- Opowiadanie: Skoneczny - Tak mówią magowie

Tak mówią magowie

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Sethrael, PsychoFish, Nevaz, Naz

Oceny

Tak mówią magowie

 

– Bo widzisz, z tego co rozumiem Wszechświadomość jest obecnie już nieco znużona aktualnym stanem tej i pokrewnych rzeczywistości. Znaczy oczywiście „pokrewnych” to pojęcie względne, ale z drugiej strony każde inne również. Znużenie to objawia się istnieniem Dziwnych, magów oraz odkryciami coraz to nowych sprzeczności, które prowokują do badań, prowadzących do zauważania nowych praw rządzących światem, a o których istnieniu wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Tak będzie się działo do momentu poznania przez nas, to jest ludzkość, tak wielkiej ilości praw, że przestaną być one jakkolwiek uniwersalne, gdyż każdy przypadek dowolnej zmiany stanu rzeczy będzie wymagał rozpatrzenia przez pryzmat tylko i wyłącznie jednego prawa, działającego tylko dla tego przypadku. Praw fizyki jest tyle co możliwych i niemożliwych sytuacji a w momencie, w którym to dostrzeżemy świat materialny stanie się dla nas absurdem. Ale nie zwykłym absurdem, a absurdem ostatecznym mieszczącym się nie w obrębie ego, a na poziomie, w którym wspólne korzenie mają osobowość i materia. Zdarzenie to będzie się równało transcendencji całego społeczeństwa a następnie całej materii. Zbiegnie się to z zapadnięciem się wszechświata pod własnym ciężarem co wywoła wytworzenie energii, która zresetuje część materialną wszystkich pobliskich rzeczywistości. Cykl ten powtarza się w czasie, ponieważ po każdym obiegu zostają resztki, które jako materialne mają zdolność definiowania czasu. Poza czasem natomiast istnieje analogiczny schemat, którego z uwagi na brak czasu cyklem nazwać nie można, gdyż byłby to błąd logiczny. W punkcie kulminacyjnym owego schematu znajduję się wydarzenie jednoczące całą energię gdzie dochodzi do zupełnie nowego przetasowania Wszechświadomości, a można by nawet rzec, że do ustalenia zasad jej tasowania. Fascynujące, że wszystko to jest nieskończenie małym elementem innej, wyższej Wszechświadomości, prawdopodobnie zupełnie innej niż nasza. Ale tym ostatnim zdaniem oddaliłem się nieco od tematu naszej pogawędki, za co przepraszam. Nasuwa się podsumowanie: koniec świata możemy rozumieć co najmniej dwojako. Zapadnięcie się materii jest końcem świata, do którego dążymy, ale kompletny reset większej partii Wszechświadomości jest równoznaczny z rozpadem czasu, więc nie możemy odnosić się do niego w żaden sposób, do tego stopnia, że niebłędnym jest stwierdzenie, że ma on miejsce tak samo teraz jak i nigdy.

Lobart zwany Brudasem z racji upojenia tanią wódą zapomniał, że do niepisanych zasad jego ulubionej karczmy od niedawna należy: „Piłeś – nie gadaj z Nerem”. Nieprzestrzeganie zasady zazwyczaj kończyło się nieprzyjemnymi skutkami, takimi jak frustracja, niezrozumienie, upokorzenie, krzyki czy rzyganie. Byli i tacy, którzy uważali, że ostatnie z wymienionych wynika z jakości serwowanych tu trunków, ale ta teoria uznawana była raczej za heretycką. Brudas nawet za bardzo nie chciał wchodzić w interakcję z Nerem, rzucił tylko nic nie znaczącym zdaniem, które zazwyczaj używane było do przerywania niezręcznych cisz. Takich zdań istnieje wiele, Lobartowi po prostu nie dopisało szczęście.

Nie miał prawa wiedzieć, że „ehh ciężkie czasy, zbiera się na koniec świata chyba” wywoła tego rodzaju werbalną katastrofę.

Ner z Aloor był alchemikiem, a przynajmniej tak o sobie mówił. Opuścił Sanktuarium Ryb przed okresem medytacji, co było dosyć popularne wśród lekkomyślnych adeptów, do których się zaliczał. Sanktuarium szkoliło chętnych przez kilkanaście lat, nauka wieńczona była tytułem profesora magii, co gwarantowało wysoką pozycję społeczną. Profesorowie posiadający talenty wpływania siłą woli na rzeczywistość, nazywani byli Czarnoksiężnikami. Uczniowie, którzy dotrwali do okresu medytacji zazwyczaj rzucali jednak studia pewni, że jeżeli nie wiedzą o magii wszystkiego, to i tak zapewne wiedzą znaczną większość.

Tacy jak Ner zazwyczaj kończyli na ulicy, w głębokim szoku, że ludzie na ogół wolą płacić za szczerą robotę niż za opowieści o Wszechświadomości, że techniki hodowli krów są dla nich ważniejsze niż fundamenty istnienia…

Adept z Aloor uważał się jednak za innego. Obmyślił wspaniały plan na życie, którego realizacja stanęła w martwym punkcie, jeśli nie tkwiła w nim od samego początku. Ner za cel postawił sobie badania substancji uwydatniających psychikę na Moc, to jest katalizatorów. Śmiertelnie niebezpieczne połączenie lenistwa i idealizmu doprowadziło go jednak jak na razie tylko do wynajęcia pokoju w karczmie „U Stefana”, gdzie spędził ostatnie dwa miesiące. Jego budżet był na wykończeniu. Brak większej kwoty zmuszał go do wzięcia się za robotę i zrobienia czegokolwiek produktywnego, z drugiej jednak strony fakt posiadania jakichkolwiek drobnych zachęcał do zakupu kolejnego piwa.

I tak zastanawiając się po trochu nad własnym życiem, a po trochu nad tym, czy Lobart Brudas zarejestrował cokolwiek z jego rozbudowanej wypowiedzi, Ner siedział na karczemnym stołku dłubiąc w zębach wykałaczką, bardziej z przyzwyczajenia niż by cokolwiek wydłubać.

Skierował wzrok na okno, za którym było ciemno, mokro i ogólnie dosyć nieprzyjemnie, co mogło się podobać chyba tylko Stefanowi, biegającemu z kuflami piwa pomiędzy stolikami.

Niedopowiedzeniem byłoby stwierdzenie, że w karczmie był dzisiaj spory ruch, natomiast trafieniem w samo sedno byłoby stwierdzenie, że Brudas się porzygał.

No trudno – wybełkotał Lobart.

„No trudno,” – pomyślał Ner – „jedni preferują zwracać rosołek na stół, podłogę i kolana a inni wolą wpieprzać grzyby i wprowadzać się w stany bliskie medytacji w jakichś obskurnych melinach, paskudzonych przez tych pierwszych.”

Warto zauważyć, że prawdopodobnie obie w myślach wymienione przez alchemika grupy społeczne były w danej chwili jednoosobowe. Ner doszedł do wniosku, że w tym momencie zrobiło się zbyt odrażająco nawet jak na jego standardy. Odrażające było niemalże wszystko, od brudasowego pawia, przez spojrzenia ludzi dookoła, na jego własnej życiowej bierności i słomianym zapale kończąc. Z grzeczności i dobrego wychowania posiedział jeszcze kilka minut z Lobartem, po czym bez słowa wyszedł. Zatrzymał się zaraz za drzwiami, wziął głęboki oddech. Zapach deszczowego powietrza nie zawodził, fascynując go za każdym razem, szczególnie gdy jego umysł znajdował się w odmiennym stanie, czyli na przykład teraz. Zaintrygowało go, że woda jest w nim, na nim i wszędzie dookoła. Starał się rozpuścić świadomość w deszczu i udawało mu się to. Widział każdą kroplę powiększającą kałuże, każdą sprawiającą, że trawa drży, że konary drzew mokną. Chmura niewerbalnych myśli wypełniała jego umysł, jego umysł dopełniał deszcz.

Zafascynowany pięknem otaczającego go świata, a może kontrastem między tym pięknem a wymiocinami Brudasa, skierował się na pobliską polanę. Perspektywa siedzenia pod drzewem była cudowna, ale zamiast przybliżać się z każdym krokiem, oddalała się razem ze świadomością, gdy Ner uderzony buławą w głowę upadał na ziemię.

 

* * *

 

Obecnie.

Nieprzenikniony mrok. Tylko tyle i aż tyle. Za każdym razem gdy Lena zapominała, mrok ją przytłaczał, zdumiewał. Jej przyzwyczajone przez lata oczy znosiły go dobrze, niestety jej wypalony umysł gorzej. Kolejny raz odzyskała świadomość trzymając w roztrzęsionej dłoni pustą strzykawkę po Leku. Jak zwykle ostatnie trzy godziny jej życia stały się zagadką, a jej największym marzeniem było nigdy jej nie rozwiązać. Zazwyczaj się udawało, jednak tym razem mogło być inaczej.

Blada, wychudła i chora jak każdy, nerwowo rozejrzała się dookoła. Blaszane baraki, ziemia, na której klęczy, ciemność, na którą była skazana, poza tym nic. Swąd rozkładających się ciał wskazywał, że Lena była w Trupiarni. Dlaczego tutaj? Jej ciekawość już dawno została stłumiona przez Lek, ale krew na jej rękach dawała do myślenia. Około metra przed nią coś się ruszało.

Noworodek?

 

Trzy godziny wstecz.

Światło stuletniej latarki wmontowanej w sufit starało się jak mogło, żeby oświetlić pokój baraku Leny. Kobieta czuła się w nim dobrze, tym razem wszystko wydawało się być na miejscu, a jednak w jej ręku znajdowała się pusta strzykawka, co oznaczało, że ostatnich trzech godzin nie ma co roztrząsać. Siedząc na drewnianym łóżku rozejrzała się dookoła. Meble stały dokładnie tak jak powinny, żadnych śladów walki, przemocy.

Nietypowe.

Zazwyczaj gdy pragnęła zapomnieć będąc w domu, widać było materialne ślady zamazanych przed chwilą wspomnień.

Tym lepiej, mniej rozterek. Z zapatrzenia w przestrzeń wyrwał ją płacz dziecka. Na materacu obok niej leżało niemowlę. Lena uznała je za halucynację, próbowała rozwiać dziecko dłonią jak papierosowy dym, w szoku była dopiero gdy miała pewność, że bobas jest materialny. Nie miała pojęcia co zrobić. Skąd wzięło się dziecko w Sferze? Czy inni wiedzą? Na myśl nasunęło jej się ważniejsze i rozsądniejsze pytanie.

Czy Lena sprzed trzech godzin wie?

Dwie beczki i drewniany blat stanowiły improwizowane biurko, którego kobieta używała zazwyczaj by pisać kartki do siebie na wypadek gdyby w zapomnianych trzech godzinach znajdowało się coś, co powinno przetrwać. Blat biurka był jednak pusty.

„Czy ktoś mi je podrzucił, czy wtedy byłam tak samo bezradna jak teraz?” Tak samo bezradna jak zawsze… Nie mając pojęcia co robić wyszła na zewnątrz. Mroczne ulice Sfery usiane były złomem, szczurami i rdzą. Plugastwo dzielnicy zazwyczaj oddawało dobrze zepsucie jej mieszkańców. Lena szybkim ale chwiejnym i chaotycznym krokiem szła w stronę chaty Edwarda, jednej z osób, które czasem ją pamiętały.

Sektor 3 wypełniony był ćpunami Leku, takimi jak Lena. Życie tutaj było specyficzne, jeżeli ktoś chciałby przekonać jego mieszkańca, że jest jego najlepszym przyjacielem, nie miałby z tym żadnych problemów. Wystarczyło podnieść delikwenta z ziemi i mu to powiedzieć, czemu miałby nie wierzyć? Społeczeństwo, w którym nikt nic nie wie wydaje się łatwe do manipulacji ale Ci ludzie nie mieli ani nic co można by im było ukraść, ani siły by wpłynąć na cokolwiek. Nie ma po co manipulować.

Zbliżając się do celu kobieta w ostatniej chwili uskoczyła w bok, niemal spadając z rusztowania ulicy. Unikanie w najlepszym przypadku śmieci, w najgorszym zwłok spadających z wyższych stref to umiejętność, którą powinien posiadać każdy mieszkaniec strefy. Tym razem na życie Leny wydawał się czyhać ewidentnie przepity staruch z poderżniętym gardłem. Ulżyło jej na widok rozdartej pod brodą skóry. Przynajmniej nie umarł na nic, czym mogłaby się zarazić.

– Ciało! – wydarła się Lena i puściła się pędem w stronę domu Edka. Truchłem zajmą się Czyściciele, którzy zrzucą je poziom niżej. Ludzie parający się tym rzemiosłem niestety musieli być silni i wytrzymali co dawało im prawo do gwałcenia i mordowania ot tak, więc rozsądnym było trzymanie się od nich z daleka. Czyścicieli miał każdy z czterech sektorów oprócz ostatniego nazywanego wymownie Trupiarnią.

Kobieta wspięła się po drewnianych stopniach i odsunęła szmatę pełniącą funkcję drzwi wejściowych. Jej oczom ukazał się pusty, ciemny pokój w kącie którego siedział Edward, wpatrzony w pustkę przed nim. Nie odnotował jej obecności.

– W moim domku jest dziecko – rzuciła powitalnie. Edward nie ruszył się, zagubiony w myślach albo poza nimi. – W moim…

– Cześć – Edek uśmiechnął się przerażająco.

– Cześć… – odpowiedziała Lena uśmiechając się sztucznie acz serdecznie.

Momenty w dialogu, w których nikt nic nie mówi zdarzały się w Sferze na tyle często, że nie były postrzegane jako niezręczne. Oznaczały zazwyczaj albo, że ktoś zaczął myśleć, albo że przestał. Ręce Edwarda trzęsły się naprawdę mocno. „Leczył się” dużo częściej niż Lena, która dopiero teraz zauważyła, że głowa Edka krwawi. Nie chciała wiedzieć co mu się przydarzyło. Obleśny chudy dziadek nie należał do wylewnych, a nawet gdyby należał to i tak nie pamięta.

– Wiem, pachniało wyższym Sektorem, chyba pierwszym, dasz mi je? – wyrzekł w końcu, pełen jakiejś dziwnej nadziei. Lena nie wiedziała co sądzić o tym pytaniu. – Wcześniej nie chciałaś… – Dziadek posmutniał i schował głowę w kolana. Nagle wstał. – Chodźmy do Twojego domku to je wezmę!

Panowała zasada, że nie rozmawiało się o powodach wrzucenia do Sfery, niemniej jednak warto było pamiętać kto jest mordercą a kto kanibalem. Lena nigdy nie miewała żadnych problemów z „dziadkiem Edkiem” więc rzadko zastanawiała się dlaczego tu jest.

Aż do teraz i kilka godzin przedtem, czego niestety nie pamiętała. Wiedziała już dokładnie jaki popełniła błąd. Jej brodaty przyjaciel był pedofilem, a teraz musiała ratować się ucieczką przed jedną z niewielu osób, z którymi dobrze jej się milczało. W przeciągu kilku sekund zrozumiała, że Edward wiedział o dziecku i jego krwawiąca głowa to prawdopodobnie jej zasługa. Lena zachwiała się, ból głowy towarzyszący powrotowi wymazanych wspomnień był ogromny.

– Prowadź! – powiedział Edek zbliżając się do Leny.

„Nigdy” pomyślała kobieta uderzając pedofila pięścią w oko. Zbiegła po schodkach i pędziła w stronę swojego baraku. Widziała, że Edward będzie ją gonił a co gorsza, wie gdzie mieszka. Sama byłaby w stanie schować się w milionie miejsc w Sektorze, ale z dzieckiem nie było na to szans. Wstęp na wyższe sektory był zabroniony, wejść pilnowali Czyściciele. Było jedno miejsce, gdzie mogli się ukryć. Co potem? Nie wiadomo.

Nie ważne.

 

* * *

 

Ner obudził się unosząc się w powietrzu. Nie mógł się ruszyć, musiał być pod wpływem jakiegoś zaklęcia. Powoli otworzył oczy. Znajdował się w sferycznym białym pomieszczeniu, którego wystrój, a raczej jego brak, nie pozwalał ocenić jego wielkości. Dookoła niego lewitowały obiekty, których nie umiałby zdefiniować słowami inaczej niż zmiennokształtne, półmaterialne, obce.

„Wiedziałem, że dwieście to dawka co najmniej o dwadzieścia pięć za duża.” – skarcił się w myślach samozwańczy alchemik.

– Czemu odszedłeś? – zapytał posępny głos zewsząd.

Ner dopuścił do siebie możliwość, że znajduje się w materialnym miejscu, tylko dlatego, że kojarzył miejsce, które od wewnątrz mogłoby tak wyglądać. Sfera unosząca się nad główną wieżą Akademii Ryb, dormitorium Arcyczarnoksiężnika.

„Jeżeli dobrze myślę, to mam przesrane” – uśmiechnął się ironicznie.

– Czy jestem tu za kradzież? – zapytał zauważając, że jego twarz nie jest sparaliżowana magią. Jakakolwiek będzie jego kara, będzie musiał mówić. Wiedział, że odpowiada pytaniem na pytanie, ale w sumie nie miał już nic do stracenia, był na dywaniku u dyrektora dyrektorów.

– Nie – odrzekł głos, zupełnie bez emocji. – Czemu odszedłeś?

– Podążając za Akademią nigdy nie osiągnę nic poza kanonem, nigdy…

– Po ukończeniu studiów miałbyś wolną rękę – przerwał głos.

Ner dopiero teraz uświadomił sobie, że ta rozmowa, może być tylko i wyłącznie testem jego charakteru. Nikt nie wiedział gdzie kończą się moce Arcyczarnoksiężników oprócz nich samych. Wszystkie myśli alchemika mogły być dla niego nawet nie książką, a pojedynczym zdaniem, wyrazem, trywialnym w koncepcji jak punkt czy prosta. Jeżeli był jakikolwiek sens mówić, to na pewno nie było sensu kłamać.

– Jestem leniwy, niecierpliwy, chce żeby moje imię cokolwiek znaczyło i chcę tego teraz, nie za kilkanaście lat – wyznał jak na spowiedzi.

– Nie widzisz potencjału jaki marnujesz? Przecież Ty nie jesteś człowiekiem, jesteś z Dziwnych, tacy jak ty mogą osiągnąć znacznie więcej niż to co planujesz…

– Mogę też osiągnąć to co planuję mniejszym wysiłkiem niż inni.

– Nie aspirujesz wyżej. Kradniesz. Marnujesz swój potencjał…

– To dosyć dobre podsumowanie – odparł bezczelnie Ner.

– Naprawdę sądziłeś, że Gończy nie znajdą Dziwnego ukrywającego się w przydrożnej gospodzie?

Ner tak właśnie sądził, ale nie było sensu tego przyznawać. Zamiast tego spytał:

– Czemu tu jestem?

– Czy wiesz co robią smoki?

– Śpią – rzucił bez namysłu. Sen smoków był niemal tak oczywisty jak nastanie dnia po nocy.

– A kiedy nie śpią? – spytał głos. Nerowi wydało się dziwne, że jest testowany z wiedzy, która posiadają tu nawet małe dzieci. Niemniej widział, że nie ma innego wyboru niż odpowiadać na pytania.

– Ucztują, zjadają ludzi, palą miasta, dlatego Arcyczarnoksiężnicy je usypiają i trzymają pod barierami. Po to istnieją Akademie, po to zgłębiamy Moc.

– Dobrze, dosyć dobrze – pochwalił głos. – Pamiętasz w jaki sposób okradłeś Akademię?

– Teleportowałem pieniądze ze skarbca… – odpowiedział posępnie. Prawo Akademii mówiło, że jeżeli Dziwny używa swoich talentów przeciw innym Dziwnym oraz przeciw ludziom, jego karą jest śmierć, bez względu na przewinienie. Widocznie Nera czekał inny los, ale z tego co słyszał o arcyczarnoksiężnickich karach – wolał śmierć.

– Nieczłowiek o twoich talentach jest potrzebny przy jednej z nich – wyznał głos.

„Alchemik” wiedział co to dla niego znaczy. Jeśli Arcyczarnoksiężnicy nie mogli zająć się tym sami to znaczy, że wymagana była ofiara.

– Cokolwiek muszę zrobić, umrę na końcu?

– Tak – przyznał głos po chwili ciszy. – Możesz też umrzeć tu i teraz, śmierć to śmierć a jako adept wiesz o niej na tyle dużo, by się jej nie bać. W takim wypadku zostaniesz jednak zapomniany. Jeśli się podporządkujesz, świat będzie wiedział o Twoim poświęceniu.

Rozmówcy obaj wiedzieli, która opcję wybierze Ner, w przeciwnym wypadku już byłby martwy.

 

* * *

 

Sfera. Sektor 1.

Sześć godzin wstecz.

 

– Dziecko nie przeżyłoby upadku! – Alebazy opierał się o ścianę w zamyśleniu. – Mało który dorosły przeżywa, zwłoki niedługo przestaną mieścić się w Trupiarni. Produkt gwałtu jak wszystkie inne tutaj.

– To gdzie jest jego matka? – dopytywała się Ina. – Czyściciele nie widzieli żadnej ciężarnej, a pytałam w każdym Sektorze!

– Znowu zapuszczałaś się do tych brudów na Trzecim?! -

– Nie zmieniaj tematu! – rozmowa stawała się coraz głośniejsza.

Ina i Alebazy byli samozwańczymi władcami całej Sfery. Większość mieszkańców uznawała ich zwierzchnictwo, bo po pierwsze byli dosyć inteligentni aby poczynić jakiekolwiek ustalenia, po drugie wzbudzali szacunek, po trzecie nie było po co ich zabijać.

Oboje zostali zrzuceni do Sfery za serie morderstw. Nie byli to jednak mordercy losowi, zaliczali się raczej do psychopatów z kodeksem. Alebazy mordował księży, Ina rudych. Każde z nich miało logiczne, w ich mniemaniu, uzasadnienie tego co robią. Popularna na wyższych Sektorach anegdota mówi, że poznali się, gdy upadek do Sfery przeżył rudy klecha, ale nikt oprócz nich nie wiedział czy to prawda. Faktem jest, że sufit ich blaszanego domostwa przyozdabia rudy skalp, który musi mieć jakąś sentymentalną wartość, ale nikt nie odważył się wnikać. Ich wzajemne relacje przypominają te ze starego małżeństwa, oczywiście w pokręconej, tutejszej wersji.

– Ile razy Ci mówiłem, żebyś tam nie łaziła sama?!

– Widocznie o raz za mało! – odkrzyknęła Ina. – Sam przyznasz, że to nie jest codzienna sytuacja, a ja muszę wiedzieć o co chodzi… – dodała już spokojniej.

– Widziałaś to dziecko. Ono nie jest normalne. To musi być bękart jakiejś ćpunki z Trzeciego i na przykład Czyściciela albo innego ćpuna…

– Takie dzieci rodzą się upośledzone. Ono nie jest upośledzone.

– Nie jest, fakt… – zamyślił się Alebazy. – A co jeśli to jest broń? Co jeśli w końcu światu przestało się opłacać nas dokarmiać odpadami i zrzucać śmieci. Nie wiesz co się zmieniło na zewnątrz. Jak dawno temu tam byłaś? Dwadzieścia lat? Sądzę, że to dziecko jest czymś zarażone, chcą nas wykończyć jakimś choróbskiem…

– To czemu nie zamkną Anioła Stróża? – celnie zauważyła Ina.

Anioł Stróż, tak nazywany był jedyny otwór w Sferze, przez który wrzucani byli do niej ludzie, żywność i śmieci z przewagą tych ostatnich. Pole siłowe, którym zabezpieczona jest okrągła wyrwa przepuszcza materią tylko w jedną stronę, co uniemożliwia ucieczkę. Anioł jest też jedynym źródłem powietrza i światła.

– Może testują broń biologiczną? – zastanawiał się antyklerykał.

– Już widzę te transportery zrzucające na teren wroga kołyski z dziećmi…

– Masz jakieś lepsze wytłumaczenie?

– Nie mam żadnego ale przynajmniej nie pieprze głupot… – Ina zdawała się próbować wetrzeć dłonie w twarz.

Cisze zamyślenia przerywały tylko krzyki z niższych Sektorów. Alebazy drapał się po głowie. Ina opadła na krzesło.

– To co robimy? – spytała.

– Może nie róbmy nic? Pojawiło się to może zniknie? – rzucił ironicznie sołtys Sfery.

Ina zaśmiała się pod nosem. Nie miała pojęcia ile prawdy było w proroctwie jej partnera…

 

Tymczasem.

Sfera. Sektor 3.

– Zrobię wszystko co chcesz, dosłownie, i tak nie będę tego pamiętać.– Lena błagała Golfriga o Lek. Nigdy nie było wiadomo, kiedy zrzucą go znowu, kto pierwszy ten lepszy, dealerem mógł tu chwilowo być każdy.

Golfrig wiedział, że kobieta posunie się do wszystkiego ale patrząc na nią czuł obrzydzenie, nie chciał jej nawet wykorzystywać. Ostatnimi czasy radość sprawiało mu dawanie ćpunom różnych, w jego mniemaniu zabawnych, zadań. Zastanowił się chwilę.

– Myślisz, że dostałabyś się do pierwszego Sektora?

– Tak! – rzuciła szybko, bez namysłu. – wejdę Ci nawet do Zarządców! – krzyczała.

Dealer śmiał się.

– No i to właśnie chciałem usłyszeć! Widzisz kochana, Zarządcy podobno mają jakiegoś dziwnego bobasa. Masz mi go przynieść tutaj, chcę go zobaczyć. Potem możesz go odnieść, albo wyjebać, cokolwiek tam chcesz, jak dla mnie możesz nawet go zjeść albo być jego nową matką.

Końcówki zdania Lena nie usłyszała bo była już daleko.

Między Sektorami było wiele oficjalnych, pilnowanych przejść i jeszcze więcej tajemnych schodków, lin i włazów, o których Czyściciele albo nie wiedzieli albo nie opłacało im się wiedzieć. Sezonowi mieszkańcy Sfery byli w stanie rozróżnić architektonicznie każdy z Sektorów. Pierwszy był zbudowany w znacznej większości z blachy, mieszkali tam najsilniejsi, najcwańsi i najlepiej ustawieni. Panował tam względny porządek, Czyściciele z rozporządzenia Zarządców patrolowali ulice jak dzielnicowi, popełniane tu zbrodnie zazwyczaj nie przechodziły bez echa. Mieszkańcy najwyższej warstwy parali się czasem handlem wymiennym, w modzie było też dekorowanie mieszkań, upodabnianie ich do lokali świata poza Sferą. W barakach nierzadko stały zepsute telewizory, połamane kredensy, na ścianach wisiały niedziałające zegary. Ludzi z Pierwszego z przymrużeniem oka można by nazwać społeczeństwem, co nie jest możliwe w przypadku opisu niższych poziomów.

Ktokolwiek przeżył upadek, czy „zesłanie Anioła”, prowadzony był przez Czyścicieli przed sąd Iny i Alebazego. Jeśli został na nim sklasyfikowany jako szaleniec trafiał do Sektora 2, którego populacja była stosunkowo najmniejsza. Paranoicy, maniacy i schizofrenicy mieli tendencje do włamywania się wyżej, co za którymś razem kończyło się śmiercią. Jeśli w imię panującego tu prawa nie zabijali ich strażnicy, to mordowali się wzajemnie na wymyślne i makabryczne sposoby. Na Drugim sektorze dało się przeżyć, jeśli wiedziałeś z kim nie rozmawiać, kogo nie znać, gdzie nie bywać. Przede wszystkim jednak mieszkańcy tej strefy powinni wiedzieć kim są, co jest realne, gdzie jest góra a gdzie dół, a z tym bywały tu problemy.

Niżej znajdował się Sektor Trzeci, a w nim apatyczni ćpuni Leku, który był na ogół jedynym dostępnym narkotykiem. Substancja była zrzucana przez Anioła zresztą gratów, pakowana w co popadnie. Gorzki wyraz współczucia świata zewnętrznego…

Niżej była już tylko mroczna równina Trupiarni, gdzie rolę gleby pełniły ciała. Na ironię właśnie tutaj ekosystem był najbogatszy, łańcuch pokarmowy zaczynał i kończył się na człowieku, pokonując po drodze wiele odmian coraz to większych larw i robaków. Zazwyczaj.

Lena była w takim amoku, że nie miała pojęcia jak znalazła się w Pierwszym. Będąc niedaleko chaty Zarządców puściła się pędem przed siebie, nie ukrywała się już w cieniach. Nikt nie odważyłby się okradać Iny i Alebazego, rozstawianie ochrony pod ich nieobecność w mieszkaniu nie miało sensu. Zwierzęcy instynkt ćpunki zaprowadził ją wprost do improwizowanej kołyski z płaczącym bobasem. Nie przyglądając się dziecku przykryła je szmatą i wzięła pod pachę. Po czym rzuciła się pędem w stronę niższych poziomów.

Gdy schodzisz w dół powstrzymują Cię tylko ci, których na Tobie zależy. Na Lenie nie zależało nikomu i chociaż przechodnie widzieli jak zsuwa się po dachach z falowanej blachy i ścieżkach z nieheblowanych desek, nikogo to nie obchodziło. Nie obchodziło to nawet samej Leny, obchodził ją Lek.

 

* * *

 

– No, wchodź pan panie alchemik – przewodzący orszakiem zbrojny wskazał piką na dziwaczny grobowiec.

W środku zapomnianej przez cywilizację puszczy znajdował się idealnie prostopadłościenny budynek, wysoki na około pięć metrów. Jego ściany były szklane, jakby miały być wielkim, rozciągniętym na cały obwód oknem. Do budowli nie prowadziła żadna droga, nie wydawał się też mieć wyraźnego wejścia. Ner rzucił pytającym spojrzeniem na komendanta Gończych, zakutego w bordową zbroję pokrytą protekcyjnymi runami.

– No co się gapisz? Właź do środka. My tu popilnujemy czy aby Ci się nie zachcę uciekać dziwolągu! – zaryczał spod przyłbicy.

– Czemu nie ma tu żadnej straży ani glifów ochronnych?

– Nie twój to interes i nie nasz! – odburknął bordowy rycerz. – Jakby byli straże to z rozkazu Pana Arcyczarnoksiężnika. Jak nie ma to też z rozkazu. A glify pewno w środku znajdziesz. Albo i nie znajdziesz!

Sekrety tego miejsca znali tylko i wyłącznie Arcyczarnoksiężnicy. Tam gdzie idzie nie stąpał żaden człowiek ani Dziwny. Widząc, że nie ma zbyt wielu logicznych alternatyw, Ner skierował się w stronę grobowca. Przedarł się przez potłuczony fragment szyby i wkroczył w ciemność. Gdy jego oczy przyzwyczaiły się, zobaczył, że znajduje się w szarym, pustym pomieszczeniu, w którego rogu widać było wejście na jakiegoś rodzaju klatkę schodową. Schodząc w dół dostrzegł, że zarówno stopnie, ściany jak i sufit nie były zrobione z cegieł, a raczej wyglądały jak wyżłobione w gigantycznej skale. Do stworzenie tego miejsca użyto magii co nie było dla niego niczym dziwnym, w końcu znajdowało się ono pod protekcją Akademii. Zauważył też że, każda kolejna mijana przez niego kondygnacja wygląda dokładnie tak samo jak poprzednia: metalowe przegrody rozdzielające biurka, a przy nich ekstrawaganckie krzesła jakich nie widział nigdy wcześniej. Wszystko to przeznaczone prawdopodobnie dla magów, którzy kiedyś pilnowali smoczego snu.

Ale gdzie są teraz?

Po pokonaniu koło czterdziestu poziomów, Ner zaczął wątpić w prawdziwość widzianych przez niego pomieszczeń. Wysnuł teorię, że w istocie widzi jeden i ten sam pokój a schody zostały zapętlone magicznie.

Może to jest jego kara? Może nie ma tu żadnego smoka.

Teoria upadła tak szybko jak powstała, gdy Adept z Aloor dotarł do poziomu, od którego komnaty wyglądały inaczej. Na środku każdej następnej znajdował się malutki pokoik. Po zbadaniu jednego z nich okazało się, że jedyne co się tam znajdowało to przepaść. Wyglądało to jak szyb w kopali, z tym, ze bez schodów. Przez środek szybu ciągnęła się jakiegoś rodzaju metalowa lina.

Ner nie mając dużo do stracenia rzucił się w jej stronę i kurczowo złapał. Odetchnął z ulgą, gdy wiedział już, że lina jest stabilna, po czym zaczął się po niej zsuwać zwalniając co jakiś czas, gdy tarcie zaczynało przedzierać jego szaty. Nietypowa podróż w głąb ziemi trwała dużo dłużej niż przypuszczał, że będzie.

Jaskinia smoka musiała znajdować się naprawdę głęboko.

Dziwny znalazł się w pokoju na krańcu szybu. Komnata wyglądała z grubsza jak poprzednie które widział. Teraz dopiero spostrzegł, że przez przeszklone ściany miał okazję podziwiać przekrój warstwowy ziemi. Jak stary był piach dookoła niego? Pomieszczenie od innych komnat odróżniała para drzwi, za którymi widać było mrok.

Nikt nie wie skąd wzięły się Kamienie Blasku ani czym dokładnie są, ale znajdują one powszechne zastosowanie na całym świecie. Jeden z nich Ner miał przy sobie. Jeżeli nie użyje go teraz to już nigdy nie będzie miał okazji…

Potarty minerał emitował mocne, czerwone światło. Strojenie takich kamieni było jedną z podstawowych umiejętności uczniów Akademii. Obdarta z osłony mroku jaskinia była ogromna. Po wyjściu z budowli, Ner zszedł po białych stopniach, dalej podłoże jaskini było idealnie gładkie, jakby wylane smołą.

Kilkadziesiąt metrów dalej leżało coś wielkiego.

Ner nie bał się śmierci. Dlaczego miałby bać się smoka?

Bestia była niewyobrażalnie wielka, pokryta złotymi łuskami, spoglądała w stronę gościa, jakby uśmiechając się spode łba, wydawała się spokojna. Adept zbliżał się powoli. Gad wyglądał dokładnie tak jak go sobie wyobrażał.

Smok wyciągnął długą szyję w kierunku Nera zatrzymując większą od niego paszczę kilkanaście centymetrów przed nim. Zdawał się go obwąchiwać.

Bestia ryknęła, ale nie był to ryk przeraźliwy, choć przeraźliwie głośny. Nerowi skojarzył się on raczej ze śmiechem…

– Pachniesz dziwnie… – wycharczał potwór patrząc na przybysza jakby wyczekiwał odpowiedzi. Gdy przez chwilę żadnej nie dostał, kontynuował. – Czego oni was tam uczą, hmmm?

Adept był w szoku. Żadne opisy nie wspominały, że smoki mówią.

– Emmm, w Akademii Ryb… – zaczął zaskoczony.

– Ryb?! – przerwała bestia. – Ryb! A jakież to ryby jeśli wiedzieć można? Karpie może? A może węgorze? Cóż to za ryby? – pytał jakby przekornie smok.

– Akademia została tak nazwana na cześć Pierwszych Ryb, które spadły z nieba na początku historii, czyszcząc świat, abyśmy mogli…

Bestia wybuchnęła śmiechem.

– Ryby! Wyborne! Powiedz mi w takim razie więcej o początku świata dziwny przybyszu.

– Nie za bardzo rozumiem…

– Ach nie musisz synu, nie musisz. Opowiedz mi… – gad zastanawiał się. – Powiedz mi skąd Ty to wiesz, hmm? Inaczej rzecz ujmując skąd Akademie wiedzą jak wyglądał początek świata? Przecież wtedy nie było Akademii…

Czy Ner został tu przysłany by porozmawiać ze smokiem? Ten pomysł wydawał mu się niedorzeczny, nie miał jednak wyboru.

– Pierwsze zapisy pochodzą od proroka Drakona Ślepca, który…

– Ach Drakon! – śmiał się smok. – Czyż to nie najpiękniejsze z imion?

Adept poczuł się dosyć swobodnie w towarzystwie gada. Chyba nie zaszkodziło zażartować, skoro gospodarz w dobrym humorze.

– Mi dosyć podoba się imię Bożydar.

Smok zaśmiał się dyskretnie, widocznie najbardziej bawiły go jego własne teksty.

– A było coś przed Rybami?

– „Czarne dziury na niebie” – wyrecytował Ner. – Są różne teorie co do znaczenia tych słów.

– A więc tak mówią magowie… Ale dość już o tym! – zarządził gad. – Pytanie osobiste, jeśli można. Czy miałeś kiedyś dziwny stworze książkę tak dobrą, że czytałeś ją wiele razy?

– Miałem – przyznał gość.

– A więc mnie zrozumiesz. Wyczuwam, że Twój talent to sprawianie, że rzeczy znikają i pojawiają się gdzie indziej.

– W istocie, dlatego właśnie…

– Milcz kiedy mówię! – ryknął smok. – Ot, mały żart, figielek – dodał szybko. – Wasi arcymądrzy, arcypotężni i tak dalej, zadowalali mnie dostatecznie, jednak już sprzykrzyło mi się. Podobnie jak mordowanie. Co jakiś czas widzisz przykrzy mi się, tak właśnie jak teraz. Powiedz mi synku jakbyś tak osobę miał przenieść?

– Nie byłoby to możliwe, bo…

– No przecież wiem – uśmiechnął się serdecznie setką zębów smok. – Ale. Ale! Jakbyś tak nie samą osobę a tylko jej splot niteczek Wszechświadomości miał gdzieś… pyk?

Ner zastanawiał się nad tym wielokrotnie. Domyślał się też, że smok zna odpowiedzi na pytania, które mu zadaje. Jaki był cel tej gry?

– Byłoby to możliwe.

– Otóż to. Ale czy smok prosiłby Cię żebyś go teleportował do pustej głowy jakiejś księżniczki dajmy na to? No pewnie, że nie. Ostatnie pytanie dla tego zawodnika: czy mógłbyś tak jak mówiliśmy pyknąć… – tu smok zwolnił i mówił dużo ciszej – ale dalej niż w przestrzeń?

Adepta zamurowało. Wiedział o co pyta smok.

– Sądzę, że jest to możliwe, ale to by…

– Cię zabiło. Tak – smok podczas rozmowy jeszcze ani razu nie uśmiechnął się tak szeroko jak teraz.

 

* * *

 

Obecnie.

Sfera. Trupiarnia.

Lena poznawała dziecko leżące przed nią. Podpełzła do niego i przytuliła. Bobas spojrzał na nią dziwnymi oczami bez tęczówek i źrenic. Jego gałki oczne były koloru szczerego złota.

– Dziwny z Ciebie dzieciaczek, dziwny – mówiła uśmiechając się nieobecnie. – piękne masz te oczka, ktoś Ci je kiedyś wydłubie maluchu… Pięknie by wyglądały w słońcu dnia. Ale Ty tego słońca nie zobaczysz. Ty stąd nie wyjdziesz… – szeptała smutno.

Dziecko wydawało się być zapatrzone w jakiś punkt w oddali, na sklepieniu betonowej Sfery.

– A co Ty tam widzisz, hmm? Co Ty tam… – urwała.

Przeraźliwy huk rozniósł się po wszystkich Sektorach.

Sfera pękała.

Zanim górne Sektory runęły im na głowy, Lena zobaczyła pierwszy od lat promień światła, biel chmur. Spojrzała z przerażeniem na dziecko, a ono spojrzało w jej oczy.

W jej wielkie czarne źrenice otoczone błękitną tęczówką.

Koniec

Komentarze

Interpunkcja nie jest mocną stroną tego tekstu, jakieś dwa czy może trzy błędy błędy innego rodzaju rzuciły się w oczy podczas czytania, ale nie jestem sobie w stanie przypomnieć, na czym polegały. To jednak nieistotne, bo tekst zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie.

Podobał mi się pomyśl na świat, na Sferę i relacje jej mieszkańców. Bardzo sprawnie przeskakiwałeś między wątkami i prowadziłeś do celu. Początkowy monolog sprawił, że zacząłem żałować konieczności dobrnięcia do końca lektury; zacząłem obawiać się, że całe opowiadanie będzie takią bełkotliwą namiastką strumienia świadomości, a tu proszę, pełne zaskoczenie. Do tego bardzo pasowała mi dość gorzka odmiana humoru, jaki serwujesz czytelnikom. Właściwie to podobało mi się tu wszystko.

Bardzo dobry, nietuzinkowy tekst.

 

Dziękuję za wzięcie udziału w konkursie.

Sorry, taki mamy klimat.

Dziękuję za pochlebny komentarz :) Zdaję sobie sprawę, że początek jest trudny do przełknięcia i przez to pewnie wielu odwiedzających zniechęci się do ukończenia lektury, ale mam nadzieję, że trud tych, którzy zdecydują się zostać jest nagrodzony.

No nieźle.

Fajnie fajnie tylko mam jedną uwagę, za dużo słów, za mało kiełbasy. Niszczy to moją duszę jak mało dzisiejszych ludzi sztuki pamięta o tym, jakim jest ona wspaniałym wynalazkiem. Biała, suszona, wędzona, dojrzewająca, surowa czy robiona stylem mieszanym,  kiełba to kiełba, poprawia wszystko. Od leczo, poprzez lekcje wychowania do życia w rodzinie, a skończywszy na rzeczach pięknych jakimi są utwory literackie.  Wprowadza ona wartką akcję, zawsze. Służy jako punkt zaczepienia,  jest czymś co pojawia się nawet raz w tekście i już do końca dnia kołacze echem w głowie, czyniąc tekst oczywiście bardziej zauważalnym na skalę długoterminową. TEGO TU BRAK. Także, jak zwykle w takich przypadkach, daję ocenę 4 w skali Beauforta i idę szukać dalej, wśród abominacji wypluwanych przez fanki Otaku, świętego Graala proporcji przysłówków do kiełbasy. Idealnie takich samych jak te w drażach chińskich, tych z Bydgoszczy.

Biorę sobie ten komentarz do serca, chociaż może powinienem go brać do żołądka. Obiecuję chociaż kawałek kiełbasy w następnym opowiadaniu i życzę owocnych poszukiwań :)

No nieźle.

Baczmago_Krul, czy SUCHA BESKIDZKA, to też kiełbasa? Bo brzmi smakowicie.

 

Skoneczny – wybacz, NMSP. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wybaczam, chociaż miałem nadzieję, że komentarz będzie dotyczył tekstu, a tu lipa, ludziom w głowach tylko kiełba ;)

No nieźle.

Załóżmy, że kiełbasiany komentarz był próbą dowcipnej oceny tekstu.

Czy dowcip się udał, pozostawiam Wam do oceny.

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

No, to tego… eee…

…innymi słowy – był przedowcipny, o! ;)

Wybacz, Autorze, że kolejny komentarz znów nie na temat. Merytoryczny, wspaniały i – przede wszystkim(!) – pochlebny komentarz na temat – patrz najbliższy czynny taras widokowy dla odprowadzających – we Wrocławiu siedem postów wyżej!

Sorry, taki mamy klimat.

Nie mam nic przeciwko kiełbasie ani okołokiełbasianym komentarzom.

No nieźle.

Faktycznie – stworzony świat bardzo ciekawy i rozbudowany. Acz paskudny. Na plus również wielowątkowość i nietypowy, bo przeważnie śpiący, smok.

Interpunkcja kuleje, masz literówki, czasem piszesz rozłącznie coś, czego człowiek nie powinien rozdzielać (i na odwrót), ale warsztatowo nie jest źle.

Babska logika rządzi!

Dzięki za komentarz, interpunkcja to jedna z moich słabszych stron, ale będę nad tym pracował.

No nieźle.

 

Nie ma się co wymądrzać – świetne: wciągające, zabawne, sam chciałbym umieć pisać w takim stylu. Na temat interpunkcji się nie wypowiadam, ponieważ sam miewam z tym problemy.

 

PS. A что wy mnie tutaj z tą kiełbasą, ja się pytam ? (wyciąga garnek) For the Dark Gods of Bigos !

 

PPS. Przepraszam, musiałem.

 

Scio me nihil scire

To było… Ciekawe. :D Z początku troszkę się poplątałam przez to przenoszenie się, ale nadrobiłam w końcu :D

 

czy rzyganie. Byli i tacy, którzy uważali, że ostatnie z wymienionych wynika z jakości serwowanych tu trunków

Apetycznie… Aż zgłodniałam… nie mogę się doczekać, jak zjem moją kanapkę… xD Przypominało mi to sesję RPG, gdzie moi biedni gracze toną w rzygach i piwsku po imprezie w gospodzie albo z racji niestrawnego jadła xD

 

Ciekawie się czytało… powtarzam się xD :D Tylko to “synu” w wypowiedzi smoka mi do niego nie pasowało.. :D

“Synu” było jak najbardziej celowe i do tego dosyć znaczące, chociaż nie dosłowne ;)

No nieźle.

Tak, tak, ale po prostu na początku czegoś innego się spodziewałam i stąd “Synu” mnie zaskoczyło. Acz zaskoczenia to rzecz miła dla czytelnika :D

Na wstępie należy zadać jedno zasadnicze pytanie. Skoro doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że pierwszy akapit nie jest reprezentatywny, to po co w ogóle go tu umieściłeś? Piszesz fajny, przyzwoity tekst, do którego z pełną premedytacją, już na wstępie, próbujesz zniechęcić czytelnika. Nie rozumiem.

No ale nic to, abstrahując od tego nieszczęsnego pierwszego akapitu, tekst jest rzeczywiście bardzo fajny. Nietuzinkowy jeśli chodzi o warstwę fabularną, choć nie ustrzegł się potknięć interpunkcyjnych.

No faktycznie za bardzo tego nie przemyślałem. Nie zdawałem sobie sprawy, że początkowy fragment będzie aż tak zniechęcający dopóki nie usłyszałem o nim opinii, a gdybym to zmienił po terminie Dragonezy to już by było raczej nie fair (tak sądzę), więc stwierdziłem, że w przedmowie umieszczę tylko “ostrzeżenie” ;)

Dzięki za lekturę i komentarz :)

No nieźle.

Generalnie zaczynanie jakiegokolwiek tekstu taką wypowiedzią jest celnym strzałem w kolano. Jeśli chcesz przekazać czytelnikowi coś takiego, zrób to albo w mniejszych porcjach, albo później w tekście – jeśli zainteresujesz go na początku, łatwiej będzie mu się przegryźć przez takie coś po kilku stronach.

 

Tekst jest dziwny, dość paskudny, ale interesujący i klimatyczny. Nie mogę szczerze przyznać, że zrozumiałam, o co chodzi i jak się łączy jeden świat z drugim (oraz do czego to wszystko prowadzi), jednak całość ma to coś – aczkolwiek gdybym miała kolejne 30.000 znaków do przeczytania, a na końcu bym odkryła, że nadal niczego nie rozumiem, byłoby mi bardzo smutno.

Warsztat skorzystałby na doszlifowaniu, jednak tekst jest czytalny, także byle tak dalej – i lepiej ; )

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Przyznaję rację wszystkim którzy krytykują początek tekstu, zupełnie tego nie przemyślałem (jeżeli chodzi o odbiór, nie o treść jako taką). Doszedłem do podobnych wniosków w temacie przekazywania takich treści i planuję te wnioski wprowadzić w życie przy następnym opowiadaniu, niemniej dzięki za konstruktywny komentarz.

Jeżeli chodzi o treść, to generalnie ma to wszystko sens, sugeruję przeczytać jeszcze raz, bo zagadka jest jak najbardziej do rozwiązania. Postaram się, żeby następny tekst był prostszy do przyswojenia, ale też bez przesady ;)

Nad warsztatem będę pracował nieustannie. mam nadzieję, że będzie lepiej. :)

No nieźle.

Autor przyjmujący krytykę – bezcenne, uczcie się.

Dj jest powazny.

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Minus: początkową perorę można uatrakcyjnić, żeby czytelnik nie zasnął. Zanim dojdzie do finału i połapie się w jej znaczeniu – jeśli w ogóle wyłuska, ja musiałem sobie dwa razy przejrzeć, co za męka! ;-D – stracisz go.

Minus: interpunkcja i liczne literówki. Punkt do Biblioteki pukam, udzielając kredytu zaufania – że poprawisz.

 

Plus: bardzo ładnie poprowadzone wątki alchemika-bumelanta i ćpunki ze Strefy 3, splecione w finale. Obydwa Wszechświaty nieprzyjemne, ponure, takie… Jeden, jak z baśni braci Grimm, drugi przygnębiająco syfiasty, jak brudne, zatłoczone uliczki w deszczowy wieczór – wprost z Blade Runnera (takie skojarzenie wizualne mam, no co…). Jak już przebiłem sie przez ten nieszczęsny wstęp, to pogratulowałem sobie wytrzymałości, warto było. Choć przyznaję, w pierwszym odruchu chciałem rozstrzelać, a potem jeszcze dla pewności spalić… :-)

No i smok – och, chrońcie nas bogi przed znudzonym smokiem…! :-D

 

Warto przeczytać.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Znużenie to objawia się istnieniem Dziwnych, magów oraz odkryciami coraz to nowych sprzeczności, które prowokują do badań, prowadzących do zauważania nowych praw rządzących światem, a o których istnieniu wcześniej nie mieliśmy pojęcia.

Kropka albo po sprzeczności, albo po światem. Wiem, że to ważne wprowadzenie, ale skoro wcześniej sam przed nim ostrzegasz, czemu nie spróbować nieco uprościć konstrukcji?

Opuścił Sanktuarium Ryb przed okresem medytacji

Już myślałem, że to jakieś nawiązanie do drabbli o złotych rybkach, ale widzę, że tekst jest starszy ;D

żart, wybacz.

Warto zauważyć, że prawdopodobnie obie w myślach wymienione przez alchemika grupy społeczne były w danej chwili jednoosobowe.

Niepotrzebna komplikacja. Ani to zabawne, ani potrzebne.

Pojawiło się to może zniknie?

przecinek?

Końcówki zdania Lena nie usłyszała bo była już daleko.

przecinek po usłyszała

Substancja była zrzucana przez Anioła zresztą gratów

spacja

Ner rzucił pytającym spojrzeniem na komendanta Gończych, zakutego w bordową zbroję pokrytą protekcyjnymi runami.

lepiej "ochronnymi". Spójrz w słowniku jakie znaczenia ma przymiotnik "protekcyjny" wiadomo, o co chodziło, ale po co udziwniać?

My tu popilnujemy czy aby Ci się nie zachcę uciekać dziwolągu!

przecinek po "popilnujemy", przecinek po "uciekać”

Do stworzenie tego miejsca użyto magii co nie było dla niego niczym dziwnym, w końcu znajdowało się ono pod protekcją Akademii.

przecinek po "magii”

Po pokonaniu koło czterdziestu poziomów

To nie błąd, ale i tak sugerowałbym "około”

Komnata wyglądała z grubsza jak poprzednie które widział

przecinek po poprzednie (albo wywal końcówkę)

Czy miałeś kiedyś dziwny stworze książkę tak dobrą, że czytałeś ją wiele razy?

wyodrębnij wołacz przecinkami

 

  1. Podobało mi się!
  2. Jeśłi chodzi o klimat, odebrałem tekst jak ekranizację Planescape Torment przez Luca Bessona.
  3. Moim faworytem w tym opku jest smok.
  4. Nie wiem czy poprawnie, ale zrozumiałem, że Ner teleportował smoka w Sferę, którą ten “rozruszał” swoją mocą. Jeśli nie zrozumiałem, to i tak patrz pkt 1.

 

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nowa Fantastyka