- Opowiadanie: Reinee - Luxury Life

Luxury Life

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Luxury Life

Śnię tysiące snów tysiącami umysłów. Nic dziwnego, że nie mogę się wyspać. Noc w noc zapadam się głębiej, głębiej i głębiej w mozaikę światów, jakie zwiedziłem i żyć, jakie wiodłem. Widziałem miliony twarzy, a nie pamiętam żadnej. Mieszają się pod moimi powiekami, lepią w jedno, puste oblicze, blade, o oczach bez wyrazu i wąskich, popękanych ustach. Łysa głowa człowieka bez wieku, płci i duszy. I tylko on towarzyszy mi, gdy jak widok za oknem pociągu zmieniają się światy i epoki. Wtedy pozostaje mi zrobić tylko jedno, żeby nie zwariować. Budzę się. Sam, spocony i zmęczony. Ale czasem, gdy sen pochłania mnie całkowicie, gdy już nawet nie śpię, ale wciąż w nim jestem, nie mając siły otworzyć oczu – wtedy pojawia się ona. Jedyna posiadająca twarz. Wpatruję się w nią długo, a bijący od niej blask odgania burzę kolorów i kształtów. I tylko wtedy wstaję wypoczęty. Ostatnio śniła mi się coraz częściej. A dziś w końcu ją spotkałem. Na ulicy leżał pies. Z rany na brzuchu wylały się parujące jelita. Ale pies jeszcze żył i jeszcze dyszał. Przechodnie odwracali tylko wzrok. A ona zjawiła się znikąd. Ulękła i pogłaskała zwierzaka, drugą ręką wyjęła zza pasa niewielki nóż. Ciepła krew skapnęła na ulicę, a pies zamilkł. Chwilę później wyparował, najpierw skóra i mięśnie, potem, wolniej, szkielet. Patrzyłem na to wszystko z boku, z grzbietu konia. Nie mogłem uwierzyć, że to naprawdę ona. Kobieta, która ratowała mnie, gdy noc stawała się szalona i ciężka. Tutaj, w mroźnej wiosce na krańcu świata. Nagle podniosła wzrok wprost na mnie. I choć była daleko dokładnie widziałem jej oczy, błękitne, o źrenicach świecących niczym dwa małe słońca. Poczułem się błogo. Ogarnęło mnie ciepło, jakbym w jednej chwili przeniósł się z mroźnej północy na karaibskie plaże. Tak ciepło i tak przyjemnie. Tak sennie. Głowa opadła mi na ramię, dłonie opadły mi na uda, a całe ciało zaczęło powoli, powolutku przechylać się w bok. I po chwili poczułem straszny ból i straszne zimno. A mimo to spałem.

 

*

 

Czuję drobne dłonie na piersi, unoszę powieki. Klęczy nade mną. Jej oczy są jasne, jej włosy są jasne, jej skóra jest jasna. Wzdycha i uśmiecha się.

– Już się bałam, że się nie obudzicie, panie.

I jej głos jest jasny.

– Spadliście z konia. Krwawicie. – Przejeżdża mi opuszkami palców po skroni, czuję pieczenie. To wyrwa mnie z odrętwienia, dochodzą do mnie bodźce. Zimno, zimno zalewa moje ciało. No tak, leżę na ulicy w środku zimy. To dlatego za głową dziewczyny jest bezkres niebiańskiego błękitu. Podnoszę się na łokciach, potem pomaga mi wstać. Przechodnie patrzą na mnie dziwnie, koń trąca w ramię. Głaszczę go bezwiednie, wpatrzony w zatroskaną boginię.

– Czy ja cię znam? – Ze wszystkich pytań jakie mogłem jej zadać udaję mi się wybrać najgłupsze.

Kręci przecząco głową.

– Nie wydaję mi się, panie.

– Rozmawiajmy normalnie, dobrze? Naprawdę nie wiesz, kim jestem? – Nie możliwe, żeby wszystko było tylko iluzją mojego umysłu, prawda? Spędziliśmy dziesiątki godzin wpatrując się w siebie! Wiem i pamiętam dokładnie, bo to najszczęśliwsze chwile mojego życia.

Bogini parska i uśmiecha się z zaintrygowaniem.

– Nie, nie wiem. Ale jeśli myślisz, że powinnam, to chyba dam ci szansę. – Otaksowuje mnie od stóp do głów, a z niewielkiej sakwy wyciąga jedwabną chusteczkę, zaczyna wycierać mi twarz. Rana już się pewnie zagoiła. Pierwszy raz od dawna czuję się szczęśliwy.

 

*

 

– Poznałem kogoś. Dziewczynę.

– O, gratuluję. Jak się nazywa?

– Sani.

– Ładnie. Może wybije ci z głowy część farmazonów, bo ostatnio byłeś już nie do zniesienia. Co wzdychasz? Po to się ma babę, żeby się przejmować jej głupotami, a nie własnymi. Teraz głowę rozsadzają ci pytania o wszechświat, sens życia i początek istnienia, za tydzień będziesz się zastanawiał co jej kupić na urodziny i dlaczego jest obrażona. Na dłuższą metę tak łatwiej żyć. Po to wymyślono małżeństwa.

– Kiedy zna się ciebie nie trzeba główkować nad zagadkami wszechświata. Na wszystko umiesz odpowiedzieć…

– Co poradzę, że jestem mądry.

– Daruj sobie. Wpadniesz wieczorem na piwo?

– Jasne. Gdzie?

– Pod Podbrzuszem Piwosza, ta mordownia co kilka tygodni temu.

– A, pamiętam. To po zmierzchu. Trzymaj się.

– Ty też.

 

*

 

Barbarzyńcy, rzezimieszki i włóczędzy urządzają w karczmie regularną demolkę w akompaniamencie pijackich przyśpiewek. Dzień jak co dzień, sadząc po twarz karczmarza. Nie przejmuję się, gdy latają nade mną krzesła i resztki jedzenia. Piję słodkie, gęste piwo, zaciskam zęby, jestem silny. Tak, jestem silny. Bardzo, bardzo chcę być silny. Chcę… Chcę tylko się nie rozpłakać. Ale czuję, jak trzęsie mi się szczęka, jak oczy robią się mokre. Nie wytrzymam dłużej tego wszystkiego. Tony wypuszcza głośno powietrze, ale nic nie mówi. Jego jednego mogę nazwać przyjacielem, ale straciłem już nadzieję, że kiedykolwiek mnie zrozumie. Wiem, że w głębi duszy mnie za sympatycznego, ale jednak odludka i mazgaja. Może nawet mu mnie żal.

– Nie rozumiem. – Kręcę głową. – Wszystko było tak dobrze. Tak w porządku. Już się umówiliśmy na kolejne spotkanie. A ona po godzinie wysyła mi wiadomość, że nie możemy się więcej widywać. Naprawdę, nie rozumiem… – Zaciskam mokre od łez oczy, łkam cicho. Czuję dłoń na ramieniu.

– Nie ta to inna. – Słyszę troskę w głosie Tony'ego, ale chyba nawet on nie wierzy, że uda mu się mnie pocieszyć.

Wzdycham.

– Przy niej nie czułem się sam. Pierwszy raz nie czułem się całkiem samotny…

– Masz mnie.

– Wiem. Ale ona… Ona rozumiała. Czułem, że rozumie. Przepraszam, nie chciałem…

Parska cicho.

– Spoko. Wiem, że nie pojmuję nawet ułamka twoich myśli. Ale pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć.

Uśmiecham się. Nie jest to łatwe, ale daję radę. Wciągam głośno powietrze, wstaję.

– Wracajmy do domu, dobrze?

Podnosi się bez słowa i odpychając pijaczków kierujemy się do drzwi, wychodzimy w chłód nocy.

Ulice są mroczne i zaśnieżone, ale na końcu alejki, gdzie zaczyna się plac, widzimy tłum ludzi. Idziemy powoli przed siebie, w milczeniu. Dość mam tego zimna. Dość miecza u boku i brudnych ciuchów, jazdy konnej i odgrywania błędnego rycerza. Kolejna przygoda mnie znudziła, kolejny świat jest tylko pustą iluzją. Domkiem z kart, który rozsypał się, gdy zacząłem zbyt się przejmować celem jego istnienia. Tak jest zawsze. Na środku placu stoi masywna, dobrze oświetlona wieża. Ludzie wchodzą i wychodzą bez ustanku, musimy się przepychać. Rozdzielamy się z Tonym, sam szukam wolnego panelu. Jest. Podchodzę, na drewnianym blacie widać wgłębienie w kształcie dłoni, przykładam rękę. W powietrzu na wysokości oczu pojawia się półprzezroczysty napis. Dotykam go, rozmazuje się i zamienia w kilka mniejszych. Wybieram ostatni. Zaczyna otaczać mnie jasne światło. Wylogowuję się.

 

 

*

 

Siedzę w głębokim fotelu, popijam piña coladę. Cała zachodnia ściana w moim domu jest szybą, podziwiam wieczorne słońce. Maluje wściekłą czerwienią ocean i inne wyspy. Setki, tysiące prywatnych wysp. To Luxury Life, świat w którym się wychowałem. Tutaj każdy jest milionerem, tutaj nie czuje się bólu ani głodu. Tutaj są tylko długie godziny wylegiwania się na kanapie, gry w tenisa i pływania motorówką. Woda jest zawsze ciepła i nigdy za głęboka. Tony siada na fotelu obok, trzyma szklankę z whiskey. Przez chwilę milczymy.

– Podjąłem decyzję – ogłaszam w końcu.

– Tak? – Udaje niezainteresowany ton. Ale nie zniszczy tej chwili i nie odwiedzie mnie od tego, co planuję.

– Mam tego już serdecznie dość. Serdecznie, cholernie i ostatecznie. Tutaj nie dostanę tego, czego chcę.

Śmieje się głośno.

– No to ciekawe, czego ty chcesz?

– Życia.

– Przecież żyjesz. Żyjesz jak chcesz.

– Nie! – Odstawiam drinka na stolik i podnoszę się w fotelu. – To nie jest życie! To wszystko ułuda, w ogóle ci to nie przeszkadza?

Wzrusza ramionami.

– Nie specjalnie.

– Wiesz, co jest najgorsze? Są tysiące światów, możesz przemieszczać się między nimi jak chcesz. Dziś będziesz milionerem, jutro rycerzem, pojutrze kosmonautą, za tydzień czarodziejem a za miesiąc prostytutką!

Trzyma szklankę przy ustach i zaczyna się krztusić. Po kilku chwilach, z wielkim żalem w oczach, spluwa do whiskey i z ulgą łapie powietrze.

– Ludzie od dziecka wiedzą, że nic nie jest stałe. I sami nie są stali. Poznajesz ich setkami, a potem gubisz w spirali światów. Nie mogę tego dłużej znosić. Nie mogę dłużej patrzeć na tę pustą masę twarzy i głosów. Wszystko wokół nas jest fałszywe. Ludzie są fałszywi.

Wzdycha i wstaje, podchodzi do okna.

– I co zrobisz?

– Wyloguję się. Wyloguję się ze wszystkich światów i obudzę w rzeczywistości. Nie ciekawi cię, jak tam jest?

Odwraca się do mnie.

– Pewnie nudno w porównaniu z tym, jak możemy żyć tutaj. Nie pomyślałeś, że nie jesteśmy tu przypadkiem? Że z jakiegoś powodu uznaliśmy, że tak będzie najlepiej? Lub ktoś uznał za nas? Może prawdziwy świat to postatomowa pustynia, a my z uśmiechem na ustach leżymy sobie w podziemnych schronie, zamiast polować na ośmionogie jaszczurki? A może zrobiliśmy w rzeczywistości już wszystko, co było do zrobienia? I pozwoliliśmy sobie i przyszłym pokoleniom żyć w krainie marzeń?

Spuszczam głowę.

– Nie wkurza cię, że nigdy się nie dowiesz? Że nigdy nie spojrzysz na własne, prawdziwe dłonie? Nie zjesz prawdziwego jedzenia, nie zobaczysz prawdziwego słońca, nie dotkniesz prawdziwej kobiety? Bo mnie to przytłacza. Jakbym przez wiele, wiele lat klęczał pod wodospadem smutku.

Robi się ciemno, lampy włączają się same. Tony unosi dłoń by uciąć temat.

– Dobrze, jesteś dorosły, rób, jak uważasz. Wiedz tylko, że to nie będzie łatwe. Przy wylogowaniu przenosisz się do ostatnio odwiedzanego innego świata. Ile ich zwiedziłeś przez prawie trzydzieści lat? Nie w każdym możesz operować w dowolnym miejscu, będziesz musiał się naszukać konsol. A jak trafisz do mrocznego świata?

– Nigdy w żadnym nie byłem.

– A pamiętasz w ogóle o pakiecie podstawowym?

Nie odpowiadam. Oczywiście, że pamiętam. To będzie największa przeszkoda. Gdy byliśmy młodzi uczyli nas, że każdy ma wgrany pakiet podstawowy, niejasną ilość światów, w których od początku posiadamy konta. Ile może ich być? Kilka? Kilka tysięcy? Dowiem się.

– Zrobię to. Przysięgam, że to zrobię.

 

*

 

Mijają dni, a nie czuję, bym przybliżał się do celu. Zwiedzam światy, o których dawno zapomniałem. Czasami muszę spędzić w jednym kilka godzin. Przeskakując między rzeczywistościami używamy zazwyczaj komendy przelogowania, w dowolnym miejscu odrywamy się i przenosimy. A by się wylogować, tak, by już automatycznie nie wracać, trzeba użyć konsoli. Są najczęściej w każdym większym skupisku ludności. Ale to nie ułatwia mi zadania. Nie, gdy z jednego świata przelogowałem się po tym, jak zostałem na środku pustyni sam z motocyklem i pustym bakiem. Nie, gdy po tygodniu żeglugi dookoła świata uznałem, że mam dość spania na statku. I nie, gdy z zadowoleniem przelogowałem się po zdobyciu Everestu. Jestem wyczerpany. I nie śpię niemal w ogóle. Gdy przychodzi Sani napawa mnie to tylko smutkiem. Czemu mnie nawiedza? Czemu, skoro nie chce ze mną być? Dla niej mógłbym tu zostać. W Luxury Life, w wielkim domu na wyspie. Nie przejmowałbym się już tak, gdyby towarzyszyło mi w życiu szczere uczucie. Jedyna prawdziwa rzecz, na jaką możemy sobie pozwolić.

 

*

 

– Jak idzie?

– Beznadziejnie. Ale nie poddam się.

– Naprawdę chcesz to zrobić?

– A co, nie wierzyłeś?

– Nie. Słuchaj, chyba mógłbym ci pomóc…

– Jak?

– Jeden facet opowiedział mi coś ciekawego ostatnio. Znasz Aircraft?

– Eee… Coś mi świta. To ten świat niekończącej się bitwy powietrznej?

– Właśnie. Jest tam takie małe, niemal opuszczone lotnisko, kilkadziesiąt kilometrów na południe od Casablanki. Podobno jest tam jakiś stale wyskakujący błąd kodu, znikające ściany czy coś.

– Heh. I co, myślisz, że jak w to wejdę to zawieszę system i mnie obudzi?

– Pomyśl, co? Kto naprawia usterki?

– Administratorzy… Stary, to genialne!

– Daj spokój, może nic z tego nie wyjdzie. Ja ci pomogę, najlepszy port główny, z jakiego będziesz mógł wystartować, to Madryt, odeskortuję cię do Maroka. Pamiętaj, jak cię zestrzeloną, to zaczynasz od nowa w porcie macierzystym! Jak u ciebie z lataniem?

– Kiepsko.

– To poćwicz. Ruszamy jutro.

– Zgoda.

 

*

 

Ilu może może być ludzi zafascynowanych śmigłowcami? Okazuje się, że całkiem sporo. Od Madrytu do Casablanki zaliczyliśmy dwa pościgi. Tony dał się zestrzelić tuż po tym, jak uzupełniliśmy paliwo na lotnisku na Gibraltarze. Ale mnie się udało. Wokół mnie pusty błękit, pode mną pusta ziemia. Powinienem być blisko, widzę zarys budowli, zniżam lot. Jest. Pośrodku niczego, wymalowany farbą pas startowy, dwa niewielkie budynki. I hangar bez wiaty. Przymierzam się do lądowania.

 

*

 

Jest zimno, dopinam kurtkę, mocniej otulam się szalikiem. Pierwszy budynek jest całkiem opuszczony, stoją tu resztki mebli, na półkach pełno pożółkłych kartek. Zawiedziony ruszam dalej. W drugiej chatce, obitej blachą falistą, była kiedyś kantyna. Teraz nie ma tu nawet drzwi. Wchodzę, wnętrze wygląda jak zrujnowana kawiarnia, długie stoły, taborety, niewielki, pusty barek. Cerce zaczyna mi bić szybciej. Nie jestem tu sam. Przy ścianie naprzeciwko stoi postać. Nienaturalnie wysoka, ma na sobie długą, białą szatę. Luźne rękawy sięgają ziemi, ukrywają ręce, na głowie ma kaptur. Gdy robię niepewny krok odwraca się do mnie. A może staje tyłem, bo z tej strony wygląda dokładnie tak samo. Kaptur, czy raczej maska, nie ma nawet otworów na oczy, zdaje się przylegać dokładnie do twarzy, lecz nie na niej zarysu nosa ani łuków brwiowych. Nie ma nic, co świadczyłoby, że pod białą szatą skrywa się człowiek. Administrator usza niespiesznie w moim kierunku, zatrzymuje się na wyciągniecie ręki. Przełykam ślinę. Emanuje od niego chłód, jakby ktoś przejechał mi po kręgosłupie kostką lodu.

– Adam Hoffen. – Rozpoznaje mnie. Ten głos… To po prostu głos. Nie da się o nim powiedzieć nic więcej. Jest bezpłciowy, pozbawiony emocji. To głos pustki kosmosu, głos cichego nieba i głos twardej ziemi. Głos całego świata, jakby przemawiał do mnie absolut. – Naprawiam usterkę, zachowaj bezpieczną odległość. Muszę wracać do pracy.

Zamieram. Odzyskuję głos dopiero, gdy już powoli się obraca.

– Chciałbym prosić o pomoc.

– Administratorzy są w obowiązku odpowiedzieć na wszystkie twoje pytania. Proszę o względny pośpiech. Muszę wracać do pracy.

– Chciałbym się wylogować.

– Najbliższa konsola znajduję się w mieście Rabat. Muszę wracać do pracy.

– Nie, chcę się wylogować całkowicie. Opuścić wirtualną rzeczywistość.

Nie odpowiada. Nachla się nieznacznie, ale może tylko mi się wydaję. Coraz bardziej mnie przytłacza. Zaczynam się czuć winny, jakbym popełniał okrutną zbrodnię. Ale nie robię przecież nic złego. A on musi mi pomóc.

– Dlaczego życzysz sobie opuścić wirtualne światy?

Nie spodziewałem się, że spyta. Ale wiem, co odpowiedzieć.

– Bo mam dość fałszywego życia. Istnieje szybszy sposób, niż manualne wylogowanie przy każdej konsoli?

Zapada cisza.

– Czekaj – mówi.

Czekam.

– Czekaj – powtarza po chwili.

Czekam.

– Kolektyw Administracyjny pozytywnie rozpatrzył twoją prośbę. W konsoli możesz teraz wybrać odpowiednią opcję. Muszę wracać do pracy.

Odwraca się i podchodzi znów do ściany, zamiera przy niej. Kąciku ust unoszą mi się w niekontrolowanym uśmiechu. Jakież to było proste! Musze podziękować Tony'emu. A potem wybiorę się na największą przygodę, jaką dotąd przeżyłem. Jedyną prawdziwą. Znika chłód, znikają troski. Nadzieja to niezwykłe uczucie, a wypełnia mnie całego.

 

*

 

Ciemność. A potem, przez sekundę, czerwony napis. I znowu ciemność. I znowu napis. Mrużę oczy. Brak sygnału? Czuję, że leżę, mam coś na głowię. Macam, okrągły hełm z przysłoną na oczy. Zdejmuję go, zalewa mnie fala słonecznego światła. To słońce wpada przez panoramiczne okno. Wiem, gdzie jestem. To mój apartament. Moje mieszkanie na dziesiątym piętrze wieżowca przy Evergreen Street. Podnoszę się na łokciach. Moje łóżko, moje biurko, moje półki na książki. Mój dywan, moja lampka nocna, moja marynarka powieszona na klamce drzwi. Za oknem daleki szum przejeżdżających aut. I wszystko wraca do mnie, powoli, jak kapiące z kranu krople. Mieszkam tu od ośmiu lat, mam stałą pracę, jestem singlem, a na niedzielny obiad jeżdżę do matki. Dwa miesiące temu kupiłem hełm wirtualnej rzeczywistości z pełnym oprogramowaniem i bezprzewodowym połączeniem z Internetem. I dzień w dzień, gdy zmęczony i wypompowywany przyjeżdżam metrem do domu, zjadam obiad i kładę się, ustawiam opcję stłumienia prawdziwych wspomnień. Dzień w dzień przez wiele godzin wydaję mi się, że żyję w świecie wielu wymiarów, z którego coraz bardziej chcę się wyrwać. A potem rozbudza mnie alarm, znów jestem tutaj. Kładę się spać, wstaję, jem śniadanie. Jadę do pracy. A po ośmiu do dziesięciu godzin znów mam ochotę choć na chwilę uciec od smutku i szarości dnia codziennego. Siadam na łóżku i zaczynam śmiać się z własnej głupoty. Utknąłem w jakimś cholernym ślepym zaułku, gdzie żadne wyjście nie jest dobre. Odkładam hełm. Dosyć tego. Jeszcze przed chwilą wydawało mi się, że marzeniem mojego życia jest wydostać się z wirtualnej rzeczywistości. Może to moja podświadomość? Chyba się uzależniłem. Czas z tym skończyć, wyjść na piwo, do knajpki, do kina, rzucić w cholerę te mącące mi w głowę seanse z virtualem. Zaczyna dzwonić budzik. A więc to tak, zapomniałem ustawić alarm w hełmie i przeleżałem tak całą noc. No nic, dzisiaj położę się wcześniej, przedtem obejrzę film, zamówię pizzę. A teraz muszę szykować się do wyjścia.

 

*

 

Mijają dni spędzane na pracy. Czasem spoglądam tęsknie na hełm, ale zawsze udaję mi się znaleźć sobie inne zajęcie. Nie jest bez niego łatwo. Tak chciałbym choć na chwilę być znów wychowanym w luksusach bogaczem z LL. Zamiast mizernym kierownikiem działu w korporacji, gdzie ludzie nie mają imion, tylko stanowiska. W Internecie czytam o przypadkach podobnych do moich, to chyba najlepsza motywacja. Nie chcę skończyć jako zasuszone zwłoki w cuchnącym pokoju pełnym karaluchów i prusaków. Albo w wariatkowie, operując na nieistniejących konsolach. Z drugiej strony monotonia codzienności też jest przytłaczająca. I wciąż źle sypiam. I śni mi się Sani.

Dwudziestego dnia bez wirtualnej rzeczywistości łapię taksówkę. Metro nawaliło, a pada jak cholera. Deszcz uderza o dach i szyby samochodu, hinduski taksówkach w duecie z radiem śpiewa jakąś orientalną piosenkę. Spóźnię się, czuję to. Przez ostatnie tygodnie spóźnienie wspina się w górę po drabinie moich lęków. Może nic w tym dziwnego. Ale przez wspomnienie niezwykłych żyć, jakie kiedyś wiodłem… Wydaję mi się, że jestem teraz płytki. Korek. Świetnie. Dobra, jestem już blisko, dobiegnę. Rzucam hindusowi banknot i nie czekając na resztę wysiadam. I coś każe mi się zatrzymać. Jakieś silne przeczucie. Podnoszę wzrok, deszcz zalewa mi twarz. Stoję przed wielkim, gigantycznym wieżowcem ze szkła. Nie ma nim żadnych oznaczeń, nic. Są tylko jedne drzwi i portier przy nich. Stoję tak chyba z minutę. A z budynku nikt nie wychodzi, nikt też nie wchodzi do środka. W środku miasta, w godzinach porannego szczytu. Nie mogę. Nie przejmuję się już niczym. Kolejna minuta i znowu nic. Ludzie patrzą na mnie dziwnie, gdy sami biegną z parasolkami i gazetami nad głowami. Czuję potrzebę przygody. Jakiejkolwiek, może błahej i głupiej, ale niech porwie mnie choć na chwilę. Podchodzę powoli do drzwi. Portier, gładko ogolony staruszek, uśmiecha się przymilnie, chwyta za klamkę. Unoszę dłoń, zatrzymuje się. Wstrzymuję powietrze, ale po sekundzie kiwam głową. Otwiera mi, a ja wchodzę do środka. Wielki hol, czerwony dywan. Unoszę głowę, zaczyna drgać mi szczęka. Potężna siła rzuca mnie na kolana. Czuję każdą pojedynczą strużkę wody na mojej twarzy, każdy napięty mięsień w moim ciele. Zalewa mnie fala niezrozumienia, jakbym był małym robaczkiem pośrodku oceanu. Nie umiem pojąć co się wokół mnie dzieje. Hol jest zupełnie pusty. Pod ścianami ustawione są rzędy konsol. A na ścianie naprzeciwko, wysoko nad podłoga, na tle szybów wind, jaskrawym światłem błyszczy wielki neon. 201X:RealLife Simulator – Full Memory version. Oddycham coraz głośniej i coraz szybciej, a w końcu krzyczę, a mój krzyk odbija się głuchym echem od szklanych ścian.

 

*

 

Wróciłem do mieszkania. Nie wiem czemu. Mogłem pojechać windą na dach wieżowca i skoczyć, mogłem rzucić się pod samochód. Nic by to nie zmieniło. Leżę na podłodze zwinięty w żałosną kulkę smutku, gniewu i lęku. Za oknem szaleje burza, pioruny uderzają w oddali. Nie płaczę, wpatruję się tylko w białą ścianę. Próbuje pojąć. Dlaczego wciąż jestem w wirtualnej rzeczywistości? Dlaczego Administratorzy mnie oszukali? Kto nie chce mnie wypuścić? To wszystko jeden wielki bezsens. Jak przez ścianę słyszę powtarzający się, wysoki dźwięk. Podnoszę głowę i zdaję sobie sprawę, że to hełm. Ktoś próbuje się ze mną skontaktować. Pewnie Tony. Powiedzieć mu, co się stało? I tak go to nie obejdzie. Potwierdzi jego teorię, że zostaliśmy skazani na życie w nierealnym świecie. Ale chyba z nim pogadam. Spotkamy się ostatni raz. A potem powędruję do mrocznego świata.

 

*

 

– Halo?

– Halo, Adam? Tu Sani, Sani Ticker, pamiętasz?

– Co…? Sani?! Przecież…

– Tak, wiem. Przepraszam, że wtedy cię spławiłam. Ale teraz chce się z tobą spotkać. Jak najszybciej, to bardzo ważne.

– Ale ja…

– Proszę, cokolwiek o mnie myślisz, pozwól sobie wyjaśnić. Bądź w swoim domu w Luxury Life, to naprawdę poważna sprawa. Halo, jesteś tam?

– Tak, jestem. Zgoda. Zaraz będę w LL, wyślę ci zaproszenie.

– Nie trzeba.

– Przecież…

– Nie trzeba. Już tu jestem.

 

*

 

Stoi przede mną. Pięknie wygląda ze spiętymi włosami, w długiej, zwiewnej spódnicy i czarnym swetrze ze stójką. Bardzo prosto, ale i bardzo elegancko. Tak chciałem ją widzieć. Tutaj, w moim zacisznym domu na wyspie.

– Przepraszam. – Przytula mnie, a ja stoję jak posag. – Jak się czujesz?

– Źle. Zabiję się.

– Byłeś zbyt dokładnie monitorowany w tamtym świecie, bym mogła się z tobą spotkać. Chodź proszę.

Łapię mnie za rękę i ciągnie do okna. Słońce znów zachodzi. Jak wtedy, gdy podjąłem decyzję. Czuję na piersi drobną dłoń. Jak wtedy, gdy pierwszy raz ją spotkałem.

– Właśnie zainstalowałam w twojej konsoli poprawną komendę pełnego wylogowania. Może jeden czy dwa światy się nie zdezaktywują, ale będziesz już o krok od rzeczywistości.

Patrzę na nią zdziwiony. Nagle nie jestem już całkiem obojętny.

– Kim jesteś? – pytam szczerze i bardzo chcę znać odpowiedź.

Uśmiecha się smutno.

– Jestem programem, Adamie. Mam dbać o twoje zdrowie psychiczne, zostałam aktywowana, gdy przekroczyłeś niebezpieczną granicę między normalnością a szaleństwem.

Odsuwam się o krok. Potem kolejny i kolejny. A potem jak szmaciana lalka padam na fotel.

– Nie jesteś człowiekiem?

– Przykro mi.

– Nie istniejesz.

– Istnieję. Ale nie jestem prawdziwa. Zabroniono mi się z tobą widywać poza naszymi nocnymi seansami. Nie taki jest mój cel, a Administratorzy bardzo pilnie przestrzegają, by nic nie wychodziło poza ramy swego zadania. Twoje zdrowie jest moim priorytetem, nie wiem czemu, ale tylko ciebie mam chronić. A teraz, gdy znalazłeś się w stanie krytycznym, musiałam przeciwstawić się woli moich panów. Zdobyłam dla ciebie kod. Wierzę, że tylko prawdziwy świat da ci szczęście i spokój.

Zamykam oczy, by przetworzyć te wszystkie informację. Tak niewiele rozumiem. Ale też tak bardzo chciałbym już to wszystko skończyć. W ten czy inny sposób zaznać czegoś prawdziwego. Życiu lub śmierci. Ale jeśli Sani chcę mi pomóc… Jeśli zdradziła Administratorów, którzy zdradzili mnie… Choć sama okazała się kolejną ułudą, chyba jestem w stanie jej zaufać.

Uśmiecham się z wdzięcznością. Myślami przyzywam konsolę, opcje pojawiają się nad moją otwartą dłonią. Przewijam w dół, jest. End. Nie mógłbym marzyć o niczym innym.

– Nie wiem, co powiedzieć. – Oczy znów robią mi się mokre. – Ale co będzie z tobą?

Jej twarz jest smutna. Ale przebija się i jaśnieje na niej łagodny, spokojny uśmiech.

– Tym się nie przejmuj. To już tylko sekundy.

Mrugam kilka razy, otwieram lekko usta. Sani zamyka oczy. I nagle, z potwornym sykiem, jej ciało paruje. Kłęby pary pochłaniają wszystko w kilka chwil. Przerażony wbijam się w fotel. A gdy mleczna biel powoli opada, nie ma już Sani. Kawałek za miejscem, gdzie stała, wyrasta wielka postać Administratora.

– Jesteśmy po twojej stronie, Adamie Hoffen. – Głos identyczny, jak wtedy na lotnisku, jednak potężny i głośny. – Wszystko może jeszcze być jak dawniej.

Nie zastanawiam się nawet. Nie pozwolę się zwieść drugi raz.

– Nigdy więcej – mówię i wybieram ostatnią ze wciąż włączonych opcji. Widzę jeszcze wystrzeloną w moim kierunku bladą, szponiastą dłoń. A potem zapadam się w uczuciu, jakiego nigdy wcześniej nie doznałem.

 

*

 

Nie mogę otworzyć oczu. Nie mogę poruszyć żadną kończyną. W ogóle nie czuję swego ciała. Mija może kilka minut, może cała wieczność, nim udaję mi się unieść palec. Potem dłoń, potem całą rękę. Chcę dotknąć swojej twarzy, coś utrudnia mi ruchy. Na oczach mam maź, z wierzchu zaschniętą, pod spodem kleistą, zrywam ją niewielkimi płatami. Unoszę powieki. Jestem ślepy. Lecz nim zdążę spanikować, przez ciemność przebija się pojedynczy promień światła. Potem kolejny i kolejny. Obraz jest zamazany, ale wyostrza się z każdą sekundą. I w końcu widzę wszystko. Jasny, stalowy sufit nade mną. Leżę w wannie. Nie, to jakaś komora. Do przegubów podłączone mam kilkanaście wąskich rurek, ich końce znikają w ścianach komory. Jedna, gruba rura połączona jest z maską na moich ustach. Chcę ją zdjąć i wtedy zdaję sobie sprawę, że przewód nie kończy się wcale przy mojej twarzy, sięga w głąb przełyku. Z bólem wyrywam go jednym ruchem. Moje ciało jest wychudzone, ale sprawne. Dno komory wyłożone jest twardymi, poruszającymi się bez składu poduszkami. Udaje mi się podnieść. Jestem nagi w niewielkim pomieszczeniu, wygląda futurystycznie, jak w rzeczywistościach o dalekiej przyszłości. Jest tu jeszcze jedna kabina, chyba pusta, drzwi i nic poza tym. Odwracam głowę. Wielkie okno i nocne niebo. Nie, to nie okno. To Iluminator. A za nim bezmiar wszechświata. Jestem na statku kosmicznym. Albo na stacji. Nie pamiętam tego miejsca. Nie wiem, czy kiedykolwiek tu byłem. Próbuję wyjść z komory.

– Nie zalecam szybkiego opuszczania kapsuły wirtualnej rzeczywistości po tak długim seansie. – Kobiecy głos wypełnia pomieszczenie. Rozglądam się.

– Kim jesteś? – Zdaję sobie sprawę, że zamiast języka mam martwy kawał mięsa. Mówię z trudem i nie wyraźnie.

– Komputer pokładowy wielozadaniowego statku Lux Perpetua dwieście pięć.

Zastanawiam się chwilę.

– Kim ja jestem?

– Jesteś użytkownikiem kapsuły wirtualnej rzeczywistości.

– Coś więcej?

– Brak danych.

Za radą statku kładę się. I tak bym nie wstał, jestem wyczerpany. Poduszki masują mnie mile, przez rurki na przegubach zaczyna sączyć się jakaś substancja.

– Jak długo byłem w kapsule? – pytam.

– Dwadzieścia dwa cykle.

– Ile wynosi cykl?

– Długość cyklu wyliczana jest indywidualnie dla każdego użytkownika. Sposób prowadzenia obliczeń jest zarejestrowaną tajemnicą firmową korporacji Voyage-Rev.

Kolejne pytania cisną mi się na język.

– Dokąd lecimy?

– Udajemy się do bazy zaopatrzeniowej Los Santos celem uzupełnienia zapasów.

– Kto poza mną jest na statku?

– Brak danych o innych pasażerach.

Zatyka mnie. Nagle w mojej głowie rodzi się czarny scenariusz. Ale jeszcze za mało wiem, by dać się ponieść lękom.

– Ktoś czeka na nas w Los Santos?

– Stan bazy pięciu minus czterech zaginionych, jeden w izolatce. Prawdopodobieństwo śmierci. Oczekiwanie na przybycie ekipy medycznej celem stwierdzenia zgonu. Status oczekiwania pięć lat, osiem miesięcy, dwa dni, dziesięć godzin, dwanaście minut i jedna sekunda ziemska.

Zaczynam szybciej oddychać.

– A wirtualna rzeczywistość…?

– Korzystałeś z pełnego oprogramowani VR Voyage-Rev, wersja piąta, najnowsza, łączenie się z innymi użytkownikami przez Spacenet.

– Tak, właśnie! – Uśmiecham się i podnoszę. – Inni użytkownicy, skąd się łączyli? Gdzie są?

Mija chwila, nie za długa, ale dla mnie ciągnąca się niemiłosiernie w oczekiwaniu.

– Brak danych o innych użytkownikach w ciągu ostatnich piętnastu lat.

W gardle mam gule. Nie zwracając uwagi na ostrzeżenia wychodzę z komory. Podłoga jest chłodna, upadam, łapę się krawędzi kabiny. Udaje mi się doczłapać do iluminatora, kable i rurki ciągną się za mną bez oporu.

– Wszyscy byli fałszywi – mówię sam do siebie. – Gdzie są jacyś ludzie? Jacykolwiek?

– Brak danych o innych osobnikach gatunku ludzkiego.

Boże. Dobry Boże, to jakiś horror. To nie może być prawda. Komputer może się mylić, być uszkodzony. A może… Może to wciąż nie jest prawdziwy świat? Jak mówiła Sani, może muszę jeszcze sam się wylogować z kilku rzeczywistości! Próbuję przywołać konsolę. Nic się nie dzieje.

– Gdzie jest najbliższa konsola?

– Brak danych. Spróbuj inaczej sformułować pytanie.

Cholera.

– Konsola do obsługi wirtualnej rzeczywistości. Gdzie jest?

– Główny komputer i serwerownia Voyage-Rev znajdują się na planecie Ziemia.

– Czy możemy zmienić kurs?

– Jesteś pasażerem o najwyższych uprawnieniach.

– Kurs na Ziemię!

– Ostrzeżenie! Brak danych o możliwościach uzupełnienia zapasów na planecie Ziemia.

A więc podróż w jedną stronę. Cóż, jeśli to jedyne wyjście…

– Czy to mroczny świat? – pytam, wpatrzony w kosmos. Wypełniony milionami gwiazd. A tak bardzo pusty…

– Zdefiniuj mroczny świat.

Co mam powiedzieć? Mroczne światy to rzeczywistości dla szaleńców, gdzie ból jest realny, rany goją się powoli, stracone kończyny nie odrosną już nigdy. Gdzie w momencie śmierci nie odradzasz się, tylko zamieniasz się w chmurę pary. A konsole są rzadkie i dobrze ukryte.

– Czy mogę tu umrzeć?

Statek zwleka z odpowiedzią, ale może tylko mi się wydaję. Czas jest abstrakcyjny, a momenty niezdefiniowane.

– Tak, to jest mroczny świat. – I znowu zmysły drwią ze mnie. Przecież w głosie komputera nie może być grozy.

Przykładam dłoń do iluminatora.

– Kurs na siedzibę Voyage-Rev – decyduję.

– Rozkaz przyjęty. Planowane dotarcie do celu za tysiąc dwadzieścia osiem ziemskich dni.

Parskam i uśmiecham się pod nosem. Trzy lata. Co można robić w przestrzeni kosmicznej przez trzy lata? Zerkam na komorę. A potem na potężne, stalowe drzwi. Co może być za nimi? Nie wiem jeszcze, czy chcę wiedzieć. Nie wiem, czy chcę tu być choć sekundę dłużej, czy raczej uwięzić mój mózg w przyjaźniejszym świecie, do czasu dotarcia do Ziemi. Już absolutnie nic nie wiem i niczego nie rozumiem.

 

Koniec

Komentarze

hej Reinee

Znalazłem trochę literówek : duszy mnie, nie specjalnie, cerce, nachla się, taksówkach, łapę się.

Poza tym : otaksowuje i zaintrygowanie – niby gramatycznie poprawne, ale toporne.

Ppozdrawiam

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

VR rzecz nienowa i opisywana tyle razy, że kiedy ją zwęszyłam pomyślałam: łeee, znowu? A jednak w kilku miejscach udało Ci się mnie zaskoczyć i pozbawić gruntu pod nogami, za co duży plus:D

Czytało się nawet przyjemnie, po pierwszych zwrotach akcji wciągnęło.

Trochę mi nie pasowało ostatni przebudzenie – raz że miałam deja vu Matrixa, dwa – nie pasowała mi ta gruba rura w przełyku – po co? sondy są cienkie, a jeśli chodziło Ci o intubację , to nie w przełyku tylko w tchawicy i życzę mega jaj przy wyciąganiu bez usunięcia powietrza z balonika, trzy: ciało wychudzone, ale sprawne – jak technika poszła tak do przodu, że radzili sobie z zanikami mięśni, to czemu był wychudzony? (plus rzecz, która zawsze mnie przy takich komorach nurtuje: gdzie się podziewają odchody? Ale rozumiem, ze bohater woli o tym nie myśleć^^)

Z technikaliów w oczy rzuciło mi się: trochę brakujących przecinków, m.in. po imiesłowach przysłówkowych. W pierwszym ustępie zamieszanie z czasami.

w mozaikę światów, jakie zwiedziłem i żyć, jakie wiodłem.

– raczej : które

 

Mieszają się pod moimi powiekami, lepią w jedno, puste oblicze, blade, o oczach bez wyrazu i wąskich, popękanych ustach. Łysa głowa człowieka bez wieku, płci i duszy.

może: Łysą głowę?

 

Głowa opadła mi na ramię, dłonie opadły mi na uda, a całe ciało zaczęło powoli, powolutku przechylać się w bok.

– to można by spokojnie wykreślić nie tracąc czytelności zadania.

lecz nie na niej zarysu nosa ani łuków brwiowych.

chyba zabrakło “ma” albo czegoś podobnego

 

Administrator usza

rusza?

 

Hindusi w znaczeniu narodowości dużą literą, małą będzie chodziło o wyznawców religii

Pozdrawiam

 

 

 

 

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Jak napisała Alex – VR już było. Ale przynajmniej metoda wyjścia nietypowa.

Mam wrażenie, że tekstowi zabrakło korekty albo dwóch. Czasami niepotrzebnie piszesz coś rozłącznie, za dużo literówek, pokiereszowane zdania…

Ze wszystkich pytań jakie mogłem jej zadać udaję mi się wybrać najgłupsze.

Literówka. Masz jeszcze więcej pomyłek “ogonkowych”, ale i inne się trafiają. I jeszcze przecinek bym tu dołożyła.

Wiem, że w głębi duszy mnie za sympatycznego, ale jednak odludka i mazgaja.

Jakby orzeczenie gdzieś zwiało.

lecz nie na niej zarysu nosa ani łuków brwiowych. Nie ma nic,

Tu też. A jak złapiesz, to pewnie będzie powtórzenie.

Babska logika rządzi!

Przyznam, że raziła mnie cała masa literówek w stylu ę zamiast e i na odwrót, plus jeszcze trochę innych.  

A mnie to trochę przypomniało Incepcję – przez tę wielopoziomowość. I końcówka tak samo niejasna – to znaczy nikt – ani czytelnik, ani protagonista – nie wie, czy to już rzeczywistość, czy jeszcze nie. 

Co do przebudzenia, mam podobne odczucia do Alex. 

Na początku byłam zdezorientowana (nie przeczytałam tagów), ale później już jak się zorientowałam o co chodzi, to jednak wciągnęło. Szkoda tylko, że literówki przeszkadzały w czytaniu. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nie wiem, czy to było poprawione po ostatnich komentarzach bo jak dla mnie nadal jest sporo literówek. Każdy oczywiście popełnia błędy ale takie ich nagromadzenie utrudnia czytanie.

 

 Taki motyw życia-snu i pytanie o to, co jest rzeczywiste to oczywiście nic nowego ale to nie jest zarzut. W sumie zakończenie było dobre i, co najważnIejsze, dość zaskakujące. Natomiast samo opowiadanie jest mało wciągające. Ponieważ VR  i niedostosowany bohater to dość częsty temat przydało by się coś, co zaciekawi czytelnika, jakiś nowy, niedziałający do konwencji element. Bo zakończenie jest dobre i nawet tenb wątek "miłosny" nie jest źle rozegrany. Tak przynajmniej mnie się wydaje.

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

jiiii przeczytane

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Opowiadanie zaczynające się od deklaracji, że bohater śni, raczej nie nastraja mnie pozytywnie. A potem zostałam przytłoczona mnogością możliwości światów, zaś kolejne opisy nużyły, a rozmowy nie zaciekawiały. Zakończenie, choć niezłe, nie wpłynęło znacząco na odbiór całości.

Wykonanie nadal pozostawia sporo do życzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka