.

Mknęliśmy szeroką, dwupasmową drogą w kierunku wybrzeża, mijając kolumny maszerujących żołnierzy. Ponad odległymi dachami hangarów i hal magazynowych wznosiły się białe maszty statków, zacumowanych przy nabrzeżach przeładunkowych.

– Pierwszy raz na Dianie? – Przerwał ciszę uśmiechnięty porucznik, odwracając się na fotelu. Na początku nie zorientowałem się, o co mu chodzi, bo nazwę wymówił z hiszpańskim, charakterystycznym dla tutejszych mieszkańców, akcentem.

– Tak – odpowiedziałem bez entuzjazmu. Moja wiedza na temat planety opierała się na materiałach cesarskiego wywiadu, które przejrzałem pobieżnie podczas podróży. Sposób podania tych informacji, a szczególnie wielowątkowe wynurzenia analityków, działał niczym nieinwazyjne środki nasenne. Po wstępnej weryfikacji podjąłem decyzję o dokonaniu właściwego rozpoznania tematu już na miejscu, zwłaszcza, że dwie kajuty dalej kadra oficerska Piątego Legionu co wieczór rozgrywała partyjki pokera.

– Mam nadzieję, że się panu u nas spodoba – zachwalał. – Za kilka dni, kiedy nanobiotyka się dostosuje, będzie pan w pełni korzystał z uroków miasta

Sądzę, że mój enbiont już się zaadoptował. Był o kilka generacji bardziej zaawansowany, niż toporne jednorazówki aplikowane przyjezdnym.

– Obawiam się, że nie będę miał czasu na rozrywki – odparłem. – Podobno mam tu jakieś obowiązki.

– Przy odrobinie dobrej woli i chęci wszystko jest możliwe. Sądzę, że nawet cesarski emisariusz znajdzie chwilę, żeby odwiedzić Lazurową Wyspę i jej atrakcje.

– Zobaczymy – odpowiedziałem wymijająco, wyglądając przez okno samochodu.

Jeden z potężnych wojskowych promów właśnie lądował, wypełniając powietrze dudnieniem napędu antygrawitacyjnego. Kilkaset ton metalu leniwie zataczało półkole nad wodami zatoki.

Zafascynowany obserwowałem precyzję manewrów giganta, kiedy jakiś ruch na powierzchni morza przykuł moją uwagę.

Z pokładu jednego z rybackich kutrów poderwało się stado jasnożółtych gwiazd. Świetliste punkty przecięły niebo po zakręconych niczym korkociągi trajektoriach, po czym uderzyły w podbrzusze behemota.

Lewy silnik eksplodował z przytłumionym hukiem. Części z uszkodzonej sekcji wystrzeliły na wszystkie strony, ciągnąc za sobą ciemne smugi dymów. Lądownik zadrżał i opadł kilkadziesiąt metrów, niebezpiecznie zbliżając się do lustra wody. Zanim pilot zdołał wyrównać lot, obudziły się pokładowe stanowiska automatyki obronnej. Jedna z wieżyczek obróciła się w kierunku zagrożenia emitując szybkie jak błysk, laserowe impulsy.

Wody zatoki zagotowały się, uwalniając olbrzymie ilości pary. Kadłub rybackiej jednostki zakołysał się na falach, po czym rozpadł na kilka kawałków i powoli zatonął.

Żołnierze w terenówce w ponurym milczeniu obserwowali rozgrywające się sceny. Oparłem się o siedzenie, sięgając do kieszeni złożonego na kolanach płaszcza.

– Co do kwestii mojego wolnego czasu – powiedziałem po chwili, zapalając papierosa – to jak pan widzi poruczniku, sytuacja rozwija się dość dynamicznie.

Nie musiałem wspominać, że to był prom, którym miałem planowo przylecieć

Tropikalne słońce przesłoniła chmura. Poszarzało i znów zaczęło padać.

 

*

 

Patrzyłem na Las Perlas z wysokości tysiąca dwóch metrów. Przynajmniej tak informowała mosiężna tabliczka zamontowana na przylegającym do sali konferencyjnej tarasie widokowym. Z przeszklonego balkonu rozciągał się imponujący widok na skąpany w słońcu archipelag. Malowniczy rozmach panoramy podkreślał horyzont, muśnięty przytłumionym granatem burzowego frontu nadciągającego nad miasto.

Wieża Alvarezów, albo Torre, jak nazywali ją miejscowi, opierała swoje fundamenty na jednej ze skalistych gór–wysp. Obudowana kilkoma mniejszymi konstrukcjami, stanowiła najwyższy budynek na planecie, siedzibę rodu i zarazem manifestację władzy klanu. Od czasów Upadku rodzina Alvarezów pełniła decydującą rolę na Dianie, a od niespełna półwiecza stanowiła również integralną część cesarstwa.

Kiedy porucznik Lavanza w końcu przetransportował mnie do siedziby rodu, mój wygląd nie wzbudził entuzjazmu podstarzałego majordomusa. Na pytanie o jakiś bardziej oficjalny strój, uśmiechnąłem się szeroko robiąc w pamięci szybki przegląd bagażu i odparłem, że ewentualnie mogę wystąpić nago, albo w zapasowej zmianie bielizny.

Po tej deklaracji dyskretnie zaproponowano mi apartament, możliwość odświeżenia się i nowe ciuchy. Oczywiście, na koszt rodu. Było mi wszystko jedno, przyleciałem tu z całym swoim majątkiem, jeśli można tak nazwać znoszony baliflex, antyczny pistolet typu Desert Eagle i monomiecz produkcji Chryslera. Przez ostatnie kilkanaście lat niczego więcej nie potrzebowałem do życia, a już najmniej – garnituru.

„Nieźle stary” – pomyślałem – „Masz czterdzieści trzy realne i prawie dwieście czterdzieści dwa subiektywne lata na karku, a dorobiłeś  się tylko torby śmieci.”

Po kąpieli w wannie wielkości kajuty na imperialnym krążowniku i wizycie zniewieściałego krawca wraz z dwoma pomocnikami, odstawiono mnie, czystego, w dopasowanym garniturze, do opustoszałej sali konferencyjnej, gdzie zostałem sam na sam z panoramą perłowego miasta.

Usłyszałem szmer rozsuwanych drzwi. Ktoś wszedł do pomieszczenia.

Posągowo piękną twarz okalały czarne jak noc włosy, miejscami wpadające w granat. Opadały luźnymi kaskadami loków na ramiona i plecy. Zanim zostałem pochłonięty przez niesamowite spojrzenie ciemnych jak kosmos oczu, poczułem nieodpartą chęć, aby wpić się pocałunkiem w te karminowe usta, rozerwać cienką koszulę opinającą kuszące krągłości piersi i pieprzyć się na stole konferencyjnym aż do utraty sił. Minęło już sporo czasu od kiedy po raz ostatni byłem w towarzystwie kobiety, a ona wyglądała jak ucieleśnienie mokrych snów nastolatka.

Przez podstawę karku przebiegł mi nieprzyjemny dreszcz, a enbiont warknął ostrzegawczo i wskoczył w tryb bojowy. Co jest?

Ach, już wiem.

W powietrzu unosiła się cała armia agresywnych feromonów.

No ładnie, prawie dałem się złapać w tę banalną, chemiczną pułapkę. Ta kobieta, to feromantka jak większość Thane’ów, a może i coś więcej. Na wszelki wypadek podniosłem blokadę; w otoczeniu gubernatorów zawsze kręcił się jakiś psionik, a teraz pewnie przysłali jednego, żeby mnie wysondować przed spotkaniem.

Za kobietą wtoczył się chromowany wózek z jakimś sprzętem i stadko ubranych w białe kitle techników.

Zatrzymała się w odległości dwóch kroków, trzymając w ręku niewielką, prostokątną, czarną torebkę.

– Elicia Thane. – Skinęła głową, uśmiechając się kącikiem ust. – Gubernator Diany.

Wyglądała na bardzo młodą. Góra dwadzieścia pięć lat, ale jeśli chodzi o członków rodów, to nigdy nie można było być pewnym wieku interlokutora.

– Felix Motoya. – Wyciągnąłem rękę w geście powitania. No to zobaczymy, co z ciebie za numer. To co zrobiłem, było sprzeczne z cesarską etykietą. Nie musiałem tak się zachowywać, ale byłem zły za te feromony. Nie tylko pani gubernator miała monopol na stawianie ludzi w nieprzyjemnej sytuacji.

Zawahała się przez chwilę, po czym podjęła wyzwanie i wyciągnęła dłoń.

 

N-biont series: 5.1.1. System status: active. ID: Elicia di Garcia Alvarez Thane.

 

No proszę. Trzecie pokolenie. Może być najstarsza na planecie, ale ciekawe czy na tyle, żeby mnie pamiętać.

Oczywiście jej enbiont nie przedarł się przez moje zabezpieczenia. Przez ułamek sekundy w jej oczach zagościło zaskoczenie. Nieomal się uśmiechnąłem. No i co teraz, koleżanko? Powąchałeś mnie pod ogonem i wiesz, że to enbiont, ale nie masz pojęcia jaki. Nosisz silny szczep, ale w konfrontacji z moją bestią, twoja narobiła w gacie.

– Chyba ma pan coś dla mnie? – lekko zmieszana cofnęła dłoń i skinęła na techników. Jeden z nich aktywował panel na ścianie, a z podłogi wypłynęły strugi jakiegoś plastycznego materiału pamięciowego, formując się w dwa fotele i elegancki stolik.

– Tak, oczywiście. – Podwinąłem rękaw zajmując miejsce na dostosowanym anatomicznie siedzisku. Jeden z mężczyzn wbił igłę w niewielki pieprzyk na przedramieniu. Zakodowane chemicznie w DNA informacje zaczęły spływać do terminala na wózku.

– Napije się pan? – Cofnęła dłoń i wskazała na barek pod ścianą. Prowadziła niezobowiązującą konwersację z dyplomatyczną wprawą maskując targające nią uczucia.

– Z chęcią – zgodziłem się z autentycznym entuzjazmem. Przez te kilka godzin zdążyłem już wyschnąć i mój mały nałóg domagał się kolejnej dawki słodkiej trucizny.

– Próbował pan belcano? To nasz miejscowy specjał. Mam najlepsze roczniki – zachwalała.

Czemu nie? O tym trunku krążyły legendy. Podobno bardziej przypomniał w działaniu złagodzoną wersję LSD, niż alkohol. Enbiont przefiltruje szkodliwe związki, kiedy tylko zechcę, a ja w tym, jak i „poprzednim” życiu nigdy nie próbowałem najsłynniejszego trunku Diany. Kiedy przekazywała w moje ręce wypełnione brązowym płynem szkło, znów poczułem jej zapach. Mimowolnie wciągnąłem głębiej powietrze… Aż ciarki przeszły mi po plecach, a w spodniach poczułem przyjemną ciasnotę. Delikatne ukłucie w mentalną blokadę wyrwało mnie od razu z rozmarzenia. Psionik.

Wszystko – oszałamiająca panorama, atrakcyjna brunetka w feromonowej chmurze, mocny drink i dyskretnie sugerująca bogactwo oraz władzę elegancja – składało się na zgrabne przedstawienie, mające na celu onieśmielić i rozkojarzyć rozmówcę.

Podniosłem szklaneczkę z ciętego kryształu i zanurzyłem usta w łagodnym trunku o korzennym posmaku. Spłynął oleistą cieczą po przełyku, powodując lekkie drętwienie języka. Coś w brzuchu zaczęło grzać.

Mijały minuty, aparatura skończyła deszyfrować pakiety danych, wypluwając kilka zadrukowanych kartek plastiku. Jeden z techników z ukłonem podał je pani gubernator, po czym cała grupka dyskretnie ulotniła się z sali. Kobieta w milczeniu zatopiła się w przekazanych informacjach.

No dobra, czas przejść do meritum.

– Pani gubernator – zacząłem z lekkim chrząknięciem – chyba nie przywlekli mnie tutaj, żebym popijał sobie drinki?

– Jak widzę, lubi pan od razu przechodzić do rzeczy. – Odłożyła kartki na stolik.

– Powiedzmy, że zżera mnie ciekawość.

– Szczerze? Mnie też. Nie jest pan osobą, której się spodziewałam. A na pewno nie tą, o którą prosiłam.

– A kogo pani oczekiwała?

– Kogoś ważniejszego.

Jednym haustem dopiłem resztkę alkoholu i odstawiłem szklankę. Po pierwsze, chciało mi się pić, po drugie ten korzenny zajzajer naprawdę nieźle smakował, a po trzecie chciałem, żeby znów Elicia znalazła się obok mnie.

– Nie tylko pani jest rozczarowana – zacząłem wywód, starając się wyglądać na zirytowanego, co zresztą nie było trudne. – Proszę mi wierzyć, ja też nie byłem zachwycony, kiedy wpakowano mnie na wycieczkę z biletem w jedną stronę. Więc skoro już tu jestem, to może darujmy sobie te podchody i przejdźmy do konkretów. Im szybciej zrobię to, co trzeba, tym prędzej będę mógł się stąd wynieść.

– A do czego się panu tak spieszy?

– Do świętego spokoju.

Popatrzyła na mnie rozbawiona. Poczułem się wyjątkowo głupio przez ten wybuch zniecierpliwienia. Jak jakiś nastoletni szczeniak.

– Które pokolenie pan nosi? – wypaliła niespodziewanie.

Tu cię boli.

Thane’owie nie mieli swojego admina. Ich protoplasta, ten biedny sukinsyn Horacio, zginął razem z lwią częścią drugiego pokolenia na mostku swojego flagowego okrętu, podczas oblężenia Palermo 3. Od tego czasu pozycja rodu znacznie podupadła, zwłaszcza w sztywnych, hierarchicznych strukturach cesarstwa.

– Zapewniam, że odpowiednio wysokie – odparłem wymijająco.

– To się jeszcze okaże – odpowiedziała tajemniczo z czarującym uśmiechem, który mógłby topić lodowe góry.

Jej zapach szturmował zmysły, kiedy stawiała przede mną nowego drinka. Próbowałem złapać jej spojrzenie, ale nie przebiłem się przez zasłonę granatowych loków.

– Zakładam, że wie pan co jest głównym towarem eksportowym Diany?

– Ropa naftowa, gaz, drewno, żywność i chemia organiczna, a konkretnie substancje pozyskiwanie z tutejszego biotopu – wyrecytowałem dane z raportów.

– Tak, ale to drugorzędna produkcja, łatwa do zastąpienia przez syntetyki. Chodzi mi o prawdziwe bogactwo planety.

 Resina.

– Zgadza się, resina – potwierdziła. – Nasze płynne złoto. Podstawa cesarskiego przemysłu medycznego. Najskuteczniejszy znany rodzaj kleju tkankowego, jaki dotąd został wynaleziony, a raczej pozyskany, ponieważ nikt jeszcze nie opracował metody na jego wytworzenie w warunkach laboratoryjnych. Towar eksportowy, na który jest niesłabnące zapotrzebowanie Komitetu, Unii, Ortodoksji jak i prywatnych zakładów medycznych. Co prawda, nasze militarne n’techy są o wiele skuteczniejsze, ale jak pan zapewne doskonale wie, cesarstwo nie dzieli się tą technologią z sąsiadami. Co innego resina. Kleju tkankowego może używać każdy. Specyfik pierwszej potrzeby zarówno w medycynie, jak i na froncie. Wie pan jak jest pozyskiwana?

– Słyszałem tylko, że jest zbierana ręcznie.

– Tak, przez colectores. To oni leżą u podstaw całego procesu rafinacji. Potomkowie pierwszych kolonistów, najlepiej przystosowana grupa do życia w tym toksycznym środowisku, i w tej chwili, największe źródło naszych kłopotów – westchnęła.

Ponad czterysta lat podboju kosmosu przyniosło ludzkości wiele zmian, nie tylko w materii przekroju społeczeństw. W czasach exodusu modyfikowano całe nacje, aby zwiększyć ich szanse przeżycie w nowym, często wrogim, środowisku. W zależności od planety, osadnikom zwiększano odporność na zimno, ciepło, toksyny, zabójcze mikroby lub promieniowanie. Modyfikacje miały stanowić doraźne rozwiązanie do czasu, kiedy planeta nie osiągnie odpowiedniego etapu terraformacji; w praktyce okazało się, że mało kto decydował się na demodyfikowanie. Ewentualne powikłania i gigantyczne koszty takich operacji skutkowały tym, że wiele rządów planet postanowiło odłożyć ten temat na później.

Podeszła do okna widokowego i zanurzyła usta w drinku. Obserwowałem sposób, w jaki spódnica opina się na jej pośladkach.

– Colectores – przełknęła odrobinę belcano – to jedyna grupa ludzi, która może bez użycia skafandrów przeżyć w strefie równikowej. To właśnie oni zapewniają stały dopływ resiny. Niestety mają pewną wadę.

– Rozregulowana gospodarka hormonalna organizmu. – Jednak morze wódy wypitej z chłopakami z Piątego Legionu nie przytępiło mojej pamięci.

– Dokładnie – uśmiechnęła się. – Zmiany w organizmach zbieraczy są na tyle poważne, że bez pewnej dawki stabilizatorów ich stan się sukcesywnie się pogarsza, aż do śmierci włącznie. Dlatego stale produkujemy specyfiki, które pozwalają im funkcjonować i co najważniejsze, rozmnażać się. Tak, dobrze pan słyszał. Technologia modyfikacji ich organizmów zaginęła podczas Upadku, a że nie powiodły się żadne próby stworzenia sztucznych plantacji czy mechanicznych metod zbiorów, więc ci ludzie dalej muszą całą pracę wykonać ręcznie. Niestety, warunki są ciężkie, a śmiertelność wysoka, tak więc robimy co można, aby utrzymać potomstwo colectores w dobrym zdrowiu.

– I zapewnić sobie świetny sposób na kontrolowanie populacji.

– Może to niezbyt chwalebne – odparła ze spokojem – ale to jedyny sposób aby utrzymać ich w ryzach. Niech pan mi powie, jak można okiełznać ludzi, którzy nie boją się śmierci? Oni ryzykują życiem codziennie, a jedyne o co dbają, to dobro swoich bliskich. Są świadomi swojej wartości i dobrze to wykorzystują. Stają się coraz bardziej bezczelni i żądają coraz większych przywilejów.

Gubernator zrobiła kolejną pauzę na łyk trunku.

– Zaczęło się niewinnie, od jakieś głupoty. Incydent jak jeden z wielu, podczas obowiązkowego szczepienia. Na początku myśleliśmy, że to przejściowe zamieszki; rozruchy, jakie zdarzały się już wcześniej. Zwykle wszystko wygasało samoistnie w chwili, kiedy leki przestawały działać. Ale nie tym razem. Zniszczyli habitat w Noue Corazon, po czym zniknęli w dżungli, nie przyjmując obowiązkowej dawki medykamentów. Później ten sam scenariusz powtórzył się w kilku innych osadach. Obecnie buntownicy z kilku skłóconych dotąd karteli zorganizowali partyzantkę, która nęka nasze instalacje i posterunki. W wyniku tych ataków produkcja spadła o dwadzieścia procent, a zamieszki ogarniają nowe regiony.

– Bez obrazy pani gubernator, ale to są problemy, z którymi zwykle radzi sobie wojsko. A na pewno nie powód, aby wzywać cesarskiego emisariusza.

– Buntownicy znaleźli sposób na przeżycie bez naszych blokerów.

– Dalej nie widzę związku…

– Podejrzewamy, że ktoś tworzy nowych enbiontów wśród colectores – wypaliła zniecierpliwiona. – I to na skalę masową.

– Co pani rozumie przez „masową”?

– Według naszych przypuszczeń, może to być nawet kilkanaście tysięcy.

– To niemożliwe – parsknąłem.

Z punktu widzenia symbionanotechnologii, dojrzały N–biont może wygenerować najwyżej jedną, góra dwie kopie w ciągu roku. Do tego dochodzi kwestia zgodności. Nie jest łatwo znaleźć potomka gwarantującego powodzenie transformacji. Od kiedy jestem nosicielem, spotkałem zaledwie garstkę osób spełniających moje kryteria. Albo raczej „nasze”.

– Może to jakaś wariacja wojskowych nanotechów? – spytałem.

Żołnierskie ulepszenia nie były tak zaawansowane. Nie posiadały świadomości i instynktu przetrwania. Miały za zadanie utrzymywać w dobrym zdrowiu, filtrować słabsze zatrucia i wspomagać regenerację ran.

– Nie – zaprzeczyła stanowczo. – Nie prowadzimy rekrutacji wśród colectores, są zbyt cenni jako robotnicy. Archipelagi i miasta wybrzeża zapewniają dostateczną ilość ludzi na potrzeby armii. Poza tym, wojskowe n’techy nie mają możliwości powielania się, a władze na Nox drobiazgowo kontrolują ich produkcję. Każdy z nich jest rejestrowany i indywidualnie przystosowany do właściciela.

– No dobrze, powiedzmy, że rzeczywiście wśród colectores jest potomstwo jakiegoś niesamowicie płodnego enbionta. Ma pan jakiegoś podejrzanego?

– Tak, to doktor Vincent Alers.

Spojrzałem na nią ze zdziwieniem. Poczułem szarpnięcie na blokadzie, jakby próbowała mnie czytać.

–To sprawdzona informacja? – spytałem z wahaniem.

– Nie – odpowiedziała dopijając resztkę drinka. – I właśnie dlatego pan tu jest.

Tym razem, to ja zrobiłem przerwę na kolejny łyk psychotropów. Pieprzona polityka, wiedziałem, że coś tu śmierdzi, i to nie było powietrze za oknem.

– Pani wybaczy – zacząłem powoli, kiedy po wpływem kannabionidów kolor nieba za oknem nabrał nowych odcieni błękitu – ale dalej nie widzę zasadności angażowania mojej osoby w wewnętrzne rozgrywki rodów. Takie sprawy załatwia Biuro Regulacji.

– Ma pan całkowitą rację – powiedziała uśmiechając się promiennie, ale nie było w tym nic uwodzicielskiego, raczej iskierki jakiegoś rozbawienia z wyjątkowo złośliwego żartu. Sięgnęła do torebki wyciągając jeden z wydrukowanych „z pieprzyka” plików – Proszę, to chyba do pana.

 

*

 

Nie wiem, czy to przez nieznośną duchotę  diańskiej nocy, czy to mój dyżurny koszmar znów dał o sobie znać, czy może to feromony Elici nie dawały spokoju mojej podświadomości, ale obudziłem się zlany potem. System klimatyzacji chyba szwankował, bo w apartamencie panowało wprost nieznośne gorąco. Poczłapałem do łazienki i długo stałem pod kaskadami zimnej wody. Trochę pomogło.

Przechodząc przez sypialnię zatrzymałem wzrok na znoszonym baliflexie. Bojowy kombinezon z mikrorurek węglowych wisiał na oparciu jednego z krzeseł. Na przedzie i prawym rękawie rzucały się w oczy ciemniejsze plamy po naszywkach. Szkoda, że niektórych wspomnień nie da się tak oderwać i schować gdzieś głęboko w bagażu.

Wyszedłem na przylegający do sypialni, szeroki balkon, zabierając ze sobą podarowaną przez Elicię butelkę belcano. I tak nici ze spania.

Powietrze na zewnątrz było tylko trochę chłodniejsze, ale przynajmniej czuć było znikomą cyrkulację. Pociągnąłem potężny łyk psychotropowego alkoholu prosto z butelki i poczekałem, aż mgławica Oriona, zajmująca prawie połowę nocnego nieba, zacznie migotać intensywnymi barwami.

To naprawdę dobry trunek.

Spojrzałem na drugą, ciemniejszą stronę horyzontu. Podobno gdzieś tam znajduje się Ziemia. Wszystko, czym jesteśmy, język którym mówimy, nasz genotyp, kultura, miało swój początek na Ziemi. Nauczyliśmy się bez niej żyć, i pomimo tego, że ponad dwieście lat temu Upadek ukrył ją przed nami, to dalej rozpalała nasze umysły.

Upadek.

To zdarzenie w pośredni sposób ukształtowało również moją historię. Fale tego kamienia wrzuconego w toń galaktyki odczuwam do dziś. Widzę jak nakładają się na siebie, obijają od poszczególnych osób, krzyżują i zderzają tworząc zawirowania, takie jak Vince Alers. W zakamarkach pamięci odnalazłem obraz wiecznie uśmiechniętego blondyna w lekarskim kitlu. Jedyna znana mi osoba, która miała dystans do tego całego enbionckiego pierdolnika.

Powiedziałem Elici, że bez dowodów nie oskarżę Alersa. Vincent, jako legendarny współtwórca pierwszych enbiontów i założyciel jednego z bardziej znaczących rodów imperium cieszył się ogólnym szacunkiem. Obiegowa plotka głosiła, że kilkanaście lat temu oddał władze potomkom i usunął się w cień laboratorium, ale dalej posiadał spore wpływy. Atak na jego osobę mógł poskutkować poważnym konfliktem na łonie Dominium, zwłaszcza, że ród Alersów już od dawna toczył cichą wojnę z Thane’ami o zarządzenie nad zasobami Diany. Oskarżenie archonta o tworzenie nielegalnych potomków, to poważna sprawa.

Dar Enbiontycznego Dualizmu był najwyższym wyróżnieniem w Dominium. Czymś, co definiuje wartość człowieka. Cywile stanowili najniższą warstwę w społeczeństwie zbudowanym na feudalnych zasadach. Powyżej nich znajdowali się obywatele. Cywil mógł awansować na obywatela na dwa sposoby: wstępując do wojska lub osiągając odpowiednio wysoki stopień naukowy bądź technologiczny. Wówczas nagradzano go indywidualnym nanotechem. To wystarczało, aby obywatel cieszył się doskonałym zdrowiem do końca swoich dni.

Największym zaszczytem, bądź przekleństwem według niektórych, było zaproszenie do jednego z siedmiu enbionckich rodów. Od kilku dziesięcioleci te hermetyczne klany, przypominające hierarchią antyczne rody szlacheckie, posiadały w swoich rękach władzę nad prawie każdym aspektem życia w cesarstwie. Kandydatów na nowych enbiontów przyjmowano niezwykle rzadko, tak więc w przeciągu niespełna wieku liczebność wszystkich rodów nie przekroczyła kilkunastu tysięcy. 

Tymczasem Alers, tworząc masowo nowych enbiontów, może zachwiać fundamentalnym systemem wartości w imperium.

Pokrętne decyzje Miu nabierały coraz więcej sensu.

Kiedy przyleciałem na Dianę, nie wiedziałem co mnie czeka. Miu nie zostawiała mi wielu wskazówek. Wyciągnęła mnie z cichej norki pośród skalistych kanionów Armenii i znikła, przysyłając statek kurierski z rozkazami i przydziałem na imperialny krążownik „Takao”.

„Tylko dlaczego nasłała jednego wariata do drugiego?” – pomyślałem, pociągając z butelki. Tylko jedyna opcja przychodziła mi w tej chwili do głowy. Jeżeli to rzeczywiście Alers postanowił zabawiać się kosztem gubernatora, to żaden z miejscowych chłystków sobie z nim nie poradzi. Vincent był adminem, o niezwykle silnej bestii, dorównującej mojemu symbiontowi.

Wyczułem drgania grawitonowej aury, kiedy ktoś wysoko nade mną użył telekinezy.

Zadziałem instynktownie. Enbiont wskoczył w tryb bojowy tłocząc w krwiobieg gorącą falę biochemicznych związków. Czas jakby zwolnił, a adrenalina utopiła świat w lepkim smarze. Odskoczyłem do tyłu w uniku, wpadając do apartamentu.

W miejscu, gdzie stałem jeszcze ułamek sekundy temu uderzyła pięść telekinetycznej energii. Kawałki granitowych płytek rozprysły się niczym wybuchający granat. W centrum eksplozji miękko wylądowała jakaś sylwetka, przesłonięta przez falujące od ruchu powietrza muślinowe firany.

Aktywowałem mojego subkomórkowego przyjaciela do manipulacji grawitonami. Czułem jak przeciążenie oblepia moje członki, kiedy gromadziłem potrzebną do uderzenia energię.

Trafione telekinetycznym ciosem ciało napastnika wyleciało przez barierkę, a ja zatrzymałem się uderzając plecami o ścianę apartamentu.

Trzecia zasada dynamiki Newtona.

Każdej akcji towarzyszy reakcja, równa co do wartości i kierunku, lecz przeciwnie zwrócona. Ten drugi też o tym wiedział. Wyciągnął rękę w geście, jakby próbował coś chwycić. Ciało zawisło na chwilę w powietrzu. Wyczułem jak jego aura gęstnieje, kiedy ściągał masę budynku. Jeżeli pociągniesz obiekt cięższy od siebie, to sam zostaniesz przyciągnięty. Z impetem wpadł do pomieszczenia przez otwarte drzwi. Uchyliłem się, kiedy obute stopy uderzyły w mur tuż nad moją głową.

Odbił się od ściany niczym piłka, amortyzując uderzenie nogami i już wirował w salcie, otoczony śmiercionośną sferą zasięgu miecza.

Poczułem gorące ukąszenie, klinga przeorała moje ramię. Monostal bez trudu przecięła wzmocnione węglowymi włóknami sploty skórne.

Musiałem zyskać trochę dystansu. Bez broni nie miałem szans z tak dobrze wyszkolonym przeciwnikiem. Unikając ciosów, zrobiłem dwa kroki w bok. Zajmując odpowiednią pozycję, zapędziłem do roboty wszelkie rezerwy, jakie jeszcze drzemały w nanokomórkowych konwerterach grawitacji enbionta. Uderzyłem ponownie. Napastnik poleciał w głąb pomieszczenia, a ja sunąc bosymi stopami po śliskiej posadzce znalazłem się w pobliżu szafki, na której położyłem torbę. Sięgnąłem w bok i namacałem znajomą rękojeść Chryslera. Pstryknięcie blokady spustu, szybki ruch nadgarstkiem i uwięziony w magnetycznym cylindrze strumień płynnego metalu uformował metrową klingę.

Gdybym spóźnił się o chwilę, dwie, nie sparowałbym ciosu, który miał rozpłatać mój bark.

Skrzyżowałem ostrze z niższym o głowę przeciwnikiem. Za matową maską stroju bojowego jarzyły się ziejące nienawiścią, jadowicie zielone oczy enbionta w szale bojowym. Na klatce pancerza ledwo odznaczała się cyfra osiem.

Klap, klap, klap. Ktoś zaklaskał głośno i powoli.

– Imponujące. – W balkonowych drzwiach stała jeszcze jedna ubrana w szturmowy baliflex sylwetka. – Wystarczy, Osiem. Nowy, nieproszony gość wszedł do salonu i niedbale opadł na jeden z foteli. – Nie przyszedł pan na obiecaną „herbatkę”, Motoya, więc ja się pofatygowałem.

– Mistrz Regulatorów jak sądzę – domyśliłem się, kto do mnie zawitał. Osiem wyszedł ze zwarcia i odsunął się kilka kroków do tyłu.

– Hiroki De Soto, do usług. – Mężczyzna na fotelu ściągnął maskę i z olśniewającym uśmiechem porucznika Lavazy skinął głową.

Nikt nie lubi Cesarskiego Biura Regulacji. Trudno darzyć sympatią kogoś, kto ma prawo zabić cię w każdej chwili. Drastyczne rozwiązanie, ale nikt jeszcze nie wymyślił nic lepszego, co mogłoby pomóc w kontrolowaniu transhumanizowanej bandy, znanej także jako elita cesarstwa.

Wszystkie cywilizowane światy wchodzące w skład Dominium mają własne Biura, które ma tylko jedno zadanie: nadzór nad populacją enbiontów na danej planecie. Regulatorzy są niezależni, niezawiśli, bezkompromisowi i odpowiadają tylko przed cesarskim majestatem. Nic dziwnego, że stanowią sól w oku wszystkich siedmiu rodów. Co prawda, każdy szlachetnie odrodzony ma wolną rękę wyborze kandydata na potomka, ale ostanie zdanie należy do Biura. Oczywiście można przekazać dar bez autoryzacji, ale trzeba się wtedy liczyć z szybkim wyrokiem. Zwykle kończy się to dekapitacją potomka i ciężkimi konsekwencjami dla rodzica.

O ile ma się szczęście.

– Chyba bardziej lubię Lavanzę – stwierdziłem, nalewając sobie drinka.

– Chyba jak każdy – odrzekł ze wzruszeniem ramiom.

– Ciekawe dlaczego? Swoją drogą, porucznik to trefny kod, czy jakiś biedak stracił głowę dla tej przykrywki? – spytałem. Byłem zły na siebie, że pierwszym razem go nie przejrzałem.

– Nie wydaje się pan zaskoczony naszą wizytą – De Soto zignorował pytanie, bawiąc się rękawiczką.

– A powinienem?

– Hmm… No, tak. Staraliśmy się.

– Amatorka. „Siedem i pół” sapie jak stara baba, słychać go z kilometra. Jak on dostał tę robotę? Pociągnął komuś? – spytałem, nalewając sobie drinka.

Krępa sylwetka w kącie pomieszczenia położyła rękę na rękojeści katany ruszając krok do przodu.

– Spokój – mruknął rozbawiony De Soto – Chce cię sprowokować.

– Właśnie, waruj wałachu. – Nie bez pewnej satysfakcji posłałem mu nieszczery uśmiech. Buzująca w żyłach chemia i nieznośne swędzenie powoli zabliźniającej się rany na ramieniu były dodatkowymi bodźcami, przez które pozwoliłem sobie na złośliwość w stosunku do tego krępego sukinsyna.

Szczepy regulatorów pochodziły bezpośrednio z linii cesarskiej, ale miały pewne ograniczenia. Posiadały szczątkową świadomość i nie mogły się powielać. Stali w hierarchii nadzoru od razu za pierwszym pokoleniem, a każdy z nich był jak puste naczynie, do którego można było nalewać odpowiednie kody. Niestety, a może na szczęście, żaden z nich nie był w stanie stworzyć nic swojego. Taka banda wykastrowanych psów pasterskich.

– Uważaj, co mówisz przybłędo – wycedził Ósemka. Poprzez blokadę wyczułem fale bijącej złości. – Gówno mnie to obchodzi jak ważny jesteś. Jeszcze raz otworzysz mordę, to skrócę cię o głowę.

– Wiesz gdzie tu mają lód? – zmieniłem temat.

– Co?

– Lód. Woda w stanie stałym, takie zimne bryłki. Może byś się pofatygował i przyniósł trochę? Belcano na ciepło smakuje jak brudna szmata.

– Chyba cię popierdoliło – prychnął Osiem.

Z nocnej szafki podniosłem wydruk i przekazałem De Soto. Ten czytał przez chwilę, po czym z wyrazem niesmaku na twarzy westchnął:

– Osiem, przejdź się po ten lód dla swojego nowego szefa.

 

*

 

Cierpliwość i dyplomacja.

Dwie cechy, bardzo pożądane na stanowisku cesarskiego emisariusza. Całe szczęście ten tytuł, to tylko zasłona dymna, bo nigdy takich predyspozycji nie przejawiałem. Moją domeną było działanie, dlatego kiedy ruszył wir przygotowań CBR, poczułem wynikające z dawnych doświadczeń zadowolenie.

Alersa nie było w Las Perlas. Vincent wcześniej pojawiał się w największej metropolii i stolicy Diany sporadycznie, a od kilku lat – wcale. Większość czasu spędzał w Costa de la Esperanza, gdzie zlokalizowano siedzibę i kompleksy naukowe jego ukochanej akademii.

Ziemie alerian to autonomiczne terytorium. Tak jak podejrzewałem, dostać się na audiencję do Seniora Założyciela nie było łatwo. Na nic się zdały cesarskie papiery i naciski Thane’ów. Cały dzień czekałem na wiadomość zwrotną, aż w końcu przyszła. Była odmowna.

W tym momencie wyczerpały się zarówno moje pokłady cierpliwości, jak i złoża dyplomacji.

Do zalanego słonecznym blaskiem dachu Torre podchodziła wojskowa maszyna. Na lądowisku czekał, De Soto vel Lavanza ze swoimi ludźmi oraz nieznany mi dryblas. Ubrany w zielony uniform facet miał prawie dwa metry wzrostu i budowę ciała znamionującą cybermodyfikacje, tak bardzo popularne wśród najemników. Spojrzał ponad głową porucznika obrzucając mnie ponurym wzrokiem.

– To jest pułkownik James Graham – przedstawił Lavanza. – Zwierzchnik sił specjalnych domu Thane.  

– To pan chce włożyć kij w gówno? – spytał bezceremonialnie Murzyn. Głos miał wprost proporcjonalny do postury, gruby i ochrypły, nawykły do wydawania komend, które będą słyszalne nawet w czasie wymiany ognia, bądź huku silników lądującego pionowzlotu.

– Myślę, że czasami trochę smrodu jest potrzebne, żeby solidnie przewietrzyć – odkrzyknąłem.

– Alersi nie będą zachwyceni.

– To ich problem. Chyba, że pan też go ma?

Graham stał w milczeniu rozważając możliwe odpowiedzi.

– Nie. Nie mam. Wsiadajmy? – Wskazał na stojącą już na płycie maszynę.

Na pierwszy rzut oka wydawało się, że był to typowy, wielozadaniowy Lockheed–Mistubishi używany przez wojska cesarskie zarówno jako maszyna transportowa, jak i wsparcie piechoty. Jednak z bliska można było zauważyć subtelne różnice. Wyprofilowane płaszczyzny kompozytowego poszycia odbijające fale radarowe, ciemna warstwa pochłaniającego promieniowanie tworzywa, siatka emiterów pola maskującego i wyciszone turboodrzutowe silniki. To była technologiczna zabawka pamiętająca czasy Upadku, zachowana i utrzymywana w sprawności specjalnie na potrzeby wywiadu i służb specjalnych. Rzadka jak biały kruk, a w całym Dominium było ich zaledwie kilkanaście.

Widok Lockheeda wywoływał we mnie niejasne uczucie niepokoju. Prosiłem o transport, ale czegoś takiego się nie spodziewałem. Jak głęboko musiała sięgać afera, w którą się wplątałem, skoro ściągnięto tutaj jedną z supertajnych i supercennych z maszyn wywiadu?

Prawie trzydziestometrowy kadłub podzielony był na dwie części. W zajmującej tył statku ładowni upchnęli się szeregowi Regulatorzy wraz ze sprzętem. Kadra oficerska, w tym ja, zajęła miejsce w usytuowanym za kokpitem, „ruchomym” centrum dowodzenia. Mimo pracujących silników w ciasnej kabinie było stosunkowo cicho i przytulnie, mogliśmy rozmawiać bez słuchawek. Rozsiadłem się ma niewielkim foteliku naprzeciwko pułkownika, podczas gdy De Soto, grając rolę przyjaznego porucznika, zakręcił się przy podręcznym barku wbudowanym w ścianę.

– Ile potrwa lot? – spytałem, sięgając po podaną szklankę.  

– Jakieś dziewięć godzin – odparł Graham próbując wygodnie umieścić swoją zwalistą sylwetkę w ciasnym fotelu. De Soto wcisnął się w siedzenie obok, analizując jakieś materiały na tablecie.

– Daleko – mruknąłem.

– W końcu obszar południowy, to druga półkula.

Odgrodzony od świata przez energochłonną szybę, patrzyłem z góry na rój łodzi poruszających się wodnymi arteriami miasta. Ruch uliczny Las Perlas. Widziałem go wcześniej z bliska. Szybkie motorówki, toporne metalowe barki, smukłe katamarany z tworzyw sztucznych, prymitywne łodzie z drewna, a do tego wypełniający powietrze, wielokulturowy gwar. Hindusi, Latynosi, Azjaci, Afrykańczycy i wiele innych nacji znalazło swój dom na tej niegościnnej plancie. Wypełnione brudną od śmieci i smarów wodą kanały Las Perlas tętniły życiem egzotycznej mieszanki narodowości, tak rzadko spotykanej przed Upadkiem.

W okresie wielkiego exodusu korporacje stelarne starannie selekcjonowały kandydatów na przyszłych kolonistów. Pomne złych doświadczeń XXI wieku z nieudanymi próbami utworzenia wielokulturowego społeczeństwa, stwierdziły że nie będą ryzykować powtórki z wojen na tle narodowościowo–religijnym. Podział był prosty: rasa, religia i światopogląd. A najlepiej, jeżeli byli to ludzie z tego samego rejonu Ziemi. Ten „lokalny patriotyzm” wynikał z założenia, że po okresie zasiedlenia łatwiej będzie okiełznać takie demograficznie stabilne społeczeństwa. Żaden ówczesny prezes nie zaryzykowałby wysłania na jedną planetę grupy białych Anglosasów wyznania protestanckiego razem z afrykańskimi islamistami. Oczywiście taka polityka wzbudziła fale masowych protestów wśród mniej wpływowych państw, ale nie zwracano na to większej uwagi. Organizacje rządowe były słabe, a same rządy siedziały w kieszeniach finansowych tuzów.

Przez kilka pokoleń nowe kolonie rozwijały  się w miarę stabilny sposób pod czujnym okiem korporacyjnych oligarchów, a ich ranga, jako klasy rządzącej, zaczęła urastać do statusu udzielnych władców. Być może takie status quo zostałoby utrzymany jeszcze przez długi czas, gdyby nie Upadek i jego konsekwencje. Pod wpływem przymusowych migracji, etniczny tygiel zagotował się, a izolowane przez kosmiczne odległości nacje połączyły się ponownie, tworząc nowe, wielokulturowe społeczeństwa, których powstania tak bardzo obawiali się panowie korporacyjnych latyfundiów.

Mimo zawirowań historii rodzinna korporacja Alvarezów przez prawie dwa wieki utrzymywała władzę na tej dzikiej planecie, aż do czasów, kiedy przybyło tu Cesarstwo i enbionci rodu Thane.

– Długo pan pracuje dla domu? – zwróciłem się do pułkownika.

– Pięć lat.

– I jest pan zadowolony?

– Szczerze? To chujowa robota, jak zwykle, jeśli chodzi o te duszące każdy grosz kutwy z rodów – wygłosił opinię obserwując reakcje porucznika. Ten nie uległ prowokacji i tylko się uśmiechnął, nie odwracając wzroku od ekranu.

Czarnoskóry mężczyzna wyciągnął z kieszeni munduru kilka grubych cygar.

– Pali pan?

– Oczywiście.

Przez jakiś czas w milczeniu smakowaliśmy cygara, popijając jakiś nieidentyfikowalny dla mnie alkohol.

– Aż tak źle? – przerwałem ciszę.

– A walczył pan kiedyś w dżungli? – odbił piłeczkę Graham.

– Nie, ale czytałem co nieco i przechodziłem szkolenie.

– Czytałem, dobre – parsknął śmiechem. – Selva to piekło – Spoważniał. – Zielone, toksyczne, wypełnione jadowitym gównem i insektami, jebane piekło i gwarantuję, że wszystko czego do tej pory dowiedział się pan na ćwiczeniach, można sobie wsadzić w dupę. Ta planeta to najbardziej skomplikowane środowisko, z jakim dotąd zetknęli się ludzie. No może przesadziłem. Tak naprawdę, to nie wiemy gdzie dotarli eksploratorzy Ligi przed Upadkiem, ale na pewno jest to najbardziej rozwinięty biotop, z jakim do tej pory się zetknęliśmy. Dżungla porośnięta wysokimi jak wieżowce drzewami składa się z kilku, czasami przecinających się nawzajem, poziomów. Na szerokich jak autostrady konarach rozciągają się całe połacie pasożytniczej roślinności. Pod nimi znajdują się bagna i wydrążone przez lata erozji kaniony podziemnych rzek, do których rzadko kiedy dociera światło słoneczne. Jednym zdaniem: to pierdolony labirynt. Badamy selvę od prawie dwustu lat, a do tej pory mamy dane kartograficzne jakichś piętnastu procent terenów poniżej drugiego poziomu. Dysponujemy zdjęciami satelitarnymi, ale to nic nie daje. Widać na nich tylko korony drzew, a co znajduje się pod nimi? Cholera wie.

– Rebelianci jakoś sobie radzą.

– Terroryści – sprostował Graham – i mieszkają tu od urodzenia. Znają każdy kąt. Potrafią poruszać się systemem przykorzennych rzek za pomocą motorówek i łodzi. Są niesamowicie mobilni. Kiedyś było inaczej. Kiedyś byli uzależnieni od swoich siedzib i tam koncentrowało się życie całej populacji. Tam rząd wydawał im środki farmakologiczne i tam żyły ich rodziny. Teraz wszystko się zmieniło. Teraz pojawili się liberados.

– Wyzwoleni – pochwaliłem się znajomością podstaw hiszpańskiego.

– Tak miejscowi nazywają enbionckich partyzantów. Przez nich kartele wyniosły się ze swoich siedzib, zaszywając się gdzieś w lesie. Wyłażą z nor tylko po to, żeby atakować tych, którzy nie przyłączyli się do rebelii. Do tego, znaleźli jakiś sposób na kontaktowanie się z światem zewnętrznym i przemytnikami, kupują od nich broń za nielegalne zbiory resiny. Krótko mówiąc, jest chujowo, a będzie jeszcze gorzej. Walczymy, ale nie mamy z kim walczyć. Wpadamy w zasadzki i gonimy za cieniem, a oni z każdym dniem rosną w siłę, wchłaniając kolejne klany.

– Ale macie jakieś wyniki?

– Mierne. Wpadają albo płotki, które tak naprawdę nie mają nic do powiedzenia, albo fanatycy religijni, którzy po schwytaniu zapadają w jakiś stan katatonii i umierają po kilku dniach z uśmiechem na ustach.

– Trucizna?

– Raczej zaprogramowana autodestrukcja nanosymbionta. Ktoś nieźle zabezpiecza swoje tajemnice.

– A skan psioniczny? – spytałem z nikłą nadzieją. Mimo, że talenty parapsychiczne wśród ludzkości rozwijały się już od kilkunastu pokoleń, to większość z nich dopiero raczkowała, jeśli chodzi o wymierne efekty w bezpośrednim wydobywaniu informacji z mózgu. Można było odczytać stan psychiczny, wywołać gwałtowne emocje lub zadziałać na określone ośrodki w mózgu, ba, nawet porozmawiać mentalnie, jeśli ktoś miał ochotę, ale wydobycie całych wspomnień – to było poza zasięgiem, nawet dla cesarskich telepatów.

– Telepatia nie działa na colectores – odezwał się De Soto, potwierdzając moje obawy. – Już to testowaliśmy. To znaczy działa, ale w wyniku zmian w biochemii mózgu, nie w ten sposób co na normalnych ludzi. To tak jakby za pomocą igłowego gramofonu odczytywać zapis cyfrowy. W efekcie wychodzą same bzdury, a i sam nośnik może ulec uszkodzeniu. Więc pozostają stare sprawdzone metody śledcze, od których mamy tutaj specjalistę w pana osobie – uśmiechnął się krzywo regulator.

Mimo że dość szybko pogodził się z nagłą degradacją, to wyczuwałem, że cała sytuacja niezupełnie przypadła mu do gustu. Całe szczęście z cesarskimi rozkazami się nie dyskutuje, szczególnie, kiedy parafka pod dokumentem pochodzi z najważniejszej ręki w imperium. Nie musiałem więc użerać się z jakąś wewnętrzną opozycją. Co więcej, De Soto okazał się całkiem pomocny, kiedy poinformowałem go o moich zamiarach. Od dawna miał przygotowany plan na podobną ewentualność i teraz wystarczyło, tylko po drobnych korektach, wprowadzić go w działanie.

– Wspominał pan o fanatykach, pułkowniku – zignorowałem zawoalowany przytyk byłego Mistrza Regulatorów. – To dla mnie nowy aspekt, myślałem że ta rebelia ma podłoże czysto społeczne.

– A tak, katolicy – odpowiedział z obrzydzeniem Graham.

– Nie bardzo rozumiem.

– Wcale się nie dziwię, nawet ja się czasami gubię w ich doktrynach. –  Siorbnął drinka, zauważył moje podniesione z zaciekawienia brwi i kontynuował dalej bez zachęty. – Trzeba zacząć od tego, że przodkowie dzisiejszych colectores wywodzili się z indiańskich plemion zamieszkujących dżungle ziemskiej Amazonii. Dla korporacji, nota bene, należącej już wtedy do Alvarezów, wydawali się idealnym materiałem na pierwszych eksploratorów, ze względu na liczne podobieństwa między środowiskami. No, tylko skala była trochę inna. Tak czy inaczej, po zmodyfikowaniu genetycznym, Indianie zostali tu osiedleni z zadaniem przygotowania habitatów pod przyszłe wyprawy badawcze i zbieraniu próbek. W ogóle Diana w czasach Ligi miała szczególny status, bo istniała szansa, że istnieją tu jakieś inteligentne formy życia, no wie pan, doktryna nieingerencji i tak dalej.

– Wiem – pokiwałem głową. Jak dotąd doktryna była martwym prawem, bo po pierwsze, ludzkość nie natrafiła na żadne inteligentne gatunki, po drugie, zasady Ligi umarły wraz z Upadkiem.

– Więc ze względu na ten szczególny status, planety nie można było zasiedlać ani prowadzić wydobycia. Trochę to się nie uśmiechało Alvarezom, bo po co im inwestycja, która nie przynosi zysków? Zresztą wie pan, jak za czasów exodusu korporacje kupowały planety. Płaciłeś za koordynaty „superziemi”, i jak tylko miałeś kasę i ludzi, można było dokonywać kolonizacji. Alvarezowie kupili, jeszcze wtedy Keppler 11567–b w ciemno, razem z kilkoma skalistymi globami niewartymi splunięcia. Kiedy okazało się, że planeta kipi życiem, dostali w swoje ręce klejnot, z którym nic nie mogli zrobić, ze względu na doktrynę Ligi. Zaczęli więc obchodzić prawo, licytując na czarnym rynku próbki miejscowej fauny i flory. I wtedy ktoś wpadł na trop właściwości resiny.

– Złoty środek, cudowne panaceum na rany, rewolucyjna metoda regeneracji obrażeń i kamień filozoficzny medycyny – wyrecytowałem kilka zapamiętanych określeń.

– Zgadza się. Zamówienia posypały się jak lawina. Popyt przewyższał podaż, więc korporacja, by nadążyć z rafinacją, potajemnie zwiększała ilość modyfikowanych Indian do kilkuset tysięcy. Wtedy też powstała nazwa colectores. Alvarezowie odkryli żyłę złota i interes rozkręcał się coraz lepiej, przeplatany procesami sądowymi o złamanie praw nieingerencji, a nawet jednym zbrojnym konfliktem, kiedy jakaś chińska korporacja próbowała przejąć kontrolę nad planetą. Nie wiadomo dokąd by to zaszło, gdyby nie Upadek. Wtedy wszystko się zmieniło. Na Dianę przybyły statki z ocalałymi z pogromu Gangesu, Kenii, Gong–Han i co najważniejsze katolickiej Esperanzy. I wtedy zaczęły się kłopoty. Panie kolego – zwrócił się do Lavazy – nalejesz mi jeszcze?

– Oczywiście pułkowniku – Zgodził się ze sztucznym entuzjazmem porucznik i dopełnił nasze szklaneczki.

– Wśród chrześcijańskich colectores od zawsze istniała silnie zakorzeniona wiara, ale zwykle nie kolidowała z wykonywaną pracą – perorował Graham. – Dopiero kontakt z ultrakatolickimi misjonarzami z Esperanzy spowodował pewne przewartościowanie ich systemu wierzeń. Nie jestem specjalistą, więc powtórzę to tak, jak przestawili to nasi eksperci od kultów. Doktryna chrześcijańska naucza, że ludzie obciążeni są grzechem pierworodnym, przez co, mimo znajomości dobra, mają skłonność do czynienia zła i ulegają pokusom. Do zbawienia duszy potrzebują łaski, którą osiągają przez wiarę potwierdzaną czynami. Oznacza to, że ludzie są odpowiedzialni za swoje czyny i każda osoba może osiągnąć zbawienie, ale każdy popełniony grzech ją od tego oddala. Wszystkich ludzi zaś czeka na końcu świata jakiś Sąd Ostateczny, na którym zostaną osądzeni i przeznaczeni, bądź do życia wiecznego, bądź na wieczne potępienie. I teraz dochodzimy do sedna sprawy: w jakiś sposób ci chrześcijańscy mąciciele z Costa de la Esperanza wydedukowali sobie, że pozyskiwanie resiny samo w sobie może być postrzegane jako grzech, ponieważ pośrednio prowadzi do eskalacji przemocy, czyli do zła.

– Sprytne.

– Prawda? – zgodził się Murzyn. – I całkiem wygodne dla kogoś, kto chce namącić na planecie. Nie będę wnikał, czyja to była robota. Ortodoksji, Komitetu czy jakiejś innej siły, która z dziką przyjemnością wyrywałaby Dianę z korony cesarstwa, ale efekt został osiągnięty. Zbieracze przestali ochoczo chodzić do pracy, a zaczęli knuć, jak urwać się Alvarezom ze smyczy. Próby przez wiele lat spełzały na niczym, aż do teraz.

– Myśli pan pułkowniku, że liberados, to rzeczywiście dzieło Alersa?

– Nie płacą mi za myślenie.

– Bardzo wygodna postawa życiowa – skwitowałem. – Jednak nie sądzę, że jako dowódca nie ma pan absolutnie żadnego zdania.

– Moim zdaniem, jako dowódcy – powiedział twardo i powoli – to mam się zająć wykonywaniem rozkazów .

– A prywatnie?

– A prywatnie, to moje zdanie gówno pana obchodzi. – Wzruszył ramionami.

Wypił resztkę alkoholu i zgasił w szklance cygaro.

– Mogę sobie tylko tak myśleć – dodał po chwili – że rozgrywka doszła do takiego momentu, że czas wyłożyć karty na stół. Jeszcze chwila, a lokalny konflikt zmieni się wojnę domową, a wtedy ktoś wysoko postawiony na pewno dostanie po dupie.

„Na przykład ja” – pomyślałem, poczułem się zmęczony, odpowiedziałem kwaśnym uśmiechem, podziękowałem za drinka i odwróciłem do okna.

Błękit północnego morza przybiegunowego zastąpiły zielone łany równin strefy umiarkowanej. Roztaczała łagodnymi pagórkami i wzgórzami cały swój prawie cywilizowany majestat przez niespełna godzinę, po czym Lockheed przeleciał z prędkością dwóch machów nad jakimś wysokim pasmem ośnieżonych gór i od tej pory pod brzuchem maszyny ciągnęła się tylko selva.

 

*

 

Nadlecieliśmy nocą, od strony morza. Pracujący w trybie stealth Lockheed zbliżał się, opadając stopniowo, do Costa de la Esperanza. Zerknąłem kątem oka na stojącą przy otwartym luku ekipę. De Soto, Osiem i dwóch innych Regulatorów ubranych w identyczne, czarne kombinezony, lśniące owadzimi osłonami hełmów.

Wyskoczyłem jako ostatni. Otoczony świstem uciekającej wysokości przez chwilę rozkoszowałem się uczuciem swobodnego opadania. Nie trwało to długo. Na plastikowej przyłbicy hełmu zamigotał czerwienią alarm wysokościomierza. Rozpostarłem przyczepione do ramion i nóg płaty nośne z elastycznego tworzywa i gładko popłynąłem do przodu, niesiony powietrznymi prądami. HUD wyświetlił zieloną siatkę nawigacyjną z kursem korygowanym przez prowadzącego skoczka.

Dwa kilometry niżej miasto zaznaczało swoją obecność światłem ciągów komunikacyjnych. Górska grań wbijająca się w ocean długim na kilkanaście kilometrów półwyspem, obrośnięta świetlistymi bańkami habitatów, niczym odwrócony kadłub łodzi, do którego przylgnęły garście pąkli.

Costa de la Esperanza nie miało tyle szczęścia do lokalizacji, co Las Perlas. W stolicy i miastach wybrzeża dało się przeżyć na wolnym powietrzu, jadąc tylko na filtrujących maseczkach i zastrzyku blokerów, a dobra klimatyzacja i szczelne okna zapewniały w miarę bezpieczne schronienie. Natomiast w strefie biotopu, jak poinstruował mnie jeszcze na krążowniku pokładowy medyk, nawet żołnierskie nanotechy wysiadają po kilku godzinach.

Położone bliżej strefy równikowej, nieosłonięte przez górskie łańcuchy Costa E, jak mówią miejscowi, narażone było na ciągnące od strony selwy bioaktywne chmury. Właściwości niektórych zarodników stanowiły koszmar każdego inżyniera budowlanego, bo w zależności od sezonu pylenia, jedne z nich potrafiły przeżreć się przez każdy beton, a inne, w ciągu kilkunastu godzin kompletnie skorodować niezabezpieczone metalowe powierzchnie. Jedynym odpornym materiałem okazał się koszmarnie drogi – i prawie niedostępny w obecnych czasach – presuglas.

Ze względu na ograniczenia w wolnostojącej zabudowie, miasta pod bezpiecznymi bańkami habitatów rozrastały się w głąb powierzchni planety tworząc prawdziwe labirynty. Dla Costa de la Esperaza nie było innych opcji, bo poza kopułami przeżyć bez skafandrów mogli tylko colectores.

I Enbionci.

Prowadzący dał sygnał do zejścia. Na wyświetlaczu zamigał punkt lądowania. Bladozielona trajektoria wskazywała wierzchołek jednej z kopuł umiejscowionych praktycznie przy szczycie górskiej grani.

Grawitonowe aury zadrżały, kiedy moi towarzysze po kolei uruchamiali talenty. Nie pozostało mi nic innego jak pójść w ich ślady, bo cel zbliżał się z zawrotną prędkością.

Posłałem silny, telekinetyczny impuls w kierunku zbliżającego się cienia olbrzymiej grawitacji planety. Nie za mocno, żeby się nie przeciążyć. Prędkość zmalała. Hamowałem pulsacyjnie, na w poły szybując, do momentu kiedy znalazłem się dostatecznie blisko, by zwinąć powierzchnie nośnie kombinezonu. Wylądowałem na ugiętych nogach, przetaczając się po powierzchni szerokiej kopuły. Reszta już czekała przy samotnym szybie windy konserwacyjnej.

Co mogłoby pójść źle?

 

*

 

– Cześć, Vince. Kopę lat – powiedziałem do znajomej sylwetki.

Nie zauważył mnie wcześniej. Wszedł do pomieszczenia zajęty przeglądaniem jakiś papierów. Jedyne oświetlenie gabinetu stanowiła niewielka lampka na szerokim jak stół bilardowy biurku i błękitny poblask terminala informacyjnego.

Podniósł głowę, zdziwiony, że ktoś zakłóca jego spokój. Dostosowanie wzroku zajęło mu zaledwie chwilę. Dostrzegł mnie, siedzącego w fotelu za biurkiem.

– Kim jesteś? – spytał gniewnie. Pierwszy szok przerodził się w złość.

– Daj spokój, starego kolegi nie poznajesz? – Rozłożyłem szeroko ramiona w powitalnym geście.

– Proszę stąd natychmiast wyjść! – Wskazał stanowczym gestem drzwi. – Jak pan się tu dostał? Ochrona! – krzyknął.

Daremnie.

Wszystkie systemy alarmowe już na samym początku zostały zdezaktywowane przez demony wpuszczone do sieci przez ludzi De Soto. Dlatego teraz mogliśmy się cieszyć całkowitą prywatnością, podczas tego małego rendez–vous z seniorem–założycielem rodu.

– Och, przestań wrzeszczeć i tak nikt nie przyjdzie – rzuciłem wesołym tonem. – Coś ty taki nerwowy, Vince. Pogadać tylko przyszedłem.

– Nie przypominam sobie żebyśmy przechodzili na ty, i obawiam się, że nie mamy o czym rozmawiać – powiedział twardo. – Daję panu ostatnią szansę na opuszczenie pomieszczenia, w przeciwnym wypadku będę zmuszony użyć siły. – Chyba zorientował się, że nikt nie przyjdzie mu na pomoc, bo zmienił postawę. Kurczowo ścisnął segregator z papierami.

Coś było stanowczo nie tak. Vincent mnie nie poznawał.

Dwadzieścia trzy lata, które upłynęły od naszego ostatniego spotkania, to zdecydowanie za mało, żeby zatrzeć ślady w ludzkiej pamięci, a tym bardziej u serii jaką nosił Vince. Oprócz standardowych dla wszystkich siedmiu szczepów zdolności regeneracyjnych i wzmacniających organizm, jego symbiont był z założenia stworzony do przetwarzania i magazynowania olbrzymiej ilości danych, zwykle do celów naukowych. Jednak w warunkach bojowych, mógł zostać użyty jako całkiem sprawnie działający system analizy taktycznej. Dlatego kiedyś, pomimo noszenia typowo bojowej modyfikacji, nie za bardzo lubiłem sparować z Alersami, bo mogli przewidzieć każdy twój ruch, zanim go wykonasz.

Vince wycofywał się w kierunku drzwi. Ponad jego ramieniem zauważyłem, jak w świetle korytarza pojawiała się przysadzista sylwetka Ósemki blokując wyjście. De Soto wyszedł z jakiegoś zakamarka miedzy regałami ujawniając swoją obecność.

– Zabójcy? – spytał lekko rozbawiony Alers, cała jego niepewność gdzieś się ulotniła. Został tylko zdeterminowany człowiek. – Kto was przysłał? Thenowie?

– Nikt nas nie przysyłał, Vice. Nie wygłupiaj się, chcę tylko pogadać – Zniecierpliwiony wstałem zza biurka i zorientowałem się zbyt późno.

Nie zauważyłem ciemniejącej skóry, pokrywającej się pancerzem z poliwęglowych komórek. Nie zauważyłem mlecznych oczu potwora, pokrytych drugą, ochronną powieką. Nie zauważyłem wydłużających się kończyn i palców, zakończonych ostrymi jak noże pazurami. Nie zauważyłem kłębiącej się niczym robaki pod białym lekarskim kitlem masy cienkich macek.

Polimorf. Pierdolony, jebany w dupę, polimorf!

Fala traumatycznych wspomnień zalała mnie wzbierającym atakiem paniki. Stare koszmary wróciły. Walka, krew, furia i zdeformowane postacie zmiennokształtnych. Nie powinno go tutaj być. To minęło! To przeszłość. Ich już nie ma! Sam o to zadbałem. Zabiłem ich wszystkich, wyrżnąłem, spaliłem, zniszczyłem, obróciłem w proch. Cały pieprzony szczep zbuntowanych enbiontów. Zapłaciłem za to straszną cenę, a przeznaczenie znów zaśmiało mi się w twarz.

Dałem się zaskoczyć, boleśnie.

Granat wybuchł nagle. Podrażnione oczy, zaszkliły się momentalnie oślepione eksplozją, a enbiont przeszedł w tryb bojowy kontrolując unik. Nie lubiłem tracić nad sobą w ten sposób kontroli, ale „on” wiedział lepiej co robić. Chronić obie formy życia.

Odłamki zerwały wierzchnie okrycie, ale balifleks wytrzymał, zaliczając kilka nowych przebić. Wokół rozbrzmiały okrzyki bólu i przekleństwo, to chyba Ósemka. Czułem jak krew spływa mi z poranionej twarzy, jakiś odłamek tkwił w prawej dłoni.

Wokół rozbrzmiewały chaotyczne odgłosy walki. Wzrok odzyskałem tylko na tyle żeby zobaczyć jak polimorf dotyka drewnianego biurka, a nanoboty rozlewają się po blacie, wchłaniając organiczną materię by zwiększyć masę potwora. Jego skóra zafalowała jakimś ameboidalnym ruchem absorbując nowy budulec, po czym odbił się od parapetu i wyskoczył w ciemność nocy przez rozbite eksplozją okno.

Rzuciłem się za nim.

Biuro Alersa mieściło się na jednym z najwyższych pięter centralnej iglicy kopuły, sięgającej do jej szczytu i wychodzącej szybami wind na zewnątrz. Niżej migotały światłami mniejsze budynki.

Polimorf jakby się rozciągnął i z korpusu wystrzeliły płaty skóry formując powierzchnie nośne. Jego prędkość opadania spadła, a on sam wyrwał do przodu, łapiąc jakiś wstępujący podmuch wiatru.

Skupiłem grawitony i odbiłem się potężnym impulsem od masy budynku. Szybowałem kilkadziesiąt metrów nad polimofrem. Sięgnąłem do kabury pod pachą po antyczny Desert Eagle. Naciskałem spust kilkukrotnie. Eksplodujące pociski kalibru .375 dotarły do celu, rozrywając błony skrzydeł. Skręcił się w powietrzu niczym foliowa torebka, stracił nośność i uderzył w jeden z dachów kilkadziesiąt metrów niżej.

Ściągałem masę budynku i prostując nogi ze złączonymi stopami, przygotowałem się na uderzenie. Celowałem w leżące bezwładnie ciało. Polimorf, mimo ze oszołomiony zdążył zrobić unik. Przeturlał się, a w moją stronę strzeliły zakończone kolcami wicie. Odciąłem je jednym młynkiem aktywowanego Chryslera.

Chwycił jakiś maszt antenowy, oderwał go i cisnął. Zmieniłem jego trajektorię drobnym impulsem. Wystrzeliłem ostanie pociski. Rozerwały pokryty pancerzem korpus, a fałszywy Alers opadł na plecy. Zaparł się nogami o podłoże i próbował odczołgać się do krawędzi budynku. Skoczyłem, zmieniając chwyt na broni. Chciałem przygwoździć go mieczem.

Rzucił drugi granat. Nie zdążyłem go odbić. Kolejna eksplozja zmieniła moje ubranie w popalone strzępy. Biedny balifleks. Enbiont zalewał mnie falą raportów z uszkodzeń ciała wyciszając jednocześnie ból.

Polimorf skoczył z krawędzi budynku rzucając się w otchłań między wieżowcami.

Ja za nim.

Spadaliśmy. Ja, z mieczem w dłoni, z wyciągniętą ręką, on niżej, szamocąc się, desperacko próbował odzyskać kontrolę. Nie dałem mu na to czasu. Waliłem raz, za razem impulsami, przyspieszając jego prędkość, aż uderzył w schody u podnóża budynku. Przyłożyłem jeszcze raz, w grunt wokół ciała, przygniatając go szesnastokrotnym przeciążeniem, i z całej siły amortyzując upadek. Beton i płytki skruszyły się, wystrzeliwując wokół chmurą pyłu.

Wstałem. Byłem w miarę cały. Enbiont pracował, zabliźniając mniejsze rany gęstniejącą do konsystencji kleju osoczową breją i pracując nad odbudowaniem zniszczonych splotów skórnych.

Poczułem głód. I wściekłość.

W chmurze pyłu zauważyłem leżące wśród centrum gruzów ciało. Żył jeszcze, groteskowo powykręcany przez impet upadku. Podszedłem i schwyciłem go za twardy jak druty wiecheć węglowych włosów na czubku głowy. Enbionta strasznie trudno zabić. Ale jest kilka sposobów. Spalenie, rozpuszczanie w kwasie czy odcięcie od ośrodka decyzyjnego, czyli głowy. Po to nosimy tą archaiczną broń białą. Przyłożyłem miecz do wydłużonej ponad miarę szyi. Załzawione oczy na rozmiękłej niczym ciepły wosk twarzy patrzyły na mnie z przerażeniem.

U podnóża schodów zatrzymało się kilka pojazdów, wysypała się grupka jakaś ludzi.

– Niech pan to zostawi – krzyknął ubrany w biały, zapięty pod szyję achkan, Hindus. Za nim majaczyły sylwetki żołnierzy z wycelowaną bronią.

– A ty kim do cholery jesteś?! – wykrzyczałem.

– Sinie Darshun de Alers. Jestem najstarszym rodu na tej planecie. A to, to tylko narzędzie. Śmierć tego nic nie da.

– Ale poprawi mi humor – warknąłem, ściskając rękojeść miecza.

– Jak pan chce – wzruszył ramionami – ale dobre samopoczucie nie będzie warte zaprzepaszczenia szansy spotkania z naszym seniorem.

 

*

 

Wydrążone w skale pomieszczenie, gdzieś głęboko pod Costa de la Esperaza, wypełniło rozproszone światło zawieszonych pod sufitem lamp. Grube żyły kabli ciągnęły się wzdłuż ścian. Czuć było wilgocią i ostrym zapachem niezidentyfikowanych chemikaliów.

Stałem ukryty w cieniu jednego z zawieszonych pod sufitem pomostów technicznych z Sienie Darshunem

– Gdzie on jest?! – syknąłem.

– Cierpliwości – odparł Hindus.

W dole powoli zbierał się tłumek przygarbionych postaci. Colectrores.

Chyba po raz pierwszy miałem okazje oglądać ich z tak bliska.

Ubrani w luźne, powiewające szaty, przygarbieni, z potężnymi ramionami sięgającymi prawie podłogi, bardziej podobni do małp niż ludzi. Hybrydy, oparte na genetyce orangutanów, przystosowane do szybkiego poruszania się pośród konarów Diańskiej dżungli. Gruba, pokryta mikroskopijnymi łuskami dającymi odporność na ukąszenia owadów, oliwkowa skóra, lekko lśniła w świetle lamp.

Dane z raportów wywiadu dość dokładnie opisywały fizjologię zbieraczy. Ich czaszki pokrywały sploty keratynowych, grubych niczym druty, włosów. Swoiste zabezpieczanie przed skutkami upadku z dużej wysokości. A do tego perforowany z zewnątrz, a pokryty od wewnątrz delikatnym puszkiem rzęsek fałd podbródkowy, poruszany oddzielną grupą mięśni, który w razie konieczności zasłaniał usta i nos stanowiąc swojego rodzaju maseczkę chroniąca przed szkodliwym biotopem planety. Duma przedupadkowych genoinżynierów i przekleństwo „ubranych” w to ulepszenie ludzi.

Do zebranych dołączały kolejne wyłaniające się z korytarzy grupki. Pod sklepieniem niosły się ich ciche, hiszpańskojęzyczne szepty. Wszyscy zebrani stali zwróceni w kierunku betonowego podwyższenia na końcu sali.  Ślady mocowań wskazywały, że kiedyś mieściła się tam jakaś turbina prądotwórcza, ale została usunięta i zastąpiona pojedynczą, okrągłą klapą ze stali.

Rozbrzmiały ciche dzwonki. Jedne ze stalowych, dwuskrzydłowych drzwi technicznych uchyliły się, i wyszła zza nich niewielka procesja złożona z podobnych do małpek dzieci niosących zawieszone na łańcuchach kadzidła i metalowe dzwonki. Za nimi podążał starzec colectores w długiej szarej szacie.

Szepty ucichły.

Super. Hindus zabrał mnie na mszę.

Mężczyzna po kilku stopniach wszedł na betonowe podwyższenie. Odrzucił okrywający głowę materiał odsłaniając pokrytą delikatnym wzorem łusek skórę, uniósł ręce, a z jego ust popłynął monotonny zaśpiew. Zgromadzeni odpowiadali w odpowiednich momentach dośpiewując frazy. Po kilku minutach ucichli, a starzec zaczął długą przemowę. Kazanie?

– Nie znam hiszpańskiego – syknąłem Sinie do ucha.

– Spokojnie, przetłumaczę panu najistotniejszą część – odszepnął ze spokojem.

– Wolałbym sam decydować o tym, co jest istotne – warknąłem.

– Nie oszukam pana, mamy umowę. – Hindus popatrzył się beznamiętnie.

No tak umowa. Całonocne negocjacje poskutkowały tym, że on mi pokaże drogę do Alersa, a ja, czyli CBR, puszczę w niepamięć to, że Alersi korzystali z usług zakazanego przez wszystkie prawa Cesarstwa polimorfa. Nie mieli wyjścia, jak to tłumaczył Darshun. Postępowanie, a w tym przypadku: zniknięcie, seniora rodu mogło pociągnąć za sobą trudne do przewidzenia skutki, dlatego postanowili użyć sobowtóra. I to najdoskonalszego ze wszystkich, ale też najbardziej zabójczego i trudnego do kontroli członka szczepu zmiennokształtnych. Jakby nie mogli zrobić operacji plastycznej któremuś z rodu. Nie, to by było za proste dla Alersów.

Ceremonia toczyła się dalej. Starzec skończył mówić, tłum ponownie podjął zaśpiew. Kapłan przykląkł na jedno kolano i zdjął klamry zabezpieczające stalową klapę. Ukazał się jakiś panel sterowniczy. Po wprowadzeniu kodu z podłogi zaczął wysuwać się cylindryczny kształt. Tłum ukląkł i pochylił głowę.

Po środku podwyższenia stał teraz szklany walec wysokości około półtora metra, wypełniony jakimiś mętnym, ciemnym płynem.

Jedno z dzieci podeszło, trzymając w rękach białą szmatkę. Kapłan coś z niej wyciągnął. Długa, złota igła. Ukłuł się w palec i wpuścił kilka kropel krwi do naczynia.

Płyn w środku zaczął opalizować lekko przytłumionym błękitem.

Zebrani zanucili kolejną pieśń, a inne dziecko podało mistrzowi ceremonii szklany kielich.

Kapłan zanurzył naczynie w wodzie, zamieszał zawartość łagodnym, kolistym ruchem i wzniósł nad głowę.

Darshun w końcu tłumaczył:

– On to bowiem dobrowolnie zstąpił do studni życia mówiąc: bierzcie i pijcie z tego wszyscy, albowiem to jest ciało moje które za was i za wielu zostało oddane. To czyńcie na moją pamiątkę.

Po czym wypił opalizujący płyn.

Colectores zanucili kolejną pieśń ustawiając się w szeregu po swoją komunię.

– Proszę. – Sinie wskazał świecący w półmroku cylinder. – Zgodnie z umową, nasz Senior.

Strasznie chciało mi się palić.

Nie ma co, Alers pojechał po całości. Stałem oparty palcami o wilgotną ścianę i nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. No bo co do cholery można powiedzieć, kiedy twój kumpel zostaje nowym Mesjaszem?

 

 

*

 

Komunikator w uchu zaświergotał przychodzącą wiadomością, po czym odezwał się zachrypnięty bas Grahama:

„Wszyscy na pozycjach. Wchodzimy?”

A na co tu czekać?

„Tak.”

Uzbrojone grupy żołnierzy wyłoniły się z korytarzy pacyfikując momentalnie tłum. Przestraszeni colectores stali pod ścianami z rękami założonymi za głowę, pod lufami ubranych w szturmowe pancerze komandosów. Do sali, niczym jakiś antyczny goliat, wkroczył Graham w otoczeniu grupki Regulatorów, z De Soto włącznie.

Ignorując panujące wokół zamieszanie zeszliśmy na poziom gruntu, do ołtarza. Przerażone dzieci skupiły się wokół patrzącego ponuro starca. 

– Jak to działa? – spytałem Hindusa, wskazując na pojemnik.

– Cud – uśmiechnął się.

– A poważnie?

– Przez większość czasu to po prostu płyn fizjologiczny z neutralnym ładunkiem nanotechów. Pod wpływem próbki genotypu colectores aktywuje się nadajnik satelitarny, przesyłając impuls do sieci. Ta napełnia go oprogramowaniem seniora, zapisanym w wirtualnej świadomości. Proste.

– Czyli on tu jest?

– Tak jakby.

Podszedłem do cylindra. Z wahaniem położyłem rękę na ciepłej powierzchni szkła. Enbiot zadrżał z radości rozpoznając dawno niewidzianego przyjaciela

 

 N-biot series: 4. System status: active. ID: Vincent Alers.

 

Wpatrywałem się w wirujące za szkłem płatki opalizujących n’techów. Skręcały się i wiły, tworząc helisy, oktagony i heksagramy. W pewnym momencie wydawało się nawet, że ułożyły się w coś na kształt uśmiechniętej cwaniacko twarzy Alersa. Tak, jak go zapamiętałem.

– Co robimy? – Usłyszałem za sobą głos “porucznika” Lavanzy.

– Z czym? – odpowiedziałem próbując zyskać na czasie. W głowie miałem gonitwę myśli. „Tylko nie zrób nic głupiego”. Przypomniałem sobie.

– Z nimi. – Mistrz Regulatorów wskazał na zgromadzonych pod ścianami ludzi. – Z tymi pomiotami.

Zabrzmiało jak obelga i nią była. Pomiot. Coś najpotworniejszego, co może zrobić enbiont innemu człowiekowi. Przekazać mu dar bez zgody, bez świadomości, bez serca, czy etyki, jak tam kto woli. Przekształcić ludzkie jestestwo i życie w egzystencję kontrolowaną przez garść quasi-inteligentnych komórek.

– To co robimy? – ponowił pytanie Regulator. W jego głosie pobrzmiewała nutka niecierpliwości.

– Nic.

Po moich słowach zapadła cisza, mącona tylko odgłosami kropel wody spadających z sufitu.

– Niech pan nie komplikuje, Motoya. Czy raczej pan woli, generale Wolski? – zapytał po dłuższej chwili wyraźnie wściekły De Soto.

No to cały misterny kamuflaż poszedł w pizdu. Ale przynajmniej parę spraw się wyjaśniło.

– Wiedziałeś od początku? – zapytałem odpalając papierosa.

– Nie, ale się domyśliłem – odparł z zadowoleniem. – Ilu jest ludzi zdolnych zablokować innego admina? Nie odpowiadaj, to pytanie retoryczne. Myślałem, że przyślą tu kogoś z pierwszego pokolenia linii cesarskiej, ale nie. Przyleciał jakiś nieznany nikomu typ, i to któryś z kolei Motoyów. Wtedy zacząłem kopać. Potem to już była prosta eliminacja.

– No to fajnie, przejrzałeś mnie. I co teraz?

– To ty mi powiedz. Przecież nie przysłali mi tu osławionego rzeźnika z Saksonii, żeby miał teraz dylematy moralne. Trochę chyba na to za późno. Więc rób, co potrzeba.

Boże, znów ta Saksonia. Chyba już nigdy się od tego nie uwolnię. Zrobiłem tam parę głupich rzeczy, ale już chyba je odpokutowałem. Albo dopiero odpokutuję. Ta ostatnia myśl sprawiła, że tylko upewniłem się swojej decyzji.

– A jak nie?

– Będziemy zmuszeni ich zneutralizować.

„Zneutralizować”. Ładnie brzmi.

– My? – odezwał się zdziwiony Graham. De Soto spojrzał na niego wściekłością. Dobrze, więc w razie czego, pułkownik zachowa neutralność.

– Chyba się trochę zagalopowałeś, synku – powiedziałem ze spokojem. To wspaniałe uczucie, kiedy już wiesz, co masz robić.

– Och daruj sobie ten protekcjonalny ton, generale – parsknął.

– Myślę, że powinieneś przeanalizować inne rozwiązania.

– Niby jakie? Nie widzę podstaw do tego, żeby puszczać ich wolno.

– A ja nie widzę podstaw do zastosowania dekretu regulacyjnego. Wszyscy oni przyjmują enbiota z własnej, nieprzymuszonej woli, wiedząc jakie konsekwencje może to ze sobą nieść. To po pierwsze. Po drugie: nie ma tu znamion tworzenia nowego potomka, bo proces jest zupełnie inny. I po trzecie; mogę ich wyłączyć, ale w tej chwili są bez żadnego wspomagania farmakologicznego. Zgadza się? – zwróciłem się do Darshuna.

– Zgadza się. W obecnym stanie pozbawienie n’techów może skutkować natychmiastowym szokiem anafilaktycznym i śmiercią.

– No właśnie. Więc Lavanza, nie wymagaj ode mnie, żebym mordował ludzi.

– To podajcie im leki – syknął regulator.

– Żeby ich potem zabić? – zdziwiłem się.

Stał w luźnej pozie, gryząc w sobie jakieś wątpliwości.

– Więc nic nie zrobisz? – spytał.

– Nie.

– Dobrze, wiec sam będę musiał zadbać o sprawiedliwość. Regulatorzy, zabrać ich! – wydał rozkaz.

Ruszył w kierunku schodów podestu. Dotknąłem go lekko w ramię, kiedy mnie mijał. Infopola mojego enbionta bezlitośnie przedarły się przez osłony De Soto, przejmując całkowitą kontrolę. Jego mięśnie zastygły w paraliżu. Wyrżnął w podłogę jak kłoda drewna. Nie zadziera się z adminem.

– Jak już mówiłem, chyba się trochę zapomniałeś synku – Z papierosem zwisającym z kącika ust, niczym u wytrawnego budowlańca nachyliłem się nad sztywnym ciałem. – Chyba za bardzo do serca wziąłeś sobie swoje obowiązki. Albo raczej serca w nich brak. Czas wrócić do korzeni chłopaku, przemyśleć parę rzeczy. Uwierz mi, czasami to potrafi zmienić człowieka.

Sekundy, które mijały w realnym świecie, były eonami w informatycznym. Kiedy wygłaszałem mój monolog kolejne bariery De Soto padały jedna po drugiej, aż dotarłem do jądra kodu.

 

Command;

Stop all active n-biont functions.

Autorization;

N-biont series: 2. System status: active. ID: Felix Xavier Wolski.

Proceed; Yes/No

Yes.

 

Ciało na betonowej posadzce drgnęło. Lavanza zawył pełnym bólu i niewysłowionej straty szlochem.

 – Welcome to the jungle… – zanuciłem pod nosem jakiś kawałek z klasycznego rocka.

 

 

*

 

– Warto było? – spytałem i przerwałem tę cudowną, nieobligującą ciszę.

Elicia stała w tej samej sali konferencyjnej, w której zobaczyłem ją po raz pierwszy. Zamyślona, ze szklanką w ręku, w nieformalnie rozpiętej, jedwabnej koszuli, odległa, wpatrzona w panoramę perłowego miasta. Piękna tak, że aż bolało serce.

– Ty mi powiedz, generale – odpowiedziała z lekkim wyrzutem. Zrobiłem sobie drinka z bogatej oferty niewielkiego baru.

– Przecież sama mnie wezwałaś.

– Nie ciebie, tylko cesarstwo.

– Wszystko jedno. Efekt jest ten sam, równowaga.

– Czyżby? – Odwróciła się ze złością. – Rozwalenie politycznego status quo na całej planecie nazywasz równowagą? Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co narobiłeś? A może jedyne, co się dla ciebie liczy, to twój pieprzony, święty spokój.

– Nie udawaj przejętej. – Rozsiadłem się w fotelu – Wkręciłaś mnie w jakieś śledztwo, a wszystko od początku było pięknie zaplanowane. Prowadziliście mnie za rączkę do celu, żebym pozamiatał Alersa i niezależnych colectores pod dywan.

– I tak trzeba było zrobić, a nie wpierdalać się w jakieś dylematy moralne. Bohater się, kurwa, znalazł. Teraz polecisz w siną dal, a ja tu zostanę z tym całym pierdolnikiem!

Z rozbawieniem obserwowałem wybuch jej złości. Była jeszcze piękniejsza. Feromony i psioniczne fale buzowały w pomieszczeniu niczym kocioł wściekłych os. Normalny człowiek pewnie wpadłby w katatonię tuż po przekroczeniu progu.

– Zaplanowałaś to z nią? – spytałem ze spokojem.

Parsknęła śmiechem i z hukiem rozbiła szklankę o energochłonną szybę.

– A jak myślisz? Jej plany rzadko pokrywają się z planami rodów.

– Życie – stwierdziłem filozoficznie i całkowicie bez emocji. Cała Miu. Blef w blefie, dziel i rządź.

Elicia podeszła do baru i nalała sobie kolejnego drinka. Wypiła jednym haustem.

– No i co teraz generale? – spytała. – Po dwóch dekadach wróciłeś ze świata zmarłych, jesteś mordercą i ściganym przez prawo zbrodniarzem wojennym. Odejdziesz i co będziesz robił?

– Nie wiem. – Dopiłem alkohol i ignorując jej wściekłe spojrzenie i psioniczne emanacje podszedłem do wyjścia. – Na początek, może coś głupiego – rzuciłem już w progu, zanim automatyczne drzwi zamknęły się za mną.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

A co jak Dj już przeczytał twoje opowiadanie i ścina mu się właśnie klawiatura, bo stracił cenny czas, na czytanie wpierw twojego tekstu? :< Pomyślałeś o biednym Jajku?! ^^

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Chyba dotychczas przeczytanym opkom wystawiał ocenę.

Babska logika rządzi!

Czytałem jego post i z tego co pamiętam, to mówił, że oceny wystawi jak przeczyta wszystko.

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Jednak nie poczekałeś na jajopinię? No dobra, do poczytania raz jeszcze ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Primo, Dj i tak musi wszystko przeczytać. Secundo, jakbym miał nadzieję na publikację, to bym nie palił. :) Tertio, jak będę dobry, to kiedyś i tak mnie wydrukują, ale to chyba nie w najbliższym czasie. :)

Dziękuję za wizyty.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Ponieważ opowiadanie jest długie, długo je czytałam, w dodatku na raty. Niestety, tekst nie wywarł na mnie należytego wrażenia i prawdę powiedziawszy, chwilami nieco nudził. Myślę że opowiadanie nie było skierowane do mnie, mimo że występują w nim Regulatorzy. ;-)

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia. :-(

 

–Taka ze mnie ważna per­so­na? – Brak spacji po półpauzie.

 

– Tak tu na­pi­sa­li – mach­nął ta­ble­tem.– Tak tu na­pi­sa­li.Mach­nął ta­ble­tem.

Masz błędy w zapisie dialogów.

 

Po chwi­li ze strug wody po­ja­wia­ły się czar­ne sztur­mo­we ba­li­fle­xy… – Po chwi­li, w strugach wody po­ja­wi­ły się czar­ne, sztur­mo­we ba­li­fle­xy… Lub: Po chwi­li, ze strug wody wyłoniły się czar­ne, sztur­mo­we ba­li­fle­xy

 

No dobra, Pa­no­wie, nie ma co się go­rącz­ko­wać.No dobra, pa­no­wie, nie ma co się go­rącz­ko­wać.

Zwroty grzecznościowe piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Były po­dob­ne do stan­dar­do­wych osłon jakie uży­wa­ły woj­ska ce­sar­skie… – Były po­dob­ne do stan­dar­do­wych osłon, jakich uży­wa­ły woj­ska ce­sar­skie…

 

nie­zręcz­ną sy­tu­acją. W nor­mal­nych wa­run­kach mógł­bym po­trak­to­wać tę ko­micz­ną sy­tu­ację jako afront… – Powtórzenie.

 

widok na roz­le­głe lą­do­wi­sko. Na wy­gnie­cio­nej ty­sią­ca­mi lą­do­wań be­to­no­wej na­wierzch­ni… – Powtórzenie.

 

No ład­nie, pra­wie dałem się zła­pać w ba­nal­ną, che­micz­ną pu­łap­kę.No ład­nie, pra­wie dałem się zła­pać w  ba­nal­ną, che­micz­ną pu­łap­kę.

 

z pod­ło­gi wy­pły­nę­ły stru­gi ja­kie­goś pla­stycz­ne­go ma­te­ria­łu pa­mię­cio­we­go, for­mu­jąc się dwa fo­te­le i ele­ganc­ki sto­lik. – Pewnie miało być: …for­mu­jąc się w dwa fo­te­le i ele­ganc­ki sto­lik. Lub: …for­mu­jąc dwa fo­te­le i ele­ganc­ki sto­lik.

 

Pani Gu­ber­na­tor – za­czą­łem z lek­kim chrząk­nię­ciem… – Dlaczego gubernator jest wielka literą?

 

roz­ru­chy, jakie zda­rza­ły się już wcze­śniej. – …roz­ru­chy, które zda­rza­ły się już wcze­śniej.

 

Znisz­czy­li ha­bi­tat w Noue Co­ra­zon, po czym znik­nę­li dżun­gli… – Znisz­czy­li ha­bi­tat w Noue Co­ra­zon, po czym znik­nę­li w dżun­gli

 

–To spraw­dzo­na in­for­ma­cja? – spy­ta­łem z wa­ha­niem. – Brak spacji po pierwszej półpauzie.

 

ale dalej nie widzę za­sad­no­ści an­ga­żo­wa­nia mojej osoby we­wnętrz­ne roz­gryw­ki rodów. – …mojej osoby w we­wnętrz­ne roz­gryw­ki rodów.

 

Atak na jego osobę mógł po­skut­ko­wać po­waż­nym kon­flik­tem na łonie Do­mi­nium, zwłasz­cza, że ród Aler­sów już od dawna to­czył cichą wojnę z Thane’ami o za­rzą­dze­nie nad za­so­ba­mi Diany.Atak na jego osobę mógł skut­ko­wać po­waż­nym kon­flik­tem w łonie Do­mi­nium, zwłasz­cza że ród Aler­sów już od dawna to­czył cichą wojnę z Thane’ami o za­rzą­dze­nie za­so­ba­mi Diany.

 

a ad­re­na­li­na uto­pi­ła świat w lep­kim sma­rze . – Zbędna spacja przed kropką.

 

Zaj­mu­jąc od­po­wied­nią po­zy­cję, za­pę­dzi­łem do ro­bo­ty wszel­kie re­zer­wy, jakie jesz­cze drze­ma­ły w na­no­ko­mór­ko­wych kon­wer­te­rach gra­wi­ta­cji en­bion­ta.…wszel­kie re­zer­wy, które jesz­cze drze­ma­ły…

 

Trud­no dążyć sym­pa­tią kogoś, kto ma prawo zabić cię w każ­dej chwi­li. – Istotnie, niełatwo sympatią jest dążyć, bo pomimo zdążania, nie ma gwarancji, że się zdąży. ;-)

Trud­no darzyć sym­pa­tią kogoś, kto ma prawo zabić cię w każ­dej chwi­li.

 

Dra­stycz­ne roz­wią­za­nie, ale nikt jesz­cze nie wy­my­ślił nic lep­sze­go, co mogło by pomóc… – …nic lep­sze­go, co mogłoby pomóc

 

Co praw­da, każdy szla­chet­nie od­ro­dzo­ny ma wolną rękę wy­bo­rze kan­dy­da­ta na po­tom­ka… – …ma wolną rękę w wy­bo­rze kan­dy­da­ta na po­tom­ka

 

– Chyba jak każdy – od­rzekł ze wy­ru­sze­niem ra­miom. – Czymże są ramiomy i dokąd wyruszyły? ;-)

Pewnie miało być: – Chyba jak każdy – od­rzekł ze wz­ru­sze­niem ra­mion.

 

Byłem zły na sie­bie, że pierw­szym razem go nie przej­rza­łem.Byłem zły na sie­bie, że za pierw­szym razem go nie przej­rza­łem.

 

Na nic po­mo­gły ce­sar­skie pa­pie­ry i na­ci­ski Thane’ów.Na nic się zdały ce­sar­skie pa­pie­ry i na­ci­ski Thane’ów.

 

Na lą­do­wi­sku cze­kał, De Soto vel La­van­za ze swo­imi ludź­mi oraz nie znany mi dry­blas. – …oraz nieznany mi dry­blas.

 

Umun­du­ro­wa­ny w zie­lo­ny uni­form facet… – Masło maślane.

Proponuję: Ubrany w zie­lo­ny uni­form facet

 

skoro ścią­gnię­to tutaj jedną z super–taj­nychsuper–cen­nych ma­szyn wy­wia­du? – …skoro ścią­gnię­to tutaj jedną z supertaj­nychsupercen­nych ma­szyn wy­wia­du?

 

nie będą ry­zy­ko­wać po­wtór­ki z wojen na tle na­ro­do­wo­ścio­wo–re­li­gij­nym. – …nie będą ry­zy­ko­wać po­wtór­ki z wojen na tle na­ro­do­wo­ścio­wo-re­li­gij­nym.

 

Przez kilka po­ko­leń nowe ko­lo­nie roz­wi­ja­ły w się miarę sta­bil­ny spo­sób… – Przez kilka po­ko­leń nowe ko­lo­nie roz­wi­ja­ły się w miarę sta­bil­ny spo­sób

 

Być może takie sta­tus quo zo­sta­ło­by utrzy­ma­ny jesz­cze przez długi czas… – Literówka.

 

Na sze­ro­kich jak au­to­stra­dy ko­na­rach roz­cią­ga­ją się całe po­la­ny pa­so­żyt­ni­czej ro­ślin­no­ści. – Raczej: …roz­cią­ga­ją się całe po­łacie pa­so­żyt­ni­czej ro­ślin­no­ści.

 

Ba­da­my selvę od pra­wie dwu­stu lat, a do tej pory mamy dane kar­to­gra­ficz­ne jakiś pięt­na­stu pro­cent te­re­nów po­ni­żej dru­gie­go po­zio­mu. – …dane kar­to­gra­ficz­ne jakichś pięt­na­stu procent

 

Wpa­da­my za­sadz­ki i go­ni­my za cie­niem… – Wpa­da­my w za­sadz­ki i go­ni­my za cie­niem

 

To zna­czy dzia­ła, ale wy­ni­ku zmian w bio­che­mii mózgu, nie w ten spo­sób co na nor­mal­nych ludzi. – Czy tu miało być: …ale w wy­ni­ku zmian w bio­che­mii mózgu

 

to wy­czu­wa­łem, że cała sy­tu­acja nie cał­kiem przy­pa­dła mu do gustu. Całe szczę­ście… – Powtórzenia.

Może: …to wy­czu­wa­łem, że cała sy­tu­acja niezupełnie przy­pa­dła mu do gustu. Na szczę­ście

 

szcze­gól­nie kiedy pa­raf­ka pod do­ku­men­tem po­cho­dzi z naj­waż­niej­szej ręki w im­pe­rium. – Wolałabym: …szcze­gól­nie, kiedy pa­raf­kę pod do­ku­men­tem postawiła naj­waż­niej­sza ręka w im­pe­rium.

 

Nie mu­sia­łem się więc uże­rać się z jakąś we­wnętrz­ną opo­zy­cją. – Pierwszy zaimek zbędny.

 

In­dia­nie zo­sta­li tu osie­dle­ni z za­da­niem przy­go­to­wa­nia ha­bi­ta­tów pod przy­szłe wy­pra­wy ba­daw­cze i zbie­ra­niu pró­bek. – …i zbierania próbek.

 

Tro­chę to się nie uśmie­cha­ło Alva­re­zem, bo po co im in­we­sty­cja… – Tro­chę to się nie uśmie­cha­ło Alva­re­zom, bo po co im in­we­sty­cja

 

Kiedy oka­za­ło się, że pla­ne­ta kipi ży­ciem, do­sta­li swoje ręce klej­not… – …do­sta­li w swoje ręce klej­not

 

Zgo­dził się ze sztucz­nym en­tu­zja­zmem po­rucz­nik i do­peł­nił nasze szkla­necz­ki ze świe­żo otwar­tej bu­tel­ki. – Naprawdę? Szklaneczki były ze świeżo otwartej butelki? ;-)

Proponuję: Zgo­dził się ze sztucz­nym en­tu­zja­zmem po­rucz­nik i, otworzywszy nową butelkę, do­peł­nił nasze szkla­necz­ki.

 

Do­pie­ro kon­takt z ultra–ka­to­lic­ki­mi mi­sjo­na­rza­mi z Espe­ran­zy spo­wo­do­wał pewne prze­war­to­ścio­wa­nie ich sys­te­mu wie­rzeń.Do­pie­ro kon­takt z ultraka­to­lic­ki­mi misjonarzami

 

Praw­da? – zgo­dził się mu­rzyn.Praw­da? – zgo­dził się Mu­rzyn.

 

Jed­nak nie sadzę, że jako do­wód­ca nie ma pan ab­so­lut­nie żad­ne­go zda­nia. – Literówka.

 

Moim zda­niem, jako do­wód­cy – po­wie­dział twar­do i po­wo­li – to mam się zająć wy­ko­ny­wa­niem roz­ka­zów . – Zbędna spacja przed kropką.

 

zie­lo­ne łany rów­nin stre­fy umiar­ko­wa­nej. Cią­gnę­ły się ła­god­ny­mi pa­gór­ka­mi i wzgó­rza­mi przez nie­speł­na go­dzi­nę … – W jaki sposób łany równin ciągną się w czasie? ;-)

 

Costa de la Espe­ran­za nie miało tyle szczę­ścia do lo­ka­li­za­cji, co Las Per­las . – Zbędna spacja przed kropką.

 

Je­dy­ne oświe­tle­nie w ga­bi­ne­tu sta­no­wi­ła nie­wiel­ka lamp­ka… – Zbędny spójnik, zbędna spacja przed lampką

 

Dla­te­go teraz mo­gli­śmy się cie­szyć cał­ko­wi­tą pry­wat­no­ścią, pod­czas tego ma­łe­go ran­dez–vous z se­nio­rem–za­ło­ży­cie­lem rodu. – …pod­czas tego ma­łe­go ren­dez-vous z se­nio­rem-za­ło­ży­cie­lem rodu.

 

Dwa­dzie­ścia trzy lata, jakie upły­nę­ły od na­sze­go ostat­nie­go spo­tka­nia… – Dwa­dzie­ścia trzy lata, które upły­nę­ły od na­sze­go ostat­nie­go spo­tka­nia

 

Vince wy­co­fy­wał się tyłem w kie­run­ku drzwi. – Czy zdarzało się, że Vince cofał się przodem? ;-)

Vince wy­co­fy­wał się w kie­run­ku drzwi.

 

Przez jego ramię za­uwa­ży­łem, jak w świe­tle ko­ry­ta­rza po­ja­wia­ła się przy­sa­dzi­sta syl­wet­ka Ósem­ki blo­ku­jąc wyj­ście. – Naprawdę zauważył przez ramię? Było przezroczyste? ;-)

Proponuję: Ponad jego ramieniem za­uwa­ży­łem…

 

a en­biont prze­szedł w tryb bo­jo­wy kon­tro­lu­jąc unik. Nie lu­bi­łem tra­cić nad sobą w ten spo­sób kon­tro­li… – Powtórzenie.

 

Czu­łem jak krew spły­wa mi po­ra­nio­nej twa­rzy… – Czu­łem jak krew spły­wa mi z/ po po­ra­nio­nej twa­rzy

 

Jego skóra za­fa­lo­wa­ła jakiś ame­bo­idal­nym ru­chem ab­sor­bu­jąc nowy bu­du­lec… – Jego skóra za­fa­lo­wa­ła jakimś ame­bo­idal­nym ru­chem, ab­sor­bu­jąc nowy bu­du­lec

 

Ce­lo­wa­łem w le­żą­ce bez­ład­nie ciało. – Czy ciało naprawdę nie było uporządkowane i leżało chaotycznie? ;-)

Ce­lo­wa­łem w le­żą­ce bezw­ład­nie ciało.

 

U pod­nó­ża scho­dów za­trzy­ma­ło się kilka po­jaz­dów, wy­sy­pa­ła się jakaś grup­ka ludzi. – Raczej: U pod­nó­ża scho­dów za­trzy­ma­ło się kilka po­jaz­dów, wy­sy­pa­ła się grupka jakichś ludzi.

 

krzyk­nął ubra­ny w biały, za­pię­ty pod szyję ach­kan, hin­dus. – …krzyk­nął ubra­ny w biały, za­pię­ty pod szyję ach­kan, Hin­dus.

 

Cier­pli­wo­ści – od­parł hin­dus.Cier­pli­wo­ści – od­parł Hin­dus.

 

Duma przed­upad­ko­wych ge­no­in­ży­nie­rów i prze­kleń­stwo „ubra­nych” w te ulep­sze­nie ludzi. – …to ulep­sze­nie ludzi. Lub: …w te ulep­sze­nia ludzi.

 

Hin­dus po­pa­trzył się bez­na­mięt­nie.Hin­dus po­pa­trzył bez­na­mięt­nie.

 

Nie mieli wyj­ścia, jak to tłu­ma­czył Dar­shun. po­stę­po­wa­nie… – Po kropce brakuje wielkiej litery.

 

znik­nię­cie, se­nio­ra rodu mogło po­cią­gnąć za sobą trud­ne do przy­wi­dze­nia skut­ki… – Istotnie, zdarzają się przywidzenia, których skutków nie przewidzi nawet jasnowidz. ;-)

znik­nię­cie, se­nio­ra rodu mogło po­cią­gnąć za sobą trud­ne do przewi­dze­nia skut­ki

 

Do Sali, ni­czym jakiś an­tycz­ny go­liat, wkro­czył Gra­ham… – Cóż to za ważna sala, że została napisana wielka literą. ;-)

 

Jak to dzia­ła? – spy­ta­łem hin­du­sa, wska­zu­jąc na po­jem­nik.Jak to dzia­ła? – spy­ta­łem Hin­du­sa, wska­zu­jąc po­jem­nik.

 

Z wa­ha­niem po­ło­ży­łem rękę na cie­plej po­wierzch­ni szkła. – Literówka.

 

Ale przy­naj­mniej parę spraw się wy­ja­śni­ło. – Wie­dzia­łaś od po­cząt­ku? Wie­dzia­łeś od po­cząt­ku?

 

Nie widzę po­staw do tego, żeby pusz­czać ich wolno.Nie widzę po­dstaw do tego, żeby pusz­czać ich wolno.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O gwiazdka! Poczułem się jak w święta, bo już dawno zwątpiłem, że ktoś tu jeszcze zajrzy. :)

Dziękuję Regulatorko, za jak zwykle cenne uwagi. Jak widać, nadal długa droga jeszcze przede mną. 

Pozdrawiam.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Cycki!

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

I przeczytane, niech ocena mówi za siebie

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Chyba mam zawał…

Dzięki Didżeju (za ocenę , nie zawał). :)

A teraz idę sobie popluć w brodę… Hły-hły. :P

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Kropa, bo muszę wczytać i sprawdzić, czy i o ile lepiej jest z kompozycją.

 

A dla całej reszty świata: przygodowa space opera. Ryba swoje zastrzeżenia miał przy testach, więc opinii publicznej jeszcze niet ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ojej, Fishu, dzięki, że Ci się chce, bo to dłuuugie niemożebnie.

Mogę Ci zaoszczędzić trochę czasu, komunikując, że przenosiłem kilka początkowych opisów dalej, co przyspieszyło zawiązanie akcji o całe dwie (!) (wiem, i tak mało) strony. Powycinałem trochę, i to tyle. Wątków o których wspomniałeś nie rozwijałem, bo historia rozrosłaby się ponad miarę (próbowałem i mam teraz “wersje reżyserską” która ma ponad 130k i końca nie widać).

I tak, to. Dzięki za komcia i jeszcze raz za betę. :)

 

Edit: Minął rok, i z perspektywy czasu teraz parę rzeczy zrobiłbym inaczej, ale tak zgłosiłem do konkursu i niech tak zostanie. Co będzie, to będzie. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Ha! Przeczytałem do końca! Dobrze wykreowany świat. Świetny pomysł z “colectores”. Takie z lekka latynoskie klimaty i bardzo tu pasują, zwłaszcza w kontekście łączenia klimatów SF z religijnymi. Wcale bym się nie obraził o kilka stron więcej, jeśli pozwoliłoby to rozwinąć parę wątków, ale nie czepiajmy się. Podsumowując – kawał dobrego SF.

Niezła promocja, Zalth! (Psiakrew, jak Twój nick się odmienia?)

Babska logika rządzi!

Ale ja ten tekst naprawdę przeczytałem. Słowo honoru! No fakt zajęło mi to prawie miesiąc i dopiero dokończyłem. Nie przeczę też, że sukces tego opowiadania w konkursie tak jakby trochę mnie zmotywował do dokończenia lektury.

A czy ktoś twierdzi, że nie przeczytałeś? Też czytałam, ale podczas betowania, a wtedy tekst wyglądał trochę inaczej.

Babska logika rządzi!

Gwiazdka przy opowiadaniu zawsze cieszy, bo jednak ktoś to czyta, a jaszcze więcej radości dają pozytywne opinie. Dzięki, Strafer!

Finklo, nie mam zielonego pojęcia, jak to odmieniać. :D

A co promocji, to zacytuję już klasyków z “Ani mru-mru”: “chłyt maketnigowy!” :)

 

 

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Fajni klasycy. Ale oni mieli kopytki… A zwrot chyba wszedł do języka. To się nazywa skecz!

Babska logika rządzi!

Zapowiada się niezła rozróba. Przeczytałem do trzeciej gwiazdki i już mi się podoba.

Protagonista nawiązujący do nieustępliwych bohaterów z klasycznych, kryminalno-sensacyjnych fabuł. Trochę też do takich badassów jak Jack Reacher albo John McClane, z którymi lepiej nie zadzierać. A jeśli chodzi o space opery, to do kolesi typu Takeshi Kovacs (pierwsze skojarzenie) tudzież główny gość z “Migotliwej Wstęgi” A. Reynoldsa, czy choćby ten, jak mu tam – Riddick ;) To są prawdziwi faceci, a nie żałosne cipki, jak dający sobą pomiatać Harry Potter, wrażliwy Frodo albo inny krasnal Hałabała ;D Hehe. No, ale co dla cieniasów, to dla cieniasów, a co dla prawdziwych mężczyzn, to dla prawdziwych mężczyzn ;)

Opowiadanie napisane w adekwatnym, bardzo dobrym, pierwszoosobowym stylu (teraz to już pełna powaga). Przynajmniej na razie. Na coś takiego miałem właśnie nadzieję, pamiętając Twój debiut – z tym samym bohaterem w roli głównej, o ile się nie mylę :) Teraz musiałem przerwać czytanie, ale na pewno tu wrócę.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

O Super! Dzięki wizytę!

Z niecierpliwością czekam aż przeczytasz. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Hej :) Przeczytałem.

Można się czepnąć interpunkcji i literówek, ale to czasami tylko. Zdziwiło mnie, że keratynowe włosy zostały przedstawione jako coś specjalnego.

Ciekawy świat, ładne opisy, zacne dialogi. Wbrew pozorom niełatwo jest napisać coś podobnego, tzn. dobrze czytające się opowiadanie akcji z angażującym bohaterem, a jeszcze dodatkowo w intrygujących realiach. Spodziewałem się może, że zadzieje się trochę więcej, a głównemu będzie trochę trudniej, ale tak naprawdę czuję się usatysfakcjonowany, zdecydowanie. Dzięki za kawałek porządnej rozrywki, Zalth.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Elo!

Na wstępie, ogromne dzięki za lekturę. :)

Protagonista nawiązujący do nieustępliwych bohaterów z klasycznych, kryminalno-sensacyjnych fabuł. – Sama prawda. Uwielbiam takich bohaterów. Jako dziecko PRLu wychowałem się na klasykach nośnika VHS takich mistrzów aktorstwa jak Norris, Van Damme, Bronson, Seagal, Willis (oraz wielu innych anonimowych bohaterów filmów “karate”), westernach Leone i Wayne, książkach Chandlera, Ludluma, McLeana, Cusslera czy w końcu Howarda. Bohater, to kuźwa! bohater i musi być twardy.

Inaczej nie byłby bohaterem. ;)

 

Można się czepnąć interpunkcji i literówek, ale to czasami tylko. – Niestety… :( Sam wyłapałem kilka jak tu wczoraj zajrzałem. Z jednej strony to źle, bo to błędy, a z drugiej dobrze, bo skoro je widzę, to robię jakiś postęp. Obiecuję poprawić w wolnej chwili. :)

 

Zdziwiło mnie, że keratynowe włosy zostały przedstawione jako coś specjalnego. – Kurczę, będę musiał przejrzeć ten fragment, bo chyba wyszło niejasno.

 

Spodziewałem się może, że zadzieje się trochę więcej, a głównemu będzie trochę trudniej – Bo to książka miała być… A na konkurs musiałem pogonić akcję. Ciąłem jak się dało, a i tak mocno przekroczyłem limit znaków. Istnieje obecnie wersja reżyserska która ma prawie 250k. Może kiedyś, gdzieś…

No!

Jeszcze raz serdecznie dziękuję za przeczytanie, komentarz i przede wszystkim klika! Bardzo się cieszę, że nie nudziłem. :)

Pozdro!

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Fajne :)

Ooo… Jaka miła niespodzianka.

Dzięki. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Nowa Fantastyka