- Opowiadanie: Nevaz - Magiczne Karty

Magiczne Karty

Opowiadanie o przygodzie, która przytrafiła się pewnej Amerykance w kolumbijskiej dżungli.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Magiczne Karty

Jane raczej współczuła tubylcom. Wiele wycierpieli od zarządu Texecorp. Gdy spółka oficjalnie ogłosi bankructwo, będą cierpieć jeszcze więcej.

Cóż… To nie jej wina. Była tylko jednym z regionalnych menedżerów i dobrze wykonywała swoją robotę. Jeśli firma miała problemy finansowe, to nie przez Jane. I nie Jane poniesie konsekwencje. Już jako mała dziewczynka wiedziała, że nie można trzymać wszystkich pieniędzy w jednej skarbonce.

Osobiście, nie żałowała Texecorpu. To będzie okazja do życiowych zmian na lepsze. Praca i tak już ją nudziła. Amerykanie, którzy pracowali w zakładach koncernu byli przewidywalnymi nudziarzami. Kolumbijczykom nie ufała. Uśmiechali się i życzyli miłego dnia, ale czuła że nigdy nie przestanie być między nimi obca. I ten język… Nie lubiła hiszpańskiego.

Poza tym tęskniła za domem. W tropikalnym klimacie Kolumbii nigdy nie mogła odetchnąć pełną piersią. Potrzebowała prawdziwego, amerykańskiego hamburgera podanego przez blondyneczkę w schludnym fartuszku. Miała ochotę gryźć go wielkimi kęsami w przydrożnym… Nie – w przyautostradowym – barze, udekorowanym gwieździstymi sztandarami. Nigdy nie była pewna czy kolumbijski kucharz podaje jej wołowinę czy kapibarę. Wielu z nich w ogóle nie mówiło po angielsku, więc nie miała jak spytać!

Jane miała gest. Służąca nigdy nie zalazła jej za skórę, więc pożegnała ją wachlarzem z podobiznami Benjamina Franklina i Ulyssesa Granta. María wybiegła z pokoju bez słowa. Dziwna dziewczyna pomyślała Jane i wzruszyła ramionami na niewdzięczność Latynoski. Chwilę później pomoc domowa wróciła, trzymając w ręku talię podniszczonych kart. Rozłożyła je na stoliku w skupieniu. Zmrużyła oczy i przygryzła wargę. Jane śledziła jej ruchy zaintrygowana. Nigdy wcześniej dziewczyna nie oferowała jej podobnego seansu. Chociaż… Zawsze sprawiała wrażenie Cyganki, albo kogoś w tym rodzaju. Te kwiaciaste chusty i okrągłe kolczyki… Nie było jak zapytać, bo po angielsku ledwie dukała. Może teraz też chciała się pożegnać? María pociągnięciem dłoni w powietrzu wskazała Jane karty, sugerując wybranie jednej z nich.  

Karta przedstawiała królową na tronie, z dużą złotą monetą w dłoniach.

La Reina de Oros – wyszeptała dziewczyna.

Jane nie zrozumiała. Mimo wszystko zaśmiała się i powiedziała:

– No no, ta babka nawet do mnie pasuje. Ubiera się stylowo, pracuje na siedząco i dobrze zarabia. A niech cię mała, ucałuj jeszcze Bena Franklina od cioci Jane!

Dziewczyna przyjęła studolarowy banknot i pozbierała karty. Potem położyła dłoń na policzku, w zamyśleniu. Wyciągnęła opakowanie kart w stronę Amerykanki.

– Nie, nie, nie musisz mi ich dawać.

Nie była pewna, czy służąca rozumie. Zamiast jasnej odpowiedzi usłyszała pojedyncze słowa:

– Zadziałały. Dla ciebie. Przeznaczenie. Uważaj. Ostrożnie.

– Dobrze, skoro nalegasz. To będzie moja pierwsza pamiątka z Kolumbii!

Oczywiście planowała zakup innych pamiątek. Przed wyjazdem czekał ją intensywny shopping. Przedtem postanowiła jeszcze posłuchać kolegów z pracy i wybrać się do amazońskiej dżungli. To w końcu ostatnia okazja!

Harry i Ralph polecili jej agencję turystyczną. Podskakując na wyboistej drodze na poobrywanym siedzeniu żółtego, szkolnego autobusu zastanawiała się czy nie chcieli zrobić jej głupiego psikusa. Nie była już licealistką i oczekiwała odrobinę wyższego standardu. I jeszcze ten skwar! Oby ta dżungla okazała się warta zachodu, westchnęła, poprawiając ruszający się zagłówek. Obok niej usadowił się grubawy facet nieprzestający rozmawiać przez telefon po hiszpańsku. A może po portugalsku? Wciąż sprawiało jej problem odróżnienie… Inni jasnoskórzy turyści wymieszali się z pasażerami o hispanoamerykańskich rysach. Umundurowani w kapelusze, okulary przeciwsłoneczne i nowoczesne telefony: aparaty fotograficzne jutra. Grupka młodych ludzi rozmawiała po angielsku. Słyszała wyraźnie, że to nie ich pierwszy język. Chłopak w bananowej bandanie udawał, że trzyma w dłoniach karabinek automatyczny i strzela do swoich kolegów. Ratatatata! Usłyszała ich roześmiane krzyki:

– Rambo! Rambo!

Gówniarze. Przecież to nic śmiesznego. Harry mówił jej, tym swoim przemądrzałym głosem, że ta część dżungli jest bezpieczna. Że dużo w niej rządowego wojska, bo jest blisko granicy. To i tak nie był temat do żartów! Fabryka Texecorpu miała własnych, uzbrojonych ochroniarzy, tak na wszelki wypadek, ale nie przysługiwali oni menedżerom na wycieczki do dżungli. W sumie szkoda, bo jeden z tych chłopaków miał ciało elektryzujące jak porcja kokainy. Specjalnie chodził w obcisłym mundurze? Rozmarzyła się.  

Autobus zatrzymał się. Kilku uzbrojonych facetów w zieleni pojawiło się na drodze pokazując coś kierowcy. Kontrola wojskowa. Przykleiła twarz do okna, lekko poirytowana, ale ciekawska. Byle szybko, przecież nie mam całego dnia! pomyślała. Kierowca spytany o coś przez żołnierza pokręcił gwałtownie głową. Tamten wyjął pistolet, przyłożył rozmówcy do czoła i pociągnął za spust. Krzyk Jane, z chórem innych, niemal wysadził szyby autobusu.

– Kurwa mać. To nie jest naprawdę. To nie jest naprawdę.

Mówiła sama do siebie, jej głos nikł w chaosie i hałasie. Kilku uzbrojonych „żołnierzy” opanowało autobus, jeden zastąpił kierowcę. Brodate twarze mieli pomalowane czarnymi i zielonymi farbami. Pachnieli wędrówką przez dżunglę. Któryś z pasażerów wyciągnął telefon. Podbiegli do niego. Zaczęli bić po głowie. Jane znowu krzyknęła. Wszystko przewracało jej się w żołądku. Najgorsze było trzęsienie się galaretowatych nóg grubasa na siedzeniu obok. Nie pozwalało choćby spróbować się uspokoić.

Nie dojechali daleko, a może tak jej się tylko zdawało. Z bocznej drogi w „jeszcze bardziej boczną” (czy te niedbale wykarczowane prześwity w cholernej amazońskiej dziczy można w ogóle nazwać drogami?!). Trafili do obozu. Baraki były zakamuflowane liśćmi i siatkami maskującymi. Partyzanci postawili nawet zasieki z drutu kolczastego i zmontowali wieżyczki strażnicze ukrywszy je pomiędzy drzewami. Odwróciła wzrok od okna widząc natarczywe spojrzenie żołnierza. Bała się, że i ją uderzy.

Szturchnięciami wygonili ich z autobusu. Na miejscu czekał dowódca oddziału (poznała go po cygarze i ogromnych okularach przeciwsłonecznych).

– Witamy w obozie Calavera! ¡Señores y Señoras, pasaportes, por favor!  

Pomocnicy komendanta zabierali im dokumenty. Inni żołnierze pędzili zakładników w stronę baraków. Lufami kałasznikowów zachęcali niezdecydowanych. Jane drżącą dłonią podała swoje papiery:

Zadowolony komendant wyciągnął cygaro z ust i krzyknął:

Gringa! Doskonale!  

Potem wytrzepał zawartość torebki i znalazł identyfikator Texecorpu. Podniósł go i ucałował z drwiną. Dodał:

– No złotko, chyba trafisz do poczekalni dla VIP-ów.  

– Pérez, zaprowadź ją do mojej chatki.

Człowiek nazwany Perezem miał szeroką bliznę na szyi, jakby ktoś kiedyś próbował obciąć mu głowę maczetą. Kędzierzawa broda zamiast ją maskować, przydawała groteski. Zmierzył Jane wzrokiem, oblizując się jak iguana. Zapytał:

Jefe, mogę ją trochę zmiękczyć? Może zna jakieś sekrety?

– Nie tym razem Diablo! Pamiętasz co zrobiłeś z poprzednią?  

Przestała zwracać uwagę na wszechogarniające gorąco, gdy zastrzelili kierowcę. Teraz zdała sobie sprawę, że plecy zrasza jej lodowaty pot. Pérez kiwnął głową komendantowi: rozczarowany, ale posłuszny. Złapał Jane brutalnie, niemal wykręcając jej ręce i bardziej zaniósł ją, niż zaprowadził do chaty.

– Może komendant jeszcze zmieni zdanie, suczko – burknął jej na pożegnanie z nadzieją w głosie. Brakowało mu przynajmniej pięciu zębów.  

Wtedy do niej dotarło. Texecorp lada dzień ogłosi bankructwo. A jeśli ci ludzie nie dostaną za nią pieniędzy?! „Może komendant jeszcze zmieni zdanie”. Szarpnęła drzwi. Były zamknięte na klucz. Rozejrzała się po pomieszczeniu: w środku było nieco improwizowanych mebli, paczka cygar, plakat z Che Guevarą i kilkanaście plastikowych kanistrów. Odkręciła jeden z nich. Zakręciło jej się w głowie od oparów etanolu. Tak partyzanci radzą sobie z trudami życia w dżungli… pomyślała. Sama chętnie by się napiła, dla odwagi, choćby to był czysty spirytus. Nie widziała jednak żadnych szklanek ani kieliszków, a nie miała ochoty chłeptać cieczy prosto z kanistra.

Oprócz tego nie znalazła nic co mogłoby pomóc. Torebkę opróżnili jej na samym początku. Zaraz… W kieszeni miała jeszcze zapalniczkę, którą zabrała Ralphowi, wspierając go w rzucaniu palenia. I coś jeszcze… Karty, które dała jej María. Wyciągnęła talię, i rozłożyła na stoliku komendanta naśladując ruchy swojej służącej. Wszystko było dobre, żeby nie myśleć o beznadziejnej sytuacji.

Rozległy się strzały, a potem krzyki zakładników. Cieniutki kartonik zadrżał Jane w dłoni. Jeżeli Texecorp nie zapłaci, zabiją ją bez wahania. Musi uciekać! Odwróciła kartę. Przedstawiała kielich. Spojrzała raz jeszcze na pojemniki z alkoholem. Potem na zapalniczkę. Cholera, raz się żyje. Jeśli myślą, że jestem coś warta i tak mnie nie zabiją, a jeśli zrozumieją że nie… Ale co potem? Może dowiem się z kart? Niemal się uśmiechnęła, zatrzymawszy się z myślą nad własną naiwnością. Pociągnęła kolejną kartę z talii. Wieża? Wyjrzała przez okno. Wieżyczka strażnicza wyglądała na pustą. Przesunęła kanistry pod ścianę, rozlała nieco alkoholu pod nimi. Wyciągnęła zapalniczkę i zapaliła cygaro. Skuliła się w przeciwległym rogu chaty. Kaboom!

Ściana chaty rozleciała się w drzazgi, a Jane syknęła poparzona ognistym podmuchem. Rzuciła się do biegu i zanim partyzanci opanowali chaos w obozie, siedziała już ukryta w wieżyczce strażniczej. Cholera, María. Te Karty… Co teraz?

Już bez zastanowienia wyciągnęła kolejną. Przedstawiała wisielca: uśmiechniętego mężczyznę zwisającego na linie przywiązanej do nogi. Że co mam niby zrobić, powiesić się? Spoconą dłonią wyciągnęła jeszcze jedną kartę. Przedstawiała rydwan.

Jane wyjrzała przez szparę w gałęziach zbitych w osłonę wieżyczki. Guerrilleros biegali w agresywnym amoku, przetrząsając okoliczne zarośla. Wtedy ujrzała… rydwan. Stary, wojskowy jeep. Jak się do niego dostać? Wisielec… Z siatki maskującej na dachu wieżyczki zwisała długa lina.

Nie, idiotko, nie zrobisz tego pomyślała. To będzie większy błąd, niż twoje pierwsze małżeństwo!  

Okręciła linę wokół dłoni i trzymając mocno skoczyła w kierunku samochodu. Szorstkie włókna poraniły skórę Jane. Nie miała czasu nawet syknąć z bólu. Partyzanci zauważyli ją od razu, ale przez moment stali otępiali z zaskoczenia. Kluczyk był w stacyjce. Ruszyła, wbijając pedał gazu w podłogę i krzycząc dziko z emocji.  

Nie miała pojęcia gdzie jest, ale nie widziała jeszcze żadnych skrzyżowań ani odnóg, więc po prostu jechała przed siebie. Zaglądała nerwowo w lusterko, ale nikt jej nie gonił. Nie zwróciła uwagi, czy w obozie było więcej aut. Na pewno był tam autobus, którym przyjechali… Rozpędziła maszynę tak bardzo jak to było możliwe, by nie wypaść z drogi. Wciąż zero śladu pościgu… A na pewno są tam, w dżungli, depczą jej po piętach. Przeniosła wzrok z lusterka na drogę i zahamowała gwałtownie. Przejazd zagradzał konar. Wybiegła z auta. Spróbowała przesunąć przeszkodę, ale nie dała rady. Podbiegła do bagażnika żeby sprawdzić czy jest tam coś, czego może użyć, sama nie wiedziała co.

Nie było linki holowniczej, ani siekiery. Jakaś stara apteczka, zapasowe koło, skrzynka z narzędziami, magazynki do kałasznikowa. Drżącą ręką, mokrą od potu i krwi wyciągnęła kartę z talii.

Diabeł.

Diabeł musi oznaczać piekło, czyli ogień. Może odlać benzyny z baku i podpalić drewno? Nie widziała żadnego naczynia, w które mogłaby przelać paliwo. Diabeł ma widły. Może w bagażniku są jakieś widełki, które mogę przymocować do zderzaka i zepchnąć gałąź? Pochyliła się żeby poszukać i wtedy poczuła uścisk ogromnej dłoni we włosach i bolesne szarpnięcie. Reinaldo Pérez, El Diablo, stał za nią śmierdzący tytoniem i obozowym rumem. W dłoni trzymał maczetę.  

– Znowu się spotykamy – syknął przez szpary w zębach. El comendante to mój towarzysz broni i kocham go jak ojca. Na pewno chciałby dostać za ciebie mnóstwo zielonych dolares. Ale każdy syn bywa czasem marnotrawny. El jefe nie musi wiedzieć, że znalazłem cię żywą. Las pirañas ogryzą cię do malutkich kosteczek. Tylko najpierw przeprosisz mnie, że ukradłaś dżipka, zrozumiałaś, gringa?

Jane walczyła jak lwica, wymachując rękoma, wierzgając i kopiąc. Karty wysypały się miedzy kałużami na błotnistej nawierzchni. Kilka z nich odsłoniło się, upadając w rzędzie tuż obok. Już ich nie zobaczyła.

Układ tworzyły figury rózgi, kochanków i miecza. Nad nimi był jeszcze jeden mały, papierowy prostokąt. Przedstawiał rycerza na koniu w czarnej zbroi, z uniesioną zasłoną hełmu, pod którą bielała czaszka. Śmierć.  

 

Koniec

Komentarze

1. Nie jestem mistrzem gramatyki, ale coś tam <chyba> wyłapałem:

 

“Jeśli firma miała problemy finansowe, nie przez Jane.”

Nie pasowało by po przecinku wstawić “to”?

 

Rozłożyła je na stoliku w skupieniu, mrużąc oczy i przygryzając usta.”

Nie jestem ekspertem, ale poprawiłbym to zdanie. 

 

“hispanoamerykańskich rysach”

A nie hiSZpano? Ja tam nie wiem… 

 

“Przykleiła twarz do okna, lekko poirytowana ale ciekawska”

Przed ale nie powinno być przecinka? 

 

“(czy te niedbale wykarczowane prześwity w cholernej amazońskiej dziczy można w ogóle nazwać drogami?!)”

Gdzieś pod jakimś opowiadaniem kiedyś ktoś wspomniał mi, że się tak nie robi. Tzn, nie pisze zdania w nawiasie. Mimo, iż nie raz widziałem w książkach taki zabieg.

 

“Witamy w obozie Calavera! ¡Señores y Señoras, pasaportes, por favor!”

To już według mnie tylko popisywanie się ;PP W ogóle dla mnie zamiast dodawać jakiegoś, nie wiem w założeniu chyba realizmu/klimatu, te hiszpańskie wstawki wyglądają tandetnie (co chyba nie było zamiarem) skoro i tak przez większość czasu postaci mówią po polsku (żart z tym polskim ;P ). 

 

“Przestała zwracać uwagę na wszechogarniające gorąco gdy zastrzelili kierowcę.”

Chyba powinien znaleźć się przecinek.

 

btw. “Bała się, że i ją uderzy.” 

O coś innego bać się powinna kobieta w jej sytuacji ;) 

 

“Teraz zdała sobie sprawę, że plecy zrasza jej lodowaty pot.”

Nie podoba mi się to zdanie, powinno jakoś inaczej wyglądać :(  Kojarzy mi się z lodowym potem stojącym za Jane i polewającym jej plecy wodą. 

 

“Złapał Jane brutalnie, niemal wykręcając jej ręce i bardziej zaniósł ją, niż zaprowadził do chaty.”

To też mi się średnio podoba, ale to chyba już czepialstwo ;) 

 

“– Może komendant jeszcze zmieni zdanie, suczko – burknął jej na pożegnanie z nadzieją w głosie. Brakowało mu przynajmniej pięciu zębów.”

Chyba powinien być przecinek po “pożegnanie”. Pewny jednak nie jestem.  A i brakuje mi jakiegoś podkreślenia, że Perez  poszedł sobie od niej.

 

“Jeśli myślą, że jestem coś warta i tak mnie nie zabiją a jeśli zrozumieją, że nie.”

Nie powinno być przecinka tutaj? Po  “zabiją”?

 

”Niemal się uśmiechnęła, zatrzymawszy się z myślą nad własną naiwnością.”

Jakoś kole w oczy to zdanie. TAK, czepialstwo moje ;(

 

“Przesunęła kanistry pod ścianę, rozlała nieco alkoholu pod nimi.”

Poprawił bym też te. 

 

“Ściana chaty rozleciała się w drzazgi a Jane syknęła poparzona ognistym podmuchem.”

Tutaj też powinien się chyba znaleźć przecinek.

 

“Rzuciła się do biegu i zanim partyzanci opanowali chaos w obozie siedziała już ukryta w wieżyczce strażniczej.”

Na moje oko brak przecinka. 

 

To będzie większy błąd niż twoje pierwsze małżeństwo! “

Tutaj tez bym chyba dał przecinek…

 

“Nie zwróciła uwagi, czy w obozie było więcej aut. Na pewno był tam autobus”

Ktoś mógłby się czepić o powtórzenie. 

 

“Przejazd zagradzała gruba gałąź.” 

Jak gruba była ta gałąź? Jak ręka dorosłego mężczyzny? Wydaje mi się, że jeep wojskowy by sobie poradził z przejechaniem po niej… może lepszy byłby konar?

 

“Wybiegła z auta próbując ją przesunąć, ale nie dała rady.”

Jednocześnie wybiegła i przesuwała? Jakoś bym to poprawił. W ogóle przy okazji powiem, że jest kilka takich dziwnych zdań w opowiadaniu, które gryzą.

 

“Podbiegła do bagażnika żeby sprawdzić czy jest tam coś czego może użyć, sama nie wiedziała co.”

