- Opowiadanie: Dzikowy - Miluś

Miluś

Okpo napisane przed chwilą, więc nie odpoczęło, bo kiedy?

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Miluś

Pobudka. Patrząc jednym oczkiem, kieruję się najpierw do kuchni i nastawiam ekspres do kawy kupiony za pięć dych w dyskoncie. Kawa też z przeceny i z dyskontu. Zanim dzbanek się napełni, zdążę opróżnić pęcherz i umyć zęby albo nawet opróżnić kiszkę stolcową, jeżeli jednocześnie będę mył zęby. I czytał, chociaż to raczej po kawie, bo teraz to wszystkie litery i ilustracje rozmywają się w kleks przypominający zorzę polarną.

Dzbanek, kubek i kawałek czekolady niosę do biurka z blatem poznaczonym plamami z kawy wczorajszej, przedwczorajszej i jeszcze dawniejszej. Robię prasówkę. Na jedynce serwisu, tradycyjnie, wioska sfajczona przez smoka. Niżej pokiereszowane przez gwiazdkowy prezent dziecko, a jeszcze dalej odszkodowania dla rolników, utrudnienia na drogach i tak dalej. Rzucam jeszcze okiem na prognozę pogody (chłodno, ale bez deszczu) i wchodzę do chmury biura. Na dziś mało pracy. Może dwa dzbanki, może trzy, jeżeli będę prokrastynował.

Za plecami słyszę Korna. To Jola się obudziła i będzie się najpierw krzątała przez chwilę, a potem przyjdzie ze mną porozmawiać. Na koniec, niby od niechcenia, zapyta o to, co zwykle.

– Hej, wyspałeś się? – Weszła do pokoju, gdy akurat zrobiłem sobie pierwszą dziś przerwę w pracy.

– Tak – rzuciłem, starając się zastrzelić snajpera z przeciwnej drużyny. Albo to ja się starzeję, albo to te dzisiejsze gówniarze mają jakiś wrodzony talent do walenia w stare pierniki wirtualnymi pociskami.

– Miałam fajny sen – paplała, chociaż widziała, że próbuję się skupić. – Byliśmy u dziadków w domu i poszliśmy do piwnicy po chrzan, ale tam nie było piwnicy, tylko pole. To znaczy znaleźliśmy się na polu. Ja jechałam kombajnem, a ty obok takim różowym Mercedesem…

– Jolu, proszę – przerwałem i odwróciłem się do niej. Trwało odliczanie do kolejnego respawnu. – Zaraz do ciebie przyjdę, tylko skończę.

– Graj sobie – odpowiedziała, siląc się na obojętność, ale wiedziałem, że rozmowa jeszcze się nie skończyła. Przecież nie było jeszcze kody, finału, utwór wciąż trwał. Wyszedłem z gry, mimo że system dowali mi za to godzinną blokadę.

– I tak jestem do niczego. Co dziś robimy?

Zastanawiała się przez chwilę.

– Może byśmy tak pojechali na zakupy? Przejrzę promocje.

Kiwnąłem głową, czekając na ostatni akord.

– Zajdziemy do zoologicznego?

Kiedyś słyszałem taki dowcip o facecie, który na rozprawie rozwodowej tłumaczył sędziemu, jak się objawia czepialstwo żony: czerwiec, słoneczko, upał, siedzimy z kolegami na tarasie i relaksujemy się przy grillu i piwku, a ona co? Przychodzi i wrzeszczy „wyrzuć choinkę, wyrzuć choinkę”.

Ja dziś chyba w końcu wyrzucę.

– Dobrze – skapitulowałem. – Kupimy zwierzaka, ale jak skończę pracę.

– Wcale mi się nie spieszy. – Ze zniecierpliwienia aż przestępowała z nogi na nogę.

Już widzę, jak sobie w spokoju popracuję. Żegnaj, prokrastynacjo. Dziś mam poganiacza niewolników nad głową. Dla skrócenia męki, zaproponowałem Joli, żeby wybrała w internetach jakieś akcesoria. Nie lubię ganiać po sklepach. Najchętniej w ogóle bym zwierza i wszystkie bambetle zamówił z dostawą do domu, ale wiadomo – pierwszy smok, wielkie wydarzenie. Osobiście trzeba się wybrać i wskazać palcem tego jedynego.

Praktycznie od chwili, gdy Jola po raz pierwszy znalazła filmik na YouTube z baraszkującymi skrzydlatymi gadami i zaczęła rozpływać się nad ich „ciudną uroćnością”, wiedziałem, jak to się skończy. Oczywiście próbowałem jej zakup smoka wyperswadować. Przecież to nie jest kolejna para butów. Zwierzę to odpowiedzialność. A co będzie, jak zachoruje? Czy w naszym ulubionym hotelu można trzymać zwierzęta? Smoki są jak żółwie, więc to prędzej my się zestarzejemy niż on, dlatego może na początek jakieś mniej długowieczne zwierzątko? No i utrzymanie smoka kosztuje krocie.

Nic. Grochem o ścianę. Wiedziała, jak kruszyć beton. Wystarczyło drążyć, aż pękłem. Przyłapałem się, że teraz zamiast pracować odwiedzam jakieś smocze serwisy i przeglądam galerie zdjęć czy zestawienia ras i odmian. Te wystawowe były naprawdę imponujące. Nie to co dachowce, wieżowcowce i mostowce, czy jak tam je nazywają. W zasadzie to mogliśmy przygarnąć jakiegoś przybłędę, bo bezpańskich smoków przybywało mimo finansowanych przez samorządy programów sterylizacji. Zamknąłem przeglądarkę i wysłałem ostatni arkusz. Zrobiony trochę po łebkach, ale i tak nikt tego nie czyta. Napisałem wiadomość, że wszystkie zlecenia odesłane, i wylogowałem się z chmury.

Najbliższe centrum handlowe było blisko, może trzy minuty samochodem, jeśli uda się trafić na zieloną falę. Było wczesne popołudnie, więc parking był pusty. Skierowaliśmy się do środkowego wejścia prowadzącego bezpośrednio na halę. Jola prawie biegła. Aż się uśmiechnąłem pod nosem. Zazwyczaj to ona musiała mnie gonić.

Od wybuchu mody na smoki centra handlowe zmieniły się nie do poznania. Hipermarkety wszechtowarowy, budowlany i elektroniczny poupychane były teraz po niegdysiejszych butikach odzieżowych, które w ogóle zniknęły, za to halę w całości zajmował sklep zoologiczny. Przy samym wejściu stały gabloty z „tradycyjnymi” zwierzętami. Chyba tylko dla ozdoby lub z przyzwyczajenia, bo każdy klient od razu patrzył w górę na ledwo mieszczące się pod dachem ogromne smoczyska. Rozmieszczenie poszczególnych działów nie zmieniło się. Na samym końcu w akwariach pływały Nessie, nieco bliżej z regałów spływały girlandy zabawek na sznurkach, na półkach zalegały stosy kojców, zabawek i drapaków. Bliżej w zagrodach beczały i śmierdziały dziesiątki owiec. Przy samej ladzie można było wybrać różne ciasteczka i gryzaki ze zbrojonego betonu. A smoki? Smoki zajmowały najdalsze skrzydło hali, wyłożone azbestem i innymi niepalnymi powierzchniami. Na kratach klatek ktoś dowcipny powiesił ostrzeżenie „nie palić”, a ktoś zaangażowany dodał tabliczkę z hasłem „nie kupuj – adoptuj”.

Jola oczywiście minęła klatki i poszła do oddzielonego zwisającymi pasami folii pomieszczenia, w którym pod lampami kwarcowymi wygrzewały się jaja leżące na tandetnej plastikowej biżuterii z H&M. Obok każdego wisiała kartka z ceną i przyszłym wyglądem uwięzionego w środku pisklaka. Jola zdążyła już obiec wszystkie i delikatnym puknięciem wskazać trzech faworytów.

– Andrzej, ten tu jest obronny, ale patrz, jaki będzie ładny. Tamten niebieski jest smokiem torebkowym, taką miniaturką, a ten tam jest pasterski.

– Bo zjada owce?

– No wiesz, przestań – skarciła mnie urażona. – Którego chcemy?

Przecież nie odpowiem jej, że żadnego.

– Z trojga złego chyba tego pasterskiego. Wydaje się, że będzie najłatwiejszy do ułożenia. Chociaż ten torebkowy nie urośnie tak bardzo. Chyba…

Jola sięgnęła po jajo.

– To bierzemy pasterskiego… Jak on się poprawnie nazywa?

– Proszę nie dotykać jaj! – Usłyszałem za plecami. Chłopak w gównianej firmowej kamizelce podbiegł i odebrał Joli jajo. – Zaniosę do kasy. Tam będzie można odebrać. W międzyczasie możecie państwo wybrać akcesoria – poradził.

– Chodźmy – zawołałem Jolę i wyszliśmy z tego terrarium. Po powrocie znowu będę musiał wziąć prysznic.

Zanim doszliśmy do kasy, mieliśmy wózki wypełnione kojcem o średnicy trzech metrów, ale ładnie zwiniętym, suchą karmą ze zwiększoną zawartością białka dla smoków rosnących i mających większe zapotrzebowanie kaloryczne, zabawkami, małymi ciasteczkami do czyszczenia zębów, szlifierką kątową do obcinania pazurów, różnymi sznurkowymi zabawkami i maskotkami, gryzakiem z niepalnej gumy, jakiej używa się w samolotach, no i gaśnicą autobusową. Rachunek wyszedł kosmiczny, ale czego się nie robi dla ukochanej? No i dostaliśmy gratis obrożę z identyfikatorem.

Pakowanie samochodu trochę trwało. Jola siedziała z jajem na kolanach i co chwila podniecona pytała mnie o jakąś pierdołę, przez co za każdym razem krzyczałem „co?”, obchodziłem samochód, po czym wracałem do bagażnika coraz bardziej wkurzony. Już nie znoszę tego gada.

Do domu dotarliśmy dopiero pół godziny później, bo za wszelką cenę starałem się omijać każdą najmniejszą dziurę i nierówność, a i tak pewnie zawieszenie będzie do wymiany. Ciężki to był dzień, oj ciężki.

***

Bobo wykluło się jakiś tydzień później. W sumie uroczy dziabąg, tylko ten smród siary. No i wali pod siebie po każdym posiłku, a żre bez przerwy. Jola przez te siedem dni zamęczała mnie rozważaniami nad imieniem. W końcu doszło do kłótni.

– Będzie żył sto lat, to może nazwać go Stolec? – zaproponowałem wkurzony, gdy usłyszałem którąśset propozycję. Przeorała wszystko, co było do znalezienia na temat smoków. Książki, filmy, komiksy, gry, no wszystko. Jak nie Smaug, to Abraxas. Jak nie Errol, to Draco.

– Ty chyba wcale nie chcesz tego smoka – wyrzuciła mi.

– A chcę?! Przecież to ty smęciłaś mi o gadzie od miesięcy. Kurwicy można było dostać! Miałem nadzieję, że mi odpuścisz, ale jak widzę, trafiłem z deszczu pod rynnę! Weź sobie to jajo i z nim gadaj.

Dopiero wieczorem poszedłem przeprosić.

– Miluś. To taki mały smoczek z komiksów o Kajku i Kokoszu. Czytałem w dzieciństwie. Jak był smutny, to robił „chlip, ślurp”.

– Fajnie. Będzie Miluś. – Spojrzała na mnie czerwonymi od płaczu oczami.

Przedostatni raz kłóciliśmy się o smoka. Jak już się wykluł, to oczywiście Jola była tą od pieszczenia i szczebiotania, a ja za to mogłem do woli rozkoszować się noszeniem wiader z wodą i karmą, szuflowaniem łajna i odkurzaniem łusek, które Miluś rozrzucał po całym mieszkaniu. Jeszcze nie ział ogniem, ale pewnej nocy dostał takiej gorączki, że przepalił kojec (który podobno miał być niepalny) i parkiet do gołego betonu. Wrzuciłem go do wanny, a gdy ostygł, pojechaliśmy do weta. Finansowo nie bolało, ale dostałem szczegółową rozpiskę, kiedy szczepić i na co, jak karmić i poić, no i że jak najszybciej przydałaby się tresura u specjalisty, bo jak gadzina urośnie, to owinie nas sobie wokół pazurka.

– Te szczepienia to obowiązkowe? – spytałem.

– Nie, ale przydatne. Katar u smoka to nic przyjemnego, proszę mi wierzyć.

– A wścieklizna?

– Niepotrzebna. Smok nie zaraża przez pogryzienie, bo po kłapnięciu żadna choroba nie zdąży się rozwinąć – uspokoił lekarz.

Po powrocie do domu i podaniu leków siedziałem przy Milusiu prawie do rana i obkładałem go lodem. Jola położyła się wcześnie. Dostała w końcu wymarzoną pracę i musiała wyspać się przed pierwszym dniem.

***

W sumie dobrze, że znalazła robotę. Mały, tfu, wielki smok to wielkie wydatki. Tresura to pikuś, jakoś to ogarnąłem. Miluś jest pojętny, chociaż czasami złośliwy. Jak tylko wyzdrowiał, zeżarł mi buty, zimowe palto i lodówkę. Ale to było dwa miesiące temu. Teraz już jest ułożony. Obecnie „chodzenie przy nodze” nabiera nowego znaczenia, jako że proporcje trochę się odwróciły. Żre cztery owce dziennie, wyłącznie żywe. Suchej karmy nie tyka, a beczka mokrej paszy klasy premium leży otwarta na balkonie od miesiąca. Liznął trochę i poleciał polować na żubry do Białowieży. Powinienem ją wywalić, zanim się zepsuje. Dobrze, że mróz trzyma. Miluś śpi na dachu. W mieszkaniu od dawna się nie mieści. No i cały czas musi mieć gryzaki, za którymi po prostu przepada. Jak go chciałem odzwyczaić, to najpierw opędzlował wszystkie okoliczne drzewa, a potem zabrał się za kolumny budynków. Na spacer wyprowadzam go samochodem. Sprzedałem starego kompakta i teraz jeżdżę dźwigiem, bo wprowadzili obowiązek wyprowadzania smoków na smyczy. Przynajmniej o wodę nie muszę się martwić, bo żłopie prosto z rzeki. Podobno gdzieś na południe od miasta zrobili park dla smoczarzy. Gadziny mogą tam się wylatać i spotkać z innymi smokami. Wybierzemy się tam w weekend.

Jola przypomina sobie o Milusiu tylko wtedy, gdy nie ma z kim oglądać telewizji, a ostatnio nie bardzo ma z kim. Po sprzątnięciu milusiowej paczki z trawnika jestem dokumentnie wypompowany. Skarmianie owcami to też nie przelewki. Do comiesięcznej pielęgnacji pazurów zatrudniam dwóch pomocników, a do czyszczenia uszu kupiłem sobie uprząż do prac na wysokości. Fart, że Miluś grzecznie poddaje się tym zabiegom. Czytałem na forum o problemach, jakie niektórzy mają ze swoimi pupilami. Danny263 pisał, że jak ostatnio zabrał się do zabiegów pielęgnacyjnych, to spłonęły dwa wieżowce i Biedronka. Tak. Jestem na forum dla smoczarzy. Musiałem zapytać o kilka rzeczy, na przykład o dziwną wydzielinę z nosa. Okazało się, że to typowe dla tej rasy. Miluś nie jest szczególnie ognisty, a gruczoły nosowe muszą się jakoś czyścić. Jest tu kilku popaprańców, ale zasadniczo to bardzo sympatyczne towarzystwo. Umówiłem się na wspólny piknik. Będzie ponad dwadzieścia smoków, darmowe USG, cała zagroda lam i konkurs piękności. Z tej okazji zamówiłem beczkowóz ekologicznej ozonowanej oliwy do nabłyszczania łusek. Przyjedzie jutro. Niech maluch ma na pierwsze urodziny.

***

Jola odeszła. Oddałem jej wszystko bez dyskusji. Wywaliła mnie z mieszkania, więc co było robić? Spakowałem się w worki i wrzuciłem wszystko do kabiny dźwigu. A, nie wspomniałem, że rzuciłem pracę. Smok – ułożony czy nie – wymaga jednak ciągłej opieki. Poradzę sobie jakoś. Pokłóciliśmy się tylko o smoka. Chciała go zatrzymać chyba tylko po to, żeby mnie upokorzyć, bo po co innego? Ostatecznie odpuściła, gdy na moje polecenie Miluś wypuścił w jej stronę ostrzegawcze kółko z dymu. Pierwszych kilka nocy spałem w kabinie. O zwierzaka nie musiałem się martwić. To nie jest tak, że głodny smok nic sobie nie upoluje, dlatego musiałem wyjechać poza miasto. Widać było, że rozumie sytuację. Codziennie przynosił mi prezenty: żyrafa, jeleń, dzik, dziecko. Mój kochany przyjaciel.

Zamieszkałem u Danny’ego z forum. Ma pod opieką siedemnaście smoków z interwencji. Wreszcie Miluś ma się z kim bawić. Poniemiecki bunkier pod lasem to może nie przytulna willa, ale przynajmniej jest bezpiecznie – niektórzy podopieczni nie są tak grzeczni jak mój zwierzak. Doszło do kilku bójek między samcami, ale niegroźnych. Las nie ręka, odrośnie. Dosyć szybko przekonałem się, jak mało wiem o smokach. Nauczyłem się, jak podawać leki odmawiającym współpracy pacjentom, zmieniać opatrunki i podpinać tlenowy namiot cyrkowy. Danny działa w organizacji zajmującej się prawami smoków. Dzięki temu, że z nim mieszkam, częściej może wyjeżdżać. Czasami wraca z pokiereszowanymi, zagłodzonymi i zagrzybionymi zwierzętami z pseudohodowli, czasem zakłada garnitur i rusza na walkę na sejmowych korytarzach. Raz nawet widziałem go w telewizji. Ja w tym czasie zajmuję się biedakami porzuconymi w lasach w sezonie urlopowym lub zaraz po świętach, gdy okazuje się, że prezent gwiazdkowy potrafi w ciągu sekundy sfajczyć kolację wigilijną i pół rodziny. Mimo że w bunkrze nie ma ogrzewania, a grudzień jest wyjątkowo mroźny, dzięki zwierzętom na całej polanie jest średnio dwadzieścia stopni. Od jakiegoś czasu przygotowujemy się do nocy sylwestrowej. Smoki głupieją na widok fajerwerków, dlatego wszędzie pojawiają się apele, żeby nie strzelać ze względu na zwierzęta i własne bezpieczeństwo. Miluś też jak widzi choćby racę, to od razu wali płomieniami na wszystkie strony. Mamy piętnaście wozów strażackich i dwa samoloty gaśnicze. To najgorsza noc w roku.

***

Jeszcze niedawno byłeś małym jajeczkiem, drobnym pisklaczkiem, a teraz? Ja już jestem stary, zgrzybiały, a ty dopiero poszukasz sobie dziewuchy. Powinienem był cię wykastrować, ale zawsze było tyle innych wydatków. Dziękuję ci, przyjacielu. To było bardzo fajne życie.

Warszawa, 15 stycznia 2014 r.

Koniec

Komentarze

Ech, Ty, Dzikowy, żebym to ja tak potrafiła “przed chwilą” takie kawałki smażyć ; )

 

Twoje poczucie humoru nieodmiennie wprawia mnie w… no, dobry humor. Nie wiem, co było lepsze, szlifierka kątowa czy może tlenowy namiot cyrkowy? ; ) I dźwig do wyprowadzania na spacer.

 

Dziękuję Ci za zacne umilenie ostatnich dziesięciu minut i pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Wiedziałam, że to z Kajka i Kokosza! Brawa dla mnie :) 

 

A dla Ciebie jeszcze większe i na stojąco – za tak fajną lekturę, zwłaszcza, że powstała “w chwilę”.  

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Chwila nie chwila, ale pomysł był , a do tego zrealizowany wyśmienicie. Tylko że trochę to smutne takie jest, jak zawsze, gdy zaczynają się mody… Dobrze chociaż, że nie ma szansy przywiązać smoka do drzewa w środku lasu…

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ok, chwila spokoju i można jeszcze raz przeczytać, tym razem świadomie zwracając uwagę na drugie dno. Nie chce innym psuć odbioru, więc nie będę się nad tym dnem rozwodzić. Zwłaszcza, że Bemik już podsumowała – że za fasadą humoru czai się nieco smutku i refleksji.

Swoje gwiazdki jak najbardziej utrzymuję w mocy.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Świetne!

 

Pomysł, purnosens dyskretnie borący górę nad znaną czytelnikowi rzeczywistością, życzliwe, ciepłe poczucie humoru, durna, ulegająca modom baba – znać, że temat bezpańskich psów pięknie przełożyłeś na smoki. Z całą konsekwencją. Naprawdę udana hiperbola.

 

Pierwszego smoka, tfu, psa, mieliśmy z lasu. Przegryzł sznurek, którym jakiś sk…l przywiązał go do drzewa, zaraz po Bożym Narodzeniu i poszedł za moją szanowną rodzicielką, nie potrafię więc na to opko zareagować inaczej, niż żywiołową empatią i pełnym zrozumieniem dla protagonisty.  ;-)

 

Edit: a za wywołanie Milusia z otchłani dzieciństwa – high five!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Cóż mogę dodać? Wszystko już powiedziano – świetny tekst :)

Świetne. Dźwig i prezenty zupełnie mnie rozbroiły. No i plus za Milusia ( ech, nostalgia).

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Jakbym czytała o znajomych dwóch parach, co się zachciało pieska. Jedni czytają na okrągło książki o tej rasie, kupują zabaweczki i psu wszystko wolno. Drudzy natomiast podzieli się na obowiązki, jedno jest od kochania, a drugie od sprzątania. Bardzo życiowe, ale ciekawie przerysowane względem smoków. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Świetne – ale jak dla mnie, do momentu tych długaśnych akapitów pod koniec. Szkoda, bo liczyłem na taki zakrapiany ironią tekst na całej długości, a gdzieś później klimat mi uleciał.

Mimo wszystko jednak – i tak bardzo dobre.

And one day, the dream shall lead the way

Dzięki za komentarze. Odespałem i tekst jakoś przestał mi się podobać – trochę za dużo powtórzeń. W audio wyjdzie ich jeszcze więcej, ale słowo się klepnęło. :)

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Dobre, z humorkiem ;)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

pytała mnie o jakąś pierdołę, przez co za każdym razem pytałem „co?

Ogólnie dobrze napisane, choć początkowo mnie nie porwało. Nie ma w sumie za dużo fabuły, a najbardziej wyrazistą postacią jest Jola, której szczerze nie polubiłam ;) 

Umiejscowienie smoków jako zwierząt domowych już widziałam u zygfryda, więc tym razem nie czułam powiewu świeżości :P choć nadal mam uczucie, że to całkiem zgrabnym i genialny w swej prostocie pomysł.

Ogólnie – dobre, ale westchnień podziwu nie podzielę :P

Tylko nie "Tęcza"!

Hej, dzięki za wytyk powtórzenia (tylko jednego?). Opko ma taką postać, bo nie miałem czasu na risercz i mogłem napisać tylko o tym, na czym się znam – miałem tylko chwilkę pomiędzy skończeniem roboty i zdechem po ponad dobie bez snu. A na opiece nad smokami znam się niewątpliwie. :) I tak ¾ “epizodów z życia niewolnika świnek morskich” pominąłem, bo by tekst wyszedł zupełnie niestrawny.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

I tak ¾ “epizodów z życia niewolnika świnek morskich” pominąłem, bo by tekst wyszedł zupełnie niestrawny

O widzisz, a mi się to bardzo zgodziło z ¼ “epizodów z życia niewolnika kotów” ;-) Każdy porównuje do tego, co zna…

Zabawny (w pierwszej warstwie) tekst, stosunki ludzi i smoków już nie najnowsze, ale zdecydowanie jeszcze nie oklepane. Uch, i tak długo z głupią babą wytrzymał.

Usterek językowych nie zauważyłam – jakoś mi te wspominane powtórzenia umknęły.

Babska logika rządzi!

Zabawny z jednej strony, dołujący z drugiej, za to z każdej – mocny tekst.  Wszyscy już wszystko napisali, dodam więc tylko, że bardzo mi się Twoje opowiadanie podobało.

Sorry, taki mamy klimat.

Świetny tekst! :)

Pisz tylko rtęcią, to gwarantuje płynność narracji.

Szczerze się śmiałam czytając :D. Świetne!

Tak coś czułem, że to będzie tekst pod szyldem “ech, te baby”. Ale nic to. Opowiadanie jest fajne, przyjemnie napisane i dość lekkie w odbiorze. Idealne na chwilę niezobowiązującej lektury. Zwłaszcza, że nie ma koślawych zdań ani brakujących przecinków, które utrudniałyby lekturę. Dla mnie bomba.

Uuu, rewelacja, choć mam wrażenie,  że brzytwa Lema zrobiłaby tu niezłą jatkę, nie ma to najmniejszego znaczenia, bo bawiłem się doskonale :) 

 

Nie biegam, bo nie lubię

Hej, dzięki za pomysł! Ale niestety już ekipa od South Park zrobiła apokalipsę wg świnek morskich, to mi tylko smoki pozostały. :)

 

http://en.wikipedia.org/wiki/Pandemic_%28South_Park%29

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Ciekawy, oryginalny tekst, uśmiechnąłem się wiele razy czytając. Komentarze innych czytelników zwróciły mi uwagę na “drugie dno” i jego smutniejszy wymiar.

Nie bardzo zrozumiałem natomiat sens ostatniego zdania: do czego odnosi się bohater mówiąc o “fajnym życiu”? Zabiły go te smoki (albo ząb czasu) czy co?

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Myślę, że chodzi o to, iż człowiek żyje znacznie krócej od smoka. Więc zestarzał się i niedługo umrze, a jego Pieszczoch dopiero dojrzewa.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Oraz o to, że pomimo początkowej niechęci, "rozwodu" i zmiany życia, to był dobry czas, taki, że kiedy spojrzeć wstecz, człowiek czuje się spełniony, kiwa głową i mruczy pod nosem: w sumie dobrze, ze tak to się poukładało…

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki, to przekonujące :)

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Ależ to fajne opowiadanie. Ja bym nawet nie powiedział, że to last minute;) Fakt, że wrażliwość na niedoróbki ma się mniejszą, jak tekst co i rusz zadziwia świeżością i trafnością analogii. Świetnie się czytało. Banan na twarzy niemal do końca, a w gratisie ambitna refleksja o powstającej więzi między człowiekiem a zwierzęciem.

A wspomnienie „chlip, ślurp” – bezcenne :D

Pogratulować i podziękować pięknie!:)

empatia

Generalnie się ubawiłam, ale ponurą refleksję też miałam. Fajny tekst.

Moimi faworytami są dźwig na spacery i Stolec. :)

Lekki, szybko czytający się tekst, będący tak naprawdę gorzką refleksją na temat macierzyństwa, które pomimo swego uroku, często odbiega od naszego wyobrażenia.

 

Dobry tekst!

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

O, bardzo cieszy mnie Twoja interpretacja, Nazgulu, bo w ogóle mi nie przyszła do głowy. :)

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Lekki, szybko czytający się tekst, będący tak naprawdę gorzką refleksją na temat macierzyństwa, które pomimo swego uroku, często odbiega od naszego wyobrażenia.

Nazgulu, chylę czoła, co za zrozumienie tematu!… Jak spojrzałam na ten tekst pod tym kątem, to rzeczywiście.:)

O, bardzo cieszy mnie Twoja interpretacja, Nazgulu, bo w ogóle mi nie przyszła do głowy. :)

<leży>

Sorry, taki mamy klimat.

;-)

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Ogólnie pomysł jakoś wyjątkowo oryginalny nie jest; spodobała mi się jednak zmiana jaka zaszła w relacji główny bohater – Miluś. I choć całość nie wzbudziła we mnie większego zainteresowania, to zakończenie takie nastrojowe, trochę smutne. 

 

Jedne opowiadania rozbawiają, inne wprawiają w zadumę, kolejne skłania do refleksji, wzruszają, a są i takie, których nie można przestać czytać, dopóki nie zobaczy się ostatniej kropki. Tutaj  znalazłam te wszystkie cechy.

Dziękuję Ci, Dzikowy, że napisałeś Milusia. ;-)

 

a ty obok takim ró­żo­wym Mer­ce­de­sem… – …a ty obok takim ró­żo­wym mer­ce­de­sem

 

Naj­bliż­sze cen­trum han­dlo­we było bli­sko… – Może: Naj­bliż­sze cen­trum han­dlo­we było niedaleko

 

było bli­sko, może trzy mi­nu­ty sa­mo­cho­dem, jeśli uda się tra­fić na zie­lo­ną falę. Było wcze­sne po­po­łu­dnie, więc par­king był pusty. – Powtórzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za komentarze. Proszę uprzejmie, Regulatorzy.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Fajne :)

Nowa Fantastyka