- Opowiadanie: Reinee - Ideał

Ideał

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

PsychoFish, Nazgul, regulatorzy

Oceny

Ideał

Stoję nagi przed wielkim lustrem. Wyglądem nieźle. Nawet bardzo dobrze. A nawet, cholera, zajebiście, nie będę udawał skromnego przed samym sobą! Wylałem z siebie dość potu by wywołać drugą powódź tysiąclecia, ale nawet topielcy przyznaliby, że warto było. Za taką sylwetkę powinni przyznawać państwowe odznaczenia. Szkoda, że jesteś tylko odbiciem, przystojniaku, bo w życiu nie widziałem seksowniejszej istoty. A to dopiero początek. Wpatrzony we wszystkie cuda mego ciała, małe i te zdecydowanie duże, nie zauważam że ktoś wchodzi do pokoju. Za wcieleniem piękna w lustrze pojawia się biała zjawa. Niska, łysiejąca i chudziutka, zgarbiona od dźwigania na nosie wielkich okularów.

– Może pan usiąść – mówi i sama zajmuje jedno z dwóch wolnych krzeseł.

Nie umiem pożegnać się z odbiciem, siadam tak, by móc na nie zerkać od czasu do czasu.

– Nie kazałem się panu rozebrać. – Zjawa patrzy na mnie z mieszanką irytacji i lęku. Pewnie zazdrości. Na złość jej naprężam bicepsy.

– Ale zaraz by pan kazał. – Uśmiecham się, bo wiem, że dopnę swego.

Panuje cisza. Zjawa sięga po stertę notatek na biurku, przegląda je. Co jakiś czas kręci głową lub rusza samymi ustami. Pewnie czytała to już setki razy, lecz wciąż nie może uwierzyć.

– Nie podejmę się tego. – Decyduje. – To zbyt niebezpieczne. Robię różne rzeczy, naprawdę, ale to zbyt wiele…

Bez mrugnięcia okiem podaję mu liczbę. Momentalnie czerwieni się cały.

– Euro – dodaję na wypadek, gdyby miał jeszcze jakieś wątpliwości. – Ile trzeba na koszta, reszta na bombonierkę dla pana. Ale będę zajęty, więc sobie pan sam kupi, zgoda?

Przełyka ślinę, jego czoło pulsuje.

– Jestem profesjonalistą…

– Nie spotkalibyśmy się, gdyby było inaczej. – Widok starczej twarzy zaczyna mnie męczyć, jest taki nieprzyjemny. Zerkam w bok. Cześć, piękny. Już niedługo będziesz taki jak trzeba, nic się nie bój. Panuję nad sytuacją.

Oczekiwanie na jego decyzję jest irytujące. Nienawidzę ludzi bez woli i wyobraźni. Gdyby Egipcjanie się zastanawiali, zamiast nosić kamienie, to piramidy byłyby jeszcze w budowie, a chiński wykończeniowiec czekał na proces za łamanie norm BHP. A ja też nie mam czasu na szukanie chirurga w slamsach Bangkoku, który zrobi co trzeba bez pytań i za dziesięć dolarów. I kilka narządów, które bardziej niż mnie przydarzą się właścicielowi baru naprzeciwko. Wstaję i podchodzę do okna. Momentalnie jestem centrum zainteresowania ludzi na zewnątrz. Przechodnie stają i mrużą oczy, jakaś staruszka łapie się za serce. Za chwilę powinny się zacząć stłuczki.

– Zgoda. – Słyszę za plecami. – Cholera, stracę pracę i część duszy, ale niech będzie. Chociaż… Zróbmy to legalnie. Jako performance, pionierski zabieg czy cokolwiek innego. Może być?

Odpowiadają mu klaksony i słodki odgłos, jaki powstaje w przyrodzie gdy zauważa mnie kobieta prowadząca samochód. Czuję mrowienie w okolicach poniżej pasa, widząc z jaką łatwością moje piękno wgniata silnik w kabinę wozu. Wybucha nawet mały pożar. Zasłaniam rolety, by łuna ognia nie rozpraszała dobrego pana chirurga i odwracam się do niego. Wstał i nie wiem, czy bardziej trzęsą mu się nogi, czy dłoń trzymająca flamaster, którym zaraz oznaczy moje ciało.

– Niech mi pan tylko powie… – Ach, więc najbardziej ze wszystkiego trzęsie mu się głos. – Po co? Ma pan, naprawdę, idealne ciało…

Mogę się tylko uśmiechnąć z politowaniem.

– Wiem. Ale ale czas pójść dalej.

 

*

 

Nie liczyłem, ile czasu minęło od pierwszej operacji. Pewnie kilka tygodni. Dziś zdjęli mi opatrunki. Wciąż wszystko mnie boli. Ze szpitala wyszedłem po zmroku, ale jak zawsze w ciemnych okularach. Takiej dawki fleszy nie dostanie już w historii nikt, ani pierwszy człowiek na Marsie, ani pierwszy we wnętrzu Ziemi, ani pierwsza pani prezydent USA, Zambo-żydówka lesbijka z ugrupowania feministyczno-ekologicznego. Ja jestem Najpierwszy z Pierwszych, najważniejszy i nie będzie już drugiego takiego Pierwszego jak ja. Od ogłoszenia moich zamiarów światu siepacze starych i nowych mediów atakują mnie przy każdej okazji, by puścić na antenie choćby echo mojego bąka. Nauczyłem się z tym żyć. Gdy dotarłem do wozu pojechałem prosto do domu. Moja miłość powinna niedługo wracać, choć pewnie wakacje się przedłużą, skoro dałem jej wolny dostęp do konta. Ale cóż, nie mogłem pozwolić, by widziała mnie leżącego całymi dniami w łóżku, przykrytego stertą okładów. Parkuję w garażu i pędzę do salonu. W końcu. W końcu zobaczę to, na co tak długo czekałem. Kolejne operacje jeszcze przede mną, ale pierwszy, najtrudniejszy krok już zrobiłem. W szlafroku podchodzę do lustra. Przez ostatnie tygodnie starałem się nie patrzeć na swoje ciało. Wstrzymywałem pokusę wszystkimi siłami. To było gorsze niż pooperacyjny ból, gorsze od najgorszych tortur, jakie najgorsi agenci praktykują na najgorszych zbrodniarzach w najgorszym więzieniu na terytorium najgorszego z wyspiarskich państw socjalistycznych. Ale wytrzymałem. Wszystko dla tego jednego momentu, dla euforii jaką chcę wypełnić ciało.

– Cześć, przystojniaku. – Twarz w lustrze jest wciąż piękna, mimo sińców pod oczami. – Co tam chowasz pod szlafroczkiem?

Zrzucam ciuch jednym, płynnym ruchem. Wydaję odgłos, jakiego będę się wstydził do końca życia, bo dotąd słyszałem go tylko w ustach młodych dziewczyn wprowadzanych w arkana ars amandi. Niemal padam na kolana, przybity pięknem do krzyża moich dawnych poglądów. Dotąd uważałem się za pięknego? Za ideał? Nic jeszcze nie widziałem. Dopiero teraz zrobiłem mały kroczek w stronę ideału. Naprężam muskuły. Niemal całe moje ciało od szyi do kolan pokryte jest lśniącymi, złotymi łuskami. Łzy spływają mi po policzkach i kapią na tors, wydając najczystszy dźwięk, jaki słyszałem w życiu. O mój Boże.

– O mój Boże! – Słyszę krzyk od strony drzwi, odwracam głowę.

Moja luba, pięknie opalona południowym słońcem. Wypuszcza z rąk walizki, wszystkie trzy, choć wyjechała z jedną.

– I jak? – Podchodzę do niej i kładę dłonie na jej ramionach. – To dopiero początek.

– To… Piękne… – Przejeżdża palcami po moim torsie. Łuski kończą się tuż nad pępkiem. – A to? – pyta, gdy schodzi niżej.

Parskam.

– Wierz mi, nie chciałabyś tam łusek. Ale musiałem coś zrobić, żeby nagie części się nie wyróżniały. Dlatego wszystko jest wytatuowane na złoto. Jak wygląda?

– Jak złoty posążek pulchnego buddy! – Chichocze i chwilę potem rzuca mi się na szyję. Nie mam czasu jej powiedzieć, że wszystko mnie wciąż boli, ale jej dotyk chyba leczy. Ból znikł, o czym z uśmiechem rasowego łobuza informuję lubą.

– A więc…? – pyta przygryzając wargę.

– A więc.

 

*

 

Jest już późno, a my wciąż siedzimy na dywanie przy kominku, towarzyszą nam ogień i wino. Wysłuchałem już wszystkich opowieści mej miłości o słonecznej Korsyce, czas bym zwierzył się jej z dalszych planów.

– Głowę zostawiam na koniec, chirurg mówił, że to będzie najtrudniejsze. Niestety, nie ma szans żebym zionął ogniem.

