- Opowiadanie: ambroziak - Kości

Kości

Opowiadanie konkursowe: o smokach, ale trochę inaczej...

 

A, jeżeli fragment opisu przyrody wyda się Wam kiczowaty, uprzedzam: efekt zamierzony.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Kości

 

 

1.

 

Emma nie czuła lęku. Nie zdawała sobie sprawy z powagi sytuacji. Leżała na wozie, przykryta sparciałą plandeką. To Jack naciągnął tę parszywą szmatę na siebie i kobietę. Emma słyszała strzały. Uniosła rąbek płótna: chciała zobaczyć, co wokół się dzieje, musiała zaczerpnąć powietrza. Jack dygotał ze strachu i strasznie się pocił, cuchnął. Nic dziwnego: bodaj od tygodnia nie przytrafiła się sposobność dokonania szczegółowych ablucji. Wei, Chińczyk, siedział spokojnie na wozie, oparty plecami o kozioł. Przeżuwał długie źdźbło zeschniętej trawy, a koniuszek kłosa lewitował nad czubkiem spłaszczonego kinola, jak koliber nad kielichem cytrynowej orchidei. Wyglądał tak, jakby go tutaj nie było albo jakby już nie żył, jakby zdarzenia dokoła rozgrywały się w innym wymiarze, a on w tym wszystkim nie uczestniczył. Minę miał taką, jak zwykle w opałach, jakby chciał właśnie powiedzieć, że w głowie tkwi już gotowy plan, że sytuacja bez wyjścia to mit. A strzały padały gęsto. Kule rwały drzazgi z desek wozu; unosiły mgiełki siwego kurzu, trafiając w wyschniętą ziemię. Emma przyłożyła oko do szpary pomiędzy listwami. Obdarci jeźdźcy cwałowali szeroką tyralierą, wymachując karabinami i rewolwerami; ich kule świstały nad głową. Żołnierze klęczeli, leżeli przed taborem, chowali się za niskimi wydmami i większymi głazami, plując gęstym ogniem w kierunku napastników. Co jakiś czas, któryś z żołnierzy jęknął, upuścił karabin, nie oddał kolejnego strzału. Partyzanci wypadali z siodeł, a rozkładając szeroko ręce, lecieli plecami w tył, wykręcając fikołki na końskich zadkach. Jednakże śmierć, zbierająca obfite żniwo, nie była w stanie powstrzymać szaleńczego impetu. W awangardzie szarży straceńców pędził czarny jeździec. Jego kapelusz, strącony pędem powietrza, mocowany do brody luźnym rzemieniem, uczepił się szyi i powiewał gdzieś, hen, daleko za plecami szaleńca. Burza siwych włosów stroszyła się na głowie, czesana podmuchem wiatru. Chociaż dawno już padł pierwszy szereg i zastąpił go nowy, który też padł, a potem kolejny, czarny jeździec parł ciągle do przodu, jak zaczarowany, jakby ołów go wcale nie widział, jakby kule nie robiły mu krzywdy. Już tylko struga płytkiej, szeroko rozlanej rzeczki oddzielała tabor od napastników. Wierzchowiec czarnego jeźdźca wytracił impet: brnął poprzez mętną breję, po brzuch zanurzony w wodzie. Po drugiej stronie nie było już jednak nikogo, zdolnego unieść karabin…

 

Jeden pocisk utkwił w skrzynce ze zbiorami. Nim na dobre rozgadały się karabiny, Jack zrzucił kilka pakunków: chciał zrobić więcej miejsca. Uznał, widać, że wóz będzie teraz najbezpieczniejszym schronieniem. – Kretyn! – Emma przeżuwała w ustach rozmaite epitety, skacząc na ziemię. Schowała się za kufer i uparcie tarmosiła mosiężne ucho, wciągając bagaż pod deski wozu. Durne przeświadczenie podpowiadało jej, że w ten sposób ukryje skrzynię przed rozbieganym wzrokiem galopujących strzelców… jakby ktoś faktycznie celował, jakby razów nie rozdzielał, według swojego widzimisię, ślepy jak kura los. I wtedy dostrzegła ten kamień… skamielinę… Zdmuchiwała kurz, rozgarniała piasek… Mizerne efekty: gros masy głazu skrywała ubita ziemia. Emma wsunęła dłoń pod plandekę. Z obrzydzeniem ominęła przepoconą skarpetę Jacka, wymacała chłodny trzonek łopaty. Osłonięta od góry paką wozu, od dołu – skrzynią kufra, kopała zapamiętale, rozrzucając grudy zeschniętej nawierzchni.

– Grób sobie kopiesz, młoda damo? – Chrapliwy baryton zadudnił nad głową Emmy; ktoś pytał po angielsku.

– Rozkopuję, raczej. – Kobieta podniosła wzrok i rzuciła łopatę. Stał nad nią właśnie ten w czerni. Kapelusz spoczywał już teraz na swoim miejscu, kosmyki siwych włosów wypadały spod fantazyjnie wywiniętego ronda. Do uszu Emmy dobiegł pomruk hiszpańskich słów, dobyty z dziesiątek gardeł. – Co oni mówią?!

– Hm, gadają, że warto taką ślicznotkę zerżnąć, nim się zarżnie.

– Wiem, co mówią! Znam hiszpański. Nie chodzi o znaczenie słów… Jak mogą wygadywać takie niedorzeczności?!

– Ooo, mamy rewolucję… Teraz morduje się kolaborantów. Jechaliście w wojskowej eskorcie.

– Jestem obywatelką Stanów Zjednoczonych. Pan, zdaje się, też z tamtej strony Rio Grande…

– Taaa… Widzi pani… różnie tu na nas patrzą. Budzimy mieszane uczucia.

– Pan może chyba wszystko wyjaśnić?

– Co…? Co wyjaśnić?

– Mam listy polecające.

– Nooo… to trochę zmienia obraz sytuacji. Będzie pani uprzejma… – Ramię obleczone czarnym rękawem powędrowało w kierunku kobiety.

Emma sięgnęła do tylnej kieszeni bawełnianych portek. Cienka, płócienna koszula opięła przy tym geście i uwydatniła wzgórki sterczących piersi. Kolejna fala pomruku popłynęła w przestrzeń. Jeden z powstańców szarpał mankiet czarnego, coś wykrzykiwał, żywo gestykulował. Stary sprzeczał się z nim po hiszpańsku. Emma błyskawicznie wcisnęła papiery w wyciągniętą, steraną życiem dłoń. Mężczyzna rozwinął złożoną na cztery kartkę, pozaginaną na rogach, nieco wymiętą i poplamioną. Biegał chwilę wzrokiem po zadrukowanym papierze, a gdy skończył lekturę, zwrócił się z oracją do adwersarza i jego towarzyszy:

– Jose Pereira, pułkowniku… głupim się urodziłeś i głupim cię pogrzebią. Rewolucję robisz… Rewolucja to nie tylko gwałt i rozbój, rewolucja to również polityka. I polityka jest tu nawet ważniejsza. Wygrasz rewolucję… i wrócisz na pole. Villa i Zapata w stolicy zasiądą. Villa albo Zapata będzie prezydentem. Ty jesteś kmiotem i kmiotem zostaniesz. Pułkownikiem cię tylko zrobili, kiedy pierwszego głupka wioskowego mianują tu, pożal się Boże, generałem. Teka ministra ci się marzy, co najmniej, a damę dostojną chcesz rzucić kundlom na pojebanie. Tak wiedz, że – w osobie rzeczonej kobiety – Przenajświętsza Panienka w brudne łapska dar losu ci wkłada. Otóż, wyobraź sobie, iż sam pan rektor uczelni Yale, co poświadcza własnoręcznym podpisem członek senatu Stanów Zjednoczonych, ciebie, senior Pereira, informuje, że ta oto tutaj, Emma Watson, jest pracownikiem naukowym, poszukującym starożytności, i prosi o udzielnie jej wyprawie niezbędnej, a możliwej pomocy. Co gały wybałuszasz…? Pan rektor i pan senator informują i proszą rząd Meksyku. Masz być ministrem, więc ty reprezentujesz tu rząd. Wysil trochę zakapturzoną mózgownicę! Wybiegnij myślą poza miedzę pola… Jak zgwałcisz i zamordujesz panią Watson, a wieść tę rozgłoszą jaskółki, prasa podniesie lament. To może sprowadzić interwencję Stanów Zjednoczonych… i gówno z rewolucji. Jeżeli pomożesz tej pani, a ona odnajdzie wartościowe artefakty, prasa rozpłynie się w peanach nad zacnością słynnego Jose Pereiry, pułkownika, a Villa nie będzie miał wtedy wyboru – wręczy ci tekę ministra i awans na generała. No, może w odwrotnej kolejności. A, i powiem jeszcze, bo warto to dodać, że takie starożytności bywają często, bardzo wysoko cenione…

 

2.

 

Palce Emmy kleiły się od mącznej papki. Kobieta lepiła girlandy z kolorowych papierków, a Conchita upinała je nad ramami luster w sali balowej. Concha bawiła się przy tym jak dziecko. Emma też. Concha była właściwie dzieckiem, bo skończyła niedawno piętnaście lat, a Emmie ubyło kilka wiosen przy tej robocie. Ale wieczorna uroczystość miała przypomnieć właśnie o nieubłaganym obrocie wskazówek zegara. Przedstawiony czarnemu dokument zawierał dokładne personalia kobiety i bystre oko starego bezbłędnie wychwyciło datę jej przyjścia na świat. Dziś obchodziła trzydzieste urodziny, o czym stary nie omieszkał uświadomić Pereiry i całej zawszonej szajki, nazywającej szumnie samą siebie: partyzantami. To znakomity pretekst do popijawy i potańcówki, i nikt nie zamierzał przepuścić podobnej okazji. Indiańskie kobiety od rana pichciły coś w kuchni, pozostawiając Emmie problem przyozdobienia sali i delegując do pomocy Conception.

 

Właśnie mijał trzeci tydzień gościny-więzienia ekipy Emmy u Pereiry. Pułkownik urządził koszary w zabudowaniach hacjendy don Gervasia. Przestronny dom gospodarza wyznaczył oczywiście na kwaterę oficerską, a że był akurat jedynym oficerem w skrzykniętym przez siebie oddziale, rozwalił się w wielkiej chałupie jak basza. No, nie można powiedzieć, bo jeden pokój służbowy przydzielił staremu – czy to z szacunku, czy ze strachu – tego Emma nie była w stanie odgadnąć. W podobnej służbówce ugoszczono (uwięziono) kobietę. Mięso armatnie rozlokowano po stajniach i barakach. Jack i Wei dzielili wspólny barłóg z szeregowcami.

Vaquerów wcielono dobrowolnie, jakkolwiek niestosowanie i śmiesznie brzmiałoby to słowo, do powstańczej armii. Służba gospodarza, również dobrowolnie, przystąpiła do rewolucji, czyli przeszła pod komendę pułkownika. Wciąż parała się więc tą samą robotą, tyle że teraz bez jakichkolwiek widoków i nadziei na wynagrodzenie, oczywiście!

Wszyscy czekali na koniec zawieruchy i powrót don Gervasia. Wysoko urodzony hacjender nie opowiedział się po niczyjej stronie; wolał przeczekać to wszystko w gościnie u możnych członków rodu, w krainie swoich przodków, w słonecznej Andaluzji. W podróż zabrał żonę i dwójkę pacholąt, i tylko ten, wyłącznie ten inwentarz. Rozmaite precjoza i filigrany rozpłynęły się jak kamfora. Srebrnej zastawy i świeczników pułkownik nie ukrył w kufrze, zabronił hołocie tykać pod groźbą kary śmierci, codziennie przeliczał i oglądał z każdej strony. W ten sposób zabijał wiele godzin nudy codziennego dnia, z punktem kulminacyjnym w postaci wystawnej kolacji.

Potrawy serwowano raczej proste: przeważała kukurydza, fasola i wołowina, doprawiona ostrą papryką. Pierwsze skrzypce grały natomiast srebra: półmiski, talerze, noże, widelce i… kandelabry. Obecność pani Watson była obowiązkowa. Stary nie potrzebował specjalnego zaproszenia. Pereira nie znosił pić sam, a lubił sobie golnąć. Pełna piwnica don Gervasia skutecznie odstręczała wstrzemięźliwych. Stary nigdy się nie rozpędzał: dwie, trzy lampki malagi działały na niego nasennie, jak twierdził. Emma kochała słodycz sherry; cały wieczór sączyła jeden kieliszek. Pereira zapijał rum – raz sherry, raz malagą, około dziesiątej miał już zwykle mocno w czubie.

Podochocony alkoholem smalił cholewki do Emmy. Starał się być uprzejmy i delikatny, a kobiecie nawet schlebiały umizgi pułkownika. Gdyby nie okoliczności, w których się poznali, i prostota jego chamskiej natury, Emma mogłaby myśleć o Jose, jak o przystojnym mężczyźnie. Przeważała w nim krew hiszpańska, a hebanowy, niegolony systematycznie zarost, ozdabiał twarde rysy, urokiem pierwotnej siły. Z każdym dniem stawał się jednak bardziej natarczywy. Emma walczyła z pokusą: łapała się na tym, że ma ochotę ulec. Zwykle, bez reszty pochłaniała ją praca, spychająca w najdalszy kąt jaźni fizyczne potrzeby. Przymusowa bezczynność cuciła omdlałe żądze. Jednocześnie, niestrudzenie warował wrodzony pragmatyzm. Nie czuła się pewnie w obecnej sytuacji. Pomimo chwilowej, pozornej stabilizacji, odnosiła wrażenie, że życie wciąż wisi na włosku. Nie mówiąc już o egzystencji Jacka i Chińczyka, i powodzeniu całej ekspedycji. Romans z pułkownikiem mógłby tutaj dopomóc; równie dobrze mógł wszystko skomplikować. Powab młodości miała już dawno za sobą. Owszem, podobała się facetom, ale jej fizjonomia nie pasowała do okładki żurnala. Jeżeli Jose się nią znudzi, jak Mark… Mark został rektorem, rzucił Emmę, wżenił się w bankierską rodzinę. Jose też ją rzuci… ale na rozdarcie tym brudnym bydlakom. Nie, nie… powinna trzymać dystans. Musi uparcie grać swoją rolę: jest kimś bardzo ważnym, z kim pułkownik bezwzględnie musi się liczyć, a tak ważne osobistości nie pieprzą się przecież byle gdzie, z byle kim. Na szczęście, zawsze pod ręką był stary; ten wybornie celował w wyczuciu sytuacji.

– Późno! Zasiedzieliśmy się. Masz już dość, Pereira. Czas spać. O świcie musztra. Trzeba przegonić tę hałastrę, bo ci się w palcach rozłazi – zawsze wypalał coś podobnego, gdy się robiło gorąco, gdy podchmielony pułkownik próbował obłapiać Emmę. Oplatał ramieniem talię Pereiry, niby przyjaźnie, a rzeczywiście holował pijaka w kierunku sypialni.  

Chwile, które przychodziły po ululaniu pułkownika, osładzały gnuśne godziny niewoli. Kobieta siadała na schodach, na ganku, a stary wynosił rozpoczętą butelkę i dwa kryształowe kieliszki. Emma liczyła gwiazdy, splatała srebrne nitki księżyca. Pytała… stary migał się jednak od zwierzeń.

Przybył do Meksyku, by umrzeć jak mężczyzna: by polec w walce, nim lata i choroby zawiną go w pościel. Nie kłania się kulom, te jednak uparcie fruwają gdzieś bokiem, jakby szyderczo, złośliwie. Prostaczkowie okrzyknęli go kuloodpornym i uznali za wcielenie jakiegoś azteckiego bożka. Wołają na niego Stary Gringo i boją się… jak jasna cholera. Meksykański chłopek pójdzie z maczetą na karabin maszynowy, ale padnie na twarz przed czymkolwiek, co, w jego mniemaniu, pochodzi nie z tego świata. Ciemnota! 

Tyle tyko udało się z niego wyciągnąć. Stary nie chciał gadać, za to Emma trajkotała jak nakręcona.

Liczne rodzeństwo, śmierć ojca, niedola matki, bieda. Dwunastogodzinny dzień pracy w fabryce konserw, na przedmieściach Oakland. Spotkania w kółku młodych socjalistów, Jack, ich szczenięce uczucia i pierwsze uniesienia. Usiana przeszkodami droga do Yale. Fascynacja znaleziskami skamienielin dinozaurów. – Wojna o kości. Gazety huczały! Słynna sprawa… – stary wtrącił w jeden z dłuższych monologów Emmy. Romans ze starszym o dobre dziesięć lat wykładowcą. Jej dyplom, awans ukochanego, porzucenie, rozpacz. Pomysł na eskapadę po Meksyku. Tutejsze formacje są bardzo charakterystyczne i bez wątpienia skrywają kości smoków.

Stary nie mówił o sobie, ale był wdzięcznym uczestnikiem konwersacji. Znał życie, wiedział, co znaczy rozpacz, porzucenie, odtrącenie. Niczego się nie spodziewał. Nie rozdrapywał ran, tylko goił je poczuciem dystansu i ciepłem słowa. A słowa niosły magię, dźwigały poezję.

– Kiedy ktoś coś porzuca, znajduje to inny. Odtrącony zatacza się jak pijany, a pijany czuje władzę nad duszą, z czego bierze się właśnie radość upojenia. Histeryk śmieje się w rozpaczy, ja śmieję się z rozpaczy. Śmiać się czy rozpaczać: jedno i to samo. – Takie i podobne maksymy płynęły z ust Gringo, dźwięki pieściły ucho kobiety, wystukując monotonny rytm wagonów na luźnym podkładzie kolejowym.

Kieliszek wina i poezja słów działały podobnie do naparstka laudanum: odpływał niepokój i ból, duszę przesycał błogostan. Emma składała głowę na piersi starego, jego szorstka dłoń czochrała pieszczotliwie burzę kasztanowych loków. Pierwsza woalka zwiewnego snu tuliła serce kobiety. Czuła w półśnie, półjawie, jak Gringo bierze ją na ręce, unosi nadzwyczaj lekko, jakby zupełnie nic nie ważyła, niezwykle delikatnie składa słodki bagaż na wonnym sienniku siermiężnego łóżka. Raz, nim usłyszała oddalające się kroki, objęła starego za szyję. Próbowała zachować przy sobie jego ciepło, pragnęła poczuć je w sobie. W tej chwili była najbliżej poznania prawdy: kobieca żądza rozkwita najbujniej na kobiercu męskiej osobowości.

– Nic ci nie mogę dać. Nie mam przyszłości – wyszeptał Gringo, wyślizgując się spod ramienia Emmy, niczym Hydra z uścisku Herkulesa.

 

Concha ustawiła taboret na sekretarzyku i wspinała się po tej piramidce, wieszając kolejne girlandy. Zeskakiwała z dwóch schodków i spadała lekko na podłogę, wykręcając za każdym razem radosny piruecik. Przy każdym obrocie przykrótka spódniczka unosiła się w górę i zawisała na moment w powietrzu. Meksykańska chłopka nie znała i nie używała bielizny. Gładka, opięta na pupie skóra odbijała słoneczne refleksy, wpadające do sali przez szybę wysokiego okna. Bose, wilgotne stópki odciskały na gładkiej politurze blatu matowe tropy, zwiewne efemerydy, żyjące kilka sekund i ginące w eterze gorącego powietrza, niby ślady igraszek domowych duszków. Emma dzieliła uwagę pomiędzy precyzyjne ruchy posklejanych palców, a obserwację niewinnych figli naiwnej istotki. Próbowała odrzucić natrętną myśl: nastolatki kokietują intuicyjnie.

Kobieta zażywała kąpieli zwykle o zachodzie słońca, przed rytualną kolacją u Pereiry, gdy wspomnienie o wannie gorącej wody, w rześkim chłodzie wieczoru, nie przyprawiało o mdłości. Concha usługiwała przy toalecie, szorując plecy Emmy namydloną gąbką. Pilnie studiowała kształty dojrzałego ciała.

– Chciałabym mieć takie duże cycki.

– Większe cycki to większy kłopot. Twoje są chyba w sam raz… – podzieliła się doświadczeniem i spostrzeżeniem Emma, pochwyciła rąbek białej koszulki i energicznie pociągnęła w górę. – Mówiłam… akurat: jędrne i słodkie jak dojrzałe pomarańczki. Fantastycznie zdobią zjawisko urody, figurkę indiańskiej księżniczki. Fuj…! Ale się pocisz! Upał. Wskakuj, brudasku… Razem się popluszczemy.

 

3.

 

Atmosferę południowej fiesty Emma poznała w dzieciństwie, w Kalifornii. Teraz było podobnie: orkiestra, tańce, kolorowe stroje, uginające się stoły, płynący rzeką alkohol; nocne niebo ugwieździły nawet race i sztuczne ognie. A wszystko to na jej cześć. Regionalny, wielobarwny ubiór przydał zjawiskowej urodzie małej Conception jeszcze większego blasku. Mrowiły koniuszki palców, mięśnie łydek drżały jak w febrze: dzisiejszej nocy Emma spędziła więcej czasu na parkiecie, niż podczas ostatniej, noworocznej potańcówki w stodole starego O’Kelly. Kropelki potu skrzyły się na wysokim czole. Zdrowy rumieniec krasił blade lico, maskował różowym tuszem mrowisko wszędobylskich piegów.

Wprawdzie dzisiejsza noc była szczególnie uroczysta, a Pereira starał się trzymać jak najdłużej fason, powtórzył się scenariusz każdej wieczornej kolacji. Pułkownik znowu wypił za dużo i w pewnym momencie ogłosił, że wszystkie tańce z Emmą rezerwuje dla siebie. Kilka razy wystrzelił z rewolweru w sufit, na wiwat, ściągając na głowy gości śnieżycę wapiennego pyłu. Rozkazał grać same tanga, a ten gorący taniec, w jego wykonaniu, nabierał szczególnie erotycznego podtekstu. Stary, jak zwykle, ratował Emmę z opresji:

– Odbijany! – huknął w ucho Pereiry, odepchną bezceremonialnie opoja i chwycił kobietę w objęcia.

Po kilku obrotach przekazał rozkręconą kukłę w ręce Jacka, a sam podreptał w kierunku awanturującego się głośno, próbującego przekrzyczeć orkiestrę pułkownika. Emma widziała kątem oka, jak obejmuje go i holuje utartym sposobem, a gdy powrócił po chwili, wyrwała się z objęć pierwszej miłości i padła staremu w ramiona. Erotyczny charakter tanga korespondował z jej aktualnym nastrojem. Gdy oplatała kolanami udo partnera, a swoje wciskała w szew jego rozporka, czuła, że ta bliskość nie jest staremu zupełnie obojętna. Pewność niezaprzeczalnego faktu rosła, w miarę pęcznienia zawartości nogawki. Była daleka od zażenowania, dziwiło ją tylko, że u starego faceta pojawia się… taki słuszny rozmiar. Choć gesty nie wymagały słów, Gringo poczuł potrzebę werbalizacji:

– Robi się niebezpiecznie.

– Nasza zażyłość już chyba dawno przekroczyła granicę bezpieczeństwa. – Głos Emmy pieścił ciepłym westchnieniem; kokietowały zielone oczy, igrając pół figlarnym, pół namiętnym spojrzeniem.

– Byłem krzywdzony i krzywdziłem. Stary człowiek musi zdać rachunek. Teraz mam bilans zerowy. Nie chcę już więcej ranić…

– Zadasz najgłębszą ranę, jeżeli zostawisz tej nocy!

– Ta noc może być ostatnią w moim życiu.

– I w moim… Nigdy nie mamy pewności. Nikt nie zna swojego jutra.  

– Prawdopodobieństwo się liczy.

– Prawdopodobieństwo jest zawsze takie samo.

– Filozofia.

– Ty jesteś specjalistą od filozofii.

– Ty jesteś specjalistką od kości. Kolekcjonujesz starocie.

– Ten smok w rozporku… skamielina!

 

Gringo robił to perfekcyjnie. Emma czuła rutynę i doświadczenie. Kto mówił, że starzy faceci cuchną grzybem i capem? Niektórzy może tak, ale nie Gringo: świeży pot, kubański tytoń, drogi koniak – zapach prawdziwego mężczyzny. Twarde jak zadek ogiera mięśnie obnażały przy każdym ruchu szczegóły anatomii ciała. Czas oszczędził staremu upokorzenia. Twardość z rozporka nie miękła, a zadawała tak głębokie i precyzyjne kłucia, że Emma musiała tłumić przedwczesny paroksyzm rozkoszy. Z sali balowej dobiegały tony melodii, akompaniował im wesoły, dziecięcy śmiech Conchity, a oni tarzali się w stróżówce, w jedwabnej pościeli don Gervasia. Emma dochodziła kilkukrotnie. Za każdym razem, gdy fala namiętności sięgała szczytu rozkoszy, oczom wezbranej żądzy jawił się natrętny konterfekt: dwie okrągłe, apetyczne pomarańczki Conchity. 

 

Emma uchyliła powieki, ale nie zmieniła pozycji ciała. Obudziła ją krzątanina Gringo. Stary wciągnął spodnie, przerzucił przez ramię koszulę, podszedł do sekretarzyka i przeglądał leżące na blacie książki. Ledwie omiótł wzrokiem tytuł – odkładał tomik na miejsce. Jeden pieścił w dłoniach nieco dłużej. Emma przeciągnęła się z głębokim westchnieniem. Doszła do wniosku, że nadszedł już czas, by zamanifestować powrót do życia:

– Czytałeś…?

– A ty…?

– Jaki to autor?

– Ambrose Bierce.

– Aaa, to… Nie! Nie zdążyłam. Nie mogę się tutaj skupić. Czytałam jedno opowiadanie tego autora w jakiejś popołudniówce. Nie pamiętam, o co chodziło, ale podobało mi się. Zobaczyłam tomik na wystawie księgarni. Kupiłam. Dorzuciłam do podróżnej biblioteczki.

– Przeczytasz?

– Na pewno!

– Przeczytaj.

– Dobre? Czytałeś?

– Znam tego autora.

– Co czytujesz?

– Różne rzeczy.

– Teraz coś czytasz?

– Zabrałem ze sobą Don Kichota. Cervantes. Znasz?

– Każdy zna, przecież.

– Wcześniej tego nie czytałem. Zbierałem się kilka razy, ale jakoś tak… Ta książka to ostatni rachunek, który muszę wyrównać ze światem.

Stary wciągnął na grzbiet koszulę, otworzył wielkie skrzydło balkonowego okna i wyszedł na ganek. Wszechobecna Conchita, wzorem leśnego elfa, biegała od rana tam i sam, radośnie, wokół bogatego domostwa niedawnego gospodarza. Węgielki czarnych ocząt sypały figlarne ogniki. Kosa kruczych włosów falowała zwinnie przy każdym ruchu, jakby prowadzona ręką wprawnego żniwiarza. Dziewczę przefrunęło przez ganek, a stary pieszczotliwie klepnął rozbrykany tyłeczek.

– Kawy nam przynieś, a migiem!

– Rozkaz, senior Gringo! – Wydatne, karminowe wargi rozjechały się w szerokim uśmiechu, perełki białych zębów zaiskrzyły w świetle pranka.

Emma okryła nagość powłóczystym szlafrokiem, ciasno przewiązując talię jedwabną wstęgą. Dzbanuszek aromatycznego naparu, ustawiony na srebrnej tacy w towarzystwie wyszukanej zastawy, parował na ratanowym stoliku. Stary stał w połowie niskich schodów, zachłystując się dymem czarnego cygara. Emma przekroczyła kilka stopni, Gringo objął ją lewym ramieniem, przyciągnął do siebie, dłonią prawej ręki wskazał odległy punkt, wypatrzony na linii dalekiego horyzontu.

– Nie mogę ci wiele dać. Mam jednak coś dla ciebie… Widzisz tę mgiełkę na nieboskłonie?

– Aha…

– Rozmazany horyzont… Powietrze pląsa. Tutaj, o tej porze, jak okiem sięgnąć, tylko spalona trawa. Czasami tańczące powietrze rośnie, a wtedy buduje miraże. Gdy jednak jest takie wąskie, niewiele szersze od kreski, można nim rysować wspomnienia. Tam, hen, za nieboskłonem, tęskni kraina dzieciństwa. Szmaragdowe kobierce łąk pną się ku platynowym szczytom dumnej Kordyliery. Kryształowe potoki spadają z gór, haftując srebrną przędzą turkusowe dywany. Wieża ziemi, nieśmiertelna sekwoja, strzela tak wysoko w nieskalany błękit nieba, że uwite na jej wierzchołku gniazdo, zda się, siedzi pośrodku komnaty samego Wszechmogącego. Samotny wędrowiec, przemierzający tę ziemię, skryje się czasem w cieniu potężnego orła, który, rozpostarłszy szeroko skrzydła i groźnie nastroszywszy pióra, żegluje majestatycznie po lazurowej toni. Żagle króla przestworzy błąkają się czasem i tutaj; wtedy mustrujesz ducha na podniebny szkuner i szybujesz, dając się ponieść wichrom tęsknoty ku temu, co przeminęło, co przypadło w udziale szczenięcej beztrosce, co pogrzebane pod pyłem mknącego bez przystanku czasu.  

– Namalowałeś obraz… Namalowałeś słowem… Dla mnie…? Urocze! To najpiękniejsza rzecz, jaką dostałam w życiu. Jesteś poetą?

– Byłem… Byłem żołnierzem. Ot, coś nieraz zagra tak w duszy… Widziałem cię wcześniej. 

– Słucham…

– Widziałem przez lornetkę. Grzebałaś w ziemi, nad rzeką. Pewnie szukałaś smoczych kości… Chińczyk siedział na wozie, oparty o kozioł, Jack leżał na pace, opatulony plandeką.

– I…

– Szajka koniokradów przeprawiała tabun przez rzekę. Pognałem za nimi. Strzelaliśmy do siebie. Nie widziałaś tego?

– Ach, tak… coś sobie przypominam. Wiesz, tu ludzie często strzelają. Ciągle się kłócą, coś sobie kradną nawzajem. Najlepszy sposób to udawać, że nic się nie widzi, nie słyszy. Staram się nie wtykać nosa w nie swoje sprawy.

– Słusznie!

– I co…? Odbiłeś konie?

– Gdzie tam… Z dużo ich było. Kilku powaliłem, ale oberwałem. Lekko… ale wpadłem do wody. Nim się wygrzebałem na brzeg, po koniach i koniokradach smród tylko został.

– Po jaką cholerę to zrobiłeś?!

– Donkiszoteria.

– Mogłeś zginąć!

– Chciałem zginać. Przybyłem tutaj, by umrzeć. Nadal chcę zginąć. Chyba… chyba chcę. Tak mi się wydaje. Teraz to już sam nie wiem.

 

Pereira zdrzemnął się raptem ze dwie godziny, a że bal się już właściwie skończył i wszyscy rozsypali się po kwaterach, poszedł do czworaków, by pić z kompanami, ćmić hawańskie cygara, rżnąć w kości do białego rana, obłapiać grube kucharki. Z trudem utrzymując pion, solidnie wstawiony, wracał do wytwornej sypialni. Wiadro alkoholu nie ukoiło bólu serca, nie sprało plamy na honorze. Przeczuwał, co wydarzyło się tej nocy, a w podejrzeniach utwierdzały go niewybredne docinki kumpli. Amerykańska suka gziła się ze starym capem, to pewne! Jose Pereira, pułkownik, siedzi w czarnej dupie, oczywiste! Teraz gołąbeczki raczą się kawusią na tarasie, słodkie! Dosyć…!

– Mamy sobie coś do wyjaśnienia, Gringo!

– Zamierzasz gadać tutaj, czy wejdziemy do środka?

– Do środka…

Pereira rzucił się na Gringo, gdy tylko zatrzasnął za sobą drzwi sypialni. Wiejski osiłek miał zdecydowaną przewagę fizyczną. Wiek odcisnął piętno na zdolnościach bojowych starego żołnierza. Jednak alkohol wyrównywał szanse. Gringo zręcznie unikał niezdarnej pięści. Chwycił wpół napastnika, uniósł… i trzepnął o parkiet. Prawe ramię zaplótł wokół grdyki, lewym nadgarstkiem zakleszczył stalowe imadło. Raz dociskał, raz luzował mordercze obcęgi, dając przeciwnikowi odczuć, że dzierży władzę absolutną. Uspokoił oddech. Cichym głosem, ale zdecydowanym tonem, cedził w ucho bezwładnego Pereiry:

– O babę się sprzeczasz, zagrodowy burku… Wyluzuj! Wszystko to twoja wina.

– Puść, cholera! Udusisz… – charczał upokorzony pułkownik.

– Będzie spokój?

– Jasne…

– Przysięgasz?

– Przysięgam.

– Na źrenice Przenajświętszej Panienki z Guadalupe?

– Przysięgam!

Gringo wstał, otrzepał niedbale spodnie i poprawił wyciągniętą zza paska koszulę. Pereira dźwignął się z trudem, zrobił kilka kroków w pochylonej postawie i klapnął ciężko w głębokie siedzisko najbliższego fotela. Stary uchylił skrzydło barku, odmierzył dwie solidne porcje koniaku, niemal do połowy napełniając kryształowe kielichy. Wyjął z hebanowej skrzyneczki i wcisnął w zęby dwa grube cygara. Przeciągnął łepek długiej zapałki po politurze blatu; rozżarzył końce czarnych, zrolowanych liści. Jeden kielich wepchnął w rękę, jeden rulon w usta pułkownika. Przechadzał się po komnacie, raz smakując bukiet kosztownego trunku, raz aromat wykwintnego tytoniu.

– Wszystko to twoja wina, Jose Pereira. Ona prosiła, ja mówiłem: daj babie kilku chłopa, eskortę, i wygnaj w góry. Dawno by jej tutaj nie było. Chce grzebać w ziemi… Niech grzebie! Twierdzi, że leżą tam smocze kości, że wcześniej zbadała teren. Amorów ci się zachciało! Mało tu kucharek… Ona nie dla ciebie. Nie dla takiego, jakim cię tutaj znajduje. To ważna pani. Jej znalezisko zrobi z ciebie ministra. Ja będę dobijał się pewnie do bram raju. Staniesz się KIMŚ. O, wtedy… wtedy możesz się starać. 

 

4.

 

Upał obezwładniał. Konie stąpały leniwie po spękanej ziemi. Kopyta unosiły dokuczliwe drobiny kurzu i pyłki zeschniętych roślin. Brnęli w milczeniu: temperatura tłamsiła dowcip, atmosfera więziła słowa w ustach. Milczał nawet gadatliwy z natury Jack. Emma przyglądała się zadumanej, ogorzałej twarzy mężczyzny. Próbowała wniknąć w środek jego głowy. Zastanawiało ją, co sądzi o jej romansie ze Starym Gringo? Czy myśli czasem o niej, jak o kobiecie? Stara miłość podobno nie rdzewieje… Ona nie zapomniała, ale już dawno przestała postrzegać Jacka jako postrzelonego, uroczego szczeniaka, z niedbale zarzuconą na bok, słomianą grzywką, chabrowymi oczami, kwadratową szczęką i wąskimi, zawziętymi ustami, które potrafią cudownie całować. Ambitny dzieciak wyrwał się z brudnych przedmieść Oakland, poszedł w jej ślady, a ona pomagała w nauce, w karierze naukowej. Projekt był wprawdzie autorstwa Emmy, ale to Jack zorganizował fundusz na ich badania terenowe. Skąd wytrzasnął pieniądze? Nigdy nie spytała. Nie chciała wiedzieć, nie wnikała w szczegóły. Jack przyprowadził Weia, dworując, że fundamenty udanej wyprawy buduje wykwintna kuchnia. Chińczyk wspaniale gotował, prawda! Potrafił upichcić coś z niczego. Snuł się zwykle za wozem, zbierając jakieś zioła, a potem ciął to wszystko składanym nożem i wrzucał do boczku z fasolą.

Wei przyrządził ostatnie śniadanie przed wyjazdem z hacjendy; oszczędził kucharkom wczesnej pobudki. Brzask ledwie różowił wąski pasek nieba nad horyzontem, żegnała ich tylko rozczochrana Concha. Stary uściskał ją po ojcowsku, ale poklepał po tyłku, po męsku. Chociaż tabor ruszył, dziewczyna ciągle tuliła obie dłonie Emmy. Usta przylgnęły do ust: splotły się ciepłe, wilgotne wargi, po ciele Emmy przemknęły rozkoszne mrówki. Wszystko to wydawało się takie spontaniczne, niewinne, a jednak troszeczkę niestosowne. Szczęście, że nikt ich nie widział! Emma pierwsza przecięła supełki warg i języków, przytuliła dziewczynę, przeczesała palcami smoliste włosy, czule ucałowała rozpalone czoło.

– Wrócę! Wrócę po ciebie, Concha.

 

– Objadę czujki. – Stary ściągnął wodze, obrócił konia w miejscu i ubódł bydlę ostrogą.

Pereira obdarował ekspedycję czwórką partyzantów i… błogosławieństwem. Prowiantu na szczęście nie skąpił; Wei miał pełne ręce roboty. Gringo zgłosił się na ochotnika: zgodził się na piątego członka eskorty. Pułkownik nawet nie próbował ukryć zadowolenia. Miał po dziurki w nosie panoszenia się upierdliwego starucha, wyniesionego przez ciemny lud na ołtarze. Dokąd czyścili północ z federalnych, stary był nawet przydatny; teraz przysparzał kłopotów. Pereira orzekł, że ekspedycja nie potrzebuje silniejszej eskorty: federalnych dziś nie uświadczysz, desperados to teraz partisanos, a Apacze już nie mordują – podkradają krowy ranczerom. Więcej ludzi nie da, bo zamierza przedzierać się na południe, gdzie wojują Villa i Zapata. Stary nie marudził, stwierdził jedynie, że nieważna ilość, liczy się jakość żołnierzy. Poprosił, aby miejsce młodego Paco zajął Macho, indiański tropiciel.

Stary podzielił się z Emmą surową opinią: „Ten kraj jest wciąż niebezpieczny”. Nie zważał na własną osobę; bał się o życie kobiety, jej towarzyszy i powodzenie ekspedycji. Ustawił więc Macho w awangardzie, Ramireza w ariergardzie, a sam ze starym desperado, Moralesem, oraz roztropnym chłopkiem, Sanchezem, pilnował Emmy i wozu.

 

– Morales, Morales…! – krzyczał Gringo, osadzając cwałującego konia. – Ramirez zniknął!

– Gdzie…?

– Gdzie?! Gdzie?! W dupie! Myślałem, że ty mi powiesz. Pewnie zdezerterował, szmaciarz jeden…

– Eee, Ramirez… Gdzieżby… A, do baby może mu pilno. Kilka mil stąd jest małe pueblo. Pewnie na dupki pojechał. Na chwilę… Na wieczór będzie z powrotem.

– Przejadę się kawałek jego śladem. Jak znajdę w wiosce, to ściągnę z dupy i na kopach przygonię. Jak uciekł, na najbliższej gałęzi powieszę. Puść przodem Sancheza: niech zobaczy, co tam u Macho, na szpicy.

 

– Stać! – komendę wypowiedziano głośno, jednak niezbyt zdecydowanym tonem. Wykrzykujący oficer wyglądał na zmieszanego. – Kogo tu diabli niosą, że wprost zapytam, za przeproszeniem jaśnie wielmożnej pani.

– Z jaśnie wielmożną to przesadziliście, kapitanie. Pan pozwoli, oficerze… Emma Watson, paleontolog. O, a tutaj… pełnomocnictwa mojej uczelni i polecenie senatu Stanów Zjednoczonych.

– Papiery, papiery, papiery. – Kapitan chwycił wymięty dokument i przebiegł niespokojnym wzrokiem. – Aaa, do czorta! Mało to mamy własnych problemów… Tu widzę dodatkowe. Pani wybaczy… nie będę w stanie dopomóc. Zapędziłem się z moim patrolem daleko na północ. Goniłem Apaczów. W drodze powrotnej przetrzebili nas i rozproszyli rebelianci, a teraz próbuję sprowadzić te resztki na południe. Mało mam ludzi, widać… Dwóch jeszcze zdezerterowało dzisiejszej nocy. Nie po drodze nam, że tak powiem. 

– O, proszę nie zaprzątać sobie głowy, panie oficerze. Mam przy boku trzech tęgich zuchów: kolegę z uczelni, chińskiego kucharza i… o, tego tutaj… dzielnego vaquero – Emma wyśpiewywała ciepłe słowa przyjaznym tonem, czarując służbistę niewinnym uśmiechem; Morales skrył się głęboko w cieniu rozłożystego sombrera. 

– O, kuuurwa… – Stary Gringo rzadko przeklinał, teraz nie szukał przyzwoitego odpowiednika; ominął z prawej skalisty pagórek, wyjechał wprost na żołnierzy.

– Gringo Viejo, Gringo Viejo… – Pomiędzy mundurami przetaczał się złowrogi pomruk.

Popularność bywa kłopotliwa. Szeregowcy pokazywali palcami, sięgali do kabur, unosili karabiny, składając się do strzału: nie zostawili staremu wyboru. Obie dłonie opadły na rękojeści dwóch wysłużonych remingtonów. Każdy pocisk unosił śmierć w ołowianym siodle. Jack wcisnął Emmę na samo dno wozu. Wei, zgrabnym trikiem palców, uzbroił swój dziwny scyzoryk, a sprężystym ruchem nadgarstka wprowadził narzędzie w ruch, przecinając tchawicę żołnierza, siedzącego na koniu, najbliżej kozła woźnicy. Moralesowi brakowało precyzji, strzelał jednak niezwykle szybko z winchestera, zdobytego onegdaj na jakimś strażniku Teksasu, co nabierało – w podobnej sytuacji i przy niewielkiej odległości – wagi argumentu koronnego. Szereg mundurów runął. Na drugim planie ukazał się wojskowy furgon. Woźnica próbował okiełznać spłoszone konie, a żołnierz uzbroić i wycelować karabin maszynowy. Gdyby się udało… Nie zdążył… Wiązanka lasek dynamitu, opatrzona syczącym, króciutkim lontem, odbiła się od jego piersi i zagubiła gdzieś pomiędzy skrzynkami, na samym dnie furgonu; tym razem Morales celował z niezwykłą dla siebie precyzją. Żołnierz podjął wprawdzie próbę gorączkowego poszukiwania, ale… Powietrze rozdarł huk potężnej eksplozji. Pofrunęły w górę czapki i kapelusze, wszystkie konie stanęły dęba, ziemia drżała i falowała pod kopytami, echo dobrą minutę papugowało dudniące dźwięki.

 

– Macho ślepnie na stare lata, czy co? Kilkunastu chłopa z furgonem nie widzi… Skurwiel! Gdzie on się właściwie podziewa? – Gringo klął i sarkał, strzepując kapeluszem pył z szerokich czapsów.

– Posłałem do niego Sanche… wedle rozka… senior Gringo. Potem wpadliśmy prosto na federal… Nie było żadne… ostrzeże… – Morales tłumaczył się gęsto, choć mówił niewyraźnie, spluwając po każdym zadaniu; usta miał pełne piachu. 

– Haaalo! Czy któryś z szanownych panów będzie tak uprzejmy i zechce pomóc kobiecie? – wołała Emma, mocując się z jakimś głazem.

– Co to? – Stary ucapił drugi koniec podługowatej skałki.

– Wygląda na skamielinę wielkiej kości udowej.

– Co z tym? 

– Na pakę.

– Tutaj to leżało?

– Gnat się walał, nie widać za to szczątków ludzi i wozu. Czy to cię nie zastanawia?

– Dynamit wpadł między skrzynki z amunicją. Wielkie bum… i wszystko zmieniło się w pył.

– Ani drzazg, ani okuć? A karabin maszynowy… Też w pył się rozsypał?!

– Jakaś podpowiedź…

– Przejdź się kawałek w tamtą stronę… i zerknij pod nogi. Tylko ostrożnie!

 

5.

 

Emma puściła linę, gdy poczuła uścisk dłoni starego na biodrach. Grotę rozjaśniało kilka latarek elektrycznych patentu Misella. Kobieta uruchomiła swój reflektorek. Snop światła wyłowił stertę desek, przesyconych krwią, poprzetykanych strzępami ludzkich i zwierzęcych szczątek. Spomiędzy drzazg wyglądała lufa karabinu maszynowego. Emma powstrzymała odruch wymiotny. Omiatała żółtym kręgiem podłoże i ściany, próbując przejść nad niedawną tragedią do porządku dziennego i przedstawić się samcom w blasku totalnego profesjonalizmu. Wstępne oględziny przyniosły obiecujące rezultaty; kobieta przyjęła dumną postawę, zrobiła mądrą minę i przemówiła do współtowarzyszy:

– Eksplozja dokonała wyłomu w skale, odsłaniając wejście do jaskini. Osady geologiczne utwierdzają mnie w przekonaniu, że znajdziemy tutaj coś ciekawego. Zresztą, kość udowa dinozaura nie spadła przecież z nieba. Znaczy się… spadła, lecz poderwała ją wcześniej eksplozja.

Lina, ich winda do dna groty, drgnęła, po czym błyskawicznie powędrowała w górę.

– Wei, co ty tam pajacujesz?! Po jaką cholerę zabierasz linę? – wykrzyknął stary, przyciskając do ust złożone w tubę dłonie.

– Niespodzianka, senior Gringo…! – W owalnym obrysie otworu, na tle błękitnego nieba, ukazał się kontur głowy, uwieńczonej szerokoskrzydłym kapeluszem. – To ja, Jose Pereira, pułkownik. Wracając z chłopakami na południe, odbiłem kawałek na zachód, po waszych śladach. Brawo! Dobra robota: mówię o tych podziurawionych federalnych. Stary Gringo w najlepszej formie.

– Skończ z tymi pierdołami, Pereira. – Stary się niecierpliwił. – To ty mi zdjąłeś Macho i Ramireza?

– Na oczy ich nie wiedziałem! Też mi się jeden zawieruszył. Dezerterują, psiesyny. Pewnie mają już dosyć wojny…

– Do rzeczy! Kie licho cię tu przygnało? Czego sobie winszujesz?

– Czego…? Gadają, że Gringo Viejo kuloodporny. Chciałem zobaczyć, jak z głodem i pragnieniem sobie poradzi.

– Pieprzysz jak potłuczony!

– Za kilka dni inaczej pogadasz. Mamy mnóstwo czasu. Chyba tu stanę obozem… Panna Watson, ze spękanymi ustami, będzie błagać o kroplę wody, oferując w zamian swe wdzięki. Stary paluchy poobgryza, albo… Właśnie…! Ciekawe, czy Gringo Viejo odporny na kule z własnego remingtona?

– Dobra… zobaczymy, komu pierwszemu się znudzi. Wypuść choć Jacka i Moralesa.

– Młokos to chyba były przydupas panny Watson… Morales modliłby się do Gringo Viejo, gdyby go w ramy oprawić. Wszyscyście warci siebie nawzajem. Gnijcie więc razem… na dole.

– Znajdę cię nawet w piekle, Pereira, a jak tam zdybię, zamienię dupę w wykopalisko.

– Do zobaczenia w piekle, Gringo! Jak już zastukasz do bramy, przekaż diablikom ukłony od seniora Pereiry, pułkownika, i powiedz… – Jose nie skończył zdania, ostatniej oracji zasranego życia. 

Bezwładne ciało gruchnęło o dno groty, wzbijając tonę miałkiego pyłu.

– Sam im to powiedz – mruknął stary, gdy tylko opadł kurz; z pleców Pereiry wystawał trzonek noża. 

Pył wolno osiadał, a na górze wrzało. Pozostawiony na czatach Wei, gdy tylko dostrzegł oddział Pereiry, ulotnił się jak kamfora. Podsłuchiwał, podglądał, ukryty za najbliższym występem skalnym. Gdy już bezbłędnie ocenił sytuację a w głowie ułożył morderczy plan, spadł na powstańców niczym bicz boży. Z niebywałą prędkością uderzał i kopał, ciskał maleńkie nożyki i śmiercionośne gwiazdki. Z chirurgiczną precyzją, używając zwinnych nadgarstków, montował jakieś zapaśnicze dźwignie, łamiąc kończyny i karki. Uwinął się tak szybko, że żaden z przeciwników nie zdążył wystrzelić, a tylko z nielicznych gardeł popłynął przedśmiertny okrzyk.

– Czysto, panie Jacku – wykrzyknął w czeluść Chińczyk, wychylając głowę poza krawędź otworu.

– Dobra robota, Wei! Spisałeś się na medal. Szacunek… – odpowiedział Jack, a w jego głosie pobrzmiewała duma. – Czuwaj dalej na górze, a my się tu trochę pokręcimy. Zajrzymy głębiej… To jakiś labirynt: jaskinia ciągnie się spory kawałek pod ziemią 

– Nie strzelał? Pozabijał? Sam jeden… Wszystkich…! – zazwyczaj beznamiętny Gringo nie krył wyrazów podziwu i zdumienia.

– Eee, to takie sztuczki chińskich kucharzy… czy chińskich bokserów. Eee, jeden czort! Mówiłem Emmie, że się przyda. Słyszałem, że miesza sprawnie nie tylko w kotle, ale i w ludzkich wnętrznościach.

 

– Widzicie to…?! – Emma piała z zachwytu. Klęczała; w prawej dłoni dzierżyła latarkę, lewą strzepywała pył z tego, co wyławiało z ciemności mdłe światło. – Matko! Kompletny szkielet dinozaura. O, i jeszcze jeden! O, i tam…! O…! A tu…! To jaja! Jezu! Jesteśmy w jaskini smoka. Dawno, dawno temu, nim wszystko pochłonęła ziemia, było tu gniazdo dinozaura. Niebywałe! Fantastyczne! Boooże drooogi!

– Pięknie! Bardzo pięknie! Byłoby jeszcze piękniej, gdyby nie śmierdziało. Ile czasu gnije taki dinozaur, taka kupa mięsa? – Stary naciągnął na nos obwiązaną wokół szyi chustę, jakby chronił płuca przed pyłem stepowym, wzniesionym kopytami setki cwałujących mustangów.

– To skamieliny: spetryfikowane smoki, a właściwie ich szczątki kostne. Epokę dinozaurów oddzielają od naszej miliony lat. Materia organiczna już dawno uległa procesowi rozkładu. Te gnaty nie mogą śmierdzieć.

– Nie mogą, a śmierdzą. Ciekawe…

– Może to coś innego śmierdzi… Nieważne! Później się w tym rozpatrzymy. Wracamy na górę, po sprzęt. Wszystkiego stąd nie wyniesiemy. Zresztą, nie ma takiej potrzeby. Kilka małych gnatów wykopiemy, resztę stanowisk oznaczymy. Skompletuję dokumentację fotograficzną; w kufrze mam aparat, zabrałam też lampę błyskową.

– Przywlokę tutaj swój tyłek, tylko pod jednym warunkiem…

– Tak…

– Jeżeli obiecasz, że zabierzesz też ten flakonik paryskich wonności, który widziałem w twoim pokoju, na etażerce.

– Mówisz o tych…? – Emma rozchyliła dekolt, zerwała chustę z nosa starego, objęła dłońmi jego głowę i przyciągnęła twarz ku słodkiej bruździe, rozdzielającej półnagie piersi.  

– Dokładnie… Dość tych głupstewek. Nie jesteśmy sami. – Gringo wyszarpnął głowę z pieszczotliwego uścisku, zerwaną chustę osadził na dawnym miejscu. – Dobra, wracamy. Morales, prowadzisz. Morales… Morales…! – Partyzant milczał jak grób, staremu odpowiadało echo. – Gdzieżeś się podział, do diabła?!  

– Ten też ci zdezerterował? Rewolucyjna dyscyplina… Gratulacje! – Emma, rozanielona niedawnym znaleziskiem, nie oszczędziła staremu drwiny.

– Ślady krwi…

– Eee, wykluczone. Krew rozsypała się w pył miliony lat temu.

– Świeże ślady krwi. – Stary posuwał się wolno: stąpał niezwykle ostrożnie, świecąc latarką pod nogi. – Prowadzą do tego wyłomu… O, tutaj jest jakieś wgłębienie… 

Niebieskie oczy Emmy, zanim się skryły za szczelnymi kotarami piegowatych powiek, dostrzegły kilka rozciągniętych na skalistym podłożu sylwetek. Żółtawa poświata reflektora wyłowiła ich napuchnięte, ciemnofioletowe maski. Przenikliwy odór wdarł się przez nozdrza, do środka mózgu kobiety, gdzie zdawał się wiercić i wierzgać. Nie powstrzymała torsji: chlusnęła kolorowa fontanna. Pierwszy z brzegu leżał Morales; twarz bieliła się jak komunikant.

– Morales, trzymaj się, chłopie! – Stary klepał powstańca po pysku, a widząc oznaki życia, próbował przełożyć omdlałe ramię przez kark i dźwignąć bezwładne ciało.

– Hombre-mosquito, hombre-mosquito – dwukrotnie wykrztusił partyzant, krzesząc ostatnie westchnienie życia.

– Zostaw! Bez sensu… Nie ma w nim kropli krwi – Emma parskała przez przyciśniętą do ust chustkę, ścierając nią resztki wymiocin.

– Mamy więc dezerterów w komplecie – westchnął stary, a kobiecie wydało się, że brzmi to jakoś niestosownie nostalgicznie.  

– Spoczniecie więc w zacnej kompanii – te słowa wypowiedział Jack, mierząc z rewolweru w pierś starego i kierując w jego oczy snop światła latarki. – Będzie pan uprzejmy, senior Gringo, wyciągnąć wolno spluwy, ujmując rękojeści dwoma paluszkami lewej ręki, i rzucić je na ziemię, w moim kierunku. Radzę zaniechać przy tym wszelakiej ekwilibrystyki, zmierzającej do zaprezentowania nam pańskich słynnych popisów strzeleckich. 

Kończąc ostatnią kwestię, Jack wycelował reflektor prosto w sylwetkę Emmy. Przerażenie w szeroko otwartych oczach, ostra stal przyklejona do aksamitu łabędziej szyi, skośne oczy łypiące refleksami białek gdzieś zza pleców dygoczącej kobiety: cała ta dramatyczna scena, żywcem wyrwana karta z powieści Zane Greya, krzyczała niemo, dobitnie apelując do rozsądku. Stary wypełnił rozkaz skrupulatnie. Na słowa skargi odważył się w chwili, gdy oba remingtony leżały u stóp Jacka:

– Co to za błazenada, do jasnej cholery?! Dlaczego ten żółty garkotłuk ostrzy swój kozik na grdyce Emmy? O co wam chodzi, dobrzy ludzie?  

– O kości… O kości smoka. Taaak… teraz, droga Emmo, mogę wykrzyczeć ci w twarz całą, gorzką jak piołun prawdę. Nigdy cię nie kochałem! Chcę, by to do ciebie dotarło, nim zamkniesz oczy na zawsze. Całowałem, wzdychałem… prawda! Taka dobra, bystra, mądra, ambitna panna Watson… Płaciłem pieszczotą za korepetycje, tyle! Nocami rżnąłem małą Su Lynch. Pamiętasz Su…? Była śniada i nie miała ani jednego piega. Piegi, piegi, piegi… obrzydliwość! Nigdy nie mogłem się do nich przyzwyczaić. Pamiętasz pewnie też pana Lee: miłego, skośnookiego staruszka, który trząsł całą chińską dzielnicą. To jemu nosiłem ustrzelone z procy koty. Żółci cenią ich mięso i futra. Ten proceder pozwolił przeżyć, gdy wylali z fabryki konserw. Streściłaś mi plan ekspedycji, a ja pomyślałem o panu Lee. Przejechałem się na Zachodnie Wybrzeże. Efektem delegacji był tajemniczy kapitał. Stary Chińczyk ma łeb do interesów! Teraz jest moim wspólnikiem. Dzielimy się zyskiem pół na pół, po odliczeniu wstępnych kosztów, oczywiście. A zysk zapowiada się astronomiczny. Wiesz, ile płacą Chińczycy za gram sproszkowanej kości smoka…? Nie wiesz… Ja też nie wiem dokładnie, ale podobno… bardzo… bardzo dużo. Wierzą, że proszek ze smoczych kości odmładza. Tu leżą tony surowca. Jestem bogaty, Emmo. Ja jestem milionerem, a ty jesteś trupem. Stary się napatoczył, więc pójdzie do piekła przy okazji. Dlaczego i tobie nie proponuję spółki…? To chyba jasne… Panna Watson przedkłada karierę ponad złoto całego świata. To po pierwsze! A po drugie: dodatkowy wspólnik, mniej dolarów w kieszeni. Dlatego teraz pan Wei, którego towarzystwo zawdzięczamy skrajnie sceptycznemu nastawieniu pana Lee do spółek z białymi ludźmi, zagłębi swój orientalny scyzoryk w tchawicy panny Watson. A w tym samym czasie… ja wypróbuję kuloodporność Starego Gringo. Finał, ukłony, oklaski!

Powietrze rozdarł urwany świst, przypominający kwilenie atakującego sokoła. Emma padła w objęcia starego. Ciemność skrywała większą część niszy, jednak dokoła czuło się ruch, słyszało odgłos szamotaniny. Kręgi dwóch lamp, Jacka i Gringo, śmigały po skalanych nawisach. Raptem zbiegły się w jeden punkt: wycelowały we właściwe miejsce… Wei wisiał bezwładnie w objęciach jakiegoś zwierzęcia, pokrojem przypominającego gada. Monstrum zaciskało szczęki na gardle nieszczęśnika, a powtarzające się odgłosy ssania i przełykania nieomylnie zawiadamiały, że wciąga koktajl z chińskiej posoki. Kiedy zjeżyło grzbiet, długi rząd rogowych tarcz przypomniał Emmie wizerunki smoków, jakimi ilustrowano książeczki z bajkami dla dzieci. Skołowany Jack stał z rewolwerem w wyciągniętej dłoni: nie był w stanie podjąć decyzji, w którą stronę posłać śmiercionośny ładunek. Emma wcisnęła w dłoń starego maleńkiego sharpsa, wymacanego na samym dnie przepastnej kieszeni bawełnianych portek. Jack widząc, że pochłonięta konsumpcją gadzina chwilowo nie przedstawia sobą większego zagrożenia, zdecydował się ostatecznie i wymierzył w kierunku Emmy. Stary błyskawicznie zamienił się miejscami z kobietą, osłaniając ją własnym ciałem. Oba strzały padły jednocześnie. Jack przykucnął, cicho jęknął, padł na twarz z szeroko rozłożonymi ramionami, jakby próbował objąć w pasie starą Mateńkę Ziemię. Trzy pozostałe kule ulokował Gringo w ciele małego potwora.

 

6.

 

Świeża krew wsiąkała natychmiast w wyschnięty grunt, znacząc spękaną ziemię bordowymi plamami. Trop był dokładnie widoczny nawet z perspektywy końskiego grzbietu. Płynęli łagodnym kłusem, bez większego pospiechu; ranne zwierzę, choć biegło bardzo szybko, nie mogło się przecież zanadto oddalić.

– Kim… czym jest hombre-mosquito? – Emma, z wrodzoną gracją, szybowała w siodle, a szczególnie rozkosznie falowały jej obfite piersi, wzbudzane monotonnym ruchem.

– Figurą z bajek miejscowej ciemnoty. Jedni opisują go jako małego smoka, inni widzą w nim złośliwego krasnala. Przylepiają mu paskudną etykietę… krwiopijcy. Przeważnie atakuje bydło, nie gardzi też ludzką juchą.

– A wiesz… to nawet by się zgadzało… Tam, w jaskini, w tym świetle, gdy się stroszył, przypominał mi smoczka z książeczki dla dzieci. Gdy wypadliśmy za nim wyjściem pomiędzy skałami, a on biegł tak szybciutko na króciutkich nóżkach i tak śmiesznie kołysał się w biodrach, wglądał jak przebrany karzełek, czmychający z cyrku przed gniewem dyrektora. 

– Masz więc swojego smoka… żywego! Znaczy się… jeszcze żywego.

– Gringo, to fantastyczne! To jest możliwe… Posłuchaj… Jeżeli wierzyć Darwinowi: zwierzę zmienia przez wieki postać, przystosowując się do środowiska. Środowisko dinozaurów już nie istnieje. Może jakiś gatunek przetrwał miliony lat, skarlał i przystosował się do życia w naszym świecie… 

– Wskoczył do rzeki.

– Co?

– Próbuje przepłynąć na drugą stronę. – Stary pokazał palcem żółtozielony obiekt, walczący z rwącym nurtem. – W górach musiało padać: rzeka wezbrała. Złapię twojego smoka. – Gringo zachwiał się w siodle i o mało nie runął na ziemię; obie dłonie zacisnął konwulsyjnie na łęku.

– Źle się czujesz?! – Sercem Emmy targnął niepokój.

– Oberwałem. Jack nawet celnie strzelał.

– Jezu!

– Nic, nic… drobiazg. Kula przeszła na wylot. Nie złamała kości, nie uszkodziła żadnego organu. Szczęście! Nawet specjalnie nie krwawię. Trochę pali w środku. 

– Dałam się nabrać: byłam pewna, że jesteś kuloodporny.

– No, ale mamy kolejne doświadczenie: jestem kuloprzeźroczysty. Dobra… idę po smoka.

– Gringo, to wariactwo! W dupie ze smokiem! Czego żeś się uparł…?

– Donkiszoteria.

– Co?!

– Strona sto trzydziesta druga, pierwsza linijka od góry. – Stary grzebał przez chwilę w wypchanym juku, wyciągnął jakiś opasły tom i podsunął pod nos zaskoczonej kobiecie.

Emma otworzyła książkę w miejscu zaznaczonym zakładką i pobiegła wzrokiem ku zadanym wersetom: „…raz nad brzegiem rzeki, zobaczywszy wychodzącego z niej ognistego smoka, skoczył doń i tak silnie ścisnął go rękoma za gardło, że smok, nie mogąc oddychać, zanurzył się na dno, a rycerz ani puścił swej zdobyczy i poszedł z nim na dno”. Gdy Emma uniosła oczy znad pożółkłych kartek, koń starego, z jeźdźcem na grzbiecie, walczył już ze spienionym odmętem, po brzuch zanurzony w wodzie.

 

Kobieta podniosła walającą się na brzegu książkę i wyciągnęła rozdzielającą karty zakładkę. Ktoś przysposobił do funkcji zakładki bilet wizytowy. Woda rozmyła druk, ale personalia właściciela były jeszcze widoczne. „Ambrose Gwinett Bierce” – przeczytała i pomyślała, że to pewnie ten facet, który gapił się przez lornetkę, nim skoczył w nurt za koniokradami. Strzelali. Odważny! Szeryf albo strażnik Teksasu… Rzeka utuliła. Szukał kłopotów, znalazł śmierć. Ona wolała udawać, że niczego nie widzi. Nie wtyka nosa w cudze sprawy; dosyć ma własnych problemów… Jeden muł z zaprzęgu okulał. Grzechotnik mokasynowy urąbał Chińczyka, gdy ten zbierał zioła na zaprawę do wódki. Wyzionął ducha cicho i spokojnie, bez słowa skargi, siedząc na wozie w ulubionej pozycji: ze źdźbłem trawy w zębach, oparty plecami o kozioł. Mulnik się upił z rozpaczy i spał na pace – urżnąłby się z radości, gdyby było się z czego radować, a gdyby nie było się czym martwić, uchlałby się i tak, dla zasady, bo był po prostu pijakiem – a ona sama kopała ten pieprzony dół; nie rzuci przecież żółtka sępom na pożarcie. Na wozie grzeją się skrzynki tequili, do granicy jeszcze kilkadziesiąt mil, a w jej obskurnej spelunie, w parszywym Lonesome Dove, w zeszłym tygodniu wyschła ostatnia kropla whisky.

 

*****

W listopadzie 1913 roku przybywa do targanego rewolucją Meksyku Ambrose Bierce, amerykański dziennikarz, nowelista, aforysta, sceptyk i mizantrop. Rozgoryczony niepowodzeniami życiowymi, gnębiony postępującą chorobą, marzy o śmierci godnej prawdziwego mężczyzny. Dalsze losy pisarza skrywa mgła tajemnicy, ożywia literacka fikcja.

 

Armia Stanów Zjednoczonych interweniuje podczas rewolucji w Meksyku, w 1916 roku, w odpowiedzi na przygraniczne akty terroru, dokonane przez wojska Pancho Villi.

 

W 1987 roku puertorykański komik, Silverio Perez, nadaje prześmiewcze imię chupacabra (wysysacz kóz) – człowiekowi-komarowi (hombre-mosquito) – tajemniczemu zwierzęciu z legend latynoamerykańskich. Chupacabra staje się popularnym elementem kultury masowej obu Ameryk.

 

Kości dinozaura znaleziono po raz pierwszy na terenie Meksyku w 2013 roku, w pobliżu miejscowości Great Cepeda.  

Koniec

Komentarze

Ambroziaku, przeczytam później, na razie powiem Ci, że przekroczyłeś limit konkursowy o prawie 3 tyś znaków ;)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Beryl pisał, że można symbolicznie przekroczyć. To raptem sześć procent, więc mieści się się chyba w definicji słowa “symbolicznie”…  

Uff, to dobrze, głupio by było, gdybyś znowu wypadł poza konkurs przez limit… Tak było już chyba przy medycznych drabblach.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Fakt! Wypadł z rywalizacji konkursowej mój “Sen wampira”. Ale wziął go “Szortal”. 

Całkiem fajne. Kiedy przeczytałem o hombre-mosquito to myślałem, że znowu będzie wampir, a tu taka niespodzianka ;) Jak dla mnie za dużo erotyki, za mało smoków.

To Jack naciągnął tę cuchnącą szmatę na siebie i kobietę. Emma słyszała strzały. Uniosła rąbek płótna: chciała zobaczyć, co wokół się dzieje, musiała zaczerpnąć powietrza. Jack dygotał ze strachu i strasznie się pocił, cuchnął.

Powtórzenie.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Niby rozdzielone jednym zadaniem, ale może faktycznie zbyt blisko siebie. Dzięki! Masz rację; chyba trzeba to zmienić.

 

Między innymi dlatego poszedłem mocniej w kierunku erotyki, aby odciągnąć uwagę od smoków.

Mnie tam ta erotyka od smoków nie odciągnęła. I trochę mało smoka w tekście. Ale jest. Plus za egzotyczne dekoracje i porządny research.

Jeśli chodzi o język, to masz jeden paskudny ortograf i jeden mniej rażący. Poza tym kilka literówek.

Babska logika rządzi!

Finklo, dzięki za odwiedziny i komentarz. Dzięki za też “plus”; oboje wiemy, że nie lubisz tego typu tekstów.

Literówki są nie do okiełznania. Pocieszając samego siebie, powiem, że w styczniowym numerze Świata Nauki też widziałem ich kilka. Siadam więc sto pierwszy raz do sczytywania.

 

Pamiętasz może słowa lub fragmenty tekstu…? Mówię o tych dwóch błędach ortograficznych… 

Dobra! Poprawione. Znalazłem te dwa ortografy. Wyłapałem też cztery literówki. Tekst się rozjechał w dwóch miejscach, ale to chyba ułomność tego programu. Powinno być czysto…  

Nie lubię westernów, w sensie świata koncentrującego się na rewolwerach, męskich przygodach i robieniu bohatera z tego, kto pierwszy wyjmie broń. Do Ameryki Południowej i partyzantów nic nie mam, zwłaszcza gdy stanowią jedynie tło.

Ortografy pamiętam, ale jako juror nie będę ich pokazywać palcem. Musi Ci wystarczyć świadomość, że jeszcze w nocy tam były. Sam szukaj. :-)

Babska logika rządzi!

Znalazłem i posprzątałem. Dzięki!

 

Aluzju paniał: nic nie masz do partyzanckiego tła. Znaczy się – jest nie najgorzej. Jury… rozumiem.  

– Dureń! – Emma przeżuwała w ustach rozmaite epitety, skacząc na ziemię. Schowała się za kufer i uparcie tarmosiła mosiężne ucho, wciągając bagaż pod deski wozu. Durne przeświadczenie podpowiadało jej…

Zastąpiłbym jednego z tych “durniów” jakimś synonimem, bo rzuca się w oczy.

 

Starał się być uprzejmy i delikatny, a kobiecie schlebiały nawet umizgi pułkownika.

Może zamień miejscami, “schlebiały” i “nawet”, bo w obecnej formie sens zdania jest, mam wrażenie, inny od zamierzonego.

 

Przeważała w nim krew hiszpańska, a twardy, niegolony systematycznie zarost, ozdabiał twarde rysy, urokiem pierwotnej siły.

 

– Ta noc może być ostatnią w moim życiu.

– I w moim, i Jacka, i Pereiry… Nigdy nie mamy pewności. Nikt nie zna swojego jutra.  

– Prawdopodobieństwo się liczy.

– Prawdopodobieństwo jest zawsze takie samo.

– Filozofia, filozofia, filozofia.

– Myślałam, że to ty jesteś specjalistą od filozofii.

Tutaj, w komentarzu tego nie widać, ale w tekście rozjeżdża się tutaj tekst trochę. Zerknij na to i sprawdź.

 

Czas oszydził staremu upokorzenia.

Jesteś tego pewien?

 

Momentami dziwi mnie zachowanie bohaterów. Np. druga scena, kiedy ekspedycja zostaje otoczona przez rewolucje. Na około świszczą kule, trup się ściele gęsto – przy czym giną ludzie z eskorty panny Watson, a wiec tacy, których znała i zapewne nawiązała jakąś więź emocjonalną – w perspektywie sama ma śmierć, albo – w gorszym wypadku – brutalny, zbiorowy gwałt w wykonaniu na wpół dzikich żołdaków i niewolę. A ona co? Ano grzebie sobie beztrosko łopatą w ziemi.

Zupełnie tego nie kupuję, tym bardzej, że Emma jaką pokazujesz w dalszej części opowiadania, wcale nie jest głupia czy stuknięta.

Albo akcji Jacka w jaskini. Też, za przeproszeniem, popis sztampowej głupoty. Ekspedycja trafia na ciała swoich towarzyszy, zawleczone przez coś do jaskini i doszczętnie wyssane z krwi. Pierwszy wniosek w takiej sytuacji – jesteśmy w legowisku jakiegoś potwora, który lubuje się w ludzkiej jusze. Wniosek drugi – SPIERDALAMY! A tymczasem dwuosobowa Triada twardo ignoruje przerażające realia i urządza sobie pogawędki, co, swoją drogą, też jest hollywoodzko głupie – jak chcesz kogoś zabić, to go zabij, a nie spowiadaj mu się z pobudek, dlaczego to robisz i nie wyjawiaj zamiarów, swoim ględzeniem dając przeciwnikowi szansę do obmyślenia jakiegoś planu ratunku, a potem przeszkodzenia w realizacji tychże zamiarów (pułkownik Pereira jest tu poniekąd rozgrzeszony – ja też nie spodziewałbym się Jackie Chana na meksykańskim wygwizdowie).

Poetycki wywód o ptaku i mustrowaniu duszy, był za bardzo poetycki, nawet jak dla mnie. Nadmiar patosu.

Smoka, którego już w trakcie lektury – jak się okazuje, słusznie – powiązałem z chupacabrą (która raczej nie jest kojarzona ze smokiem ani nawet gadem), jakby za mało. No i zakończenie mogłoby być zarysowane ciut bardziej wyraźnie, bo przeskok między tym, co nie jest, a tym, co jest, jest tak rozmyty, że nie mam pewności, czy dobrze go interpretuję.

 

Ale pomijając te kilka drobnych uwag, znów dajesz czadu. I to srogo. Za dzieciaka rozczytywałem się w westernach, głównie Maya, ale nie tylko, więc konwencja opowiadania jak najbardziej do mnie trafia. Wykonanie, znów na poziomie “nic, tylko się uczyć”, zwłaszcza dialogi cholernie mi się podobały. Nie tylko świetnie pasują do klimatu opowieści i samych postaci, ale są też nadzwyczaj barwne, inteligentne i niewymuszenie zabawne. Majstersztyk. Poza tym jak zwykle przebogate, bynajmniej nie tandetne, opisy bardzo plastycznie ukazujące świat przedstawiony. Fabularnie natomiast… Mogłoby się podziać coś więcej z tym smokiem, bo został pewien niedosyt. No i ogólnie akcji jako takiej też ciut za mało jak na tekst tych gabarytów. Ale na tym znów ucierpiałby by Twój fantastyczny styl, więc nie mam odwagi się czepiać. Natomiast jeśli chodzi o erotykę, to jej ilość też mnie nie zraziła, bynajmniej – wątek “przyjaźni” Emmy i Conchity mógłby być bardziej rozbudowany^^. No i była to zdecydowanie ciekawa opowieść.

 

Tekst oceniam na 8. (Co najmniej)

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Chupacabra.png

Cieniu, serdeczne dzięki za obszerny komentarz, wysoką ocenę i nominację do biblioteki.

 

Zarobiony trochę teraz jestem; wpadnę później i coś sensownego napiszę. Wrzucam tylko wyobrażenia chupacabry, by podeprzeć skojarzenia ze smokiem.

Dobra, cofam to co napisałem. Ja kojarzę obraz chupacabry raczej jako takiego golluma; nieduży, człekokształtny, zdeformowany potworek. Trochę jak ten dwunożny gad z opisów (wiki), al jednak bardziej istota rozumna niż zwierzę. Nie pamiętam, skąd mi się to wzięło, ale po zweryfikowaniu mojej wiedzy, przyznaję Ci rację – chupacabra ma pełne prawo aspirować do roli smoka.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, jeżeli chodzi o technikalia – uwzględniłem wszystkie Twoje uwagi.

 

A co do obszaru fabularnego…

 

Eskorta Emmy to przypadkowy oddział federalnych, który odstawia ją i jej towarzyszy do granicy. Emma myśli generalnie racjonalnie, ale dostaje amoku na widok swojego fiksum dyrdum – smoczych kości. Pokazuję to już w pierwszej scenie, by powtórzyć przy akcji w jaskini. 

 

Cieniu, trupy znajdują Gringo i Emma, a Jack nachodzi ich w tej niszy z trupami. Nikt nie ma pojęcia, co zabiło tych ludzi. Jack nie ma się czego bać, gdyż za jego placami stoi przecież śmiertelnie skuteczny Wei. 

Cieniu, pełna zgoda… Pogawędki mordercy z niedoszłą ofiarą to hollywoodzki trick. To stały element niemal każdego, dobrego kryminału. To rozwiązanie, stanowiące filar konwencji gatunku. To poetyka tego gatunku. Tego oczekuje czytelnik i dobrze się przy tym bawi. Cieniu, nie idźmy w hiperrealizm, bo zgubimy poetykę i konwencję. Bawmy się!

Cieniu, w słowie wstępnym uprzedzałem – przegięcie w opisie przyrody jest zabiegiem celowym. Chodziło mi o przerysowanie podobnie kiczowatych fragmentów, znajdowanych w dziewiętnastowiecznej noweli sentymentalnej. Bierce był dziewiętnastowiecznym nowelistą – i chociaż nie tworzył w duchu sentymentalizmu, to pozostawał (niesłusznie) w cieniu autorów tego nurtu, takich jak chociażby Bret Harte.

Wydawało mi się, że akcenty akcji rozłożyłem optymalnie, ale subiektywne odczucie czytelnika może być inne. Nie chciałem przeginać, bo Finkla i tak mnie wciąż ruga za strzelaniny i mordobicia.

Końcowy twist opiera się na tym samym, co w “Płomyku”. Dałem do niego spoiler w środku opowiadania. Ponieważ pierwszy zastosował ten trick właśnie Bierce w opowiadaniu “Przy moście nad Sowim Potokiem”, dlatego jest to mój hołd, złożony geniuszowi tego pisarza.

 

Cieniu, jeszcze raz… wielkie, wielkie dzięki! Jesteś mi bardzo pomocny.

Ideę “fiksum dyrdum” rozumiem doskonale, ale mimo wszystko mnie nie przekonuje. Za bardzo, jak dla mnie, przejaskrawiona ta szajba. Zachowania Jacka też nie kupuję. Chińczyk chińczykiem, a spiżarnia jakiegoś niezidentyfikowanego potwora, wypchana całą masą wyssanych trupów, to jednak zupełnie inna kategoria wagowa. Jeśli pozwolisz, zostanę więc sceptykiem. A “nocne zabójców rozmowy” pasują mi raczej do sensacji/akcji, a nie do dobrego kryminału – ten ostatni kończy się tak, że Hercules Poirot wskazuje mordercę i wyłuszcza, jak go zdemaskował, a czytelnik/widz kiwa głową ukontentowany nad przemyślnością intrygi i geniuszem detektywa. Co nie zmienia dwóch faktów: pierwszy, że masz rację – wkomponowuje się ten zabieg w konwencję gatunku i ma rację bytu. Drugi natomiast jest taki, że mnie to i tak drażni. Nie tylko w Twoim opowiadaniu, ale zawsze i wszędzie (wyjątkiem jest tutaj film “Watchman – Strażnicy”. Ale nie powiem, dlaczego. ;). Po prostu mam alergię na ludzką głupotę (na szczęście jest to alergia wybiórcza; inaczej sam siebie bym unicestwił, i to mimochodem).

“Namalowany słowami obraz” nie tyle był kiczowaty, co… no dobra – “kiczowaty” pasuje tu najlepiej. I przyjmuję ten fakt do wiadomości, zrozumiawszy intencję Autora.

Co do zakończenia natomiast, to nie odebrałem go jako kalkę “Płomyka”. Wydawało mi się raczej, że to jakaś fantazja tej Prawdziwej Emmy, oparta na jej niespełnionych marzeniach i przelotnym zetknięciu z Gringo, który urósł w jej oczach do rangi prawdziwego bohatera.

 

I nie dziękuj, bo nie masz za co.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, chciałbym zmienić nieco Twoje spojrzenie na konwencję, widzę bowiem lub zdaje mi się, że widzę, iż podskórnie tkwi w Tobie realista. Cieniu, bohaterka opowieści fantastycznej nie może być postacią z kart Elizy Orzeszkowej czy Marii Dąbrowskiej. Fantastyka wyrasta bowiem z romantyzmu, nie z pozytywizmu. Taka bohaterka powinna być… musi być szalona. 

Scena w niszy z trupami też idealnie wpasowuje się w konwencję horroru czy thrillera. Jaka bowiem laska pcha się do piwnicy rozjaśnionej niebieskawą poświatą, wiedząc, że gdzieś w okolicy grasuje seryjny morderca… a przecież to stały punkt programu niemal każdego horroru czy thrillera. Jak już ustaliliśmy – w konwencję wpisują się też pogawędki potencjalnego mordercy z niedoszłą ofiarą. Cieniu, bawmy się… bawmy się konwencją.

Gdzieś wyczytałem, że dobry twist powinien być tak ospojlerowany, by klucz do zagadki był bezdyskusyjny, ale trudny (czy wręcz niemożliwy) do odnalezienia przy pierwszym czytaniu tekstu. Chyba się udało…

 

Cieniu, tym razem nie dziękuję, ale wiesz… miło się z Tobą gada.

Może nie tyle realista, co zagorzały fan logiki i rozsądku. Fantastyka, moim skromnym zdaniem, jest tak stara jak sama ludzkość – Biblia, helleńskie mity, prasłowiańskie, nordyckie czy germańskie wierzenia… I jeszcze dalej, zarówno w czasie jak i przestrzeni, fantastyka, choć może nieco inaczej pojmowana, wszędzie zostawiała swoje ślady. Gdzie byś nie spojrzał, ludzkość od zawsze miała swoich ambroziaków i Cieni, kreujących magiczną stronę świata. Moim jednak zdaniem, to właśnie świat, a nie zamieszkujący go ludzie, powinien być w jakiś sposób “szalony”, by mówić o fantastyce. Niemniej zgodzę się bez wahania, że prawdziwi romantycy są w jakiś sposób stuknięci i oderwani od rzeczywistości. Ale żeby do tego stopnia? No cóż, w końcu to jej bajka…

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, jasne… fantastyka jest tak stara, jak ludzka fantazja. Myślałem raczej o gatunku literackim stricte. I zgadzam się, że to głównie świat kreowany przez pisarza powinien być szalony. Dlatego właśnie serwuję tutaj ten końcowy twister. 

 

zdarzenia dokoła rozgrywały

dookoła

teraz najbezpieczniejszym schronieniem. – Kretyn! – Emma przeżuwała w ustach rozmaite epitety, skacząc na ziemię. Schowała

Nie rozumiem, czemu przed "– Kretyn!" nie ma przerwy.

a damę dostojną chcesz rzucić kundlom na pojebanie.

pojebanie? O.o chyba czegoś nie rozumiem

Fascynacja znaleziskami skamienielin dinozaurów. – Wojna o kości. Gazety huczały! Słynna sprawa… – stary wtrącił w jeden z dłuższych monologów Emmy.

Znowu brakuje mi entera, chociaż zdecydowanie mniej niż w poprzednim przypadku.

– Filozofia, filozofia, filozofia.

– Myślałam, że to ty jesteś specjalistą od filozofii.

– Ty jesteś specjalistką od kości. Kolekcjonujesz starocie.

– Ten smok w rozporku… to bez wątpienia skamielina.

Od tego miejsca ten dialog przestał mi sie podobać. Sztuczny się zrobił.

nie sprało palmy na honorze.

Palmy na honorze xD boska literówka.

Może to coś innego śmierdzi… Nie ważne! Później się w tym rozpatrzymy.

"Nieważne" – powinno być razem.

 

Emma nie wykazuje specjalnej inteligencji… Niby ostrożna (udaje, że nie widzi strzelanin), a za przeproszeniem dupą myśli ;) Zdecydowanie wolę postać Gringo. Ma charakter, nawet do rzeczy gada i taki faktycznie błędny rycerz z niego.

Z wad jeszcze to sporo w dialogach jest sztuczności niestety. Niektóre są bardzo fajne (pierwszy dialog Pereira z Gringo, kolejne już wypadają gorzej), ale inne aż bolą w uszy, podczas czytania. I średnio mi pasują do klimatu, niektóre odzywki wioną polskością na kilometr…

Zasadzką Pereiry budujesz napięcie, które zarzynasz "Chińczykiem", za szybko jednak jak dla mnie.

I scena pt. "wyznania tego złego" też trochę zabija klimat.

Poza tym raczej zarzutów nie mam. Jest napisane porządnie, w ciekawych klimatach, z fajnym pomysłem na Chupacabrę (szkoda tylko, że rzeczonej w tekście jest tak mało). Słodzić jednak nie będę, trochę nudnawy tekst momentami, opisy długie, zarzuty do dialogów już wymieniłam. Jest dobre, ale całkiem nie porywa. Uważam, że opowiadaniu mocno wyszłoby na dobre, gdybyś niektóre opisy skrócił, a motyw smoka poszerzył.

Ale i tak oceniam ten tekst przynajmniej na 7, więc klepię bibl.

Tylko nie "Tęcza"!

Tenszo, serdeczne dzięki za odwiedziny, wysoką ocenę i głos na bibliotekę.

 

dokoła/dookoła – obie formy poprawne i równoważne

 

palmy i nieważne – dzięki za wyłapanie. Zaraz poprawię.

 

Tenszo, jeżeli w dłuższy fragment opisu wtrącamy pojedyncze słowo lub krótką kwestię bohatera, nie wyrzucamy tego raczej w oddzielny akapit. Jeżeli przechodzimy z opisu w obszar dialogowy – to tak.

 

Hmm, zastanawiają mnie subiektywne odczucia czytelników. Cieniu uznał dialogi za bardzo naturalne i naturalnie dowcipne. Zresztą, najczęściej zbieram pochwały właśnie za dialogi. Każdy to widzi inaczej… Trudno tu dyskutować.

 

Jeszcze raz – serdeczne dzięki!  

 

Tenszo, skoro napisałaś, że zgrzyta, przerobiłem nieco ten dialog. Wydaje mi się, że nie wyłapałaś sarkazmu… “Kolekcjonujesz starocie” – mówi stary facet do podrywającej go kobiety.

 

Kurczę, po przeróbce pojawił się w tym dialogu podwójny enter, którego nie mogę poprawić. Jak edytuję – w tekście jest OK! Jak publikuję – enter siedzi dalej.

dokoła/dookoła – obie formy poprawne i równoważne

A to nawet nie wiedziałam.

 

Tenszo, jeżeli w dłuższy fragment opisu wtrącamy pojedyncze słowo lub krótką kwestię bohatera, nie wyrzucamy tego raczej w oddzielny akapit. Jeżeli przechodzimy z opisu w obszar dialogowy – to tak.

Ja wiem, że tak można robić, ale ty walisz takim blokiem tekstu, że to się zwyczajnie ciężko czyta ;)

 

Tenszo, skoro napisałaś, że zgrzyta, przerobiłem nieco ten dialog. Wydaje mi się, że nie wyłapałaś sarkazmu… “Kolekcjonujesz starocie” – mówi stary facet do podrywającej go kobiety.

Nie nie. Załapałam kawały… tylko to były takie suchary, że aż między zębami trzeszczało ;)

Tylko nie "Tęcza"!

Widzisz, ale to już chyba kwestia indywidualnej wrażliwości. Ja tam ubawiłem się z tego dowcipu.

 

 

oczom wezbranej żądzy jawił się natrętny kontrafakt – co się jawi? 

Odważany! Szeryf albo strażnik Teksasu – kto go odważał?

Ja k dla mnie mocno odbiega od tego, co się spodziewałam. Pomijam fakt, że prawie całkowicie nie ma tu smoka, ale zabrakło mi zwykłego dla Ciebie klimatu, nastroju, czarowania słowem. Owszem, są momenty, gdy czuć, że Ty to Ty, ale nie w całym opowiadaniu.

Ale widać włożoną pracę i w sumie tekst ciekawy. Ten przedostatni akapit też mi jakoś zazgrzytał – to Emma stała się z paleontologa właścicielką jakiejś speluny? A co z kośćmi dinozaura? Jeśli chciała się zmienić w biznesłoman to mogła Chińczykom, sprzedać kości smoka. Nie ogarniam tego.

Mimo to tekst oceniam na 7 i klepię bibliotekę.

Aha i jeszcze jedno – myślę, że bez szkody dla tekstu możesz go odchudzić z tej nadplanowej ilości znaków.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bemiku, serdeczne dzięki za lekturę, punkty i bibliotekę.

 

Dziękuję za literówki. Kurde… te są nie do okiełznania. “Konterfekt” na “kontrafakt” to word sam mi przerobił.

 

Bemiku, każdy tekst powinien być trochę inny. Nie mogę pisać wszystkiego w jednym stylu. Pragnę zaprezentować trochę więcej umiejętności. A końcowy twist opiera się na tym samym, co w Płomyku. Jest do tego wyraźny spojler w tekście. Zresztą, pierwszy zastosował w literaturze ten trick właśnie Ambrose Bierce. Składam więc tutaj hołd geniuszowi tego pisarza.  

Oczywiście, że nie powinno się pisać cały czas tak samo, ale zabrakło mi tutaj trochę Twojej poetyckości. Poza tym opowiadanie właściwie nie jest o smokach, a o dinozaurach, a i tak jest ich tylko śladowa ilość. Ale nad tym niech się już biedzi komisja.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Miał być jakiś fantastyczny smok. Jest – chupacabra. Wyżej wrzuciłem jej wyobrażenia.

 

Bemiku, gdzieś już pisałem, że konkurs trwa kilka tygodni, a sztuka jest wieczna. Gdy piszę więc opowiadanie konkursowe, staram się, by tematyka tworzyła w miarę jaskrawe tło, nie przebijała jednak na plan pierwszy.

 

A upust moim poetyckim zapędom dałem w kiczowatym obrazie, namalowanym słowami Starego Gringo.

Fakt, kiczowate było i wywołało uśmiech na twarzy. Dobrze, że ostrzegłeś w przedmowie!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Wiedziałem, że każdy to wyłapie, bałem się jednak, że nie każdy zrozumie intencję.

Ambroziaku, ja jestem z tych, którym dialogi się podobały. I w ogóle podoba mi się styl, w jakim napisałeś to opowiadanie. I klimat, i sposób, w jaki zrealizowałeś motyw historii zaistniałej-niezaistniałej.

Dodam, że nie oczekuję od opowieści awanturniczej, że będzie hiperlogiczna, choć wolę, żeby wszystko było wiarygodne. Tutaj trafiło się parę scen mało prawdopodobnych, ale nie absurdalnych, więc bez przesady. Postaci dopasowane do konwencji; przezacny jest zwłaszcza Gringo Viejo don Kichot, ale pani archeolog też niczego sobie :-)

 Według mnie Twoje opowiadanie zasługuje minumum na ósemkę.

Tekst oceniam na 8.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Jerohu, serdeczne dzięki!

 

Wiesz… od początku przeczuwałem, że opowiadanie trafi bardziej w męskie gusta. Western, przygoda, strzelaniny, bijatyki, nieco sprośne sceny i rubaszne dialogi. Miałem ochotę napisać coś takiego, bo lubię podobne klimaty. Jeżeli jeszcze komuś się to podoba, to bardzo się cieszę.

 

Pozdrowienia.

biegała od rana tam i sam,

tam i siam?

 

nie ważna ilość

nieważna

 

 

No! Ubawiłem się, chociaż podobnie jak Cień, syczę z niesmakiem nad kliszą uberzłego, który moment przed zabiciem tych dobrych w finale klaruje szczegóły intrygi i plan na zdobycie władzy nad światem. Zęby mnie od tego zabiegu konwencyjnego bolą, trawię go tylko w Jamesach Bondach ;-) Dialogi dobre, jakkolwiek nie na salwy śmiechu, a na uśmiech. Chińska akcja nad dino-dziurą mocno nieprawdopodobna, ale co tam, bawimy się. Kiczowaty obraz słowem sprawił, że rzygałem tęczą, więc, cóż, jest kiczowaty jak cholera. ;-)

 

Bardzo przyjemnie spędziłem czas, jakkolwiek dużo więcej niż odrobina przerysowania rzuca się w oczy. Taka konwencja, ot co – to Meksyk, to słońce, co w czaszkę grzeje, to tequila, co mózg zabiera na spacer, zostawiając myślenie penisom, chupacabrom i kobietom… :-D

 

No, to: Tekst oceniam na 8. Na 9 nie, bo te wyjaśnienia i wyznania, będąc młodym bandytą i trzymając na muszce bohaterkę podczas sceny w spiżarce kozoj… kozossacza to jednak zazgrzytały mi aż za bardzo :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psycho, dzięki za odwiedziny i komentarz. Dzięki za tak dużo punktów i głos na bibliotekę. Cieszy mnie, że dostarczyłem Ci dobrej rozrywki. 

 

Wiesz, odnoszę wrażenie, że tego typu opowiadanie aż prosi się o pogawędkę potencjalnego mordercy z niedoszłą ofiarą. Jak konwencja – to konwencja! Jednak wrażenia Twoje i Cienia są bardzo cenne. Dobra… skoro zgrzyta, w przyszłości będę unikał.

 

“tam i sam” – dobrze! U Reja tak jest: “Pies biga tam i sam dla obiadu”.

 

“Nieważna” zaraz poprawię.

 

 Jeszcze raz serdeczne dzięki. Pozdrowionka. 

Ambroziaku, konwencja niekoniecznie jest zła – po prostu tutaj masz nadreprezentację czytelników, którzy na zbytnią konwencyjność będą narzekać ;-) 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Jednak wrażenia Twoje i Cienia są bardzo

Czuję się pominięta! Mi to też zgrzytało ;)

Tylko nie "Tęcza"!

Sorry, Tenszo. Zapomniałem, że i Tobie zgrzytnęło. Twoje wrażenia są równie ważne, ba… pewnie nawet ważniejsze, bo kobiecą wrażliwość cenię ponad wszystko.

Wybrnął. Jak nic!^^

Brawo, Panie Kolego! Brawo!

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

No, wybrnął :P

Tylko nie "Tęcza"!

Ufff, udało się!

 

Dziękuję Wam, kochani, za te spostrzeżenia. Dzięki nim – kolejne opowiadania będą jeszcze lepsze.

Niewątpliwie pięknie operujesz słowem i jako początkujący, a właściwie raczkujący “człowiek piszący” jestem pełna podziwu. Jednak to trudny tekst, moim zdaniem, trzeba się skupić przy jego czytaniu, aby nie wymknęło się coś wartościowego. No i na koniec dodam, to naprawdę dobry tekst :)

Łodzianko, niezmiernie mi miło, że poświęciłaś czas lekturze mojego opowiadania. Cieszę się też, że zdobyło Twoje uznanie. Fakt… ten tekst wymaga skupienia, gdyż zawiera gdzieś w środku spojler, prowadzący do zagadkowej puenty.

Ogólnie nieźle, całkiem porządnie napisane opowiadanie i nawet dobrze się czytało, ale w Dragonezę, moim zdaniem, wpisuje się ledwo, ledwo. Aż szkoda, że zawiera zaledwie śladowe ilości smoka. Zadaniem ekspedycji Emmy mogło być poszukiwanie czegokolwiek, a opowieść nie ucierpiałaby na tym. Odnoszę wrażenie, że istotniejsze było dla Ciebie ukazanie „folkloru” meksykańskiego z czasów rewolucji niż rzetelne „dosmoczenie” opowiadania.

 

Zastanowiły mnie trzy zdania:

 

Pa­mię­tasz pew­nie też pana Lee: mi­łe­go, sko­śne­go sta­rusz­ka, który trząsł całą chiń­ską dziel­ni­cą. – Staruszek, pewnie dlatego, że był skośny, wzbudzał strach w całej dzielnicy. ;-)

 

Jack dy­gnął kon­wul­syj­nie, cicho jęk­nął, padł na twarz… – Czy Jack rzeczywiście, nim padł na twarz, ukłonił się jak dziewczynka, wykonując wygibasy? ;-)

 

Grin­go za­chwiał się w sio­dle i o mało nie runął na zie­mię; obie dło­nie za­ci­snął kon­wul­syj­nie na łęgu. – A tak konkretnie, to ściskał podmokłą łąkę, czy las liściasty, porastający wilgotny teren? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, ubawiłaś mnie setnie. A tyle osób czytało i nie widziało skośnego Japończyka, dygającego Jacka i tego tam na koniu!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bo ona jest niezmordowana…

 

…nie ma schronienia przed regulatorzy…

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Regulatorzy, niezmiernie mi miło, że znowu poświęcasz Swój cenny czas moim wypocinom. Niesamowicie raduje mnie też pochwała z Twoich ust!

 

Jak zwykle – nic nie ukryje się przed wnikliwym spojrzeniem pary Twoich ocząt. Siodło wieńczy oczywiście łęk, a nie podmokła łąka. Serdeczne dzięki! Poprawione…

 

“Skośny” jest synonimem “żółtka”. To oczywiście nowo-polszczyzna. Można zastąpić “skośnookim”, ale chyba zostawię, w myśl zasady oszczędności językowej. Zresztą, na moich sąsiadów Wietnamczyków (bardzo sympatycznych, zresztą), nikt nie mówi inaczej, jak: “skośni z trzeciego piętra”.

 

“Dygnięcie” to ugięcie nóg w kolanach, a “konwulsynie” – związane z drganiem i/lub skurczem mięśni. Taki sposób opisu pasuje mi właśnie do widzianych w filach scen: faceta trafia kula, a ten kurczy się w sobie, ugina nogi w kolanach… i pada na twarz.

 

A nasycenie opowiadania tematem konkursowym… Powiem to samo, kolejny raz: konkurs trwa kilka tygodni, a sztuka jest wieczna. Chciałem napisać coś ładnego, a konkurs był tylko pretekstem. Staram się pisać tak, aby temat konkursowy stanowił tło, nie przebijał jednak zbytnio na plan pierwszy. Jak te laserunki, w bohomazach malarza-nieudacznika, w “Poszukiwany poszukiwana”.

 

Jeszcze raz serdecznie dziękuję!

Pozdrowienia!

Bemiku, Psycho, nie znałem dotąd nikogo, chociażby ze zbliżoną spostrzegawczością do Reg. A przez dwie dekady mojej pracy publicystycznej, poznałem dziesiątki korektorów. 

Ambroziaku – ja na Twoim miejscu zastosowałabym się do rad Reg. Nikt nie zna Twoich sąsiadów i nikt oprócz nich nie mówi  skośni, a wszyscy mówią skośnoocy.

Podobnie z dygnięciem – bo dygnięcie to najpierw ugięcie kolan, a potem ponowne wyprostowanie. Poza tym jest przypisane latami tylko do tej jednej czynności. Dygający Jack brzmi zabawnie, a nie o to Ci przecież chodziło, prawda?

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dobra… jeżeli Ty, Bemiku, i nasza Reg mówicie, że razi – to zmienię.

OK! “Skośny” zmienione na “skośnooki”. Nad sprawą Jacka muszę chwilkę pomyśleć, by jakoś tak zgrabnie wyszło…

Dobra… dygnięcie też poprawione.

No, przeczytane – najmocniejsze strony opowiadania to okołohistoryczny klimat oraz postać starego. Opowiadanie chyba by zyskało, gdyby to na tego bohatera przenieść ciężar perspektywy, gdyż Emma jest głupia i irytująca, podczas gdy gringo zdołał uzyskać pewną psychologiczną głębię oraz sympatię ze strony czytelnika ;  P

Wątek smoka zaś wydaje się być nieco na doczepkę. 

Całość fajnie się czyta, lecz niektóre elementy są trochę zbyt sztampowe, np. wyznanie jacka – dzieje się dużo, trup gęsto się ścieli, a tu nagle przydługa przemowa o jakichś kotach i konserwach. 

I po co to było?

Syfie, fajnie, że znalazłeś czas na lekturę. Serdeczne dzięki za komentarz.

 

Emma i Gringo tworzą tutaj parę głównych bohaterów, a najlepiej, jak bohaterowie w parze wyraźnie ze sobą kontrastują. Skoro uznałeś Emmę za głupią i irytującą, a stary zyskał głębię i Twoją sympatię – znaczy, że autor wykonał zadanie. 

 

Jeżeli chodzi o wątek konkursowy… Jeszcze raz to powtórzę: konkurs trwa kilka tygodni, a sztuka jest wieczna. Wychodzę więc z założenia (może niesłusznie), że temat konkursowy powinien tworzyć tło, ale nie cisnąć się na plan pierwszy.

 

Te elementy, które nazwałeś sztampowymi, ja wolę określać mianem: konwencjonalne. Bawię się tutaj po prostu konwencją westernu i literatury sensacyjnej.

 

Bardzo mi miło, że odwiedziłeś moje opowiadanko. Jeszcze raz – serdeczne dzięki!

 

 

Nowa Fantastyka