”Nie było linki holowniczej ani siekiery.

Przecinków brak chyba. 

 

“Nie widziała żadnego naczynia, w które mogłaby przelać paliwo. Diabeł ma widły. Może w bagażniku są jakieś widełki, które mogę przymocować do zderzaka i zepchnąć gałąź?”

Powtórzenie. 

 

“Reinaldo Pérez, El Diablo, stał za nią pachnąc tytoniem i obozowym rumem.”

Czepiam się, ale może lepiej brzmiałoby “pachnący”?

 

 

  1. Jeżeli chodzi o treść…  Michael Bay byłby w niebo wzięty. Amerykańskość bohaterki, przynajmniej dla mnie, aż przytłaczała na początku tekstu.  Szczerze mówiąc czytając opowiadanie odnosiłem wrażenie, jak gdzieś bym już to widział, albo podobne okoliczności <np. gra far cry 4, zaczyna się niemal identycznie>, więc trochę niechętnie brnąłem dalej, domyślając się, jaki tor przybierze akcja. Nie pomagała wspomniana wyżej “amerykańskość” bohaterki. Hiszpańskie wstawki i teksty Jane brzmiały jak wyjęte z filmów, klasy b,c i d. To też mi się średnio podobało, mimo iż lubię takie filmy, tutaj w ogóle zdawały mi się być one nietrafione. Ok, bohaterka miała być twardą laską i tak też wyszło, może aż za bardzo. Jeżeli chodzi o motyw z kartami, nawet ciekawy, ale tak samo za przeproszeniem banalny i głupi. A raczej zachowanie Jane, która dostaje karty (do których moim zdaniem ma ironiczne podejście), a 30 minut później “powierza” im swoje życie. Ok, taka niby magia, ale jak dla mnie za bardzo naiwne to jest i zbyt dobrze się układa, aż do momentu “gałązki”. No i chciałem zapytać czy nazwisko Jane to MacGyver czy McClane? ;P

Ogólnie podsumowując: przeczytać można, ale nie jest to nic porywającego. Ocena w skali gurgiego: neutralna ;P 

 

Dzięki Idaho_Iowa, za długi, porządny komentarz. Wiekszość uwag dotyczących przecinków wydaje mi się dobra, ciągle próbuję wyrobić sobie właściwe nawyki ale to będzie wymagać praktyki. Co do innych uwag:

tak, hispanoamerykańskich.

jeśli chodzi o hiszpańskie wstawki, myślałem o amerykańskich filmach akcji, gdzie wszyscy mówią po angielsku od czasu do czasu wstawiając jakieś lokalne słówko, które nawet amerykańska widownia zrozumie, żeby nadać klimatu ;). Osiągnięcie realizmu nie było moim głównym celem. Mógłbym napisać całe opowiadanie po hiszpańsku ale po pierwsze to polski portal, a po drugie zapewniam Cię, że moja hiszpańska gramatyka jest jeszcze słabsza od polskiej ;D.

Jeśli chodzi o to, czego powinna się bać porwana kobieta, udam że tego nie przeczytałem.

Amerykańskość bohaterki miała być wyraźna. Nie grałem w far cry 4, ale przyznaję Ci rację, że oryginalność, tak jak realizm, nie była moim głównym celem (może zaraz zapytasz, co było w takim razie :D?). Miała być wartka akcja i rozrywka. Zastanawiam się, które fragmenty utwierdziły cię w przekonaniu, że bohaterka jest twarda, wydaje mi się, że człowiek walczący o życie porywa się czasem na akty desperacji (przyznam, że nie wiem, bo nie walczyłem nigdy o życie). Jeśli chodzi o karty, to ten sam mechanizm – jeśli i tak myślę, że umrę, to co mi szkodzi?

Ani MacGyver, ani McClane, w ogóle nie myślałem, że mogła mieć celtyckie korzenie :D Trochę mi przykro, że cię nie porwało, ale i tak wielkie dzięki za przeczytanie i za przydatne uwagi.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

No to jest akcja. Nie narzekam, ale i nie porwało. Póki czytałam, tekst trzymał w napięciu, ale raczej nie zmieni mojego życia. Ot, szybka i łatwa rozrywka.

Przed wyjazdem czekały ją intensywny shopping.

Literówka.

Skóra Jane popękała od szorstkich włókien.

Myślę, że raczej się kobita poparzyła.

Babska logika rządzi!

No to niech będzie “poraniły”, kompromisowo. 

 

W takim razie następnym razem musi być tekst i z akcją i zmieniający życie. Poprzeczka coraz wyżej, ale chyba o to mi chodziło gdy rejestrowałem się na Fantastyce ;-). Dzięki.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Przyznam, że sądziłam, iż karty pomogą dziewczynie wydostać się z opresji… ale kapryśne są, jak widać, a łaska nie tylko pańska na pstrym koniu jeździ.

Zgadzam się z tym, że bohaterka jest do bólu “amerykańska”, ale to efekt zamierzony, jak mniemam, więc jest ok. Zgadzam się też z tym, że nie zapamiętam szorta na długo i mojego życia też nie zmienił… niemniej jednak czytało się ciekawie.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki joseheim, bardzo mi miło!

Ja wiedziałem od początku, że w finale będzie diabeł, no ale w końcu jestem autorem :D. 

Stereotypowa amerykańskość miała być wyraźna. Przedstawienie procesów myślowych Jane bynajmniej nie oddaje tego co myślę o Kolumbii i Kolumbijczykach (btw nie każda osoba z USA jest antypatycznym ignorantem).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Ach, Jane, do dziś kosmyk włosów mam Twych

Wiem, że gdy dawałaś go mi

Myślałaś już o tym, by zwiać.

Lecz niełatwo jest zwiać…

 

Ogólnie: Podobało się. Jeśli uda mi się zebrać siły, napiszę dłuższy komentarz ;) Ale dlaczego tak podle potraktowałeś tych partyzantów?

Мама, я знаю, мы все сошли с ума...

Dzięki Rozalia.

Wydaje mi się, że nie zawarłem w tekście wyczerpującej oceny moralnej partyzantów :P. Przyznaję, zabili kierowcę – ktoś mi kiedyś opowiadał realistycznie doświadczenia z Wenezueli i jakoś utkwiło mi w głowie; bardzo podobna scena. Natomiast już np. rezultaty strzałów do zakładników bazują tylko na wyobraźni Jane. Co innego el Diablo, ale w każdej organizacji trafia się czarna owca. Przecież el Comendante starał się trzymać go na wodzy :P.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevaz, chciałam tylko zwrócić Twoją uwagę na to, że mogą się znaleźć wśród Twoich czytelników osoby, które, w czasach swojej mniej lub bardziej zamierzchłej młodości, miały nad łóżkiem plakat z Che zamiast, nie przymierzając, Bryana Adamsa albo Jonny’ego Deepa. No i chyba nie chciałbyś takim osobom sprawić przykrości, prawda?

Innymi słowy, kiedy umieszczasz w tle fabuły realne organizacje / wydarzenia / walki, bierzesz na siebie większą i zupełnie innego rodzaju odpowiedzialność, niż gdyby Jane porwały zielone ufoludki z jednym okiem na środku czoła.

 

Opowiadanie przeczytałam wczoraj, czekając na pewnego Bardzo Ważnego Prezesa, który pozwolił sobie się 25 minut spóźnić. Nie sprezentował mi wprawdzie żadnego wachlarza, ale z 50 razy przeprosił za spóźnienie, licząc zapewne na to, że od tych uprzejmości mi, nieprzyzwyczajonej do takiej kurtuazji prostej autochtonce, zakręci się w głowie i zapomnę po co przyszłam. Bardzo Ważny Prezes był Hiszpanem (sic!), nie Amerykaninem, i może to dlatego w Jane dostrzegłam przede wszystkim typową przedstawicielkę klasy Managerów Na Biedniejsze Kraje, a dopiero później Amerykankę :)

Мама, я знаю, мы все сошли с ума...

Nie lubię nikomu sprawiać przykrości, więc jeśli Cię uraziłem to przepraszam…

Jeśli to nie problem, wolałbym nie rozmawiać tu o polityce, jeżeli nie będzie zasadniczym tematem utworu. W tym wypadku, jako autor, z czystym sumieniem zapewniam, że nie jest.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nie uraziłeś :)

Мама, я знаю, мы все сошли с ума...

Czytało się nieźle, a byłoby lepiej, gdyby nie potknięcia.

Również miałam nadzieję, że karty przyczynią się do ocalenia Jane, a może nawet i reszty zakładników. No, niestety, nie tym razem.

 

Gdy spół­ka ofi­cjal­nie ogło­si ban­kruc­two będą cier­pieć jesz­cze wię­cej. – Wolałabym: Gdy spół­ka ofi­cjal­nie ogło­si ban­kruc­two, będą cier­pieć jesz­cze bardziej.

 

wzru­szy­ła ra­mio­na­mi na nie­wdzięcz­ność la­ty­no­ski. – …wzru­szy­ła ra­mio­na­mi na nie­wdzięcz­ność La­ty­no­ski.

 

Zmru­ży­ła oczy i przy­gry­ła wargę. – Literówka.

 

Za­wsze spra­wia­ła wra­że­nie cy­gan­ki, albo kogoś w tym ro­dza­ju.Za­wsze spra­wia­ła wra­że­nie Cy­gan­ki, albo kogoś w tym ro­dza­ju.

 

A niech Cię mała, uca­łuj jesz­cze Bena Fran­kli­na od cioci Jane!A niech cię mała, uca­łuj jesz­cze Bena Fran­kli­na od cioci Jane!

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Nie je­cha­li da­le­ko, a może tak jej się tylko zda­wa­ło. – Wolałabym: Nie je­cha­li długo, a może tak jej się tylko zda­wa­ło. Lub: Nie doje­cha­li/ zajechali da­le­ko, a może tak jej się tylko zda­wa­ło.

 

Tra­fi­li do obozu z drew­nia­nych ba­ra­ków za­ma­sko­wa­nych li­ść­mi i siat­ka­mi ma­sku­ją­cy­mi. – Źle brzmiące zdanie i paskudne powtórzenie.

Barak z reguły jest drewniany, a szczególnie w dżungli nie stawiano by blaszaków.

Proponuję:  Tra­fi­li do obozu. Ba­ra­ki były zakamuflowane liśćmi i siat­kami ma­sku­ją­cymi.

 

Inni żoł­nie­rze pę­dzi­li za­kład­ni­ków w stro­nę ba­ra­ków pod lu­fa­mi ka­łasz­ni­ko­wów. – Czy baraki były pod lufami karabinów, bo obawiano się, że uciekną? ;-)

Proponuję: Inni żoł­nie­rze, pod lu­fa­mi ka­łasz­ni­ko­wów, pę­dzi­li za­kład­ni­ków w stro­nę ba­ra­ków.

 

Pa­pie­ro­wy kar­to­nik za­drżał Jane w dłoni. […] Nad nimi był jesz­cze jeden pa­pie­ro­wy kar­to­nik.– Masło maślane. Czy kartonik może nie być papierowy?

 

Jane wal­czy­ła jak lwica, wy­ma­chu­ją rę­ko­ma i ko­piąc no­ga­mi. – Kolejne masło maślane. Czy można kopać, nie używając nóg?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hmm… Wszystkie twoje uwagi brzmią mądrze. Zastanawiam się tylko, czy w przypadku “Inni żołnierze, pod lufami kałasznikowów, pędzili zakładników w stronę baraków”, nie wpadłaś czasem we własne sidła :D? Czy to zdanie nie oznacza, że żołnierze byli zmuszani przez inne podmioty, dysponujące kałasznikowami, do pędzenia zakładników?

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Tak, można tak to zrozumieć. ;-)

No to może: Inni żołnierze, z kałasznikowami, pędzili zakładników w stronę baraków.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zdecydowałem się na inną wersję. A co ci się tak nie podoba w cierpieniu więcej? To wszystko jest raczej “umowne”, ale wydaje mi się, że można np. “cierpieć bardziej z braku snu” gdy okres braku snu się przedłuża, lub “cierpieć więcej niewygód”– “brak snu, uciążliwy hałas i nagabywania pijanego kolegi. Chyba, że chodzi Ci o to, że “cierpieć bardziej” możemy użyć do stopniowania cierpienia, a “cierpieć więcej” do przedłużania się cierpienia w czasie – np. “nie chcę cierpieć już więcej, cierpiałam 3 tygodnie”. Wyjaśnij, proszę!

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Cierpienia, będącego odczuciem fizycznym lub psychicznym, nie umiem policzyć, więc jeśli wyjedzie ktoś, kogo kocham, będę cierpieć, ale jeśli ten ktoś zadzwoni i powie, że już nigdy do mnie nie wróci, nie będę cierpieć więcej, tylko bardziej.

Jeśli dziś dopadnie mnie migrena i ból utrzyma się dwa dni, to pojutrze nie powiem, że głowa boli mnie więcej, tylko że boli mnie długo. Jeśli trzeciego dnia ból nie ustąpi i jeszcze się nasili, nie powiem, że boli mnie więcej, ale że cierpię bardziej i dłużej niż zazwyczaj.

Jeśli już muszę, wolę cierpieć z powodu niewygód, ale nie chcę cierpieć niewygód. Jeśli niewygód będzie więcej, będę cierpieć bardziej.

Cierpieć niewygody, to znosić je, zgadzać się na nie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Muszę przyznać, że z cierpieniem niewygód, strzeliłem sobie w kolano (to dopiero cierpienie!), co do tego wyrażenia zdecydowanie masz rację. Niemniej dalej nie czuję się stuprocentowo przekonany do twojego punktu widzenia. Wydaje mi się, że w pewnych sytuacjach lepiej napisać “cierpieć bardziej” a w innych “cierpieć więcej”. Najlepiej byłoby, gdyby nie było cierpienia, tymczasem mąk może przysparzać nawet pisanie o nim :P.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

…nie czuję się stu­pro­cen­to­wo prze­ko­na­ny do two­je­go punk­tu wi­dze­nia.

 

Ależ nie chcę Cię do niczego przekonywać. Przedstawiłam tylko mój punkt widzenia.

Nie napisałam o Twoim zdaniu, że jest złe, z błędem i proszę je natychmiast poprawić, a tylko że ja wolałabym, by brzmiało tak jak zaproponowałam. Moje wolałabym, niczego Ci nie narzuca. To Twoje opowiadanie i jeśli uważasz, że użyte słowa najlepiej oddają to, co chciałeś opowiedzieć, masz pełne prawo niczego nie zmieniać i trwać przy własnej wersji. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przykro mi, Nevazie, lecz Twoje opowiadanie “przeszło spacerowym krokiem obok mnie”.

Rys Jane, lokalnej szychy w zagranicznym oddziale koncernu, w porządku do momentu wyruszenia na prywatną wycieczkę. Firma nie zapewnia ochrony w takich przypadkach? Trzeba ją, ochronę, zapewnić sobie we własnym zakresie. Tak postąpiłaby każda rozsądna osoba, dysponująca niemałą kasą. Ale Jane wsiada do autobusu… Pytanie: wynajętego na wycieczkę przez turystów czy utrzymującego regularna komunikację? Tu znów pytanie o ochronę… Karty. OK, prawie każdy może uwierzyć w ich wieszczą moc, ale finał naprowadza na myśl, że albo zawiodły mimo początkowej pomocnej roli, albo gorzej, od początku prowadziły w ślepy zaułek, ku tragicznemu końcowi… Tego nie wyjaśniasz, nawet nie sugerujesz. Bo to, że ułożyły się w rzędzie i jakie to były figury, w tej materii niczego nie mówi. El Diablo nie zwraca na nie uwagi…

Pierwszy zarzut bardziej do mnie trafia, ale pozwolę sobie zepchnąć go na ignorancję Jane. Firma jest zajęta wyprowadzaniem zysków dyrektorów na konta w rajach podatkowych, a skoro koledzy polecali wycieczkę i nic nie mówili o zagrożeniach, może czujność bohaterki została uśpiona?

Jeśli chodzi o drugi zarzut, pozostawiam to w zupełności wyobraźni czytelnika. Widzę przynajmniej trzy warianty, sam bynajmniej nie jestem pewien, na który bym się zdecydował i w ogóle nie czuję się zobowiązany dokonywać wyboru. Wybacz jeśli odebrało ci to przyjemność odbioru (neutralne odczucie odbioru?) tego tekstu ! : ) 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Bez przesady z odebraniem i tak dalej. Czytałem z ciekawością, refleksje nie powodują, bym czas uważał za zmarnowany.

Rozrywkowe opowiadanie – do przeczytania i zapomnienia; wciągające, pełne dynamiki, nieźle napisane, posiadające zakończenie, które zaskakuje. Przewróciłem oczami, gdy kobietka wysadziła pół chałupy, a sama nie odniosła obrażeń. Po tej cudownej akcji byłem przekonany, że bohaterce uda się w końcu zwiać, unikając przypadkiem tysiąca pocisków wystrzelonych w jej kierunku, a tu proszę – jaki przyjemny klopsik na koniec. ;)

Sorry, taki mamy klimat.

Banał jak z amerykańskich filmów propagandowych przygodowych z takimi stałymi elementami jak: dobra pracownica równie dobrej (oczywiście amerykańskiej) korporacji* pośród nieznających hamburgerów dzikusów, źli partyzanci/terroryści (zazwyczaj lewicowej lub muzułmańskiej proweniencji) strzelający do dobrych ludzi i niewspółpracujących dzikusów oraz nieodłączny element nadnaturalny, tutaj w postaci magicznych kart (do tarota?). Amerykanie uwielbiają wprost wsadzać gdzie tylko się da elementy nadnaturalne w postaci różnych widzeń, interwencji aniołów itp. Oryginalne produkcje są jednak zrobione zazwyczaj dużo sprawniej i – mimo wszystko – ciekawiej. Po co więc tworzyć podróby? Opowiadanie napisane jednak zostało całkiem sprawnie, dlatego trója zamiast dwói. :)

 

* Wprawdzie tubylcy “wiele wycierpieli od zarządu Texecorp”, ale “gdy spółka oficjalnie ogłosi bankructwo, będą cierpieć jeszcze więcej”, czyli w sumie korporacja była dobra.

Sethrael, pięknie dziękuję. Op takie właśnie miało być i fajnie, jeśli do ciebie w ten sposób trafiło. 

Marcin Robert, pokrewny temat zaczęła już Rozalia. Najpierw wyznam, że miło było przeczytać, że opowiadanie napisane “sprawnie”. Teraz, co do ukrytych albo i nie ukrytych treści:

Owszem, dyskretna woń amerykańskich filmów sensacyjnych da się odczuć (bardzo lubię takie filmy, ale jeszcze z tych czasów, gdy cięty dialog przeważał nad efektami, od których oczy bolą). Nie każde dzieło musi odkrywać najgłębsze tajemnice wszechświata, najlepiej odnosząc się przy tym do mało znanych filozofów i ich zapomnianych ksiąg. Z jednym się natomiast nie zgodzę – w którym miejscu główna bohaterka jest przedstawiona jako dobra. Bo dała służącej pieniądze? A czy pieniądze mogą zakryć brak zaangażowania społecznego i ignorancję kulturową? Może mogą. A może nie.

Świat nie jest taki prosty, “jak amerykański film przygodowy” i nigdzie w tekście nie było takiego przesłania. Jeśli chodzi o to zdanie, które przywołałeś za asteryskiem, być może jest najpoważniejszym zdaniem w całym tekście pisanym, zdradzę, z iście ludyczną motywacją. Jak ludzie wyzyskiwani przez kapitalistycznego molocha i pracujący za miskę ryżu/prosa/manioku z dnia na dzień stracą pracę (i miskę), to będą głodni? Będą. Dzieci też. Tyle polityki.  

A jeśli chodzi o zarzut podróby. Hmm… Nie bardzo wiem jak się odnieść. Jasne, zaczerpnąłem wszystkimi kończynami ze sprawdzonych wzorców. Nie powtarzałem sobie z zamkniętymi oczyma “bądź świeży” – to też przyznaję. Nie miałem natomiast żadnego konkretnego dzieła bazowego, żeby ciągnąć z niego fabułę jak amazoński kauczuk. Ten zarzut pozwolę więc sobie przyjąć na przysłowiową klatę ;).

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nowa Fantastyka