- Opowiadanie: Justaa44 - Dragoneza

Dragoneza

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Dragoneza

Stojąc na wzgórzu mogłem podziwiać swój piękny kraj. Moja prababcia, kiedy jeszcze byłem mały powiedziała, że ludzkość , jeśli chodzi o epoki to nie wymyśla nic nowego, bo w końcu ile można? Tylko czerpie z poprzednich czasów pewne elementy. Czasem łączy je po troszeczku, a czasem… bierze niemalże w całości, a ludzie myślą, że to wszystko ,,nowa era”. Wtedy nie do końca tego rozumiałem. Nie pomyślałbym, że to co było wcześniej jest takie zupełnie różne od tego co teraz widzę, że te czasy, w których żyje to istny powrót do przeszłości. Wszędzie gdzie patrzę roślinność, woda, co prawda w niektórych miejscach widać nawet spaloną trawę, właściwie ziemie odsłoniętą po pożarze. W tych czasach słońce nieźle daje popalić i łatwo tu o przypadkowe podpalenie. Mój wzrok pada na wybujały i gęsty las, który jeszcze żaden człowiek nie zdołał wejść i wyjść.. przynajmniej nie w całości. Nawet z tej wysokości nie można zobaczyć gdzie się on kończy. Kiedyś z ciekawości i właściwie z perspektywy czasu mogę stwierdzić, ze i z głupoty udałem się do niego. Pamiętam, że kiedyś podszedłem do jego granic, chociaż długo tam nie zabawiłem słysząc naprawdę różne dźwięki z głębi. Tym, co najbardziej wryło mi się w pamięć to, ze te drzewa były ogromne. Zresztą takie czasy. Prababcia mi opowiadała kiedyś, że za jej czasów świat był betonowy. Pełen autostrad, dróg, ceglanych domów, wszelakiego rodzaju zanieczyszczeń, a dzieci w moim wieku bawiły się tzw. iPodami, tabletami, komputerami i laptopami. Próbowała mi kiedyś wyjaśnić na czym to polega, ale osobiście mnie to nie interesowało. Przecież to takie staromodne i .. właściwie po co to komu? Chociaż prababcia wcale nie wydawała się zawiedziona taką reakcją, a wręcz przeciwnie.. pochwalała ją i nieraz powtarzała, że mamy szczęście żyć w takich czasach. Kochałem ją, ale w tym wypadku również nie mogłem się z nią zgodzić. Jak mam się cieszyć, ze nie żyje w czasach, kiedy ludzie nie musieli się martwić o przetrwanie i mogli sobie pozwolić na te urządzenia? Jak mam się cieszyć z czasów, w których każdy człowiek patrzy z przerażeniem w górę? Jak ma się cieszyć, kiedy nigdy nie wiadomo, kiedy zleci na nas śmierć? Zleci… i to dosłownie. Epoka… nigdy w stu procentach nowa. W starych książkach, niemalże wiekowych przeczytałem o epoce mezozoicznej. To co się teraz dzieje to to samo, tylko z tą różnicą, że zamiast dinozaurów są SMOKI. Tak.. wbrew powszechnym przekonania nie mieszkają one w jamie tylko w lasach. Dokładnie takich samych jak ten 6 km oddalony od mojego domu. Ten sam, na który właśnie patrzę ze wzgórza. To jest najwyższy punkt w całej wiosce, a musiałem się zapoznać z terenem walki. Teoretycznie idę tylko na zwiady.. pierwsze od wielu lat, ale liczę się ze śmiercią. Ba ! Spodziewam się jej. Chociaż nie powinienem mieć do nikogo pretensji, bo sam się zgłosiłem na ochotnika, ale wyrażenie ,,dobrowolny wybór” nie do końca służy swojemu przeznaczeniu. Po tylu latach niewoli, uzależnienia od tych stworzeń ktoś wpadł na pomysł, żeby coś z tym zrobić. Plan został poparty przez wszystkich, ale powstał kolejny problem. Na ogół ta myśl wydawała się taka świeża, pobudzająca do działania, lecz kto by się doważył pójść na wyrok śmierci? Nie było żadnych ochotników na to miejsce, a ja miałem tego pecha, że równy miesiąc temu, dokładnie w moje 17 urodziny zmarła moja mama, a tata.. potrzebował się upić w samotności. Podobno widzieli, go jak szedł w stronę lasu, a potem słuch o nim zaginął. Zamrugałem oczami nie pozwalając sobie ani na chwile słabości. Nie teraz. W obecnej chwili moim priorytetem było pościć rodziców. Między innymi dlatego się zgłosiłem. Zdania na mój temat były podzielone. Jedni patrzyli na mnie ze współczuciem i zrozumieniem, drudzy, jakbym był wariatem, trzeci jak na wybawiciela, a czwarci… już się ze mną pożegnali. Coś jednak sprawiało, ze nie byłem głupcem idąc tam, lecz po prostu zaślepiony zemstą. Legenda głosi, że pewnego dnia urodził się smok z uczuciami, w co szczerze wątpię. Te stworzenia są nieobliczalne i z pewnością nie posiadają serca, ale to oczywiście tylko legenda. W każdym razie ten smok przelatując nad pewnym miastem ujrzał w oknie śliczną siedmioletnią dziewczynkę. Sam był wówczas porównywalnie w jej wieku i.. się w niej zakochał. Od tamtego czasu przelatywał nad tym miastem parę razy dziennie, byleby tylko ją ujrzeć. Po paru latach, nie mogąc wytrzymać, że tyle ich dzieli porwał ją do lasu. Fakt. Słyszałem kiedyś, że smok rzeczywiście przelatywał bardzo często nad jakimś miastem, tylko ze w rzeczywistości w historii jest zapisane, że w tym miejscu było gdzieś schowane jego jajo i przelatywał w poszukiwaniu jego, a gdy w końcu je zlokalizował, nie zwracając na nikogo uwagi złapał je i odleciał w stronę lasu. W późniejszych zapiskach, odnotowałem zaginięcie 12 letniej dziewczynki, ale z tego co mi wiadomo to człowiek , a jajo to dwie różne rzeczy. Wziąłem głęboki wdech , próbując złapać jak najwięcej powietrza do płuc, zdając sobie całkowitą sprawę, że podpisałem na siebie wyrok śmierci i już nigdy nie doświadczę jak to jest oddychać. *** Wiem, ze skoro powiedziałem A to powinien wymówić kolejne litery z alfabetu. Wiem, ale to wbrew pozorom nie jest tak łatwo zrobić jeden jedyny krok, bo właściwie tylko on dzieli mnie od wejścia do lasu. Przekroczenie granicy, której każdy dorosły zabraniał przekraczać. Mijając ostatni raz ulice swojego rodzinnego miasta czułem na sobie wzrok całej ludności. Ich spojrzenia wywoływały u mnie mrowienie. Rozumiałem, ze są ciekawi, bo w końcu w jakiś sposób stałem się sensacją, szczególnie dla młodszych, a dla starszych.. widziałem ich wzrok ..pełen politowania i… oni już wiedzą. Wiedzą, że nie wrócę. I ja to też wiem. Niezbyt przyjemna myśl, a jednak sprawia, że czuje że i tak nie mam nic do stracenia, wiec robię ten pierwszy krok, a dalej już było coraz łatwiej. Z początku nie było żadnych komplikacji. Właściwie nic specjalnego. Drzewa, drzewa, drzewa i.. O! drzewa. Mimo wszystko starałem się być czujny, żeby nie dać się zwieść fałszywemu poczuciu bezpieczeństwa, lecz po jakimś czasie moja uwaga samoczynnie się roztrwoniła. Szedłem , przynajmniej tak mi się wydawało, na północ, jednak nie jestem taki pewien czy nie robię cały czas kółeczek. Trudno tu o trzymanie cały czas odpowiedniego kursu, kiedy z domu zapomniało się kompasu, w szkolę uczą jedynie to co chcą, żebyśmy wiedzieli, a tu ni ma żadnej wydeptanej ścieżki, co potwierdza fakt, że do lasu raczej nie ma wycieczek. Moje rozważania przerwał dźwięk czyiś kroków. Moja czujność automatycznie się wzmogła, a ja stanąłem nieruchomo, starając się nie wydać nawet najmniejszego szelestu. To coś, najprawdopodobniej młody smok, sądząc po odgłosach zbliżało się w moją stronę. Wstrzymałem wdech, a gdy zza zarośli wyłoniła się główka tej krwiożerczej bestii już miałem sięgać po jakąś broń, lecz ten szybko się cofną. Miał może z parę dni, wiec nic dziwnego, ze nic mi nie zrobił. Zwykle widywałem dorosłe, postawne, groźne smoki, a ten wydawał się kompletnie bezbronny. Nagle do głowy przyszedł mi szalony pomysł, więc chowając broń za siebie, nie chcąc go straszyć podszedłem do niego powolnym krokiem wyciągając rękę. Z początku zaczął się cofać, ale widząc, ze go nie atakuje i on zaczął się w moją stronę niepewnie zbliżać. Pierwszy raz mogłem z tej odległości podziwiać smoka. Szczerze powiedziawszy wyglądał okropnie. Pomijając zielonkawy odcień skóry, wklęsłe oczy, nos połączony z paszczą, w której… o matko ! Aż mi się słabo zrobiło na widok jego kłów. Wzdrygnąłem, się, przytłoczony wizją mojej śmierci, która na widok zawartości jego jamy ustnej mi się nasunęła. Mały smoczek jednak źle to zinterpretował i jak na malca całkiem dobrze sobie poradził z zionięciem ogniem. Uczono mnie, ze najważniejsze to osłonić głowę i kark, lecz i z doświadczenia wiem, bo nieraz widywałem jak smok zabijał niewinnych ludzi, ze gdy ogień jest centralnie skierowany na ciebie i co najważniejsze ogień Ciebie dosięga, nie masz najmniejszych szans. Całe szczęście, że ten smok był bardzo młody i równie przerażony jak ja, wiec strzelił ogniem na chybił trafił i uciekł skrzecząc przeraźliwie, a ja w miedzy czasie cofając się potknąłem o wystającą gałąź i upadłem na ziemie, w miejscu do którego na szczęście nie sięgał ogień. Jedynie co, to poczułem gorący powiew na skórze, a później zapach dymu. Podniosłem się z ziemi , ale chwile później ponownie na nią upadłem, lecz tym razem z bezsilności. Najwyraźniej podczas upadania plecak, nie poszedł moim tropem, tylko niedaleko mnie. Dokładnie tam , gdzie była linia ognia. Jedyne co po niej zostało to proch. Całe jedzenie, picie, broń .. to wszystko, co miało mi zapewnić przetrwanie w tej buszy, chociaż jeden dzień, właśnie dzięki mojej inteligencji zostało stracone. Co prawda moim pierworodnym błędem było robienie broni z drewna, ale zanim tu przyszedłem, wydawało mi się to rozsądne. W końcu od tylu lat panowały takie upały, że metal na słońcu można było z łatwością wygiąć, wiec doszedłem do wniosku, ze co mi po takiej broni skoro mogę stworzyć własnoręcznie cały asortyment broni z drewna, która się nie roztapia. Tylko szkoda, ze nie pomyślałem, że może się spalić. No nic… spróbowałem wmówić sobie optymistyczne nastawienie do tej tragicznej sytuacji. Na moje szczęście z tyłu trzymałem jeden kołek z ostrą końcówką, gdy podchodziłem do z pozoru niewinnego smoka, który przetrwał, bo przeturlał się w przeciwną stronę. Wszyscy są tacy sami, równie niebezpieczni. Podniosłem się pewnie , gotowy do dalszej wędrówki. Jednak nie przewidziałem jednego… mały zdrajca poszedł po posiłki, tylko nieco starsze, groźniejsze i z większym zasięgiem ognia. Ziemia aż trzęsła się od ich kroków, a ja schowawszy w spodnie ostatnią broń jaką miałem, już zacząłem ucieczkę, choć zagrożenia nie było jeszcze widać na horyzoncie. Podsumowując dinozaury są wielkie, niezgrabne, ale za to maja ostre kły, mogą mnie przygnieść swoim cielskiem i co najważniejsze/najstraszniejsze potrafią ziać ogniem, a ja .. mam drewniany kołek, który jest łatwopalny, jestem zwinny, ale co z tego, jeśli skryje się w jakiś drobnej szczelinie, skoro i tak będzie miał możliwość spalenia mnie żywcem . Na szybko zacząłem wykopywać jakiś dół, wszedłem do niego i zasypałem siebie mnóstwem liści, przede wszystkim dlatego, żeby zamaskować mój zapach. Serce, jakby żyło własnym życiem, biło jak szalone, nie znając żadnych ograniczeń. Smok jakby chciał delektować się tą chwilą z jakieś 50 metrów ode mnie zwolnił i szedł spacerkiem w moim kierunku. Kiedy był tuż tuż nachylił się swoim pyskiem w stronę mojej kryjówki, wąchając, a ja byłem pewny swojej śmierci, wówczas usłyszałem ryk kolejnego smoka, tym razem z oddali. Początkowo serce mi zamarło, bojąc się, ze kolejny dojdzie do ,,obiadu”, ale ku mojemu zaskoczeniu stało się coś przeciwnego. Mój prześladowca momentalnie podniósł łeb i sprintem pobiegł w kierunku hałasu. Pomimo ominiętego zagrożenia nie byłem w stanie się poruszyć przez kolejne 15 minut. Trzęsąc się wyszedłem z dołu i otrzepałem z resztek natury. Pomimo tego, że nie było tu moich znajomych, których mogli mnie wyśmiać, starłem się opanować drżenie. Jestem tu już zaledwie od … Automatycznie sięgnąłem po zegarek, którego standardowo nie miałem. Nie wiem już po kim odziedziczyłem tą głupotę, ale udałem się w kierunku, z którego zawył drugi smok. Może niektórzy nazwaliby to ciekawością… jednak inaczej to wygląda, gdy jest się tu na miejscu i naprawdę walczy o przetrwanie. Szedłem na oko z jakieś 10 km i z całego serca miałem dość tej wędrówki. Przez myśl nawet przeszło mi, żeby się wycofać, zamieszkać w jakimś bezpiecznym miejscu, a oni niech myślą, że umarłem. Niestety ilekroć taka kusząca propozycja nasuwała mi się, przypominali mi się rodzice, a wówczas cała złość i chęć walki się we mnie zbierała. I właśnie w takiej chwili zwróciłem uwagę na głuchą cisze.. Zadziwiające. Zwykle słyszało się jak tu smoki buszują nawet będąc w mieście, a teraz .. nic. Mój organizm jakby sam chciał wtopić się w otoczenie stanął w bezruchu, a mój oddech stał się płytki. Nic. Kompletnie nic. Dziwne. Zmarszczyłem brwi i pomimo narastającego przeczucia, że coś złego zaraz nastąpi ruszyłem dalej. Wyłoniłem się zza krzaków, a cały tabun smoków odwrócił się ku mnie, wywołując niezły podmuch wiatru. Narzekałem na cisze, tak? Cofam to. Cała ta sytuacja skojarzyła mi się z tamtym małym smokiem. Z tą różnicą, że teraz odgrywam inną role. Szczerze powiedziawszy zabawne było to, gdy oboje się mierzyliśmy wzrokiem. Ani ja, ani oni nie ruszyli nawet powiekami. Niestety już mi nie było tak do śmiechu, gdy jeden rzucił się na mnie. Zwinność i dobry refleks to coś, co służy mojej rodzinie od pokoleń, więc w porę zdołałem się odsunąć, lecz ten zamachnął się ogonem w moją stronę przygniatając moją nogę. Syknąłem z bólu, a rękami starałem się wyswobodzić. Bądź co bądź smoki nieco ważyły, więc nie było to łatwe, szczególnie, gdy jakiś najwystawniejszy ze smoków, prawdopodobnie będący ich dowódcą zionął w moją stronę ogniem. Centralnie. Poczułem przez ułamek sekundy potworny ból, a potem nastała ciemność. *** Zamrugałem oczami, myśląc przez chwile, ze to był tylko zły sen. Że jestem w domu, a zaraz będę musiał wyjść do pracy. Dopiero po chwili dochodzi do mnie cała powaga sytuacji. Umarłem. Unoszę się i widzę otaczających mnie ludzi, a wśród nich mojego ojca. Czy jestem w niebie? Kręcę głową i próbuje na nowo, ale powoduje to jedynie, że mój ojciec odwraca ku mnie głowę i zwraca się do mnie z lekkim uśmiechem:

-Cześć synu – Jego głos brzmi tak.. smętnie. – Tata? – Nie zwracając na jego ton głosu wzrasta u mnie radość. – Jesteśmy w niebie czy w piekle?

Nie rozumiem dlaczego, ale moje pytanie wywołuje u wszystkich gromki śmiech.

– Z pewnością piekło. Chociaż zależy jak na to spojrzysz. – Dodał jakiś nieznajomy postawny mężczyzna.

Spojrzałem niepewnie na tatę, ale on uporczywie bawił się trawą, jakby to było coś ważnego. A ja korzystając z chwili przyjrzałem się pozostałym. Każdy, bez wyjątku był w samych bokserkach. Ja rozumiem.. upał, las, nikt nie widzi, ale oni tak cały czas? Moja babka raczej tego by nie pochwalała, jednak z jakiegoś względu wydawało mi się to fajne.

– Słuchaj uważnie..– Ton głosu taty skutecznie oderwał mnie od myśli– Pewnie nie znasz tej tradycji, bo ujawniają ją tylko tym na łożu śmierci, ale ludzi, którzy są nieuleczalnie chorzy wysyłają tu.

Każdy skrawek informacji dochodzi do mnie z opóźnieniem. Mój tata był chory? Kiedy już zamierzam zadać całą masę pytań on kontynuuje, nie pozwalając mi dość do głosu.

– Zabraniają o tym mówić nawet najbliższym. – nie potrafił spojrzeć mi w oczy, a ludzie wokół nagle gdzieś znikli– – Zaraziłem się od mamy. Ty i ja dobrze wiemy, że tej choroby nie mógł zidentyfikować żaden lekarz, więc postanowiłem odejść wtedy, kiedy jeszcze miałem siłę. Tutaj – rozejrzał się po potężnym lesie – spotkałem tych ludzi, których przed chwilą poznałeś. Oni .. powiedzieli mi prawdę o smokach.

Ostatnie zdanie wypowiedział z trudem ważąc każde słowo. Nic nie rozumiałem. Jaka prawdę? Wiedziałem, ze nie muszę się o nic pytać, bo i tak dostane odpowiedź. Inaczej by mi tego tata nie mówił. Przełknął ślinę, a gdy już otworzył usta, słowa wypłynęły z nich dopiero po chwili.

– Muszę Ci coś pokazać.

Zmarszczyłem czoło, ale skinąłem głową, zgadzając się. Wtedy tata wstał i .. o matko ! Jego twarz, ręce, nogi i w ogóle całe ciało, każdy narząd po kolei zaczął się przekształcać. Nie mogąc tego oglądać zamknąłem oczy, a gdy otworzyłem już było po wszystkim. Tata był smokiem. Yyy… to jest sen. Wmawiałem sobie.

– Synu?– zapytał, gdy znów powrócił do poprzedniej formy.

Nie mogłem na niego patrzeć. Jedyne uczucie jakie tymczasowo do niego czułem to odraza. On zapewne też to zauważył, więc mówił dalej, nie starając się nawet wytłumaczyć.

– Cała nasz populacja w lesie to tak naprawdę ludzie, którzy potrafią zmienić się w smoka. Każdy kto wchodzi do lasu przechodzi przez pewien rytuał, dzięki któremu te przemiany są możliwe. Dzięki genom smoka nie chorujemy. Zdaje sobie sprawę, ze to ciężko przetrawić, ale sam jestem w tym dopiero od miesiąca. Mi też jest ciężko. Nie utrudniaj tego, proszę. – Zniżył głos do szeptu.

Mimo jego słów nadal nie odezwałem się do niego ani słowem. To było dla mnie za dużo.

-Synu?

Momentalnie złość się we mnie wezbrała i zacząłem na niego krzyczeć.

– Chcesz mi powiedzieć, że całe moje życie to jedne wielkie kłamstwo?! Że to przed czym wszyscy ludzie z wiosek się bronią to wy?! Że ludzie zabijają ludzi?!

– Uspokój się !- Ojciec rzekł do mnie władczym tonem, a reszta aż wyłowiła się zza drzew, jakby to był jakiś reality-show. Zamilkłem. – Jeśli nie chcesz, wcale nie musimy rozmawiać, ale wysłuchaj chociaż całej prawdy. Jeśli nie ode mnie to od kogoś innego.

Na środek wyszedł dobrze zbudowany mężczyzna o mocno opalonej skórze, którzy skinął głową na dziewczynę, która była może z rok starsza ode mnie i rozkazał jej mnie oprowadzić po lesie. Nie miałem ochoty przebywać teraz razem z ojcem, wiec posłusznie poszedłem za nią. Dopiero, gdy zniknęliśmy z zasięgu wzroku odezwał się do mnie.

– Muszą to robić. Inaczej większość ludzi, zaczęła by tu przychodzić po ten dar.

Dar… zabawne.

– Wyobrażasz sobie, gdyby niemal każdy był smokiem? Zdajesz sobie sprawę ile by to wyrządziło krzywdy?

-Więcej niż teraz? – spojrzałem na nią kątem oka, obserwując jej reakcje, ale nie wydawała się być zła.

– O wiele. Człowiek został stworzony, jak i smoki. One należą tak samo do świata. Mają prawo żyć.– Złapała mój wzrok i uśmiechnęła się.

– Ty też jesteś smokiem? – Wyglądała tak niewinnie, że nie wyobrażałem sobie, żeby miała zabijać ludzi.

– Nie.. – odszepnęła, trochę ze smutkiem. – Prosiłam Andrew, żeby mnie przemienił, ale odmawia. Mówi, że nie chce, żebym czegoś miała żałować. Zadziwiające, ze to przed czym ja się tak wzbraniam, ona pragnie. Może dla niej to coś normalnego, może nie zna innego życia.

– Od dawna tu jesteś? – Słyszałeś tą historie o zaginięciu 12 letniej dziewczynki i o tej legendzie, co smok ją porwał? – Skinąłem niepewnie głową. – Mnie uczono, ze w każdej legendzie jest ziarenko prawdy. Jednak skoro istnieją smoki to i myślę, ze i czasem można znaleźć legendę w 100% prawdziwą.

Zatrzymałem się momentalnie, a ona jakby tego nie zauważając szła dalej. Dopiero po chwili zatrzymała się i opuściła głowę, a parę sekund później zobaczyłem krople łzy spadającą na ziemie.

– Uważasz mnie za idiotkę, prawda? W końcu kto normalny cieszy się, że go uprowadza jakiś smok? Ale.. to nie tak. – Mówiła nie odwracając się w moją stronę. – W moim domu były bardzo rygorystyczne warunki. Jeśli nie zrobiłaś czegoś dobrze to musiałaś odpłacić za to. Mój tata miał dwie formy zapłaty. Jak mama jeszcze żyła to tylko mnie bił, ale jak tylko jej zabrakło… – Pociągnęła nosem, a jej głos zaczął się łamać. Wzięła parę wdechów i gdy odzyskała siły ciągnęła dalej tą historie. – Więc, gdy trafiłam tu .. to była jak szansa. Oczywiście z początku byłam przerażona i nie wiedziałam co się dzieje, ale Andrew mi pomógł. Po jakimś czasie zakochałam się w nim. Teraz nie wyobrażam sobie życia bez niego.

Nie znałem się dobrze na relacjach damsko– męskich, ani na miłości, jednak częściowo zaczynałem rozumieć jej motywy.

– Nie oceniam Cię i dzięki, ze mi o tym opowiedziałaś.

Na te słowa uśmiechnęła się przez łzy, otarła resztki i odwróciła się do mnie.

– No to wracajmy. Pewnie już się niepokoją.

– Czekaj.. a wiesz co z moją mamą? Jest tu też?

Starała się uniknąć mojego wzroku, lecz z marnym skutkiem.

– Nie ma jej tu. Przykro mi. Może to i lepiej? A co jeśli mamie by się tu nie spodobało?

Jednak ta wiadomość przypomniała mi o mojej pustce w sercu. Jakbym drugi raz przeżywał po niej żałobę.

– Chodźmy. – Ruszyła powolnym krokiem, ale nie poganiała mnie. – Musisz się przygotować do rytuału.

To był moment, kiedy skojarzyłem o co chodzi. Rytuał, dzięki któremu staje się smokiem. Nie, nie, nie…

– Nie !

Odwróciłem się na pięcie i zacząłem biec w przeciwną stronę. Słyszałem za sobą krzyki, ale złość wypełniała mnie całego. Nie mogłem na to pozwolić.

Koniec

Komentarze

Na początek dobra rada – usuń to coś. I załaduj ponownie, ale dobrze. W takiej formie nie nadaje się do czytania.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Kategorycznie odmawiam przeczytania tak zaprezentowanego opowiadania.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nawet nie wiedziałem, że edytor takie rzeczy potrafi, bo wygląda jakby wrzucone z notatnika. To nie będzie błąd strony jakiś?

And one day, the dream shall lead the way

Taaak, popieram przedpiśców. A przy okazji usuń ten ortograf na początku. Może inne też się znajdą.

Babska logika rządzi!

Niestety i ja poległam. Próbowałam to czytać tak, jak jest, ale poza tym, że format dziwaczny, to mnogość literówek i błędów w tym tekście zniechęca do lektury.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki za te uwagi :) To mój pierwszy taki wpis tutaj.. a właściwie to pierwszy gdziekolwiek, więc jestem kompletnie zielona. Postaram sie jakoś to poprawić :)

Grzech pierwszy – zwarty blok tekstu, pozbawiony akapitów, czyta się bardzo uciążliwie. Wzrok nie ma gdzie odpocząć, że tak potocznie powiem.

 

Grzech drugi – katastrofalne błędy interpunkcyjne.

 

Grzech trzeci – literówki. Na początku zwłaszcza rzuca się w oczy notoryczne “ze” zamiast “że”.

 

Jest:

“Wtedy nie do końca tego rozumiałem. Nie pomyślałbym, że to co było wcześniej jest takie zupełnie różne od tego co teraz widzę, że te czasy, w których żyje to istny powrót do przeszłości.“

 

Propozycja przerobienia na szybko:

“Wtedy nie do końca to rozumiałem. Nie pomyślałbym że to, co było wcześniej, jest tak różne od tego, co widzę teraz. Że czasy, w których żyję, to istny powrót do przeszłości.”

 

Budujesz długie zdania czasem, a to, że przecinki stoją w nich gdzie popadnie, znacznie utrudnia odbiór.

 

“Wszędzie gdzie patrzę roślinność, woda“ – co to właściwie znaczy?

 

“Mój wzrok pada na wybujały i gęsty las, który jeszcze żaden człowiek nie zdołał wejść i wyjść.. przynajmniej nie w całości.“ – Zdanie niegramatyczne. “Las, do którego żaden człowiek…”, a nie który. A wielokropek ma zawsze trzy kropki. Nie dwie.

 

Liczby w opowiadaniach z reguły zapisujemy słownie. Siedemnaste urodziny, a nie 17. A propos liczb, najpierw piszesz o siedmioletniej dziewczynce, a trzy zdania dalej ta dziewczynka ma już lat dwanaście.

 

Justo, chwała Ci za to, że próbujesz ubrać w słowa historie, które masz w głowie, ale wpierw musisz przyswoić podstawowe zasady języka polskiego. Nie chcę Cię zniechęcać ani nie śmieję się z Ciebie. Po prostu zaprezentowany przez Ciebie tekst zawiera wiele elementarnych błędów. Nieważne jak wspaniałą masz opowieść do pokazania, nikt jej nie przeczyta, jeśli na każdym kroku będzie się potykał o błędy. Ja nawet nie weszłam z bohaterem do lasu.

Spróbuj najpierw z czymś krótkim, dzięki czemu poćwiczysz i konstrukcję opowiadania, i język.

 

Powodzenia.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Pomysł oryginalny, ale trochę naiwnie bajkowaty.

Jeśli chodzi o język, Joseheim ma rację: interpunkcja, literówki, powtórzenia, odmiana “ta“ szwankuje, liczby słownie, niektóre zdania są bardzo dziwnie skonstruowane. Mam wrażenie, że w co najmniej kilku miejscach miał być enter, ale zaginął w akcji.

Trenuj dalej i dużo czytaj. :-)

Babska logika rządzi!

Ładny, choć trochę bajkowy pomysł, zepsuty wykonaniem. O technikaliach wypowiedzieli się przedpiscy, ja wskazę dwa inne problemy.

 

Logika: żelazo jest plastyczne pewnie gdzieś przy czerwonym żarze, czyli około 700 stopni Celsjusza. Miedź staje sie plastyczna chyba przy 200 stopniach Celsjusza. Drewno zaczyna płonąć, zależnie od gatunku, w temperaturach 210-350 stopni Celsjusza, a kiedy buchnie płomień, to osiąga około 500 stopni Celsjusza. Jeżeli w twoim świecie zdarzają się takie temperatury (skoro nagrzany na słońcu metal można było wygiąć), to żaden las nie ma prawa bytu. Ani życie, jakie znamy, na powierzchni. Ta rzecz wymaga uważnego obsłużenia fabularnie.

 

Dwa: ucieta końcówka. Mamy Bohatera, mamy Problem, mamy jakiś Final i… Chłopak ucieka. A skoro ucieka, to dokąd, co się stało? Zbyt duże otwarcie na koniec, przez co tekst wygląda tylko na prolog do większej całości.

 

Ćwicz, bo pomysł jest, a umiejętności można wykształcić! :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Pomysł był, niestety, został żywcem pogrzebany fatalnym wykonaniem. Przykro mi, ale tekst mnie pokonał.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zapytam – czy przez dwa miesiące naprawdę nie dało się podzielić tego bloku tekstu na akapity? Przecież zajęłoby to dosłownie 5 minut… 

I po co to było?

Nowa Fantastyka