- Opowiadanie: Wielki Szef - Gwóźdź programu

Gwóźdź programu

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Gwóźdź programu

Dla Elizabeth Hazedy spotkanie z Nathanielem Fitchem, asystentem prezydenta Kambridge – pierwotnie to właśnie prezydent miał być jej gościem – stanowiło nie lada gratkę. W obliczu tak licznych aktów terroryzmu, które ze względu na swój rozmach oraz częstotliwość już praktycznie przeszły do porządku dziennego miasta o największym stężeniu przestępczości, obszerny wywiad, udzielony przez przedstawiciela rządu, dla każdego dziennikarza oznaczałby prawdziwą żyłę złota. Dotyczyło to nawet prowadzącej niezwykle popularny w całym kraju program pt. “Pralnia”. Jeszcze nigdy w przeciągu całej swojej kariery kobieta nie czuła takiego dreszczu emocji. Spowodowane było to ogromną presją, narzuconą przez coraz bardziej przerażone i jednocześnie zniesmaczone społeczeństwo. Ów strach można oczywiście przypisać działalności Billy’ego Booma, niemniej jednak masowe wzburzenie wywołała bierna postawa polityków, do spółki z wszelkiego rodzaju organami sprawiedliwości; ich milczenie wzmagało w ludziach brak zaufania oraz skłonność do zawziętej krytyki, co groziło anarchistycznymi zapędami, a z kolei od mediów publicystycznych wielu z nich wymagało przerwania tej złowrogiej i haniebnej ciszy.

Na przestrzeni zaledwie kilku miesięcy setki tysięcy anonimowych listów zapełniły serwery i skrzynki pocztowe dwóch największych lokalnych stacji telewizyjnych. Zawarte w nich treści mogły napawać niepokojem. Były groźby, błagania, lamenty… były też propozycje i prowokacje, a czasami nawet propagandy. Całe miasto zdawało się żyć tą infekcją, nikt nie pozostawał obojętny. Nieopisany lęk oraz niepewność mieszkańców uczyniły Kambridge miejscem niestabilnym, jakby oczekującym na kolejne uderzenie. Atmosfera spowijająca wówczas metropolię mogła i w większości przypadków w istocie przytłaczała niewinnych obywateli.

Nie uszło to uwadze redakcji DCA, która postanowiła wystosować otwarte pismo – niezbyt obszerny tekst, skierowany do włodarzy miasta, wzywający do zabrania przez nich głosu i zajęcia oficjalnego stanowiska. Efektem tej właśnie inicjatywy była zgoda na publiczne wystąpienie Edgara Shawa, prezydenta Kambridge, w celu naszkicowania skali problemu oraz przedstawienia środków zaradczych na łamach mediów.

W wyniku nieznanych opinii publicznej okoliczności, mężczyzna w ostatniej chwili postanowił jednak zaniechać wizyty w “Pralni”; zastąpić go miał wspomniany już Nathaniel Fitch, jego wieloletni asystent, a ostatnimi czasy prawa ręka. Początkowo Betty Haze, jak pieszczotliwie zwykły nazywać ją plotkarskie portale i brukowce, czuła się rozczarowana takim rozwojem wypadków. Rezygnację Shawa rozpatrywała w kategorii oznak słabości, mówiąc prościej: uważała prezydenta za zwyczajnego tchórza. Rzeczą absolutnie oczywistą było, iż posyła do niej Nate’a tylko ze względu na jego niewątpliwy talent krasomówczy oraz nadprzyrodzoną wręcz dyplomację, z której słynął, a to z kolei oznaczało, że położenie Kambridge przedstawiało się naprawdę dramatycznie, o czym nikt nie chciał mówić otwarcie. Oznaczało to również podwójny trud i wysiłek dla dziennikarki, bowiem z ludzi pokroju Fitcha bardzo ciężko wyciągnąć więcej, niż sami mają zamiar przekazać. Tym razem zadanie chorobliwie ambitnej Betty Haze opierać się miało w osiemdziesięciu procentach na improwizacji, a jedynie w dwudziestu na rzetelnym przygotowaniu. Z jednej strony kobieta od początku kariery czekała na podobne wyzwanie, zaś z drugiej, rozpatrując akurat ten indywidualny przypadek, zdecydowanie wolałaby, żeby wszystko poszło jak z płatka.

Czas pokazał, że nie było mowy o podobnym scenariuszu. Tego, co miało się wydarzyć podczas pamiętnej emisji “Pralni”, nie spodziewał się prawdopodobnie nikt.

Zdążyły paść zaledwie trzy pytania, i żadne z nich nie było kluczowe, kiedy nagle zgasło światło, a w studiu rozległy się krótkie serie wystrzałów. Nathaniel Fitch, gnany siłą samozachowawczego instynktu, padł na kolana i, raczkując po omacku, skrył się pod szklanym stołem, natomiast Elizabeth Hazedy, nie zmieniając pozycji, wzięła głęboki wdech i zatkała palcami uszy. Egzekucja ochrony trwała najwyżej minutę, ponieważ bandyci wyposażeni byli w okulary termowizyjne. Potem znowu lampy rozjaśniły całe pomieszczenie.

– Nie ruszać się, kurwa! Billy Boom jest w budynku! – krzyknął jeden z napastników  ubranych po cywilnemu.

Chwilę później huk wystrzałów rozległ się ponownie, lecz tym razem stłumiony. Nie ulegało jednak wątpliwości, że jego źródło znajdowało się nieopodal.

Znowu zapanował niepodzielny mrok…

– Billy Boom, Boom, Billy Boom, Booom… – Diaboliczny chór był coraz donośniejszy. Niczym bitewna pieśń nieznanych najeźdźców mroził serca wszystkich zebranych.

“Nadchodzi” – pomyślała Elizabeth, po czym złożyła ręce i zmówiła w myślach najszybszą i zarazem najbardziej żarliwą w swoim życiu modlitwę. Nigdy nie sądziła, że kiedykolwiek do tego dojdzie, ale błagała Boga o to, żeby już nigdy nie nastała światłość. Błagała o to, ponieważ wiedziała dobrze, co ukaże się jej oczom, kiedy mrok ponownie wypuści studio ze swych objęć.

Słyszała już ich kroki… jego chichot. Był już tuż, tuż.

Nagle kroki ustały…

Mimo praktycznie zerowej widoczności, można z niemalże stuprocentowym prawdopodobieństwem stwierdzić, iż za złowrogim, przeciągającym się w nieskończoność dźwiękiem powoli uchylających się drzwi podążyły oczy wszystkich zebranych.

Potem stało się…

Bóg nie wysłuchał dziennikarki i nastała światłość. Billy Boom, ku ogromnemu zaskoczeniu kobiety – bowiem ta nie słyszała nawet, kiedy się zakradł – stał dumnie, górując nad nią, i wpatrywał się w wypięty żałośnie zadek Nate’a Fitcha, który skulony wciąż klęczał pod stołem. Szaleniec potraktował asystenta prezydenta delikatnym kopniakiem, po czym spojrzał na dziennikarkę po raz pierwszy i powiedział, jakby czytając jej w myślach:

– To najcichsze buty na świecie, uszyte na zamówienie.

Kobieta machinalnie skierowała wzrok na ten niezwykle ekstrawagancki i ekscentryczny element ubioru. Buty wyglądały cudacznie, przypominały sięgające aż po same łydki tenisówki, lecz z jeszcze cieńszą podeszwą, której to właśnie zawdzięczały wspomnianą dyskrecję i swobodę ruchu. Sam fason nie przyciągał jednak uwagi tak bardzo jak malutkie laski dynamitu, ozdabiające niczym czerwone groszki całość, ordynarnie przy tym kontrastując z idealnie białym tłem.

– Czy te pralki są sprawne? – Szaleniec zmienił temat i wskazał zamaszystym ruchem ręki atrapy otaczające studio.

“Pralnia” była, rzecz jasna, aluzją do miejsca, gdzie wszystkie brudy, czyli wszelkie kontrowersje, spiski, niejasności, miały zostać “wyprane” i podane do wiadomości publicznej. Taka właśnie idea przyświecała programowi Betty Haze. Nikt jednak nie przewidział, że kiedykolwiek owa myśl przewodnia zostanie poddana interpretacji bezwzględnego terrorysty i socjopaty.

– Nie. To tylko ozdoby – odpowiedziała dziennikarka.

Billy tylko pokręcił głową i spoczął obok niej.

– To niedobrze – podjął ponownie. – Mam tutaj trochę brudów, które, jako że jestem człowiekiem przyzwoitym i schludnym, wypadałoby po prostu wyprać. Weźmy na przykład takiego Fitcha… – Spojrzał na gramolącego się niezdarnie, drżącego z przerażenia dyplomatę. – Przywlekł tutaj to swoje aksamitne, pachnące świeżo zerwanym rumiankiem dupsko tylko po to, żeby wciskać kit prawym obywatelom Kambridge…

– Nie rób głupstw! – wyrwał się nagle Fitch. – Mam wiele do zaoferowania, wiesz przecież.

Najwyraźniej Billy Boom w żadnym wypadku nie podzielał tego poglądu. Skarcił tylko mężczyznę wzrokiem i westchnął z wyraźnym rozczarowaniem. Miał minę surowego nauczyciela.

– I na dodatek źle wychowany – burknął pod nosem, po czym niezwykle teatralnie zapytał sam siebie: – I co ja mam z nim zrobić?

– Tamta byłaby idealna – rozgrzmiał basowy głos, zaskakując wszystkich. Należał do Franka Witherspoona, znanego również jako Mr. Muscle, ponieważ mężczyzna pod tym właśnie pseudonimem artystycznym kiedyś występował w cyrku, prezentując swoją potężną muskulaturę i dźwigając niesamowite ciężary.

– Co takiego? – zapytał Billy.

– Tamta pralka… – olbrzym wskazał najmniejszą spośród wszystkich atrap – …jest wystarczająca.

Twarz Booma od razu cała pojaśniała. Przypomniał sobie wówczas miny śledczych z porannego dziennika, kiedy znaleziono Harveya Jeffersona, milionera z loterii, poskładanego we własnym sejfiku. Tyle tylko że tym razem do gwałtownej kompresji ludzkiego ciała wcale nie potrzebował piły mechanicznej. Wystarczyły mięśnie Witherspoona. 

– To jest to! Frankie, ty to masz łeb!

Masakra, czyli konsekwencja trafnego spostrzeżenia olbrzyma, która wydarzyła się potem,  stanowiła ostateczny dowód na to, jak nikczemnym i zwyrodniałym osobnikiem był Billy Boom. Zalecił on mianowicie Witherspoonowi umieszczenie Nathaniela Fitcha w owej feralnej pralce, aby następnie socjopata osobiście już mógł go “oczyścić”. Problem w tym, że przestrzeń wewnętrzna blaszanej imitacji zdecydowanie nie sprzyjała takiemu przedsięwzięciu. Do środka – i to z trudem – można by co najwyżej wepchnąć dziecko, oscylujące w wieku 5-7 lat, ale na pewno nie dorosłego mężczyznę. Fakt ten w niczym jednak nie zniechęcał Billy’ego. Powiedział:

– Pamiętacie, chłopcy, co mówiłem na temat modelu dobrego gościa i modelu złego gościa?

Wszyscy zgodnie pokiwali głowami, podczas gdy Fitch rozpaczliwie miotał się w morderczym uścisku Witherspoona.

– Dobry gość to taki – kontynuował – który nie niszczy mienia, szanuje cudzą własność – my dzisiaj jesteśmy właśnie takim dobrym gościem – zaś gość zły to taki, który sra i zapomina spuścić wodę, spaceruje w brudnych buciorach po świeżo wypranym dywanie, kruszy, rzyga, puszcza bąki… My tacy nie jesteśmy. Nie przynieśliśmy ze sobą brudu ani smrodu. Do czego zmierzam, ta pralka to bardzo ładny element wystroju wnętrza naszego gospodarza, bardzo gustowny. Po prostu nie chcę, żeby przez naszą nieostrożność uległ uszkodzeniu. Rozumiesz, Frankie? Rozumiecie mnie wszyscy?

– Się wie, szefie – odpowiedział, jak zwykle, tępo Witherspoon.

– Oby, bo jeśli chociaż jedna jebana śrubka odpadnie z tej pralki, to przysięgam, że się pogniewamy. Masz zapakować tam tego skurwysyna tak, żebym mógł tytułować się pierdolonym dobrym gościem!

Nagłe zmiany nastroju były znakiem firmowym przestępcy. W rzeczywistości jednak ważył on każde słowo i jego ton. Nawet, wydawałoby się, spontaniczny dialog stanowił dla niego w pewnym sensie misternie zaplanowaną akcję. Potrafił manipulować rozmówcami, a wiele wypowiadanych później kwestii planował już na kilka lub kilkanaście minut wstecz. Podobnie zresztą rzecz miała się z czynami. Billy Boom nieustannie grał, niczym wielki artysta, przygotowujący się do spektaklu życia. Tworzył swego rodzaju iluzję – iluzję przypadku i spontaniczności.

– Do dzieła! – krzyknął już radośnie.

– Się robi, szefie – odpowiedział Whiterspoon, nieświadomy jeszcze, że i dla niego ów wieczór zakończy się tragicznie.

Billy Boom już wiedział, wiedział nawet za co, i cholernie go to bawiło. Właśnie to, a nie, jak wydawało się wszystkim widzom telewizyjnym i naocznym świadkom, “kompresja” panicza Fitcha, którego siłacz przez blisko piętnaście minut miażdżył, urywając wielokrotnie pierwej złamane kończyny, a następnie “prasując” cały tors i rozgniatając czaszkę, aby całość była bardziej elastyczna.

– Pośpiesz się, Frankie. Jak tak dalej pójdzie, to w końcu zdejmą nas z anteny, zanim zdążę udzielić wywiadu.

Ponaglenie sprawiło, że już parę sekund później truchło Fitcha wylądowało w pralce.

– Blaster 2000  – zażądał Billy, wyciągając rękę.

Jeden z ludzi Booma podał różową torbę podróżną Pedrowi, najbardziej oddanemu poplecznikowi szaleńca, na którym ten mógł zawsze polegać. Z wnętrza tobołu wyciągnięta została podręczna broń, wyglądem w niczym nie różniąca się od pistoletu na wodę dla dzieci.

– No, to teraz zabawimy się w inkwizycję i wygnamy z ciała tego wymoczka siły nieczyste – powiedział socjopata, kiedy w jego dłoni spoczął już miotacz ognia. – Nic tak nie oczyszcza jak ogień – dodał.

Szaleniec wstał, ale po chwili namysłu znowu usiadł. Wyglądał, jakby nagle przypomniał sobie coś ważnego.

– Zaraz, zaraz… Betty, to przecież twój program – zwrócił się nieoczekiwanie do dziennikarki. – To tobie powinien przypaść zaszczyt wypalenia tego syfu.

Powiedziawszy te słowa, wręczył kobiecie Blaster 2000, a następnie wyjaśnił, że to ona musi “otworzyć ogień”. Dziennikarka, choć wstrząśnięta do granic możliwości, naturalnie nie protestowała. Z mini miotacza, trzymanego w jej roztrzęsionej dłoni, już chwilę później dobył się ogień, ogarniając zawierającą nędzne szczątki asystenta prezydenta, tonącą w szkarłacie pralkę. Diabolicznej scenie towarzyszył niewiarygodny akompaniament oklasków, gwizdów i porykiwań, jaki w geście dopingu dla Betty Haze zgotowali wszyscy obecni przestępcy – wszyscy, za wyjątkiem Franka Witherspoona, który wydawał się być zdumiony.

– Dobra robota, Betty. Możesz usiąść. Ten etap mamy już za sobą.

– Ale, szefie…

Prawy kącik ust socjopaty minimalnie się uniósł, lecz nikt nie zdołał tego wychwycić, gdyż był to ułamek sekundy.

– Co jest, Frankie? Nie mamy czasu na pierdoły – udał wielce poirytowanego.

– Mówiłeś, że niczego nie zniszczymy, że jesteśmy dobrymi gośćmi i…

Trach!

Zanim olbrzym dokończył zdanie, w jego gardle tkwił już nóż ze złotą rękojeścią, symbol szczęścia i pomyślności Billy’ego Booma.

– Kurwa, wiedziałem! – wściekał się szaleniec. – Co za cymbał!

Tymczasem Witherspoon chwiejnym krokiem, ze wciąż wbitym w grdykę ostrzem, dławiąc się, zaczął zmierzać w jego kierunku.

– “Mówiłeś, że niczego nie zniszczymy, że jesteśmy dobrymi gośćmi” – parodiował Billy Boom. – Coś ci powiem, ty tępa kupo mięśni – kontynuował – “my” nie przyłożyliśmy do tego nawet ręki. To ta ślicznotka puściła sprzęt z dymem, czyli gospodarz. G-O-S-P-O-D-A-R-Z. Teraz rozumiesz?

Kiedy zranionego olbrzyma i Billy’ego dzieliły już jedynie dwa metry, ten drugi spojrzał wymownie na grupę pozostałych popleczników, dając im tym samym dobitnie do zrozumienia, że czas Witherspoona właśnie dobiegł końca. Dalsze wypadki potoczyły się w sposób oczywisty i przewidywalny – padły trzy strzały, oddane przez kolejno trzech strzelców, lecz dopiero trzeci ściął z nóg nieszczęśnika.

– Celuje się w głowę – skomentował Billy, przyglądając się zwłokom. Jego uwaga skierowana była do dwóch narwanych młodzieńców, którzy pierwsi pociągnęli za spust. Pedrowi, który zaś oddał ostatni strzał, ten w głowę – i to na dodatek pod odpowiednim kątem, żeby wyeliminować ryzyko przejścia kuli na linii szefa – pokazał tylko uniesiony w górę kciuk i ukłonił się delikatnie w geście szacunku.

Po chwili refleksji socjopata znowu postanowił zasiąść na skórzanej sofie obok Betty Haze; ku jej przerażeniu.

– Szkoda trochę – powiedział bardziej do siebie. – Przydatny był z niego goryl, ale, do diabła, bystry w ogóle. Chyba muszę zacząć robić swoim ludziom testy IQ.

“Teraz kolej na mnie” – pomyślała tymczasem dziennikarka i zaczęła snuć iście surrealistyczne w swych zbrodniczych koncepcjach wizje. Trwała tak przez dłuższą chwilę, jakby zapadła w tajemniczy trans.

– Betty… – Przywołanie szaleńca brutalnie sprowadziło kobietę do rzeczywistości.

– Słucham?

– Możemy zaczynać.

– Co, proszę?

– Wywiad, Betty. Chyba nie sądziłaś, że pofatygowałem się tutaj, żeby ich sprzątnąć?

Pierwszy raz w życiu Hazedy nie mogła wydobyć z siebie choćby jednego słowa, miała kompletną pustkę w głowie – zero pomysłu, wszystko pochłonął strach.

– No dobra, widzę, że szok jeszcze z ciebie nie zszedł, więc sam zacznę. – Socjopata chrząknął i splunął na podłogę. – Panie i panowie, chłopcy i dziewczęta, oto przed wami gwóźdź programu, czyli najbardziej poszukiwany, ulubieniec sadystów i degeneratów – wielki Billyyyyyyyyy Booooooooooooooooooom!

– Prosimy o brawa! – zaapelował Pedro.

Publiczność zareagowała zgodnie z oczekiwaniami przestępcy. Jeszcze nigdy w historii programu nikt nie został przywitany podobną burzą oklasków.

– Tak… – rzekł cicho socjopata, kiedy owacja dobiegła końca. – To może ja na początek ustosunkuję się do metki szaleńca, jaka niewątpliwie została mi przypięta. Co o tym sądzisz, Betty?

– Dobry pomysł – odpowiedziała, kompletnie bez przekonania, dziennikarka. “Przedstawienie czas zacząć” – myślała jednocześnie, lecz nie tylko ona, bo pewnie również większość zebranych, co było przejawem zbiorowego czarnego humoru – humoru ze łzami w oczach.

– Wbrew temu, co twierdzić mogliby ludzie o mniej wysublimowanych pragnieniach tudzież o różnych od moich poglądach – zaczął swój wykład Billy – ludzie o, hm… po prostu innych upodobaniach, mówiąc w cudzysłowie: bardziej normalnych – bo czymże jest w końcu normalność wobec ogromu całego wszechświata? – nie jestem wcale bezwzględnym gangsterem, gdyż nie interesują mnie takie rzeczy jak władza czy zysk, ani opętanym pierwotnymi instynktami samcem alfa, kierowanym przez wypaczoną dziełami losowych przypadków i bezlitosnych reguł naturę, który podświadomie dąży do jak największej dominacji w swoim ogródku. O nie… – Pokiwał pouczająco palcem. – Nie jestem też nieszczęśliwym, trudnym dzieckiem, uwięzionym w skórze dorosłego mężczyzny, któremu rozmaite krzywdy, niepowodzenia, może nawet kompleksy, nigdy nie pozwoliły tak naprawdę dorosnąć, pozbawiając go tym samym możliwości samodzielnego, a co ważniejsze, w pełni świadomego podejmowania decyzji – no wiesz? Tak na chłodno, bez emocji. Możesz mi wierzyć lub nie, Betty, ale ja naprawdę wiem, co robię. Nie jestem obłąkany. Ten nieco destrukcyjny… – W tym momencie Billy zaczął chichotać. – No dobra, dobra, macie mnie. Ten wybitnie destrukcyjny łańcuch ma swoją przyczynę, którą stanowi nie przypadek ani ekstremalne doznanie, lecz odległy w czasie proces decyzyjny.

Faktem jest, że pewnego pochmurnego dnia, kiedy wątpliwości osiągnęły poziom krytyczny, a moja dusza była już skrajnie niespokojna, zebrałem wszystkie za i przeciw, po czym, oceniwszy je z najróżniejszych perspektyw, z premedytacją wybrałem chaos. Było w tym trochę kalkulacji, trochę chęci poznania, a poza tym, to chyba najzwyczajniej w świecie miałem ochotę… – hm, jakby to ująć? – wysadzić ten jebany hipermarket, a potem nawalony w trzy dupy pójść do tej rozkosznej “lodzi” spod czwórki i, świętując sukces, spompować się na tą jej śliczną, nieletnią buźkę.

– Ha ha ha… – Gromki śmiech uzbrojonych po zęby ludzi Billy’ego przepełnił publiczność uczuciem nieopisanej trwogi. Ich szefowi to się jednak nie spodobało; jego czoło zmarszczyło się i nadało i tak już nieszczególnie urodziwej twarzy jeszcze bardziej szkaradnego wyrazu.

– Lubicie, kiedy ktoś wam przerywa? – zapytał, nie podnosząc nawet głosu.

Poskutkowało, kawalkada wesołków w jednej chwili zamilkła.

– Tak lepiej. Wiecie przecież, że jestem cholernie stremowany!

Mimo że Billy zdecydowanie nie mógł pochwalić się szczególnie imponującą posturą, żaden z osiłków nie ośmielił się choćby na moment spojrzeć mu prosto w twarz. Wszyscy solidarnie unikali wzroku szefa. Stali ze spuszczonymi głowami, jakby przerażeni swoją bezmyślnością. Szaleństwo “Demona z Kambridge” – mianem tym określiła go w jednym ze swoich artykułów właśnie Betty Haze – onieśmielało i czyniło ludzi uległymi. W obliczu tak niepoprawnej i nieprzewidywalnej osobistości niemal każdy człowiek czuł się zaszczuty i bezbronny, niczym zając pośród hordy wygłodniałych wilków. Nie ulegało wątpliwości, że ten zbrodniczy umysł był istnym epicentrum psychodelicznego obłędu. To powodowało niepewność. To powodowało lęk.

– Na czym to ja skończyłem, Pedro? – zapytał Billy swoją prawą rękę.

– Na hipermarkecie i rozpuszczonej sąsiadce, szefie.

– Aha. Czyli pierwszą część mamy już za sobą.

Boom uśmiechnął się tajemniczo, przyklasnął donośnie i zaczął zacierać ręce, oblizując przy tym obleśnie popękane usta.

– Pewnie uważasz mnie za egoistę, co? – zwrócił się ponownie do Betty Haze.

– Ależ skąd, panie Boom…

– O, daj spokój, laleczko – wtrącił. – Mów mi Billy, ewentualnie “Szanowny Demonie z Kambridge”, jak to przecież sama utytułowałaś mnie w jednym z tych popularnych szmatławców.

– Przepraszam. Nie chciałam cię urazić, Billy. – Betty starała się załagodzić sytuację.

– Ok, ok. Wróćmy do wątku: uważasz mnie za egoistę, czy może jest wręcz odwrotnie?

Czekając na odpowiedź, zdjął z głowy pasiastą czapkę, uszytą na wzór dziecięcy, ukazując wszystkim swoją niezwykle bujną i kręconą czuprynę, po czym, kiedy Betty już otwierała usta, dodał:

– Radzę mówić szczerze, bo kilku grabarzy pewnikiem zaciera teraz ręce, żywiąc głęboką nadzieję, że zaraz porządnie się wkurwię.

Słowa te jeszcze bardziej wybiły z rytmu dziennikarkę. Postanowiła być jednak szczera, wierząc, iż głównym celem przestępcy jest wzbudzenie możliwie największej sensacji. Chciała mu dać to, po co przybył. W jej opinii tak było bezpieczniej.

– Tak, Billy, uważam cię za egoistę – odpowiedziała w końcu, kiedy coraz bardziej znudzony Boom zaczął już się bawić, nerwowym ruchem wprawiając w ruch śmigiełko swojej tak uroczej, że aż przerażającej czapeczki. – Za nic masz prawo – kontynuowała –a szczególnie przekonania i uczucia obywateli Kambridge. Myślisz tylko o własnych zachciankach. Dla ciebie to zabawa.

Usłyszawszy taką opinię, goryle Billy’ego odruchowo przeszli w stan gotowości, kładąc palce na spustach swoich automatów. Wyczekiwali sygnału potwierdzającego egzekucję dziennikarki. Byli niemalże przekonani, że za chwilę nafaszerują kobietę ołowiem.

Nic takiego jednak nie nastąpiło. Mało tego, Billy Boom przejawiał wyraźne oznaki zadowolenia. Podobało mu się to, co usłyszał. Właśnie tego oczekiwał.

– Widzisz, Pedro, mówiłem ci, że to konkretna babeczka – powiedział, wprost nie posiadając się z radości.

– Znasz się na ludziach, szefie – odrzekł Pedro.

– Tak, to prawda – dodał inny bandzior, a po nim jeszcze kilku w podobnych słowach potwierdziło kwestie poprzedników, co zirytowało obiekt ich pochwał.

– Dość! – Billy uderzył pięścią w stół, powodując na jego pokrywie rozległe pęknięcie. – Ups, nie chciałem. Mam nadzieję, że producent pokryje koszty mojej wizyty?

– Myślę, że tak – odpowiedziała Betty.

– Świetnie. Możemy zatem kontynuować, a zajmować się teraz będziemy twoim błędnym przekonaniem, wedle którego jestem egoistą…

– A nie jesteś? – wtrąciła dziennikarka i szybko zorientowała się, że było to bardzo nierozważne zagranie.

– Jeszcze raz mi przerwij, a rozpierdolę ci łeb – zagroził Billy.

– Przepraszam.

– Przeprosiny przyjęte. – Podrapał się po głowie, jakby nieco skonsternowany. – Ej, Pedro! – nagle zwrócił się do “dentysty”, zbiegłego z zakładu karnego w Kambridge.

– Co jest, szefie?

– Wyciągnij z mojej torby butelkę z naklejką: “SAMO ZDROWIE” i podaj mi ją.

Mężczyzna spełnił prośbę Booma. Dziennikarce bardzo się to nie podobało. Pierwszą rzeczą, jaka jej wtedy przyszła na myśl, był kwas, który kilka miesięcy temu, podczas pokazu mody, wylądował na twarzy słynnej modelki, Jodie Schwarz. Autor tej przerażającej zbrodni siedział tuż obok, więc kobietę naturalnie przeszył dreszcz. Kiedy Billy odkręcał korek butelki, zbladła, przekonana o słuszności swoich podejrzeń.

– Coś nie tak? – Boom zauważył jej zachwianie.

– Nie, w porządku – skłamała.

Okazało się jednak, że tym razem zwyrodnialec chciał się po prostu odrobinę orzeźwić. Wylał sobie połowę zawartości butelki na głowę, potrząsając przy tym nią jak pies.

– Ach, od razu lepiej – powiedział. – Sprowadzam tą wodę ze specjalnego źródełka. Słono mnie to kosztuje, ale podobno robi dobrze na cerę. Chcesz spróbować?

Chwilę później pozostała w butelce woda wylądowała na głowie Betty Haze.

– No dobra, orzeźwiliśmy się, wypoczęliśmy, pora do pracy, panno Haze. Zastrzegam jednak, że tym razem nie będzie już tak gładko i przyjemnie. Zamienimy się rolami.

– Słucham? – zapytała zdumiona dziennikarka.

– Teraz ty będziesz gwiazdą, a ja łącznikiem przeciętnego obywatela ze światem pięknych i bogatych. Dobre, co? 

W ten sposób Billy chciał udowodnić rozmówczyni, że nie jest egoistą. Jego zdaniem prawdziwy egoista nigdy nie podzieliłby się sławą, choćby na moment schodząc na drugi plan. Poza tym miał kilka nurtujących go już od jakiegoś czasu pytań do Betty Haze.

– Pytanie numer jeden, panno Haze: Jaki mamy dziś dzień?

– Dzisiaj jest niedziela – odpowiedziała zażenowana dziennikarka.

Boom tylko pokręcił głową i wyciągnął zza dżinsowej katanki (podobnie jak czapka, dziecięcej) gigantyczny rewolwer, którego lufę skierował w sufit.

– Urr – zaryczał na wzór sygnałów informujących o złej odpowiedzi w licznych teleturniejach, po czym dodatkowo pociągnął za spust, powodując nieprawdopodobny huk. – Zła odpowiedź, panno Haze. Dzisiaj mamy dzień “bombowy”!

Billy wprost zanosił się od śmiechu. Rozpierała go duma. Uważał, że to był fantastyczny dowcip. Kiedy jednak zorientował się, iż tak naprawdę nikt poza nim samym nie docenił klasy żartu, spojrzał na swoich ludzi i powiedział:

– O, panowie, co jest z wami? Gdzie się podziało wasze poczucie humoru? – Pstryknął palcami, na co mężczyźni, zgodnie z oczekiwaniami szefa, zareagowali histerycznym śmiechem. – No, to rozumiem.

Cała szopka trwała jeszcze kilka minut. Ludzie Billy’ego Booma rżeli tak długo, aż ten dał im sygnał do zaprzestania, ponownie pstrykając palcami. Potem przeszedł do dalszej części wywiadu, tej już zdecydowanie bardziej intymnej dla dziennikarki.

– Tym razem nie będę oryginalny. Drugiego pytania zapewne się pani spodziewa – zastrzegł socjopata. – Kiedy do pani, jak się domyślam, soczystej i rozkosznej szparki, zakradł się pierwszy “zdobywca pucharów”?

Faktycznie, Betty Haze spodziewała się takiego pytania. Już od jakiegoś czuła, że ich “wywiad” zmierza w podobnym kierunku. Chcąc uniknąć śmierci, lub jeszcze gorszego losu – bowiem chora wyobraźnia Booma nie znała granic, co wielokrotnie już udowadniał – ponownie spróbowała wkupić się w łaski szaleńca. Tym razem postanowiła użyć swoich kobiecych atrybutów i wdzięku.

– A czy to ważne? – odpowiedziała po chwili pytaniem na pytanie. Ton jej głosu był niezwykle perwersyjny, niczym u topowej gwiazdy różowego biznesu.

– Cholernie ważne, panno Haze – potwierdził groźnie Billy.

– Nie wydaje mi się, panie Boom – mówiąc to, dziennikarka dyskretnie przysunęła się do rozmówcy, rozpinając w między czasie bluzkę, po czym, położywszy dłoń na jego kolanie, dodała: – Jestem przekonana, że ważniejsze jest to, do czego może dojść między nami na zapleczu.

Kiedy usta Betty już muskały wargi szaleńca, zgodnie z teorią absolutnego chaosu, której ten był przecież (podobno) zagorzałym zwolennikiem, jego reakcja zaskoczyła wszystkich zebranych. Odepchnął on mianowicie kobietę, tak że ta aż spadła z sofy, a następnie wstał, nachylił się nad nią i splunął jej prosto w twarz.

– Ależ, panno Haze, obraża mnie pani – zarzucił swojej rozmówczyni. – Z takimi rzeczami czekam do ślubu.

Kilku osiłków Booma nie wytrzymało i zaczęło chichotać, mimo iż całych sił próbowali się powstrzymać.

– Zamknąć się – warknął z zaciśniętymi zębami Pedro.

Tym razem Billy nie miał jednak swoim ludziom za złe takiej reakcji.

– Spokojnie, chłopcy, od tej pory możecie się śmiać, ile tylko dusza zapragnie. Zrobimy tutaj małe reality show – poinformował, po czym zwrócił się bezpośrednio do Pedra: – Pedro, bracie, musisz się trochę wyluzować.

Dalsza część programu rzeczywiście przypominała reality show, lecz do tego terminu należałoby również dodać przymiotnik “wyuzdane”, bowiem wulgaryzmy były wszechobecne, a głównie erotyczne podłoże – choć nie tylko – dotykało najczęściej sytuacji, o których nawet w mediach mówiło się rzadko, a jeśli już, to bardzo ogólnie. Pytania Billy’ego wchodziły wszakże w najdrobniejsze szczegóły – nie miał żadnej litości. “Czy zdarzyło się kiedyś, że pani chłopak/kochanek/małżonek naciskał na odbycie z panią stosunku analnego, a pani, pomimo świadomości, że tunel zawierał śladowe ilości kału, zgodziła się na natychmiastową penetrację?” “Czy uprawiała pani seks w budce telefonicznej?” “Czy sperma czarnego smakuje inaczej niż sperma białego?” “Czy kiedykolwiek masturbowała się pani za pomocą owocu/warzywa?” Czy puściła kiedyś pani bąka, zabawiając się ze swoim przełożonym?” “Jaka jest pańska ulubiona wędlina?” 

Z twarzy Betty Haze jeszcze długo po zakończeniu “Pralni” nie schodził rumieniec wstydu. Mogła wprawdzie kłamać, ale nie ulegało wątpliwości, że Billy Boom oczekiwał od niej solidnej dawki kontrowersji, toteż odpowiadała szczerze, co wystarczyło, ponieważ intymne aspekty życia kobiety opiewały w rozmaite świństewka.  Apogeum upokorzenia, chociaż już przynajmniej nie publicznego, a zarazem punkt kulminacyjny spotkania dziennikarki i szaleńca, nastąpił jednak po zadaniu przez niego ostatniego pytania, które brzmiało następująco:

– Czy wierzy pani w lepsze jutro?

Na to pytanie nie padła już odpowiedz, ponieważ, zanim Elizabeth Hazedy zdążyła jej udzielić, znowu zgasło światło, wybijając ją z rytmu. Zdezorientowana kobieta, pogrążona w czeluściach czerni, poczuła wówczas na wargach coś bardzo ciepłego i twardego, co napierało na nią.

Postanowiła nie stawiać oporu – otworzyła usta i wyobraziła sobie swoją pierwszą miłość, jeszcze z czasów akademickich. 

– Miałaś rację – rzekł spokojnie Billy, chwytając stanowczo głowę dziennikarki. – Jestem demonem i opętałem to miasto. A tak już trochę z innej paki – robisz to obłędnie, panno Betty “Fajne Cycuszki”. Następnym razem zrewanżuję się, obiecuję. – W tym momencie zaczął dochodzić, więc gwałtownie wyjął penisa z ust kobiety. – Wtedy nawet znajdziemy trochę czasu na małe “bum bum” – dodał drżącym z podniecenia głosem.

Po tych słowach deszcz spermy zalał twarz dziennikarki, i na tym się właściwie zakończyło. Kiedy lampy i reflektory znowu rozbłysły, bandyci znajdowali się już poza obszarem studia.

Oddziały antyterrorystyczne nie były w stanie zatrzymać socjopaty i jego świty, ponieważ w momencie, kiedy ci stali u bram wyjściowych, pod siedzibą stacji telewizyjnej zjawiło się niemal równocześnie dziesięć furgonetek z wyposażonymi w granatniki oraz materiały wybuchowe pozostałymi pomagierami. Część ludzi, którzy wcześniej zgotowali na ulicach Kambridge prawdziwe piekło – o czym później – rozpoczęła wówczas prawdziwe bombardowanie. Wśród całego zamieszania lider grupy oraz jego najważniejsi współpracownicy wymknęli się bez większych problemów.

 

***

 

Owe wydarzenia zapisały się później w annałach historii zbrodni jako najbardziej niepohamowany w swojej zuchwałości akt gwałtu na władzy, ponieważ jeszcze nigdy zorganizowana przestępczość nie uderzyła w sposób tak nonszalancki. Na łamach mediów, wszem i wobec, ogłoszona wówczas została cała prawda o Billym Boomie, który dał wszystkim ostateczne świadectwo ucisku, jakiego dopuścił się na obywatelach dwóch światów: podziemia, czyli świata twardego prawa, i powierzchni, świata demokracji. Podział ten nie miał już jednak większego sensu, gdyż granice systematycznie zacierał sam sprawca zamieszania. 

“Czysty chaos ujawnił swoje szpetne oblicze, drwiąc przy tym i pochłaniając resztki przyzwoitości oraz wiary w nadejście lepszego jutra milionów” – powiedział trzy dni później Edgar Shaw, podając się do dymisji.

Pamiętny odcinek “Pralni” był bowiem zaledwie wisienką na torcie. Pole rażenia Billy’ego Booma tamtego feralnego dnia sięgało znacznie dalej. Wiele osób pewnie zapyta: “Dlaczego pozwolono mu uciec? Gdzie była reszta, posiłki?” Odpowiedź jest prosta: negocjowała z porywaczami, którzy uprowadzili prezydenta Kambridge – a po co uprowadzili? Ano po to, żeby wypuścić go, upokorzonego i nagiego, trzy dni później; gotowego już do dymisji. Gdzie jeszcze była policja i wszystkie służby o podobnym charakterze? Może na równo stu interwencjach: napadach rabunkowych, egzekucjach, podpaleniach… W całej akcji czynny udział wzięło ponad trzystu przestępców. Każdy z osobna wiedział doskonale, co i o której godzinie ma uczynić – pełna synchronizacja.

Synchronizacja prowadząca do chaosu… czystego, choć wcale nie będącego pochodną przypadku. Wszystko trwało na tyle długo, żeby dać wystarczający pokaz siły, i na tyle krótko, żeby zdążyć przed interwencją wojska.

 

***

 

– Nawet człowiek o ilorazie inteligencji Whiterspoona wie, że nie należy srać we własnym gnieździe, Pedro. Po co niszczyć coś, co dostarcza nam tyle rozrywki? Musiałbym być jakimś jebanym megalomanem, żeby na to pozwolić. Widzisz, te ważniaki w sraczkowatych mundurach potrafią tylko niszczyć. Nie ma z nimi żadnej zabawy. To był pierwszy i ostatni wyskok na taką skalę.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Trochę mało fantastyki. Właściwie tylko absurd.

Jeśli to miał być humor, to do mnie nie trafił.

Imponujący rozmach zaplanowanej i wykonanej akcji, ale chyba niewiele z niej wynikło.

Z wykonaniem nie jest źle, ale czasem miałam wrażenie, że używasz słów, których znaczenia nie jesteś pewien.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka