- Opowiadanie: tfurca - Ernest Guzik (I-V)

Ernest Guzik (I-V)

To jest powieść, którą napisałem wspólnie z niejakim andro, obecnie scyzorykiem spod Kielc. Publikuję ją za jego zgodą. Jako że tekst jest długi, podzieliłem go na odcinki. Przyjemnego czytania :)

Oceny

Ernest Guzik (I-V)

I

 

Ernest znalazł pudełko we wtorek. To znaczy, nie tak od razu z samego rana. Najpierw został brutalnie obudzony piskliwym dźwiękiem telefonu, namówionego dzień wcześniej klawiszami na to, żeby piszczał o świcie. A potem kopał po chodniku morelowy kamyczek w drodze na przystanek. I później to już znalazł pudełko.

Chociaż nie! Jeszcze pomyślał: „Piętnaście lat już się tak turlam z tą kobietą, zupełnie jak ten kamień”. Myślał, że się tak będzie rollingstonować w nieskończoność i stanął nagle. „Jakbym go znów nie kopnął, to co?"

A kartonik zaraz potem leżał obok osiedlowego śmietnika (może był tam również wcześniej, ale dla Ernesta to było zaraz potem). Taki zwykły, po butach, i nawet nie rzucał się w oczy, ale Ernest postanowił: „Przyda mi się na stare rachunki". I wsadził go do plecaka.

A chwilę później, to znaczy kiedy zawiązywał plecak, już o nim nie myślał. I tak prawie przez pół dnia.

Przypomniał sobie o nim, gdy wracał z pracy i wtedy zdecydował się zajrzeć na moment do piwnicy, żeby schować go w zakurzonym fragmencie segmentu (z tych na wysoki połysk). Piwnica była jego królestwem, świątynią, ostoją i różnym innym takim (na przykład schroniskiem dla pająków uratowanych przed kapciem Moniki). Żona Ernesta tłukła muchy, komary i wszelkie inne robactwo, włącznie z pożytecznymi stawonogami. Dlatego wszystkie kosarze i krzyżaki, jakie zauważał w mieszkaniu, wynosił na dół.

Położył pudełko na półce. Potem, wzdychając, szedł po schodach na swoje trzecie piętro i przygotowywał sztuczny uśmiech.

– Cześć! Jak tam dzień? – strzelił wesoło od progu.

– Siadaj zaraz, bo mi się wszystko pali! Łazisz gdzieś… – warknęła Monika z ciasnej kuchni.

Stokrotki na jej fartuszku niebezpiecznie puchły przez ostatnie kilka lat, jakby były nadmuchiwane. Czasami Ernest miał wrażenie, że całe ich malutkie mieszkanko zaleje łąka fartuszkowych kwiatków.

Zjadł kaszankę z ziemniakami i kiszonym ogórkiem, oglądając jakąś telenowelę (pilot leżał przy talerzu Moniki).

Po obiedzie zdrzemnął się na wytartej sofie koloru khaki. Potem postanowił, mając na myśli znalezione pudełko, posegregować stare rachunki, gwarancje na dziesięcioletnie sprzęty AGD i inne tego typu papierzyska.

Żona oglądała trzecią telenowelę – „Rozanielony anioł", czy coś…

Ernest w tym czasie szperał w szufladach i szafkach, mielił zawartość segregatorów, penetrował zeszyty. Był zdenerwowany, że wyblakła już większość paragonów, bez których gwarancje nie były nic warte. Irytował go brak niektórych rachunków, przez co nie mógł doliczyć się stanu realizacji rocznego budżetu, precyzyjnie ustalonego w ramach noworocznych postanowień, a którego celem było zaoszczędzenie pieniędzy na rolki jeszcze przed sezonem letnim. Z kolei Monika była zła, że Ernest szeleścił papierami i zagłuszał dialogi. Poza tym nie podobał jej się rozwój wypadków w serialu, bo ta głupia suka, Amanda, okręciła sobie wokół palca Mario, który porzucił dla niej Miriam. I w ogóle w tym odcinku nie pojawił się jeszcze jej ulubieniec, Carlos. Swe żale wyładowywała na Erneście, ten za to nie mógł słuchać ani jej, ani portugalskiego języka z telewizora. Zabrał swoje papiery i zszedł do piwnicy.

Gdy ujął w dłonie pudełko, w myślach przewinął mu się cały dzisiejszy dzień. Przypomniał sobie morelowy kamyk i natychmiast pomyślał o Monice. Nie, nie dlatego, żeby kojarzyła mu się z kolorem morelowym, ale raczej z samym kamieniem.

Ożenek z Moniką był odruchem serca. Wolał biedne małżeństwo z miłości, niż bogate z rozsądku. Bieda pozostała do dziś, a miłość…

Ernest czasem żałował, że myślał. Tym razem również odpędził myśli, jak chmurę tytoniowego dymu. Zebrał do kupy wszystkie papiery i energicznie otworzył pudełko.

W tym momencie zgasła dwudziestoczterowatowa żarówka. „No, to będzie afera” – pomyślał . – „Przecież dzisiaj »Z jak Zdrada«, a potem »Na Krzywej«”.

Namacał dłonią leżącą na półce świeczkę i zapałki. Drżący płomyk oświetlił nieśmiało jego pajęczynowe sanktuarium. Nie miał ochoty wracać do mieszkania. Już słyszał w głowie przerywane wzdychaniem wyrzuty i pomstowania Moniki: „Akurat dzisiaj! A taki ważny odcinek… Ta Mariolka to teraz nie wiem… zejdzie się z tym Staszkiem? Może zadzwoń do elektrowni, Ernik?”

Otworzył szufladę fragmentu segmentu na wysoki połysk i wyciągnął puszkę piwa. Zawsze trzymał tam coś na odstres, nabytego za lewe zaskórniaki. Usiadł na starej, drewnianej skrzynce po owocach i pociągnął długi, rozkoszny łyk. Pomyślał o starych wierszach z czasów szkoły średniej, które powinny być gdzieś tutaj, w jednym z kilkunastu kartonów, upchanych w masywnej szafie po teściowej. „Muszę przegrzebać ten cały bajzel” – postanowił. „Ale może w weekend”.

Tymczasem, kończąc swój puszkowany przydział złudnej wolności, zgarnął stertę przyniesionych papierów i sięgnął po otwarte uprzednio pudełko po butach. Spojrzał na jego dno i zauważył, że nie jest całkiem puste – była w nim koperta. Ostrożnie chwycił ją w dwa palce (tyle mówili ostatnio o wągliku) i obejrzał w nikłym świetle świecy. Była zaklejona i niezaadresowana. Przyjrzał się jej dokładniej pod światło i stwierdził, że w środku jest złożona kartka papieru – jakiś list i coś brązowego. Zrozumiał, że stoi w obliczu niezwykłej tajemnicy. Pomyślał, że w takiej sytuacji przydałaby się jeszcze jedna puszka piwa dla rozjaśnienia umysłu, ale resztkę zapasu wypił przed chwilą, nie zostawiając sobie nic na czarną godzinę. Prawdziwie czarną.

Nigdy w życiu nie przeczytał listu, którego nie był adresatem. Ale ponieważ ten nie był zaadresowany do nikogo, to jakby do każdego. W każdym razie tak sobie przewrotnie rzecz tłumaczył, gdy rozdzierał papier koperty. Wysunął ze środka list i rozłożył kartkę. Płomień świecy zadygotał, jakby trącony niewidocznym i niesłyszalnym podmuchem, choć Ernest nie wyczuł żadnego przeciągu. Wydłużone cienie piwnicznych sprzętów ożyły na sekundę, stłoczone wokół niego, kłapiąc mrocznymi szczękami i wywijając iluzorycznymi szponami. W swojsko dotąd bulgocących rurach rozległ się jęk, jak gdyby przeleciało przez nie stado potępionych dusz. Powietrze zgęstniało, a na czoło Ernesta wystąpił pot, choć przeniknął go lodowaty chłód, niczym mroźny sztylet. Gładka skóra zamieniła się w gęsią skórkę, gdy zaczął czytać.

Treść listu była pięknie wykaligrafowana krwistoczerwonym atramentem… Atramentem?

 

“Wybrańcze Jasno Przepowiedziany!

Chwalbo naszych Jaźni!

Powiedźże dusze nasze marnawe ku Opętaniu Zbawczemu,

Radości Wszechwiecznej.

Bądźże naszym Sztyletem w wrażych piersiach parszywych,

Uraduj nasze byty chamowate

I nakarm je Bólem Odszczepieńców.

Spętaj Wolę Sługusów powolnych Nieprzyjaciołom naszym,

Zmiażdż ich Cielesność, wypruj trzewia ohydne,

Rzuć padlinę swym Umiłowańcom, by karmiąc się Twym zwycięstwem

Potęgę Twą wielbili

I z usty krwawymi nieśli w Świat Imię Twoje,

Straszliwe i Okrutne,

Niszczące i Pożądliwe,

Cuchnące Śmiercią,

Rażące brzmieniem.

 

By stał się Nowy Porządek, przybądź nocy tejże w sam jej środek na Smętarz.

Znaków wypatruj.

Nie zawiedź.”

 

Poniżej, w brązowym laku, odciśnięta była pieczęć.

 

– Tfu! Co za gówno! – mruknął Ernest, spoglądając niespokojnie na pustą puszkę i zegarek. Monika będzie oczywiście zrzędzić: „Coś tam robił, do jasnej ciasnej?”. Zawsze tak mówiła – do jasnej ciasnej – od kiedy ją znał. I co to niby ma znaczyć? Znaków wypatruj? Ale bzdura! Jakieś wygłupy małolatów, pewnie nowa zabawa z Internetu. Wypisujemy idiotyczne listy do wybrańców i chowamy je do pudełek po butach.

„Muszę sprawdzić to na guglach” – postanowił, wrzucając kartkę na dno kartonika. Dopełnił je starymi rachunkami i zamknął starannie tekturowym wiekiem. Coś jednak nie dawało mu mimo wszystko spokoju. Płomień świecy przybierał dziwne kształty, wydłużał się ponad miarę i pajęczyny skrzyły się w jego świetle jak zimne ognie na choince. Nawet schody na trzecie piętro całą swą kanciastością szeptały do niego jakieś niezrozumiałe tajemnice, w głowie szumiały fale czerwonego atramentu, czy czegoś tam. Nacisnął fosforyzującą zniechęceniem klamkę i w tej chwili stała się jasność.

– Co tam robiłeś, do jasnej ciasnej? – warknęła Monika.

– Zabłądziłem. To przez ten brak światła – zaczął tłumaczyć trochę naiwnie, zmieniając kapcie z piwnicznych na domowe.

– Co ty pierdzielisz za głupoty! Jaki brak światła? Masz jakieś randki w tej piwnicy?

– Ależ skąd, koteczku! Żarówka się przepaliła. Chyba mamy jakąś zapasową. Muszę wymienić i zaraz wracam. – Ernest poczuł nagłą potrzebę przeczytania listu po raz kolejny.

– Nigdzie nie pójdziesz. Pooglądałbyś coś ze mną, zamiast szlajać się nie wiadomo gdzie. Czy ja już ci do niczego nie jestem potrzebna? – dodała łzawo.

– Właśnie czekałem na ten show. Ach, jak ten czas leci! Nie wiedziałem, że już ta godzina. Pooglądam z tobą. Ciekawe, kto dziś odpadnie? O, ja też na nich stawiam!

Ernest usiadł przed telewizorem i zamienił się w mumię.

 

Obudził się nagle w środku nocy skulony na sofie. Monika pochrapywała cicho na rogówce, przykryta po czubek głowy kołdrą w baloniki. Rozprostował zdrętwiałe nogi i powiódł zdziwionym wzrokiem po ciemnym pokoju.

Telewizor zdawał mu się przyglądać wnikliwie swoją czerwoną diodą i ziewał otchłanią wygasłego kineskopu.

„Masakra” – przemknęło mu przez myśl. – „Nie zrobiłem kanapek do pracy… i nie umyłem się. A srał to pies, może być dzień dziecka. Po drodze kupię sobie jakieś bułki”.

I chociaż było to wbrew zasadom Ernesta, o dziwo poczuł się uspokojony tą nowatorską decyzją. Tylko ciśnienie w pęcherzu nie dawało mu spokoju, więc zwlókł się z sofy i poczłapał do łazienki, uderzając boleśnie biodrem o framugę drzwi.

 – Fakamaka – mruknął zaspanym głosem.

Usiadł na desce, żeby nie musieć wycierać opryskanej muszli i przede wszystkim zachowywać równowagi w tej sennej kondycji. Sikając, obserwował spod półprzymkniętych powiek rozwieszoną na sznurku kolekcję stringów w rozmiarze XL. Misiu, serduszka, kwiatek, twarz… Twarz! W lustrze!

 

II

 

Ernest siedział na ławeczce i trochę śmiał się z siebie, trochę płakał. Był wściekły, ale przede wszystkim czuł upokorzenie. Z pewnością zgraja jakichś ześwirowanych małolatów może sobie gratulować udanego numeru. Niewykluczone nawet, że filmują go z ukrycia i zabłyśnie na jutubie jako gwiazda dnia do wyśmiewania. Po coś ty, debilu skończony, przyłaził w środku nocy na ten cholerny cmentarz?! Czy ci, naiwny imbecylu, brakuje adrenaliny? To skocz na bandżi, albo idź do szefa i poproś o podwyżkę. Lustro? Czytałeś stek bzdur po ciemku w piwnicy, to potem miałeś koszmary. A gdy sen skończył się i poszedłeś do kibla, w lustrze zamajaczył strzęp nocnej mary, bo przecież zaspany byłeś jak borsuk. Oto i cała tajemnica. Wystarczyło tylko trochę pomyśleć, zachować odrobinę rozwagi, a nie lecieć bezmyślnie na złamanie karku.

Tak Ernest rugał siebie w myślach, gdy nagle pojął rzecz jeszcze bardziej przerażającą. „Chryste, a jeżeli Monika się obudziła?!” Spojrzał na zegarek w komórce. Było prawie wpół do drugiej. Serce na chwilę przestało pracować, a potem podeszło do gardła. Zerwał się na równe nogi i popędził do furtki. To znaczy, postawił dwa kroki i zderzył się z jakąś ciemną postacią, która nagle wyrosła mu na drodze. Odbił się od niej i przewrócił.

– Spóźnionyś – usłyszał.

Spojrzał w górę i zobaczył kontur kaptura wieńczącego olbrzymie ciało otulone w długi płaszcz.

– No tak – wymamrotał sparaliżowany strachem. – Ale ja spałem i… w ogóle…

– Co w ogóle? – wyszeptała ciemna postać, a jej szept zabrzmiał jak krzyk.

– W ogóle o co tu chodzi? – Ernest nagle nabrał odwagi. – Bo Monika się może obudzić i mam pozamiatane przez to wszystko.

– Martwisz się o nią? – dobiegło z czeluści kaptura.

– Martwię? No nie, chyba nie martwię. Tylko…

– Więc boisz się? Taka jest straszna?

– Będzie się pytać, gdzie byłem w nocy. I co jej powiem?

Nastała chwila ciszy, w której Ernest słyszał tylko swój urywany oddech.

Zaczął gramolić się z ziemi i stanął wreszcie z mroczną postacią twarzą w… nicość. Przełknął głośno ślinę i chrząknął, nie wiedząc, co może zrobić mądrzejszego.

– Monika o wszystkim wie – powiedziało zakapturzone coś.

– Wie? Jak to? – Ernesta zatkało.

– Sam jutro zapytasz ją. A na razie weź to i idź do domu – ciemna postać wydobyła spod płaszcza jakieś zawiniątko i podała Ernestowi na wyciągniętej dłoni.

Cóż mógł zrobić? Jakie miał inne wyjście, niż wziąć to? Odwrócić się i uciec? Ciekawość była silniejsza.

Za chwilę ciemna postać zniknęła w mroku, a przed oczami Ernesta wciąż jawiła się jej smukła biała dłoń.

 

– Chryste Panie, kurwa mać! Boże Święty, ja pierdolę! – łkał Ernest. W ręku ściskał zawiniątko, aż mu się spociła dłoń. Bał się zajrzeć do środka. Już raz ciekawość zaprowadziła go na cmentarz. Jednak jakiś tajemniczy głos podpowiadał mu, że skoro powiedziało się A, trzeba powiedzieć i B. Lecz zaraz inny głos przestrzegał, by nie brnął dalej, bo wciąż jeszcze można to zawrócić. Biegnij szybko do domu, Erneście! Może Monika śpi. Położysz się do łóżka i przytulisz do jej ciepłego ciała. Wstaniesz rano, jak gdyby nigdy nic i pójdziesz do pracy. Ach, i wyrzuć to gówno!

Ernest nagle pokochał swoją żonę. I swoją pracę. Ale zawiniątka nie wyrzucił.

Zdyszany, wbiegł po schodach. Odczekał chwilę, by ustabilizować oddech, po czym ostrożnie, cicho jak złodziej, przekręcił klucz w zamku i nacisnął klamkę.

 

Marzenie się spełniło. Monika rzeczywiście spała i jej wielka ciepłota nagrzała przestrzeń podkołderną prawie jak wnętrze martenowskiego pieca. „Jak to dobrze mieć dużo żony” – pomyślał Ernest, pociągając cicho zaróżowionym nosem i wślizgując się w strefę bezpieczeństwa termicznego.

Oczekiwał, że nie zaśnie do rana – kanapki nie zrobione i jeszcze spotkanie z upiorem na cmentarzu. Przymknął tylko oczy, żeby powstrzymać dokuczliwe pieczenie pod powiekami, a kiedy je otworzył, było rano i komórka piszczała jak głodny pisklak.

Spojrzał z przestrachem na Monikę, która zaczęła mruczeć i przewracać się na drugi bok. Odchylił delikatnie kołdrę, opuścił stopy na podłogę i wsunął je w zimne kapcie.

– Masz to? – mruknęła sennie żona.

Utkwił przerażony wzrok w beznadziejnej gładkości ściany i zacisnął prześcieradło w obu pięściach. A więc to nie sen!

– Mam, kwiatuszku, mam – szepnął.

– No, to dobrze. Kup ziemniaki, jak będziesz wracał z roboty.

Ernest powlókł się do łazienki, wysikał na siedząco i westchnął głęboko. Przebiegł wzrokiem wokół siebie. Misiu, serduszka, kwiatek, twarz… zwyczajna zmęczona, nieogolona twarz z przekrwionymi od niewyspania białkami, z sińcami pod oczami. Rozczochrane kłaki. Zwyczajnie.

 

Robota też minęła zwyczajnie. Wracał głodny, bo w plecaku zamiast kanapek miał zawiniątko. Nie tknął go, a szef nie dał mu czasu, żeby się nad nim zastanawiać. Niech będzie błogosławiony! Teraz delikatny, chłodny powiew wiatru włączył myślenie. Lecz wszelkie racjonalne sposoby wytłumaczenia ostatnich dwudziestu czterech godzin spełzły na niczym. Jechał trzynastką i wpatrywał się intensywnie w pojedyncze krople deszczu, rozbijające swoje mordki o tramwajową szybę, czasem leniwie, a czasem na wyścigi spełzając w dół. Nie dostrzegł starszej pani, której nie ustąpił miejsca. Nie zauważył swojego przystanku. Bo właśnie wtedy do krzesełka przybiła go stalowym gwoździem myśl z rodzaju olśnień. Jest chory! Psychicznie. Schizofrenia. Trafi do czubków. Nie da się. Będzie udawał. Gdyby tylko wiedział, który świat jest prawdziwy – ten z Moniką, czy ten z postacią z cmentarza. „Cholera, przegapiłem przystanek. Spóźnię się do domu. Ziemniaki! Nie zapomnieć kupić!”

W tym małym warzywniaku na osiedlu będą mieli na pewno. Ceny są tam z kosmosu, ale nic już więcej po drodze nie ma. Czy ziemniaki mają jakiś wpływ na schizofrenię? Chyba nie, przynajmniej nic o tym nie słyszał. Fakt, że do tej pory mało się interesował chorobami psychicznymi. Tylko czasami przychodziły mu na myśl, przeważnie po jakiejś rozmowie z żoną.

 

– No, masz to? – zapytała Monika, gdy tylko przekroczył próg. – Mogłeś zostawić mi, po co to nosisz do roboty i z powrotem? Jeszcze zgubisz, czy coś, ukradną ci, albo nie wiem…

– Mam – mruknął zaszokowany jej spokojem. – A skąd ty wiesz, że ja to mam i … w ogóle skąd wiesz, co to jest?

– No, jak to skąd? – rzuciła lekkim tonem. – Przecież był tu ten facet i mówił.

– Co mówił?

– No, że możemy wziąć udział, tylko trzeba przejść eliminacje i takie tam.

– Jakie?

– Jakie, jakie… – Monika zaczynała się irytować. – Ty się miałeś dowiedzieć, jakie. Ziemniaki kupiłeś?

– Kupiłem – położył siatkę na kuchennym stole nakrytym ceratą w dzbanuszki i rumiane jabłka.

– No, to obieraj, a ja rozbiję kotlety. Zjemy, to dopasujemy to twoje do mojego i zobaczymy.

Ernest cmoknął zaskoczoną małżonkę w policzek. Potem, kiedy obierał ziemniaki, pluł kremem, czy jakimś tam smarowidłem. A jeszcze później starał się bezskutecznie dotrzymać Monice tempa w pochłanianiu obiadu. Tymczasem ona w ogóle nie zwracała na niego uwagi, śledząc jednym okiem zdarzenia w telewizorze, a drugim kontrolując celowanie widelcem w kotlety i ziemniaki. Dopiero gdy zjadła, powiedziała:

– A ty z czego się śmiejesz? – Przyłapała go, gdy uśmiechał się do swoich myśli. Ależ z niego głuptas. Niepotrzebnie tak się bał, bo zaraz wszystko się wyjaśni. – Nie rób takiej miny, bo wyglądasz jak debil. Streszczaj się z tym obiadem. Ile będę czekać?

Skończył się odcinek. Monika westchnęła.

– Głupi ten serial, chyba przestanę go oglądać – zagroziła, nie pierwszy zresztą raz.

Ernest wpakował sobie do ust kilka ostatnich kęsów obiadu na raz. Z wypchanymi policzkami zasymulował, że mówi „dziękuję”. Wstał i wyszedł do przedpokoju, gdzie zawsze kładł swój plecak. Żuł z wysiłkiem, bo kotlet wsunął mu się pod język. Nie mógł go wypchnąć, gdyż wtedy wypadłyby mu z buzi ziemniaki. Otworzył plecak i wsunął dłoń. Nic nie wymacał.

– Koteczku! – rzucił w stronę pokoju, opryskując ścianę ziemniaczaną fontanną. – Czy ty to wyciągałaś z mojego plecaka? – zapytał z nadzieją w głosie.

– A czy uważasz, że powinnam grzebać w twoich śmieciach? Co ty myślisz, że ja już nic innego nie mam do roboty? A może sądzisz, że jestem zazdrosna i cię szpieguję? To ci powiem, że jakby cię chciała jakaś lafirynda, to ja bym jej jeszcze dopłaciła, żeby cię do siebie zabrała. Przynieś to wreszcie, do jasnej ciasnej!

Gdzie to się, do jasnej ciasnej, podziało?! Przecież zawiniątko miał w plecaku jeszcze w pracy. Ostatni raz otwierał go… w warzywniaku.

O masakro wielopokoleniowa! Teraz będzie jazda – tylko tyle zdążył wyprodukować umysł Ernesta, zanim się zaczęło.

– A co, może zgubiłeś?! – Pytanie Moniki wpadło do przedpokoju jak wielka ognista torpeda.

– To znaczy… – wymruczał – no, nie wiem.

– Jak to nie wiem, do jasnej ciasnej! Przecież ty mnie do grobu wpędzisz! Zgubiłeś, czy nie?!

– Miałem w plecaku i potem kupowałem ziemniaki, sama mi kazałaś.

– To może moja wina, tak? Bo jak się kupuje ziemniaki, to zawsze trzeba coś zgubić! Tak wszyscy normalni ludzie robią pewnie, tak?

Drogę do warzywniaka przebył truchtem przeplatanym zadyszką i sinieniem policzków. Myśli kłębiły się w jego czaszce jak rosówki w pudełeczku wędkarza, a na murku ćwierkał wróbel.

– O! Pan jest Ernest, tak? – palnęła od progu pani warzywniakowa.

– Tak. A co? – odpalnął Ernest.

– Bo Leonid kazał powiedzieć panu, że pisklę wróciło do gniazda.

– Co?

– Pisklę wróciło do gniazda. Pan coś hoduje?

– Tak, głupotę. Kto to jest Leonid?

– Może jabłuszka? Bardzo smaczne. Świeżutkie. Nie pryskane. Z Chin.

– Nie, dziękuję. Nie lubię jabłek.

Warzywniakowa założyła ręce na piersi i wydęła wargi.

– No dobrze, da pani kilo.

Kobieta z uśmiechem zabrała się za ładowanie małych, żółtych jabłek na tackę.

– Twierdzi, że ma na imię Leonid, ale wszyscy znają go jako Szwajcara – powiedziała, kładąc tackę z jabłkami na wadze. – Wyszło trochę więcej. Może być?

– Może. To znaczy, że on jest ze Szwajcarii?

Warzywniakowa wzruszyła ramionami.

– Niech pani dorzuci jeszcze kilo…

– Nie, nie jest ze Szwajcarii – zaśmiała się, dorzucając kilo. – Po prostu śmierdzi jak szwajcarski ser i ma ubranie dziurawe jak szwajcarski ser.

– Kto to właściwie jest?

– Trochę pomidorków? Żona się ucieszy i może sałatkę zrobi na kolację?

– Poproszę dwa.

– Dwa? – zapytała zawiedziona.

– Dwaaa… naście, znaczy, chciałem.

– To ten menel, co ostatnio kręci się po śmietnikach na osiedlu. Taki wielki chłop. Zawsze w kapturku, że mu twarzy nie widać.

– Ach, to już wiem! – Ernest przypomniał sobie postać z cmentarza i aż dreszcz go przeszedł. – I co on mówił jeszcze?

– Nie wstyd panu zadawać się z takimi? A taką ma pan porządną żonę. Na pewno panu sałatkę zrobi na kolację, ale bez cebulki nie będzie taka smaczna.

– To kilo może…

– Mam w woreczkach po pięć kilów. Może być?

– Niech będzie – aż machnął ręką zniecierpliwiony.

– Tam leżą. Sobie pan weźmie, jak będzie wychodził.

– Dobrze. To co mówił?

– Że pisklę wróciło do gniazda.

– I co jeszcze?

– Nic. Powiedział, żeby panu przekazać i poszedł.

– Ojej, gdzie go znaleźć? Błagam, nie mam więcej pieniędzy na zakupy!

Warzywniakowa chwilę ważyła coś w myślach. Albo warzywiła.

 – Niech będzie. Lubię pana, to powiem. Przejdzie się pan po śmietnikach na okolicznych osiedlach, to na pewno w którymś będzie grzebał.

Ernest postanowił nie wracać do domu, dopóki nie znajdzie tajemniczego Leonida. Objuczony siatkami zszedł ciężkim krokiem do piwnicy (na szczęście zawsze miał przy sobie klucze od swojego sanktuarium). Zostawił tam cały warzywno-owocowy kram, zważył jeszcze w dłoni solidność kłódki i ruszył na szlak osiedlowych śmietników.

„O co w tym wszystkim chodzi?” – myślał rozpaczliwie, krzywiąc nos drażniony smrodem rozkładającego się jedzenia. „Jakie eliminacje, do czego? Niech no tylko znajdę tego… się skończy ta ciuciubabka.”

Po jakiejś godzinie na wyświetlaczu rozedrganego i rozćwierkanego telefonu pojawił się złowróżbny napis: „Monia”. Ernest westchnął głęboko i desperacko grzebiąc w tej szufladzie swojego umysłu, która zawiera kłamstwa, podniósł aparat do ucha.

– Słucham cię, słoneczko.

– Gdzie ty jesteś, do jasnej ciasnej?!

– No, właśnie czekam na jednego pana, który znalazł tą moją paczuszkę.

– Ty sam jesteś paczuszka! Gdzie czekasz?!

– Nie denerwuj się kwiatuszku, wszystko jest w porządku. Za godzinę będę w domu. Pa! – Pośpiesznie nacisnął czerwoną słuchawkę, blokując, niczym szybą, chmarę natrętnych komaro-słów.

Po następnych czterdziestu minutach, odurzony kalejdoskopem słodko-kwaśnych woni, oparty plecami o ściankę kolejnego śmietnika, Ernest jak automat szeptem powtarzał sobie cztery słowa: „pisklę wróciło do gniazda". Powtarzał je ciągle, człapiąc zrezygnowany w kierunku swojego bloku i kiedy z kluczami w dłoni stanął przed kłódką w drzwiach do piwnicy, nagła myśl poraziła go jak przepływ wolnych elektronów. Muszę iść w nocy na cmentarz!

 

III

 

Pstrokata tłuszcza gęstym strumieniem lała się osiedlowymi uliczkami. Miała konsystencję ciepłego budyniu i można by pomyśleć, że okolica węzła komunikacyjnego jest zagłębieniem, do którego ten poranny deser powoli, cierpliwie, acz nieustannie, spływa. Tam pochłaniany jest przez żarłoczne, zielone autobusy i zareklamione tramwaje. Każdy taki haust prędzej czy później kończy się systematycznymi torsjami na kolejnych przystankach. Ale cierpliwe środki komunikacji miejskiej wiozły swój krzyż bez skargi.

W tej jednolitej, skupionej, budyniowatej masie tkwił maleńki paproszek. Siedział na ławce na przystanku, oparty o szybę z reklamą rajstop. Zmęczone oczy chwilami same się zamykały, ale wtedy w głowie wykwitały sceny ostatniej nocy i Ernest natychmiast przytomniał.

Nieczęsto przecież zdarzało mu się oglądać nagą kobietę. Nawet Monika w tych chwilach intymności, jakie jeszcze im się sporadycznie przytrafiały, nakrywała się kołdrą i gasiła światło, kryjąc przed nim swoje wątpliwe wdzięki. Były te momenty jak okruszki dawno zjedzonego chleba, znajdowane przypadkiem i niespodziewanie w szparach kuchennych szafek, albo wymiecione spod lodówki. Ani się tym najeść, ani wyrzucić, bo nie wypada.

Wrażenie było tym większe, że kobieta, której nagością nakarmił się jego wzrok, była piękna, a sceneria tego aktu ekshibicjonizmu co najmniej niesamowita. Noc była księżycowa. W bladym blasku jej ciało wydawało się doskonale gładkie, jak wyrzeźbione z marmuru. Na wypukłościach pulsowało też światło rzucane przez ruchliwe płomyki nagrobnych zniczy.

– Dlaczego się pani nie ubrała? – wydukał Ernest, starając się zminimalizować samoczynny wytrzeszcz oczu.

– Mam na imię Lena – odpowiedziała spokojnie.

– Nie przeziębisz się … Leno? Chłodna noc jest – rozpaczliwie starał się podnieść wzrok, bezwiednie ześlizgujący się w dół po jej brzuchu.

– Chyba o coś innego chciałeś mnie zapytać, Erneście.

– No tak, tak – zgodził się szybko. – Bo ja nie wiem, o co tu chodzi. Jakie eliminacje, do czego?

– To jest gra o wszystko – odparła podnosząc ręce, by poprawić włosy poruszone lekkim podmuchem wiatru. Jej pełne piersi poruszyły się przy tym falując, a Ernest głośno przełknął ślinę.

– A z kim to się gra? I co można wygrać, jakie wszystko?

– Graczy jest wielu, a nagroda najwyższa.

– Pieniądze? – szepnął z nadzieją.

– A czego pragniesz, Erneście?

– Hmmm… – mruknął, wpatrując się w jej lewy sutek.

– Wygraj, a dostaniesz to, czego pragniesz i znacznie więcej.

– A Monika?

– Ona też dostanie to, o czym marzy.

– Niezupełnie to miałem na myśli – bąknął zawstydzony. – Aaa…a co z moją paczuszką?

– Zajrzyj jutro do swojej skrzynki na listy.

„Jutro będzie futro" – pomyślał Ernest, znów błądząc wzrokiem gdzieś poniżej pępka Leny. Ale głośno zapytał tylko:

– I co dalej?

– To zależy od was – uśmiechnęła się i dodała: – Powodzenia, Erneście.

A potem wszystko stało się bardzo szybko, chociaż Ernest w pamięci chciałby rozciągnąć tę chwilę w nieskończoność. Lena podeszła do niego i lekko pocałowała w usta, po czym bez słowa odwróciła się i odeszła, kołysząc płynnie biodrami. Wpatrywał się w jej pośladki, dopóki całkiem nie zniknęły w półmroku cmentarnej alejki, ale nawet wtedy nie rozluźnił zwiniętych w „dziubek" warg.

– Panie! – zaskrzeczał nagle jakiś głos. – Panie całusek! Pomóż pan te torbe do tramwaja wniść!

 

Kilka godzin później świat zawalił mu się całkowicie. Tak bardzo, że bardziej już chyba nie mógł. Teraz patrzył przez szybę na Monikę. Była zapłakana, a na policzkach miała rozmazany tusz. Zrozumiał, że kobiety nie mogą używać tanich kosmetyków. Wziął do ręki słuchawkę.

– Monia…

– Ernest! Coś ty zrobił?! – Monika łkała.

– Moniś, jestem niewinny. Przecież wiesz, że nie potrafię skrzywdzić nawet muchy.

– Oni powiedzieli, że ją zgwałciłeś i zamordowałeś. I to tak brutalnie!

– To nie ja, musisz mi uwierzyć.

– Nie było cię całą noc.

– To przez ten konkurs. Później ci wszystko wytłumaczę. Moniko, musisz mi uwierzyć. Jeśli nie ty, to kto? Nie mam nikogo poza tobą. Jeśli i ty mnie opuścisz, nie będę miał po co żyć. Powiedz, że mi wierzysz. Powiedz, że mnie kochasz. Powiedz! – Ernest za wszelką cenę musiał znaleźć sojusznika.

Monika roztarła tusz po całym policzku, starając się zatamować lejące się z oczu strugi łez.

– Wierzę ci – łkając powiedziała wreszcie, ale jakoś tak bez przekonania. – Kocham cię, Erneście.

– Ja też cię kocham, Leno.

Monika wypuściła słuchawkę z ręki. Sztywno wstała, odwróciła się na pięcie i poszła. Bez słowa.

– Koniec widzenia!

 

„Schizofrenia, tak jak podejrzewałem” – myślał przerażony Ernest, kuląc się pod kocem w swojej celi. „Może naprawdę ją zabiłem? Jako Mr Hyde oczywiście i teraz nic z tego nie pamiętam! Muszę zażądać, żeby mnie zbadali. Muszę mieć adwokata! No i jeszcze musiało mi się wyrwać to głupie „Leno". Skąd mi to przyszło na język?”

Znał dobrze Monikę i wiedział, że zatnie się teraz na długi czas. Za byle drobnostkę potrafiła nie odzywać się przez dwa tygodnie.

A może w tej cholernej skrzynce na listy jest coś, co mogłoby pomóc mu wydostać się stąd? Jakiś dowód na niewinność?

Albo to wszystko mi się wydaje – pomyślał nagle z nadzieją. Nie ma tej celi, szarego koca i krat w oknie, jestem po prostu chory. Ale nie, przecież schizofrenikom nie przychodzą takie podejrzenia do głowy, kiedy żyją w swoim wymyślonym świecie.

Posmutniał i mocniej nakrył się kocem, spoglądając na kratkowany księżyc za oknem. Zaczął powoli godzić się ze swoim losem. „Straciłem wolność, straciłem żonę, straciłem szansę na wygraną. Wygraną?” – wzburzył się w swoim dygocącym wnętrzu. To właśnie przez to całe nieszczęście, przez tę diabelską grę, w którą dałem się wciągnąć jak dzieciak. Masz tu cukiereczka, Erneściku, daj rączkę i chodź, pójdziemy do piekła, a tam dostaniesz torcik. Jak głupek! A teraz wszystko stracone. Im dłużej trwała ta koszmarna noc, tym bardziej był o tym przekonany.

Tylko myśl o schizofrenii tliła się jeszcze jak ostatnia iskra w dogasającym ognisku. Wpatrując się w nią wilgotnymi od nabrzmiewających łez oczami, usnął.

Śniło mu się, że jest hutnikiem. W żaroodpornym płaszczu do kostek mieszał surówkę jakąś olbrzymią chochlą. Nagle z płynnego żaru wynurzyła się uśmiechnięta twarz Leny.

– Nie martw się, Erneście – powiedziała swoim spokojnym głosem. – Wszystko będzie dobrze.

Ernest wybałuszył oczy i palnął tę twarz chochlą prosto w czoło, a ona zanurzyła się z powrotem, bulgocząc i skwiercząc.

 

Piątkowy poranek przytłoczył go beznadziejnością sytuacji. Nie spodziewał się po tym dniu niczego dobrego, więc zdziwił się, kiedy po śniadaniu (którego nie tknął) wyprowadzono go z celi na widzenie. Jego zdumienie urosło jak balon napełniany tlenem z butli, gdy zobaczył Monikę.

– Nie przyszłam do ciebie – zastrzegła od razu z obrażoną miną. – Żebyś sobie nie myślał!

– A do kogo?

– To znaczy do ciebie, ale nie do ciebie.

– Acha… – Ernest kiwnął głową, udając, że rozumie.

Monika otworzyła torebkę ozdobioną plastikowym liściem klonu, wyciągnęła z niej kopertę i bez słowa położyła przed Ernestem. Spojrzał na nią przez szybę i stwierdził, że nie jest zaadresowana.

– Co to? – spytał.

– Była w skrzynce na listy.

– A co w niej jest?

Otworzyła kopertę, wyjęła z niej kawałek papieru i znów bez słowa przytknęła go do szyby wprost przed jego oczami. Była to połowa wizytówki, z której Ernest mógł przeczytać:

Adwo

Teodor

SPRAWY BE

ul. Św. D

– A reszta? – zapytał, nic nie rozumiejąc. – To znaczy, gdzie druga połówka?

– To mi ten facet przyniósł wtedy, no wiesz, co gadał… – Monika wyjęła z torebki brakującą część i przyłożyła do szyby.

– Kat Obcina ZNADZIEJNE ucha 2 – wyszeptał Ernest. – I co to niby ma znaczyć?

– Mnie się pytasz? To ty się wplątałeś w jakieś gówno. Nie mam ochoty rozmawiać z takim wynaturzonym degeneratem. W telewizji mówili o tym, co zrobiłeś… znaczy, co niby ty, ale twierdzisz, że nie ty. Ale ja sama nie wiem. Niech Bóg ma cię w opiece, jeśli to ty.

Wstała i wyszła.

Jeśli to on, to lepiej żeby Bóg o nim zapomniał, przynajmniej podczas Sądu Ostatecznego.

 

A potem było znów przesłuchanie. Najpierw ten tłusty, śmierdzący przestarzałym potem, łysy gliniarz, który ciągle klął i straszył. Ale Ernest nie słuchał go za bardzo. Groźna mina policjanta nie wywierała na nim szczególnego wrażenia. Monika nie takie miny potrafiła nieraz robić. I równie przeraźliwie wyżywała się na nim, gdy była na coś wkurzona. Myśli Ernesta biegły innym torem. Galopowały jak tabun dzikich koni z lewej półkuli do prawej, a potem gwałtownie zawracały, często obijając się o czaszkę, przewracając, tracąc rytm, rozpraszając. I Ernest musiał składać sobie wszystko na nowo. Ale jakoś nic mu nie wychodziło. „Kat obcina znadziejne ucha dwa”… Za dużo zagadek jak na małą, tępą z natury głowę Ernesta. Po co ta wizytówka, skoro nie było numeru telefonu?

Po obleśnym gliniarzu przyszła ładna policjantka. Na tyle ładna, że Ernest odłożył myśli na bok. Powiedziała, że chce mu pomóc, ale on musi być szczery. Więc był szczery, ale ona nie uwierzyła. Kazała mu wszystko przemyśleć i jutro dostanie ostatnią szansę. Wtedy powiedział, że chce się widzieć ze swoim adwokatem, Teodorem Obciną. Spojrzała na niego z niedowierzaniem i zapytała, czy dobrze się czuje. Lecz w jej głosie nie było troski, tylko złowieszcza nuta.

– Nie, jestem chory na schizofrenię. Niech ktoś mnie zbada – powiedział na to.

Pochyliła się ku niemu i wysyczała w twarz:

– Zacznij współpracować, a zobaczymy, co się da zrobić. Przyznaj się! To wszystkim ułatwi pracę, a tobie oszczędzi cierpień. Obiecuję, że jeśli będziesz grzeczny, zbada cię doktor.

Ładnie pachniało jej z ust.

– Proszę, niech pani sprowadzi Obcinę – załkał bezsilnie.

Obrzuciła go ostatnim, lodowatym spojrzeniem i wyszła. Zupełnie jak Monika. Kobiety chyba go nie lubią. Z wyjątkiem Leny.

 

Leżał z rękami pod głową i czekał na sen, jak na spóźniony autobus. Z sufitu zwisała goła żarówka, która swym światłem odganiała nieśmiałego Morfeusza. Wpatrywał się w plamy na spodzie materaca górnej pryczy. Zaszczękał klucz i drzwi rozwarły się z metalicznym jękiem. Do celi wtoczył się jakiś mężczyzna. Był łysy i miał bardzo krótką szyję. Drzwi zatrzasnęły się i klucz zaszczękał ponownie.

– Kto ci, kurwa, pozwolił wylegać się w moim leżu! – powitał Ernesta przybysz.

„A niech mnie zabije” – pomyślał Ernest, patrząc obojętnie na gorylowate indywiduum. To jest w sumie nienajgorsze wyjście z tej paranoicznej sytuacji. Nie poruszył się więc, a nawet przymknął oczy, żeby nie patrzeć na wznoszący się nad nim bochen pięści. W oczach przybyłego monstrum wyglądało to jednak, jakby Ernest zamierzał zapaść w słodką drzemkę, lekceważąc zupełnie jego osobę.

– Ty… leża mojego… – bąknął zdezorientowany, mrugając świńskimi oczkami w obwódkach ryżawych rzęs.

Ernest, nie mniej zdziwiony brakiem śmiertelnego ciosu, wpił wyczekujący wzrok w przybysza. To w zupełności pozbawiło tamtego animuszu. Drapiąc się po głowie z bezrozumnym wyrazem twarzy, powiedział:

– Górne leżo lichutkie. Jak mię puści, to cię lekko rozbryznę. Się namyśl po dobroci – uniósł ostrzegawczo wielki paluch podobny do parówki, po czym wskazał nim na siebie, niczym Robinson uczący Piętaszka i rzekł:

– Jestem Buła. Tyś kto?

– Ernest – odparł Ernest, siadając na krawędzi łóżka. – Mogę spać na górnym… leżu. Będzie bezpieczniej, rzeczywiście – dodał, odpychając od siebie widmo śmierci, z którą jeszcze przed chwilą wydawał się pogodzony.

– Ernest, Ernest… – zamruczał Buła. – Nie słyszałem jakoś.

– Ernest Guzik – podpowiedział Ernest, jakby spodziewał się, że to cokolwiek wyjaśni.

– Aaa! Z tych Guzików z Wołomina?

– Z tych – skłamał, modląc się, aby te Guziki z Wołomina nie okazały się śmiertelnymi wrogami Buły.

– To szacuneczek. W tej rozpierduszce zeszłego kwietniaś był?

– Byłem… za granicą.

– A! Rozumiem – powiedział Buła, lecz jego twarz zdradzała coś przeciwnego. – No! Ale dla krewniaków Stacha Guziora to nie ma, że nie ma! – ryknął nagle. – Jak coś potrzeba, to wal! Ja tu mogę dużo!

– Nooo… coś by było takiego – po krótkim namyśle Ernest zwietrzył szansę.

– Wal!

– Muszę zawiadomić pewnego adwokata, żeby mnie tutaj odwiedził, ale nie mam do niego telefonu.

– A! Rozumiem. To się da cynę do ziomka spoza więźnia. Gdzie ta papuga się melinuje?

Ernest podał adres i został solennie zapewniony, że „dla Guziora się zrobi”. Potem Buła w krótkich, żołnierskich słowach opowiedział o sobie. W jego wypowiedziach nie było wprawdzie dużo treści, ale i tak zdołał wyczerpać w znacznym stopniu charakterystykę własnej osoby. Wyjawił też swoje marzenia. Ernest dowiedział się, kogo Buła by „wyruchał” i w jaki sposób oraz kogo by „zajebał” i też w jaki sposób. Zintensyfikował przy tym częstotliwość wyrzucanych z siebie wulgaryzmów, co chwilę wcześniej wydawało się Ernestowi niemożliwe. Mimo to grzecznie słuchał i potakiwał, a nawet parskał udawanym śmiechem do wtóru z rykiem Buły. Gdy wreszcie Buła zmęczył się mówieniem, Ernest zamknął oczy i natychmiast zapadł w drzemkę. W jednej chwili stanęła przed nim Lena. Znów był na cmentarzu, a ona była naga i ponętna. I znowu pocałowała go, ale on siłą woli przedłużył pocałunek. Wyobraźnia posadziła go na ławce. Lena usiadła mu na kolanach i mocno przycisnęła do siebie. Czuł, jak gwałtownie mężnieje. Jego twarz znalazła się na wysokości piersi Leny. Wsunął nos między te boskie kształty i pochłaniał jej różany zapach. Nagle wyczuł jakąś fałszywą nutę… Rany, przecież ona cuchnie!

– Jakby co, to sorki, ale jestem po fasolowej – usłyszał z dołu.

 

IV

 

Czas mijał niezauważalnie i Ernest stracił rachubę. Zdążył przyzwyczaić się do smaku posiłków, towarzystwa Buły (który ponoć nadał już „co trza komu trza”), smrodu tłustego gliniarza, który chyba nigdy się nie kąpał, żali pięknej policjantki, zawiedzionej jego zacietrzewieniem. Nikt do niego nie przyszedł. Nie pojawił się adwokat, ani nawet Monika. Pewnego popołudnia zjawili się za to ludzie, którzy poinformowali go, że będzie przeniesiony i skuli mu ręce i nogi kajdankami. Potem znalazł się na dworze w otoczeniu uzbrojonych policjantów, chroniących go przed nacierającym, rozwścieczonym tłumem i fleszami reporterskich aparatów. Wbił wzrok w ziemię i, lekko popychany, drobił maleńkie kroczki jak gejsza. Słyszał jak ktoś krzyczał, że chce go rozszarpać na strzępy, a reszta tłumu wtórowała mu z aprobatą. Ktoś inny wieszał psy na policjantach, że wyprowadzili go niewłaściwą drogą, prosto w tłum. Śmierdziało potwornie zjełczałym serem. Smród wkroczył razem z nim i zwalistym policjantem w kominiarce do wnętrza furgonetki, która ruszyła z wyciem syren.

 

– To pan? – Monika z niedowierzaniem patrzyła na człowieka stojącego w progu. Miał na sobie szarą bluzę z kapturem, więc jego twarz objawiała się głównie wystającym spod tego kaptura garbatym nosem. Z nozdrzy wystawały włosy.

– Czego pan chce? – syknęła, strzelając oczami po drzwiach sąsiadów. – Przez to wszystko Ernest zwariował i … i stały się straszne rzeczy.

Mężczyzna sapnął niecierpliwie i wydawać by się mogło, że włosy nozdrzowe zafalowały jak publiczność festiwalu piosenki.

– Na chwilę wejdę i powiem, co powiem – wycedził przez na wpół zamknięte usta.

Przez ułamek sekundy Monika miała zamiar trzasnąć drzwiami i zapomnieć o wszystkim, ale jakaś tląca się w jej wnętrzu iskra przywiązania i naiwności wycisnęła z niej:

– Właź.

Gość odmówił herbaty, nie wyraził też chęci pokrzepienia się kawą. Trunków w domu Guzików nie przechowywano.

– Nie przyszedłem tu pić. Sprawa jest krótka – stwierdził, nie siadając i nie zdejmując kaptura.

– To znaczy co? – przestraszyła się Monika.

– Gracie dalej?

– A daj pan spokój! Mało jeszcze? To ja gadam do głuchego chyba, przecież mówiłam…

– Cicho! – przerwał jej, podnosząc palec. – Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Grasz, czy nie? Bo jak nie, to jak wyciągniesz Ernesta?

I wtedy do niej dotarło, że to oni go wrobili. Specjalnie, bezczelnie i nie wiadomo jak. Zdecydowała się zadać to pytanie:

– To Ernest jest winny, czy nie?

 

Furgonetka zwolniła, skręciła i zatańczyła na wybojach. Dobiegający spod kół chrzęst świadczył, że zjechali na drogę gruntową. Policjant w kominiarce pochylił się do nóg Ernesta i zaczął gmerać kluczem w zamku kajdanek. Zaklął pod nosem, bo niezdarnie mu to wychodziło z powodu rękawiczek. W końcu zdjął je i uwolnił białe, smukłe dłonie. Jakoś nie pasowały do całej postury mężczyzny, ale Ernest tego nie widział, bo odchylił głowę, by uciec nieco od serowego odoru. Po chwili z ulgą rozcierał obolałe dłonie i stopy pozbawione „obrączek”. Samochód zatrzymał się. Ktoś otworzył drzwi i kiwnął ręką na Ernesta. Policjant w kominiarce potwierdził ruchem głowy polecenie i Ernest wysiadł z furgonetki. Zmrużył oczy, oślepiony silnym światłem. Jakiś młody mężczyzna w eleganckim garniturze i z nieskazitelnie białymi zębami w uśmiechniętych ustach podszedł do niego i uścisnął mu dłoń.

– To dla mnie zaszczyt – powiedział. – Jestem szczęśliwy, że mogę pomóc. Wsiadajmy, nie ma czasu do stracenia – dodał natychmiast, wskazując na stojący obok samochód terenowy.

Ernest zapadł się w miękki, skórzany fotel. Kątem oka zauważył, że policjant w kominiarce oblewa furgonetkę benzyną z kanistra. Czy to był Leonid? Żałował, że nie spytał, ale przecież był taki wystraszony.

Ruszyli i przez jakiś czas jechali plątaniną leśnych dróżek. W końcu wyjechali na szosę i, sadząc po tablicach kierunkowych, zawrócili z powrotem do miasta.

– Czy może mi pan wyjaśnić, o co tu chodzi? – zapytał Ernest, zebrawszy się na odwagę.

– A co tu wyjaśniać? – wzruszył ramionami młody kierowca. – Wyciągnęliśmy pana z pierdla. Chyba się pan cieszy, nie?

– Owszem, cieszę się – pospieszył z zapewnieniem Ernest, choć wcale nie był o tym tak do końca przekonany. To znaczy cieszył się, że nie jest w więzieniu, ale wciąż czuł się niepewny co do swojej przyszłości. Nie chciał jednak okazać irytacji, żeby nie zrazić do siebie tego człowieka. – A czy mogę wiedzieć, komu zawdzięczam pomoc?

– No, jak komu? – kierowca znów wzruszył ramionami. – Organizacji, oczywiście. Organizacja nigdy nie zostawi Wybrańca w potrzebie.

– A dokąd „Organizacja” mnie teraz wiezie?

– No, jak dokąd? – wzruszenie ramion. – Chciał się pan widzieć z Obciną, no nie?

Ernest zrezygnował z dalszych pytań. Doszedł do wniosku, że młodziak niewiele wie. Postanowił, że wszystko wyciągnie od adwokata. W końcu po to chyba jest adwokat. Oczywiście, w normalnym świecie, a co do tego, czy jeszcze w nim przebywa, Ernest nie miał już pewności. Przyszło mu na myśl tylko jedno rozsądne pytanie:

– A to był Szwajcar, ten tam?

– No, Szwajcar. Spoko gość, nie? – odpowiedział kierowca i nagle dostał karuzeli ocznej. – To znaczy… jaki Szwajcar? Ten tam? To ja nie wiem, nie znam go. I zamknij się!

Jechali w milczeniu przez plątaninę podmiejskich uliczek. Wreszcie auto zatrzymało się przy niewielkim domu z drewnianą werandą. Żółty listek brzozy sfrunął na maskę, wirując jak baletnica. Młody wyłączył motor, przez chwilę oddychał głęboko, jakby miał zanurzyć się w wodzie na dziesięć minut, a potem powiedział:

– Ernest. Nie mów im, że ci powiedziałem o Leonidzie. Odwdzięczę się.

– Komu? – zapytał niewinnie Ernest.

– Obojętnie komu. Na razie wysiądź i idź do tego Obciny. – Kierowca wskazał głową furtkę.

 

Powietrze miało smak imbiru i mięty. „Co za powietrze!” – pomyślał Ernest, otwierając furtkę. Wszedł na werandę i przystanął przed solidnymi drzwiami. Przytwierdzona była do nich tabliczka z napisem: „Teodor Obcina – adwokat do spraw beznadziejnych”. Nagle usłyszał głos wydobywający się z wnętrza domu:

– To, do jasnej ciasnej, o co tu chodzi w sumie?

Ernest powstrzymał dłoń, którą miał zastukać w drzwi. Przyłożył oko do dziurki od klucza, ale zobaczył tylko ciemność. Nadal słyszał jednak głosy. Ten męski brzmiał wręcz błagająco.

– Niechże się pani uspokoi, pani Guzikowa. Zaraz pani wszystko wytłumaczę. Proszę o odrobinę cierpliwości. Za moment…

– Odrobinę cierpliwości?! – wycedził kobiecy głos. Po chwili rozległ się brzęk tłuczonego szkła, czy czegoś w tym rodzaju.

– Co też pani robi?! To porcelana!

– Masz jeszcze jakąś, kurduplu? – wysyczała Monika.

Ernest zachichotał cichutko. Wiedział, jaka potrafiła być Monika, gdy się wścieknie. W domu ciągle brakowało szkła. Znów coś pękło, a „kurdupel” zawył rozpaczliwie. Wtem usłyszał zduszony w swej ostatniej nucie krzyk Moniki, odgłosy szamotaniny i głuche uderzenie.

– Otwierać! – wrzasnął i zaczął łomotać z całej siły w drzwi. Szarpał klamkę, napierał na drzwi całym ciałem, kopał i krzyczał. Drzwi nagle otworzyły się, a Ernest wpadł do środka, potykając się o próg. Upadł u stóp obutych w czarne lakierki. Podniósł głowę i dostrzegł niewysokiego, tłustego, łysego faceta we fraku. Mężczyzna, ujrzawszy Ernesta, złożył dłonie jak do modlitwy i powiedział:

– Nareszcie pan jest, panie Erneście. Jakże się cieszę. – Ostatnio wszyscy cieszyli się na jego widok. To było wręcz podejrzane.

Łysy tłuścioch pomógł Ernestowi się podnieść.

– Co z Moniką?

– Nic jej nie będzie – pośpieszył z zapewnieniem gospodarz. – Pan wybaczy, jestem Teodor. Teodor Obcina.

– Wiem – warknął Ernest i wcale nie zamierzał uścisnąć wyciągniętej dłoni. – Coś jej zrobił?! – Zobaczył żonę, leżącą bez tchu na dywanie w salonie w otoczeniu porcelanowych skrawków. I chyba terakotowych też.

– Proszę się nie martwić. Naprawdę nic jej nie zrobiłem. Niech mi pan pomoże położyć ją na sofie. Zaraz się obudzi. Lepiej, żeby było jej wygodnie, bo gotowa znowu się awanturować. Ja ją złapię za nogi, a pan…

– Ja ją złapię za nogi – „Nie będzie byle kurdupel zaglądał Moni pod spódnicę” – pomyślał Ernest.

Zasapali się obaj solidnie, nim wreszcie udało im się wtaszczyć Monikę na skórzaną sofę. Zmęczeni usiedli, a właściwie przycupnęli, bo miejsca zostało niewiele – Teodor u wezgłowia Moniki, Ernest w nogach. W salonie stały jeszcze dwa fotele, ale obaj ocenili, że są zbyt daleko, by się do nich wybierać. Kobieta chrapnęła, łagodząc niespokojne myśli męża. Obcina wyjął haftowaną chusteczkę i wytarł pot z czoła. Dysząc wciąż, zaczął się tłumaczyć.

– Pańska żona to wcielony diabeł – zaczął, a Ernest skinieniem głowy potwierdził, uśmiechając się kącikami ust. – Może herbaty z imbirem? – Ernest zaprzeczył, mimo że chętnie napiłby się jej z porcelanowej filiżanki, ale chciał najpierw wszystkiego się dowiedzieć. Jego cierpliwość, podobnie jak cierpliwość Moniki, była na wyczerpaniu. Miał nadzieję, że wyciągnie od tego adwokaciny (nie potrafił jakoś o nim inaczej myśleć) więcej niż żona.

– Erneście… mogę tak mówić? – Ernest machnął niecierpliwie dłońmi. – A więc Erneście… oj, nie zaczyna się zdania od „więc”. Przepraszam, taki jestem rozkojarzony dzisiaj…

– Mówże wreszcie, człowieku, do rzeczy! – Tylko się nie denerwować, tylko nie skończyć jak Monika!

– Oczywiście, oczywiście, głupi jestem – pokajał się Teodor. – Bo taki rozkojarzony dziś… ale nie o tym. To wszystko przez pana… znaczy, twoją żonę. Znaczy, nie przez nią samą… rozumie pan… rozumiesz, nie przez nią samą w sobie… czy ja się jasno wyrażam?

– Mów! – huknął Ernest.

– Tak, tak, już mówię. Bo ona tu przyszła, a nie powinna. A skoro przyszła, to znaczy, że jest gorzej niż myślałem. A właściwie nie dlatego, że przyszła, ale dlatego, że on ją przysłał.

– Kto?

– No ten, co wmawiał, że to konkurs.

– Więc to nie konkurs? To on nie jest od was? – Ernest przestał rozumieć już cokolwiek.

– Skądże! To wróg. Dybał na… wiesz co. Deptał ci po piętach. Musieliśmy… tak mi przykro, myśleliśmy, że w areszcie będziesz jakiś czas bezpieczny. Ale oni zaraz podesłali Bułę. Buła to marionetka, nic nie wie, ale w rzeczywistości to ich wtyczka. Więc szybko cię wyciągnęliśmy. Ale Oni są jeszcze szybsi, skoro Monika przybyła przed tobą. Musiałem ją unieszkodliwić, bo gdyby… Lepiej nie myśleć.

– A Lena? – zapytał z przestrachem. Bał się, że w gruzach legnie słodki wizerunek Leny, jedynej prawdziwie przychylnej mu istoty. Niezależnie od tego, że być może ją zabił. Rany, co za historia! – Ona też mówiła o konkursie.

– Tak mówiła? – Teodor był wyraźnie zdziwiony. – Może tak tylko w przenośni. Będzie okazja, to się jej zapytamy…

W tej chwili Monika kaszlnęła i gwałtownie usiadła na sofie, strącając z niej obu mężczyzn. Obcina podniósł się natychmiast i nadspodziewanie sprawnie, niczym tancerz hiphopowy. Natomiast Ernest pozostał na podłodze, przygwożdżony wzrokiem Moniki.

– Wypuścili cię? – zapytała, mrugając oczami.

– No… tak jakby – odpowiedział.

– Co to znaczy „tak jakby”, do jasnej… – przeniosła wzrok na adwokata.

– To ja zrobię jednak herbaty – rzucił pospiesznie przestraszony Obcina i bez zwłoki ruszył do kuchni.

– Co ty tu robisz? – strzeliła Monika, ponownie wlepiając wzrok w męża.

– A co ty tu robisz?! – odparował Ernest z podłogi.

– Przyszłam cię ratować, ty durny cepie!

– Jak? Tłukąc filiżanki?

– Bo jak on nie chce mi nic powiedzieć! Ja się go pytam, czy ty jesteś winny czy niewinny w końcu, a on się tylko jąka i mamla bez sensu. No, to co?

– A jak go znalazłaś?

– Jak znalazłaś! To tak trudno człowieka znaleźć jak się ma jego adres? Tylko, że on jest jakiś pomylony, plącze się ciągle i… i ja już sama nie wiem! – Monika wykrzywiła usta i widać było, że zbiera jej się na płacz.

– Nie płacz, Monia – Ernest podniósł się wreszcie i przycupnąwszy na sofie objął swym chudym ramieniem sporawą bryłę żony. – Przyciśniemy go i wszystko nam wyśpiewa. Faktycznie, on coś plącze, wiesz?

– Jak to? – wyprostowała podkówkę ust i odwróciła ku niemu twarz.

– A tak to, coś mi tu nie gra. Niech no przyjdzie z tą herbatą, ja go wezmę w krzyżowy ogień pytań, a ty, jakby co, tłucz filiżanki.

– Och Ernest, w cośmy się wplątali…?

– Spokojnie, Moniś, spokojnie – szepnął, głaszcząc ją czule po włosach. Myślał jednocześnie o Leonidzie, o tym, że przecież ten człowiek – jego wróg, jak mówił Obcina – był jednak w policyjnej furgonetce, odpiął łańcuchy z jego nóg. A ten adwokacina wciska mu, że to oni go wyciągnęli, a Leonid dybie na… na coś tam. Przecież to… Nagle, niemal boleśnie, trafiła go w umysł strzała podejrzliwości: a jeśli to nie Leonida miał na myśli?

– Monia – dłoń, wciąż machinalnie gładząca jej trwałą, zatrzymała się. – A śmierdział ten, co ci mówił o tych eliminacjach? No, co ci te pół wizytówki przyniósł.

Pociągnęła nosem, jakby chciała sprawdzić, czy nie pozostała tam odrobina smrodu, o który została zapytana.

– Czy ja wiem? – uniosła brwi i wydęła lekko wargi, zastanawiając się. – Może i trochę śmierdział.

Nagle zbudziła się ze stanu hipnozy, w jaki wprowadziły ją czułe gesty męża i palnęła do niego:

– A co ty mi za pytania bezsensowne zadajesz? Śmierdział, nie śmierdział! Jemu też będziesz takie zadawał w tym… tym ogniowym krzyżu?

Ernest wziął oddech, by odpowiedzieć, uspokoić ją, ale nie zdążył, bo drzwi pokoju otworzyły się, pchnięte nogą Teodora Obciny, niosącego tacę z parującą herbatą. Teodor nie był głupi – tym razem zaparzył ją w zwykłych szklankach. Monika i Ernest przysunęli do sofy ławę, na której stanęła taca, a Teodor dostawił fotel. Kiedy wszyscy chwycili już swoje szklanki, parząc sobie opuszki palców, niespodziewanie jako pierwsza odezwała się Monika:

– A teraz gadaj, ale bez kręcenia, bo inaczej załatwię cię jak Esmeralda tego starego Xaviera. O co tu chodzi?

Teodor Obcina wciągnął do płuc powietrze, jak to czynią ludzie, którzy chcą dużo powiedzieć jednym tchem, lub ci, którzy właśnie zamierzają nurkować. Lecz po chwili całe to powietrze uszło mu nosem. Pochylił się nad ławą i tylko siorbnął nieco aromatycznej herbaty. Zsunął się z fotela i zaczął chodzić w kółko. Zamyślony, wyglądał jak Napoleon. Biło od niego jakieś magiczne dostojeństwo.

– Słyszeliście o odwiecznej walce dobra ze złem? – zapytał w końcu. Guzikowie potaknęli twierdząco głowami. – To właśnie o to chodzi.

– To trochę ogólnikowe – skonstatował po chwili ciszy Ernest.

– Możliwe – przyznał Obcina. – Ale teraz mam do rozwikłania niezwykle ważną sprawę. Pani Guzikowa! – Monika wyprostowała się, jak wyrwana do tablicy. – Twierdzi pani, że jakiś człowiek przyniósł pani połówkę wizytówki. Prawą połówkę, tak? – Monika potwierdziła, choć minęło trochę czasu, nim upewniła się, która to prawa strona. – Ta połówka należała do naszego agenta, z którym miał się spotkać Ernest. Ernest miał otrzymać lewą połówkę. Gdzie ona jest?

Monika sięgnęła do swojej torebki z plastikowym liściem klonu, która leżała na podłodze przy sofie i wyjęła z niej dwie małe karteczki. Położyła je na stole. Ernest domyślił się, że były to te dwa fragmenty wizytówki, które zobaczył po raz pierwszy podczas widzenia w areszcie.

– Lewą znalazłam w skrzynce na listy.

– W skrzynce na listy! Cóż za nonszalancja – żachnął się Obcina. – Ale nie o tym teraz. Lewa z prawą miały się spotkać w innych okolicznościach. To były znaki. Ten, kto przyniósł pani prawą, jest zdrajcą. Pytanie, dlaczego nie zachował jej dla siebie, by przekonać Ernesta, że jest tym, z kim miał się spotkać Wybraniec?

Guzikowie nie odzywali się, bo nie znali odpowiedzi na to pytanie. Monika nie wiedziała przecież nawet, kto to jest Wybraniec. Oboje z napięciem słuchali wywodów adwokata. Ten zaś wziął w palce oba skrawki papieru i przyłożył je do siebie. Czytał je, jakby pierwszy raz widział swoją wizytówkę na oczy.

– To jasne! – zakrzyknął wreszcie olśniony. – Nasza organizacja ma tajne struktury. Zdrajca, mając tylko jedną połówkę, wciąż nie miał moich namiarów – ani pełnego nazwiska, ani adresu, a właśnie tego poszukiwał. Jego celem nie byłeś ty, Erneście, lecz ja. A ty pewnie też przy okazji. Takie pieczenie dwóch srok na jednym ogniu, czy jak to się tam mówi. Sprawił, że połówki spotkały się w jednym ręku, w dłoni, którą kontroluje. Wiedział, że ty lub Monika prędzej czy później do mnie dotrzecie. A on podąży krok w krok za… Cholera, on może być dosłownie o krok!

W tym momencie z podwórka dobiegły jakieś krzyki. Ernest rozpoznał głos młodego kierowcy.

– Oni tu są! Ucieka…

Padł strzał. W ułamku sekundy w głowie Ernesta pojawiły się samoczynnie cudem zapamiętane z lekcji biologii informacje o płaszczkach: chrzęstnoszkieletowe ryby morskie o płaskim, deskowatym kształcie ciała… drętwy, ogończe, raje, manty i orlenie. W następnym ułamku tej samej sekundy przylgnął do podłogi, pociągając za sobą Monikę i wytrzeszczem oczu zdawał się chcieć zamienić ją w wielką płaszczkę. Niestety płaskość Guzikowej wciąż pozostawiała wiele do życzenia i Ernest zaczął z niepokojem spoglądać to na okno, to na Obcinę.

– Tylnym wyjściem! – rzucił adwokat i ruszył do drzwi zupełnie tak, jakby szedł po kolejną tacę z herbatą.

Poderwali się z podłogi, każde na swój sposób – Ernest metodą kota na rozgrzanej płycie pieca, a Monika systemem żuka gnojarza – i pobiegli za nim. Na tyłach domu znajdował się ogród. Prawnik potruchtał ścieżką między krzewami magnolii, oglądając się co chwilę za siebie i przynaglając ich niecierpliwym trzepotaniem pulchnej dłoni. Ernest nie widział jednak tego gestu, gdyż sam prawie cały czas spoglądał z przestrachem za siebie, wpadając przy tym nieustannie na dyszące i podrygujące ciało żony. Minęli wielką altanę, w której dojrzał ze zdziwieniem jakiś kamienny, ozdobiony płaskorzeźbami ołtarz. Nie miał jednak czasu zastanawiać się nad tym. Dotarli do furtki w zarośniętym kącie ogrodu i wypadli przez nią na spokojną, wąską uliczkę, obsadzoną po obu stronach starymi wiązami. Wiąz pospolity – pomyślał Ernest – Ulmus minor, z rodziny Ulmaceae , Wes Craven… Obejrzał się ponownie i był prawie pewien, że za chwilę przez niedomkniętą furtkę wybiegnie Fred Kruger.

– Co teraz? – syknął, świdrując wzrokiem Obcinę, jakby ten był polem naftowym, a on, Ernest, szejkiem.

– Do wozu! – odpowiedział adwokat, wskazując ruchem głowy zaparkowane pod pobliskim wiązem czerwone, sportowe auto.

Ernest dostrzegł kątem oka przedzierającą się przez magnolie postać. Ubrana była w czerwono-zielony sweter. To przekonało go o słuszności usłyszanych słów. Złapał co tam miał pod ręką najważniejszego (czyli dłoń Moniki) i pobiegł za Teodorem.

– Erni… – wydyszała Monika, kiedy podeszli do samochodu – to ona! Ta, co ją niby zamordowałeś.

– Co?

– Tam, za kierownicą.

Spojrzał na czerwone porsche i zamarł. Jasne włosy Leny znakomicie komponowały się z czerwienią karoserii

– Na wszystkie złe moce, przecież ten Cayman jest dwuosobowy! – jęknął nagle zrozpaczony Teodor.

– Zabieram tylko Ernesta. On jest najważniejszy – odezwała się stanowczym tonem Lena. – Teo, nie dyskutuj, znasz priorytety. Zaopiekuj się tą biedną kobietą, jego żoną. Dasz sobie radę. – Wychyliła lekko głowę przez okno i zawołała: – Wsiadaj, Erneście!

Teodor nie zaprotestował, choć widać było wyraźnie, że nie w smak mu był taki podział ról. Ernest puścił rękę Moniki i postąpił krok naprzód. Jednak Monika natychmiast znów złapała jego dłoń i przyciągnęła do siebie, aż się biedak zatoczył. Siła uścisku nie pozostawiała złudzeń, nie miał szans się wyrwać.

– Nigdzie go nie puszczę samego z tą kobietą – powiedziała hardo Monika.

Lena otworzyła drzwi samochodu i wysiadła z niego zwinnie jak lamparcica. Mimo dramatycznej sytuacji, Ernest zwrócił baczniejszą uwagę na jej kształty, znakomicie podkreślone obcisłym, czarnym kombinezonem ze skóry. Blondyna spojrzała na Monikę i przewierciła ją takim wzrokiem, jakim czasem jedne kobiety przewiercają drugie, gdy walczą o ten sam łup. Monika nie pozostała dłużna. Spod zmrużonych powiek, ze zwężonych nagle źrenic słała czarnej kocicy laserowe pociski. Ernestowi zdała się teraz o wiele większa niż zwykle, gdy zassała nadzwyczaj duży haust powietrza i zatrzymała go w płucach. W ogrodzie ponownie rozległ się strzał. Obaj mężczyźni skulili się instynktownie. Kobiety ani drgnęły, zupełnie jakby otaczający je świat omijał je łukiem czasoprzestrzeni. Lęk pobudził do działania Teodora.

– Nie ma czasu na gadanie. Wracamy do ogrodu. Schowamy się w krypcie. Szybciej, póki Wasyl się trzyma. – Obcina znał już Monikę na tyle, że wiedział, iż jakakolwiek perswazja nie odniosłaby skutku. Chwycił jej wolną rękę i pociągnął, ta zaś szarpnęła Ernesta, który jeszcze raz się potknął. Pobiegli z powrotem w stronę furtki. Ernest obejrzał się. Jasnowłosa piękność w czarnym kombinezonie stała z zaciśniętymi pięściami obok czerwonego sportowego auta pod zielonym drzewem i patrzyła ze złością na umykającą grupkę.

– Lena, chodź! Krypta to dobry pomysł! – krzyknął Ernest.

Monika znów mocniej szarpnęła mężem. Lena pobiegła za nimi. Ernest odetchnął.

Jeszcze raz znaleźli się pośród magnolii. “Magnolia stellata” – wydobył Guzik niepotrzebną informację gdzieś z zaułka umysłu. “Ciekawe, że kwitnie o tej porze”. Wtem jego uwagę zwróciła postać w dwukolorowym sweterku. Stała odwrócona do nich tyłem między krzewami, niczym posąg z wyciągniętymi na wprost rękami. Powietrze przed nią było zamglone i rozdygotane, jakby rozgrzane gorącem pustynnego piasku. Promienie słoneczne załamywały się na czerwonych kwiatach magnolii, przebijając się przez nie, jak przez szkło witraży. Gdyby nie kiczowaty strój, całość wyglądałaby iście bajecznie.

– Wasyl, wytrzymaj jeszcze chwilę, błagam – rzucił w stronę postaci Obcina i pociągnął wszystkich do altany.

 

V

 

Brudny kot wypadł z osiedlowego śmietnika jak kamień z miotacza siedemnastowiecznego galeonu. Za nim, jak chmara szarańczy, pomknęła wiązka przekleństw. Człowiek, który wypuścił ze swoich ust ten jadowity oddział ciężkich słów, ukrywał twarz w obszernym kapturze bluzy o nieokreślonym, smutnym kolorze. Odwrócił się do drugiego człowieka, który miał twarz nie wymagającą ukrycia. Była tak beznamiętna i nic nie przypominająca, że zapominało się o niej, zanim się ją zobaczyło. Aż dziwne było to, że potrafi mówić:

– Uciekli. – Zdziwienie mijało w tym momencie. Nawet powód ewentualnego zdumienia znikał, bo zanim usłyszałby ktoś ten głos, już by o nim zapomniał. Ale postać w kapturze zdziwiła się, o dziwo!

– Jak?! Mieliście przecież Rudolfa!

– A oni mieli Wasyla – bezbarwność głosu przeszła w subtelny brak szacunku dla fal dźwiękowych.

Na chwilę zapadła cisza. Była prawie doskonała, jakby śmietnik i dwie stojące naprzeciw siebie postacie otuliła wielka kula waty cukrowej. W tej chwili każde słowo wydawać się mogło natrętną, brzęczącą muchą. Nadleciało ich kilka.

– Niemożliwe. Nie mogło go tam być – kaptur pochylił się ze smutną skruchą.

– Ale był. Rzeczy niemożliwe są jego hobby, zdaje mi się.

Właściciel nijakiej bluzy sapnął niczym napompowana ciśnieniem lokomotywa, zacisnął pięść i uniósł ją nad pokrywą pojemnika na śmieci. Tam zamarła jak wyszkolony pies nad gardłem ofiary w oczekiwaniu na komendę „zagryź!”.

– Sprawdziliście teren? – spytał drżącym głosem, w którym było oczekiwanie na najgorsze, czymkolwiek mogłoby to najgorsze być.

– Jest dziura. W krypcie w ogrodzie.

– Jaka?

– Dwukierunkowa, zablokowana… – beznamiętność głosu spotkała się z zawahaniem i było to dziwne spotkanie, zawierające w sobie nerwowe poprawianie fryzury, chrząkanie i spoglądanie w niebo.

– Ilułejsowa? – warknęła czeluść kaptura.

– Dwutrylionowa.

– Noż faka, kurwa, maka! I szukaj wiatru w dupie! – dłoń, która przed momentem okazała litość kontenerowi, tym razem walnęła w niego z całą bezwzględnością, aż nieszczęśnik zawył metalicznie.

– Ktoś idzie – padło ostrzeżenie.

Rzeczywiście, w stronę śmietnika człapał mężczyzna. Właśnie nie szedł, kroczył, czy podążał, tylko człapał. Kapcie, które miał na nogach, kłapały jak szczęki bezzębnego krokodyla. Szurały po betonie, wzniecając kurz. Chwilami wyprzedzały swego właściciela jak harty, którym popuszcza się smycz. Ten człowiek najwyraźniej nie musiał się kryć. Człapał dumnie wyprostowany, mimo solidnego przeciążenia w postaci brzucha, spod przykrótkiego podkoszulka spozierającego na świat wielkim okiem owłosionego pępka. Nonszalancko machał workiem na śmieci. Z kieszeni spodni od dresu wystawał pilot od telewizora.

Zakapturzony odwrócił się do kubła i zaczął gmerać w nim kosturem. Beznamiętny przylgnął do ściany śmietnika i wtopił się w tło jak kameleon. Tubylec z workiem na śmieci nie miał szans go dojrzeć. Stanął obok Zakapturzonego, wyrzucił swój bagaż do kontenera i spojrzał z pogardą na kloszarda.

– Do roboty byś się wziął, łachudro, zamiast hałasować i niszczyć mienie! – rzucił prowokacyjnie w jego kierunku. Zakapturzony nie zareagował. Grubas trącił go łokciem, przechodząc obok. – Cuchnie od ciebie jak zaraza. Masz stąd znikać. Jak cię zobaczę jeszcze raz… – Pogroził grubym paluchem. – Tylko dzieci straszysz, łajzo.

Odszedł, ale odwrócił się jeszcze i warknął: „Robin Hood, kurwa jego mać”.

Już po chwili dwaj mężczyźni powrócili do przerwanej rozmowy, jak gdyby nic nie zaszło.

– Trudno, musimy czekać. I tak będą musieli wrócić – nie mają samicy.

– Niestety, mają…

– Monikę Guzik? Skąd ty się urwałeś, mówię o Wybrance!

– Nie chodzi o Monikę. Ona jest nieważna. Zresztą jest nawet bezpłodna. Pojawiła się jeszcze jedna kobieta. Uciekli we czworo.

Znów zapadła chwila ogłuszającej ciszy. Zakapturzony zadrżał.

– Kim ona…?

– Jeszcze nie wiemy. Rudolf bada. Znaleźliśmy czerwone porsche zaparkowane za domem. Jest mnóstwo śladów do analizy. Są wszakże niebezpieczne poszlaki.

– To wszystko? Czy może masz dla mnie jeszcze jakąś bombę? Nie? W takim razie zostaw mnie samego. Muszę to przemyśleć.

Można śmiało powiedzieć, że Beznamiętny rozpłynął się w powietrzu. Zakapturzony wsparł się ciężko na swoim kosturze.

 

 

Dokoła tylko nieprzejrzysta jak mleko mgła. Nic oprócz zapachu nie zdradza miejsca, w którym się znajduje. Jest to zapach trawy i Ernest od razu kojarzy to sobie z pastwiskiem. Przez chwilę leży, wpatrując się osłupiałym wzrokiem w kłęby wilgotnej waty, a potem siada i czuje ruch wokół siebie. Ale nie boi się, wie, że to tylko krowy. Jego krowy. Maca dłonią w gąszczu mokrych, zielonych szabelek i znajduje solidny kij. Ma wrażenie, że przespał coś ważnego, i że to, co mu się śniło, nie było dobre. Był to sen z rodzaju mocno wirujących, zostawiających mało śladów w rzeczywistym, zamglonym świecie. Potrząsa głową, jakby chciał się otrzepać z osiadłej na nim rosy i wstaje. Nadal widzi tylko kłęby mgły, jak pchający się ze wszystkich stron tłum głupich bałwanów. Ale wie, że dwadzieścia pięć kroków w prawo jest droga i zaczyna iść w jej kierunku. Potem, wyczuwszy pod stopami koleinę, idzie nią i myśli o śniadaniu. Mgła przerzedza się i po trzech zakrętach Ernest dostrzega zarysy chaty, po chwili płotu i garnków powieszonych na tym płocie do wyschnięcia. Popycha furtkę i przytrzymuje ją, pamiętając o sprężynie. Zatrzymuje się przy kupie gnoju przed chlewikiem i strzela w nią miodowym strumieniem przespanej na pastwisku nocy. Wreszcie przekracza próg chaty, przechodzi dwoma krokami przez sień i, wkroczywszy do kuchni, przysiada na kufrze, tak jak zwykle to robi, wracając rankiem z pastwiska.

– Kwaśnicy sobie weź – mówi kobieta siedząca na stołeczku przy piecu. – Chleb zaraz się dopiecze.

Ernest odsiaduje jeszcze przez chwilę swoje na kufrze, po czym czyni, co mu doradzono. Zasiada za stołem i siorbie pierwszy haust gorącej zupy, nie czekając na chleb. Zupa do reszty dewastuje mu zrujnowany żołądek, ale czyż można powstrzymać się od spożywania kwaśnicy? Zwłaszcza żoninej? Ociera sobie tłuszcz ściekający po podbródku. Monika zagląda do pieca, nucąc swoją ulubioną przyśpiewkę.

 

W zielonym gaju

Ptaszki śpiewaju,

Ptaszki śpiewaju

Pod jaworem.

 

Dzień jak co dzień. Zawsze tak było, jest i będzie. Amen. Ernest ciągle musi sobie to powtarzać, by utwierdzać się w tym przekonaniu, bo jakiś wewnętrzny głos łże mu, że jest inaczej.

 

Za oknem przez mgłę przedarła się przeraźliwie chuda postać. Wrażenie chudości potęgował zdecydowanie ponadprzeciętny wzrost. Mężczyzna dał Ernestowi znaki. Ernest dyskretnie odpowiedział nieznacznym ruchem dłoni. Monika była czujna.

– Zenuś?! A co ty mi tu chłopa z samego rana wyciągasz? Wnidź, najesz się.

Monika zawsze traktowała go jak niegroźnego przygłupa i trochę się nad nim rozczulała. W sieni zaszurało i po chwili do izby wszedł ów chudzielec, schylając się, by nie uderzyć głową o belkę.

– Pokwalony – przywitał się grzecznie i zdjął beret.

– Na wiki… – odpowiedzieli chórem Guzikowie. – Siądź, zjesz coś.

Nie minęły dwie chwile, jak Zenuś siedział nad parującą kwaśnicą i jął przebierać łyżką we wzbudzającym podziw tempie. Ernest wiedział już, że bez dokładki się nie obędzie i trochę go to rozeźliło.

– Gospodyni jak już kwaśnicę zrobi, to tylko palce lizać!

– Tylko sobie te palce wcześniej umyj – roześmiała się Monika, mile połechtana komplementem.

– Kiedyś poczęstowała mnie adwokatowa, ale to nie to samo…

Zenuś chciał się podlizać jeszcze bardziej, ale trafił kulą w płot. Kolor twarzy Moniki zmienił się w jednej chwili, sygnalizując zagrożenie dla otoczenia. Mężczyźni opuścili nosy nad talerze, by nie zetknąć się z jej wzrokiem.

– Ty mi w ogóle o nich nie wspominaj. To heretycy! Żyją jak dzikusy, bez ślubu. Do kościoła nie chodzą, księdza nie przyjmują. W nic nie wierzą. Pewnie tylko się gżą w tym swoim barłogu. Jeszcze jakieś diabły z tego się narodzą i nieszczęście na wieś sprowadzą.

– Niech się pani nie boi, Guzikowa. Baby gadają, że ten jej Teodor to imp… impotentat, czy jakoś tak. Diabłów to on nie spłodzi – Zenuś zarechotał tubalnie. – Pewnie dlatego ta jego Lena tak na naszego Ernesta spozira – dodał po chwili i tak go to ubawiło, że aż parsknął zupą. Jednak Monice nie było do śmiechu.

– Lepiej by ich przepędzić ze wsi było – powiedziała całkiem poważnie.

– Może sami pójdą – powiedział Zenuś. Jakiś czas delektował się w ciszy zainteresowaniem Guzików. – Teodor jak sobie popił, to różne rzeczy gadał. Że niby on z innego czasu jest, czy jakoś, i że do siebie gdzieś mają wrócić.

– Oby jak najrychlej. Będzie się o co modlić.

– Ino że on chce też naszego Ernesta z sobą zabrać.

– A na co mu on, niedoczekanie jego, psia mać? Toż chyba nie za byka rozpłodowego? A ty, stary, wiesz coś o tym? Bo jak ludzie zaczną gadać…

– A dajże spokój, stara. Kwaśnicy byś lepiej dolała, ino gorącej, bo mnie przez nockę przemroziło ździebko na łąkach.

– A co? – zainteresował się Zenuś – wilcy źrą?!

– Ano, źrą, trza pilnować, gadziny, ogień palić. Inaczej na zmarnowanie pójdzie.

I tym Ernest zakończył konwersację przy stole, pochylił się nad miską i mechanicznie machając drewnianą łyżką, zaczął myśleć o rzeczach zupełnie odmiennych od krów, wilków i zupy.

 

Teodor Kosa, siedząc przy stole w swoim „gabinecie”, czyli w zwykłej pobielonej wapnem izbie, miał ponurą minę i chęć na szklaneczkę szkockiej z lodem. Westchnął beznadziejnie i wyszeptał: „Jak długo jeszcze?” Rozejrzał się. Jego wzrok spoczął po krótkiej wędrówce na oknie przesłoniętym donicą z uschniętą pelargonią. Na szybie rozpłaszczała się biała dłoń – znak! Poderwał się i ruszył truchtem do sieni, odryglował drzwi i wpuścił do środka wędrownego dziada, podpierającego się kijem.

– I co? – zapytał bez zbędnych grzeczności. – Namierzają?

Wasyl odrzucił z głowy kaptur i, zamiast odpowiedzieć, wszedł do kuchni i usiadł na kufrze.

– Gdzie Lena? Co z Ernestem?

– Lena w swojej izbie, chyba śpi. Ernest bezpieczny, staram się go przygotować. Coś nam grozi?

– Wsadzili Bułę do wirówki punktowej.

Teodor wlepił wytrzeszczone oczy w Wasyla i prawie natychmiast zmrużył je, jakby myśląc o czymś intensywnie. Po czym twarz jego przybrała wyraz pogardy i pobłażania.

– Przecież to im zajmie jakieś…

– Wszczepili mu wąchacz i przestawili wirówkę na dziesiątki minutowe – przerwał Wasyl z poważną miną.

Teraz Teodor skamieniał.

– Taaak… to jest nadal szmat czasu. Chyba że…

– …będą mieli szczęście – dokończył Wasyl. – Ja już dawno przestałem wierzyć w rachunek prawdopodobieństwa.

– To co robimy?

– Czekamy. Będę miał oczy szeroko otwarte. W razie czego jest plan ewakuacji.

– A plan kontrataku?

– O tym pogadamy później – Wasyl sprawiał wrażenie człowieka, który wie, co mówi, a swoje słowa zawsze potwierdza czynem. – Masz coś zjeść?

Adwokat rozejrzał się po kuchni bezradnie.

– Wiesz co? Obudzę chyba Lenę.

 

– Wasza eminencjo… – mężczyzna skłonił głowę i czekał na przyzwolenie, by wyłuszczyć sprawę, z jaką przyszedł. Ten, do którego się zwracał, stał na tle wielkiego okna balkonowego. Światło wpadające zza jego pleców do mrocznego gabinetu tworzyło wokół niego poświatę, niby aureolę wokół głowy świętego. Reszta postaci była jedynie konturem wypełnionym czarnym tłem.

– Czy mam się cieszyć, że cię widzę? Ostatnio nie miewasz dla mnie dobrych wieści, synu. – Głos gospodarza był głęboki i silny, lecz zdradzał zaawansowany wiek. Gość mocniej wsparł się na kosturze, jakby słowa te przygniotły go swym ciężarem.

– Podjęliśmy poszukiwania przy zastosowaniu najnowocześniejszych technik, o jakich wróg nie ma pojęcia. Jeszcze jakiś tydzień i…

– To samo mówiłeś ostatnio.

– To prawda, jednak teraz…

– Chcę usłyszeć konkrety, nie obietnice! – Kardynał podszedł do wielkiego krzesła. Odsunął je z wysiłkiem i zasiadł za ogromnym dębowym biurkiem. Czerń powoli przechodziła w purpurę, gdy światło z zewnątrz zmieniało kąt padania. – Pamiętaj, że zaufałem ci. Nie każ mi myśleć, iż popełniłem błąd. Ja nie mogę popełniać błędów.

– Zapewniam Waszą eminencję, że to nie był błąd. Moja kolejna wizyta uraduje Was.

– Grasz ryzykownie. Wystarczyło unicestwić gen, który mieliśmy w ręku. Ty uparłeś się, że to okazja, by wyeliminować również inkubator. Przekonałeś mnie. Teraz nie mamy ani jednego, ani drugiego.

– Usunięcie genu oddaliłoby jedynie nieznacznie w czasie to, co nieuniknione. Mając do dyspozycji ponad sześć miliardów obiektów, można być pewnym, że istnieje jeszcze kilka spełniających kryteria. Ewolucja działa systematycznie, lecz powolnie. Daje im zbyt wiele czasu, nim wyruguje błędy, nawet tak poważne.

– Pamiętaj, że ewolucja to narzędzie Pana. Jego krytyka jest bluźnierstwem!

– Wybacz, Ojcze. W każdym razie usunięcie inkubatora cofnęłoby ich o ponad pięćset lat.

– Tymczasem możliwe, że gdzieś pośród podwymiarów błąkają się zakażone bękarty! Ileż czasu minęło! – Eminencja zerwał się nerwowo z fotela i zaczął przechadzać po gabinecie. Gość nie odezwał się – wolał odczekać, aż emocje nieco opadną. – Przecież ona mogła mieć już dwa mioty. Jeśli były mnogie, niewykluczone, że mają stadko, które, wpuszczone w machinę, zakrzywi przebieg ewolucji. I co, jak się potem tego pozbędziemy? Eksterminacja na masową skalę? Żeby pozbyć się katarskich „doskonałych” potrzebna była krucjata. Dziś to nie do pomyślenia.

– Nie wrócą żywi.

– Traktujmy to jako ostateczność. Wystarczy, że zostaną wysterylizowani.

– Tak będzie.

– Powtarzam – nie chcę słyszeć obietnic. Gdy przyjdziesz następnym razem, chcę, byś rzekł; „Ojcze, zagrożenie minęło”.

– Zrozumiałem.

– Idź już. I nie przychodź w dzień. Zbyt wielu świadków.

Gość skłonił się ponownie i wycofał ku drzwiom. Wychodząc, rzucił krótkie słowa pożegnania i naciągnął na głowę kaptur. Kardynał znów zasiadł za biurkiem i ukrył twarz w dłoniach, łokciami opierając się o blat. Myślał. Potrzeba rozwiązań alternatywnych. Należy się zabezpieczyć.

 

Wtorek to dzień targowy. Ernest ustawił swój wóz napełniony ziemniakami przy ścianie synagogi i, oparty dupą o jego koło, obserwował ze znudzeniem ludzkie mrowisko. Klimontów kipiał porannym wrzątkiem zakupów, parskaniem koni, krzykiem targujących się chłopów i ujadaniem psów. Ale ten zgiełk nie wzruszał Ernesta. Jego myśli zanurzone były w zupełnie innym sosie. Ten sos przyprawiony był szczyptą rzęs Leny, solą jej uśmiechu, majerankiem jej spojrzenia. Myślał o tym jednym, jedynym razie, kiedy spotkał się z nią sam na sam. I o słowach, które od niej wtedy usłyszał i w których sens wierzył bezkrytycznie przez cały czas. Czuł to całym sobą, nawet zanim je usłyszał, wiedział o tym od zawsze – ona i on mają ze sobą więcej wspólnego niż to, że mieszkają w jednej wsi. I jest coś bardzo ważnego, co muszą zrobić razem. Wiedział też podświadomie, że nie jest na tym świecie po to, żeby przeżyć życie. Czuł to od zawsze każdą komórką swojego ciała – przyjdzie ten czas, ta chwila, kiedy będzie musiał coś zrobić, coś takiego, czego w tej chwili jego wyobraźnia nie jest w stanie objąć.

– Dzień dobry! – z zamyślenia wyrwał go znajomy głos. Podniósł głowę i zobaczył adwokata Kosę w towarzystwie wędrownego dziada. – Jak interesy, Erneście?

Nie odpowiedział. Spojrzał w twarz człowieka przybyłego z Kosą i od razu miał pewność, że już go kiedyś widział. Możliwe, że we śnie, albo kiedy był mały, bo wspomnienie było bardzo mgliste. Teodor rozejrzał się nerwowo po targowisku, chrząknął i powiedział cichym, konspiracyjnym głosem:

– Pamiętasz, Erneście, mówiłem ci o ludziach stamtąd… o „tych" ludziach. Pamiętasz?

– Tak – odpowiedział Guzik i znów wróciły do niego dziwne obrazy ze snów. Wiedział o „tych" ludziach na długo przedtem, wiedział o nich, zanim Kosa go przestrzegł przed nimi. Dlatego od razu mu uwierzył.

– Jeden z nich jest tutaj, gdzieś niedaleko. Szuka cię.

– Dlaczego nie może mnie znaleźć?

– Wasyl mu to utrudnia – adwokat spojrzał krótko na dziada, który z nim przyszedł. – Ale nie może go powstrzymywać w nieskończoność. Musimy działać, jesteś gotowy?

– Tak. Co mam zrobić?

– Przyjdź o północy na cmentarz.

Ernest pokiwał głową ze zrozumieniem, tak jakby nie spodziewał się usłyszeć niczego innego. Spojrzał w oczy Teodora Kosy i nagle coś odblokowało się w jego umyśle. Poczuł się tak, jak po szklance bimbru.

– A Monika? – zapytał. – Obiecaj mi, że kiedy to wszystko się skończy, wrócimy po nią.

– Obiecuję.

Dwie nie pasujące do siebie postacie odkleiły się od wozu z ziemniakami i wtopiły w jarmarczny zgiełk. Synagoga milczała dumnie nad placem targowym, wchłaniając w siebie kolejną porcję historii pewnej kosmicznej rasy, której na imię ludzkość.

 

– A coś ty się tak odpicował, stary?! – Monika była wyraźnie zdumiona. – Czyś ty zdurniał do reszty? W tym chcesz iść na pastwisko?

– Idę najpierw do kościoła – zełgał na poczekaniu Ernest. Odwrócił szybko twarz, bo wiedział, że gdy kłamie, czerwieni się jak burak. Ech, ta Monika! Zawsze musi wejść w drogę, kiedy nie potrzeba.

– Ty do kościoła? Dziś?? Oj, Ernest, jak już kłamiesz, to chociaż z sensem. Za głupią mnie masz?

– Gadasz, babo, a nic nie rozumiesz. Obiecałem Pambuckowi, że jak dobrze zarobię na targu, to mu osobiście podziękuję. I na tacę dam. To sprawa honoru. Ale co wy, baby, możecie o tym wiedzieć.

– Już ja cię znam i nie wierzę w ani jedno słowo. Patrzcie go, jaki bogacz się znalazł! Ledwie grosza skubnął, a już piniędzmi szasta.

– Na cel zbożny dam. W intencji, co by diabły poszły won z naszej wsi.

Zdawało się, że ten argument trafił Monice do rozumu, bo nic nie odpowiedziała. Ponieważ jednak ostatnie słowo musiało być jej, po chwili dodała:

– I niech cię zabiorą ze sobą, będę miała święty anielski.

Poburczeli jeszcze przez chwilę na siebie, nim Ernest wyszedł. Pamiętał, by zabrać ze sobą tobołek. Nie tylko dlatego, by nie wzbudzić podejrzeń małżonki. Nie wiedział wszak, jaka droga go czeka. Coś go ścisnęło w sercu, gdy, będąc na podwórzu, usłyszał z chałupy śpiew Moniki.

 

Gęsi zawodzą

Kaczki zawodzą

Uciekaj dziewczyno

Bo cię pobodzą

 

Zamknął furtkę i wyszedł na drogę. Zatrzymał się za drzewem, do którego przylgnął jak jaki szpieg i popatrzył za siebie na gospodarstwo. Przyglądał się tak przez pewien czas, czy aby Monika nie postanowiła go śledzić, jak to nieraz miała w zwyczaju. Przekonawszy się, że nie wyszła z chałupy, ruszył w stronę kościoła. Pomyślał bowiem, że to dobry pomysł, by przeczekać tam jak najdłużej. Przecież do północy był jeszcze szmat czasu. Nie uszedł jednak daleko, gdy usłyszał za sobą głos Zenusia.

– Hej, Ernik, a coś ty się tak odpicował?!

„Jak nie urok to sraczka” – pomyślał Ernest. Jak trzeba coś załatwić po cichu, to zawsze jakieś kłody pod nogi wlezą. Ernest doszedł do wniosku, że porównanie Moniki i Zenusia z kłodami jest bardzo trafne. Fakt ten złagodził nieco jego gniew.

– Nikuś, pójdziem do Żyda?

– Do kościoła idę.

– Nie chrzań. Chodź, napijemy się.

– Do czego ty mnie namawiasz? Żebym zamiast do kościoła, poszedł do karczmy? Diabeł już zaciera brudne łapska! A anieli się smutkują.

– Daj już pokój z tym kościołem. Prędzej uwierę, że do Leny chcesz się zakraść. Wy coś się chyba macie k sobie…

– Ale najwyżej na kielonka – Ernest postanowił szybko urwać niebezpieczny temat.

– No jasne, wypijemy po kielonku, pogadamy i starczy. Będzie ci cieplej na pastwisku. – Zenuś ucieszył się niepomiernie. – Wiesz co, Nikuś? – Zrobił słodkie oczka. – tylko że u mnie ostatnio trochę kruchawo z miedziakami. Nie postawiłbyś?

Ostatnio, akurat! Powiedziałby, że zawsze, to chociaż by nie zełgał. Ernest uznał, że trochę alkoholu nie zaszkodzi, a może nawet przyda się dla kurażu.

– Dobra, dobra, postawię. Ale tylko po jednym!

– Tylko po jednym!

Zawrócili i poszli drogą w stronę karczmy. W tym samym momencie w krzakach na brzegu pobliskiego stawu, pośród stada wylegujących się gęsi wszczęty został niespodziewany rejwach. Gęsi rozbiegły się z głośnym skrzekiem i syczeniem, przestraszone nagłym pojawieniem się obcego człowieka. To właśnie słowo najlepiej pasuje do sytuacji: pojawienie się. Człowiek ten nie przyszedł w nadbrzeżne krzaki, nie wynurzył się z mętnej wody, nie spadł z rosnącej nad stawem wierzby, on po prostu zaczął być tu i teraz, sapiąc i rozglądając się nerwowym wzrokiem dokoła. Był duży, łysy i miał krótką szyję. Jego małe oczka nakrapiały punkcikami uwagi najbliższą okolicę jak chmara głodnej szarańczy. Po chwili przestał sapać, odetchnął głęboko, jakby starał się ostatecznie uspokoić i zaczął grzebać w płóciennej torbie, którą miał przewieszoną przez ramię. Wyciągnął coś w rodzaju świńskiego ryjka, tyle że mniejszego (jakby to był ryjek prosiaka) i zakończonego cienką srebrzystą wtyczką w kształcie żądła. Namacał grubymi paluchami jakiś szczególny punkt w podstawie swojej kanciastej czaszki i wetknął tam wtyczkę, krzywiąc się i przymykając oczy. Stał w bezruchu przez długą chwilę, sprawiał wrażenie kogoś rozkoszującego się ciszą i zapachem natury. Nagle skóra na jego twarzy zadygotała galaretą obu policzków. Brwi zbiegły się w jeden najeżony grzbiet wściekłego psa, a małe oczka otworzyły się jak oczy lunatyka.

 

– Ernik! Ale jakbyś tak grzańca przed nocką wysiorbał, to by cię i wilcy w więksiejszym rezonie mieli! A tak już od serca ci rzeknę, że i mnie jakiś chłód po kościach łazi. Musi być, od tych mgłów!

Ernest westchnął i spojrzał na zegar wiszący nad głową starego Żyda, który wycierał brudną szmatą ladę wyszynku. Przysunął bliżej siebie tobołek.

– Ale po jednym! – powiedział, unosząc wskazujący palec.

Żyd, czujny jak żaba polująca na muchy, podskoczył ze zrozumiałą przy tym szybkością żabiego jęzora. Rozgarnął połami chałatu zawiesinę gęstego dymu z fajek i skrętów, wypełnionych tytoniem najpodlejszego gatunku. Ernest zadysponował dwa grzańce, a kiedy chałat odpłynął w falach wrzawy, kurzu i smrodu, pochylił się do Zenusia i powiedział cicho:

– Zenuś, słuchaj ty. Jakby co, no wiesz… wilcy by mnie zeżarli, czy coś…

– Eee! Gadasz!

– Cicho, Zenuś. Cicho. Jakby co, bo wiesz, nigdy nic nie wiadomo… I co tam Panbucek komu naszykował. To ty miej baczenie na Monikę. Obiecujesz?

Zenuś powiódł wyczekującym spojrzeniem po zakamarkach karczemnej izby i, nie dostrzegając nigdzie sunącego ku nim Żyda, pokiwał głową.

– Noo… taaa. Co by nie?

Drzwi karczmy otworzyły się i stanął w nich człowiek z płócienną torbą. Ernest zdrętwiał, kiedy zobaczył jego twarz. „Ja go znam!” – pomyślał. Wstał, sam nie wiedząc po co i wpatrywał się w kanciastą postać tkwiącą w otworze drzwi, jak święty w ramach obrazu. W tej samej chwili z ukrytego w cieniu zydla stojącego w kącie podniosła się postać w lichym worze z kapturem. Wnętrze karczmy wypełniła na chwilę mleczna zawiesina, gęstsza kilkakroć od wiszącego w niej dymu. To ostatnia rzecz jaką pamiętał Ernest po przebudzeniu.

 

cdn wkrótce

Koniec

Komentarze

Jest mi niezmiernie przykro, gdyż zmęczony narząd wzroku odmówił dalszej współpracy. Jednocześnie bardzo się cieszę, bo ów obiecał zregenerować się do jutra. Tak więc lekturę, przerwaną brutalnie po zapoznaniu się z jedną trzecią opowieści, jestem zmuszona przełożyć na niedzielne popołudnie. Do tego czasu będę trwać w nerwowym wyczekiwaniu, z cisnącym się na usta pytaniem – co dalej?

Tfurco, wiedzcie – Ty i Współautor Andro, że Wasz Ernest Guzik, na razie, szalenie przypadł mi do gustu. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawie się zapowiada, ale SF to raczej nie widzę. Będzie później?

Najpierw został brutalnie obudzony piskliwym dźwiękiem telefonu, namówionego dzień wcześniej klawiszami na to, żeby piszczał o świcie. A potem kopał po chodniku morelowy kamyczek w drodze na przystanek.

W pierwszej chwili pomyślałam, że to telefon kopał.

Zintensyfikował przy tym częstotliwość wyrzucanych z siebie wulgaryzmów

Czy częstotliwość może być intensywna? Mniej lub bardziej?

Wreszcie przekracza próg chaty, przechodzi dwoma krokami przez sień i, wkroczywszy do kuchni, przysiada na kufrze, tak jak zwykle to robi, wracając rankiem z pastwiska.

Powtórzenie.

Ernest ustawił swój wóz napełniony ziemniakami przy ścianie synagogi i, oparty dupą o jego koło

Hmmm. Naprawdę ten wóz miał koła jak traktor?

Babska logika rządzi!

Finklo, dziękuję za uwagi. Co do SF, to obiecuję, że będzie coraz więcej. Ale urządzenie zwane “wąchaczem” na łbie Buły to już SF :) Inna sprawa, że miałem potężny dylemat, czy wybrać ten gatunek, czy po prostu “Inne”, bo historia ucieka poza standardy.

 

regulatorzy – równie nerwowo będę wyczekiwać twoich uwag :)

@tfurco i andaro, obecny scyzoryku spod Kielc

Przeczytałem na razie pierwszy rozdział. Z początku trochę przeszkadzała mi taka jakaś nonszalancka maniera w prowadzeniu narracji. Ale szybko zacząłem ją tolerować, mało tego zaakceptowałem ją, a nawet powiem, że nadała ona specyficznego i odpowiedniego do histori charakteru.

 

Co do fabuły, to po jednym rozdziale mam chyba tylko pytania. Na razie  rzeknę tylko, że teraz już chyba nigdy obojętnie nie przejdę obok wyrzuconego pudełka po butach…

;-)

A na poważnie, to fabuła nie wygląda mi na zbyt… ambitną. To lekka lektura na niedzielne popołudnie. Chyba, że się mylę?

 

Jedno pytanie: Ile to ma rozdziałów?

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Przeczytałem całe pięć rozdziałów ( w nocy, będąc w pracy, korzystając z telefonu – zatem – diabelnie wciągające). Opowieść istotnie na początku sprawia wrażenie nieco infantylnej histoii blokowiskowo – społecznej, ale to pozór jeno. Później robi się zdecydowanie ciekawiej, tajemniczo, wielowątkowo… i ambitnie.

Ta nonszalancka i chaotyczna, działająca na granicy błędu maniera narracyjna, nie tylko bawi i nadaje specyficzny klimat, ale też umożliwia tworzenie naprawdę interesujących i pięknych konstruktów stylistycznych.

Jeśli w przyszłości nie dojdzie do katastrofy (to jest fabuła się nie zebzdurzy, styl nie spetryfikuje, a bohaterowie nie wyjadą na urlop do lasu sekwojowego), to mamy do czynienia z jednym z najciekawszych tekstów.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Och, jak milo czytać takie komentarze :) Co do długości, to to ma 15 rozdziałów i podzieliłem na 3 odcinki. Dziś wrzucę drugi.

Dopiero dziś mogłam poznać dalsze losy Ernesta Guzika i co tu dużo mówić, fajnie się to czyta. Ponieważ to zaledwie jedna trzecia opowieści, wolałabym wypowiedzieć się kiedy przeczytam całość.

 

Misiu, ser­dusz­ka, kwia­tek, twarz…Misio, ser­dusz­ka, kwia­tek, twarz

 

No, wła­śnie cze­kam na jed­ne­go pana, który zna­lazł moją pa­czusz­kę.No, wła­śnie cze­kam na jed­ne­go pana, który zna­lazł moją pa­czusz­kę.

Nie upieram się jednak, albowiem Ernest mógł powiedzieć . ;-)

 

…sta­ra­jąc się za­ta­mo­wać le­ją­ce się z oczu stru­gi łez. – Proponuję: …sta­ra­jąc się za­ta­mo­wać płynące z oczu stru­gi łez.

 

Po­smut­niał i moc­niej na­krył się kocem… – Wolałabym: Po­smut­niał i szczel­niej na­krył się kocem

 

Za­czął po­wo­li go­dzić się ze swoim losem.Za­czął po­wo­li go­dzić się z losem.

Czy mógł godzić się z cudzym losem? ;-)

 

Nie martw się, Er­ne­ście – po­wie­dzia­ła swoim spo­koj­nym gło­sem. – Czy mogła mówić cudzym głosem? ;-)

 

Ka­za­ła mu wszyst­ko prze­my­śleć i jutro do­sta­nie ostat­nią szan­sę. – Czy nie powinno być: Ka­za­ła mu wszyst­ko prze­my­śleć i dodała, że jutro do­sta­nie ostat­nią szan­sę.

 

wpił wy­cze­ku­ją­cy wzrok w przy­by­sza. – …wbił wy­cze­ku­ją­cy wzrok w przy­by­sza.

 

Wsu­nął nos mię­dzy te bo­skie kształ­ty i po­chła­niał jej ró­ża­ny za­pach.Wsu­nął nos mię­dzy te bo­skie kształ­ty i po­chła­niał ich ró­ża­ny za­pach.

 

żali pięk­nej po­li­cjant­ki… – …żalów pięk­nej po­li­cjant­ki

 

…lekko po­py­cha­ny, dro­bił ma­leń­kie krocz­ki jak gej­sza. – Co to są kroczki jak gejsza? ;-)

lekko po­py­cha­ny, dro­bił ma­leń­kie krocz­ki, jak gej­sza.

 

Sły­szał jak ktoś krzy­czał, że chce go roz­szar­pać na strzę­py, a resz­ta tłumu wtó­ro­wa­ła mu z apro­ba­tą. – Wolałabym: Sły­szał jak ktoś krzy­czał, że chce roz­szar­pać go na strzę­py, a resz­ta tłumu wtó­ro­wa­ła z apro­ba­tą.

 

…ale wciąż czuł się nie­pew­ny co do swo­jej przy­szło­ści. – Wolałabym: …ale wciąż czuł nie­pew­ność, co do swo­jej przy­szło­ści.

 

…za­czął ło­mo­tać z całej siły w drzwi. Szar­pał klam­kę, na­pie­rał na drzwi całym cia­łem… – Powtórzenie.

 

Zo­ba­czył żonę, le­żą­cą bez tchu na dy­wa­nie w sa­lo­nie w oto­cze­niu por­ce­la­no­wych skraw­ków. – Wolałabym: Zo­ba­czył żonę w salonie, leżącą bez tchu na dy­wa­nie, pośród por­ce­la­no­wych skorupek.

 

Może her­ba­ty z im­bi­rem? – Er­nest za­prze­czył, mimo że chęt­nie na­pił­by się jej z por­ce­la­no­wej fi­li­żan­ki… – Wolałabym: Może her­ba­ty z im­bi­rem? – Er­nest podziękował/ odmówił

 

Bę­dzie oka­zja, to się jej za­py­ta­my…Bę­dzie oka­zja, to za­py­ta­my

 

Czy­tał je, jakby pierw­szy raz wi­dział swoją wi­zy­tów­kę na oczy. – Wystarczy: Czy­tał je, jakby pierw­szy raz wi­dział swoją wi­zy­tów­kę.

 

Ko­bie­ty ani drgnę­ły, zu­peł­nie jakby ota­cza­ją­cy je świat omi­jał je łu­kiem cza­so­prze­strze­ni.Ko­bie­ty ani drgnę­ły, zu­peł­nie jakby ota­cza­ją­cy świat omi­jał je łu­kiem cza­so­prze­strze­ni.

 

Trud­no, mu­si­my cze­kać. I tak będą mu­sie­li wró­cić – nie mają sa­mi­cy. – Proponuję: Trud­no, trzeba cze­kać. I tak będą mu­sie­li wró­cić – nie mają sa­mi­cy.

 

Wresz­cie prze­kra­cza próg chaty, prze­cho­dzi dwoma kro­ka­mi przez sień i, wkro­czyw­szy do kuch­ni…Wresz­cie prze­stępuje próg chaty, dwoma kro­ka­mi pokonuje sień i, wszedłszy do kuch­ni

 

Za­sia­da za sto­łem i sior­bie pierw­szy haust go­rą­cej zupy, nie cze­ka­jąc na chleb. – Haust, to duży łyk napoju. Zupę jemy łyżką, więc o hauście raczej nie ma mowy. No, chyba że jadł chochlą. ;-)

Proponuję: Za­sia­da za sto­łem i sior­bie pierw­szą łyżkę go­rą­cej zupy, nie cze­ka­jąc na chleb.

 

…by wy­łusz­czyć spra­wę, z jaką przy­szedł. – …by wy­łusz­czyć spra­wę, z którą przy­szedł.

 

Ty do ko­ścio­ła? Dziś?? – Stawiamy jeden znak zapytania. W uzasadnionych wypadkach, trzy. Nie stawiamy dwóch znaków zapytania.

 

Obie­ca­łem Pambuc­ko­wi, że jak do­brze za­ro­bię na targu… – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka