- Opowiadanie: gringosso - Smocza przysługa

Smocza przysługa

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Smocza przysługa

– Do jaskini! Ale już! – usłyszałem donośny krzyk. Chcąc nie chcąc zwinąłem moje przepiękne i majestatyczne skrzydła, podniosłem pokaźnych już rozmiarów cielsko i powlokłem się do rzeczonej groty, łypiąc niechętnie swoim jadeitowym okiem na właścicielkę donośnego sopranu. – Spróbuj jeszcze raz wylecieć na polowanie do wioski bez mojej wiedzy i zgody, to ja już powiem ojcu i zobaczymy co on na to! – krzyk rozległ się ponownie.

Taa… – pomyślałem. – Ojcu. Ciągle ojciec i ojciec. Słyszę o nim ilekroć robię coś niezgodnego z jej zapatrywaniem, a tak de facto to nigdy go nie widziałem. Od mojego wyklucia się, gdy tylko zobaczył, że mam na głowie zaledwie jeden róg, a nie tak jak on – dwa – odszedł i już nigdy nie wrócił. Przynajmniej taką wersję opowiadała mi kiedyś matka. Niewiele pamiętam z tak wczesnego dzieciństwa.

Pewnie zastanawiacie się już, o co chodzi z tymi rogami, skrzydłami i całą tą resztą. Otóż, rzecz to dosyć prosta – jestem smokiem. Nie jakimś tam smoczkiem z bajki, fantazyjnie wielkim monstrum zionącym ogniem. Owszem, jestem wielki, ale bez przesady. Co prawda mam skrzydła, ale latanie (przynajmniej na razie) to raczej tylko i wyłącznie działanie psychologiczne. Nie jestem, niestety, zbyt zwrotny ani szybki, bardziej przypominam wielki latawiec. Może z czasem dojdę do większej wprawy, ale chwilowo jest jak jest. A co do zionięcia ogniem, to też cudów nie ma. Patrząc na to w nieco ludzki sposób przypomina to raczej wymioty lub coś z tych rzeczy. Totalnie nic przyjemnego. I strasznie męczy.

Wracając do tematu – matka, smoczyca imieniem Keyleene, mająca już ze dwa wieki na karku (dokładnego wieku sama nie jest pewna) to stosunkowo dobre matczysko, dbające o tyle o ile o swoje dzieci. Czyli o mnie. Podobno miałem jeszcze siostrę, ale nie wykluła się z jaja. Jakiś piekielny pomiot czy inne paskudztwo zjadło ją pod nieobecność naszej rodzicielki. Tylko znów czy smoczycę można nazwać rodzicielką? Przecież gady takie jak my wykluwają się z jaj. Jak już sami zauważyliście, mam w przerwach pewne skłonności do analizowania i filozofowania. Cogito ergo sum… Ale cóż, nieszczęścia chodzą po smokach. Matka jest złoto-brązowego umaszczenia. Opowiadała kiedyś, że w młodości każdy smok szalał na jej widok. Teraz pewnie też by tak było, ale już od dawna nie widziałem żadnego z przedstawicieli naszego gatunku. Może tu, w górach, jest im po prostu za zimno? No nie wiem, my radzimy sobie nawet nie najgorzej.

Aha, byłbym zapomniał się przedstawić. Przez całą tę awanturę całkiem zapomniałem o dobrych manierach. Jestem Semeuk. Mam szafirowo-granatowe ubarwienie i matka twierdzi, że jestem niesamowicie przystojny a kiedyś znajdę wspaniałą smoczycę. Mnie to jakoś niespecjalnie interesuje taka gadka o dorosłości, przyszłości, płci przeciwnej. Mam lepsze zajęcie. Te pogonie za śmiesznymi kudłatymi stworkami, co to je mamuśka nazywa owcami, są o wiele bardziej zajmujące niż szukanie innych smoków. Jeszcze mogłyby popsuć mi zabawę.

Mam około dwudziestu lat, co dla smoka jest wciąż wiekiem dziecięcym, dojrzałość bowiem osiąga się mając mniej więcej lat pięćdziesiąt. Wtedy można uznać, że dany jaszczur jest wystarczająco doświadczony, by rozpocząć samodzielne życie z dala od stada lub założyć rodzinę. Tak przynajmniej było dawniej, gdy jeszcze żyliśmy w stadach. Z tego, co opowiadała mi mama, od jakichś pięćdziesięciu lat, gdy zdarzyła się ta straszna katastrofa, zwana “Wyelko Ynkwyzyco”, ludzie zaczęli na nas polować. Wtedy Smocza Rada zadecydowała o rozproszeniu się i życiu w odosobnieniu, by Dwunogom trudniej było nas wytropić. Ale dosyć historii. Słyszeliście o Dwunogach? Nie lubię ich – są nudni. Nie rozumieją naszego języka (a przynajmniej nie spotkałem jeszcze takiego, który by rozumiał), mają dwie zamiast czterech nóg, nie mają skrzydeł ani ogona. Co to za zabawa biegać na dwóch krzywych kończynach? No przecież żadna. Te dziwne istoty nie lubią nas, smoków i boją się czy coś. Wymyślili sobie, że jedynym celem naszego życia jest plądrowanie ich wiosek i palenie domów oraz porywanie dziewic. Wiecie może co to takiego ten dziewic? Jakby nie było przyjemniejszych od tego zabaw, jak chociażby latanie w chmurach, czy gonienie się po górach. Ale to przecież Dwunodzy i nie da się ich zrozumieć.

Tak się rozgadałem, że zapomniałem całkowicie o przyczynie tej sytuacji, czyli o gonieniu tych kudłatych stworków, jak im było… owiec! Uważam to za świetną zabawę. No poza tym, że te całe owce są nawet smaczne, gdy je tylko pazurem oskrobać z futra (a pazury mam naprawdę mocne). Ale mama twierdzi, że nie powinniśmy na nie zbyt często polować, bo Dwunodzy bardzo się wtedy złoszczą (bardziej niż mama!) i ruszają w góry, zapakowani w szare łuski, wygrażając szarymi patykami i twierdząc, że nas wypędzą z groty. Raz już tak polowali – kostki po nich leżą gdzieś na dnie spiżarki. Musiałem więc koniec końców iść do swojego pokoju, gdzie zwinąłem się w kłębek (podpatrzyłem to zachowanie u jakiegoś stworzonka Dwunogów, bardzo włochatego i z oczami podobnymi do moich) i zacząłem rozmyślać.

Myśli moje natychmiast poszybowały w stronę Wielkiej Wody. Widziałem ją raz, gdy zapuściliśmy się w którąś bardzo mroźną zimę daleko na południe w poszukiwaniu pożywienia. Pływały wtedy po niej takie szare łupinki (tak przynajmniej wyglądały z mojej perspektywy). Gdy raz podleciałem do jednej z nich, okazała się dużym kawałkiem drewna, z białym czymś rozpiętym na kilku drewnianych patykach, no i oczywiście pełnym Dwunogów. Jedna z tych łupinek miała nawet czubek z przodu w kształcie głowy smoka – mam nadzieję, że nie była to prawdziwa głowa jakiegoś mojego wujka czy kuzyna! Przyjrzałem się jej z bliska i odetchnąłem z ulgą. Była jednak rzeźbiona w drewnie, tak jak i reszta tego czegoś – jak potem powiedziała mi mama, Dwunodzy nazywali takie łupinki statkami.

Wyobrażałem sobie, jak by to świetnie było być kimś w rodzaju morskiego smoka – ciekawe swoją drogą czy takie istnieją – poruszać się wśród fal na powierzchni, lub zagłębić się z gracją w największe otchłanie Wielkiej Wody, tak głęboko, jak to tylko możliwe. Skrzydła służyłyby mi wtedy być może do zmieniania głębokości zanurzenia, zamiast ognia wypluwałbym gorącą parę…

Moje rozważania przerwał gwałtowny huk. Mój pokój, a wraz z nim cała jaskinia zatrzęsła się nagle, a kilka kamyków oderwało się od sklepienia i spadło na ziemię. Usłyszałem krzyk Keyleene.

– Matko! – zawołałem nieco zaniepokojony. – Co się dzieje?

Jednak matka nie odpowiadała. Co prawda wstrząsy takie jak ten zdarzały się co jakiś czas, zawsze jednak byłem w stanie wyczuć je z co najmniej kilkugodzinnym wyprzedzeniem. Pełen niepokoju podniosłem się z kamienia, służącego mi za legowisko i ruszyłem w stronę wyjścia z jaskini. Przechodząc jednak obok sypialni matki, nie zobaczyłem jej tam. Było to tym dziwniejsze, że spędzała tam większość wolnego czasu – w końcu co mają do roboty dorosłe smoki na takim pustkowiu. Zawołałem ją raz jeszcze, ale znów nie doczekałem się żadnego odzewu. W końcu wyszedłem na zewnątrz i zaniemówiłem.

– Proszę, proszę, kogo my tu mamy. – Przed jaskinią czekało na mnie kilkunastu Dwunogów, o wiele więcej, niż kiedykolwiek do tej pory do nas zawitało. Głos zaś należał do wysokiego, ciemnowłosego człowieka z szarymi łuskami na prawie całym ciele oraz tym słynnym szarym patykiem, wiszącym u boku. Wkrótce miałem się przekonać, że miecz, bo tak zwali go Dwunodzy, jest groźną bronią w ręku wykwalifikowanego szermierza. Najprawdopodobniej był przywódcą zgromadzenia. Przypominał mi trochę jednego z nas, zważywszy, że w jego spojrzeniu płonął swego rodzaju ogień, wyzierała z nich dzikość i nieustępliwość, pierwotne instynkty. Był to wzrok psychopaty. Tak, my smoki, może wbrew pozorom, nie dość, że idealnie odczytujemy uczucia każdego gatunku stworzeń, z którymi się spotykamy, to doskonale wiemy, czym jest zachowanie nazywane przez Dwunogów psychopatycznym, jak również inne ich zwyczaje i postępki.

– Mały smoczek nie znalazł mamy i przyszedł do nas za nią. Kolejny mały morderca. Kto by pomyślał. Dużo was tam jeszcze siedzi? – kontynuował wysoki. Jest jeszcze jedna rzecz, o której zapomniałem wspomnieć. My, smoki, znamy wszystkie języki świata. Nie pytajcie, jak to się dzieje. Już będąc w jajku rozumiemy, co do nas mruczą rodzice. A po wykluciu jesteśmy w stanie zrozumieć mowę każdej istoty, bardziej lub mniej ludzkiej. Trochę gorzej jest z artykulacją, z powodu naszego rozdwojonego języka. Dlatego zwykle porozumiewamy się za pomocą telepatii, a przynajmniej czegoś w jej rodzaju – prosto do głowy rozmówcy. Tę śmieszną umiejętność posiadamy już w pierwszych latach życia. Jednak są rzeczy, które potrafią zagłuszyć ten sposób porozumiewania się – magiczne pęta. To dlatego nie mogła mi odkrzyknąć.

– Nie, sir – rzekł jego przyboczny. – Tylko ten jeden, w przeciwnym razie już by wyleciały na zewnątrz.

– Sprawdzić! Nie mamy czasu na domysły! – dowódca rzucił rozkaz i natychmiast do wnętrza rzuciło się pięciu ludzi z pochodniami i mieczami w rękach.

– Sir, czy mamy go spętać? – zapytał przyboczny, już owijając jakiś sznurek wokół dłoni.

– Nie trzeba. Przecież będzie spokojny. Czyż nie mam racji, mój mały? – wypowiedział ostatnie słowa z głową zwróconą w moją stronę.

Poczułem niepokój, który wzrastał z sekundy na sekundę, gdy po tych słowach podniósł rękę w moim kierunku. Gdy na poziomie moich oczu znalazła się dłoń, spostrzegłem w jej wnętrzu niebieski kamień. Było w nim coś pięknego i zniewalającego a jednocześnie śmiertelnie groźnego. Patrząc na niego doznałem wrażenia jakby ziemia uciekała spod moich łap, zupełnie jednak inaczej niż w przypadku wzbijania się w przestworza. Zamrugałem powiekami i ruszyłem jeszcze w stronę ciemnowłosego mężczyzny. To było jednak ostatnie z tego, co pamiętam.

 

***

 

Wilgoć. Wszędzie i zawsze. Od lat, praktycznie od wieków czuć tu było przeklętą, wszechobecną wilgoć. Prawdopodobnie już po wybudowaniu tego lochu, Smocza Rada jedna wie jak dawno temu, było tu już wilgotno. W ciemności coś się poruszyło i zachrobotało o klepisko. Dzięki wpadającemu do środka nikłemu światłu księżyca, błyszczącego pełnią tej nocy, można było rozróżnić co poniektóre kształty tego czegoś, co leżało na środku pomieszczenia. Wielkie cielsko, łuski wielkości dłoni, połyskujące jak szafiry, nietoperze skrzydła, w tym samym odcieniu, wielkie, zakrzywione szpony, każdy długości jednoręcznego miecza. Smok. Pradawne stworzenie z baśni rodem leżało przykute gigantycznymi łańcuchami do podłoża. Jednak mimo niespożytej wręcz siły i faktu, że przecież kajdany w stosunku do ogromu smoczego cielska były jak źdźbła trawy dla człowieka, stworzenie nie uwolniło się dotąd ze swojego więzienia. Być może dlatego, że pętały je oprócz metalu więzy jakiejś magii, a być może już nie pragnęło wolności – kto to wie?

Wtem na długich, krętych schodach do tego najprawdopodobniej najgłębszego ze wszystkich lochów świata, dało się słyszeć kroki. Kilka chwil później, gdy miarowe stąpanie stawało się coraz głośniejsze, do odgłosów dołączył widok odblasków płomieni, pełgających po ścianach pieczary, wzbudzających cienie i czyniących to miejsce jeszcze straszniejszym. Wreszcie oczom smoka ukazała się postać, która zechciała go odwiedzić. Był to mężczyzna, który zarówno lata młodości, jak i okres, który Dwunodzy zwykli byli nazywać „siłą wieku“, miał dawno za sobą. Pomimo jednak srebrzących skronie włosów i krótkiej brody w tym samym kolorze, zachował dumną i władczą postawę, co świadczyło, iż był może przywódcą czy nawet księciem. Bowiem spod obszytego gronostajami płaszcza wyzierał miecz tak żądny krwi wszelkich stworzeń, jak również bogato zdobione szaty, które nie mogły należeć nawet do najzamożniejszego ze szlachty. Ponadto w jego spojrzeniu widać było wciąż gorejący płomień, nie wiadomo czy był to odblask jego krwiożerczej natury i łuna wiosek, które przez niego spłonęły, czy też pochodząca z wnętrza nieustępliwość i hardość.

– Oho – zakiełkowała nagle w umyśle Semeuka myśl – czyżby znów chciał mnie nagabywać na zdradzenie legowiska moich pobratymców, czy może od razu mam ruszyć z nim na wyprawę przeciw mojemu gatunkowi? Wpada tu z tym pomysłem regularnie co pół roku, bijąc na głowę w rankingu punktualności nawet znudzonych strażników, rzucających mi co parę dni jakąś chudą owcę. Dziwicie się, w jaki sposób smoki mogą być aż tak dokładne? Powiedzmy, że to coś w rodzaju zegara biologicznego, za długo by wyjaśniać szczegóły. Zresztą ja sam nie jestem ich pewien. Najprawdopodobniej tak właśnie objawia się nasza, bądź co bądź legendarna, smocza intuicja. Pewne rzeczy wiemy. Ot tak – po prostu. W przypadku rzeczy wytworzonych czy uczynionych przez Dwunogów nie zawsze to działa, lecz jeśli chodzi o prawa natury i wszelkie zjawiska, jest bezbłędna.

Władca odchrząknął przerywając moje rozmyślania. Wyglądało na to, że oczekiwał jakiegoś powitania z mojej strony, może znaku, że zauważyłem jego przybycie. Niedoczekanie jego! Jeszcze tego by brakowało, żebym służył i uniżał się przed jakimś Dwunogiem. Co to, to nie! Bez żadnej reakcji patrzyłem bezczelnie prosto w jego oczy, przeszywając go na wskroś lodowatym wzrokiem. W końcu, po dłuższej chwili milczenia i tych wzrokowych zapasów, odezwał się pierwszy.

– A więc, smoku… – zawahał się, używając tego określenia. Nie wiem czemu, ale ludzie (jak sami siebie określają – nie mam też pojęcia, skąd to głupie słowo) nie lubią nas tak nazywać. Wolą proste, dosadne i jednoznaczne: skrzydlaty potwór.

– Rozważyłeś, mam nadzieję, moją propozycję? – podjął po chwili zawieszenia.

– Tę samą co zawsze? Aby wraz z Tobą palić, rabować, mordować niewinnych, zostawiając same pogorzeliska? Ależ oczywiście – parsknąłem ironicznie. – Już lecę, tylko przygotuj siodło i dobądź miecza.

– Nie strój sobie ze mnie żartów! – uniósł się nagle. – Jestem królem, a ty tylko skrzydlatą jaszczurką!

Podniosłem się gwałtownie, przysuwając pysk do jego twarzy na tyle, na ile pozwalały mi na to kajdany. Stało się to tak szybko, że mężczyzna zadrżał cały, ale nie cofnął się ani na piędź. Wiedział, jaki zasięg mają łańcuchy. Musiał być albo bardzo odważny, albo bardzo głupi. Po tylu latach – kto wie, co było bardziej prawdziwe. Kajdany zachrobotały o siebie, zatrzymując mnie w miejscu, czułem więc bardzo wyraźnie zapach króla. Byłem tak blisko niego po raz pierwszy od pięćdziesięciu lat. Pierwszy raz, odkąd mnie tu uwięził. Nie był to do końca zapach człowieka. Kto wie, kim lub czym on tak naprawdę był. Dwóch strażników, stojących dotąd za królem, ledwo widocznych w bladym świetle pochodni, dobyło mieczy i zbliżyło się nieznacznie, gotowych w razie jakiegokolwiek nieczystego zagrania z mojej strony obronić lub pomścić króla. Z doświadczenia wiem, że raczej czekałaby ich druga ewentualność, gdybym tylko chciał. Smoki są naprawdę szybkie.

– Jasssszzczurką powiadaszszsz? – specjalnie przemówiłem do niego nie za pośrednictwem telepatii, ale używając aparatu mowy. Mój głos był niesamowicie zniekształcony, ale chyba osiągnąłem zamierzony efekt. Król, czując na twarzy mój oddech, cofnął się niechętnie krok do tyłu, a strażnicy zadrżeli. – A chccceszszsz sssobaccczzyć co ta jaszszczczurrrka potrrrafffffii? – dodałem dla efektu rozkładając skrzydła.

– Dobrze, już, dobrze. Zachowaj spokój, smoku – mruknął niechętnie król. – Mam do ciebie interes, nie przyszedłem się przechwalać i wyzywać. Okaż może nieco szacunku dla mego wieku i powagi.

– Hahahahahaha…! – mój głos rozbrzmiał w jego głowie z taką siłą, jakby to była wielka, pusta jaskinia. Kto wie, czy naprawdę nią nie była. – Teraz to ty sobie żarty stroisz. Jesteśmy, jak widzisz, w podobnym wieku. Więc przestań chrzanić, mój drogi „staruszku” – starałem się, by mój głos ociekał ironią tak bardzo, jak to było możliwe – i przejdź do sedna. Skoro nie pomoc w walce, to co, mam ci może przypilnować księżniczki?

Kolejny głupi wymysł Dwunogów. Smok pilnujący księżniczki. Jakbyśmy naprawdę nie mieli nic lepszego do roboty, tylko siedzieć w wieży czy też pod nią i martwić się o cnotę jakiejś dziewoi, by mógł ją otrzymać odpowiedni, „prawowity” rycerz. Gorszych bzdur, jak żyję, nie słyszałem. Wiele zaś opowieści obiło się o moje uszy przez pół wieku siedzenia w tej norze, podsłuchanych z rozmów strażników, pilnujących mnie każdej nocy.

– Owszem, chodzi o księżniczkę – król odzyskał nieco rezon. – Lecz nie będziesz jej pilnował…

– Jak miło, że się o mnie martwisz i nie skażesz mnie na kolejne pół wieku nudzenia się, tym razem pod wieżą – wciąłem mu się w zdanie, głosem ociekającym słodyczą i wdzięcznością.

– … ale mam do ciebie prośbę – król kontynuował niezrażony, a moje oczy zaczęły wychodzić z orbit. On i prośba? Świat się wali czy co? Wstrzymał na chwilę oddech, po czym wyjaśnił o co prosił – przedmiot miał problem natury magicznej.

– Magicznej, powiadasz? – mruknąłem z niedowierzaniem. – Coś podobnego. A co też się tej twojej ślicznotce przydarzyło? – Na „ślicznotkę” położyłem specjalnie nacisk, gdyż wiele już słyszałem o przywiązaniu króla do ponoć niewiarygodnie pięknej córki, którą hołubił i rozpuszczał jak tylko mógł. Inna sprawa, że to było jedyne już jego dziecko, gdyż synowie pomarli w wyniku wojen, zamachów i trucizn.

– Niestety – mruknął niechętnie król. – Magicznej. Wszelka inne metody zawiodły, włącznie z wróżkami, czarownicami i innymi takimi, więc jesteś, jakby to powiedzieć… naszą ostatnią nadzieją – wreszcie wykrztusił ostatnie zdanie, chyba nie dowierzając sobie, co też wygaduje.

– Ostatnią nadzieją – rozkoszowałem się tymi dwoma słowami, prawie obracając je językiem w paszczy. – Po pierwsze, zdradź mi wreszcie ten wielki sekret, CO jej dolega, a po drugie, co JA właściwie będę z tego miał?

– A więc… można powiedzieć, że straciła serce. – wyjaśnił.

Moje oczy rozszerzyły się do wielkości mniej więcej okien w katedrze. Katedra w stolicy Dwunogów, nieopodal której miałem przyjemność być więziony i której dzwony słyszałem raz na jakiś czas, gdy udało im się przebić przez grube mury mojego więzienia, była ponoć największą z takich budowli w tym kraju. I prawdopodobnie na tej połowie kontynentu.

– Serce powiadasz… Dziwna sprawa. A jak to się stało? – jako, że udało mu się mnie zaciekawić, i to nawet bardzo, postanowiłem przynajmniej wysłuchać tej nieprawdopodobnej historii, a decyzję, czy mu w ogóle pomogę, zostawiłem na później. Przymknąłem oczy i dodałem: – Nie spiesz się, mamy dużo czasu. Nie pomiń żadnego szczegółu, każdy może być na wagę złota.

– A więc – rzekł król, siadając na stołku podanym przez jednego z gwardzistów – wszystko zaczęło się już przy jej narodzinach.

– Było dwanaście wróżek, magiczne prezenty i… – wtrąciłem z drwiącym uśmieszkiem, jednak przerwał mi w pół słowa.

– Nie, nie, nie. To tylko bajki. Nie było ani jednej wróżki, no raczej czarownica, a tak właściwie to jedna wstrętna baba, która szczerze i z oddaniem nienawidzi naszej rodziny. Na chrzciny córki zaprosiliśmy z żoną poselstwa okolicznych krajów, jednak pominęliśmy Estyrię, niegdyś naszego wiernego sojusznika, w ostatnich zaś czasach wiernego wroga. Gdy zaczęły się polowania na smoki, co miało miejsce wcześniej niż przypuszczasz, bowiem już około stu lat temu…

– Tak, wiem, słyszałem. Od Keyleene – mruknąłem.

– Od kogo? – zdziwił się król.

– Od mojej matki.

– Tej, którą zab… znaczy złapaliśmy pół wieku temu?

– Tak. Nie żyje?

– Jakby ci to powiedzieć… – zawahał się władca.

– Wprost – rzuciłem. Chciałem znać po prostu prawdę, po tylu latach praktycznie pogodziłem się z tym, że już jej nie zobaczę. Chociaż smoki dożywają czasem i do pół tysiąclecia, tu panowały inne warunki. Wśród ludzi nie znaliśmy pokoju ani praw współżycia. Jedyne prawo to zabij lub zgiń.

– A więc została zabita wkrótce po tym, jak tu trafiłeś. Odeszła szybko i bezboleśnie – podjął po chwili.

– Przerobiona na mięso? – rzuciłem sarkastycznie. – Ale nie, nie przeszkadzaj sobie, kontynuuj opowieść. Nie chcę o niej rozmawiać. Nie z tobą.

– Estyria… to królestwo nie sprzymierzyło się z Wielką Inkwizycją, ale postanowiło chronić smoki za wszelką cenę. Jako że my się z tym nie zgadzaliśmy, podobnie zresztą jak prawie cały Zachód, znienawidziliśmy się. Oficjalnej wojny nigdy nam nie wypowiedzieli, ale wiem, że wielu szpiegów ratowało smoki przed nami, pomagając im w ucieczce lub po prostu przerzucając za granicę. Do was, to znaczy do ciebie i twojej matki też podobno ktoś był wysłany, ale nie zdążył dotrzeć. Zresztą, nieważne. Wracajmy do sedna. A więc, mimo braku zaproszenia, przybyła wówczas na uroczystość również delegatka Estyrii, któraś z ważniejszych person na dworze króla Esterwalda. Jak się później dowiedzieliśmy, bardzo utalentowana magicznie. Wszyscy zebrani wypowiadali po uroczystości pomyślne życzenia dla mnie, mej żony i – przede wszystkim – naszej córki. Tylko Estyrka powstrzymała się od mowy. A przynajmniej od błogosławieństwa. Powiedziała bowiem tylko jedno zdanie, brzmiało mniej więcej tak: „Będziesz piękna, mądra i wszelako obdarzona, ale stracisz serce przez drakona; bez smoka pomocy, zapadniesz się w otchłań nocy”.

– Ciekawe, ciekawe – odparłem, gdy król zawiesił na chwilę swoją opowieść. Czarownica? Wierzyć mi się nie chciało w takie brednie. Jednak gdzieś w podziemiach mojej świadomości pulsowało czerwone światło, oznajmiające, że odegram ważną rolę w tej bajce. Zaniepokoiło mnie to trochę, bo dawno nie miałem takich sygnałów, a moja intuicja nigdy mnie dotąd nie zawiodła. – No dobrze – rzekłem. – Była sobie czarownica. Ale co ma z tego wynikać? Jakie nieszczęście natury magicznej? Jak na razie to tylko bzdury nieco nawiedzonego bajarza.

– Słuchaj więc dalej – mężczyzna podjął opowieść. Wraz z każdym słowem, jego sylwetka przygarbiła się, jak gdyby zdawał sobie sprawę z upływu lat i tracił wewnętrzną siłę. – Mijały lata od uroczystości, nic nie wskazywało na to, że przepowiednia miała się w jakiś sposób spełnić. Raz, że nikt nie miał pojęcia, kto lub co to w ogóle jest drakon, a dwa, że nie jesteśmy jakoś specjalnie przesądni. Ot, przyszła, powiedziała i poszła, po cóż drążyć temat. Błogosławieństwa zaś to po prostu tradycja.

– Serio? Tradycja? – zapytałem z niedowierzaniem. – Czy wy macie jakiekolwiek pojęcie o magii? Poza kryształami stosowanymi podczas polowań na smoki oczywiście – dodałem.

– Tak w sumie to nie… – zastanowił się król. – A kryształ to raczej w liczbie pojedynczej. Jeden, stary szafir, który nosimy na szczęście, w prawej rękawicy, począwszy od mojego dziada, który otrzymał go w niewiadomych okolicznościach. Zadziałał tylko na ciebie i jeszcze chyba na jednego smoka, ale to było jeszcze przed moimi narodzinami. Tak wspominał ojciec. Tamten smok był podobny do ciebie, ale miał dwa rogi.

Czyżby mówił o moim niechlubnym ojczulku? – zastanowiłem się. – Prawda byłaby więc nieco inna, niż twierdziła matka. Ojciec nie uciekł, ale został złapany, i – najprawdopodobniej – zabity przez króla. Kto by pomyślał…

– Zresztą to już nie takie ważne, wierzymy w magię czy nie – kontynuował król.

– Może dla ciebie – znów wtrąciłem swoje trzy grosze. – Wiara w magię to bardzo ważna rzecz. Kto wie, czy jeszcze ci o tym nie przypomnę, w o wiele ważniejszej chwili. Ja, lub ktoś inny.

– Tak czy inaczej – władca próbował przejąć inicjatywę w rozmowie – księżniczka rosła, rozwijała się i tak dalej, a wszystko wydawało się być w porządku. Poza jednym – miała nie najlepszy charakter. W dzieciństwie bywała po prostu okrutna, na szczęście staraliśmy się temperować jej – mordercze w stosunku do zabawek czy zwierzątek – zapędy. Gdy podrosła bardziej, zamykała się w komnacie, nie nawiązywała kontaktu z rówieśnikami, służbą, a z najbliższą rodziną tylko w najniezbędniejszych przypadkach. Była mimo to wykształcona, oczytana, błyskotliwa i niezwykle piękna. Pomimo jednak tego wszystkiego, nie potrafiliśmy znaleźć dla niej kandydata na męża, bo każdego zbywała. W końcu jednak, mając lat prawie dwadzieścia, nie znalazła ani jednego przyjaciela czy bliskiej osoby, czas spędza wciąż nad starymi manuskryptami o wojnach, magii i zakazanych praktykach… i, co najgorsze, praktycznie nas nie zauważa. traktuje jak obcych, gorzej jak powietrze. Przez swoje zachowanie doprowadziła do ciężkiej zgryzoty moją żonę, a ja sam jeżdżę to tu, to tam szukając dla niej pomocy.

– I to już wszystko? Złe wychowanie, rozpieszczona dziewczyna, ot co. Wielkie robisz zamieszanie królu, o nic – zaśmiałem się, gdyż nie dostrzegłem w całej tej opowieści nic zdrożnego. Po prostu kolejna królewna, która ma zbyt wielkie mniemanie o sobie.

– No.. nie do końca. Wszystko to może i by było takie, jak twierdzisz. Poza jednym zdarzeniem. Kilka lat temu, buszując po zakamarkach skarbca, znalazła stary miecz. Wyglądał jakby był zrobiony z czarnego kryształu. I owszem, ładny, ostry, niczego sobie. Nie rozstaje się z nim jednak od tamtego czasu, a gdy kiedyś jeden z jej zalotników, przyjaciel któregoś z królów Zachodu, według niej zbliżył się do niej za bardzo, w sumie podchodząc tylko i ofiarując kwiat, dobyła szybko miecza i rozpołowiła go wzdłuż. Po czym odeszła jak gdyby nigdy nic, do sali jadalnej, na kolację.

– Racja – mruknąłem. – Jeść tak zaraz po walce, to trochę niesmaczne – zachichotałem, i, spodziewając się wybuchu, dodałem szybko: – Dobrze, już, dobrze, koniec żartów. Przynajmniej na razie.

– Co więc powiesz na to wszystko? – zapytał, nie komentując, ale za to łypiąc na mnie krzywo.

– Powiem, że … – zawahałem się. – Nie wiem – odparłem w końcu z rozbrajającą szczerością. – Nie spotkałem się z niczym takim w czasie mojego, jakże krótkiego życia. Po pomoc w rozwiązaniu tej zagadki musiałbyś się udać do Smoczej Rady, o której zapewne musisz coś wiedzieć, lub do Smoczej Biblioteki. Obawiam się jednak, że obydwie te instytucje już dawno nie istnieją.

– O Smoczej Bibliotece nie słyszałem – rzekł król. – Zaś co do Smoczej Rady, to podług pogłosek, ostatni żyjący jej przedstawiciele schronili się, a jakże, w Estyrii. Ty mógłbyś, co prawda, tam lecieć i dowiedzieć się czego trzeba, jaką bym miał jednak gwarancję, że powrócisz i mi pomożesz?

– Żadnej – odpowiedziałem, szczerząc zęby. – Nie miałbyś żadnej gwarancji, chyba że byś mnie faktycznie przekonał do tego wszystkiego. Wtedy dałbym ci słowo smoka, co znaczy więcej niż jakakolwiek wasza przysięga, Dwunogu. Jak na razie jednak to ci się nie udało.

– Co więc muszę zrobić, aby cię przekonać?

– A co masz mi do zaoferowania? – zapytałem. Tak, wiem, co powiecie, tu człowiek w potrzebie, biedny znękany ojciec, a ja jestem materialistą. Ale coś przecież musiałem na tym ugrać. Nie będę się rozbijał po kontynencie za jakąś mrzonką, a potem wracał i wykonywał niepojęte, jak sądzę, zadania, by nic z tego nie mieć i dalej tkwić w okowach.

– Poza wolnością? – zastanowił się król. – Skarby?

– Chyba żartujesz? – mój śmiech znów napełnił jego głowę. – Czyż nie mogę po prostu napaść na skarbiec twój czy innego króla Zachodu i mieć ich całą jaskinię? Nie, złotem mnie nie kupisz. Nie jestem Dwunogiem.

– A… czymś równie błyszczącym, za to o wiele cenniejszym?

– Masz na myśli klejnoty magii? – zapytałem drwiąco. – Czyż sam nie jestem jej pełen? Co prawda zdarzają się naprawdę potężne klejnoty, jak ten, który masz od swego dziadka, jednak magia mnie nie interesuje. Zaproponuj coś ciekawszego.

– Nie miałem na myśli klejnotów – odparł król, sięgając pod płaszcz, który w jednym miejscu był wyraźnie wybrzuszony. Zawahał się jednak na chwilę.

– Co więc takiego, mój drogi „rówieśniku” – postanowiłem pokpić z niego jeszcze trochę. Zasługiwał według mnie na to, a sprawa przybierała powoli niezbyt ciekawy obrót. Wyglądało na to, że będę się bawił w niańkę jakiejś rozkapryszonej księżniczki, gotowej w dodatku przy kiepskim humorze uciąć mi głowę.

– Jak już powiedziałem, coś błyszczącego – podjął, wyciągając zza pazuchy worek, większy od jego dłoni. Dla mnie wydawał się jednak śmiesznie malutki. Pomyślałem, co też on tam może trzymać. Jednak gdy go otworzył, wręcz uderzyła we mnie fala magii, wyczuwalnej, potężnej i pierwotnej – smoczej. Płynęła z tego zawiniątka, a w zasadzie z przedmiotu w nim ukrytego. Zastanawiałem się potem przez długie miesiące jak on też potrafił ukryć tak niesamowitą rzecz, w dodatku w taki sposób, bym jej nie wyczuł. Doszedłem jednak do wniosku, że to przypadek, po prostu musiał TO w owym worku znaleźć. Żadna inna interpretacja nie wydawała mi się rozsądna.

Przedmiotem zaś, który w tym zawiniątku się znajdował, było smocze jajo. Piękne, owalne, mieniące się w blasku pochodni szmaragdową zielenią jajo, z którego może wykluć się kolejny smok, mój rodak.

– Skąd to masz?! – poderwałem się, stając na tylnych nogach i jednocześnie rozkładając skrzydła, co było nie lada wyczynem w stosunkowo niewielkim (jak dla smoka) lochu. Zaraz jednak musiałem opaść z powrotem na cztery łapy, gdyż niechybnie nabiłbym sobie nie lada guza, przy okazji załamując sklepienie. Król jednak nawet na mnie nie spojrzał, wbijając wzrok w przedmiot trzymany w dłoniach i gładząc go delikatnie.

– Szczerze to nawet nie jestem pewien. Dostałem je od ojca, on zaś nigdy nie wyjawił mi, skąd znalazło się w mojej rodzinie. Po prostu pewnego dnia kazał mi go pilnować bardziej niż oka w głowie. Ja zaś, w przeciwieństwie do niego, w jakiś sposób odkryłem, że nie jest to po prostu gigantyczny klejnot, ale coś więcej. Ten blask pochodzi ze środka jaja – Dobrze mówię? To smocze jajo? – nie jest zaś w żaden sposób odbiciem światła dnia czy blasku pochodni.

Cóż – zastanowiłem się. – Równie dobrze mogła to być moja siostra, wcale nie zjedzona przez jakieś szkodniki, ale po prostu ukradziona przez któregoś z poddanych króla, a może nawet i jego ojca z naszego gniazda, jak też po prostu jakiekolwiek inne smocze jajo, być może nawet jednego z potężniejszych smoczych rodów, patrząc po tak nieskazitelnym blasku i przepięknej barwie. Ciężko mi sprecyzować, jak już wspomniałem, jestem bardzo niedoświadczonym smokiem.

– Hmm… no dobrze. Powiedzmy, że podjąłbym się tego zadania… czy wręcz misji, o którą mnie PROSISZ, mój drogi. Jednak postawię kilka warunków.

– Niech ci będzie – odparł zrezygnowany król. Siedział w moim lochu już kilka godzin, i najwyraźniej miał dosyć pertraktacji, chciał po prostu jak najlepiej dla swojego dziecka. Trochę mnie tym ujął. Jednak musiałem postawić na swoim – jak zawsze.

– A więc, po pierwsze – jajo. Po drugie – wolność, zapewniona niezależnie od powodzenia misji. Wydasz w swoim królestwie dekret o mojej niezależności i neutralności, ważny od chwili wydania aż do mojej śmierci. Po trzecie zaś… nigdy już nie będziecie wyruszać na polowania w góry. Jeśli jakiś smok tam się kiedykolwiek zadomowi, co zresztą nie jest takie pewne, masz obowiązek zostawić go w spokoju i w jakiś sposób dogadać się z nim co do jego żywienia – wyszczerzyłem się do króla. – Rozumiemy się?

 – Tak, tak, tak. Ty zaś masz mi dać swoje słowo, smocze czy jakieś tam inne, że powrócisz tu z królewną, całą, zdrową i uwolnioną od klątwy. Umowa stoi?

– Stoi. Wyciągnij przed siebie prawicę rękę, królu.

– Po co? – zdziwił się władca.

– By przypieczętować nasz układ – odparłem. – Aha, zdradź mi jeszcze swoje imię.

– Tangred.

– A więc, Tangredzie – rzekłem. – Związuję cię umową pomiędzy wiecznym, a śmiertelnikiem, smokiem a człowiekiem. Jeśli któryś z nas jej nie dopełni, niech jego popioły użyźnią ziemię, a jego dusza niech nie zazna spokoju – wypowiadając uroczystą formułę, szybkim ruchem wbiłem szpon w jego dłoń i zaraz szybko go wyciągnąłem. Strażnicy doskoczyli z uniesionymi mieczami, gotowi – w ich mniemaniu – posiekać mnie na plasterki, a król zawył i złapał się za rękę. Ja jednak ani drgnąłem. – Spokojnie, spójrz na swoją rękę, czy masz tam jakąkolwiek ranę? Nie, możesz spokojnie władać mieczem – Król ze zdziwieniem obejrzał dłoń, faktycznie, zdrową jak przedtem. Jedynym śladem po moim szponie była srebrna blizna, widoczna na jej środku. Słyszałem o tej formie zawierania umów jeszcze od matki. Wiązało to strony o wiele mocniej, niż jakiekolwiek słowo czy przysięga – to pradawna magia smoków. W sumie ta niewielka jej cząstka, którą rozumiałem i o której wiedziałem.

– A teraz, królu, czekam na trzy tłuste owce, jeszcze dziś wieczorem. Jutro zaś ruszam w drogę – niech twa córka będzie gotowa. Tylko proszę, bez żadnego miecza, nie chcę zostać zaszlachtowany chyłkiem w nocy. Ani sprzątać po niej trupy, gdybyśmy się gdzieś po drodze zatrzymali.

– Zobaczę co da się zrobić – odparł człowiek, po czym prawie wybiegł po schodach, a za nim dwaj strażnicy, nieudolnie próbując nadążyć za władcą. Proszę, proszę – pomyślałem. – Niby taki stary, a jak wiele tkwi w nim jeszcze siły…

 

***

 

Królewna stawiła się w miarę punktualnie, natychmiast o wschodzie słońca, i – o dziwo – nie miała większych obiekcji co do podróży ze mną. Co więcej, korzystając niejako z jej buntu przeciw rodzicom, udało się mi wyperswadować im konieczność zabrania dwóch szaf ubrań na zmianę i trzeciej bielizny (ciekawe gdzie ja bym to wziął…) ograniczając bagaż podróżny do tego co miała na sobie, czyli prostego, czarnego, żołnierskiego ubrania. Do tego wzięła ze sobą (na to niestety nie miałem już wpływu) czarny miecz i sakiewkę złota, na wydatki w czasie podróży. Szczerze wątpiłem, że po drodze zahaczymy o jakąkolwiek karczmę czy zajazd, nie wspominając o bardziej luksusowych przybytkach, ale niech się dziewczę łudzi. Kto tam wie, co nas tam po drodze czeka.

Do przebycia mieliśmy na oko jakieś trzysta staj. Na oko, bowiem mapy ojczulka króla nie były zbyt dokładne. W każdym razie mniej więcej taka odległość dzieliła stolice królestwa Tangreda i Estyrii. Spodziewałem się tam dotrzeć za jakieś dziesięć dni, o ile oczywiście nic nam nie przeszkodzi. Szybko odbębniliśmy niesamowicie wylewne pożegnanie (choć tylko ze strony rodziny królewskiej, sama zainteresowana ograniczyła się do krótkiego „Do zobaczenia!”) i ruszyliśmy w drogę.

W czasie drogi nie rozmawialiśmy wiele. W zasadzie to poza ustaleniem miejsca noclegu tuż przed zapadnięciem zmroku i szybkiego podziału obowiązków, nie zamieniliśmy ani słowa. Prowizoryczny „obóz” rozbiliśmy w małej jaskini, mniej więcej trzydzieści staj na wschód od stolicy królestwa miłościwie nam panującego Tangreda. Ja ruszyłem w poszukiwaniu czegoś na ząb dla siebie i małej, a jej kazałem zatroszczyć się o trochę drewna, by było się czym ogrzać się w nocy i upiec to, co uda mi się schwytać. Po niecałej godzinie wróciłem z dorodnym jelonkiem – trzeba przyznać, lasy królestwa obfitowały w piękną zwierzynę – jednak królewna nie wyglądała na zainteresowaną czymkolwiek poza sobą. Siedziała tylko z zamkniętymi oczyma i skrzyżowanymi nogami na środku jaskini, trzymając miecz na kolanach. Zdziwiło mnie to nieco, takiego zachowania się bowiem po pannicy jej urodzenia nie spodziewałem. Rzuciłem więc jelonka obok wejścia do jaskini, zbliżyłem się do niej najciszej jak umiałem, i trąciłem ją w ramię pazurem.

– Te, lady – mruknąłem. – Koniec medytacji, trzeba zorganizować ognisko. Drewno samo się nie przyniesie.

Jej reakcja była kolejną rzeczą, która zaskoczyła mnie tego dnia. Podniosła się z klęczek z niebywałą szybkością, jednocześnie dobywając miecza z pochwy i zamierzając się na mnie. Jednak, chwała moim niezwykle wyczulonym zmysłom i nabytym reakcjom, w jakiś sposób pół sekundy wcześniej wiedziałem co robić – przystawiłem jej szpon do gardła nim zdążyła wykonać choć krok w moją stronę i krzyknąłem wprost do jej głowy.

– Hola! Tylko bez takich! Uspokój się! Nakazuję ci odłożyć miecz i spojrzeć mi prosto w oczy… – rozkazałem głosem nie znoszącym sprzeciwu. Królewna jak zahipnotyzowana wykonała polecenie, wbijając we mnie swe ongiś ponoć błękitne jak samo niebo, obecnie zaś czarne jak noc studnie źrenic. No to ładnie – pomyślałem. – Widać czarownica wiele się nie pomyliła. Jej serce wydaje się być czarne jak jej oczy – każdy, nawet najmniejszy smok wie, że to właśnie oczy są zwierciadłem duszy i w nich można dostrzec obecny stan, w jakim znajduje się nasze serce. Postanowiłem więc wziąć sprawy w swoje ręce już teraz, gdy jeszcze mogę coś zdziałać. Ale do tego potrzebuję jej imienia, pytanie jednak czy zdradzi mi je dobrowolnie? Smocza łuska, mogłem o to zapytać tatunia zanim wylecieliśmy. Teraz zaś trzeba kombinować.

– Jak masz na imię? – mój głos brzmiał w jej głowie niczym dzwon, ona zaś pozostawała pod wpływem jakiegoś zaklęcia czy też uroku, rzuconego przeze mnie w sumie nieświadomie. Jednak udało mi się osiągnąć zamierzony efekt.

– Tehha – odparła nieswoim głosem.

– Tehho, wlewam w ciebie mój smoczy płomień, oczyszczam twoje serce! – postanowiłem rzucić wszystko na jedną kartę. A nuż się uda? – przeszło mi przez myśl.

Wraz z tymi słowami, jej źrenice pojaśniały, migając przez chwilę, jakby zastanawiały się czy mają na powrót być błękitne, czy wciąż czarne. Jednak zdecydowały się jedynie nieco rozjaśnić. Zawsze to już coś – pomyślałem. – Może nieodpowiednia formuła, a może moja magia jest za słaba.

Po wszystkim królewna zachwiała się lekko, więc musiałem nieco ją przytrzymać i posadzić na ziemi. Sam zaś udałem się po kilka szczap drewna, by rozpalić w końcu jakie takie ognisko. Gdy wróciłem, zastałem ją odzierającą już ze skóry jelonka za pomocą noża, który najprawdopodobniej zabrała ze sobą w cholewie buta. O dziwo, uśmiechała się. Miecz stał oparty o ścianę w kącie jaskini. Jednak nie powiedziała nic na mój widok, wskazała tylko ostrzem jelonka i poszła zakopać skórę. Rozpaliłem szybko ognisko, przy którym spędziliśmy w milczeniu jakiś czas, nasłuchując wieczornego koncertu świerszczy i patrząc, jak powoli zapada zmrok. Żadne z nas nie odezwało się już ani słowem, jednak to milczenie było w pewien sposób przyjemne. Na pewno zaś nie wrogie.

Kolejne dni upływały szybko, w bardzo podobny sposób. Nawet nie zauważyliśmy, jak przekroczyliśmy granicę królestw, ludzie zaś spotkani w Estyrii okazali się nawet przyjaźnie nastawieni, ofiarując od czasu do czasu, gdy się zatrzymywaliśmy krążek sera czy bukłak wina. Nie pytali o powód czy cel nietypowej – według mnie – podróży. Być może u nich latanie na smokach było normalne. Kto wie?

Księżniczka zaczęła tolerować moją obecność, powoli nawiązała się między nami pewna nić porozumienia. Mniej więcej w połowie podróży spała już spokojnie u mego – było nie było bardzo ciepłego boku – i zaczęła opowiadać różne sytuacje czy szczegóły ze swego życia. Stwierdziłem pozytywny wpływ mojej magii na nią i na szczęście nie musiałem powtarzać zabiegu z pierwszego dnia naszej podróży. Sam nie wiem, czy byłbym na niego gotowy. Nigdy zresztą już nie widziałem potem, by zdarzyło się jej tak medytować czy trwać w zawieszeniu jak wówczas.

 

***

 

Dziesiątego dnia, wkrótce przed zachodem słońca, znaleźliśmy się na głównym placu stolicy Estyrii. Jak zauważyłem, smoki były tu niezwykle mile widziane, a lądując kątem oka dostrzegłem nawet coś w rodzaju pałacu czy zajazdu dla naszego gatunku, mieszczącego się na wschodnim placu miasta. Zapytawszy gwardzistę o drogę, udaliśmy się wprost do pałacu króla. Zdziwiłem się, bo dostąpiliśmy zaszczytu audiencji prawie, że natychmiast po przybyciu na miejsce. Słudzy zaoferowali nam jeszcze kąpiel, zanim się tam udamy, na którą zgodziliśmy się obydwoje z równą ulgą i wdzięcznością. Wkrótce potem stanęliśmy przed obliczem władcy.

– Witaj, o wieczny – powiedział Esterwald. Muszę przyznać, że jego postać budziła szacunek. Był postawnym, nieco już szpakowatym mężczyzną, bardzo muskularnym. Nie nosił na co dzień zbroi, lecz piękny brązowo-złoty płaszcz, narzucony na szmaragdową tunikę. Przy boku również nie wisiał żaden oręż, co uznałem za niebywałą pewność siebie. Nieco mi przez to zaimponował. Oczywiście w sali znajdowało się przynajmniej z tuzin gwardzistów, gotowych na każdą, nawet najlżejszą oznakę zagrożenia, by bronić swego władcy. – Jak brzmi twoje imię i jaki jest cel twej podróży? – zapytał, skłoniwszy głowę.

– Zwą mnie Semeuk, królu – odparłem, lekko chyląc łeb. – A to jest Tehha, córka Tangreda – postanowiłem zagrać w otwarte karty. Od niego oczekiwałem szczerości, czemu więc sam miałbym jej nie okazać? – Przybywam wraz z nią do ciebie w pokoju, pomimo nieprzyjaźni dzielącej wasze narody i jednocześnie ręczę za nią. Zachowa neutralność, dopóki będzie tu ze mną.

– Wierzę ci, wieczny. Twe słowo mi wystarcza. Jaka jest więc ta prośba, z którą do mnie przybywacie?

– Potrzebuję zasięgnąć opinii i rady jednego z członków Smoczej Rady lub któregoś ze Starszych, którzy opiekowali się Smoczą Biblioteką. Niepokoi mnie pewien bardzo ważny problem natury magicznej, i tylko smok jest w stanie mi pomóc.

– Rozumiem, dostojny Semeuku. Uczynię co w mojej mocy, by ci pomóc. Zrobię to z największą przyjemnością, nie oczekując zapłaty ani za wasz pobyt, ani za wszystko, czego ci udzielę, pamiętaj o tym. Samo to, iż gościsz w mym domu, będzie największą zapłatą – rzekł król, ponownie wykonując lekki ukłon w moją stronę. Zdziwiłem się niezmiernie, choć oczywiście nie dałem tego po sobie poznać. Strasznie on coś miły. Muszę być czujny, coś takiego nie zdarza się często.

– Dziękuję ci więc bardzo, Esterwaldzie, niech sprzyjają ci twoi bogowie twojemu domowi po następne pokolenia. Pozwól mi więc przejść do meritum – gdzie znajdę tego, którego poszukuję?

– Jest nim Yedda Czarny. Znajdziesz go na zachodnim krańcu miasta, w wielkim obserwatorium. Często wpatruje się w gwiazdy i – o ile mi wiadomo – jest jedynym, który przeżył działalność Wielkiej Inkwizycji i miał styczność z Wielką Smoczą Radą. Tymczasem po wizycie u niego, zapraszam ciebie i twą przyjaciółkę, abyście spędzili w naszym królestwie kilka dni, wypoczywając i nabierając sił przed powrotną podróżą.

– Dziękuję ci raz jeszcze. Waga mej misji nie pozwala mi jednak nadużywać twej gościnności dłużej niż to jest wymagane. Prosiłbym jedynie o nocleg i kolację po rozmowie z Yeddą.

– Będziesz miał to zapewnione – król skinął ręką, dając znak, że koniec audiencji. – Dostaniecie przewodnika, który zaprowadzi was prosto do celu. Bądź pozdrowiony – dodał król, po czym oddalił się w kierunku jednego z gwardzistów. Ten zaś, po wysłuchaniu rozkazów, wybiegł z komnaty, po czym wrócił prowadząc czarnowłosego młodzieńca.

– To Hega, o wieczny, wasz przewodnik. Zaprowadzi was do celu. Bądź pozdrowiony.

Kiwnąłem głową, po czym spojrzałem na królewnę. Ta tylko wzruszyła ramionami, jak gdyby takie płaszczenie się uważała za normalne. Westchnąłem i ruszyliśmy za przewodnikiem, przez rozstępujący się na nasz widok tłum mieszczan.

Obserwatorium Yeddy Czarnego było wielkim budynkiem, z równie monumentalnymi drzwiami i tubusem, wystającym z kopuły gdzieś pośrodku niej samej. Przewodnik zostawił nas pod drzwiami, twierdząc, że nie może zakłócać spokoju czcigodnego Yeddy bez jego wyraźnego rozkazu, musieliśmy więc sami stawić się przed jego obliczem. Smok znajdował się w największej sali, stał oparty o rozsunięty dach kopuły, obserwując przezeń wieczorne niebo.

– Witaj, o Dostojny Członku Wielkiej Smoczej Rady… – zacząłem, nie będąc pewnym, jak powinienem się przywitać z tak ważnym smokiem. On jednak machnął łapą.

– Siadaj, Semeuk – rzekł. – Moje imię też chyba znasz, więc, proszę, używaj go i niczego innego. Smocza Rada już dawno nie istnieje. W dodatku nie jestem pewien, czy znam na tyle jej tajemnic, by być w stanie wam pomóc. – Królewna była nie mniej zaskoczona niż ja przemową czarnego smoka. Nie mniej dziwne było też to, że przemawiał nie telepatycznie, ale wprost, jak ludzie, jak gdyby nie miał swego smoczego, rozdwojonego języka.

– Ale… Yeddo… – wykrztusiłem. – Jeśli nie ty, to kto ma nam pomóc?

– Nikt, mój mały – odpowiedział, spoglądając nagle prosto w moje oczy. Jego źrenice były jak kosmos, pełne gwiazd i tak samo głębokie. Jednak w zupełnie inny sposób niż w przypadku Tehhy. W jego oczach widać było potęgę, ciężar minionych wieków i wielką mądrość. – Radę możesz znaleźć tylko w swym sercu. Za to mogę zdradzić ci powód twego problemu. Jest nim pochodzenie twego ojca – zwrócił się teraz do dziewczyny.

– Mego… ojca? – odpowiedziała pytaniem. – Jakże to?

– Tak, moja droga, że nie jest on człowiekiem. A przynajmniej nie jest nim do końca. Tak jak i ty zresztą, gdyż przekazał ci większość swych genów. Jesteście drakonami, smoczymi strażnikami. Wasz ród został powołany przed wieloma wiekami do współpracy i współżycia z nami, smokami. Podzieliliśmy się z wami mądrością, potęgą i długowiecznością. I przez wiele lat się to udawało. Jednak w ostatnich stuleciach ludzie zapomnieli o swym przymierzu. A gen drakonów ukrył się na długo. Ujawnił się w tej części świata dopiero – o ile mi wiadomo – w twoim ojcu i tobie, moje dziecko. Na wschodzie żyje was więcej, i to dlatego uciekła tam większość smoków. Zachód zapomniał o swoim dziedzictwie… – westchnął. Tehha zaś, jak i ja zresztą, patrzyliśmy ze zdziwieniem na Yeddę. To, co opowiadał, wydawało się być, nie przymierzając, pozbawione sensu jak przymrozek w środku lata. Jednak wyglądało na to, że mówił prawdę.

– Z tego więc powodu – podjął po chwili – że ojciec twój nie zaniechał polowań na smoki pomimo swego pochodzenia, choć być może nie był go pewien, nie mnie go osądzać, delegatka króla Estyrii zdecydowała się rzucić na ciebie klątwę, przekonana, że w jakiś sposób uda się jej przywrócić rozsądek twemu ojcu i łaski smokom w jego królestwie. Jak widać, nieco się pomyliła – zaśmiał się ponuro. – Czego dowodem jest wasza misja. Oczywiście chciałbym wam pomóc, ale tylko ty, Semeuku, możesz odwrócić klątwę. Jak? Sam to odkryjesz we właściwym czasie. Obecnie nic więcej nie mogę wam powiedzieć. Czas na was – dodał. – Esterwald czeka z wieczerzą, a na mnie czeka jeszcze wiele tajemnic do rozwikłania. Żegnajcie, moi drodzy. Życzę wam wiele szczęścia. Przyda się wam…

– Dziękujemy za radę, o wieczny – odparłem po chwili zdziwionego milczenia, jakie zapadło po jego słowach. Następnie nie pozostało nam nic innego, jak udać się na wieczerzę. I lecieć do domu.

 

***

 

Wieczerza była bardzo obfita i wystawna. Kilkanaście wspaniałych dań, jakimi uraczył nas król, zajadała razem z nami garstka osób, w tym on sam z rodziną i kilku najważniejszych dostojników. Król nie zadawał żadnych pytań co do naszego pobytu u Yeddy, być może domyślił się z naszych skwaszonych min, że nie wszystko poszło jak należy. Po wieczerzy życzył nam spokojnego snu i osobiście zaprowadził nas do miejsca spoczynku. Ja zająłem bardzo wielką salę, najwyraźniej przygotowaną dla smoków, królewna zaś miała spać w komnacie odpowiadającej jej pozycji. Stwierdziła jednak, że pragnie spać u mego boku, czemu król się nie sprzeciwiał, rozkazał jedynie przygotować jej w miarę wygodne posłanie obok mojego i udał się do swoich pokojów. Zasnęliśmy szybko, bez zbędnych dyskusji.

O poranku czekało nas nie mniej obfite niż wieczerza w dniu poprzednim śniadanie, po którym król – wedle naszego życzenia – odprowadził nas do bram miasta, dając trochę zapasów na drogę i życząc szczęśliwej podróży. Podziękowaliśmy mu serdecznie i udaliśmy się w drogę, która minęła równie szybko jak w tamtą stronę. Jedynie królewna stała się na powrót markotna i małomówna. Zrzuciłem to jednak na karb nieudanej rozmowy z Yeddą i nie podejmowałem tematu.

Gdy po dziesięciu dniach bardzo cichej i spokojnej podróży przybyliśmy do zamku, król Tangred już na nas czekał. Podszedł żwawym krokiem do mnie, gdy wylądowaliśmy na dziedzińcu, i zapytał wprost: – Udało się?

Zastanowiłem się, co też by mu powiedzieć. Skłamać nie mogłem, efekt przemiany księżniczki byłoby widać jak na dłoni. Pod wpływem przeczucia jednak postanowiłem zaryzykować po raz kolejny w ostatnich dniach, pokładając nadzieję w jednej decyzji.

– Najpierw przynieś jajo – odparłem. – Bez dyskusji. Od niego zależy wszystko! – dodałem, chcąc go ponaglić.

– Jajo miało być nagrodą za wypełnioną misję – zaczął się tłumaczyć król, jednak bez sprzeciwu podał mi zawiniątko, które wyszarpnąłem z jego ręki i rozciąłem pazurem. Natychmiast wypadło zeń szmaragdowy owal, jarzący się silnym, wewnętrznym blaskiem. Królewna stała na uboczu, patrząc krzywo na ojca, matki zaś ani reszty zgromadzonych ludzi wokół nas na placu nawet nie zauważając. Skinąłem na nią i powiedziałem.

– Podejdź no tu, mała. Szybko! – dodałem, widząc, że niesamowicie się ociąga.

– Idę, idę, nie marudź już, staruszku – powiedziała, jednocześnie mrugając do mnie. – Co mam zrobić? – zapytała, stając u mego boku.

– Podnieś to – poleciłem, wskazując na ogromny szmaragd, leżący prawie u jej stóp. Już odkąd wydobyłem jajo z sakiewki, patrzyła na nie ze zdziwieniem i zainteresowaniem, starając się to ukryć. Na mnie takie sztuczki jednak nie działają. Ponadto coś mi mówiło, że tak właśnie należy postąpić, że teraz coś się stanie. Nie omyliłem się.

Kiedy księżniczka podniosła jajo, wydobył się z niego niesamowicie silny blask, który powoli zaczął ogarniać całą jej postać. Po chwili jajo zaczęło pękać, a skorupa rozsypywała się na oczach zgromadzonych. Po chwili zamiast jaja, Tehha trzymała w rękach małe smoczątko, równie pięknej, szmaragdowej barwy jak jajko, z którego się wykluło. Królewna w tym samym momencie, niezmiernie zdziwiona, zaśmiała się perliście, dotykając nosem głowy małego i głaszcząc go ręką po grzbiecie. Wtedy zauważyłem na wierzchu jej prawej dłoni jakieś dziwne znamię, którego – jakem Semeuk! – nigdy wcześniej nie widziałem. Miało srebrzystą barwę i kształt płomienia. To ci dopiero – pomyślałem. – Nasza królewna najprawdopodobniej została uzdrowiona przez to smoczątko. Zgodnie zresztą z przepowiednią. Co jednak znaczy to znamię? Tego się chyba nie dowiem prędko. Przydało by się znaleźć Smoczą Bibliotekę.

– Królewno! – zawołałem.

– Tak? – zapytała Tehha, obracając się moją stronę. Jej oczy były błękitne jak sierpniowe niebo.

– Nadaj mu imię. Będzie twoim smokiem – odparłem, oddychając z ulgą.

– Naprawdę? Mamo! Tato?! Mogę go zatrzymać? – zawołała księżniczka, podbiegając do ojca. Ten, nieco niepewnie zerkając w moją stronę, napotkał moje groźne spojrzenie. Szepnąłem cicho słowa przeznaczone tylko dla niego.

– To wasze dziedzictwo. Nie schrzań tego, staruszku – wyszczerzyłem zęby.

– Tak, córeczko, oczywiście, że możesz – uśmiechnął się Tangred. Również jego żona podbiegła i przytuliła się do niego, patrząc na odzyskane dziecko.

– Będzie więc miał na imię Sariel. Podoba ci się, Semeuku? – zawyrokowała, odwracając głowę w moją stronę. Smoczątko wydawało się bardzo zadowolone.

– Taaak… – odparłem, wzbijając się w powietrze.

– A co z twoją zapłatą? – zawołał król.

– Potraktuj to jako smoczą przysługę! – odkrzyknąłem z uśmiechem, spoglądając z wysokości kilkunastu metrów na szczęśliwą rodzinę, po czym poszybowałem na wschód.

Koniec

Komentarze

Bardzo klimatyczne i ciekawie przedstawiony główny bohater oraz jego misja :D. PROPSY!!! :D

Sympatyczny – bo smoczy – punkt widzenia. Tylko trochę zgrzytało mi, jak smok najpierw opisywał “kawałek drewna z czymś białym”, a po chwili już wiedział, że to statek.

Jeśli chodzi o język – sporadyczne braki w interpunkcji i literówki, błędy w zapisie dialogów, jeden ortograf. Liczby raczej piszemy słownie.

Babska logika rządzi!

Co wyłapałem, poprawiłem :)

 

Edit: dorzuciłem też parę słów, pomny na wskazówki josenheim.

TGM

Zgadzam się, że tekst jest sympatyczny i bajkowy. Miejscami naiwny, ale trudno w sumie czegoś innego oczekiwać od bajki.

 

Też mi zgrzytnęło to, że smok część rzeczy wie nie wiadomo skąd, części nie wie, a Ty tę wiedzę stosujesz niekonsekwentnie. Podany wyżej przez Finklę przykład: smok widzi “łupinkę”, nie zna tego przedmiotu, ale wie, że to, na czym stoją dwunogi, nazywa się pokładem, mimo że dopiero później dowiedział się od matki, że to jest statek.

 

Troszkę potknięć językowych jest widocznych, ale ogólnie nie jest źle.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Zdziwiło mnie, że smok lecąc poradzić się Smoczej rady zabrał ze sobą księżniczkę. 

 

Fabularnie jakoś nie porwało. Niestety nie zaciekawiło. Choć finał jest nie najgorszy.

Nad warsztatem powinieneś popracować. Dużo czytaj i pisz.

 

Pozdrawiam!

 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Czytało się przyjemnie, kilka razy ubawiło. Interpunkcja czasami leży. I mnie też owo księżniczki zabranie na wyprawę zdziwiło niepomiernie. Mimo to – całkiem, całkiem :)

 

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Czytać w moim wypadku więcej się nie da, gdyż po prostu brakuje mi doby :P Jednak i tak wynik 60-70 książek rocznie uważam za nie najgorszy :)

Dzięki za słowa otuchy – obiecuję następnym razem wymyślić coś bardziej porywającego ;)

TGM

To zabawny objaw – już któreś opowiadanie, a pod nim jeden mega-entuzjastyczny komentarz i ocena 6 – i oceniający użytkownik znika, nie czyta, nie komentuje innych tekstów… Gdyby jeszcze te komentarze miały jakieś pokrycie w jakości tekstu. Ech… Wybacz gringosso, akurat u ciebie czara goryczy mi się przelała – naprawdę nie można sobie podnosić poczucia wartości w lepszy sposób?

 

Interpunkcja/zapis myśli, trochę niezręcznych zdań, momentami za bardzo przegadane. Sympatyczna bajka, jest pomysł na narrację i fabułę, za to brak tempa (pierwszą część spokojnie da się okroić w sensie objętości, zachowując treść, a to ona spowalnia strasznie opowiadanie) i napięcia. Jeżeli to miała być bajka, to ową bajkowość należy konsekwentnie stosować, wówczas napięcie niepotrzebne ;-)  Generalnie, tekst trochę siada na wykonaniu – nie najgorszym, porównując do innych tekstów i żeby oddać Ci sprawiedliwość – ale to nie jest nic, czego stosowną edycją nie da się podciągnąć.

 

Ćwicz więc! Proś o bety, potencjał jest ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Wybacz, PsychoFish, ten komentarz jest naprawdę mojego znajomego któremu opowiadanie się spodobało – owszem, jest z tego samego miasta, ale nie jest to moje alternatywne konto.

TGM

:-) No, tak mi się u ciebie po prostu zebrało na żale… ;-)

 

Jeżeli masz zacięcie na pisanie – to myślę, że warto nad tym tekstem popracować (już po ogłoszeniu wyników, żeby było fair play). Opowiadania tak mają, że kilka razy trzeba je “przelecieć”, zanim są naprawdę dobre.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Okejka, coś pomyślę. Zresztą jestem w trakcie – bądź co bądź powolnego, ale jednak – tworzenia kilku następnych. Jak się wykluje coś konkretnego, to prawdopodobnie będę prosił o bety.

Na razie czasu jednak brak przez maturę :-)

TGM

Początek mi się naprawdę podobał i rozbawił. Potem już było nieco gorzej. Jest tu trochę elementów tak trochę z pupy wziętych – wyprawa ze złą królewną, która jakoś podczas wyprawy specjalnie zła się nie okazywała, rozmowa z Yeddą o niczym, sam finał – bohater wpada na pomysł z kapelusza, który okazuje się – a jakże – skuteczny.

Potencjał jednak jest, poczucie humoru też – teraz tylko pracować nad warsztatem. ;)

Nowa Fantastyka