- Opowiadanie: Mróz - Wiwisekcja Zwyrodnialca

Wiwisekcja Zwyrodnialca

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Wiwisekcja Zwyrodnialca

W ten deszczowy, październikowy wieczór rządowa limuzyna zjechała z drogi głównej na nierówny asfalt nieoświetlonej leśnej dróżki. Kilkanaście kilometrów dalej snop światła samochodu padł na przyodziany drutem kolczastym kamienny mur, za którym wznosił się kompleks betonowych zabudowań. Auto zatrzymało się przed bramą, z budki wyszedł wartownik, dokonano formalności i metalowe skrzydła rozchyliły się leniwie.

Przed wejściem największego budynku, pod baterią parasoli i w towarzystwie uzbrojonych strażników, czekał starszy mężczyzna o kierowniczej aparycji. Limuzyna stanęła, ombrele podbiegły by osłonić gościa; z wnętrza wyłonił się młody człowiek w eleganckim garniturze, omiatając otoczenie z żywym zaciekawieniem.

Starzec wyciągnął dłoń z oficjalnym uśmiechem.

– Dobry wieczór, moje nazwisko Engel, jestem dyrektorem tej placówki.

– A, tak, rozmawialiśmy przez telefon! Piotr Lipiński, młodszy inspektor ds. Nadzoru Ośrodków Penitencjarnych, dobry wieczór. Widzę, że na ochronę to pan nie żałuje.

– Miejscowi nie należą do pacyfistów – odparł z niesmakiem – Zapraszam do środka.

Mężczyźni weszli po schodach i zniknęli za drzwiami. Maszerując przez korytarze o więziennej surowości i szpitalnym zapaszku, wymieniali uprzejmości i narzekali na swoje życia, jak to w kraju nad Wisłą przystoi w kręgach wszelakich. Wreszcie dotarli do gabinetu Engela, gdzie pod okiem zapchanych regałami ścian, z tyłkami w miękkich fotelach, sączyli po szklaneczce szkockiej.

– Cóż, panie doktorze, przejdźmy do rzeczy – zagadał inspektor, zmieniając ton na bardziej oficjalny – Pański pomysł spodobał się górze, ale jak to u nas bywa, od razu padło pytanie: ile można na tym zarobić?

– Co się z tym krajem dzieje, słowo daję… – westchnął starzec, pokręcając szklaneczką. Wychylił do dna, nachylił się – Powiem panu tak: jedyny sposób, żeby na tym zarobić, to sprzedać za granicą. Ale korzyści płynące z realizacji mojej wizji nie dają się tak łatwo przeliczyć na pieniądze. Poprawa jakości życia! – uniósł palec – To mi chodzi po głowie!

Lipiński przytaknął; Engel był dokładnie taki, jak mu go opisano: pochłonięty swą wizją naukowiec, do którego język okołobiznesowy nie przemówi bezpośrednio. Musiał wejść w jego świat.

– Zaiste, na tych łajdaków ciągle trzeba nowych batów. Ale mimo wszystko… parę osób zdążyło zauważyć, że pańskie rozwiązanie jest dość okrutne.

– Pewnie mają coś na sumieniu – obruszył się Engel – Dobrze, niech wiedzą, co ich może czekać.

– Niech mi pan opowie o tym pana wynalazku, o Anubisie – zachęcił inspektor, usilnie ignorując komentarz doktora – Czym to się różni od zwykłej egzekucji?

– Z perspektywy skazańca, prawie niczym. A z naszej, prawie wszystkim. To rozwiązanie idealne, korzystne dla wszystkich.

– Wszystkich? – uniósł brew – Dla skazańca też?

– Dla skazańca też.

– Myśli pan że śmierć działa tak oczyszczająco na człowieka, że na recydywę nie ma żadnych szans?

– Absolutnie żadnych – rzekł pewnie – Śmiem twierdzić, że gdyby moje rozwiązanie przyjęło się na całym świecie, to w ciągu dekady więzienia stałyby się niepotrzebne, a prawo karne mogłoby zostać grubo okrojone.

– Niesamowite.

Uśmiechnął się, lecz w głowie od razu zapalił się kontrargument; długa na kilkaset pozycji lista zawodów, które ten pomysł pozbawiłby racji istnienia. A wraz z nimi nieprzebrane miliardy. Nie uważał za stosowne na razie o tym wspominać.

– Najlepiej będzie, jak pan sam się przekona. Specjalnie dla pana sprowadziliśmy tu takiego jednego. Za dwie godziny zgodzi się pan ze mną, że nawet największy zwyrodnialec może zostać w pełni zresocjalizowany.

– Ach, tak? – poweselał – Ci w rządzie też?

Engel odwzajemnił uśmiech.

– Nawet sam Szatan.

Wskazał na wiszący na ścianie telewizor wyświetlający mozaikę telewizji przemysłowej. Engel chwycił pilota i wybrał numer; pojedynczy obraz wypełnił szerokość ekranu. Lipiński skrzywił się z niesmakiem.

 

Kilka pięter niżej, w oświetlonej pojedynczą jarzeniówką ciasnej celi bez okien, Jarosław Wajcher masturbował się nad kiblem, mając w pamięci blady obraz przerażonych oczu jego ukochanej Anielki. Płakał przy tym i śmiał się jednocześnie, jedną ręką marszcząc kutasa, drugą ciągnąc z całej siły za jaja.

Doszedł z wyciem. Pogapił się w sufit, po czym opadł na kolana, kryjąc twarz w dłoniach i rycząc wylewnie.

– Boże miłosierny, kurwa twoja mać… – załkał – Dlaczego mnie takim stworzyłeś? Co ja ci zrobiłem, ty zasrany chuju?

Mimowolnie pomyślał o Anielce, poczuł wracający wzwód. Położył się na łóżku z twarzą w poduszce i zaczął okładać łeb butem.

– Odwal się ode mnie, ty mała suko! Zostaw mnie!

Walił i krzyczał przez dobry kwadrans, nim dźwięk kroków zza drzwi przerwał zabiegi. Leżał w bezruchu, nasłuchując prowadzonej półgłosem rozmowy.

– Dwadzieścia minut – głos strażnika.

– Wystarczy – nieznajomy głos.

– Wajcher! Ręce!

Jan powstał bezwolnie i włożył przeguby w otwór w drzwiach. Strzeliły kajdanki, więzień wrócił na miejsce. Korytarz otworzył się na postać strażnika; wstawił niewielki stołek pod ścianę celi i popatrzył groźnie.

– Tylko grzecznie mi tu.

Odpowiedział mu niemrawy półuśmiech, który przyprawił mundurowego o niesmak. Wrócił za drzwi, a do celi wszedł niemłody ksiądz. Wajcher zdążył zauważyć przypiętą do kołnierza tarczę z wilkiem.

– Witaj, młodzieńcze – oświadczył ochryple, siadając na stołku – Wiesz, po co tu jestem?

– Znając was klechów, to pewnie przyszedł się podzielić zdobyczą z polowania – zadrwił Wajcher – Ilu ich tam masz pod tą sutanną? A może chce ksiądz posłuchać prawdziwych bajek, żeby mieć do pamięciówki, co?

Zarechotał, świdrując kapelana przekrwionymi oczyma. Starzec pozostał niewzruszony.

– Czytałem twoje akta i wiem, czego się dopuściłeś, synu, więc nie spodziewam się usłyszeć niczego nowego – rzekł powoli – Ale ci, którzy do tej pory cię wysłuchiwali robili to z obowiązku, jaki im nadali inni ludzie. Ja przychodzę w imieniu Boga, który wysłucha cię, jak dobrego przyjaciela, któremu ciężko na sercu.

– Imieniu Boga? – warknął więzień – Niby którego? Tego od krzyża? Tego od beznapletowców? A może kozojebczego?

– Bóg jest tylko jeden.

– Wszystko jedno, nienawidzę go.

– Za co?

– Za to, że jest pieprzonym sadystą, którego bawi ludzkie nieszczęście.

– Nie, to niedoskonałość człowieka jest winna. My, w przeciwieństwie do Niego, popełniamy błędy.

Wajcher zacisnął zęby. Skóra na czole zmarszczyła się jak stara ścierka.

– Pieprzenie. To nie ja zdecydowałem o tym, żeby mi pała stawała na widok dzieciaka. To nie ja zdecydowałem, żeby mnie nachodziły myśli o tym, jak tu bez przypału wyruchać takiego. To choroba, klecho, zwyrodnienie, które dostałem od tego twojego Boga. To z jego winy taki jestem. To z jego powodu, tu siedzę. Jedyny błąd, jaki popełniłem, to ten, że dałem się złapać.

Starzec westchnął, cień uśmiechu mignął na twarzy.

– Życie jest darem z góry. To, jakim się urodziłeś i jak cię ukształtowano, to jedyne rzeczy, na które nie miałeś wpływu. Ale przychodzi taki czas, że człowiek zaczyna rozumieć swoją odrębność i ponosić odpowiedzialność za swoje czyny. Ponieważ Bóg dał ci wolną wolę, to ty zdecydowałeś co zrobić z tym, co od Niego otrzymałeś. To nie twoje myśli i żądze cię zgubiły, synu, lecz czyny, jakimi się za ich namową

dopuściłeś.

Wajcher przestał oddychać. Oczy zamarły pod sztywnym, obojętnym spojrzeniem kapłana.

– Której części… – wycedził drżącym głosem – Słowa 'choroba' nie rozumiesz, klecho!? Myślisz, że nie próbowałem z tym walczyć, ty pierdolony złamasie?! Chciałem to odpędzić! Do tej pory chcę! Ale ten chuj na górze miał inne plany, podnieca go moje cierpienie!

– Każdy musi stawić czoło swoim demonom, synu. Bóg daje każdemu wystarczająco dużo siły, by oprzeć się złu, ale nie będzie walczył za ciebie. Tobie zabrakło woli, by utrzymać swoje na uwięzi. Stało się tak, jak chciałeś, i teraz ponosisz konsekwencje.

– Gówno prawda! – ryknął, zrywając się na nogi; podbródek mu drżał, w oczach stały łzy – Co ty chuju sobie wyobrażasz?! Będziesz mnie ty, koleżko jebaczy ministrantów pouczał?! Pieprzysz farmazony o Bogu i odpowiedzialności, a o byciu człowiekiem nie masz pojęcia! Jesteś jak reszta tych zasrańców, co najchętniej powiesiliby mnie za jaja i przypalali gorącym żelastwem! Grupowa masturbacja, poprawa nastroju kosztem zniszczonego życia! Nie można nawet o tym pisnąć, bo na samo wspomnienie słowa 'pedofil' w ludziach się krew gotuje! To najgłębsza dupa samotności, rozumiesz, klecho?! Nikt ci w tym nie pomoże! Nikt nie spróbuje postawić się na twoim miejscu! Tak łatwo oceniacie, nie wiedząc, z czym się człowiek zmaga! Jeśli to ma być ten boski plan, to nie mogę się doczekać, aż stanę przed tym zadufanym w sobie bożkiem i powiem mu w twarz, co myślę o jego dziele!

Strażnik aż zajrzał przez kratkę, tak głośne było zawodzenie Wajchera. Ksiądz siedział niewzruszony, ciągle patrząc w oczy skazańca. Opadł na łóżko skulony, zaczął płakać.

– To wszystko, synu? – spytał spokojnie klecha.

– I tak nic to nie zmieni… – załkał – Chuj z tym wszystkim, nie prosiłem się na ten świat…

– Ale chyba trochę ci ulżyło, prawda?

– Kogo to obchodzi?

– Nasz Ojciec w niebie zawsze jest gotów nas wysłuchać. Po to mnie tu przysłał.

Wajcher zaśmiał się blado.

– Uważa ksiądz, że zasługuję na wieczne potępienie, prawda?

– Wyrządziłeś sobie i bliźnim straszliwą krzywdę, a twoje tłumaczenia są mową słabości. Chociaż co do jednego masz rację: człowiek nie lubi stawiać się na miejscu grzesznika. Tak to już jest, że gdy się czegoś boimy, uważamy za zło, nie chcemy się z tym identyfikować. Ale Bóg, choć sprawiedliwy, jest też miłosierny. Nikt, kto dostrzega wyrządzone przez siebie zło i szczerze żałuje swego postępowania nie będzie skazany na wieczną mękę.

– To ksiądz tak uważa… – brzmiała odpowiedź – Jak jest naprawdę, żywi się nie dowiedzą.

– Od tego jest wiara, synu.

Kapłan nachylił się spowiedniczo, przystawiając ucho na odległość oddechu.

– Czy żałujesz za grzechy?

Wajcher podniósł wzrok; po raz pierwszy od wielu miesięcy zobaczył oczy, które nie ziały nienawiścią, które nie sądziły, nie uciekały. Czekały.

– Ja…

Szept, ledwie słyszalny. Po chwili ksiądz stanął na nogi, nakreślił znak krzyża i zabębnił w drzwi. Rozwarły się z hukiem.

– Dzisiaj stawisz czoła okrucieństwie swoich czynów – rzekł od progu – Do zobaczenia, synu.

Metal trzasnął z echem. Więzień zwinął się w kłębek, mrucząc coś do siebie i wilgocąc poduszkę.

 

Na zewnątrz już dawno ściemniało, gdy inspektor Lipiński i doktor Engel wkroczyli do pozbawionego mebli pomieszczenia obserwacyjnego sąsiadującego z rzęsiście oświetloną salą egzekucji. Za szklaną ścianą kilku odzianych w kitle mężczyzn przygotowywało sprzęt: ścianę komputerów, łóżko z pasami oraz maszynę przypominającą skaner MRI. 'Anubis 2.0', głosił napis nad komorą rezonansową.

– Panie doktorze – zwrócił się do zajętego przeglądaniem papierów Engela – Długo pracował pan nad tym wynalazkiem?

– Dekady – odparł beznamiętnie – Wiele dekad.

– To, zdaje się, nie jest pierwsza z maszyn, które pan stworzył, prawda?

Tym razem Engel zaszczycił go spojrzeniem; zawahał się.

– Pierwszy Anubis działał… nie tak, jak powinien.

– A mianowicie?

– Nie musi pan tego wiedzieć – burknął dyrektor.

– Cóż, rząd nie musi finansować pana badań – rzekł nonszalancko inspektor, udając, że wychodzi.

– Nie! – zawołał Engel, łapiąc go pod ramię – Ja… dobrze, wyjaśnię panu.

Lipiński uśmiechnął się sztucznie. Wyciągnął paczkę papierosów, częstując doktora. Odmówił.

– Tamta maszyna robiła z ludzi… żywe trupy.

– Co mam przez to rozumieć?

– Doszczętnie niszczyła ich umysły. Skazańcy umierali naprawdę, pozostawały po nich tylko ciała w stanie wegetatywnym.

– No, to faktycznie niewielki postęp w sztuce katowskiej. Telewizja już od dawna to robi – zażartował. Doktor się nie śmiał – Rozumiem, że ten model działa tak, jak pan opisał w dokumentacji? Sprawia, że tylko im się wydaje, że umierają?

– Tak… i nie.

– Jaśniej proszę.

– Musiałbym panu zrobić wykład z neurologii, a na to nie ma czasu – odparł zniecierpliwiony – Oto i nasz gość wieczoru.

Drzwi drugiej sali otworzyły się; prowadzony przez parę strażników Wajcher rozejrzał się nerwowo, ale sprawiał wrażenie bardziej otumanionego, niźli przerażonego. Kitlowcy przywiązali go do łóżka, podłączyli kroplówkę i kilka elektrod, po czym skazaniec został wepchnięty do bębna maszyny jak do pieca chlebowego. Zaraz przysunięto wielki ekran plazmowy do szyby, i uruchomiono maszynę.

– A to po co? – zdziwił się inspektor – Będziemy patrzeć, jak kona w środku tego ustrojstwa?

– Mniej więcej.

Na znak Engela rozpoczęto właściwą egzekucję.

– Zabieg zostanie przeprowadzony w pięciu fazach – wyjaśnił doktor – Pierwsza, narkoza, to nic nadzwyczajnego. Druga faza to głęboki skan mózgu, trwa w tej chwili. Po zebraniu danych Anubis zestroi się z pacjentem i wprowadzi go w stan REM. To jest trzecia faza.

– REM? – skrzywił się inspektor – Znaczy, że śnić będzie?

– Będzie śnić, ale to nie jego mózg będzie źródłem złudzeń, lecz Anubis. Dzięki temu nie będzie w stanie się samoistnie wybudzić, choćby nie wiem jak koszmarne wizje mu podsuniemy. Będzie sądził, że to się dzieje naprawdę.

– Jak w Matriksie – zaśmiał się blado inspektor, zerkając nerwowo na nieporuszone oblicze doktora.

– Czwarta faza obejmuje poddanie pacjenta traumatycznemu doświadczeniu. W wypadku Wajchera… – syknął z bólem – Cóż, samo złudzenie zgonu nie wystarczy, żeby naprawić jego zwyrodniałą osobowość. Aby Anubis mógł odnaleźć wszystkie wadliwe połączenia w jego mózgu, bodźce muszą być długie i intensywne. Dlatego jego śmierć będzie wyjątkowo okrutna.

Lipiński zaśmiał się blado, poluzował kołnierz.

– Ciekawe, co na to powiedzieli obrońcy praw człowieka.

– To nie moje zmartwienie.

Doktor dał znak ludziom, by uruchomili monitor. Po chwili wyświetlił się obraz: wnętrze rozświetlonego pomieszczenia o białych ścianach. Na środku, przywiązany nago do stołu operacyjnego, leżał nieprzytomny Wajcher. Pod sufitem, wzdłuż łóżka, wisiał wielki, metaliczny wał.

– Czy to jest… – wydusił Lipiński – To co myślę?

– Mam nadzieję, że dobrze znosi pan widok krwi, inspektorze.

 

Wajcher otworzył oczy. Nie wiedział gdzie był i jak tu trafił. Czuł się zupełnie pozbawiony energii; ssanie w żołądku, jakby nie jadł od tygodni. W ustach pustynna susza. Dobra chwila minęła, nim oswojony ze stanem wycieńczenia, zbadał otoczenie. Wszechobecna biel raziła wysuszone oczy. Zawieszony metr nad łóżkiem zbiornik buczał cicho, narastająco. Coraz głośniej. Wajcher poczuł nieuzasadnioną obawę, której pęta zaciskały mu płuca tym mocniej, im bardziej narastał niepokojący dźwięk.

Nagle spód wału zrosił się tysiącami maleńkich otworów, z których buchnęły strumienie pary pod ciśnieniem. Bolesne wycie odbiło się nienaturalnym echem. Podgłówek poruszył się gwałtownie, przyciskając żuchwę do mostka. W szyi strzeliło, Wajcher mimowolnie ogarnął pokryte bąblami ciało. Nie miał wody na łzy, zaczął pokasływać.

Podgłówek opadł, a wał pokrył się pajęczyną pęknięć i z hukiem otworzył; oczom skazańca ukazała się przerażająca maszyna, jak pajęcze monstrum z pojedynczym okiem w bebechach, i dziesiątkami odnóży wyposażonych w skalpele i hydrauliczne szczęki. Wajcher poczuł walące pod zębami serce.

– Będzie bolało, wujku. Będzie bardzo bolało.

Dzwoniący w uszach głosik na moment wyrwał Wajchera z przerażenia. Dostrzegł stojące obok Anielkę, taką, jak wtedy, gdy zakopywał jej ciało w lesie. Patrzyła wielkimi oczami, bez cienia emocji.

– Pa, pa!

Nie przeminął dźwięk ostatniej sylaby, gdy Wajcher poczuł wrzynające się w ciało ostrza. Zaczął wyć jak zarzynany zwierz; skalpele rozcięły skórę od szyi po jaja; zębata piła zjechała na mostek i zmieliła kości. Chwytaki rozchyliły nacięcie; Wajcher odchodził od zmysłów. Wysięgniki zaczęły grzebać w bebechach i wyciągać kolejne narządy, paradując je przed oczami skazańca i zrzucając na ziemię. Zacisnął zęby do krwi, aż wypluł odgryziony język. Gdy nic już nie zostało, a Wajcher nie mógł oddychać, jedna z łap zanurzyła się pod tchawicę i chwyciwszy za kość, wyrwała mózg wraz z dyndającymi oczami z czaszki. Ostatni obraz, jaki widziały, to rozprute zwłoki na stole. Ciemność.

 

W pomieszczeniu obserwacyjnym śmierdziało rzygowinami; zawiesista, zielonożółta kałuża rozlewała się pod stopami zgiętego wpół Lipińskiego. Engel zdał się nie zwrócić na to uwagi, wciąż wpatrzony w makabryczny obraz na plazmie.

– Pan wybaczy na chwilę… – wymamrotał inspektor, udając się do wyjścia. Poprawił co trzeba w toalecie, przemył twarz i buty i wrócił do Engela; brud posprzątano, powietrze pachniało odświeżaczem. Lipiński zapalił papierosa i wyjrzał za szybę.

– Zdaje się, że to nie koniec… – rzekł z pewnym zakłopotaniem – Mówił pan o pięciu fazach, czy tak?

– Istotnie. Pozostała piąta i najważniejsza: wybudzenie pacjenta. To krytyczny moment.

– Dlaczego?

– Bo jeśli przed lub w czasie trwania zabiegu nie pogodził się ze śmiercią, oznacza to, że odratowanie jego duszy jest poza możliwościami człowieka.

Lipiński obejrzał się dziwnie.

– Duszy? Nie spodziewałem się usłyszeć czegoś takiego z ust naukowca, wie pan.

– Tam, gdzie metoda naukowa nie przynosi odpowiedzi, pozostaje tylko wiara.

– Acha. Więc wierzy pan, że ten skurwysyn…?

– Tak – wciął się Engel – Sądząc po tym, co działo się w celi, są na to bardzo duże szanse.

– W celi?

Engel opuścił wzrok, zaśmiał się pusto. Oczy zwróciły się na inspektora.

– To jedna z tych rzeczy, których nie dopuszczałem do siebie. Przez lata Anubis działał bardzo nieregularnie, niektórzy pacjenci wychodzili odrodzeni, inni nie, a ja nie potrafiłem odgadnąć, dlaczego. Odpowiedź okazała się prostsza, niż się spodziewałem.

Cisza zawisła w powietrzu.

– Ksiądz? – strzelił Lipiński. Engel przytaknął – Naprawdę?

– Na to wygląda.

Zabrzmiał cichy alarm. Bęben Anubisa wypluł leżankę z Wajcherem. Rozwarte szeroko oczy uparcie wpatrywały się w sufit, rozchylone usta wciągały i wyciągały powietrze bez pospiechu. Kitlowcy odwiązali pasy i po zrobieniu kilku zastrzyków, stanęli pod ścianami pomieszczenia. Minęła chwila, Wajcher poruszył stopą, potem

ręką, a wreszcie podniósł się i rozejrzał otępiale.

Engel podszedł do interkomu przy ścianie i nie spuszczając wzroku z pacjenta, wcisnął przycisk.

– Dzień dobry, młodzieńcze – zabrzmiał głos doktora – Jak się czujesz?

– Dzień dobry… – wymamrotał otumaniony – Ja… głowa mnie boli.

– To normalne, przejdzie ci za jakiś czas. Możesz mi coś powiedzieć o sobie?

Wajcher zmrużył oczy, wpatrzony w podłogę wertował pamięć.

– Nie.

– Bardzo dobrze, chłopcze. To znaczy, że wyzdrowiałeś.

– Byłem chory? – zaciekawił się, rozdziawiając usta.

– Tak, ale już po wszystkim. Teraz tamci mili panowie zaprowadzą cię do pokoju, gdzie zjesz kolację i pójdziesz spać. Jutro rano porozmawiamy.

– Dobrze.

Pracownicy wyprowadzili pacjenta, po czym wyłączyli maszynę i pogasili światła.

– I co teraz? – spytał Lipiński, wychodząc za doktorem – Nada się on jeszcze do czegokolwiek?

– Zostanie zresocjalizowany. Będzie to o tyle proste, że jego dawna osobowość nie stoi na przeszkodzie.

– Jak się pan do tego zabierze?

– Zwyczajnie. Szkoła, sport, nauka rzemiosła. Odkryje siebie na nowo, i nie będzie nawet podejrzewał, że zgwałcił i zabił kiedyś dziecko.

– To dość ryzykowne. Skąd pewność, że jego dawna natura się nie odezwie?

– Martwi głosu nie mają, panie inspektorze. Żaden z moich pacjentów nie wykazał oznak nawrotów.

Maszerowali korytarzem, stanęli w windzie.

– A czego pan ich uczy? – zaciekawił się inspektor.

– Czego tylko chcą.

– Zapewne chętnie się uczą, jak dzieci, nieprawdaż?

– Istotnie, choć przez to, że ich mózgi są już w pełni ukształtowane, nie idzie im tak szybko. Ciekawości i chęci im jednak nie brakuje.

Niespodziewanie Lipiński uścisnął dłoń Engela. Doktor obejrzał się z lekkim zdziwieniem.

– Wygląda na to, że znalazł pan idealne rozwiązanie kwestii przestępców – uśmiechnął się inspektor – Myślę, że gorąco zarekomenduję finansowanie pana projektów. Kraj może wiele na tym zyskać.

– Cieszy mnie to – odparł dyrektor, szczerząc się szeroko. Winda stanęła, mężczyźni ruszyli z powrotem do gabinetu.

 

Godzinę później Engel odprowadził Lipińskiego do auta, po czym pożegnali się w najlepszych nastrojach. Limuzyna opuściła kompleks i zanurzyła się w ciemności lasu. Inspektor wyjął telefon i wielce ucieszony, wybrał numer.

– Jędrek? Tak, już wracam. Ten Engel to niezły pojeb. Ale może się przydać. Powiedz Biedronie, żeby skontaktował się z naszymi najgrubszymi klientami. Niech powie, że chodzi o… sprzęt do pacyfikacji opornych i ćwiczenia komandosów. I morda w kubeł.

 

Koniec

Komentarze

Wiwisekcja ; )

 

Przyznam, że nie kupiłem wizji. To znaczy nie trafia do mnie kwestia udziału kapłana w całym procederze, jak i całe to magiczne wyjaśnienie problemu. Puenta związana z urzędnikiem jest w miarę okej, bo zmywa nieco przeciętne wrażenie po wyjaśnieniu tajemnicy kuracji – “głupi urzędas kupi wszystko” ; )

Odniosłem również wrażenie, że dialog skazanego z księdzem jest trochę zbyt przegadany, tj. z jednej strony rysujesz obraz takiego srogiego zwyrodnialca, ale z drugiej jego zdolność do autorefleksji oraz kompetencja językowa wskazują na niezły poziom intelektualny – jedno z drugim trochę nie gra: być może warto by nieco skrócić jego wypowiedzi i nadać im bardziej surowy ton. 

Poza tym tekst jest całkiem czytliwy i szybko się przez niego leci. 

Przypomniało mi się opowiadanie pt. “Kolonia karna” Franza Kafki. Polecam

I po co to było?

Moim zdaniem niepotrzebna jest cała magicznoduchowosadystyczna otoczka. Jeśli przebudowany przez Engela aparat jest tak precyzyjny, do spreparowania nowej osobowości wystarczy on sam. Reszta to sztafaż, efekciarstwo.

Zgadzam się z Adamem, również miałam wrażenie, że tekst w niektórych miejscach jest po prostu efekciarski. Nie do końca pojęłam, dlaczego Wajcher musiał zostać poddany takim torturom. Trochę za dużo – mam wrażenie – chciałeś załatwić zdaniem Musiałbym panu zrobić wykład z neurologii, a na to nie ma czasu. Chętnie bym, w jakiejś przystępnej formie, ten wykład przeczytała, bo teraz, niestety, okrucieństwo jawi mi się właśnie jak taki efekcik. A ja, kurczę, za efekcikami nie przepadam. 

Tak, tekst jest dość czytliwy i szybko się przez niego leci – tu natomiast zgadzam się z Syf.em.

Na początku nastroszył mnie asfalt leśnej ścieżki i mur przyodziany drutem, ale potem już nie było tak źle. Potem już było lepiej, ale czasami się na czymś potykałam. Masz jakieś zbędne entery.

Zgadzam się z przedpiścami, że te tortury nie bardzo pasują. Skoro zresocjalizowany ich nie pamięta, to nic nie zmieniają. Chyba że Anubis to nie nauka, tylko magia, ale wtedy zmień kwalifikację. ;-)

Ksiądz siedział niewzruszony, ciągle patrząc w oczy skazańca. Opadł na łóżko skulony, zaczął płakać.

Ksiądz opadł?

Dzisiaj stawisz czoła okrucieństwie swoich czynów

A dlaczego nie “okrucieństwu”?

Babska logika rządzi!

Dzięki za feedback.

 

Widzę, że trochę za dużo niedopowiedzeń w tekście. Nie będę oczywiście narzucał poprawnej interpretacji, ale to już wynik mojego niedbalstwa, bo szczerze mówiąc, pisałem to trochę na chama i sam nie do końca przemyślałem.

 

@syf: w moich oczach bycie intelektualistą nie koliduje z byciem zwyrodnialcem.

Czytało się nieźle :)

Znam tylko pięć liter ;)

Cóż z tego, że szybko się czytało, skoro rzecz nie przypadła mi do gustu, a zwłaszcza udział w niej księdza i rozważania o Bogu, że o maszynie buszującej w skazańcu nie wspomnę.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka