- Opowiadanie: podstuwak - Żmije

Żmije

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Żmije

 

 

I

 

Jacek Kobielski wpadł jak śliwka w gówno. Wcale nie musiał trzeźwieć, by zdać sobie z tego sprawę. Ale i tak wypity wcześniej miód wyparował mu teraz z czuba niczym woda wylana z rozbitej balii.

– Zejdź nam z oczu, wycieruchu, bo jak ci rzyć spłazujem, to nawet do siedzenia ci się nie nada!

Słowa stojącego nad nim warchoła zachrzęściły mu w uszach. Leżąca przy Kobielskim kobieta zerwała się z posłania i nie bacząc na brak okrycia, zebrała rzeczy, poczym wybiegła z izby.

Mężczyzna wciąż mierzył w Jacka piórem szabli.

– A z panem, mości Kobielski, dłużej przyjdzie nam podywagować – rzekł, trącając go czubkiem buta.

Jacek poderwał się. Ostrze zatrzymało go w półsiadzie. Zawieszony w tej pozycji poruszył wąsem z lewa na prawo i z powrotem. Gdyby nie ból pulsujący pod czaszką, kabała w jaką się wpakował pewnie wywarłaby na nim większe wrażenie.

Przy posłaniu stało jeszcze dwóch swawolników. Jeden z nich przyświecał pochodnią. Po gębach całej trójki szło poznać, że z kimkolwiek Jacek zadarł tym razem, trafił pod wyjątkowo zły adres. Przepite gęby i łypiące złowrogo oczy świadczyły za tym aż nadto.

Do tego ta karczma. Nikczemna rudera gdzieś na Wołyniu. Co prawda w miejscu niezaszłym jeszcze plugastwem, ale już zbyt blisko Podola położonym, by móc po nim podróżować samotnie. Tak, jak Kobielski miał w zwyczaju.

 Teraz bez gaci, na sianie, pod brudnym przykryciem, mógł dowolnie rewidować swoje przyzwyczajenia, jednak nie poprawiało to jego sytuacji. Zresztą, nawet, gdyby przewidział, jak to się skończy, postąpiłby tak samo. Prawo do spokoju cenił sobie szczególnie. Wcześniej wygonił z oberży całe chamstwo, sala stała więc do tej pory pusta. Nie miał łóżka, dlatego spał na podłodze. Tuż przy piecu umiejscowionym na środku. Krzesła i ławy znajdowały się dalej, tam, gdzie szynkwas. Podłogę pokrywało siano, resztki jedzenia i rzygowiny. Zupełnie wyjątkowo w całym tym kramie zabrakło szczurów.

Ale to nie ich Jacek szukał wzrokiem. Żałował teraz, że zamiast flaszki nie zostawił przy posłaniu szabli. Wisiała poza jego zasięgiem, na przytwierdzonym do ściany haku, na skórzanym rzemieniu, którym mocował ją do pasa. Stojący nad nim mężczyzna musiał wychwycić to spojrzenie, bo dotknął ostrzem jackowej szyi i rzekł, rozwlekając sylaby:

– Nie myślcie o tym, mości Kobielski. Nawet jeśli fama waszej szybkości nie jest przesadzona, moje ostrze jeszcze mniej czasu potrzebuje, by sięgnąć po wasze kiszki.

Kobielski odchrząknął i opadł na posłanie, wkładając rękę pod głowę, jakby układał się na łóżku we własnym domu.

– Czego więc chcecie, psiarze? – wychrypiał.

– Szczęściem dla ciebie, nie twojego podłego żywota – odparł tamten. – Przyszliśmy prosić cię na wesele – dodał po chwili. – Twoje własne!

Cała trójka wybuchnęła śmiechem. Brzmiało to tak, jakby ktoś właśnie wrzucił osła do gotującego się błota. Jacek wykorzystał chwilę ich nieuwagi i ręką schowaną pod głową wymacał w sianie szyjkę flaszki.

– A który to z waszmościów mnie do ołtarza prosi? – spytał z teatralnie udawanym zainteresowaniem. – Bo nie przypominam sobie, by się swaty należyte odbyły.

– O swatach trzeba było myśleć, zanim żeś Katarzynę Rychlankę zbrzuchacił!

Kobielski wymownym gestem stuknął się w czoło.

– A więc o to się wam rozchodzi – stwierdził. – Tylko co wam do tego?

– A to, że w rodzinie Rychłych nie było i nie będzie bękartów! Dlatego jeszcze dziś naszą siostrę poślubisz i wraz z dzieckiem pod swój herb i nazwisko weźmiesz. Osobiście też dopilnujesz i jak trzeba, własnym złotem wspomożesz, by dziecko jako legitimus w kościelnych księgach zapisać!

– A co, jeśli z żadną Katarzyną z domu Rychłych nigdy mi…

– Nie wykręcisz się. Mocne argumenta przeciw tobie świadczą.

– Rad bym je poznać.

– Zaraz rad poznasz rozkosze mojego buta zagłębionego w twojej rzyci. – Rychły, widząc rozbawienie, jakie w jego kompanii wywołała ostatnia uwaga, ciągnął dalej z większym przejęciem:

– Podobno we Francyji wielkie w takich praktykach mają upodobanie.

– Widać we Francyji będąc inne niż waść lokale odwiedzałem. Ale dobrze. – Jacek uniósł w górę glinianą flaszkę. – Pozwólcie mi tylko wypić wasze zdrowie, oporządzić się i możemy ruszać.

– Na picie przyjdzie jeszcze czas. – Rychły wykonał ruch szablą, chcąc wytrącić Kobielskiemu gorzałkę. Tamten był jednak szybszy.

– Niech waść uważa, to szlachetny trunek! – przestrzegł. – Na całym Wołyniu znany. Ma moc piekielną, ale smak aksamitny.

Rychły zmarszczył brwi i kopnięciem zrzucił z Kobielskiego przykrycie.

– Wstawaj, psie, bo za dużo tego dobrego! – nakazał.

Kobielski uznał, że lepszej okazji nie będzie. Wszystko trwało krócej niż wyjęcie szabli. Przekręcając się na brzuch obrócił całe ciało w prawo, mocnym wymachem nóg sprowadzając Rychłego na brudne klepisko. Tamten zwalił się ciężko. Pozostali swawolnicy ruszyli mu na pomoc. Jacek tylko na to czekał. Odskoczył, wstając pociągnął tęgo z trzymanej w rękach flaszki i kiedy dzierżący pochodnię warchoł zamierzał się właśnie do ciosu, opróżnił w jego stronę zawartość ust, jak kuglarz zabawiający gawiedź płomiennym oddechem.

Pojaśniało.  

Kołpak i żupan tamtego stanęły w płomieniach. Pochodnia padła w rozgarnięte z posłania siano. Jacek roztrzaskał flaszkę o kafle pieca tak, by zamknięta w niej gorzałka rozlała się w tamtym miejscu. Ledwo zdążył przez to uchylić się przed kolejnym ciosem, wyprowadzonym ręką trzeciego z napastników. Gdy atakujący minął Jacka, ten starym zwyczajem porwał rozklekotany stołek i rozbił mu go na głowie.

– Ogromnie cieszy mnie ta płomienna biesiada – odezwał się. Musiał krzyczeć, by być słyszanym przez wrzaski płonącego. – Niestety na mnie już pora.

Rychły poderwał się z podłogi i ruszył w jego stronę. Jacek był już przy swojej szabli. Dobył ją, z łatwością sparował i wyprowadził własne cięcie. Broń Rychłego opadła głucho. Trzy z pięciu ściskających ją wcześniej palców wciąż obejmowały rękojeść.

Przywódca bandy spojrzał na swoją dłoń i zawył, nie wiedzieć, bardziej z bólu czy zdziwienia. Postąpił kilka kroków w tył, oparł się o ścianę i z wolna usiadł na podłodze.

– Szczęście twoje, że nie umiesz rachować – zakpił Kobielski. – Jak się zagoi, nawet nie poznasz różnicy.

Tamten milczał, zupełnie nieobecny. Jacek rad by jeszcze dorzucić kilka uwag, nie było jednak już na to czasu. Niemal cała karczma płonęła. Wcześniej, w ferworze walki, nie zwracał na to uwagi, teraz jednak dokładnie mógł ocenić, jak bardzo ogień się rozprzestrzenił. Płonący mężczyzna wciąż wił się po podłodze rozsiewając wokół płomienie, jak umazana krwią żmija, pozostawiająca po sobie ślady posoki.

Nie było co zwlekać. Jacek uchwycił tylko soboli kołpak, mieniący się w ogniu diamentowymi trzęsieniami, zarzucił go na głowę i z wciąż wyjętą szablą w jednej a z pochwą do niej w drugiej, nagi, jakby właśnie wyskoczył z łona matki, ruszył w kierunku wyjścia.

Spodziewał się, że na zewnątrz czeka reszta kompanii. I tak prawdopodobnie było. Całą trudność w ocenie sprawiało to, że trzech mężczyzn, których znalazł przed karczmą, było teraz związanych i pozbawionych przytomności. Kobielski ruszył w stronę ich koni, po kilku krokach stanął jednak, gotowy do obrony. Usłyszał za sobą rżenie wierzchowca a drżący na ziemi cień wskazywał, że ktoś go dosiada. Nie zdążył się obrócić, kiedy padł strzał.

Rozległ się głuchy odgłos upadku. Jackowi w uszach grzmiał jeszcze wybuch prochu, kiedy obrócił wolno głowę.

W progu leżał jeden z Rychłych. Ten ze łbem rozbitym stołkiem. Nieopodal znajdował się jeździec. Jacek poznał go od razu. Sam nie wiedział, w jaki sposób.

Jan Kobielski. Jego starszy brat. Szlachcic podjechał bliżej i rzucił młodszemu Kobielskiemu futrzaną szubę. Szarą i znoszoną. Pokutną, pomyślał o niej Jacek.

– Niech no skonam! – zawołał, łapiąc okrycie. – A jużem myślał, że ta noc nie może być gorsza. Naprawdę cię tu widzę, czym może skonał i trafił do piekła?

– Odziej się i dosiadaj konia. Musimy ruszać. – Głos Jana był mocny i chłodny. Był to głos nawykły do wydawania rozkazów.

Jacek ruszył w stronę wierzchowców.

– Jak mnie znalazłeś? – spytał.

– Bracia Rychli cię znaleźli. Czynili wokół tego taki rejwach, że nie sposób było nie trafić.

Młodszy z Kobielskich poprawił delię i uchwycił się siodła. Przez chwilę chciał spytać brata, czy niemiałby na zbyciu jeszcze jakichś portek, ale zaniechał tego pomysłu. Choć rozpoczął się wrzesień, było jeszcze dość ciepło. W zamian za to odezwał się:

– Ciekaw jestem tylko, jak oni mnie znaleźli.

– To nie moja sprawa.

Jacek zmierzył go wzrokiem. Zawsze zastanawiało go, jak szlachcic o takich zasługach i takim majątku może nosić się w ten sposób. W swoich czarnych butach i jasnoszarym żupanie wyglądał jak najzwyklejszy szaraczek, na którego nawet splunąć nie warto. I tylko wprawne oko mogło poznać, że żupan jest wykonany z nie byle jakiego aksamitu a liczne marszczenia cholew wskazywały na wyjątkowo dobrą skórę.

– Co więc jest twoją sprawą? – spytał wreszcie, kiedy już usadowił się w siodle.

Jan ruszył stępa. Nie odwracając się rzekł:

– Jedziesz ze mną do Kobielic. Ojciec jest umierający.

 

II

 

Nie stanęli jeszcze na ganku, kiedy drzwi dworu otwarły się i ukazała się w nich klucznica, kobieta już leciwa, ale pełna krzepy i żywotna. Z rękami wspartymi na bokach uśmiechała się znad obfitych piersi, zajmując niemal całe wejście.

– A niech mnie diaboł swoją lagą przechrzci! – zakrzyknęła. – Sam pan Jacek do domu wrócił! A to może już na stałe aby?

– Nie mnie rzyć grzać po dworach. – Jacek uśmiechnął się kwaśno. Znów poczuł się jak gołowąs, który ledwo co odrósł od ziemi. Wyrzuty sumienia wobec domu opuszczonego lata temu, rozlały się teraz po trzewiach niczym trucizna. Każde spojrzenie brał jako wymierzony w niego palec. Jeszcze zanim zeskoczył z konia zdawało mu się, że już strażnik siedzący na szczycie wybudowanego przy dworze lamusa osądza go wzrokiem.

Gdy Jacek podszedł do progu, kobieta przepuściła go do sieni.

– Jak się czuje ojciec? – zapytał Jan, podążając za nim.

– Oczy bolą patrzeć, panie Janie! – Cała wcześniejsza radość uleciała z niej, jak jesienne liście zwiane podmuchem wiatru. – Z łoża chciał wstawać, ale nawet nie musiałam go tam zapędzać, bo nie udało się mu, taki słaby. I do tego apetyt ma lada jaki.

Klasnęła nagle w dłonie i znów uśmiechnęła się promiennie, jakby słońce wyszło po krótkiej burzy.

– Ale waszmościowie głodni pewnie! Już jadło podaję! – Obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę kuchni, nie wiedzieć, czy czarcią siłą gnana czy może boskiej proweniencji. Bo pewna rzecz, że nie swoją własną, takie szybkie były jej ruchy.

– A ty co tak stoisz? – zwróciła się jeszcze do jednego z parobków, niosących za Kobielskimi toboły. – Zabieraj to na komnaty. – Chcąc najwyraźniej wzmocnić nakaz i ku uciesze Jacka, klepnęła sługę w zad, jakby zapędzała kobyłę do stajni. – Ale już!

Jacek zauważył, że niewiele zmieniło się tu, odkąd odwiedził dom ostatnim razem. Przybyło trochę jelenich głów wiszących na ścianach. Jeden z gobelinów wyglądał na nowy. Ktoś dowiesił kolejny arkebuz.

Choć ubranie, które dostał od Jana było na niego za duże, nie poszedł się przebrać. Wraz z bratem ruszył od razu do izby ojca.

Starzec spał. Światło świtu było zbyt słabe, aby oświecić salę przez mętne szyby okien. Kilka zapalonych w sali świec sprawiało wrażenie, jakby weszli właśnie do rodzinnej krypty.

Jacek stał chwilę, wpatrując się w oblicze rodzica, poczym spytał:

– Jesteś pewien, że to klątwa?

Brat podszedł do łoża i delikatnie odchylił pierzynę. Młodszy Kobielski poczuł dreszcz przebiegający w dół kręgosłupa i przeżegnał się pospiesznie. Bladą skórę jego rodzica pokrywały nieregularnymi plamami gadzie łuski.

– Mój błąd, że pozwoliłem ojcu się z nami zabrać – przyznał Jan. Zwrócił się w stronę zawalonego papierami stołu, ze stosu pergaminów wygrzebał list i podszedł z nim do Jacka.

– Musimy się spieszyć – rzekł, wręczając go bratu.

Jacek zerknął na równe pismo, pokrywające kartkę.

 

Panie Bracie Kobielski!

 

Srodze zasmucony jestem wieściami, o jakich mi piszesz. Wielce ubolewam nad tym, że nie mogę się stawić przy moim druhu wiernym, z którym przyszło mi Smoleńsk dobywać. Los jednak nie pieścił się ze mną, jako z dziewką w alkowie, stąd też siły już niemal całkiem mnie opuściły. Nadzieja więc w Twoich synach. Kiedy tylko gotowi będą do mnie wyruszyć, niech nie zwlekają i zjawiają się bez zapowiedzi. Do listu dołączam mapę, która wskaże im drogę.

Jako już wcześniej pisałem, klątwa żmijowych braci niebłaha to sprawa i bardzo trudno ją odmówić. Jest jednak na to sposób, ale nie prosty.

Pradawny Zakon Żmija niemal zupełnie już zniknął z tej ziemi. Albo to naszą zgubą, albo nadzieją. Powiada się, że gdy Żmij musiał zrzec się swoich sukcesyji na świecie, (co poniektórzy świętemu Jerzemu przypisują tę zasługę, słusznie Żmija z pradawnym smokiem łącząc), oddał swym wyznawcom święte jajo, w którym cała jego moc zachować się miała. I to jajo właśnie odnaleźć trzeba, gdyż tylko w nim ratunek. Szkoda pióra tępić, by więcej tu spisać. Resztę wyjawię, gdy synowie Twoi odwiedzinami swoimi honor mi sprawią.

 

Niech opatrzność czuwa nad Tobą,

Wierny Ci Atanazy Wielecki.

 

Jacek uniósł list, jakby chciał spytać, czy to właściwy pergamin.

– To pismo miało mi wszystko wyjaśnić – rzekł  – a jeszcze bardziej sprawę zamgliło.

– Co tu wyjaśniać? – Jan wzruszył ramionami. – W dworze dyspozycje wydać trzeba, moderunek zebrać i na gościniec się zbierać.

Jacek poruszył wąsem z lewa na prawo i z powrotem. Nie miał nic przeciwko podróżom. Wiedział, że muszą udać się do Atanazego jak najszybciej. Nie znosił jednak, kiedy rozporządzano się nim, jak najzwyklejszym pachołkiem. Do tego od dwóch dni nie obcował z kobietą, a bez tego zawsze źle sypiał. I niestety brat jego tym się charakteryzował, że diabła łatwiej do modlitwy w kościele skłonić, niż jego zabrać do lupanaru.

– Pojedziemy – powiedział zimno młodszy Kobielski, bardziej w tym do brata będąc podobnym – pojedziemy, choćby zaraz. Pomnij jednak, że nikt tutaj pod niczyim zwierzchnictwem się nie znajduje, bo z bratem swoim rozmawiasz, a nie z kompanią, której komenderować ci przyszło. A z twojego starszeństwa dla mnie żadne prawa nie wynikają.

Jan stanął przed nim. Jego twarz stężała. Wyglądało to tak, jakby kawałek granitu piekielnym jakimś sposobem jeszcze więcej nabrał twardości.

Nagle rozległo się głuche tupnięcie.

Jacek zadrżał mimowolnie. Spojrzał na ojca. Ten spał nadal. Dopiero później przeniósł wzrok na podłogę. Spod obcasa Jana wystawał odwłok żmii. Wił się teraz spazmatycznie, w kałuży ciemnej juchy. Gdy starszy Kobielski cofnął buta, odsłonił jej zmiażdżoną głowę, rozkwitłą w czerwono-szarym rozbryzgu, niczym piekielny kwiat, zasadzony ręką samego diabła.

– Daj mi znać, gdy będziesz gotowy – oznajmił Jan.

 

III

 

Jechali w milczeniu. Jan na przedzie. Jacek obok, tylko trochę pozostając w tyle. Słońce przygrzewało im grzbiety a rosnące wzdłuż traktu drzewa chroniły od wiatru.

– Żmija – odezwał się Jacek posępnie. Bardziej do siebie, chcąc przerwać raczej nieznośne dla niego milczenie, niż zacząć rozmowę. – Zdaje się, że widziałem ją wcześniej. Te plamy na łbie. Jakby korona.

Wydawało się, że gad sunie ich śladem, co jakiś czas znikając na kilka pacierzy między drzewami.

Jana rewelacje te obeszły nie bardziej niż rozprawa o wartości cnoty portową dziwkę. Nie zwrócił nawet w stronę brata głowy.

– Ta wyprawa – zaczął tamten po chwili. – Dlaczego po mnie nie posłaliście? Przecież zawszem rad na takie imprezy.

– Posłaliśmy – odezwał się wreszcie Jan tonem bez wyrazu. – Widać tylko w ostatnim czasie zbyt wiele zamtuzów postawiono w Rzeczypospolitej, by można cię było znaleźć.

– Nie z bywania w zamtuzach jestem znany. Zaciągnij języka, opowiedzą ci o moich zasługach. A że różnie nas Bóg kształtuje, to już jego rzecz. Nie mi rzyć po dworkach wygrzewać…

– Zaniechaj – wtrącił się Jan. – Spróbowałbyś raz u nas rzyć zagrzać, szybko byś sobie ją sparzył.

Znów jechali, jakby każdy z nich nabrał wody w gębę. Milczenie z kilku pacierzy przedłużyło się na całą mszę. Później sumę. W końcu Jacek palony ciekawością, bo chciał o to spytać już wcześniej, odezwał się:

– Te żmijowe sługi. Prawda to, że w smoka mogą się zamienić?

– Nie widziałem tego. Podobno onegdaj tak bywało.

– A to jajo. Nigdy do mnie słuch o nim nie dotarł.

– Nie wiem nic nad to, co już rzekłem. – W głosie Jana nie było zniecierpliwienia. – Zrządzeniem bożym dowiedzieliśmy się, że ostatki zakonu na naszych ziemiach miały siedzibę, musieliśmy więc uderzyć w nich, na chwałę Rzeczypospolitej i naszego rodu. To była nasza powinność i jedyny cel, jaki nam przyświecał. Nie po łupy tam jechaliśmy.

Jan nagle wyprostował się w siodle i nieznacznie przyspieszył, wysuwając się do przodu. Jacek nie musiał widzieć wyrazu jego twarzy, by wiedzieć, co się dzieje. Sprawdził pistolet i zrównał się z bratem. Tamten nakazał mu gestem, by milczał i jął nasłuchiwać. Nie przejechali nawet kilku łokci, gdy poderwał konia i krzyknął:

– W długą!

Padł strzał. Jacek ruszył galopem, zaraz za bratem. Kiedy się obrócił, za sobą dostrzegł trzech swawolników. Wyglądali na Kozaków. Nosili tylko luźne koszule i hajdawery wsadzone w wysokie buty. Nawet w dzień tak słoneczny jak dziś, było to zdecydowanie za mało. Ich ogorzałe gęby zbyt wyraźnie mówiły, co ich grzeje. Musieli mieć już nieźle w czubie.

Ktoś wypalił ponownie.

– Patrzeć, robaki, gdzie wam kule nosi! – krzyczący głos zdał się Jackowi znajomy. – Żywcem brać mi psubratów! W konie strzelajcie, w konie!

Lufy pistoletów jęknęły z hukiem. Koń Jacka stanął dęba. Spłoszył się i ruszył przed siebie. Po kilku krokach jednak runął na ziemię. Młodszy Kobielski zeskoczył z niego zwinnie, ściskając w garści pistolet, po czym obrócił się i wypalił.

Jeden z atakujących chwycił się za pierś i zawirował, niczym w opętańczym tańcu. Pozostali ruszyli na szlachcica.

Jan wciąż pędził, przyciskając głowę do końskiej szyi. Przed nim wyrosła kolejna trójka awanturników. Prócz nich dojrzał jeszcze dwóch jeźdźców, wypadających spomiędzy drzew. Nie czekając, aż tamci wypalą, zerwał się nagle z siodła i wyskoczył w górę, chwytając jedną z gałęzi zwieszonych nad gościńcem.

– A to małpi syn! – zakrzyknął któryś ze Kozaków. Akurat na chwilę przed tym, nim dosięgła go kula Jana.

– Bodajby cię sobaka w rzyć jebat! – zaklął drugi i jakby głosem przyciągnął wystrzelony przez starszego Kobielskiego kolejny pocisk, bo zaraz gębę rozdarła mu paskudna rana, a on sam padł bez ruchu. Pozostali, bojąc się już odzywać, czmychnęli między drzewa.

– Poddaj się! – nakazał jeden z jeźdźców. – Poddaj się, bo wiesz, że bożym prawem śmierć z mojej ręki wam się należy!

Jan, schowany w koronie drzewa, jął nabijać pistolety. Jeszcze nim skończył, usłyszał dwa strzały, a kule ze świstem strąciły przy nim obłok liści.

– Nie tak się umawialiśmy! – kontynuował jeździec. – Wyraźnie było powiedziane, że jak imć Jacka znajdziemy, możemy go przed ołtarz prowadzić.

Młodszy Kobielski zamarł w bezruchu. O mało nie kosztowało go życia. Ostatni z trzech Kozaków, z którymi się mierzył, pomimo rany, wyprowadził mocne cięcie, celując w pierś. W ostatniej chwili Jacek uskoczył i bił go przez łeb. Tamten jęknął tylko i zwalił się na trakt przy swoich towarzyszach.

Dopiero teraz Jacek poznał ten głos. Rychły. Jego twarz zdobiły poparzenia wystające spod brudnego opatrunku. W jednej ręce, tej, w której brakowało palców, trzymał lejce, w drugiej bandolet. To dlatego Jacek nie ruszył w jego stronę.

– O czym on mówi? – zawołał do brata.

Zamiast odpowiedzi padł kolejny wystrzał a w koronie drzewa, na którym siedział Jan, wzniósł się kłąb prochowego dymu. Schowany w zaroślach Kozak, nabijający właśnie broń, wypuścił ją z rąk i rozłożył się na ściółce, jakby zmęczony po długiej podróży padał właśnie na łoże w lupanarze.

– Nie sztuka to walczyć, jak małpa po drzewach skacząc – zawołał Rychły. – Złaź i zmierz się ze mną, jak szlachcicowi przystoi!

– Co szlachcicowi przystoi a co nie, to nie tobie osądzać, psiarzu! – odkrzyknął Jan. – Kto w plecy strzela i nasadza się w lesie jak pospolity zbój, w moich oczach mniej ma praw niźli najbardziej zawszony chłop!

Rychły chciał zripostować, ale ponownie rozległ się huk i głowa jego rozwarła się jak nadtłuczony dzban. Część policzka odpadła i trzymając się tylko na opatrunku, odsłoniła krwawą czeluść. Awanturnik odchylił się w tył, puścił bandolet i przytrzymał siodła. Trwał tak chwilę aż padł pod kopyta swojego wierzchowca.

Ostatni z napastników, już wcześniej oddalający się z tego miejsca, ruszył teraz w długą nie oglądając się za siebie.

Jan zeskoczył na ziemię. Schował pistolety za pas i zagwizdał. Nie wiedzieć skąd na trakcie pojawił się jego koń, biegnąc w jego stronę. Gdy był już przy nim, szlachcic poklepał go przyjaźnie i wskoczył na siodło.

– No to po sprawie – stwierdził, niemal radośnie. – Szczęściem ostał ci się koń w zamian za twojego.

Jacek nie poruszył się. Nie schował szabli. Jego wąs przesunął się z lewa na prawo i z powrotem.

– Została jeszcze jedna sprawa do załatwienia – wycedził. – O czym ten psiarz mówił?

– Zróbmy, co mamy zrobić, a wtedy przyjdzie czas na wyjaśnienia.

– A więc to prawda? Napuściłeś łotrów na własnego brata?

Jan zbliżył się.

– A co żeś myślał? – zapytał twardo. – Że ja mam czas cię po całym kraju a może i poza granicami szukać? Że będę jeździł za tobą i prosił cię, byś wrócił? Już dość pachołków za tobą posłano. A tak jeszcześ mi podziękował, że się zjawiłem.

– Złaź z konia i stawaj! – Jacek uniósł w górę szablę.

– Zaniechaj, bo to nie teatr, byś sztuki odstawiał.

– Stawaj, powiedziałem!

Jan zszedł z konia. Nie dobył jednak broni.

– Pamiętaj, co mamy do zrobienia. Ojciec…

– Moim ojcem gęby sobie nie wycieraj. Winien żeś mu to za to, że cię przyjął jak swego. Mógł cię wraz z matką naszą przegnać, ale nie zrobił tego, bo zbyt dobre miał serce. Dał ci nazwisko, pod herb cię przygarnął. Za złe mu masz, że o mnie dbał lepiej? Ciesz się, bękarcie, że mimo sromoty, jaką mu przyniosłeś, synem swoim cię nazwał.

Twarz Jana zmieniła się. Ostatnia obelga odcisnęła na niej swe piętno. Wcześniej kamienna, teraz nabiegła krwią i rozgorzała od gniewu. Dobył broni i natarł na brata. Zwarli się. Raz i kolejny. Szable dzwoniły opętańczo i zdawało się, że aż ziemia drży przy każdym ciosie. Cięli zawzięcie, z boku, z góry, z dołu. Nie każdy cios został sparowany. Już wkrótce na ramieniu Jacka wykwitła paląca rana. Nic sobie z niej nie robiąc, jeszcze bardziej przykładał się do każdego uderzenia. Cięcia stawały się coraz gęstsze. Jacek wyczuwał, że brat nie chce zrobić mu krzywdy. Że już ochłonął. Sam jednak nie potrafił zapanować nad swoim gniewem i przerwać starcia. W końcu wychwycił moment nieuwagi i ciął w pierś.

Jan zachwiał się i cofnął kilka kroków. Jacek doskoczył do niego i przyłożył mu pióro szabli do szyi. Stali tak bez ruchu dobrych kilka chwil. Młodszy z Kobielskich nie patrzył bratu w oczy. Pod rozdartym kontuszem czerwieniło się szerokie rozcięcie. Ale to nie ono przyciągało wzrok Jacka. Znów poczuł ten sam dreszcz, który przebiegł mu po plecach, kiedy stali przy łożu ojca.

– Sancte Deus – wyszeptał.

Skórę Jana, nierównymi płatami, porastały łuski.

 

IV

 

– Wielu wierzy, że smok pokonany przez świętego Jerzego to pradawny Żmij i że właśnie to dzięki temu, skończyła się jego sukcesja na ziemi – rzekł Atanazy Wielecki, z głową zatopioną w rozpadającym się woluminie. Wyglądał starzej, niż ich ojciec. Przygarbiony, pokracznej postury, ze skórą zeschłą i zmarszczoną w niczym nie przypominał szlachcica, o którym kiedyś opowiadał im rodzic.

Do tego ta chata. Atanazy nie mieszkał we dworku. Ledwo znaleźli jego siedzibę, pomimo mapy, przysłanej z ostatnim listem. Chałupa stała w głębi lasu, a starzec mieszkał w niej zupełnie sam. To tylko wskazywało, że musi mieć w sobie więcej siły, niż się zdaje.

– Gdy smok został ubity – mówił dalej – jego ciało rozpadło się na milijony części, z których powstały żmije i węże. Ponoć gady ze zewłoku Żmija pochodzące, gdy w odpowiednich warunkach rosną, mogą same zostać smokami. Opis takiego gada znajdziecie na ten przykład u Gesnera, gdzie siedmiogłowa bestia jest opisana. A i nie tylko tam. Niektórzy mówią przy tym, że Żmij i smok to nie to samo i że jeden drugiego zwalcza, ale to raczej z niezrozumienia wynika. Bo patrzcie zatem na ludzi: jest król, są poddani. Wszystko to człowiek. A nawet poddani jednego króla walczą ze sobą.

Bracia Kobielscy słuchali z uwagą. Jacek, pomimo zmęczenia bezsennymi nocami, nabrał przez ciekawość nowej siły. Było już dawno po zmierzchu i nawet rozkołysane światło świec nie działało na niego usypiająco.

– Jajo, o którym pisałem – ciągnął Wielecki – o ile w ogóle istnieje, musi się skrywać w pradawnym sanktuarium zakonu.

– Gdzie go znajdziemy? – zapytał Jan.

Atanazy uniósł głowę. Jacek znów zauważył, że w spojrzeniu jego, jakim od samego początku obdarzał starszego Kobielskiego, skrywa się niechęć, nieumiejętnie tajona. Widział to już czasami w oczach innych, którzy wiedzieli, że Jan nie jest dzieckiem z prawego łoża. Czyżby jego ojciec pisał o tym Wieleckiemu?

– Nie będzie to proste – odparł starzec. – Gdyby było to wiadome, już dawno pewnie ktoś rozkradłby świątynię. – Atanazy wyprostował się i wsparł o oparcie ławy. – Dziś już jednak nic nie wskóramy. – Upił łyk wina z glinianego kubka. – Mnie już zupełnie w gębie zaschło. Jutro myśleć będziem, gdzie poszukiwania zacząć. Teraz przygotuję wam jakąś strawę i udam się na spoczynek.

Gdy Atanazy przygrzewał gęstą zupę, przyjemnie pachnącą grzybami, bracia milczeli. Cała chata składała się tylko z prostokątnej izby. W jednym kącie stał stół i kredens, w drugim łóżko i skrzynie. Piec znajdował się na środku. Teraz rozgrzany był tak, że Kobielscy musieli zrzucić z siebie żupany i siedzieli w samych koszulach. Wieleckiemu widać odpowiadały takie temperatury, bo nie zdjął grubego kożucha, jaki nosił na grzbiecie.

Kiedy strawa stanęła na stole, Atanazy nie usiadł z nimi. Udał się po drzewo i pomimo protestów obu braci, nie chciał pomocy.

– Niepokoję się, czy zdążymy – odezwał się Jacek, gdy za tamtym zamknęły się drzwi. Siedział zawieszony nad miską, ale nie miał apetytu. Już od dawna doskwierał mu brak kobiet, który poza bezsennością, zaczął objawiać się również w ten sposób.

– On wie – rzekł Jan, przełykając zupę. – Miarkuje chyba, czy może nam zaufać. Jutro się wszystko okaże. Wcale nie będziemy musieli szukać tego miejsca. On już je znalazł.

Reszta posiłku minęła w milczeniu. Jan zjadł ze smakiem, Jacek nabrał tylko kilka łyżek. Atanazego wciąż nie było.

– Gdzie ten staruch się podziewa? – Zainteresował się młodszy szlachcic. Wstał od stołu i podszedł do okna. Przez mętne błony widział tylko całkowitą ciemność. Równie dobrze mógł zajrzeć sobie do rzyci. Odwrócił się i nagle zakołatało mu w głowie. Musiał oprzeć się o ścianę, żeby nie upaść. Przez chwilę przed oczami mieniły mu się czarne plamy, potem dojrzał brata. Spał, rozłożony na stole, jak po tęgiej biesiadzie.

– Psi syn! – zaklął Jacek i chwiejnym krokiem wrócił do stołu. – Kurewnik chędożony! – Strącił ze stołu miskę z zupą i potrząsnął bratem. Tamten nie zareagował.

Drzwi do chaty otwarły się.

Jacek porwał leżący przy stole stołek i rzucił nim na oślep.

Atanazy odskoczył, zaskakująco zwinnie. Na jego twarzy widać było zdziwienie.

– Waść nic nie pojmujesz! – krzyknął do Jacka. – Nie wiesz nawet, w co brat waści wplątał.

Młodszy Kobielski, nie zwracając uwagi na jego słowa, rzucił się do swojej szabli. Nim do niej dotarł wyłożył się jak długi, potknąwszy się najpewniej o swoje nogi, bo nic innego mu na drodze nie stało. Gdy poczuł oręż w ręce zyskał nieco sił. Akurat tyle, by wstać z trudem.

– Wybigosuję cię, padalcu! – Rzucił się w stronę starca.

Wielecki nie wyglądał już na osłabłego. Nie garbił się też tak bardzo. Z łatwością uskoczył przed ciosem, chwycił Jacka i cisnął nim na drugi koniec izby.

– Nie chcę robić waści krzywdy – przyznał przy tym.

Jacek padł na klepisko z głuchym tąpnięciem. Nie wypuścił szabli ale nie miał już sił, by się podnieść. Czując ból we wszystkich kościach zwrócił się tylko w stronę starca. I wtedy je zobaczył.

Żmije. Takie same, jakie widział na trakcie. Były ich setki. Wpełzały przez uchylone drzwi, jak woda w czasie powodzi. Zaczęły się kotłować na środku izby, tworząc rosnący wir. Po chwili całe kłębowisko przybrało kształt ludzkiej postaci by rzeczywiście zamienić się w coś, co mogło być człowiekiem.

Mężczyzna był wysoki ale piekielnie chudy. Wyglądał jak głodzony tygodniami. Nad zapadłymi policzkami świeciły oczy o pionowych źrenicach. Łuski zniknęły i spod nich pojawiła się zszarzała skóra. Był nagi. Jego przyrodzenie wiło się, jakby było oddzielną istotą. Pewnie gdyby je odciąć, ruszyłoby w swoją stronę. Jacek miał nadzieje się o tym przekonać.

– Jest tutaj. Wyczułem je – odezwał się do niego Wielecki. – Ten pies je ma! – wskazał Jana.

Żmijowa istota zwróciła się w jego stronę. Tamten wciąż był bez przytomności. Podeszła do niego i dotknęła go, odchylając głowę niczym podróżnik zachwycający się zapachem powietrza na górskim szczycie. Spomiędzy jej ust wysunął się rozdwojony język.

– Nie waż się go tknąć, diable! – Jacek próbował wstać, jednak nawet wspierając się na szabli nie był do tego zdolny.

Żmijowe oczy przeszyły go spojrzeniem.

– Zostaw go. Nie jego w tym wina – wstawił się za nim Atanazy.

Stwór stracił nimi zainteresowanie, ujął Jana na ręce, jakby brał z kojca małe dziecko i wyszedł z izby. Jacek wciąż mógł go obserwować z miejsca, w którym leżał. Tracił już wiarę w to, co widzi. Przecież wszystko to mogło być jedynie omamem wywołanym trucizną, którą Wielecki musiał dodać do ich posiłku. Bo jak wytłumaczyć to, że skóra na plecach stwora zaczęła nagle pulsować, wybrzuszać się, aż w końcu pękła niczym suchy pergamin a pod nią pojawiła się para błoniastych skrzydeł? Czy można dać wiarę temu, że stwór wzbił się w powietrze i uniósł jego brata, jak orzeł porywający polną mysz? Gdyby ktoś opowiedział mu o tym w karczmie, pewnie by go wykpił.

– Gdzie to go zabrało? – wybełkotał Jacek, znów próbując powstać.

– Nie pojmiesz tego – kolejny raz starał się wytłumaczyć Wielecki. – Zaniechaj, wracaj do siebie. Dla twojego ojca nie ma już ratunku, ale dla ciebie jest. Nie zwabiłbym was tutaj…

– Kiedy uknułeś ten podstęp? – wszedł mu w słowo Kobielski. – Jak żeś to sobie obmyślił?

– Waści brat sam sobie winny. Nie powinien porywać się na nasz zakon.

– Zginiesz za to. Przysięgam, że nie daruję ci życia. – Jacek począł czołgać się do leżącego przy kontuszu pasa.

Wielecki milczał. Stał przygarbiony, znowu bardziej będąc podobnym do człowieka, który przywitał ich tego popołudnia. Wokół niego hulał wiatr, wpadający przez niezamknięte drzwi. Część ze świec zgasła. W końcu starzec wyprostował się i zaczął, nie patrząc na Kobielskiego:

– Nie wiesz, waść, co twój brat uczynił i może lepiej, jeśli się tego nie dowiesz. Wiedz tylko, że zgubę przyniósłby nie tylko na dom wasz, ale na całą Rzeczpospolitą. Niesłusznie mnie więc oceniasz, bo w dobrej wierze działam. Wywar, który wam zadałem jest nieszkodliwy. Rankiem sam się o tym przekonasz. Ubolewam, że ojcu waści pomóc nie zdołałem, ale…

Izbą wstrząsnął huk wystrzału. Jacek ucieszył się, że trafił. Atanazy, gnąc się w pół, przycisnął rękę do brzucha. Spomiędzy palców wypłynęła krew. Patrzył na nią przez chwilę, zdziwiony tym widokiem, poczym powoli osunął się na klepisko.

– Z raną w brzuchu długo będziesz konał – rzekł Jacek, szukając drugiego pistoletu. – Powiedz mi, jak brata znaleźć, a daruję ci męki.

Wielecki jęknął. Na jego twarzy nie było jednak widać bólu.

– Waść błąd popełnił – stwierdził. – Ale nie mam żalu. Brata nie szukajcie. Dla niego nie ma już nadziei. Kiedy waść wydobrzeje, zajrzyjcie za to do tamtej skrzyni – wskazał palcem znajdujący się pod ścianą kufer. – Klucz mam przy pasie. W niej znajdzie waść odpowiedzi. I sposób, jak zło, które waści brat sprowadził przegnać. I niech opatrzność sprawi, że nie będzie koniecznym go użyć. A teraz czyńcie, co wasza wola.

Jacek strzelił ponownie. Celował w głowę. Tym razem jednak strzał był chybiony. Przy uchu Atanazego zatrzeszczała deska i wiatr miał kolejną drogę, którą mógł wedrzeć się do izby. Kobielski już tego nie widział. Ułożył głowę na klepisku i osunął się w czarną czeluść, jaka stanęła mu przed oczami.

 

V

 

Ranek otulił las mglistymi wstęgami. Wilgotne obłoki przesuwały się z wolna, podobne w tym ruchu do chmur kłębiących się na niebie. Jacek obserwował je bezmyślnie przez otwarte drzwi chaty, zanim zdał sobie sprawę z tego, gdzie się znajduje. Dopiero po tym stanęły mu przed oczami wydarzenia wczorajszej nocy. Poderwał się. Sen w wyziębionej izbie odcisnął na nim swoje piętno i teraz każdy ruch sprawiał mu ból. Niczym stuletni starzec podniósł się z trudem i zgięty musiał przytrzymać się ławy, by wyprostować plecy.

Atanazy wciąż siedział pod ścianą. Jego szkliste spojrzenie mówiło, że sam się już z tego miejsca nie ruszy.

Kobielski, przypomniawszy sobie słowa starca, przywlókł się do niego i jął przy jego pasie szukać klucza. Znalazł ich pięć. Zerwał wszystkie i ruszył do skrzyni stojącej w rogu izby. Trzeci pasował. Podniósł wieko z takim przejęciem, jakby pierwszy raz unosił kobiecą suknię, odsłaniając łydki, uda i dalsze magiczne miejsca. Wnętrze kufra okazało się jednak o wiele mniej atrakcyjne. Sterta listów. Spisana po łacinie księga. Trzy tuby skórzane, w których znalazł wiekowe zwoje. Jeden sporządzony w języku, którego nie poznawał, pozostałe łaciną. I na końcu skórzany mieszek.

Nie wyróżniał się niczym szczególnym. Liczne przetarcia świadczyły o tym, że był w użyciu przez długie lata. Przez materiał rysował się niewyraźny, obły kształt. W środku coś było.

Jacek rozplątał zamykający go rzemień. Z wnętrza wyjął niewielki, szlifowany kamień. Miał kształt jaja. Na nim znajdowało się okrągłe wgłębienie, w którego centrum wydrążono dziurę. Nie przechodziła ona jednak na wylot i nie wydawało się, by kamień miał pełnić rolę wisiora czy innej ozdoby. Zwarzył go w rękach. Powąchał. Miał dziwną woń. Przez zapach jaki czasami wydają nagrzane na słońcu kamienie przebijał się smród podobny do nieświeżego, psiego oddechu. Jacek skrzywił się i ponownie schował jajo do mieszka. Nie odłożył go jednak do skrzyni. Czy to miało być to pełne mocy jajo Żmija?

Wiedział, gdzie powinien szukać odpowiedzi.

Zamknął w końcu drzwi do chaty, zrzucił ze stołu wszystkie zalegające na nim rupiecie i rozłożył na blacie zawartość kufra. Ubrał się a zwłoki Wieleckiego przykrył pierzyną znalezioną w jednej ze skrzyń. Dopiero teraz poczuł, jak bardzo mu zimno. Rozpalił ogień a ze swoich tobołów wygrzebał trochę suszonego mięsa. Zdziwiło go, że zgłodniał. Paradoksalnie jednak tej nocy spał najlepiej od dawna i pozwoliło mu to nabrać nowych sił. Kiedy oporządził już wszystko, nalał do glinianego kubka wino i zasiadł nad pergaminami.

Nie miał pewności, czy może im wierzyć. Listy opisywały wszystko dokładnie. Mogły jednak zostać spreparowane. W końcu Wielecki już raz ich oszukał, zwabiając do swego domu. Jeśli to, co stało na tych kartach było prawdą, być może czeka go walka nie tylko o własne życie, ale i o los świata, jaki znał. Uśmiechnął się kwaśno, na myśl o tym, jak fatalnie to brzmi. Nawet wędrowni dziadowie unikali w swoich historiach tego typu frazesów.

Jeszcze raz obejrzał kamienne jajo. Znalazł w końcu o nim wzmiankę. Wrócił do znalezionych w tubach zwojów, bo do nich prowadziły zapiski. Gdy przeczytał dokładny opis dziwnego przedmiotu, znów schował go z odrazą. Miał nadzieję, że nie będzie musiał go użyć.

Nie zauważył nawet, jak słońce ponownie zaszło. Po prostu zapalił kilka świec i pracował dalej. Przez cały czas nie skupiał się na niczym innym. Przez cały czas nie opuszczał chaty. W końcu jednak musiał to zrobić. Wypite wino dawało o sobie znać już od dawna. Zabrał mieszek ze sobą, za pas wetknął pistolet i wyszedł.

Kiedy z ulgą wracał, dostrzegł, że ktoś jest w środku. Za mętnymi błonami okien zamigotała ludzka postać. Wielecki? Ta wężowa pokraka?

Jacek wyjął broń i podszedł do drzwi. Otworzył je ostrożnie i wszedł do środka. Ktoś stał przy stole, przeglądając zebrane na nim papiery. Był zwrócony tyłem, ale Kobielski rozpoznał go bez trudu.

Jan.

– Czy to, co stoi w tych listach to prawda? – zwrócił się do niego.

– Znalazłem to sanktuarium – odparł tamten, jakby nie słysząc słów brata. – Musisz się tam ze mną udać. Nie podołam samemu.

– Ciekawa historia, bo jak widzę wyrwać się ze żmijowych łap udało ci się bez trudu.

– Czas nagli.

Jacek uniósł pistolet i wycelował. Jego wąsy przeskoczyły z lewa na prawo i z powrotem.

– Skończ z tym. Ojciec nie przeżyje. Przez ciebie. Poświęciłeś jego życie, by móc…

Starszy Kobielski odwrócił się. Jacek przerwał wywód. Widok brata odebrał mu mowę. Na bladej twarzy Jana połyskiwały żmijowe oczy o pionowych źrenicach. Przez rozdarte ubranie wystawały plamy łusek, które widział wcześniej. Teraz były większe. Obrosły ranę zadaną mu w czasie pojedynku, wybrzuszając się jak dachówki na bogatszych dworkach.

– Nie pojmiesz tego – odezwał się starszy Kobielski. – To cię przerasta. Udaj się ze mną do sanktuarium.

– Wiem dość – skwitował Jacek. – Chytrze to sobie wymyśliłeś. Jak dowiedziałeś się, o zakonie? Jak trafiłeś na jego ślad? Przeglądałeś listy ojca? Znalazłeś księgi? Wiem, że nie było żadnej wyprawy. Wykradłeś to jajo jak jarmarczny złodziej. I poświęciłeś życie ojca, by móc go użyć. By móc…

– …posiąść moc Żmija.

– Nie uda ci się to. Odkryłem, po co tu jesteś. Po co szukałeś sanktuarium. Myślałeś, że Wielecki da się wystrychnąć na dudka? Że wyjawi ci, gdzie znajduje się świątynia? Głupcze! Miarkowałeś, że ojciec i Wielecki walczyli z zakonem. Przeliczyłeś się jednak, bo do niego należeli.

– Nie wygląda na to, by mi wyszło to na złe. – Jan postąpił krok w stronę brata.

– Nie zbliżaj się.

– Nie podołasz mocy Żmija. Nawet jego sługi nie podołały.

– Zaraz się przekonamy.

Jacek strzelił. Kula rozdarła pierś Jana. Z ciemnej dziury polała się krew. Jan cofnął się o krok, jednak wydawało się, że rana nie robi na nim wrażenia.

– Widziałeś kiedyś, by mysz pokonała kota? – spytał ze śmiechem.

– Mój ojciec przyjął cię jak swego a ty sprowadziłeś na niego tak haniebną śmierć. Sczeźniesz z mojej ręki, choćbym miał diabłu duszę zaprzedać!

– Nie ma żadnych diabłów. I nie mów mi teraz o swoim ojcu. Nie ja go opuściłem. Trwałem przy nim przez lata, jak nędzny pachołek a całe zaszczyty i tak zawsze przypadały tobie. Psu w rzyć takie uznanie. Choć służyłem mu jak syn powinien, nigdy się nim czuć nie mogłem. Ale teraz koniec. Teraz już będę służył tylko sobie. Patrz!

Jan przyłożył ręce do brzucha i rozerwał skórę na nim, jakby darł znoszoną koszulę. Spod czerwieni i flaków wyłoniło się białe, skrwawione jajo, większe nieco niż dwie pięści. Jego jasność biła spomiędzy obrastającej je tkanki. Z powierzchni ciągnęły się setki czerwonych nitek, rozrastających się na wszystkie strony, upodabniając je do pajęczego kokonu.

Jacek sięgnął do mieszka, który miał przy pasie i wyjął z niego wcześniej znaleziony kamień. Jeszcze zanim starszy Kobielski ruszył w jego stronę, wsunął go niepostrzeżenie do ust. Poczuł na języku nieprzyjemny smak przetrawionego jadła. Przez ile kiszek musiał przejść wcześniej? Odgonił od siebie te myśli, zebrał w ustach trochę śliny i połknął wszystko. Akurat na chwilę przed tym, nim padł obalony ciosem Jana.

 

VI

 

Jacek widział kiedyś ryciny opisujące czarcie ceremoniały. Słynne drzeworyty z traktatu De Lamiis et phitonotis mulieribus Urlicha Molitora. Ilustracje w Compendium Maleficarum Guazza. Czy miniaturę na frontyspisie Tractatus contra secta Valdensium Tinctora. Wszystkie przedstawiały pełne grozy scenki, mniej lub bardziej śmiałe, pełne kości, dymiących kotłów i całowanych w zadki kozłów. Jednak to, co ukazało się oczom Kobielskiego, gdy odzyskał przytomność, z pewnością przyprawiłoby ilustratorów tamtych ksiąg o dreszcz przerażenia. Możliwe, że nawet o pełne portki.

Kamienna sala, w jakiej się znajdował była ogromna. Kształtem przypominała Jackowi zwieńczane potężnymi sklepieniami prezbiteria, wielkością dorównując chyba temu, które widział we florenckiej katedrze świętej Marii. I tak jak na widok tamtego miejsca przepełniał go zachwyt, tak teraz ogarnęła go odraza, przez którą przebijał jednak podziw.

Urządzenie tego miejsca musiało kosztować wiele pracy. Ściany, sufit i podłoga zostały wydrążone w litej skale. Zdobiły je liczne płaskorzeźby kłębiących się gadów. Strop podtrzymywał owalnie rozmieszczony rząd kolumn, kształtem upodobnionych do żmij z taką pieczołowitością, że trudno było ocenić od razu, czy stwory te nie są aby żywe. Całość oświetlały liczne, zawieszone na ścianach kryształy, mieniące się zielonym blaskiem. Wewnątrz pomieszczenia było przeraźliwie sucho.

Jacek znajdował się w części przeznaczonej na ołtarz. Leżał na nim, skrępowany. Czuł chłód bijący od kamienia. Pod nim rozciągał się dywan martwych żmij, tych samych, które widział na trakcie.

Jednak najgorsze było to, co stało na środku sali. Bestia, która musiała być Janem.

– Raduj się – rzekła niewyraźnie, ochrypłym głosem. Jej słowa brzmiały tak, jakby sfora wściekłych wilków starała się przemówić jednocześnie. – Jako pierwszy możesz zobaczyć mnie w pełni mojej smoczej potęgi! – Sam jej łeb był większy od Jacka. Kształtem przypominała żmiję. Z podłużnego cielska wyrastały jednak dwie pary łap, zakończonych szponami. Stwór unosił się w powietrzu, uderzając miarowo błoniastymi skrzydłami.

– Jeszcze… nie… w pełni – wycharczał z trudem Jacek. – Potrzebujesz do tego krwi krewniaczej. A tej jeszcze nie dostałeś. Gdybyś nie był bękartem, starczyłoby życie mojego ojca, które poświęciłeś. A tak…

– Nic nie wskórasz. Czekam tylko na pełnię. Gdy padnie na ciebie blask księżyca, będzie po wszystkim.

Jacek dopiero teraz zauważył wąską smugę srebrnego światła, wpadającą przez dziurę w samym sercu sufitowej kopuły. Nie widział jej ruchu, ale domyślał się, że przesuwa się w jego stronę.

– Żmij ze swej natury nie jest dobry, ani zły – zaczął deklamować nagle, jakby opętały go duchy. – Wszelako nie można dopuścić, by ktoś o czarnym sercu jego mocą zawładnął, bo taki wtedy tylko zło jest czynić zdolnym. Dlatego gdy posiadł kto taki jajo Żmija i innej drogi już nie ma, jest sposób by równą walkę z nim stoczyć. Kto jednak się na nią poważy, liczyć się musi z tym, że albo sam żmijową moc przejmie, albo zwróci ją, samemu jednak życie tracąc.

– Postradałeś zmysły, bracie – skwitował to Jan. – Ale już wkrótce twoje męki ustaną.

– Zmysły moje mają się dobrze – odparł młodszy Kobielski. – O twój dowcip się jednak martwić wypada. Boś jedną rzecz przeoczył. W papierach Wieleckiego zostało to opisane. Kto przyjmie jako prowiant pradawny kamień ręką pierwszych, przez Żmija natchnionych wykonany, ten, gdy w pobliżu świętego jaja Żmija się znajdzie, również z jego mocy czerpać może.

– I cóż to ma znaczyć?

– A to, że ci zaraz twoją smoczą rzyć jako grzbiet krnąbrnego chłopa przetrzepię!

Jacek zerwał więzy i stanął na ołtarzu. Rozłożył ręce jakby składał się do ukrzyżowania i trwał tak przez chwilę, czekając nie wiadomo na co. Nic się nie stało. Bestia roześmiała się. Jej suchy chichot wstrząsnął całą salą. Młodszym Kobielskim targnęły mdłości i z ust jego ulała się kwaśna żółć, paląca gardło. Poczuł, jak coś w środku niego się porusza. Potem wydał z siebie przeraźliwy krzyk, jaki można usłyszeć czasem przy łamaniu kołem czy ćwiartowaniu końmi. Jego skóra pękła. Nie było jednak pod nią krwi. Pojawiły się łuski i już wkrótce cały był nimi pokryty. Jego ciało zaczęło nabierać rozmiarów. Rozrastać się niczym roślina, która czarcią mocą potrzebuje nie mniej niż pacierza, by w pełni rozkwitnąć. Patrząc na własny cień zauważył z przerażeniem, że z jego pleców wyrastają skrzydła. Poruszył nimi niepewnie, wzniósł na chwilę i stracił równowagę. Dopiero druga próba okazała się skuteczna. Gdy był już w powietrzu, manewrował nimi, jakby miał je od zawsze.

Nie czekał na reakcję brata. Tamten wpatrywał się w niego, zaskoczony. Jacek uznał, że lepszej okazji nie będzie. Natarł na niego z całą siłą, samemu nie zdając sobie sprawy z własnej potęgi.

Dwa cielska uderzyły o ścianę. Komnata zadrżała. Trzepot skrzydeł wzbijał wokół tumany skalnego pyłu. Skrzek, jaki wydobywały z siebie stwory mógł być porównywalny tylko z tym, co słyszał święty Jan apostoł w swoich wizjach. Ogromne bestie napierały na siebie raz za razem, jakby walczyły ze sobą dwa głazy w toczącej się lawinie. Nie było w tym finezji szermierczych pojedynków. Nie było strategii bitwy. Była tylko pierwotna siła pozbawiona myśli. Pracujące mięśnie. Instynkt.

Rząd kolumn posypał się, niczym zęby w karczemnej awanturze. Wśród pyłu i rozbijanych wokół kamieni bryzgały gęste strugi krwi, zdobiąc ściany i podłogę. Wyszczerzone zęby zabarwiły się na karminowo. Na szponach pozostały strzępy mięsa. Błoniaste skrzydła łopotały teraz postrzępione, podobne do masztów zmaltretowanych przez sztorm okrętów. Huk narastał i z sypiącego się sufitu zaczęły odpadać coraz większe kawałki skał, aż cały strop runął na walczących. Po dawnej potędze tego miejsca nie było teraz śladu.

Ostatkiem sił Jacek naparł na uciekającego przed zwalonymi kamieniami Jana. Kilka ze skalnych odłamków uderzyło starszego Kobielskiego. Młodszy wykorzystał to i zatopił swoje zęby w jego szyi. Szczęki zacisnęły się jak hiszpańskie buty. W tym samym czasie szpony Jacka zagłębiły się w trzewiach brata. Wśród plątaniny flaków wyczuł wciąż tkwiące tam jajo. Teraz wydawało się tak małe. Wyrwał je i odleciał kawałek.

– Pełnia… Krew… – wyjęczał Jan.

Stali w leju powstałym po zawaleniu się groty. Księżyc w pełni oświetlał ich mglistym blaskiem.

– Żegnaj, bracie – odezwał się Jacek i uderzył na Jana po raz ostatni.

 

VII

 

Przygotowania do pogrzebu ojca już trwały, kiedy Jacek zjawił się na dworze. Szybko wydał rozporządzenia, z którymi klucznica czekała na jego osąd i oddał jej pod pieczę koordynację imprezy. Sam chciał tylko dopilnować spraw związanych z portretem trumiennym i testamentem.

Z jego powodu już zaczęła zjeżdżać się dalsza rodzina. Jacek ociągał się z oficjalnym czytaniem, podobnie jak z informowaniem o śmierci Jana, nie chcąc dawać pretekstów do waśni i wyrywania sobie pozostawionego po ojcu majątku. Nie łudził się jednak, że do tego nie dojdzie. Chciał tylko rozegrać wszystko tak, by ceremonia mogła już przebiegać możliwie spokojnie.

Stary Kobielski życzył sobie pogrzeb skromny. I taki też się szykował. Dopiero drugi Jacek obmyślał, jako prawdziwie godny rodzica. Może i nawet króla. Wszystko tak, jak zostało wystawione w Rituale Romanum. Nie szczędził na to środków. Sam katafalk, będące świadectwem rozpaczy castrum doloris, więcej miał być warty niż niejedna wieś.

Ciało ojca spoczywało teraz w stołowej izbie. W cynowej trumnie z niewielkim okienkiem na wysokości głowy. Do ziemi miało zostać złożone jutro.

Kiedy Jacek wszedł do tego pomieszczenia, klucznica przebiegała właśnie z miotłą spod jednej ściany pod drugą.

– Żmije – rzekła wyjaśniająco na widok Kobielskiego. – Od kilku dni pełno ich po całym dworze.

Jacek schylił się i podniósł gada, który uciekł w jego stronę. Smukły odwłok owinął się wokół nadgarstków szlachcica a spomiędzy paszczy wysunął się rozwidlony język.

– Daj im pokój – nakazał. – Myszy przynajmniej wyłapią. Przed zimą pełno ich będzie się po spiżarniach chować.

Kobieta nie skomentowała, choć w jej oczach widać było lekki przestrach i odrazę. Zaraz jednak jej spojrzenie zmieniło się. Stała przed Jackiem, międląc kij od miotły, jakby wyżymała właśnie ścierkę. Cała jej twarz poruszała się w napięciu, upodobniając ją do panny chcącej zapytać o kawalera, który właśnie wywarł na niej nie lada wrażenie.

– Dwór nie może stać bez pana – odezwała się wreszcie. – Pan Jan nie wiadomo kiedy wróci. I czy w ogóle… – przerwała na chwile, jakby w obawie, że wyrzekła za dużo. Widząc jednak brak zmiany na twarzy Jacka ciągnęła dalej: – Teraz wszystko na panu spoczywa. Proszę o wybaczenie, że się ośmielam, ale jeśli nie panu rzyć grzać po dworach, to…

– Zostanę – przerwał jej Jacek. – Zostanę na stałe. Czas na to najwyższy.

Właściwa jej pewność siebie wróciła i kobieta uśmiechnęła się. Skinęła przy tym głową, jakby gestem tym chciała przypieczętować obietnicę. Patrzyła na Jacka jak na syna, który dziękuje jej właśnie za cały trud włożony w wychowanie. I tylko przez chwilę po jej kręgosłupie przebiegł dreszcz. Chłodne mrowienie, kiedy spostrzegła rozwidlony język, wysuwający się z paszczy wpatrzonej w nią żmii.

Koniec

Komentarze

Co się podobało:

– barwny język

– pomysł na postać ze żmij

– niektóre dialogi

– wiarygodne oddanie realiów epoki

Co się nie podobało:

– niektóre dialogi (odniosłem wrażenie, że momentami humor był jakby na siłę)

– pleonazmy

– jak by to powiedzieć, by nie zapachniało atakiem(?): pomysł z oczywiście prastarymi księgami i tajemnym zakonem wydał mi się cholernie naciągany, pachniał naiwnością. 

– sformułowania typu: “Gdy starszy Kobielski cofnął buta”…

 

Tekst – w moim odczuciu – jest fajnym, o ile ktoś lubi takie klimaty, czytadłem. Z mojej pamięci wyleci zapewne dość szybko, jednak sama lektura okazała się nawet wciągająca, mimo kilku dialogów i scenek, przy których wywracałem oczami. 

 

 

Sorry, taki mamy klimat.

Wielkie dzięki za przeczytanie i trafną ocenę. Mam co do tego tekstu podobne odczucia, jednak wymienionych przez Ciebie usterek w tym opowiadaniu nie byłem już w stanie przeskoczyć. Twoje uwagi jednak z pewnością pomogą mi przy pracy nad kolejnymi.

Mam tylko nadzieję, że tekst był ostatecznie przyjemną rozrywką, bo taką w sumie rolę miał pełnić.

 

Pozdrawiam,

p.

Ciekawa historia, mnie trzymała w napięciu. Pomysł na zostanie smokiem obrzydliwy, ale oryginalny. Wybór miejsca i czasu historii też na plus.

Obawiam się, że miód nie zająłby się od pochodni. Gorzałka też raczej nie.

Warsztatowo – powtórzenia, przecinkologia i jeszcze trochę sporadycznych usterek.

Babska logika rządzi!

Wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz. Cieszę się, że lektura okazała się zajmująca.

 

Co do płonącego trunku – zdaję sobie sprawę z tego, że jest to tanie zagranie, na miarę wybuchów w kosmosie, nie mogłem go sobie jednak darować. Mam nadzieję, że nie psuje zabawy lub przynajmniej szybko można o nim zapomnieć, jeśli jest inaczej.

 

Pozdrawiam,

p.

@gwidon – Dzięki za przeczytanie i komentarz. Jacek może być na rzeczy. Mam nadzieję, że te skojarzenia raczej na plus.

 

Pozdrawiam,

p.

Rzeczywiscie, dzikopolne w stylu i charakterze. A przy tym nieźle napisane! Fakt, same klisze, ale co tam, dobrze zrobione. Przyjemna lektura rozrywkowa, może i bez nadmiernej głębi, ale bardzo przygodowa. Kompletne, niezłe opowiadanie.

Dzięki za mile spedzony czas!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bardzo udana, rozrywkowa literatura.

Klimaty “Trylogii” jak najbardziej na plus.

Historia ciekawa, ma kilka słabszych momentów, ale ogólnie wyszło naprawdę nieźle.

Pomysł na smoki świetny.

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Wielkie dzięki za przeczytanie i opinię. Bardzo mnie cieszy, że tekst przypadł Wam do gustu. Nie ukrywam, że jedyną ambicją, jaka stała za jego powstaniem było bycie rozrywkowym i choć parę rzeczy można było z pewnością zrobić lepiej, miło mi, że ogólnie się udało.

 

Pzdr,

p.

Widać, że znamienity autor przeczytał opis konstrukcji głowni szabli… A to się chwali.

Co prawda, mierzy się raczej z karabinu albo pistoletu, a broń białą trzyma się wycelowaną / nakierowaną, powiedzmy, w brzuch, ale to szczególik.

Zacząłem czytać. Interesująca i sprawnie napisana opowieść – jak na razie…  

Tylko – czemu na napisać, że ta kobieta u boku bohatera na tym łożu była po prostu naga?

Pozdrawiam. 

Przeczytałem.

Sprawnie napisane, dynamiczne opowiadanie, oparte na ciekawym pomyśle.

Ciekawa jest próba stylizacji języka narracji – tak troszkę w barokowym stylu Paska, ale utrzymana jednak w rozsądnych ryzach. Niektóre zdania są chyba jednak do poprawienia – trochę za dużo w nich sztuczności.

Pochwała należy się też za konsekwentne prowadzenie fabuły, dynamiczne i utrzymane w dobrym tempie. I za samą fabułę – gęstą od zdarzeń i zwrotów akcji. Co należy też podkreślić – Podstuwak umiejętnie nęci czytelnika, kończąc rozdział zapowiedzią czegoś nowego. Ciekawego… Klasycznie zrobione ponowne wciągnięcie czytelnika w narrację.

Więcej niż dobry tekst, a jeszcze ten rzadko spotykany klimat…

Pozdrówka.

 

Wielkie dzięki za przeczytanie i jak zwykle wnikliwą analizę. Już nie raz niuanse, na które zwróciłeś uwagę przy innych moich tekstach a które udało mi się poprawić, wpłynęły pozytywnie na ich spójność.

Cieszę się, że tekst przypadł Ci do gustu.

 

Pzdr,

p.

Wciągający tekst, na pewno niepozbawiony drobnych usterek, o których wspomnieli już poprzednicy. Jeżeli miał być to po prostu ciekawy tekst rozrywkowy – no to udało się zdecydowanie, bo przeczytałam z zainteresowaniem, mimo że nie kręcą mnie takie sarmackie klimaty. Ładnie stylizowany, z fajnie zarysowanymi bohaterami. Owszem, te zakony, księgi, pojedynek żmijów – to wyszło trochę schematycznie, ale jak schematy są tak podane, to ja je całkiem bezboleśnie łyknę. ;)

@ocha, wielki dzięki za przeczytanie i opinię. Cieszę się, że tekst spełnił swoją funkcję.

 

Pzdr,

p.

Jest pomysł, ciekawy świat, czytelnik się nie nudzi.

Opowiadanie jak najbardziej na plus.  

Wielkie dzięki za przeczytanie i opinię!

 

pzdr,

p.

poczym wybiegła z izby. – po czym

 

“Młodszy Kobielski zamarł w bezruchu. O mało nie kosztowało go życia.“ – CO o mało go nie kosztowało życia?

 

“– Jajo, o którym pisałem – ciągnął Wielecki – o ile w ogóle istnieje, musi się skrywać w pradawnym sanktuarium zakonu.

– Gdzie go znajdziemy? – zapytał Jan.“

Gdzie JE znajdziemy (jajo albo sanktuarium).

 

“Jacek miał nadzieje się o tym przekonać.“ – nadzieję

 

“Kamienna sala, w jakiej się znajdował była ogromna.“ – sala, w której

 

“…i oddał jej pod pieczę koordynację imprezy.“ – Czy impreza to aby adekwatny termin w tych realiach i przy tej stylizacji? Czy w ogóle wypada “imprezą” nazwać uroczystości pogrzebowe…?

 

Podoba mi się klimat, bo nieczęsto w tych czasach umieszcza się porządną fantastykę – a to opowiadanie jest wcale niczego sobie ; ) Dynamiczne, skonstruowane nieźle, czyta się szybko, nie ma przestojów. Można się czepiać zaiste “prawdanych” różnych rzeczy i tajemniczych zakonów, bo to chwyt dość tani, ale z drugiej strony wcale to bardzo tekstowi nie zaszkodziło.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Wielkie dzięki za przeczytanie, opinie i jak zwykle wnikliwą korektę. Dzięki niej już nie raz zobaczyłem, jak duże błędy mogą się przemknąć niepostrzeżenie, co zawsze wzmaga czujność przy kolejnym tekście.

 

Co do „imprezy”, to w tym tekście wyraz ten użyty jest właśnie w jego dawnym znaczeniu, jako „przedsięwzięcie” i w moim odczuciu na miejscu. Jeśli więc jego użycie jest tutaj bezzasadnie, to z pewnością nie z powodu dzisiejszego rozumienia tego terminu.

 

Jako „przedsięwzięcie” używał go także Sienkiewicz, choć głównie do określenia przedsięwzięć militarnych:

 

Ogniem i mieczem

 

„Watażka nic nie odrzekł, konia nahajem uderzył i pomknął naprzód, a pan Zagłoba począł rozmyślać, w jakie to tarapaty się dostał. Nie ulegało wątpliwości, że Bohun zamierzał na Kurcewiczów napaść, krzywdę swą pomścić i dziewczynę przemocą zabrać. I w tej imprezie byłby mu jeszcze pan Zagłoba kompanii dotrzymał”.

 

„Otom się wybrał na wesele, czyste psie wesele, jak mnie Bóg miły! Niech piorun trzaśnie wszystkich Kurcewiczów i wszystkie podwiki! Co mnie do nich?… Już mnie one niepotrzebne. Na kim się zmełło, na mnie się skrupi. I za co? Czy to ja się chcę żenić? Niech się diabeł żeni, mnie wszystko jedno; co ja mam do roboty w tej imprezie!”

 

„Co poczniem? Jeśli wiem, to niech się w konia zmienię, przynajmniej waćpanna będziesz miała na czym jechać. Szelmą jestem, jeśli kiedy byłem w podobnej imprezie”.

 

 

„Już tak myślę, że nam chyba bies jaki w drodze staje, i zgoła nadzieję w szczęśliwy skutek naszej imprezy straciłem…”

 

 

Potop

 

„Lecz że i w tym województwie, gdzie ja jestem regimentarzem, także heretyków nie brak, jako w Tykocinie i w innych miejscach, przeto dla zyskania na początek błogosławieństwa bożego dla naszej imprezy wyda się uniwersał (…).”

 

„– Karol Gustaw to nie wasz dawny Jan Kazimierz, który nawet u Żydów zapożyczać się musiał, bo co miał, to zaraz pierwszemu proszącemu oddał. Zresztą, byle się pewna impreza udała, to pieniędzy w skarbcu nie zabraknie.

– O jakiej imprezie wasza mość mówisz?”

 

Pzdr,

p.

 

Proszę, jaka ta impreza staropolska : ) Nie spodziewałabym się…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Porządnie napisane opowiadanie w lubianych klimatach, z ciekawymi bohaterami i oryginalnym pomysłem na smoka. Mniam:)

Daj znać, czy uzupełniłeś fragment reprezentacyjny, to z przyjemnością przyklepię Bibliotekę.

Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

By nie powtarzać tego, co już napisali wcześniej komentujący, niniejszym oświadczam, że podzielam zdanie w kwestii zalet opowiadania i z przyjemnością dołączam do grona usatysfakcjonowanych lekturą.

 

Nawet jeśli fama wa­szej szyb­ko­ści nie jest prze­sa­dzo­na… – Nawet jeśli fama o wa­szej szyb­ko­ści nie jest prze­sa­dzo­na

 

kiedy drzwi dworu otwar­ły się i uka­za­ła się w nich klucz­ni­ca… – Wolałabym: …kiedy drzwi dworu otwar­ły się i stanęła w nich klucz­ni­ca

 

Jacek stał chwi­lę, wpa­tru­jąc się w ob­li­cze ro­dzi­ca, po­czym spy­tał… – …po ­czym spy­tał

 

Gdy star­szy Ko­biel­ski cof­nął buta… – Gdy star­szy Ko­biel­ski cof­nął but

 

bo nie zdjął gru­be­go ko­żu­cha, jaki nosił na grzbie­cie. – …bo nie zdjął gru­be­go ko­żu­cha, który nosił na grzbie­cie.

 

po­czym po­wo­li osu­nął się na kle­pi­sko. – …po ­czym po­wo­li osu­nął się na kle­pi­sko.

 

by ka­mień miał peł­nić rolę wi­sio­ra czy innej ozdo­by. Zwa­rzył go w rę­kach. Po­wą­chał. – Mam uwierzyć, że ugotował kamień w rękach a potem napawał się jego wonią? ;-)

Sprawdź, jaka jest różnica między warzeniem i ważeniem.

 

Przez cały czas nie sku­piał się na ni­czym innym. Przez cały czas nie opusz­czał chaty. – Czy to celowe powtórzenie?

 

Na szpo­nach po­zo­sta­ły strzę­py mięsa. Bło­nia­ste skrzy­dła ło­po­ta­ły teraz po­strzę­pio­ne… – Powtórzenie.

 

Bło­nia­ste skrzy­dła ło­po­ta­ły teraz po­strzę­pio­ne, po­dob­ne do masz­tów zmal­tre­to­wa­nych przez sztorm okrę­tów. – Nie umie zobaczyć postrzępionych, łopoczących masztów.

Wydaje mi się, że winno być: Bło­nia­ste skrzy­dła ło­po­ta­ły teraz po­strzę­pio­ne, po­dob­ne do żagli zmal­tre­to­wa­nych przez sztorm okrę­tów.

 

Przy­go­to­wa­nia do po­grze­bu ojca już trwa­ły, kiedy Jacek zja­wił się na dwo­rze.Przy­go­to­wa­nia do po­grze­bu ojca już trwa­ły, kiedy Jacek zja­wił się we dwo­rze.

Zjawić się na dworze, to przybyć do zamku/ pałacu panującego.

 

nie chcąc dawać pre­tek­stów do waśni i wy­ry­wa­nia sobie po­zo­sta­wio­ne­go po ojcu ma­jąt­ku. – Wolałabym: …wy­ry­wa­nia sobie po­zo­sta­łego po ojcu ma­jąt­ku. Lub: …wyrwania sobie po­zo­sta­wio­ne­go przez ojca ma­jąt­ku.

 

Sam ka­ta­falk, bę­dą­ce świa­dec­twem roz­pa­czy ca­strum do­lo­ris… – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@AlexFagus – cieszy mnie Twoja opinia, wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz. Fragment jest uzupełniony, mam nadzieję, że poprawnie.

 

@regulatorzy – wielkie dzięki za przeczytanie, opinię i przede wszystkim za wnikliwą korektę. Każda z Twoich uwag jest pouczająca.

 

Cieszę, się, że tekst przypadł Ci do gustu.

 

Co do warzenia, to widzę, że skoro strużkę udało się napisać poprawnie, to musiało się coś znaleźć dla balansu…

 

Pzdr,

p.

Nowa Fantastyka