- Opowiadanie: forestwolf - Żywa Legenda

Żywa Legenda

Podróż do przyszłości. Co spotkałoby smoki w naszych czasach?

Zapraszam do lektury. Bardzo dziękuję za pomoc, cierpliwość i dobre rady betującym ten tekst. 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Żywa Legenda

 

Jill obudził dźwięk telefonu.

– Cholera! – zaklęła do słuchawki. –  Człowieku, wiesz która jest godzina?!

– Druga trzydzieści nad ranem – odpowiedział mężczyzna. – Wiem, panno Scale. Proszę się nie unosić. Mam dla pani nie cierpiącą zwłoki wiadomość.

– Pokój na Ziemi?

– Nie. Przykro mi. Ale zapewniam, że to, co pani niebawem zobaczy, z pewnością odmieni świat nauki raz na zawsze.

– Czyżby?  W ogóle kim  jesteś i skąd masz mój numer telefonu?

–  Z tej strony doktor Andrew Stewart. Poznaliśmy się kilka lat temu.

,,Andrew” Jill przeszukała zakamarki pamięci. Nie było to łatwe o tak wczesnej porze. Nagle, twarz mężczyzny nabrała realnego kształtu w jej wyobraźni. Ach tak! To był ten przystojny chłopak,  doktorek w okularach, którego poznała kilka lat temu.

– Pamiętam. Dzwoni pan żeby mnie przeprosić?

– Za co, panno Scale?

– Za to, że do dziś nie mam żadnych informacji po tym, jak ściągaliście mnie aż do Chin.

– Ma pani rację. Do dziś.

Jill przełknęła ślinę. Doskonale pamiętała, po co wtedy tam pojechała.

– Panno Scale…

– Mów mi Jill, przecież się znamy.

– Jill. Próbka, którą badałaś pięć lat temu w Chinach była, powiedzmy, niezwykła.

– Zgadza się. Nie zechcieliście mi powiedzieć, co to jest.

–  Musieliśmy wykonać serię badań, żeby się  co do niej upewnić. Wezwaliśmy ciebie, ponieważ potrzebowaliśmy pomocy herpetologa.

– Re-pti-lio-lo-ga.

– Reptiliologa – przytaknął Andrew. – Niewiele osób się w tym specjalizuje, polecono nam ciebie na uniwersytecie. Posłuchaj, bardzo przydała nam się twoja analiza. Właśnie dlatego dzwonię. Chcemy, żebyś na własne oczy zobaczyła wynik naszych wspólnych badań. Wybacz, że cię nie informowaliśmy na bieżąco…

– Nie odezwaliście się ani razu przez cztery lata.

– Pięć. Masz rację, ale uwierz,  mieliśmy ku temu powody. Badania były ściśle tajne.

– Andrew, zdajesz sobie sprawę, ile się męczyłam, żeby skatalogować to zwierzę? DNA tej próbki było niesamowite! Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Co to było? Wiecie już?

– Spokojnie, Jill. Właśnie dlatego cię zapraszamy. Musisz być spakowana i gotowa do drogi o czwartej rano. Nasz szofer zawiezie cię na lotnisko. Wylatujesz o piątej piętnaście.

– Zwariowałeś?! Dzisiaj?

– Tak.

– Niech zgadnę? Znowu do lecę do Chin?

– Dobrze kombinujesz. 

 Jill czuła złość w związku z tym, jak ją kiedyś potraktowano, jednocześnie możliwość poznania odpowiedzi na pytania dotyczące tajemniczego DNA wydawała się obiecująca.

 

Siedzenie w samolocie było niewygodne. Badacze najwyraźniej poskąpili pieniędzy  na zarezerwowanie miejsca w klasie biznes. Szkoda, bo czternaście godzin lotu ze Stanów do Chin, to sporo. Jednak umysł Jill, zaprzątały teraz wspomnienia sprzed pięciu lat.

Jako studentka, nie miała wiele zajęć. Dzięki swojej specjalizacji, reptiliologa,  znalazła zatrudnienie w zoo. Cieszyła się z tego wyboru. Kochała gady, a praca z nimi dawała prawdziwą satysfakcję. Zawsze intrygowała ją ich tajemnicza natura, dzikie spojrzenie i faktura łuskowatej skóry. Miała wrażenie, że te zwierzęta patrząc na nią cierpliwie analizują wszystko, kręcąc łebkami. Jill od dziecka towarzyszyło przeczucie, że kiedyś bardzo przysłuży  się  gadom.

Na uczelni została dostrzeżona dzięki zaangażowaniu, z jakim prowadziła badania na zajęciach. Dlatego to ją polecono naukowcom do przeanalizowania tajemniczego DNA.

Tamtego dnia odwiedzała jaszczurki w miejscowym ogrodzie zoologicznym.  Jak co miesiąc, sprawdzała ich kondycję i warunki, w jakich przebywają. Właśnie badała dużego legwana w jednym z wybiegów, gdy podszedł do niej młody mężczyzna.

– Dzień dobry, panno Scale.

Jill zmierzyła go wzrokiem.  ,,Przystojniaczek’’, pomyślała.

– Dzień dobry.

– Piękny legwan. Zdrowy?

– Tak. Wszystko z nim w porządku. – Jill wiedziała, że się rumieni i czuła, że gdyby mogła, schowałaby się pod kamień obok jaszczurki.

– Świetnie. Nazywam się  Andrew Stewart. Jestem paleontologiem. Miło panią poznać. – Wyciągnął dłoń.  Jill odpowiedziała mocnym uściskiem.

– Jill Scale. Ale widzę, że pan już zna moje nazwisko…

– Zgadza się. Właściwie odwiedzam panią w pewnej sprawie.

– Jakiej?

– Jest pani herpetologiem, zgadza się?

– Tak jest.

Andrew odwrócił się i przykucnął, żeby podnieść małego legwana z ziemi. Wziął go na ręce i uśmiechnął się do Jill.

– Czy zastanawiała się pani kiedyś, ile nieodkrytych tajemnic czeka, by ktoś je rozwiązał?

– Co ma pan na myśli?

– Słyszała pani z pewnością o dinozaurach.

– Oczywiście.

– Smokach…

– Jest pan śmieszny.

Andrew zaśmiał się pod nosem.

– Ja i moi koledzy mamy prośbę. Czy zechciałaby pani pomóc nam w badaniu nad pewną próbką?

– To znaczy?

– Jakiś czas temu nasz zespół odkrył szczątki niezidentyfikowanego gada. Wiemy tylko tyle. Ale brakuje nam opinii, do jakiego znanego nam i żywego zwierzęcia jego DNA jest najbardziej zbliżone. To bardzo istotna dla nas informacja, a wiemy że pani posiada doświadczenie w badaniu gadziego DNA.

– No cóż… Rzeczywiście mogłabym przebadać tę próbkę.

– Naprawdę? W takim razie z przyjemnością zapraszam panią do naszej bazy badawczej.

– Daleko? Mam dziś jeszcze lekarza i…

– Chiny, prowincja Liaoning.

– Słucham?!

– Zaskoczyłem panią?

Tego dnia Andrew wywrócił życie Jill do góry nogami. Tydzień po jego wizycie była już w Chinach. Zapamiętała skromne stanowisko badawcze, gdzieś na skraju Gór Nulu'erhu.

Kilku paleontologów, łącznie z Andrew, zaprowadziło ją na miejsce wykopaliska. Oczom Jill ukazały się kości dużego gada. Pieczołowicie osłonięte przed słońcem, odgrodzone rozpiętą linką. Wyraźnie widoczne skrzydła, czaszka z wydłużonym pyskiem i ostrymi niegdyś kłami oraz szczątki długich łap. Jill od razu zrozumiała, że nie wie, co to za stwór i nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziała. Z pewnością, nie były to kolejne pozostałości dinozaura.

– Witamy, panno Scale, nazywam się Albert Stone.– Niski, gruby paleontolog wyciągnął  dłoń na przywitanie.

– Dzień dobry. Czy?… Czy to jest  ta próbka ?

– Zgadza się, panno Scale – potwierdził Albert.  – Chcemy, żeby zbadała pani jego DNA. Mamy pewne przypuszczenia, co do tego gada, ale potrzebujemy oceny specjalisty. Gdyby udało nam się odnaleźć najbliższego żyjącego obecnie potomka tego stworzenia, to być może… – zawiesił głos. – Być może uda nam się pewien eksperyment.

– Co chcecie zrobić?

– To na razie tajne. Możemy panią zapewnić, że poinformujemy o wynikach.

– Dlaczego miałabym wam pomagać?

– Dla satysfakcji prowadzenia badań, nad nowo odkrytym gatunkiem oraz dla pieniędzy. Proponujemy dziesięć tysięcy dolarów za pani przysługę i procent w razie, gdyby nasz eksperyment się powiódł. Poza tym, panno Scale, wiem, że nie przepuści pani okazji by zbadać to zdumiewające odkrycie. Mam rację?

Jill spojrzała na szkielet. Faktycznie zdała sobie sprawę, że stoi nad epokowym odkryciem. Nie wiedziała tylko, co mają na myśli, mówiąc: „jeśli eksperyment się powiedzie”. Postanowiła zbadać próbkę.

To, co odkryła, naprawdę ją zdumiało. Nigdy nie widziała DNA, takiego jak to. Po sekwencjonowaniu okazało się, że jest najbardziej zbliżone do kodu genetycznego współczesnych jaszczurek drapieżnych. Wyniki badań zostały opatrzone, jako tajne, a Jill odesłana bez słowa z powrotem do Stanów.

 

 Teraz znowu leciała do Chin i choć była zła, to czuła, że musi dowiedzieć się, co takiego odkryli paleontolodzy. Przez te kilka lat zastanawiała się, po co im porównanie do DNA ze współczesnymi gadami. Jedyną rzeczą, jaka jej przyszła na myśl, to taka, że przywrócą do życia tajemniczego stwora. Ale to przecież niemożliwe… a może?

Samolot wylądował. Na lotnisku czekał Andrew. Dziewczyna uśmiechnęła się mimo woli  na jego widok.

– Miło cię znów widzieć, Jill.

– Mów za siebie.

– Ciągle jesteś zła?

– Skądże, to wspaniale, że ukradliście moje notatki i wywaliliście z dalszych badań.

– Daj spokój. Obiecuję, że to co zobaczysz, wszystko zrekompensuje.

– Oby. Inaczej będziesz w niezłych tarapatach.

Andrew zaśmiał się. Jill ścisnęło w żołądku. Już zapomniała, jak działał na nią jego uśmiech.

–  Dobrze cię znów widzieć – powiedział i wziął ją za rękę.

Jill poczuła, jak jej świadomość zatacza kółko nad lotniskiem i ląduje z powrotem powodując drżenie całego ciała. Idąc z Andrew do samochodu, całkiem zapomniała o złości. 

– Powinienem cię przeprosić. Masz rację. Nie zachowaliśmy się… ja się nie zachowałem fair. Myślałem o tobie, chciałem ci wszystko wyjaśnić, ale nie miałem odwagi przeciwstawić się Albertowi. Wykluczyłby mnie z dalszych badań i odesłał do domu.

Jill zatonęła w tajemniczym uśmiechu Andrew. O nic więcej już nie pytała. Mijali góry Nulu'erhu skąpane w porannym słońcu.

Kobieta wyobraziła sobie to olbrzymie zwierzę majestatycznie szybujące nad wzgórzami. Czym ono było? Pomyślała o smokach, o których kiedyś wspomniał Andrew. A jeśli rzeczywiście istnieją tajemnice czekające tylko, aż ktoś je odkryje? Jeśli miała swój udział właśnie w takim odkryciu? To byłoby cudowne móc przyczynić się do rozpowszechnienia wiedzy o gadach, które tak kochała. Chciała, żeby wszyscy dostrzegli piękno, które skrywa się w tych zwierzętach. 

Po około godzinnej podróży, dojechali do celu. Jill otworzyła oczy szeroko ze zdumienia. Miejsce zmieniło się nie do poznania. Zamiast skromnego obozu, który opuszczała pięć lat temu, zastała zespół zabudowań.

Kilka hangarów i pomieszczeń do badań naukowych –  wyjaśnił Andrew.

Jeden z budynków był wyjątkowo wysoki. Został dodatkowo ogrodzony siatką pod napięciem. Stał na uboczu i pilnowali go uzbrojeni chińscy żołnierze. Był dobrze oświetlony, a tablice rozmieszczone na około niego informowały po chińsku i angielsku o niebezpieczeństwie.

– Co tam jest? – spytała Jill.

– Dowiesz się później –  odpowiedział Andrew.

Podeszli do jednego z budynków oznaczonego, jako numer trzy. Czekał tam już na nich Albert. Na widok Jill uśmiechnął się szeroko.

– Panna Scale! – krzyknął radośnie. Jill zauważyła dużą bliznę na policzku naukowca. Mogła przysiąc, że ostatnio jej nie miał…

– Jak miło panią ponownie gościć! 

Andrew spojrzał na Jill, wyglądała jakby miała zaraz wykipieć i wylać wrzątek swojej nienawiści na biednego Alberta, więc postanowił przejąć inicjatywę.

– Albert, jesteśmy chyba winni pannie Scale wyjaśnienia. Żywi do nas urazę za wykluczenie jej z badań. Powinniśmy  zaprowadzić ją do budynku numer osiemnaście.

– Oczywiście! Ale najpierw małe wprowadzenie. Mamy pewną niespodziankę. Będzie pani pierwszą osobą, którą ujrzy nasz maluch. Powinien wykluć się jutro rano.

– Jaki maluch? – spytała zaskoczona Jill.

Albert i Andrew spojrzeli na siebie nawzajem i zachichotali.

– Andrew zaprowadzi panią do kwatery. Należy odpocząć po tak długiej podróży. Jutro przedstawimy pani wynik naszych wspólnych badań.

 

 

Następnego dnia cała trójka weszła do budynku oznaczonego numerem trzy. Przeszli przez bramki, Jill musiała zostawić wszystkie metalowe przedmioty w małej  szatni. 

W środku panował półmrok.  W pomieszczeniu, na sześciu kolumnach stały szklane pojemniki. Każdy z nich, wyposażony w lampę grzewczą, skrywał jedno duże  zielone jajo. Wokoło kręcili się ludzie w kitlach i rękawicach.

– Co to jest? – szepnęła oszołomiona Jill.

Albert podszedł do jednej z kolumn.

– Śmiało, chodź bliżej – zaprosił.

Jill zbliżyła się do szklanego klosza.  Coś próbowało wydostać się z jaja, rozdrapując je uzbrojoną w pazury łapą.

– Widzisz Jill? Właśnie zaczął się wykluwać – wyjaśnił Andrew.

– Ale co?!

–  My się odsuniemy, dzięki temu będziesz pierwszą osobą, którą ujrzy.

Jill patrzyła kilka minut na zmagania malca z twardym materiałem. Z otwartymi szeroko oczami wydała cichy jęk niemożliwe, gdy maluch wreszcie się wykluł.

Jej oczom ukazała się jaszczurka wielkości młodego krokodyla. Pokryta szarozieloną łuską, z paszczą wypełnioną ostrymi ząbkami i długimi przypominającymi wąsy naroślami. 

Zwierzątko obróciło się w stronę Jill i spojrzało na nią. Kobietę ogarnęło jak zwykle przeświadczenie, że gad bacznie się jej przygląda. Jednak tym razem to uczucie było stokroć mocniejsze. Miała wrażenie, że stworzenie zagląda w głąb jej duszy, jakby sprawdzało z kim ma do czynienia.

Nagle w jej umyśle, jak echo, wybrzmiały słowa Widzę cięCały świat zawirował, a Jill poczuła, że traci kontakt z rzeczywistością.

Ocknęła  się w całkiem nieznanym sobie miejscu. Dookoła było ciemno. Z mroku zaczęła wyłaniać się sylwetka, która po chwili przybrała kształt smoka. Długie, wężowe ciało stwora spoczywało na czterech masywnych łapach. Zielona łuska jaszczura mieniła się srebrzystym blaskiem, rozpięte skrzydła zdobiła cieniutka jak gaza błona w szmaragdowym kolorze, korona z kolców na gadziej głowie zdawała się być ze szczerego złota. Długie wąsy falowały lekko. Żółte ślepia zwierza dziko, ale z wyraźną inteligencją wpatrywały się w Jill. 

– Witaj.

– Kim jesteś? – spytała przerażona Jill.

– Jestem smokiem z rodzaju Yinglong. Potrafię wejrzeć w twoje myśli i zbadać głębokie zakamarki duszy. Obserwuję cię od dawna. Twoje intencje są czyste, a więź łącząca z gadami głęboka. Jesteś godna, by poznać historię smoków Yinglong. 

Nasz gatunek istniał na długo przed pojawieniem się pierwszych ludzi na Ziemi. To smoki, różnych rodzajów, wspólnie dbały o zachowanie ładu i harmonii w przyrodzie.

Dilong – ziemski, Jiaolong – wodny, Tianlong – niebiański, Shenlong – duchowy  i Yinglong – skrzydlaty smok.

Z czasem pojawili się ludzie, którzy zaczęli rosnąć w siłę. Nasz gatunek nie mógł zignorować potęgi ich umysłów i żądzy władzy. Zaczęliśmy obawiać się o przyszłość, gdyż rządy te były lekkomyślne, brutalne i burzyły dotychczasową harmonię. Postanowiliśmy ucywilizować butne ludy. Wybieraliśmy coraz to nowych cesarzy i pomagaliśmy  toczyć bitwy.

Jednak przy nas, wasz gatunek mocno się rozwinął. Niestety, pojawiły się niszczycielskie rodzaje broni i maszyn. Człowiek przestał szanować smoka. W końcu jakiś śmiałek podniósł miecz przeciwko nam. Nasz brat zginął i musieliśmy zacząć się ukrywać. Jeden po drugim, padaliśmy jak bezbronne stworzenia, godząc się na to w imię zachowania harmonii świata. Nastała era ludzi. Wszystkie rodzaje smoków oddzieliły swoje jaźnie od ciał, ukrywając się pod postacią różnych zwierząt, lub kryjąc w górskich potokach, latając z porywistym wiatrem… By przetrwać, zniknęły  na długie tysiąclecia.

Historia zatacza koło. Smok stwarza człowieka,  człowiek stwarza smoka i oddaje mu jego pierwotne ciało.

Wybrałem ciebie i proszę o pomoc. Uwolnij moich braci. Niech zasmakują wolności i znów wzbiją się w powietrze . Możesz przyczynić się do przywrócenia światu dawnego ładu, bo nadszedł czas, by ożywić ludzkie legendy. 

– Ja mam wam pomóc? Ale jak?

Jaszczur potrząsnął łbem i jego ciało zaczęło zmieniać się w złote drobinki, które rozwiał mocny podmuch wiatru. Zniknął.

– Poczekaj! 

 

Jill ocknęła się. Leżała na małej kozetce. Nad nią stał Andrew i wachlował  gazetą.

– Wreszcie! Ale nam napędziłaś stracha!

 Kobieta  nie była pewna, co się przed chwilą wydarzyło. Bolała ją głowa, w umyśle wybrzmiewały słowa smoka, “pora ożywić ludzkie legendy”. Uznała, że to co się jej przytrafiło, jest na tyle niezwykłe, że nie będzie się tym dzielić z innymi. Zresztą kto by jej uwierzył?

– Gdzie jestem? – spytała.

– W biurze – odpowiedział Andrew.

– Widać dla panny Scale spotkanie z Chińskim Smokiem musiało być niezwykle emocjonujące – zaśmiał się Albert.

–  Yinglongiem? – spytała Jill.

– Czy z Yinglongiem, nie wiem, ale faktycznie tubylcy je tak nazywają. Skąd pani to wie? –  Zdziwił się Albert.

– Tak tylko pytam… Gdzieś o tym czytałam – skłamała.  – Proszę mi powiedzieć. Czy macie tu inne smoki?

– Tak, zaraz pójdziemy je zobaczyć – odpowiedział Andrew.

–  Jakim cudem je wskrzesiliście? – szeptała drżącym głosem Jill.  Nie wiedziała, co właściwie się tu dzieje. Wystraszony Andrew  dalej wachlował ją gazetą.

Albert założył ręce na plecach i przybrał najbardziej poważny wyraz twarzy, jaki umiał.

– Panno Scale. Pięć lat temu wezwaliśmy panią, by zbadała próbkę DNA zmarłego około trzech tysięcy lat temu smoka. Te dość młode szczątki zawierały trochę materiału genetycznego. Pozostało tylko określić, z czym mamy do czynienia. Było to niezbędne, abyśmy mogli odnaleźć najbliższego żyjącego obecnie krewniaka naszego gada. Reszta to bułka z masłem. Wystarczyło zaszczepić w nim zarodek. Przecież na Ziemi wciąż mamy jednego smoka prawda?

– Waran z Komodo… – wyszeptała Jill.

– Zgadza się! Brawo. Warany świetnie sprawdziły się w tej roli. Po złożeniu, jaja przenieśliśmy do inkubatorów. Tak oto trzy lata temu wykluł się pierwszy Smok Chiński. Mamy ich już pięć.  Tamte są już duże i niebezpieczne, dlatego trzymamy je w strzeżonym budynku. Ale nie omieszkamy ich zaprezentować. Pani badania pomogły nam przewidzieć, w jaki mniej więcej sposób będą zachowywać się w przyszłości. Część zachowań pokrywa się z oczekiwaniami, jednak smoki bardzo nas zaskoczyły. Po pierwsze okazały się szalenie inteligentne. Gdy były mniejsze, kilka razy nam uciekały, gdyby nie to, że związujemy im skrzydła, moglibyśmy całkiem je stracić.

– Co robicie? – spytała oburzona Jill.

– Związujemy skrzydła. Ale niech się pani nie martwi, nie szkodzi im to. Proszę słuchać dalej. Smoki okazały się wspaniałymi opiekunami. Właściwie ich zachowanie przypomina bardziej ssaki niż gady. Gdy wpuściliśmy młodego jaszczura do starszego, tamten, i to samiec, od razu zaczął się opiekować maluchem. Zasłaniał go przed ludźmi i głośno syczał, by do małego nie podchodzić. Niesamowite! Ponadto ich dieta składa się głównie z ryb, nie jedzą chętnie mięsa ani warzyw. Cały dzień śpią, uaktywniają się w nocy. Nasz pierwszy smok sprawiał trochę kłopotów, bo nawoływał inne głośno rycząc, ale jak wpuściliśmy małego, to się uspokoił. Potem dołączyły kolejne. Teraz jest ich pięć. Dwa samce i trzy samice. Jaja, które widziałaś, są już od nich… To jak? Gotowa je zobaczyć?

Jill kiwnęła głową, jak mała dziewczynka, która nie wierzy we własne szczęście, że zaraz spełni się jej najpiękniejszy sen. Albert dał kobiecie jej własny identyfikator. Ruszyli do budynku oznaczonego numerem osiemnaście. Przed wejściem na teren pokazali swoje przepustki. Dwóch Chińczyków zmierzyło wzrokiem Jill. Albert powiedział coś w ich języku i strażnicy rozstąpili się. Po drodze, badacze mijali uzbrojonych ludzi na segwayach i quadach. W końcu dotarli do wrót do smoczej jamy, jak to określił Albert. Andrew przyłożył kartę do czytnika i otworzył drzwi.

Jill przyjrzała się pomieszczeniu. Cała olbrzymia hala przypominała egzotarium.  Przedsionek dla odwiedzających, odgrodzony był kratami, a dalej rozciągała się ogromna przestrzeń obsadzona drzewami i krzakami. Usypano nawet sztuczne wzniesienia. Zamiast dachu zamontowano grube pręty. W środku panowała cisza. Jedyny dźwięk dochodził z urządzeń nawadniających zieleń i filtrujących powietrze.

– Jill, czy masz przy sobie zapalniczkę, albo coś takiego?

– Nie, dlaczego pytasz, Andrew?

– Dobrze, że mi przypomniałeś– wtrącił Albert. – Panno Scale, musi pani wiedzieć, że bajki o ziejących ogniem smokach nie są bezpodstawne. Otóż mieliśmy tu kiedyś pożar, ponieważ okazało się, że oddech smoka to wyjątkowo niebezpieczna mieszanka niezwykle łatwopalnych gazów. Wystarczy mała iskra i wszystko staje w płomieniach. Dlatego też pomieszczenie to jest wyposażone w wyjątkowo czułe detektory gazu i dymu. Mamy tu również kamery termoczułe i na podczerwień, by wiedzieć, gdzie skrywają się nasi ulubieńcy, a musi pani wiedzieć, że są to zimnokrwiste stworzenia.

– Jak jaszczurki…

– Zgadza się, Jill. Dlatego dogrzewamy je lampami UV.

– Zobaczymy je?

– No cóż, w ciągu dnia śpią, ukryte w jaskiniach. Ale mamy podgląd.

Albert wskazał w komputerze obraz z kamer na podczerwień, zamontowanych w jaskiniach. W środku znajdowały się zastygłe bez ruchu wielkie gady.  Można było dopatrzeć się wielkich łbów. Każdy z nich, zdobiła korona z kolców. Długie ogony straszyły ostrymi wypustkami. Wielkie skrzydła spięte były obręczami umocowanymi zaraz przy kręgosłupach zwierząt. Smoki, zastygłe bez ruchu, wyglądały  jak kamienne rzeźby.

– Zdejmujecie  czasem obręcze? – spytała zaniepokojona Jill.

– Nigdy. To niebezpieczne. Obręcze wyposażone są w system, który może je odblokować, ale wtedy, żeby je założyć z powrotem, trzeba uśpić smoka.

– Ale co zamierzacie z nimi zrobić? Nie możecie ich tu więzić. – Głos kobiety stawał się coraz bardziej natarczywy. 

Andrew zerkał nerwowo na Jill i próbował dać jej znak, by trochę spuściła z tonu.

– Nie będziemy – odparł Albert. – To egzemplarze do obserwacji. Gdy zdobędziemy niezbędne informacje, trzeba będzie je uśmiercić, by wykonać sekcję zwłok. Musimy poznać ich anatomię. Szczególnie interesuje nas mechanizm wytwarzania mieszaniny łatwopalnych gazów, które…

– Co?! Zamierzacie je uśmiercić? – krzyknęła oburzona Jill.

– Tak, panno Scale – obruszył się Albert. –  A co, zamierza je pani wypuścić, żeby zaczęły siać postrach wśród ludzi? To nie są jaszczurki do terrarium. Poza tym, myślę, że i pani z chęcią spojrzy na wyniki ich sekcji, to z pewnością nie lada gratka dla reptiliologa.

– Nie wolno wam ich zabijać! Dopiero co dostały drugą szansę, a już chcecie im ją odebrać?

– Jesteśmy za nie odpowiedzialni. Nie interesuje mnie pani ideologia, panno Scale. Mamy podpisane kontrakty z wielkimi chińskimi przedsiębiorstwami, które finansują nasze badania. Nie wolno ich wypuścić do środowiska naturalnego. To nie jest już świat sprzed trzech tysięcy lat. Tak potężne drapieżniki wyrządziłyby ogromne szkody w ekosystemie.

– Sam pan mówił, że żywią się rybami.

– Powtarzam, to jest zbyt niebezpieczne – odparł oschle paleontolog.

– To pan jet niebezpieczny, nie te zwierzęta! – Jill ze złością cisnęła torebką o ziemię.

– Jill! – Andrew ją szturchnął.

Albert wyprostował się. Skrzyżował ręce na piersiach i utkwił surowy wzrok w dziewczynie.

– Wiedziałem, że znajdą się pseudo miłośnicy smoków, nie biorący pod uwagę niebezpieczeństw z nimi związanych. Ale nie przypuszczałem, że tak inteligentna osoba jak pani, znajdzie się wśród nich. Przykro mi to słyszeć.  Żywiłem nadzieję, że okaże pani więcej wdzięczności i poprowadzi serię wykładów oraz badań nad anatomią smoków, ale widzę że nie mogę liczyć na taką pomoc.

– Prędzej ciebie pokroję na kawałki. Potwór! – Jill splunęła na nogi Alberta. 

Paleontolog spojrzał na swoje oplute obuwie. Wtedy kobieta ukradkiem wsunęła upuszczoną torebkę pod krzesło.

– Andrew. Odprowadź proszę pannę Scale do jej kwatery. Jutro z samego rana odwieziesz ją na lotnisko. Widać spotkanie ze smokiem zaszkodziło również jej psychice. Podobnie jak kilku innym osobom. I jeszcze jedno. Jeśli powie pani o tym komukolwiek, a zwłaszcza świrom z organizacji ekologicznych, to będzie pani mieć kłopoty. To koniec naszej wycieczki.

Albert wskazał na drzwi. Wściekła kobieta wyszła. Andrew chciał za nią wybiec. Albert zatrzymał go i spojrzał w oczy.

– Nie rób głupstw, Andrew, dla jakiejś głupiej pacyfistki, jasne? Szkoda zmarnować taką karierę…

Andrew przełknął ślinę.

– Jasne…

Młody doktor wybiegł za Jill. Albert spojrzał na ekran monitora. Wielki samiec wydawał się spać, ale naukowiec wiedział, że gad czuwa i jest gotów uciec przy każdej nadarzającej się okazji.

Wiem co z ciebie za przebiegłe bydle –  pomyślał o smoku, przejeżdżając dłonią po swojej bliźnie na policzku. Była ona nieprzyjemną pamiątką po bliskim spotkaniu z rozjuszonym gadem. 

 

Jill miała łzy w oczach. Nie mogła pogodzić się z tym, co właśnie ujrzała i usłyszała. Nie tak miała być wykorzystana jej praca. Spełnienie marzeń małej dziewczynki miało skończyć pokrojone na kawałki, jako nic nie znaczący obiekt do badań. Cały świat stanął przed cudowną możliwością odzyskania smoków, które przez wieki rozbudzały ludzką ciekawość, inspirowały i stanowiły nieodzowny element wielu kultur. Rozegrano to bardzo nie fair. Jill nie zamierzała się poddać. Czuła, że nie może zawieść gadów. Szczególnie tego malucha, który dziś się wykluł. Nigdy nie zapomni jego spojrzenia i wizji, której doznała. Jedyną osobą, która mogła jej pomóc, był młody paleontolog.

– Pomóż mi, Andrew,  proszę. Musimy uwolnić smoki.

–  Zwariowałaś, Jill? Przecież nie wolno tego zrobić. Wiesz, co by się stało, gdybyśmy to zrobili?

– Nic, odleciałyby i ukryły  jak najdalej. One wiedzą, że ludzie są niebezpieczni.

– Nawet gdyby, to jak zamierzasz to zrobić?

– Znasz wszystkie zabezpieczenia. Mamy przepustkę. Damy radę. Wiesz jak odblokować obręcze na skrzydła?

– Wiem… ale…

– Andrew proszę…

Kobieta patrzyła ze łzami w oczach. Sam naukowiec też czuł, że traktowanie tych zwierząt oraz przyszłość jaka je czeka są nie w porządku. Chciał pomóc smokom i Jill, ale widział też, że to oznacza koniec jego kariery. Westchnął ciężko.

– No dobrze.

Jill uśmiechnęła się szeroko i pocałowała Andrew w policzek.

– Dziękuję ci. Naprawdę…

– W co ja się dla ciebie wpakowałem.

– I dla smoków. 

Nastał wieczór. Zimny wiatr zaczął hulać u podnóży Nulu'erhu. Jill i Andrew zdecydowanym krokiem ruszyli w stronę strzeżonego budynku.

– Dobrze. Spróbujemy pewnego fortelu. Udało mi się wsunąć torebkę pod krzesło, zanim wyszłam. Poprosisz żeby strażnicy nas wpuścili, bo chcę ją zabrać. Oni idą z nami. Otwieramy drzwi.

– I co dalej…?

– Wymyśl coś, żeby dostać się do komputera. Oni wiedzą, że możesz z niego korzystać. Powiedz, że jest coś nie tak z temperaturą albo kamerami. Ja się zajmę resztą…

 

Podeszli do Chińczyków strzegących wejścia. Andrew wytłumaczył im, że kobieta zostawiła  w  budynku torebkę i chcą ją odzyskać. Strażnicy zamienili parę słów po chińsku, po czym przepuścili naukowca. Przyłożył kartę do czytnika i po chwili cała czwórka była już w środku.

– No dobrze, to gdzie ja mogłam zostawić tę torebkę? Może ty ją widziałeś przystojniaku? – Podeszła do jednego ze strażników, położyła dłoń na jego ramieniu i zaczęła zalotnie się uśmiechać. Chińczyk zrobił głupią minę.

– Pomóżcie jej szukać tej torebki, a ja zmniejszę trochę temperaturę, zrobiło się tu strasznie gorąco – Andrew zwrócił się po chińsku do strażników.

Jill kręciła się po pomieszczeniu. Zaglądała pod wszystkie krzesła i szafki, wypinając zgrabną pupę. Chińczycy całkiem zapomnieli o Andrew i chodzili za kobietą  jak pieski, podśmiewając się co chwila, gdy puszczała im oko albo schylała tak, że było jej widać cały dekolt.

W tym czasie Andrew  wpisał  hasło, dzięki któremu odblokowały się obręcze na smoczych skrzydłach.  

– Jeszcze kraty w suficie… Dobrze ci idzie, Jill – mruknął zadowolony.

 Strażnicy zaczęli zerkać na Andrew. Kobieta postawiła wszystko na jedną kartę. 

– O, a może tam wpadła? – Jill podeszła do wybiegu dla smoków i zaczęła szukać torebki wkładając ręce za kraty. Chińczycy szybko podbiegli i zaczęli coś wrzeszczeć.

– Dajcie spokój chłopaki, tylko zerknę! – krzyczała, gdy próbowali ją odciągnąć od niebezpieczeństwa.

Andrew wpisał ostatnie hasło. Po chwili grube kraty w suficie zgrzytnęły i zaczęły z hukiem się rozsuwać, włączyły się też wszystkie systemy alarmowe oraz natrysk przeciwpożarowy. Przerażeni strażnicy wyciągnęli broń i wycelowali w naukowców. Nagle drzwi otworzyły się, do środka wtargnęli żołnierze odpychając Andrew i Jill na bok. Paleontolog chwycił kobietę za rękę i korzystając z okazji wyślizgnęli się na zewnątrz. Ominęli ogrodzenie i z bezpiecznej odległości obserwowali całą scenę rozpaczliwej akcji.

Słychać było krzyki przerażonych ludzi i strzały. Coś głośno zawyło. Z wnętrza budynku buchnęły płomienie. Na tle dymu pojawiło się pięć ogromnych sylwetek. Wyleciały w miejscu, gdzie rozsunęły się kraty i szybko ruszyły w stronę gór. Kobieta rzuciła się biegiem za nimi.

– Stójcie! – krzyknęła.

– Daj spokój, nie wołaj ich! – prosił Andrew.

Jaszczury zaczęły się oddalać, ale jeden z nich, największy, nagle zawrócił. Andrew i Jill stanęli. Smok wylądował kilkadziesiąt metrów od nich i wyciągnął swoją długą szyję. Jego majestatyczna sylwetka z rozpiętymi skrzydłami prezentowała się niesamowicie. Wyglądał dokładnie, jak stwór z wizji. Kobieta cała się trzęsła, ale z szeroko otwartymi ustami i oczami ruszyła w stronę gada.

– Co ty wyprawiasz? – krzyczał Andrew. – Zobaczył nas! Musimy uciekać!

Ale Jill nie słuchała, szła naprzód a smok ruszył jej na spotkanie. Stanęli naprzeciwko siebie i spojrzeli w oczy. Po policzkach kobiety spłynęły łzy  wzruszenia. Wyciągnęła drżące dłonie. Stwór przysunął do nich pysk. Ciepłe ciało Jill i zimny, pokryty łuską łeb gada zetknęły się. Wyglądali jak dwa ogniwa, które właśnie połączyły jakiś dawno temu zerwany łańcuch niezwykłych więzi. Stali tak parę sekund. W końcu zwierzę uniosło łeb. Smok spojrzał ostatni raz na Jill. Dziękuję ci – usłyszała w swoim umyśle.

Andrew stał jak sparaliżowany, patrząc na tę scenę, niczego nie rozumiejąc. Jaszczur rozłożył skrzydła i zatrzepotał nimi, rozsiewając wkoło złoty pył. Mężczyzna podbiegł do Jill i osłonił ją przed silnym podmuchem wiatru, który wzbudził wzbijający się w powietrze gad. Wężowe ciało wiło się jak serpentyna. Yinglong oddalił się w stronę gór. Jego sylwetka zniknęła w gęstej mgle. 

 

Jill była szczęśliwa, bo przywróciła światu jego zagubioną niegdyś cząstkę. Przeczucie, które towarzyszyło jej od dziecka, spełniło się. Przyczyniła się do ożywienia legendy i pomogła gadom, które tak kochała.  

Za plecami Jill i Andrew rozległy się krzyki chińskich żołnierzy. Para została skuta  i zaciągnięta do wojskowej ciężarówki. Wszystkiemu przyglądał się Albert. On sam postanowił dopilnować, by nikt nie wiedział, co się stało. Młodzi naukowcy przydadzą  mu się jeszcze, do prowadzenia eksperymentów na ożywionych stworach. 

Zlikwidowano cały ośrodek badawczy. Zniknęły budynki, w tym tajemniczy o numerze osiemnaście. Świat nie dowiedział się o uwolnieniu Chińskich Smoków Yinglong. Zwierzęta znalazły bezpieczne schronienie z dala od ludzi w wysokich, niedostępnych górach, gdzie pozostaną bezpieczne przez długi czas. Ich gatunek znów rośnie w siłę. W odpowiednim momencie powrócą, by zaprowadzić utraconą harmonię pomiędzy ludźmi i naturą.  Dzięki odwadze i poświęceniu Andrew i Jill świat odzyskał smoki – pradawne, cudowne stworzenia. 

Koniec

Komentarze

Jurrasic Park w smoczej wersji z odrobiną mistycyzmu… Takie o tyle o ile. “Pan/Pani” w tekstach literackich piszemy z małej litery. W niektórych miejscach brakuje przecinków np, “Pomóź mi Andrew, proszę”

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

A mi się podobało. Historia ciekawa, interesująco napisana. Dobrze się czyta – wciąga. 

Jest jakiś pomysł, ale, IMO, wykonanie go skrzywdziło.

Błędny zapis dialogów, interpunkcja, niekiedy błędy ortograficzne. Twój i Wasz dużą literą piszemy raczej w listach.

Merytorycznie też niektóre rzeczy mi się nie podobały. Trochę za dużo myślenia życzeniowego.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za komentarze, błędy staram się poprawić

wrrr i grrr

Przeczytałam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję :)

wrrr i grrr

Od pierwszych komentarzy minęło już sporo czasu, a błędy nie są poprawione. Lubię opowieści o smokach, ale tę czytało mi się ciężko. Raziły byki wszelkiej maści – interpunkcyjne, literówki, złe zapisy kwestii wypowiadanych i myślanych przez bohaterów.

Niestety, ale też postać Jill i jej zachowanie przy spotkaniu ze smokami i ekspresowy plan ich uwolnienia, mnie nie przekonuje. Nawet zdążyła torebkę w budynku zostawić, żeby mieć pretekst do ponownego wejścia. Za szybko, za prosto.

Do tego nie przekonuje mnie to, że nie była naukowcem, tylko plątała się pracując w zoo i sklepach. I ni z gruszki ni z pietruszki jest wyłowiona przez zespół paleontologów jako ekspert.

Poza tym wszystkim, pomysł na historię całkiem-całkiem.

Następnym razem radzę dać sobie i tekstowi więcej czasu, na odleżenie i korektę.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Kilka jest już poprawionych, próbuję robić to na bieżąco, niestety nie znam się na redagowaniu tekstów, nie jestem po kursach pisarskich i pewnie zajmie mi trochę czasu przeanalizowanie całego tekstu, ale nie wiem czy sama wszystko wyłapię. Mam nadzieję, że pomimo tego spodoba się pomysł :) 

wrrr i grrr

Nie wiem jak na to zapatrują się sędziowie – czy można jeszcze cofnąć tekst do bety, a później ponownie zgłosić do konkursu? Jeśli tak, to mogę w wolnej chwili na spokojnie pomóc autorce w uporaniu się przynajmniej w części z najbardziej rażącymi błędami.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

IMO – możecie tak zrobić. Tylko potem dajcie znać sędziom, którzy już przeczytali, że zaszły zmiany.

Babska logika rządzi!

Forestwolf – Twoja decyzja, co dalej :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

chętnie, ale nie wiem jak to zrobić, założyłam konto żeby wziąć  udział w konkursie i nie bardzo ogarniam serwis :)

wrrr i grrr

Jak edytujesz tekst, to na dole masz przełącznik – publikacja/ kopia robocza i bodajże usuń. Ustawiasz kopię roboczą, zapisujesz i wysyłasz Śniącej zaproszenie do betowania (wchodzisz w jej profil i na samym dole będzie odpowiednia opcja).

Babska logika rządzi!

Dziękuję :)

wrrr i grrr

Całkiem niezły pomysł, ale historia została przedstawiona bardzo niewiarygodnie. Zachodzę w głowę, dlaczego do tak tajnych eksperymentów zaangażowano pannę Jill? W czym studiująca dziewczyna była lepsza od, zapewne bardziej doświadczonych i posiadających większą wiedzę, pracowników uczelni? Jak to możliwe, że w tym szczególnie tajnym ośrodku, można było poruszać się tak swobodnie? Sprawa uwolnienia smoków jest tak nieprawdopodobna, że aż śmieszna. Toż to było jak pstryknięcie palcami, błyskawiczne i łatwiejsze od harcerskich pochodów.

Z zadowoleniem stwierdzam, że zniknęła większość błędów, niestety, nie wszystkie. Interpunkcja nadal nie jest doskonała, pozostało jeszcze trochę zbędnych zaimków, jedna Pani i takie kwiatki:

 

W około krę­ci­li się lu­dzie w ki­tlach i rę­ka­wi­cach. / Jasz­czur roz­ło­żył skrzy­dła i za­trze­po­tał nimi, roz­sie­wa­jąc w koło złoty pył. – Powinno być wokołowkoło.

 

Dwóch chiń­czy­ków zmie­rzy­ło wzro­kiem Jill. / Po­de­szli do chiń­czy­ków strze­gą­cych wej­ścia. – W obu przypadkach powinno być Chińczyków.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W przypadku  Jill chodziło mi o to, że została zaangażowana ze względu na to, że czuła wyjątkową więź z gadami i została niejako wyznaczona, czy też przeznaczona do tego zadania, ale najwyraźniej za słabo to uwypukliłam. :)  Jeżeli chodzi o poruszanie się, to Jill robiła to z Andrew, który był uprawniony do wchodzenia wszędzie i mógł obsługiwać wszystkie sprzęty. Był  bliskim współpracownikiem Alberta, który z kolei przewodził badaniom. Co do uwolnienia, taki miałam pomysł. 

Co do błędów, które znalazłaś– poprawione.

Dziękuję za komentarz i odwiedziny :)

wrrr i grrr

No. Teraz to dużo lepiej napisana i znacznie bardziej logiczna historia.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka