- Opowiadanie: pablo026 - Tyle do zrobienia, a czasu tak mało.

Tyle do zrobienia, a czasu tak mało.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Tyle do zrobienia, a czasu tak mało.

– Osiemnaście talarów, garść miedziaków, pierścień z kamieniem, jakiego w życiu nie widziałem, wart pewnie nie więcej niż dobry obiad w karczmie „Biały Kur". Albo dziwka naprzeciwko, ale już nie taka dobra. Sztylet. Nieduży, ale zdobiony perłami. Taka damska zabawka raczej. Złota figurka Boga Furii. Pewnie o zachodzie słońca stała jeszcze bezpieczna w świątyni. Bransoleta. Srebro i trochę zielonego szkła. Pogięta, porysowana. Stara jakaś i dziwne wzory lekko widać, ani chybi magiczne – wyliczył szybko żołnierz z Nocnej Straży. Rozsypane na targowej ławie fanty zgarnął z powrotem do szarego worka, z którego przed chwilą zostały wysypane do nagłej rewizji.

 

– Coś słabo Vilis. Zaraz wzejdzie słońce, a ty z takim marnym łupem do domu wracasz. Co twoje bachory będą żarły? Słomę z butów? Gdzie reszta?

– Getta no co ty? – jęknął z pozycji horyzontalnej właściciel podejrzanego towaru. Starał się nie patrzyć stojącemu nad nim okrakiem dowódcy patrolu w oczy, wypatrywał jednocześnie możliwości ucieczki, na darmo. – Jaka reszta? Na targu tylko tą laleczkę od sztyletu zrobiłem, nawet pinda mieszka przy sobie nie miała. Potem przez świątynię jeno przebiegłem, bo Wojownicy Furii do miasta zjechali i niebezpiecznie tam teraz łazić. Na koniec gołodupca trafiłem, żeby tak go pokarało. Dziad na sześć stóp wysoki, w barach połowę tego szeroki. Szczęściem w balii siedział i wino popijał. Chyba się utopił. Roboty po czubek głowy, prawie mi się wyrwał, ale jak dostał po łbie, to zmiękł i do tej wody zjechał. Gdyby mi karczmarz okiennic nie uchylił i z zaskoczenia bym go nie wziął, to bym mu rady za nic nie dał. – Złodziej wypluwał z siebie słowa najszybciej jak mógł. – Roboty masa, a łup jakbym przy kaplicy żebrał, chociaż tam w jeden dzień więcej zbiorą, niż uczciwy złodziej na mieście w trzy noce wypracuje. Z resztą sam Getta pamiętasz jak to jes… – Solidny kopniak w brzuch przerwał monolog doliniarza.

Getta doskonale pamiętał, jakie ciężkie jest życie bandyty w tym mieście, bo sam przez lata kręcił się po ciemnych zaułkach, zarabiając na chleb sztyletem, pałką czy garotą. Jednak od dwóch lat, jak wielu innych bandytów nakłonionych sowitym żołdem, był Nocnym Strażnikiem i bardzo nie lubił gdy ktoś przypominał mu stare czasy.

– Uff… Getta po co te nerwy? Nie miałem nic złego na myśli. To wszystko co dzisiaj zebrałem. No prawie wszystko, w końcu karczmarzowi też musiałem coś odpalić. Jakby nie było, chłop za darmo karku nadstawiać nie zamierza.

Vilisowi nie zależało już na niewielkim łupie. Za miecz ukradziony w łaźni przy karczmie i za sztylet z perłami mógł dostać całkiem ładną sumę, ale wartość posążka ocenić będzie można dopiero po przetopieniu, a pierścień i bransoleta rzeczywiście nie wyglądały szczególnie. Wartość pierwszego zależała od nietypowego kamienia. Za drugą błyskotkę nie dostałby więcej niż kilkanaście talarów, srebro i dziwna brudnozielona ciecz zamknięta w szklanej rurce calowej długości, mogły być przy odrobinie szczęścia dobrze wycenione jedynie u maga.

Lecz złodziej miał u Małego Getty dług, a tu już kwota była wysoka. Odsetki narastały z każdym dniem i nie wiadomo było, jak strażnik zechce je odebrać. Tym bardziej, że  stał nad dłużnikiem z rapierem w dłoni. Chciał go zagadać w nadziei, że tamten nie przypomni sobie o terminie spłaty, bo nieszczęśliwie minął tydzień temu. Oczywiście pamiętał.

– A mnie wyobraź sobie, wydaje się, że umówieni byliśmy na siedemdziesiąt talarów tydzień temu. Nie przypominam sobie żebyśmy się ostatnio widzieli, a tym bardziej żebyś oddawał mi pieniądze. A teraz wydaje mi się, że chcesz wziąć mnie na litość i bezczelnie chowasz resztę łupu, mając głupią nadzieję, że zrezygnuję z dalszego przeszukania. Wstawaj i się rozbieraj.

– Nie ma, nic nie ma. – Podkomendny Getty był wyraźnie rozczarowany.

Getta najwyraźniej też. Rąbnął Vilisa na odlew.

– Wstawaj. Wstawaj! Ubieraj się – warknął wściekły. – Bierz się do roboty, a wieczorem widzimy się w „Starej Kuźni". W zębach masz mieć siedemdziesiąt pięć talarów, albo nie przeżyjesz naszego kolejnego spotkania. Wynoś się stąd!

 

Vilis biegł przez budzące się miasto. Przysiadł na chwilę na murku obok przytułku dla obłąkanych, naciągając buty układał plan na dzisiaj. Do zmroku musiał zdobyć siedemdziesiąt pięć talarów, masę pieniędzy. Getta nie rzucał słów na wiatr i złodziej o tym wiedział. „Dzisiaj" wydało się krótkie, cholernie krótkie. Kiedy ruszył dalej, zza zakratowanych okien przytułku rozległo się zawodzenie, potem pochodzący z wielu gardeł wrzask i rumor przewracanych sprzętów. Ze stojącej obok stróżówki wybiegła grupka osiłków uzbrojonych w krótkie i grube drewniane pałki. Wcisnęli się przez wąskie drzwi do obskurnego budynku szpitala i zaczęli uspokajać swoich podopiecznych. Zdecydowanie i boleśnie.

Do Kulawca, byle szybko. Paser czekał na Vilisa z gotówką, byli umówieni na upłynnienie dzisiejszego łupu. Potem do Klemensa, on mi jest dłużny za ostatnie fanty. Będzie wiedział od kogo pożyczyć, może ma jakiś cynk. To by było coś, chociaż na pierwszą ratę.

Myśli w głowie Vilisa pędziły równie szybko jak on sam przez puste zaułki. Wbiegł na plac świątynny. Przed przysadzistym kościołem Boga Słońca dwoje przestraszonych, starszych ludzi trzymało pod pachy dziewczynę. Zmierzwione włosy, poraniona twarz, ślina ciągnąca się od ust do samej ziemi, niewidzący wzrok. Złodziej słyszał dźwięczny, dziewczęcy, wyraźny głos. Wieszczyła i ostrzegała. Stojący przed nią wściekły kapłan krzyczał coś do niej. Złodziej nie zrozumiał. Ale przez chwilę poczuł jak jej wzrok skupia się na nim i odprowadza go, aż do najbliższego zaułka, w którym zniknął jej z oczu. Dziwne uczucie.

 

Zdyszany dotarł do domu Klemensa. Już miał chwycić za kołatkę, kiedy drzwi jak na komendę otworzyły się. W przedsionku stała wysoka kobieta w jeździeckim stroju, z mieczem w ręku. Vilis odwrócił się na pięcie, ale oczywiście na ucieczkę było już za późno. Zza załomu muru wysunął się mężczyzna. Zrobił krok w kierunku Vilisa i mocno trafił go prawym sierpowym w podbródek. Złodziejowi pociemniało w oczach, stracił kontakt z własnymi nogami, odbił się od ściany i wylądował twarzą w rynsztoku. Co za cholerny dzień, pomyślał. Jeszcze słońce nie wstało, a ja drugi raz obrywam po pysku.

Spróbował wstać, ale kopniak w żebra posłał go z powrotem na ziemię. Z tej perspektywy rozejrzał się próbując rozeznać sytuację. Czarnowłosa dziewczyna wyszła z sieni domu Klemensa i weszła do szopy, w której paser trzymał drewno na zimę oraz różne inne śmieci. Mężczyzna, za którego sprawą wylądował przed chwilą w rynsztoku, chwycił go za kołnierz i zaciągnął za nią do środka. Przez zamykane drzwi zauważył jeszcze krasnoluda w złotym napierśniku z czupryną pofarbowaną na granatowo, który usiadł na pieńku przed składem.

– To jesteśmy zasadniczo kwita, za twój popis w łaźni – zaczął spokojnie mężczyzna. – Oczywiście, o ile oddasz mi teraz zrabowane rzeczy.

– Nie mam, panie. – Vilis przestraszył się nie na żarty.

Uzbrojona dwójka nie wyglądała przyjaźnie, a to na pewno się nie zmieni w stosunku do kogoś kto chwilę wcześniej ich okradł, tłukąc przy tym jedno z nich karafką w głowę. Tym bardziej, gdy delikwent mimo iż leży bezbronny na ziemi, nie ma zamiaru oddawać łupu. Mężczyzna stojący nad złodziejem był wojownikiem, podróżny płaszcz przesłaniał kirys z rytowanymi magicznymi symbolami bóstw wojny i śmierci, a nogi chroniły kolcze nogawice. W miejscu skradzionego w nocy miecza, przy pasie groźnie prezentował się ciężki rapier. Z szerokim ostrzem i mało wymyślnym jelcem, pasował do surowego oblicza właściciela. Mężczyzna pochylił się nad Vilisem.

– Nie rozumiem. Powtórz, ale tak żebym zrozumiał. – Ton głosu nadal był spokojny, ale w dłoni wojownika pojawił się długi sztylet.

– Nie mam, panie – jęknął Vilis. – Ale… wiem kto je ma.

 

Twarz generała zakonu Aparytów poczerwieniała ze złości. Zaciskał pięści i od dłuższej chwili nic nie mówił. Wpatrywał się w okno wychodzące na piękne ogrody monastyru. Jednak nie wytrzymał za długo w wibrującej wściekłością ciszy.

– Wiedziałem! Wiedziałem, ze tak będzie! – krzyknął zrywając się ze zdobionego roślinnymi motywami drewnianego siedziska. – Bransoletę mogli przewieźć bracia zakonni, czy oficer Wojowników Furii! Ale nie! Niech ją wiozą najemne zbiry, które się urżną jak tylko wjadą do miasta i byle gówniarz skradnie im siennik spod tyłka! Brat Estazy mi za to odpowie! Za swoje bzdurne pomysły na nie zwracanie uwagi i zaczajonych agentów Świątyni Darga. Niech się już martwi o Sąd Doczesny, bo jeśli nie znajdziecie bransolety do jutra rana, to klnę się na Thaara, że jego i was oddam Trybunałowi Sprawiedliwych, a oni was żywych z rąk nie wypuszczą! Jeżeli jak mówicie, wiecie kto ma w posiadaniu bransoletę, to radzę wam się spieszyć. W sumie dziwię się, dlaczego jeszcze u niego nie jesteście. Precz stąd!

 

 

 

Wiało jakby ktoś się powiesił, a z ołowianych chmur lało się morze wody. Plac przed domem pasera Kulawca był pusty, tak jak wszystkie inne ulice w taką pogodę. Tylko przy studni pod dachem kryła się przed deszczem samotna kobieta. Mokre spodnie do jazdy konnej i czarna skórzana kurtka opinały wysoką i szczupłą postać. Nehhaj, ochroniarz Kulawca, stał przed domem. Czekał na swego pracodawcę. Zawinięty w pelerynę klął na czym świat stoi, że w taką ulewę karzą mu się ruszać od kominka, wódki i kart, w które szło mu dzisiaj wyjątkowo fartownie.

Za plecami Nehhaja otworzyły się drzwi i wyszło z nich dwóch mężczyzn. Pierwszym był Borka, pełnił tą samą funkcję co Nehhaj i tak samo nie chciało mu się włóczyć po zalanym wodą mieście. Za nim wyszedł Kulawiec. Wysoki i chudy aż do przesady. Spojrzał w niebo, naciągnął na głowę kaptur i ruszył szybko w stronę ulicy Tkaczy.

Błysnęło. Dziewczyna przy studni wyjrzała spod okapu w niebo, wysunęła dłoń, jakby chciała sprawdzić czy ciągle pada, chwyciła leżący na stołku przy studni płaszcz i ruszyła naprzeciw Kulawca. Zagrzmiało.

Nawet gdyby była w tłumie, mężczyźni zwróciliby na nią uwagę. Krótko przycięte, czarne włosy z równą grzywką, sięgającą do równie czarnych brwi, otaczały piękną twarz o ostrych rysach. Nieprzeciętną urodę podkreślały duże, niebieskie oczy.

– Ale bym ją… – zaczął z obleśnym uśmiechem Borka, kiedy kobieta ich minęła. Nie zdążył rozwinąć bardziej swoich planów.

Trzymany przez dziewczynę płaszcz opadł w błoto. Materiał skrywał ostrze miecza, które po ułamku sekundy uderzyło Borkę w gardło, przecinając tętnicę szyjną. Ochroniarz padł na kolana i chwycił obiema rękami za buchającą krwią ranę. Nie żył już, kiedy Nehhaj wyrywając szablę z pochwy, wyskoczył przed Kulawca i zasypał napastniczkę gradem ciosów. Dziewczyna nie dawała się trafić, parady i uniki były dla Nehhaja nie do przejścia, ale jego szybkość i siła nie pozwalały dziewczynie na kontrę. Kulawiec też już miał miecz w ręku. Chciał zajść napastniczkę od prawej strony, ale zza stojącego nieopodal wozu z drewnem, wybiegł krasnolud. Złoty kirys, granatowo farbowane włosy i broda, bogato zdobiony topór i rządza śmierci w czerwonych oczach błyskawicznie rozprawiły się z morale pasera.

– Do mnie chłopy! Żywo! Do mnie! – wrzeszczał Kulawiec. Jednocześnie cofał się w stronę domu.

Znowu otworzyły się drzwi. Na kamiennych schodach pojawił się rychtujący kuszę siwy krasnolud i zupełnie pijany, łysy osiłek z przepaską na oku. Krasnolud wypuścił bełt. Pocisk minął o centymetry lewą rękę dziewczyny i zniknął w grubej warstwie błota. Krasnolud i osiłek zbiegli po schodach wyciągając miecze, ale pomóc szefowi nie mogli. Zza najbliższego rogu wypadł na nich wysoki i barczysty wojownik. Zabił ich w trzech krokach. Wbił rapier w żołądek krasnoluda, wyszarpnął ostrze, ominął niezgrabne pchnięcie osiłka tnąc jednocześnie lewakiem w twarz pijanego napastnika, obrócił się wokół własnej osi i wykończył śmiertelny układ potężnym ciosem w plecy ochroniarza.

Tymczasem Kulawca dopadł granatowowłosy krasnolud. Wytrącił mu z ręki miecz, którym paser zasłonił się przed szerokim cięciem topora. Jednak tu kończącego ciosu nie było. Zamiast tego na twarzy pasera wylądował mocny niczym kopnięcie konia lewy prosty, natychmiast pozbawiając go świadomości.

Widząc porażkę na całej linii, Nehhaj odskoczył od dziewczyny, której i tak nie mógł trafić. Odrzucił miecz i mając nadzieję na wspaniałomyślność zwycięzców oraz dobry humor bogini szczęścia, podniósł ręce do góry. Bogini miała dziś dobry humor, a on szczęście.

 

 

Do końca wielkiej i według niektórych kapłanów zbyt długiej uroczystości nadania tytułu Zwierzchnika Świątyń Zachodnich pozostał ostatni rytuał. Po wspólnych modłach, spojrzeniu w Święte Oko Furii, przysięgach na tuzin relikwii i zrzeczeniu się sił magicznych przed Gidyrem, zwanym od dzisiaj Gidyrem Drugim, pozostała już tylko Próba Prawowierności. Często padały głosy, o tym że próba prze wieki przeobraziła się w zwykłą dekorację, w czasie której nowy Zwierzchnik zakłada na rękę najstarszy znany magiczny artefakt, Bransoletę Czasu. Zrzeczenie się sił magicznych było tymczasowe, więc dla każdego maga kontakt z przedmiotem o tak wielkiej magicznej mocy był w takiej chwili czymś wyjątkowym.

Według starych podań, próba miała na celu wystawienie na próbę bożą sumienia kandydata. Przeżyć mógł jedynie w pełni oddany religii kapłan. Zalana srebrem, szklana rurka miała w sobie gęsty czerwony płyn, który według mitów powinien w takim kolorze pozostać. Jeśli kolor się zmieniał, nieszczęśnik umierał w olbrzymich cierpieniach.

Jakie to cierpienia pisma nie podawały, bo wszyscy dotychczasowi Zwierzchnicy przechodzili pozytywnie Próbę Prawowierności. Podawały natomiast, jaki musi być kapłan, aby wyjątkowy egzamin przejść. Dusza jego musiała być czysta od niecnych zamiarów, a serce nie mogło pragnąć poznania nieczystych bóstw, ani ciemnych i plugawych odłamów wiedzy magicznej. Jednakowoż, jak mówili doświadczeni życiowo, starsi kapłani, teoria sobie, a praktyka i szarość dnia codziennego sobie i albo próba straciła na ważności we wszystkowidzących oczach Najwyższego, albo to nie była ta bransoleta co trzeba. Oczywiście mówili to po cichu.

Gidyr Drugi podszedł do stojącego na podwyższeniu generała zakonu Aparytów. Ten z natchnioną miną i zamkniętymi oczami otworzył stojącą na kamiennym postumencie szkatułę, z której rozlała się czerwona poświata. Kapłani zebrani w kaplicy rozpoczęli ostatnią już dzisiaj pieśń. Generał wsunął powoli bransoletę na rękę Gidyra. Gdy ta znalazła się na nadgarstku, rozchylił palce odsłaniając magiczne runy i święty płyn. Oczy obu rozszerzyły się w najwyższym zdziwieniu. Płyn był ciemnozielony. Aparyt odsunął się. Wykonał kilka ochronnych gestów. Z przerażeniem patrzał na niedoszłego Zwierzchnika, z którego jakby nagle zeszło powietrze. Ugięły się pod nim kolana i z jękiem osunął się na posadzkę kaplicy. Przez moment wił się w spazmach drapiąc podłogę, aż zwymiotował. Z oczu popłynęła krew, jęk zamienił się we wrzask, później charkot, aż zapadła cisza. Gidyr Drugi nie żył.

– Próba – szepnął przerażony Aparyt. – Nie przeszedł. Święty płyn zmienił barwę. Stał się mętny. Zielony. Bracia, Najwyższy z bogów dziś pokazał swą potęgę. Odwiedził nasz padół by zabrać niesprawiedliwego.

Wznowiono modły i nie przerwano ich aż do świtu. Wszyscy kapłani czuli, że tak trzeba, że nikt nie powinien dzisiaj opuszczać kaplicy.

 

Wszyscy oprócz jednego. Młody Kapłan Miecza, oficer Wojowników Furii, który z racji obowiązków obserwował uroczystości z ukrytego pomieszczenia z boku ołtarza, widział dzisiaj więcej niż inni. Więcej niż interwencję najwyższego bóstwa. Ze swojego miejsca dojrzał wyciąganą ze szkatuły bransoletę, której czerwoną poświatę nadawały rozjarzone czerwone kamienie umieszczone w skrzyneczce, a nie święty płyn, który od początku obrzędu miał ciemnozieloną barwę. Wygłuszone pomieszczenie, służące najzwyczajniej w świecie do szpiegowania kapłanów, nie dało mu szansy na ochronę Gidyra.

Młody kapłan opuścił bocznym wyjściem kaplicę. Miał dzisiaj jeszcze masę roboty. Wszystkie dzisiejsze doniesienia mogły mieć znaczenie. Nagły wysyp wieszczek i magicznych wypadków. Rozruchy w spokojnym zwykle przytułku dla obłąkanych. Trzeba będzie przesłuchać też dziś aresztowanych, szczególnie trójkę zatrzymaną po włamaniu do domu pasera i kapitana Nocnej Straży. Ktoś ich podobno wcześniej widział w starym monastyrze. No i koniecznie należy wezwać brata Jana, który szpiegował generała Aparytów w jego własnej rezydencji. Musi coś tam znaleźć. Na początek przejrzeć bogatą korespondencję mnicha z bratem Estazym z Etrii, coś tam może być. Tyle pracy, a dzień taki krótki.

 

Koniec

Komentarze

Zapowiada się ciekawie. Podoba mi się złodziejaszek jako bohater. Świat też trzyma się kupy. Czuć klimat tego miasta.
Ok, a teraz czas na uwagi. Musisz dodać ze 100 przecinków i z 15 wyrzucić. Poniżej kilka dokładniejszych poprawek:
>Wartość tego pierwszego zależała od tego, na ile drogocenny był nietypowy kamień.
Zmień zdanie tak, żeby nie było tych tegów.
>Rąbnął Vilisa na odlew posyłając go w pokrywające targowisko błoto.
Po prostu ... posyłajac go w błoto targowiska?
>W zębach masz mieć siedemdziesiąt pięć talarów, albo nie przeżyjesz naszego kolejnego spotkania.
Może przesadnie jestem przeczulony, ale wybrałbym następnego.
>Będzie wiedział od kogo pożyczyć, może ma jakiś cynk.
(przecinek po wiedział?)
> Ale złodziej słyszał, jej dźwięczny, dziewczęcy, wyraźny głos.
(po słyszał bez przecinka)
>Vilisa odwrócił się na pięcie, ale oczywiście na ucieczkę było już za późno.
Vilis? bez a.
>Złodziejowi zgasło światło w oczach, stracił kontakt z własnymi nogami (...)
Zabrzmiało cyberpunkowo, nie ten styl. Poza tym za szybko się otrząsnął, skoro miał zaniki oświetlenia.
>Podparł się na rękach
Podparł się rękoma albo uniósł się na rękach czy ostatecznie oparł się na rękach. A kopniak... nie poczuł bólu? Nie połamali mu żeber?
>Czarnowłosa dziewczyna, wyszła
Bez przecinka po dziewczyna...
>W sumie dziwię się, dla czego
Poprawnie: dlaczego
>szczególnie trójkę
TĘ trojkę
Pwodzenia w edycji ;)

 

Mimo błędów, spoko na 4.

Niezłe. Ładny, dynamiczny początek. Tylko czy "hektolitry" nie zanadto współczesne?

Wraca problem dziesiętnego systemu miar. Może trzeba napisać o tym w Poradniku pisarza hard core fantasy na hyde parku? ;P

=> Erreth. Niewiele, o ile wogóle cokolwiek, to da. Nikt nie interesuje się poradami, dopóki nie zwróci sie mu uwagi wprost.

Nikt to mocno powiedziane. Ale z poradnikiem żartowałem.

Ja oceniam na pięć, pomimo wymienionych przez poprzedników błędów opowiadanko jest ciekawe, świat sprawnie opisany i mordobicie się nawet znalazło :)

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Poprawki częściowo wprowadzone, dzięki za komentarze i uwagi

fajne piątka

Jest jakaś historia.

Ale najpierw przedstawiasz czytelnikowi złodziejaszka, duża część tekstu o nim opowiada, a potem facet znika. Był nieważny. Nieładnie tak zwodzić.

Z wykonaniem słabo. Interpunkcja kuleje, zapis dialogów do remontu, niekiedy coś zżera spacje, jeden ortograf…

Zawinięty w pelerynę klął na czym świat stoi, że w taką pogodę ktoś karze mu ruszać się od kominka,

Wyżej wspomniany paskudny ortograf.

Babska logika rządzi!

Mnie również zdumiało zniknięcie Vilisa, przez co opowiadanie wygląda na niedomknięte. Szkoda, bo mogło być nieźle.

Niezależnie od tego lektura nie należała do przyjemności, albowiem tekst jest usiany mnóstwem błędów i usterek, i mogę tylko żałować, że Autor przez siedem lat z okładem nie znalazł choćby chwili na poprawki. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg – mam nadzieję, że lepiej późno iż wcale, bo z myślą o ciągu dalszym nieskończonej historii, wróciłem do tego tekstu i nieco poprawiłem :)

Chwali Ci się, Pablo, że poprawiłeś, szkoda jednak, że tylko nieco. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Teraz pora pomyśleć nad kontynuacją i zamknięciem opowieści. Mimo wszystko kilku osobom się podobało :)

A Vilis wróci w drugiej części :)

W takim razie czekam na zapowiedziany dalszy ciąg. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka