- Opowiadanie: zygfryd89 - Dziś już nie ma dzikich smoków

Dziś już nie ma dzikich smoków

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Dziś już nie ma dzikich smoków

I

Po długim wpatrywaniu się w swe szkolne buty Kesja doszła do wniosku, że w lewym, na wysokości palców, niedługo przedrze się materiał.

– Co masz nam do powiedzenia? – powtórzyła pani dyrektor.

Niewiele.

Dziewczynka milczała. Przeniosła wzrok na podłogowe fugi. Były brudne, szare jak jesienny poranek, a ich spękania wyglądały niczym maleńkie delty rzek.

– Skąd wytrzasnęłaś tego smoka, Kesjo? – spytała tym razem mama. – Mówię do ciebie, dziecko!

– Przyleciał…

– Domyślam się, że nie przyjechał na rowerze. Od kiedy go masz?

– Przedwczoraj.

– Tak po prostu się do ciebie przyczepił?

Dziewczynka przytaknęła.

– Czy jest coś jeszcze, o czym powinnaś powiedzieć mi albo pani dyrektor?

Kesja zamarła na chwilkę, a potem pokręciła głową.

– Pani córka – dyrektorka zwróciła się do kobiety – od dwóch dni ma smoka, a pani tego nie zauważyła?

– Pracowałam – wytłumaczyła się mama Kesji bez krzty zawstydzenia w głosie. – Zapłacę za te drzwi. I obiecuję, że moja córka zostanie surowo ukarana.

Ukarana.

Kesja nadludzkim wysiłkiem powstrzymała łzy, które nieproszone zalęgły się w kącikach oczu. Skąd miała wiedzieć, że on zieje ogniem? Gdyby tylko była odważniejsza, sprzeciwiłaby się tej niesprawiedliwości.

W głębi duszy wiedziała, że nie zrobiła nic złego, ale z drugiej strony… Na posiadanie smoka, któremu nie wycięto iskiernika, należało mieć pozwolenie. Kesja doskonale zdawała sobie sprawę, że otrzymują je tylko niektórzy dorośli. Czyli złamała jakieś prawo. Miała nadzieję, że nie wsadzą jej do więzienia.

Smok sam do niej przyleciał. Kesja wchodziła akurat na niewielkie, pokryte śniegiem wzniesienie, ciągnąc sanki. Wszędzie wokół roześmiane dzieci cieszyły się z niedawnego nadejścia zimy i sobotniego dnia. Zwierzątko wylądował na ramieniu dziewczynki i syknęło cicho, rozkładając karmazynowo-czarne skrzydełka. Strzepało z nich śnieg i zaczęło trząść się z zimna. Kesja zdjęła rękawiczki, pochuchała w dłonie i okryła gadzinkę.

– Skąd się tu wziąłeś? – zapytała, a w odpowiedzi gad polizał jej palce.

Zaczepiła wszystkie okoliczne dzieciaki, lecz smok nie należał do żadnego z nich.

Zabrała go ze sobą. Cały czas tulił się do niej czule, więc pokochała go od razu.

Okazał się najbardziej posłusznym i słodkim stworzeniem, jakie spotkała w życiu. Kesja pozwoliła mu spać w swym łóżku i jeść z talerza, a gdy nastał poniedziałkowy poranek, nie zastanawiała się ani przez chwilę i zabrała zwierzątko do szkoły.

Większość dnia minęła spokojnie. Pupil Kesji na przerwach bawił się z innymi smokami (choć przed Uzurpatorem należącym do Kryspina uciekł w najciemniejszy kąt), a podczas lekcji siedział grzecznie, zupełnie jakby chciał się czegoś nauczyć.

Aż nastała przerwa obiadowa. Wówczas zniknął Kesji z oczu, a po kilku minutach wrócił niesiony przez panią matematyczkę. Okazało się, że swym ogniem, nie większym od płomienia zapalniczki, ponoć podpalił drzwi do męskiej toalety.

Kesja nie mogła w to uwierzyć.

To na pewno sprawka Kryspina, pomyślała, gdy powiedziano jej, że to on zawołał nauczycielkę. Łobuz chwalił się nieraz, że pali papierosy, mógł więc podłożyć ogień i zwalić winę na smoka. Z zazdrości i czystej złośliwości.

– Nazywa się Płomyk – odezwała się w końcu. – Co się z nim stanie? – zapytała panią dyrektor.

– Jutro przyjedzie po niego hycel. Właściciele Płomyka na pewno go szukają.

– Nieprawda – wydukała cicho. – On nie ma właścicieli. Jest dziki.

– A niby skąd taki pomysł? – zapytała matka.

Powiedział mi, pomyślała.

– Dziś już nie ma dzikich smoków – powiedziała nauczycielka rozstrzygającym tonem. – Zdarzają się tylko bezpańskie. Jak ty uważasz na lekcjach, dziecko?

– Jeśli nie znajdzie się właściciel – podjęła cicho dziewczynka – czy będę mogła…

– Nie – przerwała jej matka. – Jesteś nieodpowiedzialna. Smok to nie zabawka. Pamiętasz, co się stało ostatnim razem?

Oczywiście, że pamiętała.

I już nic nie mogło powstrzymać łez, które wymknęły się z jej oczu niczym maleńkie, wodne bestie, stworzonka będące całkowitym przeciwieństwem smoków.

Płomyk powiedział jej, że wybiera się do Smoczej Krainy. Do miejsca, gdzie te istoty żyją dziko. Miała mu towarzyszyć w tej podróży. Chciała to zrobić. Teraz wszystko przepadło. Już nigdy nie zobaczy Smoczego Króla, o którym Płomyczek tyle opowiadał.

*

 Srebrzysta, smok Oliwii, fruwała pod sufitem, zataczając niewielkie kółka. W końcu, opadłszy z sił, wylądowała na żyrandolu i zaczęła grzać skrzydełka w cieple żarówki.

– Zabrali ci go? – dziwiła się Oliwia. – Za taką głupotę? Gdzie jest teraz?

– W szkole. Jutro Płomyczek trafi do schroniska – odparła Kesja.

Wyobraziła sobie swojego smoka zamkniętego w małej klatce, stojącej w kącie ciemnego, zagraconego magazynu, gdzieś w głębokich piwnicach, i wzdrygnęła się.

Oliwia wstała, a smok jak na zawołanie sfrunął i usiadł na jej ramieniu.

– No to go uwolnijmy! – zaproponowała Kesji bez wahania.

– A mój szlaban? Nie mogę wychodzić z domu przez… mama nie powiedziała… pewnie jakieś sto lat.

– Ale teraz jest w pracy, prawda? Kiedy wraca?

– Późno. Po północy.

– Dopiero siedemnasta. Pieprzyć szlaban. Pójdziemy do szkoły, uwolnimy go i może nawet zdąży zaprowadzić nas do tej Smoczej Krainy.

Kiedy Kesja opowiedziała przyjaciółce o planowanej wyprawie i gadającym zwierzęciu, ta popukała się w głowę. Ale Płomyczek przemówił również do niej. To wszystko było takie niezwykłe. Co prawda w telewizji nieraz pokazywano smoki, które nauczyły się mówić, lecz była to wielka rzadkość. A jeśli Płomyczek rzeczywiście jest dziki…

– Szkoła będzie zamknięta – powiedziała Kesja. – Chciałabym to zrobić, ale jak się mama dowie…

Oliwia uśmiechnęła się w sposób, który zazwyczaj oznaczał kłopoty.

– Nie dowie. Chyba mam już plan. Zaufaj mi.

– No nie wiem…

– Kochasz swojego Płomyczka? Chcesz zobaczyć dzikie smoki?

Oczywiście, że kochała. Oczywiście, że chciała.

Nikt na świecie nie pragnął ujrzeć Smoczej Krainy bardziej od Kesji.

Trzy lata temu świat dziewczynki nagle się zawalił. Dobrze pamiętała tamten dzień. Padał śnieg. Mama przyniosła ze sklepu ozdoby świąteczne, całe wielkie pudło, a potem gotowała kolację. Wówczas do drzwi zapukał pan policjant.

Od tamtego czasu Kesja nigdy już nie widziała swego taty. Mama długo płakała, a gdy dziewczynka zapytała, co się stało, usłyszała:

– Tata, mój skarbie, wyruszył w daleką podróż. Na wielkie poszukiwania pewnego miejsca. Smoki żyją tam dziko, z dala od ludzi. Nazywają je Smoczą Krainą.

Kesja wlepiła spojrzenie w smoka przyjaciółki i zdecydowała:

– Dobrze, wchodzę w to.

Oliwia krzyknęła z radością, a jej Srebrzysta wzbiła się w powietrze, głośno sycząc.

– Nareszcie gadasz z sensem.

– Tylko jak uwolnimy Płomyczka?

*

Świeży śnieg chrupał pod ich butami, gdy przemykały niemal pustą, ciemną ulicą. Kesja skierowała oczy ku ołowianym chmurom i ujrzała tysiące płatków tańczących na tle nieba. Przytulały się do drzew, latarń i ubrań.

Gdy dotarły nieopodal placu zabaw, gdzie śnieg zalegał grubo, Kesja domyśliła się, co zaraz zrobi jej przyjaciółka. I nie myliła się.

Oliwia rzuciła się na ziemię i zaczęła energicznie pracować nogami i rękami. Zawsze tak robiła. Smok latał nad nią, uderzając skrzydłami w płatki śniegu.

– Całkiem zgrabny aniołek – oceniła Kesja.

– Aniołek czy Płomyczek?

– Nie rozumiem. To wygląda…

– Nie o to pytam. Którego kochałaś bardziej? – zapytała Oliwia, bezpośrednio jak zawsze.

Kesja otworzyła usta, lecz wypuściła z nich tylko obłok pary.

Niedługo po odejściu ojca przeprowadziła się do tego miasta. Nastały długie dni pełne samotności i smutku.

– Kupić ci jakieś zwierzątko, skarbie? – zapytała pewnego razu mama.

Kesja pokiwała głową.

– Jakie?

– Smoka – odparła bez zastanowienia. One były najfajniejsze. Posłuszne i urocze. A co najważniejsze, potrafiły latać.

W dziewiąte urodziny spełniło się jej życzenie.

Nazwała go Aniołek. Skrzydła miał biało-różowe niczym kwiaty wiśni. Bywał niesforny, lecz Kesja oddała mu całe swe serce.

Ta rana wciąż była świeża. Smok opuścił dziewczynkę ledwo kilka tygodni temu. Po prostu stracił jej się z oczu podczas jednego ze spacerów. Kesja godzinami spoglądała przez okno, a dni stawały się coraz zimniejsze i krótsze.

Nie wracał.

Jakby tego było mało, mama zrobiła jej awanturę, twierdząc, że zgubiła smoka. Kesja cierpiała, lecz nie odważyła się przeciwstawić.

– Obu kocham tak samo – orzekła dyplomatycznie. – Czasami wydaje mi się, że Płomyczek to Aniołek, który do mnie wrócił.

Oliwia wstała, otrzepała się ze śniegu i zadarła głowę.

– Jesteśmy już blisko. On mieszka gdzieś tam, wysoko.

*

Winda jechała powoli i trzęsła się jak Kesja przed ostatnią wywiadówką.

– Oby był w domu – szepnęła do Oliwii.

– Będzie. Dokąd miałby pójść? On nie ma kolegów.

Gdy dotarły na przedostatnie piętro, podeszły do okna. Ujrzały panoramę przykrytego śniegiem miasta. Okolica wydawała się olbrzymią czarno-biało-pomarańczową mozaiką, obcą, choć tak znajomą. Nawet płatki śniegu tańczyły tu inaczej, dziko i pięknie.

– Widać stąd mój blok – rzekła uradowana Kesja. – Jak wysoko jesteśmy?

Oliwia wzruszyła ramionami.

– Tata mi opowiadał – kontynuowała – że bezpańskie smoki czasem zakładają gniazda na szczytach budowli. – Później dodał, że takie stworzenia są niebezpieczne, powodują pożary i inne okropne rzeczy. Dlatego smoczy hycle zawsze mają pełne ręce roboty.

– Może nad nami żyje jakaś dzika smocza rodzinka – zastanawiała się Oliwia.

– Nie dzika, tylko bezpańska. To duża różnica. Nie słuchałaś, co mówił Płomyczek?

Oliwia wzruszyła ramionami i ruszyła w stronę drzwi oznaczonych jakimś absurdalnie wysokim numerem.

– Ja pukam – odezwała się do Kesji. – Ty mówisz. – I zastukała.

Otworzył im tęgi mężczyzna w musztardowym swetrze.

– Dzień dobry. Jest… yy… Robert? – wydukała dziewczynka.

– Bobo!

Kiedy Bobo – maleńki i chudziutki szkolny kolega dziewczynek – pojawił się w drzwiach, był tak zdziwiony, jakby złożył mu wizytę sam papież.

– Cześć, Bobo. – Oliwia wysunęła się przed Kesję i przejęła inicjatywę. – Mamy do ciebie ważną sprawę. – Uśmiechnęła się słodko, a chłopiec natychmiast zalał się rumieńcem. – Pomożesz nam?

Wyraz jego twarzy sugerował, że dałby sobie wyciąć nerkę scyzorykiem, gdyby tylko Oliwia go poprosiła. Pokiwał głową. Nie zwykł mówić zbyt wiele, a gdy próbował to robić, upodabniał się do wyjętej z wody ryby.

Oliwia chwyciła go za rękę i odciągnęła. O mało nie zabił się o własne nogi.

– Potrzebujemy dostać się do szkoły. Dziś wieczorem. Twój tata jest woźnym. Wiesz, gdzie trzyma klucze do drzwi wejściowych?

Skinął głową.

– Przyniesiesz je nam?

– A dasz mi… pogłaskać Srebrzystą? – wyjąkał.

Robert wychowywał się w ubogiej, wielodzietnej rodzinie, której nie stać było na utrzymanie smoka. Kesja dobrze pamiętała, że kiedy dyrekcja szkoły zarządziła, iż uczniowie mogą przyprowadzać do szkoły zwierzęta (jedno, o ile potrafią nad nim zapanować; ponoć takie towarzystwo pomagało w nauce), większość pojawiła się ze smokami. Bobo natomiast przytargał wychudzonego, brzydkiego kocura.

– Z którego śmietnika żeś go wyciągnął? – naśmiewał się Kryspin, a jego śladem szli kolejni.

Kot rzeczywiście okazał się dachowcem, w dodatku niesfornym i zapchlonym. Bobo płakał, gdy nauczycielka wyrzuciła ich z klasy.

Za każdym razem, gdy chłopiec spoglądał na smoki, Kesja widziała w jego oczach smutek i pragnienie. Może z wyjątkiem chwil, gdy Kryspin szczuł go swym Uzurpatorem.

– Pozwolę jej na tobie usiąść – obiecała Oliwia – ale najpierw przynieś nam te klucze.

Bobo energicznie pokiwał głową, wrócił do mieszkania, a po chwili zjawił się i wręczył im spory pęk. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że Kesję ogarnął strach. Wyobraziła sobie, jak woźny wybiega z krzykiem, nakrywając całą trójkę.

– Srebrzysta, daj mu się pogłaskać – rozkazała Oliwia i smok natychmiast sfrunął na ramię chłopca.

Bobo był zachwycony gadem, lecz Kesja widziała, że bardzo się denerwuje.

– Po co wam… one? – wymamrotał. – Klucze?

– Zwrócimy ci je dzisiaj – obiecała Oliwia. – Czas już na nas. Srebrzysta, do mnie.

Kesja poczuła wyrzuty sumienia. Lubiła Boba, choć nigdy się do tego nie przyznała. Za takie coś można było stać się obiektem kpin, a nawet wyrzutkiem.

– Robercie, chcemy uwolnić mojego smoka ze szkoły – wyjaśniła. – A potem wybieramy się do Smoczej Krainy. Idziesz z nami?

Oliwia skrzywiła się i zaczęła gestykulować, próbując odwieść przyjaciółkę od tego pomysłu.

– Smoczej… – wydukał. – Naprawdę?

– Płomyczek mówił, że mogę zaprosić kolegów i koleżanki. Im więcej, tym lepiej.

– Mówił… – Chłopcu aż zaparło dech w piersiach. Potem spojrzał podejrzliwie, jakby zaczął myśleć, że to dowcip, aż w końcu zdecydował: – Idę.

*

– Smocza Kraina – zaczęła wyjaśniać Kesja, gdy znaleźli się na ulicy prowadzącej w stronę szkoły – znajduje się gdzieś za miastem. Płomyczek się tam urodził, lecz wyjechał i dużo podróżował. Teraz pragnie wrócić i złożyć wizytę przyjaciołom. Niemal dotarł już na miejsce, ale zmęczył się i zmarzł, dlatego się nim zaopiekowałam. Smocza Kraina to piękne miejsce. Zwierzęta robią tam, co chcą, i żaden hycel im nie straszny. Wszystkim rządzi Smoczy Król, który jest wielki i potężny. Podobno jest tam skarb i księżyc, co wciąż się uśmiecha, choć Płomyczek nie umiał mi tego wyjaśnić.

– Czytałem, że smoki gromadziły skarby – Bobo wypowiedział chyba najdłuższe zdanie w swym życiu. – Kiedyś. Zanim ludzie… Myślicie, że są duże? Kiedyś były duże…

– Smoczy Król na pewno jest wielki – rzekła z przekonaniem Kesja. – Spytałam Płomyczka, czy są tam smoki tak ogromne, jak te znajdowane na wykopaliskach, takie, że można na nich latać, ale zasyczał tylko, jakby się śmiał. Powiedział, że te smoki są małe i wielkie jednocześnie.

Bobo zaczął intensywnie myśleć. Myślał, myślał i nic nie wymyślił.

– Widać już szkołę – fuknęła Oliwia, która szła dwa kroki przed nimi, wstydząc się towarzystwa chłopca.

Budynek stał na końcu ulicy, w mroku. Kesji skojarzył się z jakimś zapomnianym smoczym więzieniem.

Co działo się w szkole po zmroku? Dziewczynka nieraz się nad tym zastanawiała. Wyobrażała sobie, że nauczyciele siadają w szkolnych ławkach, a pani dyrektor wykłada im nowe sposoby znęcania się nad uczniami. Woźne ścierają tablice tak dokładnie, że nie ostaje się ani drobinka kredy, a potem długo myją puste korytarze. W końcu, późną porą, wszyscy pracownicy rozchodzą się do domów, co bynajmniej nie oznacza, że szkoła stoi pusta… Kesja słyszała opowieści…

Na piętrze jednego z segmentów szkoły zapaliło się światło. W oknach pojawiała się i znikała jakaś czarna sylwetka. Było jeszcze wcześnie, pewnie jakiś pracownik. Oby.

Nagle plan wślizgnięcia się do szkoły wydał się Kesji niewykonalnym szaleństwem.

– Bobo, czy wiesz, gdzie trzymają mojego smoka?

– Tata mówił… – Podrapał się po głowie przez czapkę. – Zwierzęta chyba dają do biologicznej.

– Biologicznej? – Nie znała tej sali.

– W liceum. W A.

Segment A był najstarszą częścią kompleksu, starszą niż sama szkoła. Dziś uczyli się tam nastolatkowie – w oczach Kesji stworzenia absolutnie potworne. Za każdym razem, gdy któregoś spotykała, albo palił, albo pił, albo przeklinał. A najczęściej wszystko to naraz. Jednak młodzież to nie najstraszniejsze, co można było spotkać w budynku liceum. O tamtejszych korytarzach, salach i piwnicach krążyły przerażające opowieści.

Nigdy tam nie była.

– Wejdziemy przez okno – zaproponowała Oliwia.

– Jak? – zapytała. – Rozbijemy je?

– Skąd. Bobo nas wpuści. Wejdzie głównym wejściem. Nawet jeśli go złapią, to przecież syn woźnego, jakoś się wytłumaczy.

Bobo sprawiał wrażenie, jakby wyjąkanie własnego imienia miało zająć mu godzinę, a nikt go jeszcze nie przyłapał.

– Będziemy czekać przy sali angielskiego, tej na parterze, chyba numer dwieście dwa. Tam pod oknem są wielkie zarośla. – Oliwia chwyciła Kesję za rękę i pociągnęła za sobą.

Bobo odprowadził je przerażonym wzrokiem.

Krzewy rosnące przy budynku okazały się zdecydowanie zbyt zadbane i niskie, by skryć włamującą się osobę. Kiedy dziewczynki zaczną gramolić się przez okno (choć Kesja nie umiała sobie wyobrazić, jak uda im się to bez drabiny), będą widoczne dla połowy miasta.

– Musi tylko niezauważony wejść, prześlizgnąć się, zabrać klucze, przekraść się do nas i otworzyć – szeptała Oliwia. – Uda mu się. Jaka ja głupia, mogłam mu od razu kazać przynieść Płomyczka.

– Albo wypożyczyć Srebrzystą. Robiłaby za zwiadowcę.

– Nie, jeszcze by mi ją ukradł, jak tamtego kota z dachu.

Czekały. W wyobraźni Kesji odmalowywały się kolejne obrazy. W każdym z nich Bobo zostaje złapany (w niektórych poddany później torturom lub innym wymyślnym karom), a Płomyczek trafia w łapska okrutnego hycla.

Coś skrzypnęło, na dziewczynki spadła mała lawina.

– To ja – pisnął Bobo.

Przyjaciółka podsadziła Kesję, a Robert, mimo iż taki mizerny, złapał ją mocno i pomógł wgramolić się do środka.

Potem próbowali wciągnąć Oliwię, lecz bez skutku. Za wysoko. Za ślisko.

– Poczekam na was. Srebrzysta, leć z nimi. Ostrzegaj ich przed nauczycielami. Powodzenia. – Rzuciła Kesji spojrzenie w rodzaju „opiekuj się moim smokiem”.

Zwierzę przefrunęło przez okno.

Potem ruszyli. Srebrzysta leciała na przedzie, jej skrzydła lśniły w ciemnościach, za nią Kesja stąpała cichutko, a Bobo z tyłu, jęcząc z przerażenia. W jego kieszeniach coś pobrzękiwało okropnie głośno, brzmiało jak deszcz monet uderzający w metalowy dach.

Minęli spalone drzwi, od których zaczęły się wszystkie problemy. W ciemności wydawały się mroczne niczym wrota do jakiegoś zakazanego królestwa.

Wielkie, drewniane wejście do segmentu A dostrzegli z daleka. Kesji zawsze kojarzyło się ono z wrotami z filmu. Tego strasznego, w którym ludzie ożywili pradawne smoki i trzymali je w parku, by pokazać odwiedzającym. Gady jednak uciekły, a że umiały latać… Nie, lepiej o tym teraz nie myśleć.

Dotarli na miejsce. Gdy Kesja pociągnęła klamkę, drzwi zaskrzypiały, jakby same w sobie były nauczycielskim alarmem.

– Wiesz, która to sala? – spytała szeptem chłopca.

Dał znak, że nie.

Weszli więc w całkowite ciemności. Dziewczynka odważyła się włączyć latarkę.

– To skąd wiedziałeś, które klucze wziąć?

Bobo wyciągnął ich z kieszeni całe mnóstwo.

– Tam były zapasowe komplety – wyszeptał.

Segment A nie był duży: parter, piętro, piwnica. Jednak perspektywa zaglądania do każdej z sal wydawała się Kesji przerażająca. Do piwnicy nie zeszłaby za żadne skarby dawnych smoków.

Tu straszyło. Każdy to wiedział. Po korytarzach czasem przechadzał się Smoczy Jeździec. Widziało go kilkoro uczniów, raz nawet cała klasa. Duchowi miał towarzyszyć smok-szkieletor, co do rozmiarów którego świadkowie nie byli zgodni. Kesja wiedziała, że Jeździec musiał być starą zjawą, gdyż ludzie już od wielu wieków nie latali na smokach. O ile w ogóle kiedyś to robili.

Jeszcze gorszy był Belfrowy Bękart, potwornie zniekształcony okrutnik, który mieszkał w podziemiach szkoły. Przed światem ukrywał go ojciec, jeden z nauczycieli, a według niektórych podań, sam dyrektor. Kesja nie była przekonana, czy kogoś takiego rzeczywiście można tu spotkać, ale z drugiej strony jak wytłumaczyć zeszłoroczne zaginięcie uczennicy, której do tej pory nie odnaleziono? Ponoć Bękart żywił się mięsem uczniów.

Kesja wpadła na pomysł i zaczęła oświetlać wiszące na ścianach gabloty. Ujrzała samą siebie w szybie i o mało nie krzyknęła z powodu stojącej z tyłu postaci. To był tylko Bobo, nie Bękart, Jeździec ani Profesor. Ten ostatni zwykł porywać uczniów i więzić ich, jednocześnie nauczając. Nikt nigdy nie znalazł sali, w której miał trzymać nieszczęśników, ale niektórzy zarzekali się, iż słyszeli stukania i błagania o pomoc niosące się czasem po pustych korytarzach.

Uspokoiła drżącą dłoń i skierowała światło z powrotem na gablotę.

W środku przedstawiono jakieś wydarzenia historyczne. Dalej. Kolejna gablota. Angielskie słowa. Dalej. Wzory, których nie rozumiała. Dalej. Człowiek z flakami zamiast brzucha. Bingo. Tu gdzieś musiała być sala biologiczna.

I wtedy coś usłyszała. Natychmiast zgasiła latarkę. Potem długo stali w ciemnościach, bojąc się oddychać. Bobo łkał ze strachu. Coś dotknęło głowy Kesji, a potem na niej usiadło. Przez jedno uderzenie serca dziewczynka zapragnęła z całej siły wrzasnąć, lecz domyśliła się, że to tylko Srebrzysta.

Coś jednak tam było. Widziała kątem oka, nim zgasło światło. Ruch w powietrzu. Wierzchowiec Smoczego Jeźdźca?

Po jakiejś wieczności odważyła się włączyć latarkę.

– Sala sto dziewięć – szepnęła w końcu.

Bobo zaczął szukać klucza, hałasując potwornie.

To była sala biologiczna. W świetle latarki niczym aktorzy na scenie pojawiały się elementy wnętrza. Najpierw akwarium pełne jaskrawych rybek, następnie zakryta kocem klatka, za mała dla Płomyczka, pewnie spał w niej jakiś ptak. Kesja o mało nie krzyknęła, gdy ujrzała rząd szkieletów, w tym ludzki i smoczy. Czy przybyła za późno? Nie, to tylko plastikowe modele.

Klatka ze smokiem stała na półce. Gdy Kesja wycelowała w nią światłem latarki, zwierzę potrząsnęło głową, budząc się ze snu.

– Płomyczku – wyszeptała.

Rozprostował skrzydła, uradowany.

– Przyszłaś po mnie, Kesi – wysyczał. Mówił cicho, przeciągał litery, lecz nietrudno było go zrozumieć.

Kiedy wyciągnęła go z więzienia, usiadł na jej ramieniu i przytulił się pyszczkiem.

– Przepraszam za te drzwi – powiedział ze skruchą.

– Nie szkodzi. To jest Robert, nie wiem, czy go pamiętasz. Uwielbia smoki. – Chłopiec opuścił głowę zawstydzony komplementem. – Srebrzystą już znasz.

Oba smoki poderwały się do lotu i okrążyły w geście powitania.

– Co teraz, Kesi? – zapytał Płomyczek.

– Idziemy – odparła zdecydowanie. – Do twoich przyjaciół.

Ujrzała radość w oczach smoka i był to niewątpliwie piękny widok.

*

Oliwia nie czekała na nich sama.

Ze wszystkich, którzy mogli ich nakryć, on był najgorszy. Kryspin. Kesja wiedziała, że jego obecność nie powinna ją dziwić. Chłopiec zwykł pojawiać się w niewłaściwych miejscach o niewłaściwym czasie, jakby całe życie poświęcał, by robić innym na złość.

Uzurpator (Kesja nie wiedziała, co to słowo znaczy, ale domyślała się, że coś brzydkiego), żółty smok, siedział na jego ręce, otrzepując łeb z płatków śniegu.

– Czytałem kiedyś taką książkę dla dorosłych – chwalił się Kryspin, wyjaśniając genezę imienia swego smoka. – I był tam taki właśnie uzurpator. Miał wielki młot i zabił nim smoczego króla.

Żółty gad zobaczył ich pierwszy i zasyczał.

– No nie, wykradłaś go, idiotko – przywitał ich Kryspin z niedowierzaniem, ale i nutką podziwu. – Ale teraz będziecie mieli przesrane. A to dopiero! – zdziwił się na widok Boba. – Mama zapomniała zamknąć twój śmietnik, że się szwendasz po nocy?

Bobo opuścił głowę i schował się za Kesją, na ramieniu której Płomyczek dreptał niespokojnie. Uzurpator dał nieźle popalić im obu. Srebrzysta tymczasem, ufna jak zawsze, poleciała przywitać się ze smokiem. Powietrzny taniec odbyła jednak sama, gdyż gad nie ruszył się z ręki Kryspina.

– Słuchaj, głupku – odezwała się Oliwia. – Zejdź nam z drogi i zapomnij, że nas widziałeś. Dla swojego dobra.

– Wy mi grozicie? – zakpił.

– Mamy dwa smoki na twojego jednego – zauważyła. – Jesteś sam, a nas jest – rzuciła okiem na Boba – no, ze dwóch i pół.

– Uzurpator to najlepszy smoczy wojownik na osiedlu. Dałby wam wszystkim radę z pazurem w dupie.

– A zieje ogniem? – zapytała Kesja, patrząc Kryspinowi w oczy. Nie miała pojęcia, skąd wzięła się w niej odwaga, by nie odwrócić wzroku. Czy to zasługa smoka? Kryspin tymczasem się zawahał. – Bo Płomyczek zieje. Wiesz zresztą.

Chłopiec przygryzł wargę i rzucił gadowi Kesji niechętne spojrzenie.

– Dobra, idźcie. I tak będziecie mieli przerąbane.

– Nie, jeśli dochowasz tajemnicy – powiedziała Kesja.

– Dlaczego miałbym to zrobić?

– Chcesz iść z nami do Smoczej Krainy? – Spojrzała na Płomyczka. – Może, prawda? – Smok zgodził się kiwnięciem łba, czego Kryspin nie zauważył.

– Smocza Kraina to takie miejsce, gdzie smoki żyją dziko – dopowiedziała Oliwia.

Wtem do Kesji dotarło, jaką głupotę zrobiła. Taki ktoś jak Kryspin z pewnością mógł donieść hyclom lub nauczycielom i zagrozić całej krainie. Jednak Płomyczek się zgodził. On chyba wie lepiej, co jest dobre dla tamtego miejsca.

– Wciskacie mi kit – stwierdził Kryspin. – Nie ma żadnych krain z dzikimi smokami.

– To miejsce istnieje – powiedział cicho Płomyk.

Chłopiec wytrzeszczył oczy.

– Co to za sztuczka?

– Wyjaśnimy ci po drodze – obiecała Oliwia. – Robi się coraz później, więc w drogę.

*

Czworo dzieci i trzy smoki przedzierały się przez sypiący śnieg. Ich oczom ukazywało się coraz mniej domów, a samochody przejeżdżały rzadko, leniwie rozświetlając biało-czarny świat. Płomyczek frunął wysoko ponad pozostałymi, obserwował okolicę, wskazywał drogę.

Sporo rozmawiali. Zwłaszcza Oliwia i Kryspin. Kesja policzyła, że na jednej z ulic zdążyli się pokłócić trzy razy. Na kolejnej poszczuli się smokami, tym bardziej nie rozumiała, dlaczego to Bobo ostatecznie wylądował w śniegu. Musiała robić za rozjemcę.

W końcu zostawili za sobą światła miasta. Przeszli przez zamarzniętą rzeczkę, minęli jakiś stary, pogrążony w ciemnościach dom i nasyp kolejowy, po którym już od lat nie jeździły pociągi.

Kesja bała się coraz bardziej. Ciemność zmusiła ją do ponownego użycia latarki. Kątem oka ujrzała sylwetkę sarny stojącej pośród drzew. Las, na skraj którego dotarli, ciągnął się kilometrami. Nietrudno było uwierzyć, że w głębi tej głuszy zachowały się dzikie smoki.

Weszli w śnieg, sięgający im do kolan i brnęli. Sylwetki drzew przypominały zastygłą w bezruchu armię upiorów, czekających na coś lub czegoś strzegących. Kesja spojrzała na Roberta, ten trząsł się, wytrzepując z kurtki śnieg. Kryspin i Oliwia stracili chęci do kłótni, on udawał bohatera, starając się ukryć strach, ona parła do przodu, niczym się nie przejmując.

Na szczęście Płomyk nie kazał im wchodzić głęboko w las.

Przy leśnej drodze stała opuszczona od lat, nieduża fabryka. Szary, paskudny gmach z zabitymi oknami.

– To tu? – zdziwiła się Kesja. Spodziewała się, że Smocza Kraina będzie piękna. To coś było okropne. Prawdę mówiąc, nie potrafiła sobie przypomnieć brzydszego miejsca. Nikt nie mógł podejrzewać, że żyje tu cokolwiek. Pomyślała, że być może właśnie na tym polega spryt smoków.

– To wejście – powiedział Płomyk, lądując na ramieniu dziewczynki. Rozpierała go energia, choć trząsł się z zimna. – Wrota. Sama Smocza Kraina jest gdzie indziej, ale tędy prowadzi droga. Musimy tam wejść. Kto wie, może tam czekają na mnie przyjaciele?

Do środka prowadziły drzwi, z których ktoś zdjął kilka desek. Kryspin, najwyższy z czwórki, musiał przejść prawie na czworaka.

Płomyk poderwał się do lotu i poprowadził ich zimnymi korytarzami. Co tu kiedyś wytwarzano? – zastanowiła się Kesja. Postanowiła, że po powrocie zapyta mamę.

Wewnątrz fabryka nie była szara, ściany pokrywały graffiti – olbrzymie twarze, kolorowe zwierzęta i dziwaczne napisy wyłaniały się z mroku, gdy padł na nie promień latarki.

Za zakrętem paliło się światło. Weszli do niewielkiego pomieszczenia, pełnego śmieci. Rozstawione w kilku miejscach lampy sprawiały, że każde z dzieci rzucało wiele cieni. Na jednej ze ścian ktoś umieścił malunek ogromnego smoka.

Stała tam kobieta. Niewysoka o okrągłej, sympatycznej twarzy. Podniosła rękę w geście powitania i uśmiechnęła się.

Wszystkie trzy zwierzaki podleciały do największej z lamp, grzejąc skrzydełka.

Wszystkie. Płomyczek też. Kesji wydawało się, że powinna zrozumieć coś ważnego. Coś, co czeka ukryte za rogiem, jest na wyciągnięcie ręki.

– Dzień dobry, dzieci – powiedziała kobieta. – Nazywam się… Możecie mówić na mnie Księżyc. Razem wyruszymy z tego miejsca do Smoczej Krainy. Czeka nas wspaniała przygoda. Poznacie Króla.

Płomyczek wzniósł się w powietrze i wylądował na ramieniu kobiety, która pogłaskała go po pysku tak, jak zwykła to robić Kesja. Dziewczynka poczuła ukłucie zazdrości.

On zmarzł, pomyślała. Przed chwilą i tamtego dnia, kiedy go odnalazłam. Co to znaczyło?

I nagle rozwiały się wszystkie jej wątpliwości. Zza rogu wyłonił się mężczyzna. Miał długą, skołtunioną brodę i mętne spojrzenie, ubrany był w grube ciuchy. Wyglądał inaczej, niż Kesja go zapamiętała. Ale to był on. Tata.

Dziewczynka wystrzeliła jak z procy. Kątem oka ujrzała jego zszokowane oblicze, lecz ona też była zaskoczona. Wtuliła się w niego mocno. Odwzajemnił uścisk, ale słabo, jakby się czegoś bał.

Srebrzysta, ogrzawszy się, pofrunęła śladem Płomyka i usiadła na ramieniu kobiety. Zapewne chciała się przywitać. Księżyc wyjęła coś z kieszeni. Coś długiego i ostrego. Szybkim ruchem złapała smoka za gardło i przyłożyła bijącego skrzydłami do ściany, tuż obok namalowanych sprejem zębisk, po czym z wielką siłą przebiła mu pierś srebrnym ostrzem. Gdy odjęła dłoń, zwierz wciąż wisiał niczym jakieś makabryczne, krwawiące trofeum.

Krzyk Oliwii zapewne słychać było z wielu kilometrów.

 

II

– Tato? – Głos Kesji drżał. Uwolniła się z uścisku i wlepiła w rodzica zdezorientowane spojrzenie. – Co się dzieje, tato?

Uzurpator, wedle Kryspina najodważniejszy i najpotężniejszy smok w promieniu wielu kilometrów, ujrzawszy, jaki los spotkał jego koleżankę, uciekł przez małą szczelinę w oknie. Kobieta, która przedstawiła się jako Księżyc, skwitowała to soczystym przekleństwem.

Kryspin postanowił czym prędzej pójść w ślady swego smoka – odwrócił się i wybiegł z pomieszczenia. A za nim Oliwia, a za nią Bobo.

– Tato? – Kesja była bliska płaczu.

– Tato? – dziwiła się Księżyc. – To twoja córka?

Dziewczynka spojrzała na zszokowane oblicze ojca i przez jedno uderzenie serca była pewna, że ten zaprzeczy.

– Tak – wydukał.

– Że, kurwa, co?! – wydarła się kobieta.

Oliwia, Kryspin i Bobo wrócili po chwili. Przyprowadził ich olbrzymi mężczyzna w wielkiej puchowej kurtce. W dłoni trzymał pistolet.

– Słyszałeś, Skarb – zwróciła się do niego Księżyc. – Ta mała to córka Czarodzieja.

– Jak córka? – zdziwił się. – Jaja sobie robicie?

– Ja nic nie wiedziałem – powiedział Płomyk.

– To nie twoja wina, mały – rozgrzeszyła go Księżyc, drapiąc pod pyskiem. – Przyprowadziłeś czworo. Czworo. Jesteś, kurwa, wybitny.

Komplement nadzwyczaj spodobał się zwierzęciu.

– Tych troje – kobieta wskazała na Oliwię, Kryspina i Roberta – zamknijcie razem, dziewczynkę osobno. Musimy pomówić. Jeden smok uciekł. Przez ciebie, Skarb, kretynie jebany. Miałeś uszczelnić wszystkie wyjścia.

Kesja zauważyła, że olbrzym ma u pasa, oprócz kabury na pistolet, kilka narzędzi.

– Poszukać go? – zaproponował.

– Nie – powiedziała Księżyc, uśmiechając się obrzydliwie. – Nic nikomu nie powie. Za niedługo się stąd zmywamy.

*

Kesja płakała.

Zamknęli ją w klitce, która kiedyś musiała być kabiną ubikacji. Dziewczynka wciąż miała przy sobie latarkę, widziała więc dziurę w podłodze i gołe ściany.

Co tu się działo?

Znalazła ojca, znalazła drogę do Smoczej Krainy, lecz wszystko przemieniło się w koszmar. Czym była ta Smocza Kraina? Przeszły ją ciarki.

Dotarło do niej, że Płomyk wcale nie jest dziki. Gdyby żył na wolności, jak twierdził, przyzwyczaiłby się do zimna, a nie marzł jak domowe smoki. Czym więc był?

Coś sfrunęło z ciemności, jakiś smoczy kształt. Kesja krzyknęła. Jeśli to Płomyk, postanowiła, że zdzieli go latarką i wrzuci do kanalizacji.

Kolor skóry gada był jasny. Czyżby Uzurpator wrócił?

– Kesjo. – Nie znała tego głosu. Skierowała na zwierzę światło latarki i zaniemówiła.

– A… Aniołek?

Teraz już nic nie miało sensu. Poczuła się jak w szalonym filmie, w którym ktoś pomieszał fakty i postaci z jej życia.

– Nie płacz, Kesjo.

– Skąd się tu wziąłeś? Dlaczego ty mówisz?

– Wyjaśnię ci wszystko, ale szybko, mamy mało czasu. Niedługo was zabiorą.

– Dokąd?

– Za granicę. Do jakiegoś Smoczego Króla, bogatego potwora, który lubi dzieci, ale w bardzo zły sposób. Zrobi wam krzywdę. Ci trzej to jego pracownicy.

– Jeden to mój tata. Mama powiedziała, że odszedł do Smoczej Krainy. I jest tu. Nic nie rozumiem.

– Zrobiła tak, żebyś nie cierpiała. On siedział w więzieniu, wiem, bo podsłuchałem. – Smok zamyślił się. – Rzeczywiście, jego twarz wydała mi się znajoma. Pokazywałaś mi jego zdjęcie. To kierowca, najmniej ważny z trójki. Ten drugi, Skarb, to mięśniak. Dowodzi kobieta. A ich smok to wabik. Zabrali mnie od ciebie, Kesjo, porwali i uwięzili. A potem podrzucili ci nowego smoka.

– Uwięzili? Też jesteś tu więźniem?

– Uciekłem, nim zdążyli mnie zabić. Byłem słaby, poraniony. Frunąc, wpadłem do rzeki. O mało nie umarłem, ale mnie odratowano. Odzyskałem zdrowie, iskiernik, a nawet obudzono we mnie zdolność mowy. Postanowiłem was ostrzec, ale czerwony smok nie odstępował cię ani na krok. Nie wiesz, jaki jest silny. W końcu wpadłem na pewien pomysł. Pokazałem mu się w szkole, a potem podpaliłem drzwi do toalety. Twój fałszywy przyjaciel trochę mnie poturbował, próbował przypalić, ale przybiegł nauczyciel i smok odpuścił. Myślałem, że jest załatwiony.

– A ja go uwolniłam…

– Przyleciałem do naszego domu dzisiejszego wieczoru, gdy tylko odzyskałem siły, ale ciebie już nie było. Domyśliłem się, że mama z pewnością dała ci szlaban, więc miałem złe przeczucia. Poleciałem do szkoły…

– Widziałam cię – przerwała Aniołkowi. – Na korytarzu.

– Nie byłem w środku. Gdy dotarłem pod budynek, czerwony smok był już z wami. Śledziłem was, pragnąłem ostrzec, ale ten drań latał wysoko, jakby się mnie spodziewał. Gdybym się zbliżył, zdążyłby mnie załatwić, nawet byście nie wiedzieli. – Umilkł na chwilę. – Ktoś się zbliża. – Smok poderwał się do lotu i zniknął w ciemnościach.

Kesja próbowała przetrawić wszystkie te informacje, gdy wylądował przed nią Płomyk. Jego oczy pełne były podejrzliwości.

– Czego chcesz? – zapytała ze złością.

– Porozmawiać. Wiesz, polubiłem cię, Kesi. Jeśli spojrzysz wstecz, dojdziesz do wniosku, że ani razu cię nie okłamałem. Po prostu nie powiedziałem całej prawdy.

– Ile dzieci już skrzywdziłeś? – zapytała, mocniej ściskając w dłoni latarkę.

– Nie liczę. Każdy przypadek jest inny. Nie mógłbym zawsze działać tak samo, bo policja wpadłaby na nasz trop. Zwabiając cię, poszliśmy na całość. Zabraliśmy twojego poprzedniego smoka i zająłem jego miejsce.

O mało nie powiedziała: „Wiem”.

– Perfidnie, acz skutecznie – kontynuował gad. – Czworo, Kesi! Mój rekord. Nie uważasz, że sobie na to zasłużyli? Kryspin, ten zarozumiały osiłek i dureń. Oliwia, która uważała się za pępek świata i wszystkich traktowała jak śmiecie albo narzędzia. Robert, który zginąłby marnie, gdyby tylko wszedł w dorosłość. I Kesja, tak czuła i łatwowierna, że już niedługo świat wydupczyłby ją mocno i brutalnie.

– Mamy jedenaście lat – oburzyła się, powoli przesuwając rękę w kierunku gada.

– A ja dziesięć. Mimo to jestem mądrzejszy niż wy czworo razem wzięci. A mózg mam taki malutki…

– Kochałam cię. Ryzykowałam dla ciebie wszystko!

– Dzięki. Zaryzykowałaś i wszystko straciłaś. Pozdrów ode mnie Króla. Spodoba ci się. Jest wielki. Tak wielki, że można go dosiąść. – Zasyczał, rozbawiony. – Pozdrów też swojego poprzedniego smoka, gdy tylko się pojawi. Mam wrażenie, że to kwestia czasu.

Kesja zamachnęła się latarką. Włożyła w uderzenie cały swój strach, wściekłość i ból, lecz smok odleciał. Był szybki jak mucha.

– Pa, Kesi, pa.

Położyła się na podłodze, zrozpaczona. Czy Aniołek jej pomoże? Co jednak mógł zrobić jeden mały smok? Więc może tata? Nie, on był jednym z nich.

Słyszała głosy swych przyjaciół. Księżyc ich przesłuchiwała.

Bobo zapewnił, że rodzice nie zainteresują się jego zniknięciem jeszcze przez długi czas, gdyż w ogóle mało ich obchodzi. Kryspin zarzekał się, że często znika wieczorami. Jedynie Oliwia miała dość oleju w głowie i zapewniła, że jej matka jest policjantką śledczą, a tata prokuratorem. Dziewczynka poinformowała ich, że wychodzi tylko na pięć minut, więc z pewnością szuka jej już połowa miasta.

 Drzwi otworzyły się powoli. Stanął w nich ojciec Kesji. Przyłożył palec do ust.

– Zdejmij buty, weź je do ręki i chodź – wyszeptał.

Zrobiła, jak jej kazał. Szli w całkowitych ciemnościach, cicho jak para duchów. Kesja domyśliła się, że mężczyzna prowadzi ją przez jakieś wielkie pomieszczenie, być może halę produkcyjną. Gdzieniegdzie w ciemności rysowały się pojedyncze kształty. Wydawało jej się, że gdzieś wysoko widzi smoczą sylwetkę, ale to mogło być przywidzenie.

Później zeszli schodami. Ojciec pozwolił jej założyć buty i sam zrobił to samo. Kesja bała się zastanawiać, o co w tym wszystkim chodzi. W jej umyśle pojawiła się nadzieja, lecz dziewczynka wolała o niej nie myśleć, by ta nie uciekła.

– Mam latarkę – powiedziała nieśmiało.

– Ja też.

Korytarz. Skręt. Korytarz. Schody. W końcu się zatrzymali.

– Kesjo, posłuchaj mnie. Oni postanowili wywieźć was wszystkich. Przepraszam, że tak się stało. Musisz uciec. – Oświetlił latarką dziurę w oknie. – Idź do domu. Biegnij jak najszybciej i nie oglądaj się za siebie. O niczym nie wspominaj mamie ani nikomu. Zapomnij, że to się wydarzyło. Rozumiesz mnie? Inaczej sprawisz tacie duże kłopoty. Zrozumiałaś wszystko? Powiedz, że zrozumiałaś.

– A Oliwia, Bobo…

– Nie myśl o nich. Zapomnij, że ich znałaś. Wszystko pojęłaś?

– Tak.

– To w drogę.

Przedarła się przez okno i wylądowała w śniegu. Wstała z trudem. Budynek fabryki za jej plecami wydał się nagle Kesji ogromny, niczym śpiący, pożerający dzieci olbrzym.

Śnieg trzeszczał pod butami, gdy szła powoli, rozglądając się we wszystkie strony. W którą stronę powinna uciekać? Wyjrzała za róg i dostrzegła stojący pod prowizorycznym dachem stary samochód dostawczy bez rejestracji. Niedaleko rozpoczynała się wyżłobiona w śniegu dróżka.

O mało nie krzyknęła, gdy Aniołek sfrunął na jej ramię.

– Uciekaj, Kesjo – poradził na ucho.

– Tym autem ich wywiozą, prawda?

– Najpewniej.

Kesja podbiegła do pojazdu.

– Pomożesz mi? – zapytała smoka. – Musimy ich zatrzymać. Może… przebijemy opony.

Smok zerwał się do lotu i wyjął z jednego z zabitych okien zardzewiały, trzymający się na słowo honoru gwóźdź. Podarował go swej pani.

Kesja znalazła nieopodal cegłę i zabrała się do pracy.

Potem uciekli. Miała nadzieję, że przebite opony zatrzymają oprawców na dość długo.

– Aniołku, jesteś szybszy ode mnie, leć, sprowadź pomoc.

Posłuchał. Poszybował w mroźną noc. Kesja zastanawiała się, jak ludzie zareagują na smoka, który opowie tak niewiarygodną historię. Mogła mieć tylko nadzieję.

*

– Uzurpator – powiedziała Kesja, zbliżając się do smoka. Siedział na jednej z niskich gałęzi i ze smutkiem w oczach spoglądał w kierunku fabryki. Nigdy go nie lubiła, zawsze się go bała. Teraz jednak wydawał się mały i nieszkodliwy. Gdyby zawiało mocniej, pomyślała, pewnie zdmuchnęłoby go na ziemię. – Musimy uciekać. Wiem, że mnie rozumiesz. Wy, smoki, jesteście mądre.

Nie ruszył się z miejsca. Czy rozważał pójście swemu panu na ratunek?

W końcu zerwał się z gałęzi i poleciał w siną dal. Kesja odetchnęła z ulgą, lecz po chwili ujrzała powód ucieczki smoka.

Pomiędzy koronami drzew frunął jakiś cień.

Płomyk rozglądał się niczym jeden z dziewięciu Smoczych Jeźdźców, bohaterów z tej przerażającej powieści, w której upiory szukały skarbu swego pana.

Wypatrzyć Kesję, ubraną w jaskrawą kurtę, nie było trudno.

Zerwała się do biegu. Wydawało jej się, że drzewa ożyły, że naprawdę są armią upiorów, która przebudziła się ze snu i pragnie ją dopaść. A dowodzi nią czerwony smok. Kesja czuła na sobie jego spojrzenie. Uciekała tak szybko, jak umiała, lecz śniegowe zaspy robiły się coraz głębsze – sięgały po kolana, miejscami po brzuch dziewczynki.

Płomyk podleciał od tyłu, zahaczył pazurami o jej czapkę i wrzucił Kesję w biały puch. W tej chwili naszła ją absurdalna myśl o Oliwii robiącej aniołki.

Ktoś chwycił ją brutalnie, przerzucił przez ramię i zaczął nieść. Łzy sprawiły, że wszystko się zamazało. Przetarła oczy zmarzniętą ręką i ujrzała młotek zatknięty u pasa. To musiał być Skarb. Opuściła powieki, by nie widzieć otaczającego ją świata. Ile by dała, by stać się niewidzialna.

Przed wejściem do fabryki czekała na nią trójka towarzyszy wyprawy, kipiąca z furii Księżyc oraz ojciec. Skarb rzucił Kesję na ziemię.

Nie miała siły z niej wstać.

Przyleciał też Płomyk, bardzo z siebie zadowolony.

– Mówiłem wam, że uciekła – tłumaczył się ojciec dziewczynki, blady tak, że jego twarz ledwo było widać na tle śniegu.

Kobieta zawołała do siebie smoka. Płomyk usiadł jej na głowie niczym ptak w gnieździe, ale Księżyc to nie przeszkadzało.

– Trzeba sprowadzić nowy samochód, mały. Wiesz, do kogo polecieć.

Smok wyszeptał jej coś na ucho, bardzo cicho.

Ojciec podszedł do Kesji i pomógł jej wstać.

– Kiedy przymknę na chwilę oczy, ty zamknij swoje – wyszeptał jeszcze ciszej niż smok.

Kesja zaczęła drżeć. Wiedziała, że za chwilę zdarzy się tu coś bardzo niedobrego.

– Czarodziej, jebany idioto – denerwowała się kobieta. – Chcesz nas wszystkich wpędzić do więzienia? Wiesz, że Król akurat ją wybrał, widział zdjęcia! Jest ważniejsza niż pozostała trójka razem wzięta! Gówno mnie obchodzi, że to twoja córka. Jak masz takiego pierdolonego pecha, to twój problem.

– Gdyby to było twoje dziecko – spytał ją mężczyzna – co byś zrobiła?

– Nie mam dzieci.

Skinęła głową do Skarba.

Ojciec Kesji przymknął oczy, dziewczynka zrobiła to samo.

Słyszała kroki, ktoś się z kimś mocował, potem padł strzał. Nie wiedziała, kto do kogo strzelił, lecz gdy podniosła powieki, szybko się zorientowała i zaczęła krzyczeć.

Jej ojciec leżał martwy. Skarb go udusił olbrzymią łapą. Nim mężczyzna padł, zdążył wystrzelić. Trafił napastnika w nogę. Osiłek leżał w śniegu, przeklinając i przyciskając kończynę.

Dowodząca najwyraźniej nie straciła zimnej krwi.

– Wasza trójka, do auta – zarządziła. – Poczekacie w środku.

Księżyc złapała za ramię Oliwię, a dziewczynka wgryzła się w trzymającą ją dłoń. Kobieta wrzasnęła, lecz, na szczęście, nie wystrzeliła. Uderzyła za to Oliwię, powaliła na śnieg i chwyciła jej rękę.

Księżyc wyjęła z kieszeni długi sztylet, ten sam, którym zabiła Srebrzystą.

– Królowi powiemy, że jesteś stygmatyczką – postanowiła.

Kesja mogła tylko patrzeć w przerażeniu i zastanawiać się, kim jest stygmatyczka.

I wtedy na Księżyc spadł smok. Uderzył prosto w twarz kobiety, rozdzierając jej policzki, czoło, usta; jeden z pazurów wbił w oko. Kobieta krzyknęła, starając się zedrzeć Aniołka z głowy. Zdenerwowany Skarb wymierzył, lecz nie odważył się strzelić.

Wtedy Kryspin zaszedł go od tyłu i wytrącił broń. Pistolet zatonął w śniegu, obaj rzucili się po niego. Skarb zaryczał, łapiąc się za ranną nogę, na którą chłopiec, celowo lub przypadkiem, z całej siły nadepnął.

Księżyc wciąż walczyła ze smokiem. W końcu udało jej się zepchnąć gada z głowy i chwycić za skrzydło. Kesja zerwała się do biegu, wiedziała, co teraz się stanie.

Sztylet zalśnił w ręce kobiety, wymierzyła i wbiła ostrze w skrzydło białego smoka. Kesja krzyknęła. A potem po raz kolejny, gdy zobaczyła, że spomiędzy drzew wyłonił się Płomyk.

Oliwia wciąż leżała w śniegu, otępiała ze strachu.

Bobo stał i patrzył na tę scenę z rozdziawionymi ustami.

Kryspin wyjął ze śniegu pistolet, lecz trzymał broń tak, jakby sam miał się zaraz postrzelić.

Kesja miała tylko chwilę.

Odnalazła cegłówkę, tę samą, której użyła do przebicia opon. Kątem oka dostrzegła, że Płomyk jest coraz bliżej. Księżyc podniosła sztylet i przygotowała się do drugiego ciosu.

Kesja walnęła ją z całej siły w głowę. Kobieta upadła okaleczoną twarzą w śnieg, tuż obok smoka.

– To się porobiło, Kesi – rzucił Płomyk. Uderzył na Kryspina z taką szybkością, że nawet gdyby chłopiec był strzelcem wyborowym, nie zdołałby trafić. Smok wyrwał mu broń i rzucił w stronę Skarba. Mężczyzna jednak był już nieprzytomny z bólu.

Płomyk wlepił spojrzenie w Kesję. Dziewczynka zamarła.

Aniołek próbował wznieść się w powietrze, by bronić swej właścicielki, lecz z przebitym skrzydłem natychmiast upadł na śnieg.

Płomyk uderzył, frunął jak pocisk, w stronę dziewczynki, lecz wtedy coś się z nim zderzyło.

– Uzurpator! – ucieszył się Kryspin.

Smoki – żółty i czerwony – tańczyły w powietrzu, walcząc niczym dwie potężne, starożytne bestie. Ich głowy, skrzydła i ogony wirowały, trudno było powiedzieć, gdzie kończy się jeden zwierz i zaczyna drugi. Nie zważały na śnieg czy wiatr. Kesji trudno było powiedzieć, który wygrywa.

Podbiegła do Aniołka i przytuliła go. Mocno krwawił.

Smoki wzbiły się na wysokość koron drzew. Uzurpator zręcznie wykonywał uniki za każdym razem, gdy Płomyk zionął ogniem. Dużo, dużo większym od płomienia zapalniczki.

W końcu padły na śnieg. Oba smoki były wyczerpane i poranione. Przygotowywały się do drugiej, rozstrzygającej rundy.

Nie doszło do niej. Za Płomykiem pojawił się Bobo. W dłoni trzymał młotek Skarba. Uderzył, szybko, mocno i skutecznie. A potem jeszcze raz i jeszcze raz. Karmazynowo-czarny smok zmienił się w małą, brzydką górkę mięsa.

– Był taki piękny – wymruczał chłopiec, przerażony tym, co zrobił. Nie wypuszczając młotka z dłoni, zaczął czyścić ubranie ze smoczej krwi.

– Wezwałem pomoc – Aniołek wyszeptał ostatkiem sił do Kesji. – Zaraz będą.

Dziewczynka pomogła wstać Oliwii i przerażona rozejrzała się dookoła.

Księżyc uciekła. Widzieli jej sylwetkę, ginącą wśród drzew. Policjanci mieli ją znaleźć dopiero za wiele dni, zamarzniętą, leżącą w wąwozie głęboko w lesie.

Skarb był nieprzytomny. Z tego co dziewczynka potem słyszała, skazano go na długoletnie więzienie.

Ojciec Kesji spoglądał na padający śnieg martwymi oczami. Trzy dni później odprawiono mu skromny pogrzeb, na którym ani Kesja, ani jej matka się nie pojawiły.

Uzurpator wylądował na głowie Kryspina.

– Mówiłem, że jest najdzielniejszy – rzucił chłopiec drżącym głosem.

– Oba są dzielne – powiedziała Kesja, przytulając Aniołka.

Niedługo potem usłyszeli policyjną syrenę.

 

EPILOG

Wiosenne słońce, rozpalone niczym oddech smoka, wspina się po bezchmurnym niebie. Drzewa zielenią się, pachną, ich liście szumią smagane lekkim wiatrem. Gdyby jakiś grzybiarz lub zabłąkany spacerowicz zapuścił się tak daleko w las, ujrzałby przedziwną procesję złożoną z czworga dzieci i ich zwierząt. Wędrują powoli, śmieją się, rozmawiają ściszonymi głosami, by nie zakłócić ciszy lasu.

Kryspin idzie z przodu. Jego Uzurpator krąży nad dziećmi niczym smoczy gwardzista wypatrujący każdego niebezpieczeństwa.

– Ciekawe, co mi powie – zastanawia się chłopiec, wskazując zwierzę. – Gdy już sprawią, że zacznie mówić.

– Pewnie nic miłego – prowokuje go Oliwia. Na jej ramieniu siedzi Błękitna, mały, śliczny i wyjątkowo nieznoszący ludzi smoczek. Właścicielka należycie zadbała, by znielubił wszystko i wszystkich. Oprócz niej, rzecz jasna.

– Nie zaczynajcie znowu – prosi Bobo. Prowadzi ze sobą pieska, kundelka ze schroniska. Bobo kocha go bardzo, choć oczywiście wolał smoka. Wyszło inaczej, ale wcale nie żałuje.

– Daleko jeszcze? – pyta Kesja. Aniołek siedzący w kieszonce na jej brzuchu zapewnia, że już blisko.

Każdy właściciel smoka, zapytany dlaczego to właśnie te zwierzęta są najwspanialsze, odpowiada bez zastanowienia: „Gdyż umieją latać”. Kesja nauczyła się, że to nieprawda. Jej smok nie latał, amputowano mu skrzydło, mimo to był najcudowniejszym stworzeniem na świecie.

– Chcę na ramię, Kesjo – prosi, a dziewczynka spełnia jego życzenie. Cały czas asekuruje Aniołka dłonią, gdyż upadek mógłby go mocno poturbować.

– Myślicie, że kiedyś go złapią? – pyta niespodziewanie Kesja. – Tego Smoczego Króla? – Codziennie słucha wiadomości. O sprawie stało się głośno w całym kraju, dorwano kilku innych członków gangu, lecz najważniejsi pozostawali nieuchwytni.

– Na pewno – zapewnia Oliwia.

Aniołek wchodzi na głowę swej pani, nic sobie nie robiąc z niebezpieczeństwa.

– Widzę! – oznajmia wesoło. – To tam, przy rzece.

Budynek musiał być kiedyś bogatym domem, lecz czas przemienił go w ruinę. Nie wydaje się jednak smutny i przerażający, jak tamta fabryka, lecz fascynujący, dziwnie pierwotny, jakby był naturalnym elementem lasu. Ani drzwi, ani okna nie są zabite.

W dziurawym dachu pojawia się kilka smoczych sylwetek.

– Nikomu nie powiecie, że Uzurpator znów będzie miał iskiernik? – pyta podejrzliwie Kryspin. – Bo jak się wyda…

– To lepiej go pilnuj – ostrzega Oliwia. – Choć jak cię znam, na pewno szybko coś podpalicie.

W stronę gości wylatuje kilka smoków. Aniołek twierdzi, że niektóre od pokoleń żyją tu dziko, inne zostały porzucone przez ludzi i umknęły hyclom. Kesja widzi różnokolorowe skrzydła – fioletowe, zielone, pomarańczowe, błękitne – z daleka przywodzą na myśl motyle, lecz gdy smoki są już blisko, okazują się duże. Rozpiętość skrzydeł niektórych dochodzi do pół metra.

Kesja pragnie zadać im tak wiele pytań, wie jednak, że lepiej, gdy niektóre rzeczy pozostają tajemnicami. Ujmuje Aniołka w dłonie i podnosi, by mógł się przywitać z wybawcami.

A potem smoki zapraszają ich do swej krainy.

Koniec

Komentarze

Kilka literówek i tym podobnych (chyba na głodniaka pisałeś ;) ):

Nazywa Płomyk - zjedzone się

jej Srebrzysta wzbił się – zjedzone a

nieopodal placu zabawa – a tu o jedno a za dużo

nauczyciela siadają w szkolnych ławkach – nauczyciele

Srebrzysta leciał na przedzie – znowu zjedzone a

Im oczom ukazywało się coraz mniej domów – ich oczom

W tej naszła ją absurdalna myśl – chyba brakło chwili

Księżyc podniosła sztylet i przygotował – znów zjedzone a

 

Zabiło mnie to opowiadanie. Nie chcę psuć innym (zaczynającym od komentarzy) przyjemności z czytania i niespodzianki, więc tylko bardzo ogólnie napiszę – ten zwrot o 180 stopni i przejście z dziecięcego świata do ciemnej strony dorosłości – uch!

I styl, dopasowany do treści. Według mnie – naprawdę dobre opowiadanie.

 

EDYCJA

Właśnie się zorientowałam, że test oceniania w skali 1-10 trwa do 10 stycznia, a nie do końca ubiegłego roku (jak to brzmi :)).

Tekst oceniam na 7.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca, dzięki za komentarz i łapankę :)

Ciekawa opowieść, dziecięco-mroczna. Spodobał mi się pomysł na zrobienie ze smoków małych zwierzątek domowych.

Język – całkiem nieźle, ale kilka potknięć jeszcze Ci zostało. Między innymi jedno usilnie tępione na portalu. Ale ogólnie – umiesz pisać. :-)

Babska logika rządzi!

Po długim wpatrywaniu się w swe szkolne buty(,) Kesja doszła do wniosku, że w lewym, na wysokości palców, niedługo przedrze się materiał.

– Nie, jeszcze by mi ją ukradł(,) jak tamtego kota z dachu.

Płomyk poderwał się do lotu i poprowadził ich zimnymi korytarzami. Co tu kiedyś wytwarzano? – zastanowiła się (Kesja). Postanowiła, że po powrocie zapyta mamę.

Bez tego wychodzi na to, że to Płomyk się “zastanawiała” i “postanowiła”.

 

Ryzykowałam dla ciebie(.) (W)(w)szystko!

Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że ta kropka jest błędem.

 

Brutalnie rozprawiasz się z dziecięcymi marzeniami, nie ma co. Ale też robisz to w sposób naprawdę interesujący. Historia sama w sobie, choć nie robi może jakiegoś niesamowitego “łał!” – pomysł, generalnie fajny, ale momentami zbyt to wszystko naiwne, uproszczone – jest bardzo interesująca. A sposób, w jaki ją opowiedziałeś, bardzo mi się podoba. Wykonanie, zwłaszcza to, jak wykreowałeś dzieciaki, naprawdę świetne. Z jednej strony są wręcz sztampowe – zabiedzony chuderlak-ofiara, słodka-idiotka nazywająca smoki Aniołkami i marząca o magicznych krainach, osiłkowaty cwaniaczek, lubiący się popisywać kosztem innych i mała miss świata – ale z drugiej, to samo życie przecież; dzieci zazwyczaj są bardziej wyraziste niż my, zgredziki. Za to ogromny plus. Drugi, za klimat i budowanie napięcia. Trzeci i każdy następny za porządny warsztat, sporo akcji, happy end i sam pomysł na takie łagodne urban fantasy.

Co mi zgrzytało, to właśnie ta taka stricte bajkowa naiwność w niektórych momentach. Nie wymienię ich tutaj, bo jeszcze zrobię niepotrzebny spoiler. Zresztą nawet nie chodzi o tę naiwność samą w sobie, bo całe opowiadanie – moim zdaniem – po trochu aspiruje właśnie do miana bajki, czy może baśni, i w takim kontekście to jak najbardziej pasuje. Tyle, że te aspiracje rozjeżdżają się w momencie, kiedy na scenę wkraczają dorośli z całym dobrodziejstwem inwentarza. Rezultat jest taki, że tekst jakby “zawiesza się” między baśnią, a “twardą” literaturą i chyba nie do końca to do mnie przemawia, bo nie wiem, czy to dzieciom fundujesz solidną dawkę przekleństw i brutalności, czy dorosłym opowiastkę a’la kino familijne.

 

Tekst oceniam na 7.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Okazało się, że swym ogniem, nie większym od płomienia zapalniczki, podpalił drzwi do męskiej toalety.

Takim ogniem drzwi nie podpalisz. Do tego zdanie później sugerujesz, że to mógł zrobić ktoś inny (nie Płomyk), więc skoro nie ma świadków, to skąd ta informacja? Dałabym jakąś wątpliwość – “ponoć” podpalił, cokolwiek…

Jutro Płomyczek trafi schroniska – odparła Kesja.

do schroniska

– Kochałam cię. Ryzykowałam dla ciebie. Wszystko!

Brakuje mi jakiejś sceny z Płomykiem, która by mnie w tej miłości bardziej utwierdziła. Bo nie czuje tego.

Śnieg trzeszczał pod jej butami, gdy szła powoli, rozglądając się we wszystkie strony

Zbędne "jej"

pewnie zdmuchnęło by go na ziemię.

zdmuchnęłoby

 

Łopatologiczne dialogi, szczególnie od momentu pojawienia się Aniołka, trochę raziły.

Trochę również dziwi fakt, że ojciec mimo wszystko nie wiedział, że to będzie Kesja – ok, kierowca, ale nadal odrobinę dziwi.

 

Podobało mi się przejście ze świata naiwnego, dziecięcego do okrutnej rzeczywistości. Podobało mi się wprowadzenie smoków w taki prosty, nienachalny sposób – ot, istnieją w tym świecie, jako pupile nawet :) Trochę tylko żal, że to wszystko, czym ten świat się różni od naszego. Poza tym jest do bólu zwyczajnie, choć legendy szkolne też miały swój urok.

Nie podoba mi się, że po przejściu do rzeczywistości raz dwa znowu wracamy do naiwności. Myślałam, że czymś grubszym będą podszyte te sztuczne dialogi ze smokami, ale nie… 2/3 mega mi się podobało, ale końcówka zawiodła. 

Scena walki/przepychanki trochę zbyt chaotyczna dla mnie. I w ogólnym rozrachunku wychodzi mi “tylko” 7, gdy na początku byłam pewna, że mam do czynienia co najmniej z 8 ;)

No, ale. Tekst oceniam na 7. I klepię bibliotekę.

Tylko nie "Tęcza"!

Finko, dzięki za przeczytanie. Moja pierwsza myśl – przemyciłem gdzieś “stróżkę” :P Ale sprawdziłem, to nie to.

 

Cieniu, cieszę się, że tym razem spodobali Ci się bohaterowie. Co do twoich poprawek:

1– myślałem nad tym zdaniem podczas pisania i, mogę się mylić, ale nie znalazłem powodu, by oddzielić pierwszą część zdania przecinkiem, “wpatrywanie się” to rzeczownik

2– wydaje mi się, że obie wersje można stosować, ale zmienię

4– tak miało być, ale skoro wygląda jak błąd, to chyba lepiej zmienić

Dzięki za przeczytanie :)

 

Tenszo, chyba nie ma smykałki do tych pożarów :) Co do miłości Kesji do Płomyk, wydaję mi się, że dowodem może być cała wyprawa na ratunek, którą Kesja podjęła mimo strachu i zakazów. A w epilogu chciałem pokazać, że jednak wydarzenia trochę wpłynęły na ich życie – zaprzyjaźnili się, Bobo stał się bardziej śmiały i odważny, Kryspin się utemperował, Kesja zrozumiała parę rzeczy. Nie dorośli w jednej chwili, ale chyba mają do tego prawo. Dzięki za przeczytanie :)

Zasadniczo mi się podobało, fajny twist w środku – nie spodziewałam się tego przeskoczenia w ‘inny świat’. Duży plus za przesłanie między wierszami, coby nie okłamywać dzieci, bo poszukiwanie prawdy może drogo kosztować. Końcówka trochę mnie rozczarowała, taka troszkę nijaka i niepotrzebnie wycisza mocne wrażenie po części środkowej. Niemniej, tekst warty przeczytania, +bib.

Zawsze się gubię w terminologii tych wszystkich technicznych zawiłościach, ale wydaje mi się, że to zdanie (1), jest typowym zdaniem podrzędnie złożonym, a “wpatrywanie się” robi tu za orzeczenie, a nie podmiot. Zresztą, w razie wątpliwości najlepiej jest przeczytać zdanie na głos i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy w dyskusyjnym miejscu trzeba zrobić krótką pauzę, czy nie. Jeśli trzeba, to stawiamy przecinek.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nie ma reguły pauza = przecinek. Może być pauza, a przecinka nie.

Park i upiory – dobre :-) Opowiadanie bardzo mi się podobało.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Nie spotkałem się z przypadkiem, gdzie fonetycznie byłaby wyraźna przerwa w tekście, a w zapisie nie wyznaczał jej przecinek, względnie inny znak interpunkcyjny. Ale w sumie młody jeszcze jestem, wszystko przede mną.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, wybacz tamtą bezceremonialność. Podaję link do porady (z poradni językowej PWN), która według mnie rozstrzyga kwestię zdania (1):

http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/przecinek-a-okoliczniki;8456.html

 Przerwa w mowie może być czasem kryterium postawienia przecinka, ale to nie ona decyduje na pierwszym miejscu, ponieważ:

“Interpunkcja polska ma przede wszystkim charakter składniowy. Oznacza to, że znaki interpunkcyjne służą głównie do uwydatniania logiczno-składniowej konstrukcji zdań”.

http://sjp.pwn.pl/zasady/Charakter-polskiej-interpunkcji;629737.html

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

jerohu, wybaczać nie ma czego, bo Twoja bezceremonialność ni jak nie dotknęła ani mnie, ani mojej dumy – nie mam monopolu na rację, prawdę i nieomylność. Dumy we mnie zresztą też niewiele.

Nigdy nie twierdziłem, że fonetyka jest głównym kryterium przy zapisie interpunkcji. Po prostu jak dotąd byłem przekonany, że jest to na tyle kompatybilne, iż można sobie śmiało ułatwiać życie, rozwiązując przecinkowe dylematy za pomocą ust i uszu. A z drugiej strony nie jestem specjalnie zaskoczony, że w języku polskim jest sto milionów twardych zasad i wszelkiej maści wyjątków, które sabotują moją ignorancką ideę. Zresztą już mniejsza o fonetykę, prawdę mówiąc, bo dla mnie ewidentnie to jest zdanie (1) podrzędnie złożone, gdzie drugi człon (“Kesja doszła do wniosku…”), wyraźnie określa i nadaje sens członowi pierwszemu (”Po długim wpatrywaniu się w swe szkolne buty“). A tu proszę… Po przeprowadzeniu weryfikacji opartej na podesłanych przez Ciebie materiałach (ale i nie tylko), wychodzi mi, że faktycznie nie powinno tam być przecinka. A mimo to, co spojrzę na owe zdanie, to brak przecinka niemiłosiernie kole mnie po oczach.

Jak słowo daję, oczadzieć można od tej gramatyki. Im bardziej człowiek zagłębi się w temat, tym bardziej i szybciej totalnie głupieje.

Następnego, kto mi powie, że humaniści mają w życiu łatwiej od ścisłowców, zostawię na pół godziny z PWNem i każę gruntownie przestudiować dowolnie wybrane zagadnienie.

 

Dzięki jerohu! Z Twoją pomocą stałem się ociupinkę lepiej wyedukowany, może nawet mądrzejszy.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Spox, Cieniu, Twoja wątpliwość – zrozumiała dla mnie. Mogłem się mylić – również nie mam monopolu na prawdę, tylko głupiec myśli, że zawsze ma rację. Żeby poprzeć swoją tezę linkami, sam też musiałem przejrzeć trochę materiału ze strony PWN-u, przeczytać parę ciekawych i mądrych kawałków, więc korzyść jest obopólna :-) A może i więcej osób skorzysta na naszej małej dyskusji.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Tym bardziej szacuken, że Ci się chciało. Mnie tam od tych “mądrych kawałków” mózg już wysiada powoli.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Bellatrix, Jerohu, dzięki za wizytę.

Dziś już nie ma dzikich smoków…

Dzisiejsze potwory są bardziej bezwzględne, ohydne i karmią się niewinnością, która nawet nie wie, czym ta niewinność do końca jest. Dziś smoki z legend i baśni, lśnią złotą łuską dumnie rozpościerając skrzydła, gotując się do lotu.  Gdy zieją ogniem, czuć niemal ciepło nadziei na oczyszczenie tego świata. Kim stali się ludzie, jeśli smoki jawią się jak wybawienie.

BURN THEM ALL!!!

 

Nie mogę powiedzieć, że opowiadanie mi się podobało, bo to stwierdzenie po prostu tutaj nie pasuje. Cieszę się, że ludzie biorą się za takie trudne tematy. Gratuluję i pozdrawiam.

empatia

Przeczytałam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Empatia, Regulatorzy, dzięki za wizytę.

Zwykle bardzo lubię to, jak składasz literki, Zygfrydzie, ale tym razem mnie nie kupiłeś. Dla mnie ta opowieść ma elementy za poważne jak na bajkę, a z drugiej strony jest miejscami zbyt infantylna, by była poważna. Stoi tak okrakiem, jakbyś nie mógł się zdecydować, co właściwie chcesz napisać. Wydarzenia nie są dla mnie wiarygodne.

 

Napisane sprawnie, ale wiem, że potrafisz tworzyć o wiele lepsze historie ; )

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Joseheim, dzięki za wizytę.

 

W założeniu miała to być poważna historia widziana oczami dziecka. A więc infantylna do pewnego momentu, a tam, gdzie zaczynają się bardzo złe rzeczy, przerażająca.

Zygfrydzie, wziąłeś na biurko trudny temat.

 

Odczucia po lekturze mam mieszane. Z jednej strony sprawna stylizacja narracji, z punktu widzenia dziecka, pozwala uwierzyć, że patrzymy na wydarzenia oczyma małej Kesji. Udaje ci się płynnie zmienić bajkę w baśń, w której dorośli pełnią rolę potworów, złych czarownic podsuwających podstępnie zatrute jabłko… Z drugiej kulminacyjny konflikt, dramacik ojciec-córka… No, cholera, mnóstwo znaków zapytania: Naprawdę “odpuścił” dziecko?  Przecież ojcowie i córki, matki  i synowie… Różnie się dzieje, różni są ludzie, ja wiem. Ale w tekście nie widzę ani nałogu, ani żądzy, nawet nieumiejętności przyjęcia odpowiedzialności – no niczego, co zazwyczaj, w smutnym, szarym życiu, przełamuje tę więź.

Złamałeś w ten sposób, moim zdaniem, wiarygodność tej rozterki. To, w moim odczuciu, bardzo osłabia wydźwięk tekstu. Bajkowy epilog trąci, jak dla mnie, eskapizmem, wyparciem, mimo – prawdopodobnie – wyciszającego kontrapunktu. I to mimo, że zły, Smoczy Król, wykorzystujący niecnie legendę o Smoczej Krainie, unika karzącego ramienia sprawiedliwości.

Opowiadanie jest niezłe, ale nie stawia czytelnika pod ścianą, nie zmusza do zastanowienia głębszego niż “A w sumie to jakie bajki opowiada sobie moje dziecko z tymi tam z podwórka?”

Szkolne legendy to chyba najmocniejszy punkt programu.

 

Dobrze, że się mierzysz. Nie wyszło idealnie, ale jeszcze troszkę, jeszcze odrobinę…

 

Tekst oceniam na 7.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psychofishu, dzięki za wizytę. Myślę, że masz sporo racji. Pozdrawiam.

Zgadzam się, że początkowo jest cukierkowo, ale to dlatego, że historia dotyczy dzieci. Następuje dosyć brutalne przejście do wydarzeń w fabryce i to nieco zaskakuje. Nikt się tego nie spodziewa, ale mnie się to podobało. Faktycznie jednak zrezygnowałabym z epilogu, który nieco razi. Ciężko sobie wyobrazić, że dzieciaki tak bezboleśnie wróciły do normalnego życia. Bez tej końcówki finał tekstu chyba byłby bardziej ciekawy i zapadający w pamieć. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Morigiano, dzięki za wizytę :)

Przeczytałam z prawdziwą przyjemnością, bo historię znalazłam zajmującą i porządnie napisaną.

Spodziewałam się opowieści o problemach życia szkolnego, z domieszką smoków domowych, a tu proszę – zaskoczenie, w dodatku z rodzaju tych bardziej zaskakujących!  

Zostało jeszcze trochę powtórzeń i parę zbędnych zaimków.

 

a Pło­my­czek tra­fia w okrut­ne łap­ska hycla. – …a Pło­my­czek tra­fia w łap­ska okrutnego hycla.

 

Gdy Kesja po­cią­gnę­ła za klam­kę, drzwi za­skrzy­pia­ły… – Gdy Kesja po­cią­gnę­ła klam­kę, drzwi za­skrzy­pia­ły

 

Las, do pod­nó­ża któ­re­go do­tar­li, cią­gnął się ki­lo­me­tra­mi. Nie­trud­no było uwie­rzyć, że w głębi tej głu­szy za­cho­wa­ły się dzi­kie smoki. We­szli w śnieg, który się­gał im do kolan, i brnę­li. Syl­wet­ki drzew przy­po­mi­na­ły za­sty­głą w bez­ru­chu armię upio­rów, która na coś czeka lub cze­goś strze­że. Kesja spoj­rza­ła na Ro­ber­ta, który trząsł się, wy­trze­pu­jąc z kurt­ki śnieg. – Las nie ma podnóża. Powtórzenia.

Może: Las, na skraj któ­re­go do­tar­li, cią­gnął się ki­lo­me­tra­mi. Nie­trud­no było uwie­rzyć, że w głębi tej głu­szy za­cho­wa­ły się dzi­kie smoki. We­szli w śnieg, się­gający im do kolan i brnę­li. Syl­wet­ki drzew przy­po­mi­na­ły za­sty­głą w bez­ru­chu armię upio­rów, czekających na coś lub cze­goś strze­gących. Kesja spoj­rza­ła na Ro­ber­ta, ten trząsł się, wy­trze­pu­jąc z kurt­ki śnieg.

 

Kesji wy­da­wa­ło jej się, że po­win­na zro­zu­mieć coś waż­ne­go. – Zbędny zaimek.

 

Po­czu­ła się jak w sza­lo­nym fil­mie, w któ­rej ktoś po­mie­szał fakty i po­sta­ci z jej życia. Po­czu­ła się jak w sza­lo­nym fil­mie, w któ­rym ktoś po­mie­szał fakty i po­sta­ci z jej życia.

 

Wi­dzia­łem cię – prze­rwa­ła Anioł­ko­wi.Wi­dzia­łam cię – prze­rwa­ła Anioł­ko­wi.

 

Czte­rech, Kesi! Mój re­kord. – Wiem, że to słowa smoka, ale mówi on o dziewczynkach i chłopcach, dlatego wolałabym: Czworo, Kesi! Mój re­kord.

 

Oj­ciec po­zwo­lił jej ubrać buty i sam zro­bił to samo. – W co tata i córeczka ubrali buty?! ;-(

Oj­ciec po­zwo­lił jej włożyć buty i sam zro­bił to samo.

Zygfrydzie, za ubranie butów, przez trzy godziny, trzymając ręce w górze, będziesz klęczał na grochu zwrócony twarzą do ściany, a potem, w kajeciku, odręcznie napiszesz tysiąc razy: Oj­ciec po­zwo­lił jej włożyć buty i sam zro­bił to samo!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Regulatorzy :)

Trzy godziny klęczenia na grochu odhaczone, dodatkowo w krótkich spodenkach na mrozie. Wiele się przez ten czas nauczyłem, dużo rozmyślałem. Kiedy w końcu ubrałem kurtkę, wiedziałem, że już nigdy nie popełnię podobnego błędu! ;-)

Ha, ha, ha, Zygfrydzie, jeśli w końcu ubrałeś kurtkę, musiała być śliczna, a jeśli przyodziałeś nią zziębnięte nogi, wiem, że nigdy nie popełnisz podobnego błędu! Chyba już zauważyłeś, jak niewygodnie poruszać się w kurtce ubranej na nogi i w końcu! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:)

Z rozpędu popoprawiałem błędy, ale już wróciły grzecznie na swoje miejsca. Mam nadzieję, że w tym czasie żaden juror tu nie zajrzał. Co za tortura poprawić “włożyć buty” na “ubrać buty”. Klęczenie na grochu było mniej nieprzyjemne.

Jasną widzę przyszłość przed Tobą, Zygfrydzie. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ogólnie rzecz biorąc, opowiadanie jest niezłe. Na plus jest czytliwość, budowanie nastroju i szkolny klimat pierwszej części. Jak dla mnie pewne rzeczy zgrzytają – 1) relacja córka-ojciec, która wydaje się być trochę za mało przemyślana, problem jest ciekawy, ale dostał mało miejsca w tekście; 2) łatwość, z jaką dzieciaczki wróciły do normalnego życia – a w szczególności nasza główna bohaterka, która przecież została dwa razy zdradzona w ciągu wieczora i jeszcze widziała, jak stary dostał bombę; 3) mała narratorska nieuczciwość wobec czytelnika (; P), a mianowicie brak jakiejś wyraźniejszej sygnalizacji co do rzeczywistego charakteru króla smoków. Tak wiesz – żeby po twiście można było złapać się za głowę “że też na to nie wpadłem!”. 

I po co to było?

Syfie, dzięki za komentarz :)

Nowa Fantastyka