- Opowiadanie: bemik - Fryderyk Frączek i Nowy Rok (7)

Fryderyk Frączek i Nowy Rok (7)

Przede wszystkim dziękuję Regulatorzy – nie dość, że dała impuls do napisania tego szorcika, to jeszcze przeczochrała go sprawnym okiem i umysłem.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Fryderyk Frączek i Nowy Rok (7)

 Pan Fryderyk Frączek stał na podwórku i podziwiał piętnastocentymetrową roślinkę. Maleńki dąb szypułkowy, posadzony wczesną wiosną tego roku własną ręką, otoczony solidnym płotkiem i podlewany regularnie wodą z konewki, sprawił, że w oczach pana Fryderyka zakręciła się łezka czułości. Pogłaskał delikatnie wszystkie siedem listków i uśmiechnął się sam do siebie, zadowolony z przebiegłości. A potem wspomniał, co doprowadziło do tego, iż został jego właścicielem i opiekunem, i miłośnikiem dębów.

 

* * *

 

Zwykle koniec starego i początek nowego roku obfitują w absurdalne postanowienia. Dlaczego absurdalne? Po prostu. Jeśli nie udało ci się zrzucić zbędnych kilogramów w maju i czerwcu, kiedy zapragnąłeś wbić się w ubiegłoroczny T-shirt i dżinsy, jeśli nie pomogło wykupienie wycieczki do Egiptu i wizja roznegliżowanych panienek, które nad brzegiem basenu albo na nadmorskiej plaży z uwielbieniem wpatrują się w twoją umięśnioną klatę i kaloryfer na brzuchu, to jaki jest sens obiecywać sobie, że będziesz mniej żreć, a więcej ćwiczyć, kiedy w perspektywie masz jeszcze kilka śnieżnych miesięcy przysłaniających tuszę grubymi swetrami, płaszczami i kurtkami?

Po co udawać, że rzucisz palenie, jak tylko wybrzmi sylwestrowa muzyka i minie gigantyczny kac, skoro nie udała ci się ta sztuka nawet wtedy, gdy lekarz wskazał paluchem zaciemnienia na rentgenie płuc i uzasadnił poranne rzężenie skutkiem dwudziestoletniego nałogu?

Ale przełom roku to nie tylko bezsensowne pomysły, to także okres podsumowań minionych trzystu sześćdziesięciu pięciu lub sześciu dni, a nawet całego życia. Bywa, że zwykły sylwester staje się przyczyną depresji, a czasem i samobójstwa.

Dlatego pan Fryderyk Frączek nie lubił tego dnia, nie świętował w jakiś szczególny sposób, a nawet próbował ignorować. Z reguły okazywało się to niemożliwe, bowiem ukochana małżonka uwielbiała takie okazje. Nie żeby jakoś dogłębnie intrygowało ją samo przemijanie czasu, ten aspekt raczej powinien zostać przemilczany. Bardziej chodziło o to, że pojawiała się możliwość szampańskiej zabawy, zaprezentowania oszałamiającej kreacji i spędzenia kilkunastu godzin w ekscytującym męskim towarzystwie. I bynajmniej nie chodziło jej o własnego małżonka. Ten okazywał się tylko koniecznym dodatkiem, przepustką na imprezę, gdyż żadna szanująca się kobieta nie zaprosiłaby na takie spotkanie singielki, tym bardziej atrakcyjnej, a za taką uważała się Genuchna. Więc pan Frączek nie miał szans, by wymigać się od dorocznego obowiązku. Żadne migreny, złamania, umierająca w szpitalu mamusia czy przyjaciel nie były wystarczającym pretekstem do zrezygnowania z balu. Jak również standardowe: nie mam się w co ubrać. Tę kwestię rozwiązano raz na zawsze jakiś czas temu. Panu Fryderykowi został zakupiony bardzo dobry jakościowo i elegancki, czarny garnitur, a także równie czarne i na dodatek błyszczące pantofle, których pan Frączek szczerze nienawidził, albowiem nie dość, że lakierki piły go niesamowicie i obcierały pięty, to na dodatek miały podeszwy z prawdziwej skóry, a co za tym idzie, były niemiłosiernie śliskie zarówno na chodniku, jak i na wyglansowanym na wysoki połysk parkiecie. Już nie raz i nie dwa stały się przyczyną bolesnych upadków pana Fryderyka, ale w oczach jego małżonki nic nie stanowiło odpowiedniej wymówki, aby wymigać się od tradycyjnych pląsów w ten wyjątkowy wieczór.

Pani Frączkowa przyjęła, że ponieważ jej ślubny ma strój na wszelkie okazje, czyli śluby, pogrzeby, chrzciny i bale, ona może sobie co roku pozwolić na kupowanie kreacji, bo przecież nie wypada zaprezentować się przyjaciółkom w tej samej szmacie co dwanaście miesięcy temu. Całe szczęście, iż uznała, że biżuteria nie musi być wymieniana równie często, inaczej jej ślubny wylądowałby na dołku, a to wiązałoby się z brakiem partnera na zabawę.

Przygotowania zaczynały się już w połowie grudnia. Genuchna bowiem angażowała się bardzo w urządzanie lokalu, zakup niezbędnych artykułów spożywczych, zarówno stałych jak i w płynie, a także w pomoc gospodyni. Nie wynikało to z altruizmu – udział w tym wszystkim gwarantował zdobycie informacji. Otóż, pani Frączkowa za nic nie chciałaby znaleźć się w sytuacji takiej, w jakiej parę lat temu została postawiona jej przyjaciółka. Janinka wyjechała do kurortu na okres świąt i miała tam zostać prawie do sylwestra. Powrót zaplanowała na poranek poprzedzający uroczysty bal u Anusi, przeto zakupiła kreację na długo przedtem. I dlatego zdarzyła się ta tragedia – okazało się, że i ona, i pani domu mają suknie dokładnie w tym samym kolorze. Nieważne, o czym zapewniała Genuchna swoją przyjaciółkę, że Janinka wyglądała lepiej w krwistym burgundzie i że krój jej toalety był znacznie ciekawszy i bardziej dostosowany do sylwetki niż ten Anusi. Pocieszenia były przyjmowane z wdzięcznością, ale okupione litrami słonych łez. Dlatego pomoc pani Frączkowej wiązała się ściśle z jej przebiegłością, aby nigdy, ale to przenigdy nie pojawić się na balu w takiej samej sukni, co któraś z koleżanek.

Pan Fryderyk Frączek już wiele lat temu zrozumiał, że wszelki opór nie ma sensu. Zagryzał zęby i cieszył się wraz z małżonką na szampańską zabawę. Jedyną otuchę stanowił fakt, że po pierwszej godzinie obowiązkowego, intensywnego uczestnictwa będzie się mógł gdzieś zaszyć i albo w samotności, albo z udziałem podobnego mu przedstawiciela płci brzydkiej, uda mu się dotrwać do północy, a potem jeszcze trochę.

W tym roku było jak zwykle. Po obowiązkowej wymianie serdeczności w przedpokoju tak małym, że nie sposób było się schylić, by zmieniając buty nie wylądować z nosem w zadku którejś przyjaciółki Genuchny, przeszli do salonu. Panie pachniały, szeleściły i świergotały tak radośnie, że w tym rozgardiaszu żaden z mężczyzn nawet nie próbował zabierać głosu. Kłaniali się tylko, całowali uperfumowane rączki i ściskali dłonie towarzyszy niedoli. Atmosfera była sztywna i napięta. Na szczęście ktoś zaproponował toast za ten stary rok, potem drugi za spotkanie, podgłośniono muzykę i jakoś poszło.

Pan Frączek, po odtańczeniu dwóch kawałków z własną i trzech z cudzymi żonami, zaszył się w przytulnym kąciku w pokoju, służącym za garderobę dla kilku futer, jak i ewentualnie za living room dla zmęczonych gości. Po jakimś czasie dołączył do niego mąż gospodyni, a tuż przed północą zawitał ślubny Janinki, uświadamiając im, że jeśli nie chcą mieć przejebanego całego następnego roku, muszą się stawić na toast i życzenia.

Odbębnili tę powinność, jak również wyjście na balkon w celu podziwiania fajerwerków, przy czym pan Fryderyk pozostał nogami na parkiecie, a głową na zewnątrz, obawiając się że owa platforma widokowa może nie wytrzymać ciężaru wszystkich gości. Potem z głośników popłynęła cichsza i spokojniejsza muzyczka, panie rozsiadły się w dużym pokoju, by przy kolejnej lampce wina oplotkować nieobecne przyjaciółki, niektórzy panowie zlegli w mniejszym pokoju, a Fryderyk, gospodarz i mąż Janinki udali się do garderoby. Każdy z nich zapewnił sobie płynny prowiant na parędziesiąt następnych minut i zasiedli w wyczekiwaniu, kiedy będą wreszcie mogli udać się do własnych łóżek. Błogą i nastrojową ciszę w tym niewielkim pomieszczeniu przerywały jedynie gulgnięcia, obwieszczające ubytek płynu w butelkach. Było to bardzo miłe doświadczenie dla zmęczonych uszu i umysłów, jednak pan Frączek jako pierwszy zdecydował się je przerwać.

– Moja żona ma rację – powiedział, a po tych słowach zapadła ciężka i pełna wyczekiwania na ciąg dalszy cisza.

– Dlaczego tak sądzisz? – zdziwił się Jacek, mąż Janinki.

– Bo ja faktycznie nic nie osiągnąłem. Tak patrząc wstecz na całe moje życie.

– Jak to, kurwa, nic nie osiągnąłeś? – spytał spokojnie Eryk, mąż Anusi. – A co, kurwa, chciałbyś osiągnąć na tym pojebanym świecie?

– No?! – potwierdził dość enigmatycznie Jacek.

– Bo ja wiem… Genuchna mówi, że prawdziwy mężczyzna powinien wybudować dom, spłodzić syna i posadzić drzewo. Wtedy może powiedzieć, że coś osiągnął.

Jacek i Eryk spojrzeli na sobie ponurym wzrokiem, potem obaj, jak na komendę, podnieśli do ust pocieszycielki, następnie równo odstawili je na podłogę i zamilkli na chwilę. Cisza, która zaległa, była tak ciężka, że potykała się o rozłożone futra, o męskie nogi, dziwnym trafem sprawnie omijając tylko stojące na parkiecie szkło.

– Ty to jednak jesteś porąbany – stwierdził Eryk.

– Dlaczego? – spytał pan Fryderyk.

– Jak to dlaczego? – zdziwił się gospodarz. – Wierzysz i słuchasz baby? A do tego własnej żony?

– Ale przyznaj, że coś w tym jest! – nie odpuszczał pan Frączek.

– Ta, jasne, że jest – odszczeknął Eryk. – I ja ci to zaraz wyjaśnię. Żeby wybudować dom, musisz wziąć kredyt. A potem, żeby go spłacać, musisz zapierdalać na dwóch posadach. Harujesz, żresz i śpisz, i znowu harujesz, żresz i śpisz, aż w końcu twoja kobita mówi, że tyle z ciebie pożytku co z wypalonej świeczki, bierze rozwód, zabiera ci pół albo całą chałupę, a ty znowu harujesz, żresz i śpisz, żeby spłacić ten pierdolony kredyt, co ci nad głową wisi, jak miecz tego tam, no… Domestosa, i nawet nie masz ochoty, żeby wykorzystać to, iż znowu jesteś stanu wolnego, bo nie masz sił ani na dupcie, ani na inne przyjemności.

– A syn? – spytał cichutko Fryderyk.

– A syn, to ja ci, kurwa, powiem, że jest jeszcze gorszym pomysłem – wypalił tym razem Jacek. – Najpierw nie znasz dnia ni godziny, kiedy zaatakuje cię własna baba z termometrem w dłoni (tu pan Frączek pokiwał głową z całkowitym zrozumieniem), dobrze, jak mimo zaskoczenia uda ci się stanąć na wysokości zadania, gorzej jak nie, bo wtedy masz spierdzielony cały następny tydzień, a od złych spojrzeń żony za zaprzepaszczoną okazję bolą cię zęby już kolejnego dnia rano. A jak ci się uda, to masz przesrane przez następnych dziewięć miesięcy. Zachcianki, humorki, nastroje i zero seksu przez nie wiadomo jak długo. Potem w domu pojawia się twój potomek – to znaczy twój jest, jak coś spieprzy, a jak jest dobrze, to jest jej. Chodzisz koło tego, troszczysz się, a toto rośnie i ma wymagania takie same jak mamusia albo jeszcze większe. Więc żeby im sprostać bierzesz kredyt, ale kredyt trzeba spłacać, więc…

– Wiem, wiem – zdołał wtrącić pan Frączek – żeby go spłacać, musisz pracować na dwóch etatach. Harujesz, żresz i śpisz, i znowu harujesz, żresz i śpisz…

– No widzisz, chłopie – stwierdzili Eryk i Jacek – że twoja kobita mówi prawdę, ale tylko swoją prawdę. I jak się dasz podejść, to już po tobie. Bo bierzesz kredyt…

– I tylko harujesz, żresz i śpisz – dokończył za nich. – A drzewo? – spytał jeszcze cichutko pan Frączek.

– A drzewo jest w porządku – odpowiedzieli po chwili zastanowienia zgodnym chórem mąż Anusi i mąż Janinki.

Koniec

Komentarze

Gorzki morał, oj, gorzki ;)

Ten początek kręcący się wokół Genuchny, trochę za mocno zbudowany na stereotypach. Chyba nigdy nie zrozumiem kobiet;)

 

A drzewo jest w porządku ;) 

 

Wesołych!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Jasne, że jest w porządku. Dzięki!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ta część wyszła wyjątkowo smutna w moim odczuciu. Ale fakt, drzewo jest w porządku.

No, nareszcie się doczekałem pana Fryderyka. Przebieg zabawy sylwestrowej oddany tak, że nic dodać, nic ująć – samo życie. Niestety garnitur na wszystkie okazje i na wiele lat to kiepski pomysł, bo ja niestety mocno przytyłem i wszystkie ubrania są do luftu. Rozmowa mężczyzn w “pokoju wypoczynkowym oddana jest z takim realizmem, że śmiało mógłbym być jednym z jej uczestników. To opowiadanko podoba mi się najbardziej ze wszystkich siedmiu tekstów. Pozdrawiam na finiszu świąt.

Fajny tekst. Tak życiowy, że aż nie ma fantastyki.

Taka wątpliwość mnie naszła: czy sadzi się piętnastocentymetrowe drzewka? Bo mi się wydawało, że większe, ale nie znam się na tym.

Babska logika rządzi!

Dziękuję wszystkim, którzy zajrzeli.  

Rooms – bo Fryderyk zawsze taki jest – gorzko-słodki.

Ryszardzie – cieszę się, że udało mi się oddać realizm “męskich rozmów Polaków”

Finklo – niestety, nie ma fantastyki, dlatego w tagach jest inne. A dlaczego sadzonka wysoka na piętnaście centymetrów? – Bo Fryderyk zawsze “po taniości” wybiera wink

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dobrze, że żołędzia w glebę nie wrzucił – to dopiero byłaby oszczędność kosztów :)

Na to z kolei cierpliwości by mu nie wystarczyło.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Bardzo życiowy tekst, bemik. Taki boleśnie prawdziwy ;) Osobiście nie cierpię kredytów i po natychmiastowych spłaceniu studenckiego (a ile się baby nagadały, że jeszcze tego spłacać nie muszę, że sobie mogę tak żyć z długiem nad głową w najlepsze) postanowiłam już nigdy na żaden się nie pisać. Preferuję wolność nad smycz bankową :P

A co do samego tekstu – napisany jak zawsze porządnie, z wyrobionym już “frączkowym” humorem, ale brakuje mi tej abstrakcyjnej fantastyki, która przejawiała się w poprzednich odsłonach.

 

 Jacek i Eryk spojrzeli na sobie ponurym wzrokiem,

spojrzeli po sobie 

Tylko nie "Tęcza"!

Dzięki Tenszo

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ten kto sformułuje rzetelną definicję – fantastyki – otrzymać powinien “złote pióro”. Pozdrawiam.

No, zbierałem się, zbierałem – i w końcu przeczytałem jeden z odcinków Fryderyka Frączka. Przeczytam i resztę, tak jak wysłuchałem wszystkich edycji Poszepczyńskich, obejrzałem wszystkie odcinki Bandich i Kiepskich. Uwielbiam te klimaty. W Twoim wykonaniu, Bemiku – pierwsza klasa!

 

Syna zmajstrowałem, chałupę mam na ukończeniu. Kurwa, muszę pomyśleć o drzewie!  

Tekst faktycznie życiowy. Przeź to także nieco smutny. Najlepszy jest jednak w całym tekście Domestos. ;D

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Ambroziak, koniecznie na wiosnę posadź drzewko, chociaż nie wierzę, że mając chałupę prawie na wykończeniu jeszcze nie sadziłeś w ogrodzie drzew! A jak będziesz czytał pana Fryderyka, to zacznij od pierwszego (specjalnie numerowałam) wink

Morigano – dziękuję, ale Domestosa gdzieś chyba zasłyszałam, a jeśli go rzeczywiście wymyśliłam, to sama się sobie kłaniam.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

To stara, wiejska chałupa, remontowana gruntownie od podstaw, pod lasem, opodal sadu, pośrodku zagajnika. Dlatego dotąd nie pomyślałem o drzewku, sadzonym własną ręką.  

To polecam świerk cukrowy naprzeciwko okien kuchni – rośnie wolno, nie zasłoni światła, a tworzy piękny, gęściutki stożek

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przeprowadzkę zaplanowałem na jesień przyszłego roku. Jeżeli się nie obrazisz, zgłoszę się do Ciebie po porady. 

Chętnie udzielę, a w razie wątpliwości podpytam męża – on jest z zamiłowania ogrodnikiem.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ja też: lubię przesadzać.

Bemiku, na nic zdałyby się sugestia i czochranie tekstu, gdybyś od początku nie wzięła sprawy w swoje ręce. Fryderyk Frączek i Nowy Rok jest wyłącznie Twoją zasługą.

I gratuluję cierpliwości, bo wiem jak bardzo Cię korciło, żeby zaprezentować opowiadanie niemal zaraz po napisaniu. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sylwester. Niespełna dziewiętnaście godzin i trzeba będzie się przyzwyczajać do tego, że Rok Pański nie jest już tym dwa tysiące czternastym. Kłopotliwe. Ale to dobry moment na przeczytanie tej… przestrogi: rób co możesz, póki możesz.

Syna, jeśli mam, to nic mi o nim nie wiadomo. Drzewo posadziłem, a jakże! Ale jakiś kurwi syn miał z tym wyraźny problem, bo długo, to ono sobie nie porosło. A dom… Cholera, nawet miniaturowego, bo mi klocków Lego brakło.

Nic, tylko patrzeć, aż minie czas na dokonywanie wielkich dzieł i przyjdzie pora na gorzkie żale. Aż chciałoby się wstać i z miejsca zrobić… coś, cokolwiek – byle tylko nie skończyć jak Frycek. I to wcale nie musi być spłodzenie domu, zasadzenie syna i wybudowanie drzewa. Na początek mogło by być coś skromniejszego – bestseler New York Timesa na przykład. Albo chociaż Trybuny Śląskiej.

Tak więc, do roboty!

A nie… Najpierw trzeba się przespać.

 

Ech… Niezwykle pocieszający jest fakt, że zawsze znajdzie się mąż jakiejś Aneczki albo Janinki, który mądrym słowem wyleczy człowieka z postsylwestrowej depresji.

 

Można by się doczepić, że stereotyp próżnej, głupiej baby jest zbyt przejaskrawiony, ale ja – być może nadinterpretując – odnajduję w tym zabiegu głęboki sens. Cała ta scenka; targowisko próżności i teatr pozorów, stanowi bardzo wyraźny kontrast dla cichej, smutnej, ale jakże prawdziwej rzeczywistości, której orędownikami są tutaj pan Frączek i jego bracia w niedoli. Gorzkie to przesłanie, bo tak źle i tak do dupy.

Myślę sobie, że Szanowny Współmałżonek Szanownej swojej Współmałżonki jest cholernym szczęściarzem, albowiem kobieta, która tak dobrze rozumie męski punkt widzenia – doprawdy, momentami trudno uwierzyć, że ten tekst wyszedł spod ręki niewiasty – musi być prawdziwym skarbem.

 

Bemik, dochodzimy powoli do tego etapu w naszym małym, literackim mezaliansie, kiedy pewne rzeczy stają się tak oczywiste, że przechodzi się nad nimi do porządku dziennego. I tak na przykład, nie czuję już potrzeby, by powtarzać, że zachwyca mnie Twój styl, a pomysły i wykonanie niezmiennie urzekają.

Troszeczkę jak w tym dowcipie:

Dwoje staruszków – mąż i żona – i oglądają sobie telewizję. W pewnej chwili żona przerywa ciszę zakłócaną tylko przez to przeklęte więzienie dla umysłu i mówi:

– Fryderyk, ty mnie chyba już nie kochasz…

Mąż odrywa wzrok od telewizora i spogląda uważnie na żonę:

– Po czym wnosisz, Genuchna? – pyta po chwili.

– A bo ty nigdy mi tego nie mówisz! – żali się Genuchna

– Czego? – pyta zdziwiony Fryderyk.

– No, że mnie kochasz!

Fryderyk spogląda na żonę marszcząc brwi, i mówi:

– Powiedziałem to raz i wystarczy. Jeśli coś się zmieni, dam ci znać.

 

Zawsze jednak znajdzie się jakiś nowy, drobny szczególik – no, może nie zawsze szczególik – nad którym warto się pochylić. W tym wypadku, będą to przede wszystkim przekleństwa. Język uliczny wdarł się między łagodne, spokojne, nieomal bajkowe zdania z impetem godnym amerykańskiej demokracji eksportowej, i mocno mnie zaskoczył. Niemal zbulwersował. Ale tylko niemal, bo – choć te przekleństwa skazują siódmą odsłonę przygód pana Frączka na wygnanie z krainy baśni, co jest poniekąd smutne (skończył się kolejny etap mojego dzieciństwa) – tekst również na tym zyskuje. Staje się bardzo prawdziwy, naturalny i tak cholernie szczery.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Regulatorzy – dziękuję, nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak ciężko było utrzymać język za zębami.

Cieniu Burzy, właściwie to nie wiem, czy jest mi przykro, że nie wybudowałeś domu, nie spłodziłeś syna i nie zasadziłeś drzewa – i choć z synem Ci nie wyszło i jak powiedziałeś – drzewo ktoś zniszczył – zawsze możesz ponowić próby. Natomiast budowanie i utrzymanie domu jest czynnością przereklamowaną i tu rację mają przyjaciele Fryderyka. 

A nie jest mi przykro, bo po pierwsze świadczy to, że wszystko przed tobą, a po drugie że jesteś rozsądnym człowiekiem, który umie dokonać wyborów.

A tak na poważnie – Cieniu, czytanie Twoich komentarzy to prawdziwa przyjemność (nie tylko pod moimi tekstami).

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Życzę Wam, kochani, w tym nadchodzącym roku, byście zdrowi byli (i docenili to zdrowie, dopóki je macie), byście kochali swoich najbliższych zawsze tak samo mocno, jakby jutro miał nastąpić armagedon, żebyście się nie wstydzili okazywania uczuć i wreszcie, żeby pani Wena razem z panią Cierpliwością zaszczyciły Was i mnie swoją obecnością na dłużej, by zdążyć napisać coś tak ciekawego i fantastycznego, by wreszcie zostało docenione nie tylko przez czytelników, ale i przez wydawców. 

Wszystkiego dobrego!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

bemik, mi z tym synem nie tyle nie wyszło, co po prostu nic mi nie wiadomo o tym, żeby coś wyszło. Wszystkie potencjalne matki moich potencjalnych dzieci rozsądnie ukrywają je przede mną. Oczywiście o ile takowe (dzieci, bo matki nie budzą wątpliwości) istnieją, w co, generalnie, wątpię.

Ale fakt – wiele jeszcze przede mną.

Niezmiernie też się cieszę, że komuś ta moja paplanina sprawia przyjemność, bo wtedy mnie sprawia ją podwójnie.

 

Opłatek trochę mi zawilgł i przyjemność z dzielenia się nim już nie ta – okazja zresztą też – ale życzeń nigdy dość podobno, bo każde następne zwiększa prawdopodobieństwo, że wreszcie trafią się jakieś szczere, więc…

Życzę Wam – Tobie bemik, i każdemu, kto odwiedzi Państwa Frączków i przy okazji przeczyta te słowa – żeby w nadchodzącym roku życie nie było sprawiedliwe, tylko łaskawe. Żebyście byli kochani tak samo mocno, jak kochacie, żeby cena ropy dalej szła w dół, żebyśmy się tu spotkali za rok w nie mniej licznym, ale bardziej utytułowanym gronie, żebyście rozsądnie dobierali sobie marzenia, i by stawały się one planami, a plany – rzeczywistością. Ale nie wszytkie na raz – nie bądźmy zachłanni.

Poza tym zdrowia. Zwłaszcza jutro.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Co nowego i pozytywnego mogę dopisać, jaki komplement dołożyć do już wypisanych? Jak dotąd, nikt się bemik nie ukłonił – więc ja to czynię.

Odkłaniam się i zapraszam do reszty Frączków, a także do przyszłego – walentynkowego – do którego pod jakimś innym opowiadaniem zainspirował mnie Cień Burzy. Jest już gotowy, czeka na swój termin.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Dzięki

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Zdecydowanie mój ulubiony Frączek!

To nic, że bez fantastyki.

KLIK!

Dzięki, Coboldzie. Z tą fantastyką we Frączkach jest spory problem wink

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ja bardzo dobrze rozumiem pana Fryderyka, bo sama nie lubię Sylwestra! ;)

 

Tekścik zgrabnie napisany, lekki i przyjemny :) Dialogi jak najbardziej na plus, szczególnie ten fragment:

 

– No?! – potwierdził dość enigmatycznie Jacek.

A drzewo, oczywiście, że jest w porządku :)

Dzięki, lenah, za wizytę i za klika. Ja coraz mniej lubię Sylwestra, ale to bardziej ma związek ze zbyt wieloma latami na karku niż z samą uroczystością.  

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nowa Fantastyka