- Opowiadanie: Jedras091293 - Czarownica

Czarownica

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Czarownica

„Nic co ludzkie nie jest mi obce. Wszystko co nieludzkie, jest mi wrogie.”

 

Część I „Szczęście”

 

Byłam więźniem Stosu. Organizacji powołanej do walki z czarownicami, której głównym celem jest zabicie wszystkich osób mających jakikolwiek związek z magią.

Dzisiaj opowiem ci moją historię, lecz muszę uprzedzić, że nie znajdziesz w niej zbyt dużo szczęścia i chwil, które mógłbyś uznać za wesołe. Na imię mam Wiktoria. Cóż za ironia. Victoria po łacinie znaczy zwycięstwo. Moje życie jednak jest jedną wielką porażką. Pochodzę z Polski, serca Europy. Pięknego, a za razem nietolerancyjnego i okrutnego państwa. Lata młodości spędziłam w malutkiej wiosce, leżącej kilkanaście kilometrów na wschód od Warszawy. Byłam ślicznym dzieckiem. Jak przez mgłę pamiętam moje piękne, błyszczące w promieniach słońca, kasztanowe loki. Jak przez mgłę pamiętam słońce. Nie zapomniałam jednak, że wszędzie było mnie pełno. Ani jednej chwili nie potrafiłam usiedzieć w miejscu. Każdego wieczoru, kiedy wracałam do domu po dniu pełnym psot i zabawy, w pokoju, siedząc na bujanym fotelu, jak zwykle zamyślona, czekała na mnie mama. Była piękną kobietą. Moje cudowne włosy odziedziczyłam właśnie po niej. Teraz, kiedy nie ma jej przy mnie, długimi godzinami staram się przypomnieć sobie jej twarz. Nadaremnie. Wychowywała mnie samotnie. Nigdy nie poznałam ojca. Nigdy z nikim nie rozmawiałam na jego temat, nie potrzebowałam tego. Miałam wszystko, czego potrzebowałam do szczęścia. Otoczona przyjaciółmi, rodziną, żyłam w złudzeniu domu pełnego miłości. Każdego wieczoru, kiedy mama kładła mnie do łóżka, siadała tuż obok, tak, że czułam jej ciepło, głaskała mnie po głowie i pięknym głosem śpiewała kołysankę. Udawałam, że śpię i słuchałam jej cichego płaczu. Być może znała przyszłość, wiedziała co nas czeka.

Dzisiaj zastanawiam się, gdzie się podziała tamta Wiktoria. Wiecznie uśmiechnięta, rozgadana dziewczynka. Zginęła, umarła dawno demu. Zostało po niej tylko niewyraźne wspomnienie.

Teraz już wiem, że szczęście jest złudzeniem. To tylko ulotna chwila, która pojawia się nagle, żeby jeszcze szybciej zniknąć. Prawdziwe jest cierpienie. Towarzyszy nam przez większość życia, sprawia, że jesteśmy silniejsi i odporniejsi, jednak powoli wyniszcza nas od środka. Pożera człowieczeństwo, czyniąc z ludzi bezwartościowe, pozbawione uczuć stworzenia.

Nigdy nie zapomnę moich piętnastych urodzin. Wróciłam wtedy z kilkudniowej wycieczki szkolnej. Otworzyłam wejściowe drzwi i czekałam, aż przybiegnie mama, mocno mnie przytuli, powie jak bardzo tęskniła. Ale dom był pusty. Głucha cisza odbijała się od ścian, powoli potęgując moje przerażenie. Stan ten przerwały dobiegające zza okna krzyki ludzi, których dawniej nazywałam przyjaciółmi. Biegli, jakby byli spóźnieni na coś bardzo ważnego, coś, czego nie wolno przegapić. Bez zastanowienia wybiegłam z mieszkania i ruszyłam za nimi. Być może domyślasz się co było dalej. Tłumy wrzeszczących ludzi, rzucających w stronę przywiązanej do muru kobiety, wszystkim, co wpadało im w ręce. W ich oczach płonęła niezrozumiała dla mnie nienawiść. Stałam jak wryta, przyglądając się temu procederowi, który jest naszą normalnością. Stos dopadł czarownicę. W głębi serca czułam, kim ona jest, jednak nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli. Przezwyciężyłam paraliżujący nogi strach i podeszłam bliżej. Po chwili zaczęłam biec, przedzierać się przez tłumy ludzi, których z całego serca nienawidziłam i zawsze będę nienawidzić. Rozpychałam się, wrzeszczałam, żeby zostawili moją matkę. Przecież ona nie zrobiła nic złego. Upadłam na kolana, potrącona przez jakąś kobietę, która krzyczała, żeby zabili moją mamusię. Zaczęłam głośno płakać. Wpadłam w histerię, rzuciłam się na mężczyznę, który w wysoko uniesionej dłoni trzymał kamień. Nigdy jednak do niego nie dotarłam. Dwóch nieznajomych, ubranych na czarno facetów chwyciło mnie mocno za ramiona, po czym ciągnęli mnie w stronę ciemnej, bocznej uliczki. Walcząc, siłując się z nimi, próbując odzyskać wolność, wyrwać się, uciec do mamy, pomóc jej, kątem oka widziałam lecący kamień. Cały świat zatrzymał się w miejscu, usłyszałam śpiew. Moją ulubioną kołysankę, jakby zapewnienie, że wszystko będzie dobrze. Przerwał ją krzyk, otoczenie wróciło do normy. Szybko przekonałam się, że mama nie miała racji. Nic już nie będzie dobrze. Wiedziałam, że mnie opuszcza. Słyszałam jej płacz, czułam, że jej serce przestaje bić. Zostałam sama. Bezbronna, przerażona piętnastoletnia dziewczyna, pobita i zawleczona, jak bezwładny wór mięsa i kości, do ciemnego i ciasnego bagażnika czarnego samochodu. Po mojej twarzy ciekły krew i łzy.

Zabrali mnie do miejsca, które nazywali twierdzą. W długim, zimnym korytarzu ponownie mnie pobili. Nie posiadali czegoś, chociażby podobnego do sumienia. Na nic zdały się krzyki, płacz i błaganie o litość. Jednak to nie ból był najgorszy. Połamane kości, wybite zęby, kałuża krwi, w której leżałam, to nic w porównaniu do utraty godności, niewinności, kiedy każdy z nich, po kolei, brutalnie mnie gwałcił, krzycząc i nazywając mnie małą suką, z szyderczym uśmiechem pytając czy mi się to podoba, co chwilę uderzając mnie otwartą dłonią w twarz. Nie miałam wystarczająco sił, żeby się obronić. Dwóch mężczyzn mnie trzymało, jeden zaspokajał swoje żądze a jeden przyglądał się wszystkiemu, głośno się śmiejąc. Po wszystkim obrywałam jeszcze mocniej, tak, żeby na chwilę mnie zamroczyło, po czym moi oprawcy zamieniali się miejscami i wszystko zaczynało się od nowa. Myślałam, że nie będzie to miało końca. Przestałam się rzucać, próbować wyślizgnąć z objęć. Po cichu płakałam, leżąc na plecach, mając na sobie śmierdzącego, spoconego gnoja. W końcu znudziła im się ta zabawa. Usłyszałam kilka obelg, otrzymałam kilka ciosów i straciłam przytomność. Obudziłam się kompletnie sama, w ciemnej, ciasnej celi. Usiadłam na chropowatej podłodze, podkurczyłam nogi, objęłam je rękoma i trzęsłam się z zimna. Zaczęłam wrzeszczeć przez łzy, zadawałam pytania „gdzie ja jestem?”, „dlaczego mi to robicie?”, „co ja wam zrobiłam?”. W odpowiedzi, w drzwiach celi stanął ogromny mężczyzna. Najgorszy z najgorszych, przez innych nazywany Metalem. Szybko zorientowałam się skąd to przezwisko. Rura, którą trzymał w prawej dłoni, raz po razie lądowała na moich plecach, zadając niewyobrażalny ból. Szybko pojęłam tą lekcję. Nie zadawałam więcej pytań.

Po kilku miesiącach łamania kości, zrywania paznokci, podtapiania, przypalania skóry i wielu innych, bardziej lub mniej wymyślnych rozrywkach, zrozumiałam. Nie mieli dowodów na to, że jestem czarownicą, co za tym idzie, nie mogli mnie zabić. Bicie, tortury, upokorzenia, wszystko to, żebym użyła magii. Gdybym potrafiła, zrobiłabym to po pierwszym gwałcie. Byłam jednak tylko zwykłą dziewczyną. Nie odziedziczyłam po mamie nic oprócz cierpienia. Mojej przyszłości.

Następujące po sobie dni rozróżniałam licząc posiłki. Jeden ohydny i śmierdzący talerz kaszy dziennie. Już po tygodniu smakowało mi to lepiej, niż wszystko, co dotychczas jadłam. Czas we więzieniu płynie bardzo powoli. Kolejne tygodnie, miesiące były bardzo podobne. Ciągłe bicie, tortury, które powoli przestawały robić na mnie jakiekolwiek wrażenie. Jedyną różnicą było to, że po pewnym czasie przestali mnie gwałcić. Pewnie dlatego, że po uroczej, młodej dziewczynie nie został już nawet ślad. Zostało tylko wychudzone, poranione i powykręcane widmo. Cień człowieka.

Po roku przestałam płakać. Przestałam mieć nadzieję na odzyskanie wolności. Przestałam marzyć

Po trzech latach przestałam liczyć dni. Przestałam czuć ból podczas tortur. Oddychałam, ale przestałam żyć.

Po około pięciu latach przestali mnie bić, torturować. Zostałam sama w ciemnościach. Zapomnieli o mnie.

Żyjąc w ciszy, ciemnościach, znając każdy centymetr miejsca, w którym się jest. Każdy centymetr świata, w którym się żyje. Każdą nierówność, każde pęknięcie w betonowej podłodze, w ścianach, człowiek zmienia się w roślinę.

Wegetowałam w nicości, bezmyślnie czekając na dzienną porcję kaszy, wrzuconej przez mały otwór w drzwiach. Nie miałam siły podnieść metalowej, zimnej misy. Spokojnie czekałam, aż przyjdzie po mnie moja jedyna przyjaciółka. Śmierć. Uszami wyobraźni słyszałam jej kroki. Na szyi czułam chłód jej kosy. Byłam gotowa. Zamknęłam oczy i usłyszałam, jak otwierają się drzwi celi. Białe, sprawiające mi ogromny ból światło wdarło się do jej środka. Poczułam, jak ktoś mnie unosi, szarpie za włosy. Chłód trzymających za ramiona, szorstkich dłoni, całkowicie mnie sparaliżował. Byłam całkowicie zdezorientowana, trochę przestraszona, ktoś ciągnął moje chude, bezwładne ciało długim korytarzem. Chłód śliskich płytek sprawił, że zaczęłam się trząść. Zatrzymaliśmy się, mężczyzna ścisnął mnie mocno, poczułam ból. Usłyszałam cichy dźwięk i obiegł mnie delikatny dreszcz. Powiew zimnego wiatru musnął moją skórę. Było to pierwsze miłe uczucie od wielu, wielu lat. Nie trwało ono jednak zbyt długo. Zostałam odepchnięta, spadłam z betonowych schodów, zdzierając przy tym łokcie i kolana. Gdybym miała zęby pewnie bym je straciła. Całe szczęście trudno jest stracić dziąsła. Przez chwilę leżałam nieruchomo na brzuchu, plując krwią i wbijając palce w ciepły, ostry jak brzytwa piasek. Słońce ogrzewało moje plecy, natomiast ruchy powietrza, momentalnie je ochładzały. Znajdujące się pode mną drobinki dostawały się w każdy zakamarek mojego ciała, kiedy próbowałam przesunąć się do przodu, drażniły i raniły wysuszoną, delikatną skórę. Od tak dawna nie słyszałam szumu liści, śpiewu ptaków. Piskliwego, raniącego moje uszy ćwierkania. Uniosłam zmęczone powieki a słońce, o którego istnieniu dawno już zapomniałam, kompletnie mnie oślepiło. Poczułam ból, myślałam, że eksploduje mi czaszka. Skuliłam się niczym ranne zwierzę, dłońmi zakryłam oczy i leżałam tak przez kilka minut, powoli przyzwyczajając się do nowego otoczenia. Przezwyciężyłam ból, strach, odsłoniłam twarz, ręce wsparłam na suchym, doprowadzającym mnie do furii, bezlitosnym dla skóry piasku, po czym delikatnie, powoli przesunęłam się do przodu. Ziarenka żwiru przesuwały się wzdłuż mojego brzucha, wrzynając się głęboko. Słyszałam trzeszczenie własnych kości. Przeczołgałam się kilka metrów i raz jeszcze otworzyłam oczy. Po chwili, wśród otaczającego mnie światła, ujrzałam znajdującą się naprzeciw mnie bramę. Zdobyłam się na ostatni wysiłek, wsparłam dłonie na ziemi, uklękłam, chwilę odpoczęłam i wstałam. Byłam słaba, z trudem utrzymywałam się w pionie. Otaczający mnie świat zawirował, zrobiło mi się niedobrze, chciałam zwymiotować, ale nie miałam czym. Opuściłam tylko głowę i skupiłam wzrok na nogach. Były blade, strasznie chude. Kości z naciągniętą na nie skórą. Zupełnie nie przypominały nóg piętnastoletniej Wiktorii. Krzywe, połamane palce, wystające żebra, sucha i wrażliwa skóra. Byłam uwięziona w obcym, niczym nie przypominającym mojego ciele.

Tuż za plecami stał ohydny, stary budynek z czerwonej cegły. Moje więzienie. Byłam przerażona, nie wiedziałam co mam robić. Powoli, kulejąc ruszyłam w stronę otwartej bramy. Unoszący się w powietrzu pył drażnił moje nozdrza, czułam, jak z oczu ciekną mi łzy. Strasznie bolały mnie nieprzyzwyczajone do dźwigania ciężaru ciała stopy. Stanęłam na chodniku i momentalnie runęłam na kolana, wrzeszcząc i zakrywając uszy. Nie mogłam znieść hałasu przejeżdżających przed moim nosem samochodów, bawiących się i wrzeszczących przy tym dzieci, muzyki dochodzącej z okna, znajdującego się na drugiej stronie ulicy. Mój krzyk usłyszał każdy, kto znajdował się w okolicy. Nikt nie zwrócił uwagi. Bezwładnie osunęłam się na ziemię i położyłam pod płotem, w moim ukochanym cieniu.

Hałas, smród spalin, spadające na kostkę brukową łzy.

Jestem wolna. Opuściłam celę, wyszłam z więzienia. Cały świat stoi przede mną otworem. Ogromny, jasny, głośny świat.

Jestem wolna, ale to już nie moje miejsce. Mój dom zostawiłam za plecami.

Skuliłam się, jakby miało mnie to obronić przed całym złem tego świata i zasnęłam.

Otworzyłam oczy. Te same szare, puste ściany, ta sama betonowa podłoga, otaczająca mnie ciemność i cisza. Pod ciężkimi, metalowymi drzwiami czekała już na mnie miska kaszy. Ogarnął mnie spokój. Wróciłam do domu. To był tylko sen, okrutny koszmar.

Nazywam się Wiktoria Janowiec, jestem więźniem Stosu.

 

 

 

 

 

Część II „Z jednego więzienia w drugie”

 

Jestem więźniem Stosu. Nigdy nie przestałam nim być i nigdy się od tego nie uwolnię. Nazywam się Wiktoria Janowiec, a moje życie to piekło.

Rok dwutysięczny przyniósł ogromne zmiany. W końcu powoli wkraczamy w dwudziesty pierwszy wiek. Nowy rząd postanowił wyprać brudy poprzedniego, co między innymi wiązało się z likwidacją „Stosu”. Tak właśnie ja i garstka ludzi, którzy przeżyli to samo piekło, zostaliśmy uniewinnieni i opuściliśmy więzienie, chociaż tak naprawdę, już nigdy nie będziemy mogli nazwać się wolnymi ludźmi. Zbyt wiele złego nas spotkało.

Niektóre rany prowadzą nas prosto do śmierci, z resztą jesteśmy w stanie wygrać, wrócić do pełni sprawności fizycznej. Jednak po każdej walce zostają ślady, blizny, które nie pozwalają nam zapomnieć o przeszłości. Najokropniejsze z nich niszczą naszą psychikę, doprowadzają do szaleństwa, nie pozwalają żyć.

Są rzeczy, których nigdy nie będziemy w stanie wymazać z pamięci. Jednym z takich obrazów, który na zawsze utkwił w mojej głowie, są twarze ludzi, którzy znaleźli mnie w celi. W ich oczach widziałam przerażenie, strach i obrzydzenie. Najmłodszy z trzech mężczyzn, stojących w drzwiach do mojego świata, po prostu zwymiotował. Drugi przybrał kolor ściany, na tle której stał jak wryty, wytrzeszczając oczy ze zdziwienia. Trzeci krzyknął z przerażenia i schował się za szarym murem. Wtedy nie potrafiłam zrozumieć tych reakcji. Prawdę mówiąc były mi obojętne. Teraz, z perspektywy czasu, wiem, że to, co zobaczyli, było najprawdopodobniej najgorszym koszmarem, jaki kiedykolwiek ich nawiedził. Jestem pewna, że podobnie jak ja, nigdy nie zapomną momentu, kiedy otworzyły się ciężkie, metalowe drzwi do celi numer trzynaście. Leżałam wtedy na podłodze, w cuchnącej, lepkiej kałuży własnych odchodów. Nie byłam w stanie się poruszyć, od wielu dni nic nie jadłam. Jęczałam tylko po cichu, męczona drgawkami i omamami, z trudem oddychałam. Błądziłam we mgle. Stałam na granicy dwóch światów. Nie miałam żadnego wpływu na to, po której stronie upadnę.

Te wszystkie lata spędzone w celi sprawiły, że prawdziwym więzieniem stały się mój umysł, ciało. Słaba, przykuta do łóżka, praktycznie bez mięśni, podłączona do kilku kroplówek, nie miałam prawa przeżyć. Bałam się własnego cienia. Odurzona lekami, przez jakiś czas leżałam w szpitalu. Dookoła mnie wyczuwałam zapach chemikaliów, leków, od czasu, do czasu czułam coś, co znam bardzo dobrze, zapach śmierci, która ku zdziwieniu lekarzy, szerokim łukiem omijała moją salę. Słyszałam ich rozmowy, szeptali do siebie, porównywali mnie do bitego od narodzin psa, niewiele się mylili. Nie potrafili sobie ze mną poradzić, przerażałam ich. Nikt nie próbował mi pomóc, zrozumieć co dzieje się w mojej głowie. Łatwiej było oddalić problem i wstrzyknąć do mojego organizmu coś, co sprawiło, że przespałam prawie cały pobyt w tej strasznej placówce.

Powoli wracało do mnie życie. Każdy, kto znał chociaż w drobnej części moją historię był zdumiony, nie potrafił uwierzyć, że w ogóle oddycham, a co dopiero w to, że zaczynam podnosić się z łóżka o własnych siłach. Fizycznie nie czułam się źle, jednak moja psychika zbyt mocno ucierpiała. Cały czas bałam się najdrobniejszych hałasów, które raniły moje uszy, uderzały w nie, jak młot w kowadło. Wpadające przez wielkie okno, do przerażająco białego pokoju, promienie światła wkręcały się w głąb mojej czaszki, próbowały rozsadzić moje oczy. Najbardziej jednak przerażali mnie ludzie. Spałam pod łóżkiem, ponieważ tylko tam czułam się w pełni bezpieczna. Zamknięta we więzieniu własnego umysłu, nie potrafiłam, nie chciałam się z niego wydostać.

Pewnego ranka znalazła mnie tak pielęgniarka. Jej głośny krzyk, wołanie lekarza, przypomniały mi najgorsze chwile. Jakby jeden z oprawców wołał innych, żeby popatrzyli jak mnie krzywdzi, jak z całej siły, butem z metalowymi wstawkami, przydeptuje moją i tak już zniekształconą przez tortury dłoń, ponownie łamiąc wszystkie kości. Jak uderza mnie mocno w twarz, po czym przygniata własnym ciężarem, żeby później dobrać się do tego, co było we mnie najcenniejsze. Pierwsze dni więzienia, dawno zapomniane demony wróciły. Zaczęłam krzyczeć. Blondynka w białym fartuchu kucnęła przede mną i wyciągnęła dłoń. Była młoda i bardzo wrażliwa, starała się mi pomóc. Jednak ja widziałam zupełnie coś innego. Przed moimi oczami ukazał się potwór, który za chwilę zada mi niewyobrażalny ból. Usłyszałam stukanie butów. Lekarze biegli w stronę Sali. Ale ja w tej chwili znajdowałam się w celi numer trzynaście. Zakryłam uszy, zamknęłam oczy i kopnęłam na oślep. Potwór przewrócił się na plecy, chwytając się jakiegoś metalowego stojaka, przewracając go i robiąc ogromny hałas. Wrzeszczałam z całych sił, wszyscy ludzie będący w pobliżu, zbiegli się w jedno miejsce, gapiąc się na mnie, jak na wariatkę. Właśnie tym dla nich byłam. Nie człowiekiem, który potrzebuje pomocy. Byłam zwykła wariatką, którą trzeba uśpić, związać i zamknąć. Wyślizgnęłam się z kryjówki i stanęłam przed nimi wszystkimi. Przez łzy widziałam tłumy ludzi, tych samych, którzy byli na egzekucji mojej matki, rzucali w nią kamieniami i domagali się długiej, bolesnej i widowiskowej śmierci. Wpadłam w szał i chwyciłam leżący na ziemi stojak. Machałam nim na wszystkie strony, co chwilę czując lekki opór i słysząc krzyki, co jeszcze bardziej mnie nakręcało. Po krótkim czasie zrobiło się pusto, cicho. Coś wbiło się w moją chudą szyję. Obraz się rozmył i ogarnęła mnie ciemność.

Cisza, spokój, szare, puste ściany, dziwnie znajomy sufit, szerokie i twarde łóżko pod moimi plecami, chłód, który chłonęłam całym ciałem, zapach wilgoci, brak okien i ciemność. Tak wyglądał raj, w którym się znalazłam, izolatka. Wiedziałam, że szczęście nie może trwać długo. Była to tylko cisza przed burzą. Zamknęłam oczy i wyciszyłam wszystkie zmysły. Spałam jak niemowlę.

Kolorowe tapety na ścianach, dziwnie gładki, błękitny sufit, słońce walczące z pomarańczowymi zasłonami, w malutkim, białym oknie. Wąskie i miękkie łóżko, w którym czułam się, jakbym tonęła. Jak można żyć w tak obskurnym miejscu? Tylko pasy, którymi byłam przywiązana, przypominały mi o przeszłości. Byłam sama, w dziwnym, nieznajomym miejscu. Przypomniała sobie o mnie rodzina, która dawno temu wyrzekła się dwóch młodych czarownic. Przygarnęli mnie do siebie ze szpitala, kiedy tylko dowiedzieli się o odszkodowaniu, które otrzymałam za to, co spotkało mnie w „Twierdzy”. Kochana ciocia, nikt nie znęca się nad ludźmi tak jak ona. Ta staruszka o anielskiej twarzy i oczach szatana, każdego dnia starała się, żeby nie brakowało mi rozrywki. Aniela, bo tak ma na imię, uwielbia palić papierosy. Robi to bez przerwy, ale jeszcze bardziej kocha gasić je na moim ciele, szczególnie na dekolcie i brzuchu. Kiedy to robi, w jej oczach widać drobne promyki szczęścia. Ta kobieta ma sześćdziesiąt osiem lat a mimo to jest pełna energii. Wydaje mi się, że napędza ją nienawiść do świata. Mroczna siła, która nie pozwala jej się zestarzeć. Jest jeszcze wujek Antoni. Poczciwy, cichy siedemdziesięciolatek. Jego ulubiona rozrywka to wyżywanie się na mnie za swoje niepowodzenia w życiu. Nikt nie bije tak jak on. Potrafi jednym uderzeniem sprawić, że cały świat znika sprzed twoich oczu. Ogarnia cię ciemność, pustka. Wbrew pozorom jest to całkiem przyjemna chwila, w której nic nie czujesz. Żadnego bólu, cierpienia, strachu przed tym, co przyniesie jutro. Po prostu spowija cię mgła, nicość w której możesz odpocząć.

Wczoraj Staruszkowie zostawili mnie samą w domu. Postanowili wyjechać z Polski, zwiedzić Europę. Takie malutkie wakacje dwójki emerytów, sfinansowane z mojego odszkodowania. Na pożegnanie dostałam prezent. Zdziwiło mnie to, jak bardzo byli dla mnie mili, jednak szybko domyśliłam się, co znajduje się w różowym pudełku, które właśnie trzymam na kolanach, spisując ostatnie zdania mojej historii. Można to porównać do naszyjnika, w końcu ciocia, zanim zniknęła za drzwiami, powiedziała, że będzie prześlicznie wyglądał na mojej szyi.

Podobno samobójstwo to największy akt tchórzostwa. Osobiście nie zgadzam się z tą opinią. Potrzeba wielkiej odwagi, aby odebrać sobie życie. Przerwać coś, czego jeszcze nie znamy, odebrać sobie szanse na jakąkolwiek przyszłość.

Dzisiaj, dnia dziewiątego grudnia, dwutysięcznego pierwszego roku, kończy się moja opowieść. Historia napisana krwią i cierpieniem, zatoczyła koło. Żegnam się z tobą, mój drogi czytelniku, patrząc na powolnie, spokojnie bujającą się linę. Zawiązana na niej pętla przypomina mi życie. Sznur ma początek, czas, w którym przychodzimy na świat, nie będąc świadomi, tego, co nas czeka. Później idzie w dół, tak jak w dzieciństwie, kiedy wszystko jest proste i pozbawione problemów. Następnie skręca w górę, i punkt kulminacyjny, w którym wszystko się zmienia. Jak dzień, w którym zamordowano mi matkę i wtrącono mnie do więzienia. Przy samym końcu trafiamy do węzła, najbardziej zagmatwanego miejsca, gdzie działy się rzeczy straszne, o których nie chcę pisać w dniu, w którym w końcu jestem szczęśliwa, kiedy trafiłam do końca sznura.

Przetrwałam tyle lat więzienia. Nie dałam sobie rady przez rok będąc na wolności.

Koniec

Komentarze

Oj, no nie podobało mi się. Jakiś pomysł jest, mimo, że temat czarowania jest raczej dość popularny. Niestety tekst pod względem technicznym prezentuje się raczej słabawo.

 

Żaden ze mnie specjalista, ale… po pierwsze, brak dialogów. Jeśli decydujesz się na wstawianie takich bloków tekstu, będących zasadniczo przemyśleniami bohaterki, to musi być to napisane naprawdę dobrze, żeby zaciekawić czytelnika.

Ot choćby, zastosuj mniejsze akapity żeby wywołać złudzenie akcji.

 

Dodatkowo, konstrukcja zdań momentami razi bardzo.

Każdego wieczoru, kiedy wracałam do domu po dniu pełnym psot i zabawy, w pokoju, siedząc na bujanym fotelu, jak zwykle zamyślona, czekała na mnie mama.

Zatem bohaterka wracała do domu siedząc zamyślona na bujanym fotelu, tak?

Wybacz, ale doczytałem do końca pierwszej części.

Próbuj jednak dalej, lepsi ode mnie z pewnością udzielą Ci tu kilku przydatnych porad.

Ćwiczenie czyni mistrza (bądź mistrzynię :)) Pozdrawiam. :)

 

And one day, the dream shall lead the way

Jak dla mnie bardzo nierówne to Twoje opowiadanie. Są momenty, gdy widać, że czujesz to, co piszesz. Ale są też niektóre bardzo sztuczne. Temat opowieści dość trudny. Myślę, że trzeba bardzo dobrze operować słowem, żeby epatując cierpieniem nie popaść w patos, a zaraz potem w przesadę. Troszkę do tego artyzmu Ci zabrakło. 

Trochę baboli, które wychwyciłam na początku:

Victoria w łacinie znaczy zwycięstwo – po łacinie

Pochodzę z Polski, serca europy. – Europy

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Zawsze staram się dostrzegać dobre strony opowiadań, szczególnie jeśli jest to debiut. Myślę, że masz potencjał, że jesteś w stanie tworzyć dobre, przemyślane, ciekawe historie. Opowiadania pisane z perspektywy pierwszoosobowej należą do najtrudniejszych (sam się o tym niedawno przekonałem), wymagają żelaznej dyscypliny w kreowaniu fabuły, bardzo dobrego warsztatu i pomysłu, który będzie w stanie na długi czas przyciągać uwagę. Bardzo łatwo przekroczyć cienką granicę pomiędzy znużeniem a przytrzymaniem koncentracji czytelnika na tekście, w którym występuje bohater pierwszoosobowy. Wciąż uważam, że masz potencjał. A to, wbrew pozorom, bardzo dużo. Chciałbym przeczytać jakiś Twój kolejny tekst, w którym pojawią się dialogi i wartka akcja. Wtedy mógłbym sobie wyrobić bardziej ustabilizowany pogląd na to, jak piszesz.

...always look on the bright side of life ; )

Bardzo przygnębiający tekst, przedstawiasz paskudny świat. Wydaje mi się tak paskudny, że aż nierealny. W szpitalu powinni słyszeć coś o psychologii. Ktoś powinien sprawdzić, jak dziewczynie mieszka się z rodziną. Oficjalne, zorganizowane polowania na czarownice w dwudziestowiecznym miasteczku? Kurczę, mam nadzieję, że to niemożliwe. Skąd bohaterka wiedziała, że spędziła pięć lat w więzieniu? Przy samym liczeniu misek kaszy chyba by się pomyliła. Umiała zawiązać pętlę czy dostała linę już gotową do użycia?

Pod względem językowym tekst nie jest zły, ale można go jeszcze doszlifować.

Moje życie jednak jest jedną wielką porażką. Pochodzę z Polski, serca europy.

Zbyt podobne słowa, żeby umieszczać je tak blisko siebie. Europa dużą literą.

 uklękłam na kolana, po czym

Masło maślane. Nie da się uklęknąć inaczej.

Niektóre rany prowadzą nas prosto do śmierci, z reszta jesteśmy w stanie wygrać, wrócić do pełni sprawności fizycznej.

Literówka.

Babska logika rządzi!

Dzięki wszystkim za czas spędzony nad moimi wypocinami, za komentarze i znalezienie błędów, które już poprawiłem.

 

Bemiku. Cieszę się, że są w tym tekście dobre momenty :) dopiero zaczynam moją przygodę z pisaniem, więc jest to dla mnie duży komplement. Temat faktycznie jest trudny, ale chciałem po prostu stworzyć coś innego, coś co będzie miało jakąś głębię.

 

jacek001. Postaram się dodać niedługo jakiś inny tekst.

 

Finkla. Również mam nadzieję, że oficjalne, zorganizowane polowania na czarownice w dwudziestowiecznym miasteczku nie są możliwe :) Bohaterka wiedziała w którym roku została złapana i w którym wyszła na wolność, więc łatwo obliczyła ile lat spędziła w więzieniu. Wydaje mi się, że dostała gotowy naszyjnik.

 

Rex87. Nie powinno się oceniać tekstu, którego nie przeczytało się do końca, chociaż każdy ma prawo do swojej opinii. W takim tekście dialogi są raczej zbędne, w końcu z kim i o czym bohaterka miałaby rozmawiać? 

 

 

Założenie, że opisane wypadki zaczęły się od samosądu na kobiecie oskarżonej o czary i że miały miejsce pod Warszawa na przełomie XX i XXI wieku jest tak karkołomne, że nie jestem stanie poważnie traktować tego opowiadania.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka