- Opowiadanie: Ula - Na kolanach

Na kolanach

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Na kolanach

Kiedy padał deszcz nocą nikt w Mieście Płomieni nie wypuszczał lampionów. Ulice były wtedy ciemne i straszne. Przyjazne i kolorowe miejsca nagle przemieniały się w groźne i niebezpieczne dzielnice. Żaden uczciwy i porządny człowiek nie opuszczał wtedy swojego domu. To był czas dla złodziei, przemytników, zbiegów…Kiedy padał deszcz nocą nikt w Mieście Płomieni nie wypuszczał lampionów. Ulice były wtedy ciemne i straszne. Przyjazne i kolorowe miejsca nagle przemieniały się w groźne i niebezpieczne dzielnice. Żaden uczciwy i porządny człowiek nie opuszczał wtedy swojego domu. To był czas dla złodziei, przemytników, zbiegów…

… i tych, co byli głodni.

Na najwyższym wzgórzu w mieście, górował posępny budynek Ogólnej Szkoły Dla Wszelkich Ras i Istot Tego Świata. Kiedyś był to wspaniały pałac, teraz stary i zniszczony z popękanymi ścianami, przeciekającym dachem, odstraszał każdego, kto nie trafił tam z przymusu. Tej nocy był całkowicie ukryty w mroku, w żadnym z jego okien nie paliło się światło. Rzęsisty deszcz uderzał o szyby w oknach, spadał na liście krzaków w ogrodzie, zalewał główny dzieciniec, przelewał się przez balie na pranie, porzucone przez leniwe sprzątaczki. Deszcz wlewał się przez wybitą szybę w oknie. Kapał na drewniany parkiet, tworząc coraz większą kałużę.

Głodny wpatrywał się w nią pustym wzrokiem. Siedział w ciemności, która tylko potęgowała uczucie wyżerające jego wnętrzności i pragnące tego jednego, czego nie miał.

Głód.

Głód, który przyćmiewał wszelkie jego myśli.

Głód, który nakazywał mu szukać nasycenia.

Którego nie było! Nie miał go!

Pragnął go tak bardzo.

Wyciągnął przed siebie swoje drżące ręce.

Co się ze mną dzieje? Czy naprawdę stałem się Głodnym? Nie, nie mogę nim być!

To tylko wściekłość, frustracja. Nienawiść do całego świata.

Można ją zagłuszyć tylko w jeden sposób.

Głodny znał go.

Nie! Przecież on wcale nie był Głodnym!

Był człowiekiem. Człowiekiem, Który Potrafi Przestać. Zatrzymać głód, ale teraz… nienawidzi świata tak bardzo.

Świata, który go zawodzi, który każe mu gnić w tej przeklętej szkole.

Człowiek nienawidził szkoły. Nienawidził śmierdzącego, szarego życia.

Tylko on jeden w tym miejscu widział, jakie ono jest szare i śmierdzące.

Ale człowiek znał sposób. Znał jeden jedyny sposób, w jaki mógłby nadać jego życiu barwy i kolory

Deszcz uderzał głośno o parapet.

Nikt nie usłyszy.

Wstał.

Otworzył okno.

Wyjrzał na zewnątrz.

Trzecie piętro.

Na dole dziedziniec. Jeśli spadnie połamie się, albo umrze, w każdym razie nie będzie już dla niego ratunku.

Trup, albo kaleka do końca życia.

Czy to wszystko jest warte aż takiego ryzyka?

Spojrzał w bok.

Śliska, mokra kamienna półka łączyła ze sobą dwa okna.

Postawił niepewnie jedną nogą na parapecie.

Umrze. Czym jest śmierć w takim nędznym życiu?

Jeśli umrze już nigdy nie będzie głodny!

Jeśli zostanie kaleką… pewnie nie zostanie. Umrze.

Druga noga. Zrobił parę kroków przytrzymując się framugi okna. Powoli. Krok za krokiem coraz bliżej.

Potem wbił palce w szpary między cegłami.

Powoli.

Deszcz hulał.

Człowiek był już przemoknięty do suchej nitki. Wiatr wiał…

Bardzo powoli.

Znów zacisnął ręce na framudze, tym razem sąsiadującego okna.

Zapomniał!

Okno było zamknięte.

Zacisnął mocniej ręce na framudze.

Spróbował uderzyć butem w szybę.

Spadnie…

Nie!

Przypomniał sobie o scyzoryku w kieszeni.

Puścił jedną rękę. Zaczął uderzać scyzorykiem w okno.

Spadnie…

Nie!

Szyba zaczęła pękać. Poranił sobie rękę. To bez znaczenia.

Resztę dzieła dokończył butem.

Był ranny, ale był w środku.

Przez chwilę stał. Przemoknięty. Zmarznięty. Zakrwawiony. Dumny ze swojego zwycięstwa.

Zwycięstwa.

Podszedł do stolika. Zapalił lampę naftową.

Wtedy dostrzegł, że był jeszcze Drugi.

 

Woźny statecznym krokiem przemierzał wszystkie korytarze, potrząsając mosiężnym dzwonkiem. To był długo wyczekiwany przez uczniów znak, że już koniec dzisiejszych zajęć. Wychowankowie Ogólnej Szkoły Dla Wszelkich Ras i Istot Tego Świata w Mieście Płomieni szybko wstawali z ławek, pakowali swoje elementarze, zakręcali kałamarze, często ignorując oburzone uwagi nauczycieli, że to oni decydują o tym, kiedy kończy się lekcja:

– Dzwonek jest dla nauczyciela!

 Profesor Hirbert jak zawsze zignorował niezłomne dzwonienie woźnego. Siedział przy biurku z głową opartą na rękach i kołysał się w takt spokojnej melodii, która wydobywała się z wielkiego gramofonu. Na jego twarzy malował się błogi uśmiech. Zapewne głęboko wierzył, że uczniowie również podzielają jego zachwyt.

Większość z nich jednak marzyła tylko o tym, aby opuścić już salę, iść na obiad i do parku, ciesząc się godzinami wolności. Nikt się jednak nie ruszył. Wszyscy siedzieli, słuchali nudnej melodii. Powodem był sam profesor znany ze swoich wybuchów złości i mocnych razów, których nigdy nikomu nie żałował.

Profesorska laska, którą ten wymierzał karę, stała oparta biurko siejąc postrach wśród swoich potencjalnych ofiar.

Nowy Uczeń, który jak na razie był dla swoich kolegów, nowym, nieznanym uczniem, ziewnął dyskretnie w pierwszej ławce. Profesor otworzył oczy. Klasa wstrzymała oddech. To niebywałe, żeby ten nauczyciel skończył lekcję, przed zakończeniem utworu. Coś musiało się stać…

Profesor Hirbert spojrzał na Nowego Ucznia.

– Nie znam pana – oznajmił.

Chłopak natychmiast poderwał się z miejsca.

– Jestem tu nowy. Przybyłem dopiero wczoraj wieczorem. To mój pierwszy dzień zajęć w Ogólnej Szkole Dla Wszelkich Ras i Istot Tego Świata – wyrecytował tamten.

– …Panie Profesorze.

– Nie, nie jestem jeszcze profesorem. Jestem zwykłym uczniem – zaprzeczył szybko chłopak. Kilku chłopaków w ostatniej ławce, nie mogło się powstrzymać i parsknęło śmiechem.

– Ale ja nim jestem i proszę o tym pamiętać jak następnym razem będzie się pan do mnie zwracał – upomniał nauczyciel marszcząc surowo brwi.

– Przepraszam – chłopak nie wydawał się być zmieszany całym wydarzeniem. Cały czas mówił tym samym głosem, jakby odpowiadał dowódcy wojska, a nie nauczycielowi.

– …Panie Profesorze.

– …panie profesorze.

– Więc jest pan tym uczniem z ośrodka odwykowego?

Tym razem nie padła żadna odpowiedź. Pozostali uczniowie wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

– Och to żaden wstyd. Cieszymy się, że udało się panu wyjść na prostą – w głosie nauczyciela zabrzmiała nuta ironii. – Widzę, że bardzo nudzi pana utwór Fruu Furta. Zapewne omawiał już pan jego dzieła w swojej poprzedniej szkole – nauczyciel nawet nie próbował ukrywać drwiny i pogardy w swoim głosie, wspominając o poprzedniej szkole ucznia. –Wie pan w takim razie do czego nawiązaniem był ostatni takt utworu, którego teraz słuchamy.

Zapanowała cisza. Oczywiście, że nie wiedział. Nikt pewnie na całym świecie tego nie wiedział, oprócz profesora Hirberta i paru mądrych, starych książek.

– Och, proszę się nie krępować. Zostałem poinformowany, że uczęszczał pan do szkoły należącej do ośrodka. Na pewno wasz nauczyciel od historii muzyki zwrócił szczególną uwagę na kompozytora Fruu Furta.

– Nie mieliśmy historii muzyki – odezwał się w końcu Nowy Uczeń.

– Słucham, może pan powtórzyć? – nauczyciel obrócił ucho w stronę ucznia, choć wszyscy doskonale wiedzieli jak dobry ma słuch.

– Nie mieliśmy historii muzyki w mojej poprzedniej szkole.

– To doprawdy niebywałe…

W tym momencie lekcję przerwał dźwięk przypominający rozgniatanie dużego ślimaka.

Z ostatniej ławki chlusnęła fala atramentu ochlapując uczniów z przedostatniej ławki i jeszcze kolegów przed nimi. Wszyscy jak jeden mąż spojrzeli w tamtym kierunku. Uczniowie zadowoleni, że coś w końcu przerwało nudną lekcję, nauczyciel ze wściekłością, którą z trudem tłumił na swojej czerwieniejącej twarzy.

Mia siedziała w ostatniej ławce.

Wszyscy znali Mię – była niska i miała długie proste włosy sterczące na wszystkie strony, te najwyżej głowy po prostu stały dęba.

Teraz siedziała z przerażoną miną cała ubrudzona niebieskim atramentem, w ręce trzymała szczątki szklanego kałamarza.

– Przepraszam, ja chciałam tylko…

– Myślę, że nikogo nie obchodzi, co pani chciała! – krzyknął wściekły nauczyciel. – Pani ignorancja dla muzyki osiągnęła dziś apogeum, ponieważ nie wyobrażam sobie… i nie chcę wyobrażać jakich jeszcze szkód mogłaby wyrządzić pani na MOJEJ lekcji! Proszę się więcej tu nie pokazywać! – uczniowie aż podskoczyli słysząc wściekły ryk, jaki wydobył się z gardła profesora Hirberta, a mała Mia poderwała się przerażona z ławki i wybiegła z klasy.

Drzwi zamknęły się z hukiem, a profesor starał się opanować na tyle, aby znów przybrać swoją dumną i spokojną postawę, jaką przed chwilą reprezentował. Ta niewyrośnięta Mia od początku działała mu na nerwy, prawie na każdej lekcji musiała coś zniszczyć, zepsuć, dodatkowo na temat muzyki nie umiała tak bardzo nic, że kiedyś zaczęła się wypowiadać na temat utworu, zanim profesor w ogóle zdążył go puścić. Była hańbą i utrapieniem nawet dla tak nędznej szkoły, jak Ogólna Szkoła Dla Wszelkich Ras i Istot Tego Świata. Profesor Hirbert miał nadzieję, że dziewczyna jakimś cudem zda wszystkie obowiązkowe przedmioty i jak najszybciej opuści mury tej placówki.

W klasie panowała cisza. Uczniowie wpatrywali się wyczekująco na nauczyciela, który w końcu wziął głęboki wdech i oznajmił głosem, któremu wciąż daleko było do spokoju i opanowania.

– Drodzy państwo z powodu nieszczęścia, którego przyczyną jest wasza droga koleżanka lekcje się przedłużą, a teraz proszę udać się do woźnego po wiadra i mopy i do studni po wodę. Ale już! Nie chcecie przecież tu spędzić całego wolnego popołudnia. – Kilku uczniów poderwało się natychmiast i wybiegło z sali, aby spełnić żądanie nauczyciela – I podziękujcie waszej drogiej Mii, że jak zawsze dostarcza nam niezapomnianych atrakcji na tym jakże spokojnym przedmiocie – profesor nie mógł się powstrzymać od tego zgryźliwego komentarza. – A pan… – dopiero teraz zauważył, że Nowy Uczeń wciąż stoi w swojej ławce wyprostowany jak struna. – Niech pan sobie nie myśli, że z powodu tego epizodu zapomnę o pańskich brakach z historii muzyki. Na następne zajęcia musi pan umieć cały życiorys Fruu Furta.

– Tak jest – uczeń naprężył się jeszcze bardziej.

Profesor stwierdził, że go nie lubi. Nie bał się go, jak inni uczniowie, cały czas patrzył mu prosto w oczy. Jego oczu też nie lubił. Były takie… złe.

Z resztą, czego się tu spodziewać po dzieciaku z ośrodka odwykowego?

W tym momencie cudowny utwór Fruu Furta zakończył się hukiem bębnów i puzonów.

 

Porządki zajęły kilka godzin, zanim, jedyny czarodziej w klasie w końcu przypomniał sobie zaklęcie, na usuwanie atramentu z drewnianych powierzchni. Później wszyscy udali się do studni, aby wyczyścić brudne ubrania. Biedny przyszły czarodziej miał teraz całą niebieską szatę i co gorsza włosy – efekt nieudanych prób rzucania czarów.

Z rozpaczą myślał teraz tylko o tym, że będzie musiał znieść tą fryzurę, dopóki nie nauczy się zaklęcia zamieniającego kolor włosów. Przy studni zastali Mię, próbującą nieudolnie sprać atrament ze swojego mundurka. Miała już na sobie nowe czyste ubranie i poza kilkoma plamami na twarzy nic w jej wglądzie nie przypominało, o nieprzyjemnym wypadku.

Wszelkie negatywne emocje tkwiące w młodym czarodzieju momentalnie skupiły się na niej.

Przyspieszył kroku i podszedł do dziewczyny.

– Ej ty! – pchnął ją brutalnie tak, że upadła na metalową balię, w której praczki zwykły prać ubrania nauczycieli i bogatszych uczniów. – To wszystko twoja wina! – krzyknął wściekły niebieskowłosy chłopak. Mia nic nie mówiła, tylko wpatrywała się zaszokowana w jego fryzurę.

– Przez ciebie straciliśmy całe wolne popołudnie. Musieliśmy sprzątać cały twój bałagan, jak zawsze! Nie chcę, żebyś była ze mną w klasie! Ty wszystko psujesz i niszczysz! I… spójrz na moje włosy! – Niespodziewanie w oczach chłopca zaszkliły się łzy.

– Właśnie patrzę cały czas – dziewczyna zdawała się zupełnie nie zwracać uwagi na słowa kolegi. Kiedy ten spostrzegł się, że jego wywód nie zrobił na niej najmniejszego wrażenia, poczuł jeszcze większą wściekłość.

– Nienawidzę cię! – ryknął. Chwycił Mię za kołnierz. Podniósł ją. Była lekka jak piórko. Przycisnął do swojej piersi.

O! Teraz lepiej! – Dostrzegł w jej oczach strach. Zacisnął dłoń w pięść, gotując się do pięknego ciosu w tą bezczelną buźkę.

– Zostaw ją! Co ty robisz?! – Jego cios został brutalnie zatrzymany, jakaś siła wykręciła jego rękę, aż jęknął z bólu. Zgiął się w pół. Puścił swoją ofiarę.

– Oszalałeś! Przecież to nie jej wina, że jesteś takim pacanem i nie umiesz rzucić prostego zaklęcia.

– Puść… proszę… – wydukał młody czarodziej. Bolało jak cholera.

Jednak prośby na nic się nie zdały. Napastnik jeszcze mocnej wykręcił rękę chłopaka, z którego gardła wydobył się krzyk.

– Puść go! – odezwał się inny głos. Chłopak go znał. Po chwili ból ustał. Uczeń znów mógł się wyprostować. Odwrócił się i zobaczył Nowego Ucznia, brutalnie odciąganego od niego przez kilku postawnych chłopaków. Próbował się im wyrwać, jednak był trzymany w żelaznym uścisku. – Każdy z nas ma takie samo prawo przywalić tej idiotce.

Czarodziej spojrzał z wdzięcznością na swojego obrońcę. To był Nefryt. Nefryt był wspaniały. Miał mnóstwo zalet: był przystojny, był wysoki, był wysportowany, był synem bogatego kupca, nic dziwnego, że został nieformalnym przywódcom ich klasy i miał tak duże poważanie również wśród innych klas. No i jeszcze oczywiście był…

Nefryt wpatrywał się spokojnie w nowego ucznia. Ten zaprzestał wszelkiego oporu i przyjrzał się nowemu przeciwnikowi. Zmierzył go spojrzeniem od stóp do głów, potem uśmiechnął się pogardliwie pod nosem.

Młody czarodziej stwierdził, że zdecydowanie nigdy nie polubi tego Nowego Ucznia.

– Znęcanie się nad słabszymi pewnie jest twoją specjalnością, co? – odparł nowy zaczepnie.

– To nie znęcanie. To wymierzenie sprawiedliwości. Ta szkarada psuje nam życie od kiedy tu się pojawiła, więc pozwól, że my napsujemy trochę jej – odparł spokojnie Nefryt.

– Jakiś ty szlachetny, to na pewno rozwiąże wszystkie problemy – z ust nowego wciąż nie schodził pogardliwy uśmiech.

Nefryt jednak nie dał się tak łatwo wyprowadzić z równowagi. Był w końcu przywódcą, na którego patrzyły teraz oczy całej jego grupy.

– Skoro uważasz się za obrońcę tej niewinnej niewiasty to może po prostu spuścimy łomot tobie, zamiast niej.

– Podejrzewam, że bić mnie będą twoje psy, a nie ty – Nowego Ucznia nie przestraszyły, żadne groźby.

Nefryt tylko uśmiechnął się jakoś nostalgicznie.

– Tak i właśnie dlatego to twój szczęśliwy dzień… Bo wiesz… ze smokami się nie zadziera, smoków się nie prowokuje, bo smoki, mogą zabić.

Nagle z ust Nefryta wysunął się długi wężowy język, przesunął się po jego wargach i zniknął z cichym sykiem.

Nowy Uczeń nagle spoważniał. Przez chwilę wpatrywał się w zielone oczy Nefryta.

– Ludzie również – stwierdził w końcu rzeczowo.

Nefryt był SMOKIEM.

 

Nazywał się Toennies. Jak na razie tyle udało jej się dowiedzieć o Nowym Uczniu.

– Na Smoki Które Uciekły Z Tego Świata, jakbyś się tak nie stawiał, to by cię tak nie pokiereszowali. – Mia zanurzyła swój poplamiony mundurek w wiadrze w wodą, próbowała przyłożyć go do jednej z ran na czole Nowego Ucznia, ale ten wyrwał jej materiał.

– Dam sobie radę. – Przycisnął mundurek do zakrwawionego czoła. Jęcząc z bólu usiadł na ziemi i oparł o ścianę studni.

Mia stała przez chwilę nie wiedząc, co ze sobą zrobić, w końcu przyklęknęła obok.

– Pozwól mi sobie jakoś pomóc, w końcu uratowałeś mnie przed… wyglądaniem,  jak ty teraz – zakończyła niepewnie, nie wiedząc, czy powinna za to dziękować, czy raczej przepraszać.

– Nie zrobiłem tego dla ciebie – chłopak odsunął mundurek od głowy, na którym zdążyła się już pojawić spora plama krwi, rozejrzał się za wiadrem wody wokół siebie. Mia przysunęła mu je pośpiesznie.

– Więc dlaczego?

– Żeby postawić się temu zielonookiemu.

Toennies zanurzył mundurek w wodzie, która natychmiast zabarwiła się na różowo.

Mia przez chwilę przyglądała mu się zdezorientowana.

– Po co? – sprzeciwienie się Nefrytowi było czymś, co nigdy nie przyszło do głowy jej, ani pewnie nikomu, kto należał do ich klasy. Nefryt… Nefryt to przywódca.

– Jest waszym szefem… czy jak go tam nazywacie, a żeby kierować owcami, trzeba najpierw sprzątnąć pasterza.

Upłynęła długa chwila zanim Mia zrozumiała sens słów chłopaka.

Ten w tym czasie wycisnął swój prowizoryczny opatrunek. W pewnym momencie rozległ się trzask pękającego materiału.

– Twój mundurek… – Zamyślona Mia zdawała się nie być specjalnie zainteresowana tym, co się dzieje z jej ubraniem.

Chłopak wzruszył ramionami, potargał materiał na pasy, owinął je sobie wokół największych ran na głowie i na ręce. Z pomocą zębów zawiązał supeł na nadgarstku.

– Chcesz nami rządzić? – zapytała nagle dziewczyna.

Toennies uśmiechnął się drwiąco.

– Rządzić to trochę zbyt duże słowo, nie sądzisz?

Powoli, znów walcząc z bólem poobijanych kończyn, wstał i ruszył w stronę budynków szkoły. Mia poderwała się i ruszyła za nim.

– Ale chcesz być naszym przywódcą, takim jak Nefryt?

– Nie… – chłopak parsknął pogardliwie – nie porównuj mnie to Nefryta. Ten laluś będzie mi czyścił buty, jak już z nim skończę.

– A czy… a czy jak zostaniesz naszym przywódcą to pozwolisz im mnie bić, jak znów zrobię coś nie tak? – padło nieśmiałe pytanie. Mia, aż zwolniła przerażona tym, że w ogóle zdołało paść z jej ust.

Chłopak zatrzymał się, zmierzył dziewczynę spojrzeniem od stóp od głów, jakby dopiero teraz uświadomił sobie jej istnienie.

– Naprawdę przynosisz takiego strasznego pecha? – zmrużył podejrzliwie oczy.

– Masakrycznego – przytaknęła gorliwie dziewczyna – I dlatego oni…

– Wiesz, że nie w tym tkwi problem.

– Jaki problem?

– Nie znęcają się nad tobą dlatego, że przynosisz pecha, ale dlatego, że im na to pozwalasz?

– Pozw… – oczy Mii zamieniły się nagle w dwa wielkie spodki.

– Kobieto! Zniszczyłem twój mundurek, potargałem go na twoich oczach, a ty nawet nie pomyślałaś, żeby zaprotestować.

– Ale przecież ty…

– Ocaliłem cię przed strasznym smokiem? Mam gdzieś twoje problemy, niech cię pobiją następnym razem, dla mnie jesteś tylko śmieciem, tak samo jak dla nich. Więc zamiast szukać kogoś, kto będzie chronił twój nędzny tyłek, przywal jakiemuś idiocie, który jest słabszy od ciebie. Poczujesz się o niebo lepiej!

Mia nic nie odpowiedziała. Nagle w jej oczach pojawiły się łzy, które spłynęły po ubrudzonych atramentem policzkach. Pogardliwy wyraz zniknął natychmiast z twarzy Toenniesa.

– Na Wszystkie Smoki Które Uciekły, tylko nie rycz mi tutaj.

– Uważasz, że jestem śmieciem – wychlipała dziewczyna.

– Nie… nie to miałem na myśli.

Dziewczyna wybuchła głośnym płaczem. Nowy Uczeń stał przez chwilę, nie mając pojęcia jak zareagować.

– Naprawdę nie myślałem tego co mówiłem – wydukał niepewnie. Wyciągnął rękę w stronę dziewczyny, chciał ją poklepać po ramieniu…

– Naprawdę? – załzawione oczy spojrzały na niego.

– Tak…

Mia wybuchła jeszcze głośniejszym płaczem.

Podeszła do chłopaka, objęła go w pasie. Upłynęło dobre kilka sekund, zanim ten zorientował co się dzieje.

– Nie! – odepchnął ją od siebie, jakby była jakimś wyjątkowo paskudnym gatunkiem robaka. – Tylko mi bez takich! Nie waż się mnie dotykać nigdy więcej!

– Patrz jaki brutal…

– Dokładanie, w tak okrutny sposób odepchnąć swoją dziewczynę…

Za plecami Mii chłopak dostrzegł dwie sprzątaczki, które podeszły właśnie do studni. Mierzyły go teraz potępieńczymi spojrzeniami. Toennies poczuł, że wcale nie chce być uznany za brutala, nie w takim sensie.

Chwycił łkającą dziewczynę za łokieć.

– Chodźmy stąd – zadecydował. – Pójdziemy do kuchni, może zostało tam jeszcze trochę kompotu z obiadu. Lubisz kompot prawda?

– Będziesz pił kompot z śmieciem?

– Nie… Znaczy tak… Przecież mówiłem, że nie uważam cię za śmiecia.

– Wiem.

– To czemu dalej płaczesz?

– Ze szczęścia.

– Proszę to są wszystkie dzieła, które zawierają jakąś wzmiankę o Fruu Furcie. – Mia z głośnym hukiem postawiła przed Toenniesem stertę opasłych książek. Chłopak jęknął z bólu. ten dźwięk był torturą dla jego obolałej głowy. Właściwe to całe ciało miał obolałe. Siniaki następnego dnia dały o sobie znać ze zdwojoną siłą.

– Dużo tego – stwierdził przyglądając się starym książkom.

– Wcale nie – Mia usiadła obok niego. – W każdej z nich zaledwie kilka zdań o tym wielkim kompozytorze – oznajmiła przedrzeźniając doniosły ton profesora Hirberta. Toennies mimowolnie się uśmiechnął, musiał przyznać, że wychodziło jej to całkiem nieźle.

– Więc jak mam się nauczyć bibliografii kogoś, o kim w całej bibliotece praktycznie nie ma żadnych informacji?

– Włamać się do biura profesora Hirberta i ukraść jego książkę o wielkich kompozytorach – oznajmiła Mia zrezygnowana.

– Dobra, świetny pomysł – Toennies poderwał się z miejsca i zaraz tego pożałował, ponieważ jego plecy przeszył ból.

– Nie! Tylko żartowałam. – przerażona Mia poderwała się również. – Przecież nie możesz włamać się do biura nauczyciela, to zakazane.

– Naprawdę? Co ty nie powiesz?

 – Wyrzucą cię ze szkoły za to.

– Skoro ciebie nie wyrzucili za zniszczenie klasy, to czemu mnie mieliby wyrzucić za włamanie się do biura? Poza tym kto powiedział, że ktoś się dowie?

– Mnie po prostu nie mogą wyrzucić – w oczach Mii pojawiała się coraz większa panika.

– Dlaczego?

Na twarzy dziewczyny pojawiło się wahanie.

– Z tego samego powodu, z którego nie mogą wyrzucić Nefryta – odpowiedziała wymijająco, wyraźnie unikając wzroku chłopaka.

– A dlaczego nie mogą wyrzucić Nefryta? – chłopak zmrużył podejrzliwie oczy.

– Posłuchaj – dziewczyna złapała go nerwowo za ramię, ten wyrwał jej się natychmiast. – To jest bardzo zły pomysł i proszę cię nie rób tego.

– O nie skarbie, włamię się do tego biura, a ty mi w tym pomożesz.

Teraz oczy Mii zrobiły się okrągłe jak spodki.

– Nie mogę… mam teraz zajęcia.

– Jakie zajęcia? Jest przerwa po lekcjach, nikt teraz nie ma zajęć.

 – Te, przez które nie mogą mnie wyrzucić ze szkoły.

– Kobieto mogłabyś mi po prostu wyjawić tą straszną tajemnicę, która wiąże ciebie i Nefryta z tą szkołą?

Na twarzy Mii malowało się wahanie. Przez moment przechodziła walkę sama ze sobą.

– Jeśli ci to pokażę, obiecasz mi, że nie włamiesz się do biura profesora Hirberta? – zapytała w końcu konspiracyjnym szeptem.

– Obiecuję.

– Więc chodź – Mia złapała go za rękę, którą ten natychmiast wyrwał z jej uścisku. – I weź ze sobą jakąś książkę, treningi bywają zwykle bardzo nudne.

– Jakie treningi? – Toennies wybrał ze sobą najgrubszą z ksiąg mając nadzieję, że znajdzie w niej najwięcej informacji o kompozytorze.

Mia nie słuchała go już, stała przy drzwiach wyjściowych z biblioteki i czekała, aż on dokuśtyka za nią. Zdawała się namyślać nad czymś głęboko.

– Dlaczego nazwałeś mnie skarbem? – zapytała, kiedy zatrzymał się naprzeciwko niej.

– Nazwałem cię tak? – wyglądał na bardzo zaskoczonego – Nie wiem, może dlatego, że mama mnie tak nazywała.

– Naprawdę? – Mia uśmiechnęła się, jakby powiedział jej jakiś miły komplement.

– Tak, ostatnie słowa jakie od niej usłyszałem to: „Skarbie, jak mogłeś się tak zepsuć, przez to nie mogę cię więcej kochać” – oznajmił beztrosko Toennies.

Uśmiech momentalnie zniknął z twarzy dziewczyny.

– I to była ironia – chłopak zdawał się nie zauważać zmian jej nastroju. – Tak naprawdę nigdy mnie nie kochała.

– Skąd możesz to wiedzieć?

Toennies parskną pogardliwie.

– Ty okazujesz mi więcej miłości niż ona – w jego głosie zabrzmiała nuta żalu, albo smutku, albo po prostu Mia tak sobie wmawiała.

 

– Co to za książka?

Toennies niechętnie oderwał wzrok od areny. Spojrzał na pulchnego chłopca siedzącego obok niego. Ten napierał na niego całym ciałem i z wybałuszonymi oczami wpatrywał się w książkę. Toennies odsunął się z niesmakiem.

– To… – przyjrzał się grubemu tomowi który zabrał z biblioteki – Historia nut i słowa – przeczytał tytuł.

– Podoba ci się?

– Nie przeczytałem jej jeszcze.

– Mogę zobaczyć? – chłopak niepewnie wyciągnął rękę w stronę książki.

– Jasne – Toennies był zbyt zaintrygowany ogromną areną, żeby uczyć się teraz o Fruu Furcie.

– Dzięki – uradowany grubas natychmiast zaczął przewracać strony opasłego tomu. – Skąd masz taką świetną książkę?

– Z biblioteki.

– Niemożliwe! Przejrzałem wszystkie półki w naszej szkolnej bibliotece setki razy i nigdy nie natknąłem się na to dzieło. Musiałbyś ją chyba wygrzebać z nieużywanych maszynopisów, bo tam nie zagląda nawet bibliotekarz.

Toennies postanowił ignorować zafascynowanego lekturą chłopca. Zmrużył oczy, żeby lepiej przyjrzeć się postaciom stojącym w dole areny. Zastanawiał się czy nie przysiąść się bliżej, ale Mia ostrzegała go, żeby nie zajmował miejsc zbyt blisko piaszczystego boiska na dole. Przez całą drogę tutaj była bardzo tajemnicza; prawie nic nie mówiła. I bardzo zdenerwowana

Boisko było oddzielone od rzędów kamiennych ław grubą, wysoką siatką.

I było naprawdę olbrzymie.

Kilkunastu uczniów stojących w równym rzędzie i nauczyciel wyglądali jak kolorowe chrząszcze.

Najbardziej wyróżniała się Mia, oczywiście nikt nie zdążył jej w jeden dzień uszyć nowego mundurka, więc chodziła w żółtej koszuli.

Oprócz Toenniesa i grubego chłopaka, było jeszcze zaledwie kilku gapiów rozrzuconych po całej arenie.

Nauczyciel trzymał w ręku ogromną tubę, przez którą wydawał polecenia. Jego wzmocniony przez urządzenie głos roznosił się po całej arenie. Najpierw przeczytał listę obecności. Później oznajmił, że obniży Mii ocenę z dzisiejszego testu za brak mundurka. Wszyscy nauczyciele wymierzali jej jakąś karę za to, że nie miała obowiązkowego stroju. Mia nie przyznała się co się stało z jej szkolnym ubraniem, a Toennies nie czuł wewnętrznej potrzeby, żeby się przyznać, że to on ponosi winę za jego zniszczenie.

Nefryt stał na samym środku obok Mii i był najwyższy z całej grupy.

– Dziś nie będzie żadnego obijania, jeśli ktoś nie zda testu niech się pożegna ze swoją licencją! – ryczał nauczyciel do tuby – A jeśli jej nie otrzymacie, będziecie mięsem dla kłusowników.

Mięso dla kłusowników… Ogromna arena… Kilkunastu uczniów…

Toennies zaczął rozumieć jaki rodzaj zajęć odbywa się w tym miejscu.

– A teraz przemiana! Nefryt pokaż wszystkim jak powinien wyglądać prawdziwy smok!

Nefryt pewnym krokiem wystąpił do przodu. Reszta uczniów natychmiast odsunęła się od niego.

To trwało sekundę. Nawet nie zauważył zmian. Dzikie smoki, jakie znał, nie potrafiły nawet w połowie dokonać tak szybkiej przemiany jak on.

Nauczyciel odmierzał czas na wielkim stoperze zawieszonym u szyi. Z zadowoleniem pokiwał głową.

Ogólna Szkoła Dla Wszelkich Ras i Istot Tego Świata w Mieście Płomieni to był ewenement wśród innych tego typu placówek, przyjmowano tam wszelkich odmieńców, których nie chciano nigdzie indziej. Uczono ich funkcjonowania w społeczeństwie, wydawano licencje. Jeśli ktoś nie był człowiekiem, według Ogólno –Przyjętej definicji człowieka, a nie miał licencji, był zwierzęciem. Każdy mógł na niego zapolować, zabić, sprzedać. Jednak z licencją stawał się już człowiekiem. Problemem był fakt, że szkoła ta była jedyna w Tym Świecie. Licencje posiadało naprawdę niewielu. Z reguły dawały one pełne bezpieczeństwo. Tym bardziej, że licencja zapewniała też wsparcie policji i władzy danego miasta.

To dlatego nie wyrzucą Nefryta ani Mii, bez licencji byliby skazani na śmierć, albo coś gorszego, w końcu to smoki. Smoki są najcenniejsze. – Toennies znał się na smokach, a zwłaszcza na smoczych łuskach. Pomagał w ich nielegalnym przemycie, zanim go nie złapali i nie zabrali do ośrodka. Mogło być gorzej – mawiał jeden z jego współlokatorów – jesteś tu tylko dlatego, że nie masz skończonych szesnastu lat. Jednak kiedy dowiadujesz się, że rodzina się ciebie wyrzeka, że kiedy stąd wyjdziesz, albo cię wyrzucą nie masz dokąd iść, wcale nie myślisz sobie: mogło być gorzej

– Doskonała robota Nefryt, pobiłeś swój rekord – krzyknął nauczyciel do tuby. Nietoperze skrzydła ucznia-smoka zamachały zadowolone.

Nefryt był Sz-szarym smokiem. A szkoda! Toennies kierując się imieniem i kolorem oczu spodziewał się jakiegoś Z-zielonego, albo chociaż P-pistajcowego. Sz-szare były niewielkimi smokami zaledwie 10 metrów długości z czego ponad połowę zajmował ogon, który był bezużyteczny, bo z przeźroczystych włókien. Więcej szkody niż pożytku. Przeźroczyste włókna nie były łuską, były bardzo wrażliwe na zranienia. Smoki, które widział Toennies, żyjące na wolności, odgryzały większość swojego ogona. I tak odrastał, a zbyt długi przeszkadzał w lataniu, no i stanowił większą powierzchnię podatną na zranienia. Ostatni powód, dla którego lepiej smokowi było bez ogona to kłusownicy, jak już polowali na Sz-szare, to właśnie dla przeźroczystych włókien.

Sądząc po długości ogona Nefryta, nikt mu nie powiedział, że musi go odgryźć.

Pewnie nawet nie potrafi przez niego latać – pomyślał Toennies bez cienia współczucia.

– Teraz ty Mia – zarządził nauczyciel. – Mam nadzieję, że tym razem osiągniesz jakikolwiek wynik, który znajduje się w tabeli.

Mia zamiast podjeść do przodu cofnęła się o kilkanaście metrów.

– Tylko bez tych sztuczek – krzyczał nauczyciel – Przemiana ma się odbyć w miejscu.

Dziewczyna jednak go nie słuchała. Wzięła rozbieg. Tuż przed dziesięciometrowym cielskiem Nefryta, który oczywiście nie raczył się przesunąć, skoczyła w górę. Krótki błysk światła oślepił na chwilę Toenniesa. Dopiero po chwili zobaczył niewielki lśniący punkt latający po arenie.

Uczeń obok niego wybuchnął śmiechem.

– Widziałem to już mnóstwo razy i zawsze rozśmiesza mnie ten widok.

– Czemu cię to śmieszy? – Toennies zmrużył gniewnie oczy.

– A ciebie nie? Spójrz na tego kurdupla, smoki powinny być wielkie, a Mia wygląda jak jakaś skrzydlata jaszczurka.

– Jest Złotym Smokiem.

– Kim? Nie znam się na smokach, jestem hybrydą, która ze smokami nie ma nic wspólnego. Przychodzę tu tylko, żeby sobie poprawić humor – chłopak wzruszył ramionami i wrócił do czytania książki.

Tymczasem nauczyciel na arenie kręcił z niezadowoleniem głową.

– Mia, nie mogę ci uznać tej przemiany, nie dopuszczam cię do dzisiejszego testu. Będziesz go zdawać w innym terminie, kiedy się nauczysz przynajmniej podstaw – oznajmił – I przestań latać! Odejmuję ci punkty w następnym teście za niesubordynację.

Złoty punkt w końcu zatrzymał się tuż obok Nefryta. Ten uniósł swoją smoczą łapę i przesunął ją tuż nad Mią. Tak jakby chciał ją zgnieść, ale się rozmyślił.

– Widzisz, Nefryt mógłby ją zmiażdżyć gdyby zechciał – odezwał się znowu chłopak siedzący obok Toenniesa.

– Uważaj żebym ja cię nie zechciał zmiażdżyć – mrukną tamten.

– Nie mógłbyś – oznajmił pewny siebie chłopak – jestem…

Nagle Toennies odwrócił się chwycił sąsiada za koszulę i przycisnął mocno do kamiennych ław.

– Słuchaj hybrydo, wkurzasz mnie więc w tym momencie zabieraj tą książkę i zmiataj stąd.

– A jak nie to co?

– Zabiję cię – oznajmił Toennies grobowym głosem.

– Nie zrobisz tego.

– Chcesz się przekonać?

– Jesteś szalony.

– Masz rację, dlatego ściągaj koszulę.

– Co?!

– Chcę koszulę w ramach przeprosin za twoje bezczelne zachowanie.

Twarz chłopaka-hybrydy wyraźnie mówiła, że boi się Toenniesa. Toennies miał w sobie coś przerażającego, doskonale to wiedział, a jego przeciwnik był słaby i strachliwy. Słabi zawsze przegrywają. Umierają.

Chłopak zdarł z siebie koszulę, chwycił książkę i uciekł potykając się przy okazji kilka razy.

Toennies uśmiechnął się z zadowoleniem.

Przynajmniej Mia będzie miała mundurek…

Zajęcia trwały dopóki areny nie pokrył mrok i nauczyciel nie mógł dostrzec swoich uczniów w ciemności.

Jak zapowiedziała Mia – był nudny. Przez większość czasu smoki latały, skradały się, atakowały nieruchome wypchane słomą lalki. Toennies odkrył powód, dla którego Mia zabroniła mu siadać zbyt blisko areny, kilka smoków umiało ziać ogniem i to nie zawsze w miejsca, które wskazał nauczyciel.

Oczywiście Mia była najgorsza we wszystkim. Nauczyciel nie skąpił jej słów krytyki, nieustannie wspominał o tym, że nic nie umie i wszystko robi źle, i on nie wróży jej świetlanej przyszłości, a już na pewno nie wierzy w to, że kiedykolwiek otrzyma licencję.

– I jak ci się podobało? – usłyszał niepewny głos.

Poderwał się przestraszony. Chyba usnął na chwilę.

Mia siedziała obok niego na kamiennej ławie i wpatrywała się niepewnie.

– Jesteś smokiem – stwierdził. Nie bardzo wiedział co odpowiedzieć.

– Wiem… i co o tym sądzisz? – Denerwowała się. Nerwowo zaciskała palce.

– Jesteś Złotym Smokiem – dodał Toennies niepewnie. Nie wiedział jakiej odpowiedzi oczekuje dziewczyna.

– I nie przeszkadza ci to?

– Dlaczego miałoby przeszkadzać?

Mia wzięła głęboki oddech.

– No bo… z łusek Złotego Smoka robi się narkotyki – wyrzuciła z siebie jednym tchem.

Zapanowała długa… bardzo długa cisza.

Opadła jak ciężka mgła na nich, a Toennies stwierdził, że nie chce mieć z Mią nic wspólnego.

Przerażone oczy dziewczyny wyczekiwały jakiejkolwiek reakcji z jego strony.

– Skąd pomysł, że jestem uzależniony akurat od tych narkotyków? – zapytał z końcu grobowym głosem.

– Nie wiem, tylko tak pomyślałam – zaczęła się wycofywać. W jej oczach zalśniły łzy.

– Skąd wiesz? – naciskał chłopak.

– Bo masz złote oczy… Przeczytałam  gdzieś, że ci uzależnieni od dragonów…

– Drogantów.

– …ich tęczówki zmieniają barwę na złotą i jeszcze tracą włosy, niszczą się im paznokcie, ale to przy długoletnim zażywaniu. Naprawdę bardzo cię przepraszam. Jeśli nie chcesz się ze mną zadawać to zrozumiem. Przepraszam bardzo. Dlatego nie chciałam, żebyś wiedział jakim jestem smokiem. Teraz już mnie pewnie nie lubisz i uważasz, że jestem śmieciem. Przepraszam, przepraszam. – Po policzkach Mii spływały dwa strumienie łez. Mówiła bardzo szybko, cienkim głosem. Toennis mierzył ją pustym spojrzeniem.

– Dla twojej wiadomości z ośrodka odwykowego wychodzą ludzie, którzy wyszli również ze swojego uzależnienia. A same łuski nie są narkotykiem. Trzeba je wypalić razem z innymi substancjami, a tutaj nawet nie mam odpowiedniego sprzętu i nikt mi go nie da – wytłumaczył w końcu.

– Przepraszam.

– Przestań przepraszać! Na Wszystkie Smoki! Nie gniewam się!

– Naprawdę?

– Nie! Tak naprawdę gniewam się bardzo, ale nie zniosę dłużej twojego beku, więc po prostu przestań się przejmować i pomóż mi ukraść tą książkę profesora Hirberta.

– Ale przecież obiecałeś…

– To będzie twoja przysługa w ramach przeprosin.

Tym razem dziewczyna nie odważyła się zaprotestować. Rękawem otarła mokre policzki. Nie płakała już więcej. Być może myśl, że Toennies nie znienawidzi jej tak do końca była wystarczająca.

– I mam mundurek dla ciebie. – Chłopak podał jej koszulę grubego ucznia.

– Nie jest mój – oznajmiła dziewczyna.

– Oczywiście że nie. Jest jakiegoś głupiego grubasa, ale weź go. Teraz tej żałosnej pokrace będą odejmować punkty.

– Tak nie można… To nieuczciwe… To jest kradzież – zaprotestowała natychmiast Mia.

– Tak, skarbie, w życiu trzeba kraść, niszczyć i oszukiwać, bo inaczej zginiesz.

– Ale…

– Po prostu rób co mówię! Naprawdę do końca życia, chcesz być kozłem ofiarnym?

Mia spuściła głowę. Przez chwilę Toennies bał się, że znów się rozpłacze. Nie zrobiła tego jednak, tylko posłusznie zarzuciła wielki mundurek na swoją żółtą koszulę.

Oczy wciąż miała czerwone od niedawnych łez.

Toennies stwierdził, że musi się szybko uodpornić na jej płacz, bo zaraz on sam stanie się tym słabym i wykorzystywanym.

– Więc jak, włamujemy się do gabinetu profesora? – zapytała dziewczyna.

– Ty będziesz musiała to zrobić sama – oznajmił Toennies. Ignorował strach, który natychmiast pojawił się na twarzy dziewczyny – Będę kulał pewnie jeszcze przez najbliższe kilka dni, więc niewiele zdziałam, ale stanę na czatach. Ty poszukasz książki profesora Hirberta. Pewnie i tak znasz o wiele lepiej jego gabinet, niż ja.

– Ale jak zdobędziemy klucze? Profesor nigdy się z nim nie rozstaje?

– To zostaw mnie. Okradałem swoich rodziców to i jego okradnę.

Kiedy padał deszcz nocą, nikt w Mieście Płomieni nie wypuszczał lampionów. Miały one oświetlać ulice. W deszczową noc ulice były ciemne.

Lampionów nie było również na dziedzińcu Ogólnej Szkoły Dla Wszelkich Ras i Istot Tego Świata.

Było ciemno. Mia nerwowym ruchem wsadziła klucz w zamek. Ręce jej się trzęsły. Świeca, którą miała ze sobą skwierczała niebezpiecznie. Upłynęło dobrych kilka sekund zanim stwierdziła, że wygodniej i bezpieczniej ją odstawić na ziemię. Później przekręciła ciężki klucz.

Na ukradnięcie klucza wystarczył Toenniesowi dzień. Śledził profesora przez cały ranek, a po lekcjach podszedł do niej z tryumfalnym uśmiechem i wcisnął w rękę niewielki przedmiot zawinięty w chusteczkę.

– Bułka z masłem. Trzymał go w przywiązanego do paska – oznajmił. Oczywiście, kiedy profesor zdał sobie sprawę ze swojej zguby, zrobił aferę na całą szkołę Przez ostatnie dwa dni nikt nie ważył się do niego zbliżyć obawiając się, że to na nim skumuluje się cała jego złość.

Drzwi zaskrzypiały. Bardzo cicho, ale Mii i tak wydawało się to najgłośniejszym dźwiękiem na świecie. Otwierała je bardzo powoli. Przerywając czynność za każdym razem jak wydały jakikolwiek dźwięk, zajęło jej to nieskończoną ilość czasu. W dodatku deszcz, głośno uderzający o parapet, wcale nie ułatwiał sprawy. Toennies mówił, że wtedy nikt jej nie usłyszy, ale Mia bała się tego deszczu.

Mia bała się jak nigdy w życiu.

Strach który paraliżował, ale równocześnie zmuszał, aby iść dalej. Musisz iść dalej!

Mia chciała płakać. Nie możesz płakać!

W końcu szpara była na tyle szeroka, że mogła się przez nią przecisnąć. Weszła do ciemnego gabinetu profesora Hirberta. Zapomniała świecy!

Musi po nią wrócić.

Musi odwrócić się i wrócić po świecę.

Dziewczyna wzięła dwa głębokie oddechy.

Odwróciła się.

Pomarańczowe światło rozświetlało uchylone drzwi.

Pewnie wszyscy je widzieli. Zaraz tu przyjdą.

Mia bardzo bała się poruszyć. Musisz się ruszyć!

Mia uklękła. Na kolanach, uważnie wypatrując, czy ktoś nie idzie korytarzem, wychyliła się zza framugi. Nie słyszała żadnych dźwięków, oprócz stukotu deszczu i własnego przyspieszonego oddechu. Porwała świecę i znów zniknęła w profesorskim gabinecie, który nagle wydawał jej się najbezpieczniejszą na świecie przystanią. W porównaniu do pustego przestronnego korytarza na pewno był. Tu nikt nie wejdzie.

Oparła się o ścianę dysząc ciężko.

I co teraz?

Znajdź książkę?

Nie! Wyciągnij klucz z drzwi i zamknij je za sobą, żeby nikt nie wiedział, że tu jesteś.

Po kilku walkach stoczonych sama ze sobą i tego udało jej się dokonać.

Teraz musisz znaleźć książkę.

Na kolanach. Praktycznie się czołgając. Bardzo powoli. Dotarła do ściany gdzie stała ogromna półka na książki profesora.

Sięgała od sufitu do podłogi.

Nie znajdzie jej tu.

Ogarnęła ją panika.

Przypomniała sobie dlaczego tu jest.

Musi wynagrodzić Toenniesowi to, że go tak bardzo obraziła, inaczej się do niej nigdy nie odezwie.

A on jeden się do niej odzywał. On jeden ją choć trochę lubił.

Zaczęła odczytywać tytuły książek. Parę z nich trzeba było wyjąć, bo nie miały tytułu zapisanego na brzegu. Miała szczęście, Bibliografia sławnych kompozytorów znajdowała się na najniższej półce. Mimo, że profesor często z niej korzystał. Albo nauczył się jej na pamięć wiele lat temu i do dziś umiał ją cytować.

Mia ostrożnie wyciągnęła książkę.

Gruba, ciężka.

Usłyszała stukot, który nie był uderzeniem kropli deszczu o parapet. Coś się przewróciło. Coś ona przewróciła wyciągając książkę. Skuliła się jeszcze bardziej. Przysunęła świecę do wyrwy powstałej między ciasno ułożonymi książkami.

Coś tam było. Jakieś drewniane pudełko.

Wtedy usłyszała uderzenie. Nie deszcz, uderzenie.

Ktoś uderzał w szybę. Regularnie natarczywie, aż zaczęła pękać. Mia znieruchomiała przerażona.

Musisz wstać! Musisz uciekać!

Zapomniała o tym co musi zrobić w takiej sytuacji. Klęczała sparaliżowana wpatrując się w okno. Pierwszy podmuch wiatru zgasił jej świecę. Posypały się kawałki szkła. Coraz więcej kawałków. Na szczęście stała zbyt daleko, żeby ją dosięgły.

Mia nie mogła dostrzec jak czyjaś ręka wysuwa się z dziury w oknie. Jak odnajduje zamek i otwiera od wewnątrz.

Usłyszała natomiast stukot ciężkich butów uderzających o parkiet.

Czarny, wielki cień stał przez chwilę nieruchomo w gabinecie. Mia wstrzymała oddech.

Czuła, że cień już ją widzi. Wie, że tu jest. Zaraz podejdzie do niej i ją zabije.

Cień ruszył w innym kierunku. Ruszył w stronę drzwi. Zatrzymał się. Później Mia dostrzegła złote światło.

Przebiło się przez mrok i oświetliło twarz intruza.

Wtedy cień odwrócił się i naprawdę ją zauważył.

Światło lampy naftowej wyraźnie oświetlało twarz nauczyciela historii muzyki – profesora Hirberta.

Wielkie przerażone oczy wpatrywały się w pedagogów którzy mieli ogłosić wyrok. Wszyscy wyglądali na zawiedzionych, zatroskanych i wszyscy podjęli tą samą decyzję. Łzy spłynęły jej po policzkach.

– Po co ci ta książka? Kto kazał ci ją ukraść?

– Podejrzewam, że ten nowy uczeń z ośrodka odwykowego. – Profesor Hirbert siedział na fotelu i pocierał skronie, żeby wyglądać na bardziej zafrasowanego. – Kazałem mu się nauczyć bibliografii Fruu Furta na następną lekcję. Jednak w naszej bibliotece nie ma żadnych książek o nim. Mogliście poprosić o pożyczenie Bibliografii sławnych kompozytorów, nie musieliście jej kraść – oznajmił smutnym głosem.

Przez ścianę łez jego twarz była zamazana. Z resztą jak wszystkich nauczycieli.

– Kto cię zmusił do tego Mio? Gwarantujemy, że jego również nie ominie kara – oznajmił dyrektor.

Mia otworzyła usta.

I rozpłakała się na dobre.

Nauczyciele westchnęli ciężko.

– Mio – powiedział w końcu dyrektor – za próbę kradzieży przedmiotu należącego do naszego profesora zostałabyś ukarana pracami na rzecz szkoły. Pozostaje jednak sprawa wybitego okna i zaatakowania profesora Hirberta. Nie możemy tego potraktować tak łagodnie, jak tamtego przewinienia. Profesor został ranny – nauczyciel spojrzał na zabandażowane nadgarstki nauczyciela.

– To trochę moja wina – zauważył nauczyciel ze smutkiem. – Mogłem zaczekać do rana, aby sprawdzić, czy klucz, który niespodziewanie znalazłem należy do mojego gabinetu. Nie musiałem tego robić natychmiast. Ta dziewczyna musiała się bardzo przestraszyć, kiedy przyłapałem ją na próbie włamania się do mojego gabinetu przez okno.

– Nie możemy tego zignorować – stwierdził twardo dyrektor. – Mio jesteś smokiem, więc podlegasz ochronie tej szkoły. Jednak w tym wypadku, wykorzystując swoje umiejętności latania, aby włamać się go gabinetu profesora łamiesz jej podstawowe prawa. Nie tego tutaj uczymy. Ignorowaliśmy twoją lekceważącą postawę do nauki przez wiele lat, jednak to, co zrobiłaś dzisiejszej nocy… nie możemy tego zignorować. Zostajesz wydalona ze szkoły i pozbawiona praw do otrzymania licencji. Do jutra masz opuścić mury tej placówki… przykro mi – dodał na końcu niepewnie.

Z każdym słowem dyrektora zapłakane oczy Mii robiły się coraz większe. Życie bez licencji.

Mia nigdy, nigdy nie sprzeciwiła się żadnemu nauczycielowi, dyrektorowi. Ale w tym wypadku, jej życie się kończyło.

– Proszę… – wyjąkała cicho.

– A teraz idź już i nie płacz. Płacz nic tu nie pomoże – głos dyrektora nie brzmiał ani pocieszająco, ani wspierająco. Chciał, żeby stąd wyszła jak najszybciej.

Ale Mia stała i płakała. Jeśli stąd wyjdzie. Jej życie się skończy. Wiedziała jak kończą smoki bez licencji.

Wiedziała jak kończą Złote Smoki bez licencji.

W końcu zastępca dyrektora chwycił ją za łokieć i wypchał za drzwi.

Mia stała przed nimi. Wciąż płakała, nie mogła powstrzymać spazmów, które wstrząsały jej płaczem.

– Mia… – usłyszała głos Toenniesa. Stał obok. Nie chciała na niego patrzeć, nie chciała go widzieć. To nie jego życie się kończyło. To nie on był Złotym Smokiem. To nie on nie otrzyma licencji.

Toennies stał jeszcze przez chwilę nie wiedząc jak zareagować. Doskonale się domyślił się jaką decyzję podjęła dyrekcja.

Nie miał pojęcia skąd w zamkniętym gabinecie wziął się profesor. Jednak zamierzał to ustalić i odnaleźć tego, który był winny, że ich plan się nie udał. Później spuści niezły łomot temu delikwentowi.

Jednak to czy pobije winowajcę nie zmieni nic w życiu Mii.

Słabi przegrywają. Tego nauczyło Toenniesa życie. Mia była słaba, więc przegrała.

Przykro mi Mia.

– Włamałam się do gabinetu profesora przez okno – wyjąkała w końcu Mia. – Nie zrobiłam tego, ale oni uważają, że tak. I że go podrapałam pazurami w ręce, kiedy chciał się obronić to też nieprawda. To wszystko jest nieprawdą. To ty chciałeś tą książkę nie ja – kolejny atak płaczu uniemożliwił jej dalsze mówienie.

– Trzeba się było nie dawać tak wykorzystywać – mruknął Toennies.

Pukanie do drzwi oderwało profesora Hirberta od interesującej lektury.

– Wjeść! – zawołał. Choć wcale nie chciał, żeby ktokolwiek wchodził i zmuszał go do rozmowy na jakikolwiek temat. Przez chwilę miał nadzieję, że jednak się przesłyszał i nikt nie zakłóci jego spokoju. Niestety to było niemożliwe, miał zbyt dobry słuch, pomyłki nie wchodziły w grę.

Drzwi zaskrzypiały. Pojawił się w nich nowy uczeń. Spodziewał się go. Przyszedł z tym swoim dumnym spojrzeniem. Złote oczy mierzyły cały świat z niechęcią.

– Dzień dobry, panie profesorze – usłyszał jego żołnierski ton.

– Widzę, że nauczyłeś się dobrych manier. Jesteś bardzo pojętny, może jednak nie skończysz tak źle, jak wróży ci mój instynkt pedagoga.

Toennies podszedł do wielkiego biurka. Stanął przed profesorem wyprostowany jak struna.

– Więc, co cię tu sprowadza? – profesor Hirbert postanowił załatwić całą sprawę szybko. – Przyszedłeś przyznać się do winy, że to ty zmusiłeś Mię żeby ukradła książkę.

 – Tak.

– O! – zdumiony profesor uniósł brwi – Łatwo poszło. Rozumiesz, że nie ominie cię za to kara.

– Rozumiem i mam nadzieję, że Mia nie zostanie wyrzucona ze szkoły. Ona była tylko ofiarą… mojego okropnego zachowania.

– To niestety niemożliwe. Mia nie została ukarana tylko za kradzież. Zaatakowała mnie, wykorzystała swoje umiejętności smoka, aby zranić drugiego człowieka.

– Mia weszła przez drzwi. To pan wszedł przez okno, panie profesorze – oznajmił zdecydowanie uczeń.

– Doprawdy? Brzmisz tak, jakbyś był co najmniej świadkiem tych wydarzeń.

– Przyznam, że pański plan był bardzo dobry. Pewnie Mia była tak przerażona, że nawet nie odważyła się zaprzeczyć kłamstwu.

– Skoro jesteś tak pewny swojej wersji to czemu mówisz ją mnie a nie dyrekcji?

– Bo zapewne zaciekawi ich wtedy czemu mamy takie same oczy… – głos Toenniesa zmienił się, stał się bardziej tajemniczy, poufny. Złote oczy zalśniły blaskiem osoby pewniej zwycięstwa.

Profesor Hirbert poruszył się niespokojnie. Mimowolnie spojrzał w miejsce, gdzie stała Bibliografia wielkich kompozytorów.

– Uzależnienie od drogantów to bardzo drogi nałóg. Dlatego większość ludzi nawet nie zna jego objawów. Na szczęście moi rodzice byli bardzo bogaci. A pana jacy byli, panie profesorze?

Profesor Hirbert poddał się. On wiedział, jakże by mógł nie wiedzieć. Któż inny by wiedział, jeśli nie on?

– Czego chcesz? – znał odpowiedź.

– Chcę, aby Mia znów była uczniem tej szkoły. Otrzymała licencję i mogła wieść swoje życie daleko od jakichkolwiek kłusowników.

– Jak mam to zrobić? Dyrektor poznał już moją wersję wydarzeń, podpisał akt wydalenia Mii ze szkoły.

– To niech pozna inną. Jest pan bardzo poważanym profesorem. Na pewno wybaczą panu, jeśli okaże się, że pomylił się pan trochę w swojej opowieści, a ja w zamian dotrzymam pańskiej tajemnicy.

Toennies znacząco spojrzał na najniższą półkę z książkami.

Profesor westchnął ciężko.

– Niech będzie. Powołam się na to, że jest Złotym Smokiem i na pewno zginie w tym chytrym świecie. Spróbuję przekonać dyrekcję. – Oczy Toenniesa zwęziły się groźnie. – Przekonam ją! – obiecał profesor.

Toennies uśmiechnął się zadowolony.

– Dziękuję panie profesorze – skłonił się nisko.

Profesor mierzył go niechętnym wzrokiem.

– Dlaczego ją bronisz? – zadał pytanie, które nurtowało go od początku rozmowy. – Wszyscy widzą jaka jest żałosna, nie nic umie, więc nic nie osiągnie w życiu. A kłusownicy pewnie i tak ją dopadną, bo ma największego pecha w historii.

Toennies wzruszył ramionami.

– Może właśnie dlatego. Jest taka, bo nikt w nią nie wierzy, ona sama też w siebie nie. Może, więc warto, żeby ktoś zaczął.

– Dlaczego właśnie ty?

– Bo jej nie lubię. Jest tak żałosna, jak ja byłem w dzieciństwie…

 

Stała jeszcze przez chwilę niezdecydowana. W końcu podjęła decyzję, pójdzie sobie! Ucieknie, zaszyje się w swoim pokoju i tam spędzi resztę przerwy po zajęciach.

– Możesz się przysiąść jak chcesz – słowa Toenniesa uniemożliwiły jej realizację tego planu.

Na miękkich nogach podeszła do chłopaka. Usiadła obok niego na kamiennej ławie.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Mia zbierała słowa, którymi powinna się do niego odezwać.

Chłopak w tym czasie przeglądał książkę, szukając w niej informacji o Fruu Furcie. Czekał.

– Chciałam ci podziękować – powiedziała w końcu dziewczyna.

– Za co?

– Bo to ty… Mieli mnie wyrzucić ze szkoły… Ale profesor Hirbert przyszedł i powiedział…

– Dlaczego uważasz, że to moja zasługa?

– Bo ty i profesor Hirbert… jeśli się pomyliłam to przepraszam – Mia zaczęła się natychmiast wycofywać.

– Nie, nie pomyliłaś się. Byłem współwinny tego, o co cię oskarżyli, więc musiałem jakoś ci pomóc.

– Przepraszam…

– Przestań przepraszać!

Zapanowała cisza.

Toennies przerzucił parę stron książki.

– I stwierdziłam, że masz rację – odezwała się znowu Mia. – Jestem żałosna i daję się wykorzystywać innym ludziom. – Toennies nie potwierdził, obawiając się jej reakcji. Czekał co powie dalej – I postanowiłam to zmienić – zakończyła Mia zdecydowanym głosem.

– Powodzenia. Powiedz mi w takim razie gdzie masz mundurek, który ci dałem?

– A to… – dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. – To mój pierwszy krok do bycia zdecydowaną osobą – oznajmiła dumnie. – Stwierdziłam że nie będę nigdy nic nikomu kraść. Kradzież jest zła. Przez nią prawie wyrzucili mnie ze szkoły. Więc oddałam mundurek jego właścicielowi.

Toennies przez chwilę przyglądał się promieniejącej dumą Mii.

– Gratulacje – oznajmił niepewnie. – Teraz znajdź sposób na to, żeby nie otrzymywać kar za brak mundurka.

– Będę musiała kupić nowy… – głos Mii przestał brzmieć tak pewnie. – A informacje na temat Fruu Furta są na stronie czterdziestej czwartej – poradziła chcąc zmienić temat.

– Skąd pamiętasz, że na stronie czterdziestej czwartej? Nawet nie wiesz jaka to książka. – Toennies zaczął szukać podanej przez nią strony.

– Wiem, pamiętam te iluminacje.

– Jako najgłupsza osoba w tej szkole raczej nie powinnaś pamiętać takich rzeczy – stwierdził zdecydowanie Toennies.

– Więc może to nie była ta strona…

– Przykro mi, ale niestety to jest strona czterdziesta czwarta, jako osoba hańbiąca swoją osobą każde zajęcia z historii muzyki, spisałaś się naprawdę kiepsko…

Koniec

Komentarze

Kiedy padał deszcz nocą nikt w Mieście Płomieni nie wypuszczał lampionów. Ulice były wtedy ciemne i straszne. Przyjazne i kolorowe miejsca nagle przemieniały się w groźne i niebezpieczne dzielnice. Żaden uczciwy i porządny człowiek nie opuszczał wtedy swojego domu. To był czas dla złodziei, przemytników, zbiegów…Kiedy padał deszcz nocą nikt w Mieście Płomieni nie wypuszczał lampionów. Ulice były wtedy ciemne i straszne. Przyjazne i kolorowe miejsca nagle przemieniały się w groźne i niebezpieczne dzielnice. Żaden uczciwy i porządny człowiek nie opuszczał wtedy swojego domu. To był czas dla złodziei, przemytników, zbiegów…

Jeśli to powtórzenie było zamierzone, chciałbym wiedzieć, w jakim celu.

 

zalewał główny dzieciniec, przelewał się przez balie na pranie, porzucone przez leniwe sprzątaczki. Deszcz wlewał

 Nieładnie  brzmi, niby nie są to powtórzenia, ale…

 

Wyciągnął przed siebie swoje drżące ręce.

A, przepraszam, czyje miał wyciągnąć?

 

Wciąż płakała, nie mogła powstrzymać spazmów, które wstrząsały jej płaczem.

Coś z tym zdaniem jest chyba nie tak, hm?

 

wypchał za drzwi.

A przypadkiem nie “wypchnął”?

 

że będzie musiał znieść fryzurę,

 

 To były losowo wybrane przykładowe błędy.

 

 

 

Co się nie podobało:

 

  1. Błędy w zapisie dialogów.
  1. Wołacze niewydzielone przecinkami.
  2. Powtórzenia.
  3. Zbędne zaimki.
  4. Ogólne “przegadanie” tekstu; opowiadanie zyskałoby na skróceniu, niektóre dialogi nie wnosiły – moim zdaniem – nic istotnego; ani do fabuły, ani do kreacji postaci.

Co się podobało:

  1. Pomysł na świat/miejsce akcji.
  2. Ogólny zarys fabularny.
  3. Niektóre opisy.
  4. Narkotyki ze złotych łusek zmieniające kolor tęczówek yes

Potencjał jest, trzeba pracować nad warsztatem; ten portal może okazać się w tym bardzo pomocny.

 

Dziękuję za wzięcie udziału w konkursie.

 

 

 

Sorry, taki mamy klimat.

Powtórzenie nie było zamierzone. Miałam trudności z wklejeniem tekstu z powodu zawieszającego się serwera i po prostu nie zauważyłam, że jeden fragment umieściłam dwa razy :(

Interpunkcja i stylistyka są moim odwiecznym problemem, więc tym bardziej dziękuję za ten komentarz. Podanie konkretnych przykładów, gdzie zrobiłam błąd na pewno się przyda.

Za każdą uwagę bardzo dziękuję z pewnością wykorzystam je w następnych opowiadaniach. :)

I jeszcze raz dziękuję :D

 

Ciekawe pomysły, spodobał mi się nagły powrót do wątku z prologu. Historia niesie jakieś przesłanie, za to też plus.

Nad warsztatem jeszcze powinnaś pracować; interpunkcja kuleje, powtórzenia, czasami piszesz rozłącznie coś, czego człowiek nie powinien rozdzielać, ale ogólnie nie jest źle.

Babska logika rządzi!

Dziękuję bardzo i za Twoje uwagi Finkla :D Tym bardziej, że to moje pierwsze opowiadanie, które opublikowałam gdziekolwiek, więc też automatycznie pierwsze komentarze jakie otrzymałam. :)

Pozostaje mi tylko zgodzić się z przedpiscami. Stworzyłaś interesujące rysy świata, przedstawiłaś pełne potencjału miejsce akcji, a potem dołożyłaś wszelkich starań, by tego potencjału nie wykorzystać. Innymi słowy nie podołałaś warsztatowo idei, którą chciałaś opisać. A szkoda, bo to opowiadanie ma zadatki na świetny tekst. 

Dziękuję za komentarz :). W przyszłości postaram się poprawić. Mam jednak jedno pytanie. Mógłbyś mi wytłumaczyć, co miałeś na myśli pisząc, że nie podołałam warsztatowo idei, którą chciałam opisać? :)

Odpowiadając: nieliczne, na szczęście, błędy ortograficzne (np. przywódcom zamiast przywódcą), literówki (mrukną zamiast mruknął), duże braki w przecinkologii, błędny zapis dialogów. Spojrzyj tutaj:

 

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550 

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794 

 

To są błędy dość łatwe do poprawienia.

Podobnie jak Sethrael, uważam, że niektóre partie dialogowe lub narracyjne można skrócić, dzięki czemu odrobinę zdynamizujesz tekst nie tracąc nic z treści. Nie zacytuję teraz, wybacz, na komórce to piekło.

 

Natomiast z pełnym przekonaniem przyłączam się do pochwał. Jestem wprawdzie ciut za stary na tego typu teksty, ale nie wiedzieć czemu pomysł na bohaterów i szkolna historia, a także ciekawy rys świata w tle – skojarzyły mi się od razu z unowocześnioną prozą typu Niziurski. A to znaczy, że to JEST ciekawa historia dla młodzieży, wystarczy ją dopieścić.

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

“Nowy Uczeń, który jak na razie był dla swoich kolegów, nowym, nieznanym uczniem…” – niesamowite ; )

 

Skąd ta tendencja do pisania całkiem sporej liczby rzeczy Wielkimi Literami?

 

I ja jestem już za stara na opowieści tego typu (zwłaszcza takie, których miejscem akcji jest jakaś szkoła…), jednak zaiste z czasem to może się stać całkiem niezła historia dla młodzieży. Zgadzam się, że fajnie wypada powrót do prologu, mimo wszystko jednak nie czaję, czemu profesor do własnego gabinetu właził przez okno?

 

I główny bohater i bohaterka mnie denerwowali, przy czym dziewczyna wypada naturalniej, mimo wszystko. Mam nadzieję, że Mia jednak dostanie licencję ; )

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bardzo dziękuję za komentarze i uwagi i PsychoFish i joseheim :)

Profesor do własnego gabinetu wchodził przez okno, ponieważ Toennies ukradł mu klucze.

Główni bohaterowie mieli denerwować, szczególnie Mia. Też mnie denerwowała i też jej nie lubię, ale aby cała historia powstała musiała być właśnie taka.

Interpunkcja to moja zmora od zawsze i na zawsze. Pewnie w tym komentarzu też mam mnóstwo błędów :(. Dlatego też naprawdę bardzo cieszę się z każdego komentarza, który “wytyka” mi je wszystkie :P.

Jeśli chodzi o wielkie litery to ciężko wytłumaczyć mi pomysł, który zrodził się w mojej głowie. “Nowy Uczeń” potraktowałam po prostu jako tymczasowe imię głównego bohatera i dlatego pisałam je tak, a nie inaczej. Jeśli chodzi o resztę, to chciałam w ten sposób podkreślić coś co było ważne dla głównego bohatera w danym momencie. Coś co znajdowało się “najbardziej w centrum jego myśli”. W sumie to myśli są bardzo trudną rzeczą do ujęcia, więc możliwe że nie osiągnęłam pożądanego rezultatu :/.

Jak już rozszyfruję w jaki sposób można edytować teksty to obiecuję wprowadzić wszystkie poprawki :).

Na górze, po prawej masz napis “edytuj”. Ale do ogłoszenia wyników nie wypada.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka