- Opowiadanie: Dzikowy - Kolejkon

Kolejkon

Tak. To ja odpowiadam za kolejkon na zeszłorocznym Polconie. Po całym konwencie musiałem odreagować i zamiast odsypiać naklepałem takie coś. Treść nie jest oryginalna, ale nie o to chodziło.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Kolejkon

Od dziś jestem wdowcem. Tak przynajmniej zakomunikował mi system, gdy tylko otworzyłem oczy i spojrzałem na ekran zawieszony pół metra nad twarzą. System wykreślił Zosię i już nie było możliwości wniesienia odwołania, a nawet sprawdzenia, co się z nią stało. Zresztą komunikat nie był wyświetlany zbyt długo. Po kilkunastu sekundach na monitorze pojawiły się instrukcje: kąpiel 3 minuty, koszula nr 4, spodnie nr 1, buty… Buty mam tylko jedne, więc mogę zignorować polecenie. Już tydzień temu wysłałem zapotrzebowanie, ale może zaginęły, jak moja żona?

Śniadanie zjadłem bez specjalnego apetytu. Po posiłku rurka tłocząca odżywkę, monitor i panele kontrolne schowały się za przegrodą i szuflada napełniła się wodą do wysokości mniej więcej uszu. Leżąc na plecach, z wprawą obmyłem ciało, dbając przy tym, żeby woda z detergentem nie zalała mi oczu. Jeszcze płukanie, odessanie wody, trwające trzy minuty suszenie i mogłem sięgnąć na półkę po wybrane przez system ubrania.

Ubieranie się też wymaga wprawy: najpierw przewracam się na prawy bok, sięgam po koszulę. Potem, leżąc na brzuchu i podpierając się na łokciach, rozciągam koszulę na wciąż wilgotnym po kąpieli materacu. Następnie kładę się na niej plecami i staram się trafić rękoma w rękawy. Ze spodniami jest łatwiej, ale skarpetki i buty zakładam dopiero w drodze do pracy. Kolejny dzwonek i otwiera się wyjście z szuflady.

Mam pracę. To dobrze, bo inaczej pewnie bym za każdym razem godzinę czekał na drabinę, a tak dostałem szufladę tuż nad chodnikiem. Patrzę na zawieszone nad wyjściem światła, czekając na zielone. Pół metra od wyjścia sunie ściśnięty rząd bioder i dłoni ludzi, którzy tak jak ja jadą do pracy. Wyjście z szuflady również nie jest łatwe. Zapala się zielone światło, a wtedy gwałtownie turlam się przez lewe ramię i chwytam za krawędź szuflady, żeby nie stracić równowagi. A to nie koniec, bo jeszcze trzeba utrzymać równowagę po wejściu na sunący powoli chodnik. Po zajęciu miejsca w szeregu krzątam się jeszcze w półskłonie, zakładając skarpetki i buty. Te ostatnie zasznuruję w wolnej chwili, gdy zrobi się luźniej.

Droga do pracy zabiera godzinę, czasami więcej. Rosnący tłum wciska mnie w mężczyznę stojącego przede mną. Nie tracę równowagi tylko dlatego, że nie mam gdzie upaść, tylko stojąc na palcach, opieram swój ciężar na ludziach stojących przede mną, a oni z kolei na stojących jeszcze dalej. Facet przede mną jest mojego wzrostu. Kładę brodę na jego ramieniu, a jednocześnie czuję, jak ktoś chwyta mnie za ramię, ktoś inny wbija biodro w mój lewy pośladek. Powoli tłum przesuwa mnie w środek kolumny, dlatego gdzie nie spojrzę, widzę głowy. Czasem uszy, czasem nosy, czasem oczy rozbiegane tak jak moje, ale przede wszystkim wszystkie przepisowe fryzury z katalogu – od numeru 1 do 49.

To najtrudniejszy odcinek, ale na szczęście krótki. Po kilku minutach dojeżdżamy do portu. Na końcu chodnika pojawiają się palety – prostokąty podzielone na 32 pola – cztery szeregi i osiem kolumn. Zielone światło oznajmia, że mamy zrobić krok w przód. Każde z nas zajmuje po kolei wolne miejsca i po chwili światło zmienia się na czerwone, paleta rusza, a na jej miejsce przybywa kolejna, także zapełniająca się w ciągu kilku sekund. Po chwili słyszę stukot, gdy platforma zmienia tor. Na ten dźwięk wszyscy przestajemy patrzeć pod nogi. Za chwilę będziemy mijać plac, jedyne miejsce na trasie, gdzie dzięki systemowi zwierciadeł możemy dostrzec słońce świecące gdzieś tam, w górze, kilkanaście chodników wyżej. Ale dziś nie ma słońca. W zwierciadle, w które wpatrzone są tysiące oczu, widać szarą plamę chmur, równie nieosiągalnych jak paląca siatkówki tarcza słońca. No cóż, może pojawi się później, gdy będziemy wracać?

Myślę o Zosi. Spotkałem ją właśnie na takiej palecie. Kilka miesięcy temu, gdy przejeżdżałem przez rozpalony słońcem plac, odezwałem się do dziewczyny stojącej przede mną. Trzeci szereg druga kolumna.

– Piękne, prawda?

Odwróciła się do mnie i spojrzała wilgotnymi od łez oczami.

– Bardzo piękne.

– Jestem samotny – stwierdziłem i jednocześnie spytałem.

– Jestem samotna – odpowiedziała i chwyciła mnie za ręce.

Wysiedliśmy wcześniej, podjechaliśmy do terminalu i zarejestrowaliśmy związek. Dostaliśmy dzień wolny od pracy i mogliśmy od razu wrócić do nowej, większej szuflady, gdzie kochaliśmy się, dopóki nie zmorzył nas sen. Następnego dnia na monitorze pojawiły się zupełnie nowe, zupełnie inne polecenia. Odtąd mieliśmy pracować razem, razem przypisywać czerwone i zielone symbole do czerwonych i zielonych przycisków, razem na zielone światło turlać się na chodnik, razem na zielone wskakiwać na platformę. Mieliśmy szufladę z większymi półkami, z dwiema rurkami dystrybutora jedzenia.

Potem nas rozdzielili. Może to była moja wina, a może wina tego mężczyzny nade mną, który wystawił rękę z platformy i trafił akurat na kontrolę objętości obywatelskiej? Odcięte ramię spadało, obijając się o kratownice chodników, o krawędzie platform, a w końcu, nabrawszy prędkości, uderzyło mnie w głowę tak niefortunnie, że straciwszy równowagę, oparłem się mocno o kobietę stojącą na zewnętrznym polu palety. Jeszcze przez chwilę próbowała utrzymać równowagę, ale po kilku sekundach komicznego wymachiwania ramionami runęła w dół, uderzając o kolejną, niższą paletę, wzbudzając prawdziwą lawinę ludzkich ciał ginącą w mroku i smogu niższych poziomów.

Tego dnia straciłem pracę. Całymi dniami leżałem w szufladzie i tylko czekałem na powrót Zosi. Zawsze wracała taka piękna, taka pogodna. Aż do pewnego dnia, gdy po prostu się nie pojawiła, a ja otrzymałem nakaz natychmiastowego przeniesienia się do mniejszej szuflady. Po nocach śniłem, że uderza mnie krwawiące ramię, a ja ratuję się, zrzucając jednocześnie Zosię w przepaść. Może tak właśnie było?

Niedawno odzyskałem robotę, chyba na pocieszenie. Dlatego dziś znowu sunę na palecie, za chwilę zatrzymam się przed czerwonym światłem. Gdy się zmieni, przeskoczę na chodnik prowadzący do fabryki. Tam stanę w swojej szafie i przez 12 godzin będę wciskał czerwone i zielone przyciski w zależności od barwy monitora. Nikt mi nigdy nie wytłumaczył, co oznacza to zajęcie, te kolory, ani do czego służą te przyciski. Po prostu wciskam.

Czerwone, zielone, zielone, czerwone, zielone, czerwone, czerwone, zielone… Jeszcze 11 godzin i 59 minut.

A może te wszystkie zielone i czerwone światła w szufladzie, na chodnikach, w porcie i w fabryce obsługuję ja sam? Może jestem samowystarczalny, działam sam dla siebie i ci wszyscy ludzie nie są mi do niczego potrzebni? A może ja im nie jestem do niczego potrzebny, skoro moje jedno światło daje sygnał 32 ludziom na palecie, czyli jest jeszcze 31 ludzi do ich obsługi? Co ja robię? Po co? Zadaję sobie te pytania codziennie. A może faktycznie pracuję tylko dla siebie, sobie zapalam i gaszę światła, sobie reguluję czerwone – nie wolno – i zielone – wolno. Może ta cała moja praca jest tylko powodem, żeby wyjść z szuflady? Pretekstem, żeby zrobić w ciągu dnia osiem kroków: na chodnik, na paletę, na chodnik, do szafy, na chodnik, na paletę, na chodnik, do szuflady? Ile człowiek jest gotów poświęcić dla tej nędznej odrobimy ruchu, dla tego złudzenia słońca odbitego wcześniej w trzydziestu krzywych i zakurzonych zwierciadłach?

Zielone, zielone, zielone, czerwone, czerwone, zielone, zielone… 11 godzin 48 minut.

Dziś wciskam dużo zielonego. Na wiele ludziom pozwalam. Jestem dawcą ruchu, dawcą zgody, a przynajmniej tak mi się wydaje, bo nie mam pewności, że moje działanie ma jakikolwiek wpływ na rzeczywistość. Może bez sensu wykonuję wyświetlane na monitorze polecenie „Dopasuj kolory!”. To dopasowuję, z każdą minutą coraz bardziej instynktownie, bezmyślnie.

Powoli odpływam. Próbuję przypomnieć sobie, co ostatnio zrobiłem pożytecznego? Wczoraj na chodniku mijałem staruszkę, która próbowała powyginanymi palcami chwycić szczebel przejeżdżającej drabiny. Miałem kilka minut, bo wyszedłem przed czasem, ale jej nie pomogłem, tylko przyglądałem się, jak drabina przejeżdża obok raz, drugi, trzeci, a pomarszczona dłoń za każdym razem trafia w próżnię. Widziałem na platformie płaczącego mężczyznę, ale nie chciałem obarczać się jego problemami, mimo że zaspokoiłoby to moją ciekawość. W końcu leżałem w milczeniu pół nocy, wsłuchując się w łkanie Zosi, i nie spytałem, nie przytuliłem. Nie kochałem jej? A może inaczej – kochałem ją? A może po prostu byłem samotnym egoistą, który chciał ogrzać się w nocy, mieć się do kogo odezwać, komuś zwierzyć? Bo przecież minęło dopiero kilka dni, a ja nawet nie pamiętam jej twarzy. Tylko te mokre oczy, gdy spytałem ją o słońce. Może kochałem tylko słońce i chciałem się z kimś tą miłością podzielić?

Zielone, czerwone, zielone, czerwone, czerwone, czerwone, zielone, czerwone, zielone… 11 godzin 32 minuty.

Podobno lata dzieciństwa wspomina się lepiej. Ja wspominam. Rodzice w mieszkaniu, w którym można było stanąć i wyprostować się, w którym można było zrobić dwa kroki i nie potknąć się o sedes czy łóżko. W mieszkaniu, w którym było łóżko! Wyjścia do kina, zawieszonego nad pierwszymi ruchomymi chodnikami, wprowadzonymi dla zapewnienia odpowiedniej przepustowości, gdy zabrakło miejsca dla transportu indywidualnego i zbiorowego. Kina, w którym ładowano nas do kapsuł wędrujących coraz wyżej i wyżej, a obraz wyświetlano kilkanaście metrów dalej, gdy poniżej sunęli ludzie. Teraz żałuję, że nie oglądałem filmów, a patrzyłem na ludzi w dole, przyglądałem się ich twarzom i próbowałem odgadnąć ich myśli i troski. Teraz już nie ma kin. Po co, skoro każdy ma swój własny ekran, który budzi go o świcie, z którym zasypia po zmroku, który przypomina o posiłkach, o kąpieli, o ubraniach? Który informuje, że więcej już nie zobaczysz Zosi lub nie wydostaniesz się na zewnątrz, bo właśnie straciłeś pracę. Ciekawe, co za kilkadziesiąt lat będą o szufladach myśleć dzisiejsze dzieci? Pewnie też będą wspominać je z nostalgią, a ekrany będą uważać za nianie i opiekunki, które karcą, ale jednocześnie są tak pełne miłości.

Zielone, czerwone, czerwone, zielone, zielone, czerwone, zielone, zielone, czerwone… 10 godzin 42 minuty.

Próbuję liczyć wszystkie te czerwone i zielone mignięcia ekranu. Ot tak, dla zabicia czasu. Dla zabicia… Kiedyś podobno ludzie się zabijali, ale nie tak przypadkiem, jak zrzucenie z platformy, co kosztowało mnie utratę pracy, ale z premedytacją, celowo – pozbawiając życia dla pozbawienia życia. Zastanawiałem się nad tym często, szczególnie między szóstą i piątą godziną przed końcem zmiany, ale nadal nie widziałem żadnego uzasadnienia dla takiego postępowania. Przecież ludzie giną codziennie, a mimo to ich nie ubywa. Po co więc zabijać?

Wyobrażam sobie, że ktoś celowo zrzuca mnie z platformy. Lecę w otchłań, rozrzuconymi kończynami uderzam ludzi na paletach poniżej, a w końcu tonę w mroku i nadal spadam, krztusząc się smogiem. Ląduję na stercie śmieci i pyłu z wyższych poziomów. I nikt mnie tam nigdy nie znajdzie, bo nawet nie będzie szukał. Leżę martwy, oblegany przez szczury. Nikomu niepotrzebny, może poza tymi szczurami. Martwymi oczami patrzę w górę, na ten tłum równie niepotrzebnych ludzi, którzy mogą spaść tu i teraz ze swoich platform, zginąć na wysypisku miasta i nikt o nich nie będzie pamiętał. Zostaną wykreśleni z systemu, rodziny z monitora przeczytają, że muszą się przeprowadzić do mniejszych szuflad, a po kilku dniach będą pamiętać tylko ich oczy – brązowe i niebieskie, zielone i czerwone, kobiet i mężczyzn. Takie powtarzalne, takie identyczne.

A ja bardzo chcę być wyjątkowy! Pojawia się zielone światło i wciskam czerwony przycisk. Nic się nie dzieje. Pojawia się zielone i znowu wduszam czerwony; zielone i znowu czerwony. Wciskam przyciski przeciwne do nakazanych. A mimo to nic się nie zmienia. Nadal stoję tu i wykonuję polecenia.

Zielony-czerwony, czerwony-zielony, zielony-czerwony, zielony-czerwony, czerwony-zielony, czerwony-zielony… 9 godzin 27 minut.

W szafie jest jeszcze jeden przycisk, też czerwony. Uderzam go pięścią i po chwili otwierają się drzwi, a nad głową rozbłyska lampa – też czerwona. Wychodzę z szafy i biegnę w stronę chodnika tłoczącego ludzi w moją stronę. Napieram na tłum, przeciskam się przez zbite w masę ciała, rozrzucam rękami, spycham poza krawędź chodnika, otrzymuję ciosy, zbieram razy. Ale idę pod prąd. Idę! Chociaż stoję w miejscu. Za chwilę spadnę, ale nie sam. Zabiorę was tylu, ilu zdołam.

 

Warszawa, wrzesień 2013 r.

Koniec

Komentarze

Makabryczna wizja. Musiała Ci ta kolejka strasznie dopiec.

Ale napisane przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

Długo kombinowałam sobie, czym on jest i gdzie się znajduje. Komputer? jakies cośtam pracujące w oku? Dopiero później zaakceptowałam, że to po prostu przyszłość :)

 

Napisane dobrze, podobało mi się.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Od razu miałam skojarzenie z Kingsajzem oraz Orwellem (i Zajdlem – te guziczki). Sprawnie napisane, dobrze się czyta. Kolejka to zło, trauma jednak wydała piękny owoc. :)

Oj, to podpadłeś wielu ludziom ;) Stało się, stało.

Przygnębiający obrazek. Tekst dobry, a nawet plus-dobry, że nawiążę do klasyka. Podobało się.

 

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Czytałem kiedyś, bardzo dawno temu, opowiadanie Tanith Lee "Madonna Maszyny", bodajże z zamierzchłych lat osiemdziesiątych. Było o społeczeństwie żyjącym w nieskończonym labiryncie trzewii jakiejś kolosalnej, tytanicznej maszynerii, której istoty działania i celu istnienia nikt już nie pamiętał. Maszyna była przyczyną i skutkiem, jej praca sensem samym w sobie. Całym Światem. Były tam te same klitki mieszkalne, ten sam ekran, jako jedyny towarzysz, ta sama przerażająca rutyna i ogłupiająca, monotonna praca. Której celowe zaniechanie nie miało absolutnie żadnego efektu, żadnego wpływu na działanie Maszyny-Świata. Ta sama przerażająca atmosfera ostatecznego upodlenia, uprzedmiotowienia i dusznej, niemej rozpaczy. Ale nawet w tym strasznym, zwyrodniałym świecie pojawił się jakiś wątły promyk światła, gdy bohater, gnając w swym ostatnim, szaleńczym zrywie przez plątaninę korytarzy, dotarł do ślepego zaułka. Ściany, która wydawała się być ostateczną granicą, zewnętrznym pancerzem Maszyny. I wiedział, że kiedyś ją pokona. Ostatnie zdanie brzmiało jakoś tak: "Bo nie ma barier, których nie można pokonać". Ha, u Ciebie nie ma nawet takiego drobnego błysku nadziei. Depresja jest ostateczna. Z jednej strony to dobrze, bo mięsiste kawały czystej deprechy to to, co Muminki lubią najbardziej. Ale gdzieś tam, we mnie, siedzi mały, tęczowy jednorożec, który głośno protestuje przeciw takiej wizji. I domaga się kwiatuszków i motylków. Cóż, jeśli ten tekst o ciężarze i gęstości czarnej dziury jest jeno niewinnym żarcikiem, sprowokowanym jakąś autentyczną, wk…cą kolejką, to ho, ho, czapki z głów przed pana talentem, Drogi Dzikowy.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Oryginalne czy nie – przede wszystkim porządnie napisane. Wizja straszna, choć przedstawiona na szczęście bez nadmiernego filozofowania czy patosu. Tak na przygnębienie w dobrym stylu.

Przeczytałam dziś dwa opowiadania Twojego autorstwa. Dobrze, że najpierw to, które nie wywołało we mnie żadnego wrażenia, a potem powyższe, zdecydowanie lepsze. Między Wściekłym atakiem łupieżuKolejkonem widzę otchłań, którą mogę porównać do tej, w którą spadali strąceni z platform. ;-)

 

Mie­li­śmy szu­fla­dę z więk­szy­mi pół­ka­mi, z dwie­ma rur­ka­mi dys­try­bu­to­ra je­dzie­nia. – Literówka.

 

…a po­mar­szo­na dłoń za każ­dym razem tra­fia w próż­nię. – …po­mar­szczo­na dłoń za każ­dym razem tra­fia w próż­nię.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

By rozwiać ewentualne niejasności – nie krytykowałem tekstu za brak oryginalności, tylko porównywałem do jednego z najlepszych opowiadań, jakie w życiu czytałem. A to znaczy, że “Kolejkon” cholernie mi się podobał.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dzięki za komentarze. Kolejkon osobiście uważam za tekst nieudany. W zasadzie wszystkie (poza “Potem”) uważam za nieudane i traktuję jako etiudy. Miło, że się spodobał. Literówki poprawię.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Nowa Fantastyka