– Ooo… – Smuci się, więc przytulam ją szybko.

– Najpierw nogi. Stopy, stawy, pazury. Nauka chodzenia trochę zajmie, ale dam radę. No i ogon.

Ściskam ją mocniej i przewracamy się na puszysty dywan, resztki wina z jej kieliszka ochlapują nasze nagie ciała.

– A skrzydła? – pyta, gdy całuję jej ramiona. Wzdycham ciężko i podnoszę się.

– Jest problem. Nie mogą być samodzielne, jak chcieliśmy. W grę wchodzą tylko składane stelaże wystające z łokci i dłoni. Wiesz, jak u nietoperza. Tylko wtedy będę mógł nad nimi w pełni panować.

O dziwo uśmiecha się i przeciąga rozkosznie. Cienie z kominka pieszczą jej ciało.

– Nie przejmuj się. Takie smoki też są. Dolejesz mi wina? Ale będziesz latał, prawda?

Niestety, tylko na jedno z tych pytań mogę odpowiedzieć twierdząco. A wina mamy jeszcze dużo i nic nie stoi na przeszkodzie, bym jej dolał.

– Walczyłem o to jak lew, uwierz. – Napełniam kieliszek i chcę nalać też sobie, na naczynie wybieram jej pępek. – Wszyscy mówili, że to niemożliwe, ale wpadłem na pomysł. Tylko Amerykanie nie chcieli mi sprzedać takiego wojskowego drona nowej generacji. A doktorzy nie wiedzieli już, co powiedzieć. Może za kilka lat…

Spijam wino i zaczynam dokładnie lizać, by nie przeoczyć ani kropelki. Luba z chichotu przechodzi w histeryczny śmiech, ma wszędzie łaskotki. Przyciąga mnie do siebie, całujemy się długo.

– Wszystko się uda, będzie dobrze. – Zapewnia mnie.

Pocałunek. Uwielbiam, gdy smakuje winem.

– Ale tym razem nie każ mi wyjeżdżać. Chcę ci pomagać w staniu się idealnym.

Uśmiecham się się w duchu. Gdybym mógł cofnąć czas, to nie wysyłałbym jej na wakacje. Samemu było ciężko. Zrobimy to razem. I tak nie mógłbym jej odmówić. To wszystko to w końcu jej pomysł.

 

*

 

– Zmienił się pan. – Uśmiecha się chirurg, widząc jak krążę po gabinecie z pomocą balkoniku. Staruszek coraz częściej jest radosny. Chyba uwierzył, że nic mi nie będzie, że nam się uda. Albo cieszy się, że koledzy po fachu go nie przeklęli, a zaczęli zjeżdżać z kraju i świata. By pomóc, mówią, by uszczknąć nieco sławy, myślą.

– Dosyć późno pan zauważył, doktorze – odpowiadam bez złośliwości, sympatycznym tonem.

Staruszek siada i zabiera się za wypełnianie jakichś tabelek notatkami.

– Nie, nie. Wie pan, ludzie robią sobie czasem naprawdę niezwykłe rzeczy. Dodają rogi, zmieniają kształty uszu, sutków… Najdziwniejsze rzeczy. Niektórzy chorobliwie chcą się zmienić albo zobaczyć zmodyfikowane ciało. Przestałem się tym przejmować, odradzać im. Jeśli chcą, to i tak to zrobią. Pan mnie na początku zszokował, czegoś takiego jeszcze nie było… Ale już się przyzwyczaiłem. I nie patrzę na pana pod tym względem. Mówiłem o pańskim charakterze.

Zatrzymuję się i też próbuję usiąść. Z nogami jak welociraptor wyglądam przy tym pokracznie. Gdyby zabójczy gad miał szanse wyewoluować do naszego poziomu, jego kultura zdecydowanie nie byłaby elegancka.

– Nie rozumiem.

– Na początku naszej znajomości był pan raczej… Nieprzyjemny. Arogancki. A teraz aż mi miło z panem spędzać czas. – Śmieje się i klepie w udo.

– Cóż… – Zastanawiam się. – Idę w stronę ideału, prawda?

Wypuszcza głośno powietrze i zasłania usta, ale kiwa szybko głową.

– Mhm.

Mhm. Czy dla dobrego pana doktora nasze dzieło jest warte tylko przymilnego „Mhm”? Nieważne. To nie dla niego. To dla nas. Niech tylko miłość ma zobaczy, jak niedługo będę biegł niczym złota błyskawica.

 

*

 

 

Udaję mi się utrzymać kufel i nic nie przewrócić. Chyba zaczynam panować nad skrzydłami. Piję potężny łyk. Pszeniczne, moje ulubione. Barman z uśmiechem stawia przede mną miseczkę orzeszków. Przełykam szybko i wycieram pianę z ust.

– Stary, nie musisz…

– Daj spokój. – Macha dłonią. – Odkąd ludzie wiedzą, że to do mnie wpadasz czasem na jednego mam co wieczór pełną salę. I już nawet nie ma zamieszania. Przyzwyczaili się do ciebie, a wciąż przychodzą patrzeć.

Bo jestem na wyciągnięcie ręki od ideału. Od absolutu. Było oczywiste, że będę do końca życia niósł brzemię tysiąca spojrzeń.

– Mogę cię o coś spytać? – Podchodzi do mnie znowu, gdy kończy nalewać setkę klientowi. – Czemu złoty? Czemu nie czerwony albo zielony? Byłoby tak jakoś…

– Zwyczajniej?

– No chyba tak.

– A czy to w ogóle jest zwyczajne?

Kręci głową.

– Nie.

– A jakie?

Przewraca oczami.

– Nie wiem. Szalone. Ale i piękne, przyznaję.

Unoszę kufel i odprowadzam go wzrokiem, gdy wraca obsługiwać innych.

Ktoś, komu mógłbym postawić za to piwo, wybiera w szafie grającej „Ain't no Mountain High Enough”. Został ostatni krok, byśmy byli z lubą najszczęśliwsi na świecie. Najbliżsi słońca ze wszystkich. Już się nie mogę doczekać, by poczuć ciężar mojej nowej głowy. Wciąż wybieramy zestaw rogów. A podobno lekarze w Australii pracują nad umożliwieniem ziania ogniem, specjalnie dla mnie. Przyszłość lśni jasno niczym moje łuski w świetle barowych halogenów.

 

*

 

W łóżku czytamy książki.

– Smoki są takie piękne… – Mówi luba i po chwili zdaje sobie sprawę, że powiedziała to na głos. Patrzy na mnie i uśmiecha się.

– Najpiękniejsze – przyznaję. – Dziękuję.

– Aleś ty łasy na komplementy. – Śmieje się i daje mi buziaka.

– Nie. Dziękuję, że to wszystko wymyśliłaś. Czuję się wspaniale.

– Ja też.

Potem leżymy długo, wtuleni w siebie. Smoki. Smoki to najpiękniejsze, co mogłoby istnieć. Istota tak pełna mocy, siły i wiedzy, że przez tysiąclecia wzbudza w nas lęk i szacunek. Władca żywiołów, nieba i ziemi. Ideał stworzenia. Ile byśmy dali, by istniał naprawdę.

– Kocham cię. – Wącham i całuję jej włosy. – Co ty ze mną zrobiłaś? Byłem zadufanym w sobie dupkiem…

– Kochanie…

– Tak było. Myślałem, że jestem idealny. A byłem zgniłym jajkiem z pomalowaną skorupką.

Śmiejemy się oboje. Krótko i cicho.

– Dlatego… Dziękuję. Że przekonałaś mnie, bym stał się lepszy.

Nadyma policzki, ale czerwieni się cała.

– Wiesz, że znam magię? Niewidzialność, teleportacja… Czytanie ci w myślach to żadna sztuka. Więc nie musisz mi mówić takich rzeczy, głuptasie.

Głaszczę ją z uśmiechem. Długo nie możemy zasnąć, cieszymy się sobą. Gdy wiem, że już śpi, zbieram z pościeli książki, by się nie pogniotły i odkładam na półkę. Czytamy niemal tylko fantastykę, którą mnie zaraziła. Szczerze mówiąc, to wcześniej w ogóle mało czytałem. Ale okazało się, że oboje kochamy lepsze światy i lepsze istoty. Idę się położyć. Jutro ostatnia operacja. Nic już nie będzie takie samo. Gdy tu wrócę, to będzie to inny dom, inne łóżko, inny kominek, inna półka na książki i inny poplamiony winem dywan. Wszystko będzie lepsze, bo my staniemy się lepsi.

 

*

 

Gotowe. Siedzę w ciemnej garderobie. Miałem zamknąć okna, ale nie mogłem wytrzymać bez świeżego powietrza. Nikt nie może mnie zobaczyć przed czasem, więc wyłączyłem światło. I czekam w półmroku. Wciąż nie umiem się przyzwyczaić do długiego pyska w ciągłym zasięgu mego wzroku i do ciężaru rogów. Jestem nową istotą. Inną, lepszą. Za kilka minut wyjdę stąd, długim korytarzem pójdę w stronę światła. I odrodzę się. Na wielkiej scenie, na oczach tysięcy, które zebrały się, by zobaczyć finał mojej transformacji. Przy kamerach i fleszach. Jestem trochę zestresowany. Ale muszę im zanieść dobra nowinę. To moja misja. Otwierają się drzwi, wchodzi luba.

– Ależ tu ciemno… – Obmacuje ścianę, po chwili pomieszczenie wypełnia jasne światło lampy.

Moja miłość jest piękna. Najpiękniejsza na świecie. Więc dlaczego tak mi smutno, gdy teraz na nią patrzę? Przymyka drzwi i opiera się o nie, chowa ręce za plecami. Chyba się denerwuje. Wzdycha głośno z uśmiechem.

– Jesteś niesamowity. – Kręci głową z niedowierzaniem. – Dokładnie taki, jak powinieneś. Idealny. Nie mogę się na ciebie napatrzeć. Naprawdę… Taki wspaniały…

Podchodzę bliżej. Odkryłem niedawno, że teraz łatwiej mi na czterech kończynach, lecz przy niej się prostuję.

– Więc czemu płaczesz?

Kryształowe łzy znaczą jej policzki. Przytula się do mojego pyska, całuje kilka razy z obu stron.

– Bo czas już na mnie. Powinnam wracać.

Przytulamy się. Chyba się tego spodziewałem. Chyba rozumiałem.

– Wiesz, po co tu przybyłam. Żeby dać wam to, czego nie macie w swoim świecie. Pokazać wam, że istoty pełne mocy, siły i wiedzy naprawdę istnieją. Że wzbudzają lęk i szacunek. Że jest prawdziwy ideał. I można do niego dążyć. Że można stać się lepszym. Teraz ty poniesiesz to dalej.

Pazurzastą dłonią głaszczę jej włosy. Piękne, długie i jasne. Odsłaniam wielką tajemnicę. Niezwykłe, spiczaste uszy elfki. Zawsze je uwielbiałem.

– Kocham cię. Może się jeszcze spotkamy. Ale teraz muszę przekazywać nauki dalej, w innych światach bez blasku wielkich istot. Proszę, nie patrz. Niech to nie będzie pożegnanie.

Wypuszczam ją i opieram łeb o drzwi. Słyszę jeszcze jej kroki za plecami, słyszę, jak wypowiada głośno zaklęcie. A potem jej cudowny głos, głos, który koił moje rany i kołysał do snu, głos bohaterki i nauczycielki z innego, lepszego świata oddala się. Oddala, by zniknąć w próżni. Pozostaje tylko tajemniczy, słodki zapach zaklęcia. I ktoś zaczyna walić do drzwi. Odskakuję od nich. Nieproszony gość zaczyna ciągnąć za klamkę. Z gniewem otwieram zamek, a facet z obsługi technicznej wpada wprost w moje ramiona, wydaje krótki krzyk.

– P-przepraszam… – Odchodzi o krok i przygląda mi się dokładnie. – Makijaż w porządku… – Strzepuje mi z ramion jakieś niewidzialne pyłki, zdejmuje pojedynczy włos, przeciera rękawem łuski na piersi. – Za dwie minuty zaczynamy, Złoty Smoku. Żaden paparazzi się tu nie dostał, prawda? Pilnowaliśmy cały czas.

– Tylko moja dziewczyna.

Robi wielkie oczy i chce coś powiedzieć, ale wyjątkowo mu to nie wychodzi. Chyba zawalił swoje najważniejsze zadanie. Ale nie doniosę na niego przecież. Co by to zmieniło. Otrząsa się z szoku i zagląda mi przez ramię.

– Ale tu nikogo nie ma.

– Bo ideał jest tutaj. – Wskazuję na swoją głowę. – Tylko trzeba go wydobyć.

Wychodzę. A, niech myśli, że jestem wariatem. Może jestem. A może naprawdę jestem ideałem. O tym zdecydują za chwilę miliony ludzi na świecie. Dochodzę do schodów na scenę. Stopień za stopniem, krok za krokiem, zaczynamy, trzy, dwa, jeden…

 

Koniec

Komentarze

Ciekawy pomysł na smoka, nietuzinkowy. Zaskoczyłeś mnie w końcówce. Ale nie potrafię wystarczająco wczuć się w bohaterów, żeby wdawać się w refleksje, które tekst chyba miał wywoływać.

Zabrakło jednej korekty – literówki, jakieś zdublowane wyrazy. Ale warsztatowo nie jest źle.

Babska logika rządzi!

Napisane nieźle. Widać, że jest zamysł, zdaje się, że pewne przesłanie wynika z opowiadania, ale jak dla mnie trochę przegadane, a główny bohater egzaltowany.

Przypomniała mi się historia z facetem, który przerobił się na kota – ja bym to uznał za objaw zaburzeń psychicznych, a co dopiero jakby komuś zachciało się być smokiem ; ) Ekscentryczny – tak, piękny – nie. Dlatego mi również trudno jest zrozumieć motywy bohatera Twojego tekstu.

Całość miała być dziwaczna, nawet nieco bizarro, nie dziwię się, że ciężko się wczuć w bohatera i sposób jego myślenia :) Zależało mi, żeby czytelnik raczej patrzył z boku na całą tę sytuację i zastanawiał się co i dlaczego. Bardzo dziękuję za komentarze i żałuję, że jakieś literówki przeżyły korekty :(

Interesująca rzecz.

Literacka przestroga przed brakiem własnej fizycznej akceptacji. Możesz stać się nawet “smokiem”, ale nigdy nie będziesz “latał” – bardzo wymowne.

Końcówka też świetna. Musimy nauczyć się tolerować “inność” innych. Niektórzy znajdują spełnienie i szczęście w różny sposób i nie mamy prawa tego oceniać, a już na pewno zabraniać, czy niszczyć.

 

Znakomity tekst!

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Dobrze napisany tekst. Pisany na “Dragonezę”, więc właściwie od początku było wiadomo, czym skończyć ma się przemiana. Miałam nadzieję, że nie będzie to długi wstęp, po którym dojdziesz do oczywistego finału i finito. I w sumie trochę jednak tak się stało, chociaż finał długawy. ;)

Bohater niby dążył do ideału, niby mu się to udawało, a smok jednak jakiś taki trochę wybrakowany wyszedł. 

Mimo to – czytałam z zainteresowaniem. Rzadko mi się to zdarza, ale akurat  w tym przypadku liczyłam na jakieś zaskoczenie w końcówce. I się przeliczyłam. 

Kurczę, a dla mnie ten tekst jest kompletny. I dobry. Być może to kwestia interpretacji… Odczytalem tak:

Bogaty, zadufany w sobie narcyz, skupiony na idealnej zewnętrzności, daje się (komu naprawdę?) namówić na szalony zestaw modyfikacji, celem bycia najzaje… kimś na świecie. Smoki, od początku wiadomo przecież, że to będzie smok, symbol niedoścignionej mocy, wiedzy, tajemnicy…

 

To co jest kluczowe, to odwrócenie tradycyjnego biegu spraw. Fizyczna przemiana w symbol wpływa na przemianę duszy, zaczynamy od “Chcę być piękna”, a kończymy na ikonie, wzorcu z Sevres. Niezła parafraza bytu określającego świadomość, Marks pewnie zgrzyta zębami :-)

No i dziewczyna. Realna obca czy raczej metaforyczna Idea, Koncepcja, Wyobraźnia tudzież Fantazja?

 

Zawieszasz finał na niewypowiedzianym pytaniu: czy świat jest gotowy na ideał?

 

Pewnie nadinterpretuję, ale co tam, przy takim kluczu tekst jest dla mnie świetny :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Rybo, każdą interpretację tekstu uważam za poprawną :) I Twoja, i wcześniejsza Nazgula bardzo mi się podobają. Muszę przyznać, że ładnie to rozpisałeś i nie, z pewnością nie zagalopowałeś się.

 

Wysnuwasz pytanie o dziewczynę, ciekawi mnie, jak sam na nie odpowiedziałeś?

 

 

Wolę tę metaforyczną wersję ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Wpatrzony we wszystkie cuda mego ciała, małe i te zdecydowanie duże, nie zauważam[+,] że ktoś wchodzi do pokoju.

Ale ale czas pójść dalej.

Gdy dotarłem do wozu[+,] pojechałem prosto do domu.

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Trochę szkoda, że nie przeczytałam Ideału kiedy trwał konkurs, bo choć podoba mi się ta historia, to po ponad czterech latach smocze emocje już chyba uleciały. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka