- Opowiadanie: Jurij_Kater - Dies Irae

Dies Irae

Postapokaliptyczne wizje coraz częściej pojawiają się w fantastyce. A co powiecie na powrót do korzeni? Na świat, w którym nastąpił biblijny Dzień Gniewu, otwarły się wrota piekieł – lecz nie oznaczało to końca cielesnej egzystencji człowieka? Wyobraźcie sobie wizję, w której zatarły się granice między materią a duchem. Demoniczne opętania unicestwiły wiekszość społeczeństw. Ci, którzy pozostali przy zmysłach nie są już na szczycie ewolucji. Mogą tylko desperacko walczyć o zachowanie resztek człowieczeństwa, skrawków minionej kultury. Hic est dies irae...

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Dies Irae

Kot zwolnił, coraz ostrożniej dotykając łapkami asfaltu, w końcu przywarł brzuchem do zniszczonej nawierzchni. Zjeżył sierść na grzbiecie, cicho zasyczał wpatrując się w ciemność. Iwan nawet nie skierował wzroku na ciemną przerwę między odrapanymi kamienicami – koncentrował się na zwierzaku. Zwierzęta – one zawsze widziały i wyczuwały ich lepiej. A zwłaszcza koty, te urocze futrzaki śpiące po czternaście godzin na dobę. Żyły sobie jedną łapą po tej, jedną po tamtej stronie. Cwaniaki. A może kolejne ogniwo ewolucji? Najlepsze przystosowanie do obecnych warunków? Mniejsza z tym, teoretyczne rozważania były dobre dla jajogłowych okularników. Iwan nigdy nie przepadał za wiedzą drukowaną trudnym językiem w fachowych czasopismach – i dyskutowaną  jeszcze trudniejszymi słowami przez mądrali w garniturach i garsonkach. Dla Iwana wiedzą było to, co sam odczuł i przeżył. Teraz też nie zastanawiał się, czy Koszka faktycznie wyczuła ich obecność. Czy może to tylko zachwiana, rozdarta granica – albo zwykły pies, bądź duży szczur. Po prostu podszedł do niej, pogłaskał wzdłuż napiętego grzbietu i ujął w dłoń srebrny, podwójny krucyfiks, który nosił na szyi. Szepcząc rosyjską modlitwę powoli ruszył ulicą – nie spoglądając nawet na ciemność między opuszczonymi domami, choć wydawało mu się, że kątem oka widzi ruch, a może błysk metalu? Kot, wciąż z brzuchem przy ziemi, ruszył ostrożnie za Iwanem.

 

***

 

Szli pustymi ulicami – krzepki, brodaty starzec w zniszczonym brązowym prochowcu i ogromny, długowłosy, czarny kot. Mijali porzucone na poboczu samochody, z szybami pokrytymi kurzem, błotem i ptasimi odchodami. Gołębie gruchały z gniazd na dachach martwych autobusów i brudnych przystanków. Spomiędzy pęknięć asfaltu wyrastała trawa, a z boków patrzyły niewidzące oczy – matowe szyby kamienic. Weszli na kolejne skrzyżowanie – puste ulice przemiótł podmuch wiatru. Iwan schował się za wiatą przystanku, wyjął z kieszeni zafoliowaną mapę i gruby flamaster. Chwilę się rozglądał, coś zaznaczył i ruszył przez skrzyżowanie – po drugiej stronie, w zaniedbanej, pokrytej pajęczynami witrynie, rozpoznał poszukiwaną księgarnię. Jednak gdy zbliżyli się, Koszka znów przywarła do chodnika – tym razem jednak energicznie poruszała ogonem, wyciągała nos, węsząc. Iwan kucnął obok kota, nasłuchiwał – z budynku dochodziły ledwie słyszalny trzaski. Przez sekundę dostrzegł na szybie pomarańczową łunę. Pożary już od dawna nie wybuchały samoistnie, chyba że podczas burzy. Ktoś musiał być w środku. Sękatą, pomarszczoną dłonią wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza odrapany, automatyczny pistolet. Bezszelestnie odciągnął zamek i powoli ruszył w lewo, poszukując tylnego wejścia do budynku.

 

***

 

Mimo bliskości ogniska i grubego koca, Karen trzęsła się. John zdjął z rozgrzanej cegły metalowy kubek pełen herbaty, zawinął w szmatę i podał dziewczynie. Jej zapadnięte, zaczerwienione oczy wyrażały uśmiech, ale usta ledwie drgnęły.

– Pij powoli, postaraj się zjeść choć kilka – podał jej napoczętą paczkę ciasteczek.

– Wiesz, że to nie ma sensu, i tak wszystko zwrócę. Ale dziękuję to przemiłe, że tak się starasz. Że nie lubisz się poddawać.

– My nie możemy się poddać, przecież właśnie to zrobili wszyscy inni. Nie po to przetrwaliśmy, żeby nas głupia choroba złamała – jego słowa nie zabrzmiały zbyt pewnie. – Jutro ruszymy dalej, w okolicy mamy osiem aptek i dwa szpitale do przeszukania.

– Pewnie tam też niczego nie będzie. Przy ewakuacji zabrali wszystkie lekarstwa… O, kicia! – Karen dostrzegła czarnego, kosmatego kota stąpającego między rozrzuconymi na podłodze książkami. Johna ten widok ucieszył – przynajmniej przez moment nie będzie myślała, że to wszystko nie ma sensu. A może zabiorą kota, będą go karmić, Karen miałaby jakieś zajęcie – poza myśleniem o tym, że i tak umrze.

Podłoga za Johnem skrzypnęła – błyskawicznie odwrócił głowę, jeszcze zanim dostrzegł sylwetkę, sięgnął po oparty o ścianę myśliwski karabin.

– Ostaw, malczik, nie zdążysz – rozległ się głęboki głos starego człowieka. Miał wschodnioeuropejski akcent. John zauważył wycelowany w siebie pistolet, trzymany przez pomarszczonego brodacza z orlim nosem, w długim płaszczu. Cofnął rękę, nie zdążyłby chwycić karabinu. Nieznacznie przesunął się, zasłaniając ciałem leżącą przy ognisku Karen.

Starzec podszedł bliżej, nie opuszczając broni – zatrzymał wzrok na ogniu. Błysnęły niesamowicie jasne, niebieskie oczy. Płomienie lizały połamane fragmenty mebli i ram okiennych. Spod nich sterczały sczerniałe kartki papieru. Rozległ się syk kota, brodacz błyskawicznie wycelował w wychudłą blondynkę przykrytą kocem – i ujrzał wylot lufy czarnej beretty. Kobieta wyglądała na bardzo słabą, ale pistolet trzymała pewnie.

– Czego tu szukasz, dziadku? Opuść to żelastwo, porozmawiajmy – kobieta miała cichy i zachrypnięty, lecz stanowczy głos.

– To wy palicie knigi – odezwał się zimno starzec. – Może mnie ubijesz, ale ja pierwyj ubiju ciebie. Ludzie szaleją, ulegają i umierają, książki pozostają nawsiegda.

– Nie niszczymy książek, sam pan zobacz – odezwał się John z ulgą w głosie. Może jednak ten starzec nie jest złodziejem, ani oszalałym opętanym?

"Kłamcy, ikonoklaści, zupełnie jak oni, jak ci z drugiej strony. Niszczą kulturę, niszczą to, co jeszcze ma szanse przetrwać, gdy ludzie ze szczętem wyginą" – Iwan pamiętał dobrze kilka księgarń i bibliotekę, w których znajdował ślady po ogniskach – a w popiele szczątki książek, tych najbardziej wartościowych i trwałych nośników wiedzy, cywilizacji. Nie spuszczając wzroku i broni z kobiety, zbliżył się do ognia. Niepostrzeżenie przełączył pistolet w tryb automatyczny – może zdąży trafić ich oboje. Ciężko kucnął przy ogniu, szybkim ruchem wyjął plik papieru z płomieni. Cały poczerniały, był nieco zbyt podłużny na książkę. Sięgnął po następny – był dokładnie takiego samego kształtu. Uchwyciwszy trzeci plik, Iwan wybuchł tubalnym śmiechem i odłożył pistolet na podłogę. W dłoni trzymał tlący się wizerunek Króla Jagiełły Pogromcy Krzyżaków. Te dzieciaki nie brały na podpałkę książek, tylko forsę.

– John nie kłamie, dziadku. Nigdy nie kłamie – Karen opuściła broń. Odchyliła koc, pokazując stos pospinanych banderolą banknotów. – Napadliśmy na bank. Pieniądze mogą przy każdej pogodzie dać ciepło. Te z banków zawsze są suche.

– Jestem Iwan. Priatno poznakomitsja – starzec ani myślał ich przepraszać. Palenie ognia w księgarni i tak było dla niego trudne do zniesienia.

– Karen Wrońska, a to jest John Endelman – po tych słowach siły dziewczyny jakby opadły, zakaszlała długo, zawinęła się mocniej w koc i nagle zasnęła. Iwan dostrzegł rozłożone koło ognia medyczne podręczniki. Nieproszony przysiadł się do ogniska, a kot szybko wskoczył mu na kolana.

 

***

 

– Twaja kobieta pytała, cziewo szukam. – Pamięć Iwana bardzo powoli psuła się z wiekiem – Dzisiaj szukam Fregego, Aleksandrowicza, Thorwalda i Steinera. Pewnie nic eto wam, młodym, nie mówi. Zatem inaczej – brakujących książek w temacie filozofii, medycyny, historii i religii.

– Brakujących? – zdziwił się John.

– Ja przecież mówił, że książki pozostają! Zbieramy je w odpowiednich gmachach, bezpieczne, jako dziedzictwo ludzkości. Umierającej ludzkości.

– Jest was więcej?

– Możliwe. Było wielu, kiedy nas posłano. Potem nastąpił upadek. Dawno nie spotkałem nikogo innego. Być może jednak są-miałbym mniej pracy. Wszystkiego zresztą sam nie znajdę, choćbym żył jeszcze drugie tyle.

– Zaraz, zaczęliście zbierać książki zanim to wszystko się wydarzyło? 

– Oczywiście. W chaosie ewakuacji, walk, opętań i egzorcyzmów trudno przekonać ludzi, jak bardzo książki są ważne.

– Czyli wiedzieliście! Wiedzieliście, że świat zostanie opętany?

– Opętany świat – he, he – dobry żart – broda Iwana zatrzęsła się od śmiechu. – Malczik, eto nie świat opętano. To ludzie byli ślepi i dali się opętać. Świat jest nadal taki sam – spojrzał na kota, pogłaskał – zwierzęta te że samoje, pogoda toże. Tylko granicy się zatarły. Czy wiedzieliśmy? Młodzieńcze, Koszka była niespokojnaja ponad rok przed pierwszymi przypadkami przerwania granic, czyli jakieś tri lata przed tak zwanym masowym opętaniem i końcem znanego ci świata. Większość ludzi okazała się głupsza od kosmatego, syberyjskiego kota! – zaśmiał się, szczerząc żółte zęby - na szczęście dla naszej kultury, nie wsie byli aż tak ślepi.

– Przede wszystkim na szczęście dla ludzkości. Jeśli wam się uda, kultura przetrwa…

– Jakiej ludzkości? Ludzkość umirajet, młodzieńcze. Przetrwał ułamek procenta, sami wrażliwcy, intelektualiści, ci byli najmniej podatni. Niedługo natura podniesie głowę, a tak zwana ludzkość nie przetrwa bez silnych wojowników, bezdusznych myśliwych, bezwzględnych dyktatorów.

– Chyba że świat faktycznie się zmienił. Może ewolucja, prawo silniejszego już nie obowiązują w przenikających się światach ducha i materii?

– Haaa! – Wykrzyknął wesoło starzec i klepnął się w kolano, aż obudził kota – jeżeli jest coś, szto uwielbiam w naszej apokalipsis, eto właśnie to! Ludzi spotykam rzadko, ale jeśli już, to wsiegda lubią filozoficzne i religiozne dyskusje. Może i masz rację. Może kiedyś sam się przekonam, jak to będzie w nowym świecie. A wy przekonacie się na pewno. Tylko nie dajcie się ubić. Dawajcie, chodźcie ze mną! Między jedną a drugą księgarnią poszukam wam jakiejś zapomnianej przez sztab kryzysowy apteki.

 

***

 

Wyruszyli o brzasku, noc była porą podwójnie niebezpieczną – panowały nad nią dzikie zwierzęta oraz istoty z drugiej strony. Iwan od dawna zastanawiał się – walczą, czy koegzystują? Nigdy wprawdzie nie spotkał opętanego zwierzaka, jednak przypadki takie pojawiały się przecież w Biblii…

 

Trójka ocalałych szybkim, ostrożnym marszem przemierzała kolejne przecznice. Każde z nich było uzbrojone, człowiek nie był już panem świata – a tylko pośrednim ogniwem w łańcuchu pokarmowym. Musiał zbierać lub polować by przetrwać, jednak sam był także łowną zwierzyną. Karen szła pośrodku, mocno osłabiona – nad ranem znów zwróciła wszystko, co zjadła wieczorem. Przed wymarszem dała radę wypić jedynie mocno posłodzoną herbatę.

 

***

 

Siedział na dachu wysokościowca, ze wstrętem wpatrując się ludzkimi oczami we wschodzące słońce. Symbol nadziei dla tych nielicznych, najsilniejszych, którzy jeszcze nie ulegli. Wtem inny blask przykuł jego uwagę – nisko, na poziomie ulicy. Świetlista wstęga. Wyostrzył wzrok, skoncentrował ludzki umysł na dostrzeżonej aurze – bawiło go, że nawet rozum jego człowieka ma tak szerokie możliwości – i że ów człowiek nigdy sam ich nie wykorzystał, nie był ich nawet świadom. Dać tak niedorozwiniętej istocie takie wspaniałe narzędzie – do tego trzeba być pełnym żałosnej litości marnotrawcą.

 

Daleko w dole, wzdłuż ulicy, zauważył kota. Dostrzegł charakterystyczną, zmienną i pulsującą energię. Nareszcie świat został uporządkowany właściwie. Niższe stworzenia łowią swoje, jeszcze niższe ofiary. A my łowimy ofiary nasze, także od nas niższe. I nie wchodzimy sobie ze zwierzętami w drogę, ponieważ bezcelowym i niegodnym byłoby szkodzić czemuś tak marnemu i bezwolnemu.

 

Już miał zlekceważyć obecność kota, kiedy coś go zdziwiło. Nie wiedział co, lecz instynkt nie dawał mu spokoju. Ufał instynktowi, więc zdecydował się – z żalem – opuścić gościnne, interesujące ciało.

 

***

 

Szeroki w barkach mężczyzna w zniszczonym, policyjnym mundurze przewrócił się z łoskotem na płaski dach wysokościowca. Jego głowa zatrzymała się tuż nad przepaścią. Z kącika ust, spod powiek i z nosa pociekła krew, lecz w mętniejących, zasnuwających się śmiercią oczach widać było wyraz ogromnej ulgi.

 

***

 

Opuściwszy ciało wreszcie zobaczył wszystko w naturalny sposób – wszechobecne wstęgi i smugi energii, aury kolorów i materiałów – kamienia, drewna, szkła, mętną i nijaką poświatą plastiku. Do takiego widzenia przyzwyczaił, choć bardzo trudno było odnaleźć się w świecie materii będąc w naturalnej formie. Nie mógł niemal ingerować w ten świat. Za to postrzegał doskonale. To, co pojawiło się w miejscu kociej aury wywołało wokół niego najpierw błękitny blask zdziwienia, potem czerwony płomień gniewu. Aura zwierzaka była ogromna, ciągnęła się za nim przez kilkanaście naturalnych długości. A wewnątrz niej świeciły trzy jasne, skomplikowane, poprzecinane wiązkami myśli i łunami emocji ludzkie aury. Nauczyli się w jakiś sposób wykorzystywać zwierzęta. Maskować się. Wciąż z nami walczą, wciąż nie ulegają. Trzeba zainteresować się bliżej tymi najmarniejszymi spośród stworzonych bytów, których panem ponoć miał zostać Adam.

 

***

 

Iwan prowadził towarzyszy w stronę jednej z głównych ulic w dzielnicy. Według mapy były tam dwie księgarnie i pięć aptek. Zanim osiągnęli skrzyżowanie, zatrzymał się gwałtownie, niemal jednocześnie z idącym kilkanaście metrów z przodu kotem. John pociągnął dziewczynę za zaparkowany w pobliżu, zarośnięty mchem samochód, kucnął i wycelował karabin w pustą przestrzeń stykających się ulic. Zza rogu wypadł ogromny, kosmaty szczur i bezbłędnie rzucił się na Koszkę. Kot odskoczył, starając się uderzyć przeciwnika łapą, nie trafił. Szczur zawrócił, zaatakował ponownie i uciekł w stronę piwnicznych okienek. Zirytowany kot rzucił się za nim szczerząc kły – pomimo nawoływań Iwana, by został.

– Dobrze ułożony pies by posłuchał – skomentował John, opuszczając karabin i śmiejąc się w duchu, że tak przestraszyli się szczura.

– Masz rację, pies chętnie posłuchałby każdego. Demona również – zripostował starzec.

 

W nagłej ciszy dało się słyszeć rytmiczne kroki kilku stóp. John momentalnie schował się za samochodem, podniósł broń. Karen niezdarnie przeładowała pistolet, Iwan ukrył się za pustym automatem z napojami po drugiej stronie ulicy. Na skrzyżowanie weszło troje młodych ludzi – dwie dziewczyny i chłopak. Ubrania mieli brudne i zniszczone, ale każdemu wisiała na ramieniu teczka. Mężczyzna szedł z przodu, zza pleców wystawała mu lufa automatycznego kałasznikowa. Cała trójka trzymała ręce w górze, patrząc niepewnie w stronę celującego do nich Johna.

– Szukamy Iwana Czerkesowa, członka Zakonu Ocalenia. Podobno można go spotkać w tej dzielnicy – odezwał się chłopak. Głos miał pewny, co zaskoczyło Johna.

– Nie słyszeliśmy o takim człowieku. Czego od niego chcecie? Skąd w ogóle wiecie, że tu bywa? – krzyknął Iwan, nie wychylając się z kryjówki.

– Spotkaliśmy rannego członka Zakonu, nazywał się Andrzej Temowski. Zanim umarł, powiedział nam o misji Zakonu i o niestrudzonym Iwanie. My też uważamy, że należy ocalić dzieła kultury, chcielibyśmy zostać uczniami Iwana.

"Sporo inteligentnych ludzi ocalało w tej okolicy" – pomyślał starzec i spojrzał na widoczne w oddali wieżowce akademików. – "Czyżby jednak uniwersytety uczyły myślenia, wbrew temu co obserwowano w ostatnich latach starego świata?"

– Nie znamy tego człowieka. Ale możecie pójść z nami. – Iwan pokazał się, jednak wciąż trzymał broń w dłoni. – Pod warunkiem, że zachowaliście człowieczeństwo. Znacie starą zasadę: przeżegnać się, potem Ojcze Nasz. Jak wiadomo, opętany zbyt łatwo tego nie powie.

– Ale… – zaczął chłopak, a dziewczyny za nim niemal jednocześnie zbladły.

– No już, wszyscy jednocześnie – starzec stał się podejrzliwy.

– Wimięojisyituświeamen – niewyraźnie bąknął chłopak, cała trójka niezdarnie przeżegnała się – ktoś w prawo, ktoś w lewo.

– Nie nauczyli was, czy co? Z ateistycznych rodzin jesteście? – Iwan z trudem ukrywał swój akcent, irytował się coraz bardziej. Opętani mogli się przecież zdarzyć wszędzie, święconej wody przy sobie nie miał.

– Tak, nie nauczyli nas. Nie chodziliśmy na religię – znów ten dziwnie spokojny, opanowany głos, zauważył John. Ma chłopak jaja, w końcu trzy lufy w niego mierzą.

– John, zabierz im broń! – zakomenderował starzec. – Przeszukaj chłopaka, niech Karen zrobi to samo panienkom.

"Nawet po końcu świata myśli o szlachetności i przyzwoitości. Ciekawe, czy jada tylko nożem i widelcem, z porcelanowego talerza" – pomyślała Karen, podnosząc się z trudem. Poza automatem z jednym magazynkiem i trzema nożami, przybysze nie mieli żadnej broni.

– Pójdziecie przodem i będziecie wypatrywali czarnego kota. Jak się znajdzie kościół, prześwięcimy was. Do tego czasu chodzicie rozbrojeni. – konieczność starannego wymawiania obcych słów naprawdę wyprowadzała Iwana z równowagi.

 

***

 

Nowi towarzysze od razu przystali na propozycję "Są albo bardzo zdesperowani, albo głupi i naiwni. To drugie jest mało prawdopodobne, skoro jeszcze żyją i są ludźmi. Ciekawe, co ich spotkało i co noszą w tych teczkach. Książki, jak Iwan?" – zastanawiała się Karen, bawiąc się bezpiecznikiem automatu. Została, by pilnować nowych, podczas gdy John i starzec rozeszli się, każdy w swoją stronę – przeszukiwać apteki i księgarnie wzdłuż głównej ulicy. Nie podobał się jej pomysł rozdzielenia z Johnem – ale nie mogli ciągnąć ze sobą nowych, w ciasnych pomieszczeniach nawet bez broni mogli być niebezpieczni. Ku jej wielkiemu zaskoczeniu, wszyscy grzecznie usiedli na przystanku i zaczęli czytać wyjęte toreb książki, nie narzekając słowem na swoją sytuację.

 

***

 

Po kilku godzinach przybiegł John – dawno nie widziała go tak uśmiechniętego. Podał jej tekturowe pudełko. Tabletki. Antybiotyk. Nareszcie przestanie być dla niego ciężarem. Starzec czekał już na nich, skądś przytaszczył ogromny plecak. Karen wiedziała, że w środku są jego książki. Wiedziała też, że nie mogą wykorzystać nowo poznanych w charakterze tragarzy – to zdradziłoby tożsamość Iwana. Przeszukiwanie sklepów było zachowaniem typowym i częstym wśród ocalałych. Dźwiganie plecaka książek zamiast dodatkowego jedzenia bądź amunicji – niekoniecznie. Jedyne co mogła zrobić, to poprosić Johna, by on poniósł plecak. Zaczynała lubić tego starca, podziwiać jego siły i uparte dążenie do celu – mimo że jeszcze niedawno chciał ją wysłać na drugą stronę.

 

***

 

Grupa sześciu ocalałych zbliżała się do ogromnego, neogotyckiego gmachu katedry. Widział ich aury wyraźnie: troje świetlistych ludzi, słabą i skołowaną aurę kota oraz trzech swoich towarzyszy, przebywających w gościnnych, idących na przedzie ciałach. Widział też jeszcze jedną aurę, postaci stojącej na schodach kościoła, niewidocznej dla wędrowców. Aurę ludzką, świetlistą, lecz jakże odmienną od podróżującej trójki. Aurę silną, błyszczącą, dumną. Bezwzględną.

 

***

 

Czarnowłosy, elegancko ubrany trzydziestolatek zszedł po stopniach katedry i cisnął daleko plastikową butelkę, której zawartość przed chwilą umieścił w chrzcielnicy. Zdjął igłę ze strzykawki po środku uspokajającym, pedantycznie zawinął oba przedmioty w opakowania i schował do aktówki. Spojrzał ponad wieżami świątyni, wyczuł obecność – skinął z szacunkiem głową i przyspieszył kroku, znikając w najbliższej ulicy.

 

***

 

Nad miastem zachodziło słońce. Karen siedziała na schodach w bramie katedry, obserwowała podświetlone pomarańczową łuną, niszczejące budynki. Nowi znajomi musieli sporo wycierpieć, skoro byli tak małomówni. Staroświecka, lecz ponoć pewna próba wymyślona przez Iwana wypadła pomyślnie. Sama nie wierzyła, że starzec może mieć tak naiwne pomysły, póki nie wyjaśnił jej, że opętani nie mogą wejść na poświęconą ziemię – zatem szanse na podmienienie lub sprofanowanie wody święconej były faktycznie nikłe. A ponieważ przy ewakuacji mało kto troszczył się o przedmioty kultu – w wielu świątyniach było nadal pod dostatkiem wody, wina i hostii.

 

Zastanawiała się też nad opowieścią starca na temat początków tego wszystkiego – kiedy Zakon zorientował się, że granice ulegają przerwaniu. Powszechnie wiedziano, że największe przełamania nastąpiły w miejscach zatłoczonych – centrach handlowych, biurach, ośrodkach wypoczynkowych. Iwan twierdził, że to ludzki grzech przyciągał istoty z drugiej strony. Że skupianie się społeczeństwa na materializmie, egoizm, złorzeczenie bliźnim, seksualne żądze oślepiły ludzkość na to, co się dzieje – i jednocześnie przyczyniły się do tych wydarzeń. Karen nie chciała się zgodzić, że dbanie o wygląd, status społeczny, zarobki czy zaspokojenie pożądania jest z gruntu negatywne. Przecież potrzeba fizycznego komfortu, tak samo jak potrzeba seksu, wynikają z ludzkiej natury. Skoro Bóg takimi nas stworzył, czy chciałby byśmy odrzucali naszą naturę? Byśmy na siłę rezygnowali z radości, które nam zaproponował w doczesnym życiu? Z drugiej strony – to właśnie osoby najbardziej związane z materią uległy jako pierwsze. Ci, którzy nie zastanawiali się nad światem pozamaterialnym, lub go negowali. Ci skupieni wyłącznie na karierze, pieniądzach, władzy, sile fizycznej, podbojach seksualnych. No właśnie – skupieni wyłącznie na tym. Czyż Iwan w młodości nie był przystojnym, rozchwytywanym chłopakiem? Ciekawe, czy był bogaty, czy ubogi. Zresztą starzec nie mógł być całkowitym wrogiem materializmu. W końcu książki które ratował, dzieła sztuki zbierane przez członków jego zakonu – to też materia, to zwykłe fizyczne przedmioty. Mało tego – kontakt ze sztuką sprawiał ludziom przyjemność. Podobnie jak zakupy, seks, posiadanie bogactwa. A jednak Rosjanin bardzo nie chciał, by kultura uległa zniszczeniu. Może to wiek i gorzkie doświadczenia zmieniły go we wroga materii i przyjemności? Przecież silne przeżycia potrafią bardzo zmieniać i weryfikować ludzkie poglądy. Karen postanowiła dowiedzieć się więcej na temat przeszłości starca.

Koniec

Komentarze

Historia ciekawa, oparta na interesującym pomyśle, ale nie wygląda na zakończoną. Językowo całkiem przyzwoicie, tylko sporadycznie trafiają się usterki, także interpunkcyjne. Przykłady poniżej.

z budynku dochodziły ledwie słyszalny trzaski.

Literówka.

Do takiego widzenia przyzwyczaił, choć bardzo trudno było odnaleźć się w świecie materii będąc w naturalnej formie.

Zgubione “się”? Przecinek po “materii” – zawsze w zdaniu z imiesłowem.

 

Edit: Aha, irytowały mnie rosyjsko-polskie wypowiedzi Iwana. Proste słowa były po rosyjsku, a trudniejsze – w języku dla Iwana obcym. Jakby używał nie tych polskich słów, które zna, tylko tych rosyjskich, które zna Jurij. Albo o których Jurij myśli, że czytelnik bez problemu zrozumie. ;-)

Babska logika rządzi!

“Do takiego widzenia przyzwyczaił, choć bardzo trudno było odnaleźć się w świecie materii będąc w naturalnej formie.“ – przyzwyczaił… brak zaimka zwrotnego

 

“Do tego czasu chodzicie rozbrojeni. – konieczność starannego“ – konieczność winna być napisana wielką literą

 

Ogólnie zaczyna się to (co to, opowiadanie dłuższe czy od razu powieść?) interesująco, z poprawką na fakt, że a) ja akurat lubię takie klimaty, b) po krótkim fragmencie niewiele można ocenić jeśli chodzi o konstrukcję fabuły.

Przyznam przy tym, że nie kupuję idei zbierania książek po Apokalipsie, bo wydaje się to stratą energii, no ale kto wie, jakiś cel trzeba mieć w bezcelowym świecie.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Podoba mi się, ze tak powiem odmienność. Czekam na kontynuację. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Czuję się oszukana. Opowiadanie mnie zaciekawiło, czytało się całkiem dobrze, a kiedy dotarłam do końca, okazało się, że to zaledwie fragment, którego dalszego ciągu, niestety, nie widać. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka