- Opowiadanie: Jafieli - Postęp

Postęp

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Postęp

 Kiedy myślę o ludzkości, widzę ewolucję. Siłę, która pcha nas przez wieki ku bezpieczniejszemu, lepszemu i jaśniejszemu jutru. Nauczyliśmy się myśleć logicznie, chodzić, mówić i kształtować świat według naszej woli. Jednak kiedy patrzę w lustro, czy mogę ze spokojem powiedzieć, że to wystarczy? Że już na nic więcej nas nie stać? (…) 

 

*

 

Energia dąży do uzyskania równowagi z uporem kropli trawiącej skałę. Wibruje w kompozytowym słupie, na kilometry wbitym w trzewia planety i przedostaje się do mojego krwiobiegu przez każdy centymetr gołej skóry, którym stykam się z gładką powierzchnią rdzenia. Właściwie, trzon elektrowni ziemnej to nie walec, a odwrócony, niemożliwie długi stożek. Leżę więc całkiem nagi na jego podstawie i słucham, jak piasek przesypuje się w klepsydrze. Pracuję, ale uczciwie mówiąc, to serce i płuca odwalają całą robotę za mnie. Energia łączy się z krwią, oczyszcza, a potem wydalona na zewnątrz, już we własnym zakresie przenika do roślin. Nic trudnego, tutaj potrzeba jedynie cierpliwości i dlatego chyba zaraz trafi mnie szlag.

Na dodatek w pomieszczeniu jest cicho. Skrzydła bezszmerowych wentylatorów obracają się leniwie. Słyszę tylko szelest liści i chrzęst piasku w klepsydrze. Przesypuje się powoli, kłamliwy drań. Za nic nie uwierzę, że minęła dopiero godzina.

Zaczynam liczyć obroty najbliższego wiatraka. Jeden, dwa, trzy… Zamykam oczy i wyobrażam sobie, jak drobinki energii tłoczą się wokół mnie i ustawiają w długie kolejki. Jestem mikroszczeliną pomiędzy dwoma, zamkniętymi układami energetycznymi. Gdyby rdzeń wbito kilka metrów głębiej, usmażyłbym się na chrupko, ale zamiast tego żyję, przewodzę i filtruję. Podłoże uwiera mnie w tyłek, a wnikająca w skórę energia powoduje uciążliwe swędzenie. Leżąc płasko, jak naleśnik na patelni, nie mogę się nawet podrapać. Niech ktoś mnie przerzuci na drugą stronę. Albo nie, lepiej nie…

Jeszcze pół godziny. Mimowolnie zaciskam szczęki, chociaż powinienem się rozluźnić i utrzymywać postawę niewymuszonej otwartości. Wolne żarty. Jeśli jestem przejściem granicznym, to takim z bramkami. Czemu nie wstawią tu rzutnika? Telewizora, radia, czegokolwiek! Oczywiście, elektronika jest jednym z głównych źródeł martwoty, ale to jest powietrzarnia! Elektrownia ziemna połączona z zapasem tlenowym połowy miasta. Tutaj jest pełno żywej energii i naprawdę, jakiś malutki rzutnik by nie zaszkodził. Albo chociaż swojski, elektroniczny zegarek, bez którego czuję się jak bez ręki.

Przekręcam głowę i wpatruję się w widoczną zza krawędzi rdzenia klepsydrę. Ziarnko po ziarnku… Z całą przepływającą przeze mnie energią muszę się naprawdę kontrolować, żeby nie wysadzić w powietrze tej szklanej parodii czasomierza. Wtedy już w ogóle nie wiedziałbym, kiedy nadejdzie koniec.

Zamknięcie w reaktorze sam na sam z energią potrafi ogłupić najbystrzejszy umysł. Chyba w końcu przekonam się do książek… Nie, potrenuję oddechy. Wdeech, wydeeech…

 

*

 

Mag usiadł gwałtownie, zanim ostatnie ziarnko piasku opadło na dno klepsydry, a kiedy, wywołując niewielką lawinę, stoczyło się po zboczu usypanego w ciągu ostatnich godzin pagórka, stał już na otaczającym rdzeń pasie ziemi. Poderwał leżącą pod nogami togę i nie dbając nawet o zakładanie jej, skierował kroki na ścieżkę.

Drobinki obcej energii wciąż krążyły w żyłach mężczyzny. Iskierka po iskierce absorbował je i wcielał we własny, zamknięty obieg. Jaaziel Rai, potencjał magiczny – dwieście procent, do pełni szczęścia brakuje zegarka.

Po kilku minutach marszu z trzaskiem otworzył drewniane drzwi, za którymi znajdowało się niewielkie pomieszczenie z regałem na ubrania. Niedbale wrzucił lnianą togę do wnęki oznaczonej jego nazwiskiem i wyciągnął z niej kartę chipową. Spiesząc się, dygocącymi dłońmi zeskanował identyfikator i wszedł do kolejnego pokoju.

Żadne elektroniczne urządzenie nie jest w stanie zmierzyć poziomu energii maga, ani w magu, ale to nie oznacza, że konieczność jej pomiaru nie figuruje w procedurach bezpieczeństwa. Jaaziel stał więc pośrodku sterylnego pomieszczenia, nazywanego kwarantanną, i przyglądał się pikającym wskaźnikom, ze zniecierpliwienia przestępując z nogi na nogę. Po chwili jeden z krążków rozjarzył się zielonym blaskiem, a z sufitu lunął deszcz środka dezynfekującego. Wymuszona kąpiel trwała w nieskończoność. Potem suszenie, które przetrzymał z trudem, zaciskając szczęki i dłonie. Jeszcze tylko chwila.

W końcu drzwi na przeciwległej ścianie otworzyły się, a Jaaziel jak tajfun wpadł do szatni i założył własne, miękkie, wygodne ubranie, wyprodukowane w stu procentach z tworzyw sztucznych. O tak, nareszcie. Zegarek, godzina czternasta dwanaście, okulary i informacje, pogoda, wyniki ekstraklasy. Wyświetlił na szkłach wszystko, co ominęło go w ciągu ostatnich dwóch godzin i dwunastu minut.

Podszedł do ostatniej bramki i po raz kolejny zeskanował kartę.

Urządzenie pisnęło tęsknie, mrugnęło zielonym światełkiem i puściło go do domu.

Na widok wyłaniającego się z drzwi Jaaziela, kobieta w kolorowej, jedwabnej szacie podniosła się z krzesła.

– Co ty robisz w komnacie, że zawsze wychodzisz taki wyszczerzony? – zapytała z rezygnacją.

Puścił do niej oczko i wypadł przez obrotowe drzwi wprost na parking, w niezmienny półmrok miasta.

 

*

 

(…) Być może osiągnęliśmy limit naszych ciał, ale nie naszych umysłów. To dzięki nim stoimy dziś u progu technologicznego przełomu, który zmieni nasz świat. U progu nowej ery. Ery, w której dzięki cyborgizacji, możemy wznieść ludzkość na kolejny stopień ewolucji. Mamy protezy mogące zastąpić każdą część naszego ciała. Nie grozi nam już rak, zawał ani inwalidztwo. Możemy skutecznie zapobiegać każdemu z tych przypadków, zyskując dodatkowo nowe, nieznane nam dotąd możliwości! Nigdy więcej nie odczujemy zmęczenia. Nie będziemy przesypiać połowy życia, a wiedzę przyswoimy lepiej i szybciej, dzięki specjalnym implantom, stymulującym wydajność naszego mózgu. Mamy to wszystko odrzucić dla marnych sloganów? Dla ludzi, którzy pod przykrywką „zgody z naturą” dobrowolnie pozbawiają siebie i swoje dzieci dostępu do współczesnej medycyny? Szkoły? Zdolności połączenia się z Siecią? Przecież właśnie takie postępowanie jest sprzeczne z naturą, ludzką naturą!

 

*

 

– Cześć, Kapitanie.

Wita mnie syntetyczny głos dobiegający z metalowego sześcianu, leżącego pod fotelem pasażera.

– Czołem Puszka, jak minął dzień? – Pochylam się, podłączając obwody samochodu do mojej przenośnej AI – gadającego autopilota. Pulpit pojazdu rozbłyskuje kontrolkami i rzędem wskaźników, a ja prostuję się w fotelu i przymykam oczy.

– Nie było cię dwie godziny, dwadzieścia jeden minut. Telefon dzwonił trzy razy. Do domu?

– Do domu – potwierdzam, krzyżując ręce na piersi.

Już teraz jest prawie jak w domu. Tonąc bez skruchy w kojącym chłodzie i szumie klimatyzacji, usuwam z uszu podźwięk rozszeptanego energią lasu. Rozsiadam się wygodniej, śledząc wyświetlane na szkłach nowinki. „Zaostrzone kontrole graniczne!”, w porządku i tak nigdzie się nie wybieram, „Kto odpowie za olimpijski absurd?”, a kto w ogóle dopuścił do Olimpiady? Wyłamuję palce, ot tak, żeby zrobić coś z dłońmi.

Bezładne, imitujące muzykę dźwięki dobiegają z wbudowanych głośników Puszki. Pojazd kołysze lekko na zakrętach, a ja czuję się świetnie i to chyba największe faux pas, z tych, które notorycznie popełniam.

Jestem przecież magiem. Wyjałowione z żywej energii wnętrze pojazdu powinno napawać mnie obrzydzeniem. Mój rodzony brat dostał raz drgawek, kiedy zostawiłem go zamkniętego w aucie, sam na sam z Puszką, a wyszedłem tylko na chwilę, żeby kupić mu butelkę wody. Energetyzowanej wody, więc może faktycznie trochę trwało znalezienie jej w centrum miasta.

W dużym skrócie – elektronika rozszerza martwotę. To choroba, tylko że cierpi na nią energia. Magia. Życie. Jak zwał, tak zwał. Dla czarowników, którzy widzą i czują jak przepływa przez wszystko, jej brak jest nie do wytrzymania. W teorii przynajmniej, bo ja jakoś sobie radzę. Nie tęsknię do tego, żeby jak najszybciej uciec z samochodu i zaszyć się gdzieś w przywillowej oranżerii, jak przystało na szanującego się maga. I nie chodzi tylko o to, że jestem uczulony na większość roślin i zbyt spłukany, żeby mieć własną willę, o szklarni z elektrownią nie wspominając. Po prostu nie rozumiem, jak można siedzieć i szczerzyć się do różowiejących pomidorków. Mój brat ma czasem takie fazy. Brr, na samo wspomnienie, ciarki urządzają sobie wyścigi po moich plecach.

Rozlegające się w aucie brzęczenie, to pewnie najnowszy hit emitowany przez stację, którą Puszka włączył czekając, aż wrócę do rzeczywistości. Bardzo miła z niego puszka.

– Ktoś nagrał coś ciekawego? – pytam, odrywając się od przeglądu najnowszych modeli okularów sieciowych.

– Thierry, dużo. Czy ciekawego sam nie ocenię. Odtworzyć?

– Nie… Nie? – waham się. – Nie – stwierdzam w końcu i ostentacyjnie spoglądam w okno.

Brak zdolności do kontemplacji to kolejna z moich wad. Jakby tego było mało, od ponad dziesięciu lat regularnie utrudnia mi znalezienie porządnej pracy, jak wyrzut sumienia figurując w danych z badań okresowych. Ostatnio lekarz poirytowany moim narzekaniem polecił, żebym ją trenował, to się nauczę. Trenuję więc posłusznie, jednym okiem śledząc przemykające za oknem budynki, kolorowe neony i wzory na betonowych ścianach, które próbują nadać miastu pozory żywotności. Drugim wciąż tkwię w Sieci, piekąc tą metodą dwie pieczenie przy jednym ogniu. Niestety, mój mózg nie potrafi jeszcze pracować nad sprzecznymi impulsami, przesyłanymi przez prawy i lewy nerw wzrokowy. Radzi sobie tylko z jednym, więc ulice za oknem zlewają mi się w jeden ciąg przytłumionych kolorów i blasku ulicznych latarni. Ale przynajmniej się staram, jak obiecał lekarz, efekty przyjdą z czasem.

– Nowe połączenie od Thierry.

Dałbym głowę, że Puszka świetnie się bawi.

– Ej no, co jest. Podsłuch czy GPS mi założył? – Denerwuję się. – Jestem po całym dniu pracy, chcę mieć spokój!

Może trochę zaokrągliłem, ale co tam.

– Weź, udawaj że mnie nie ma – postanawiam.

– Nagrał się. Cytuję: „Wiem że tam jesteś Jaaz”. Koniec cytatu.

Spoglądam z irytacją na siedzenie, pod którym kryje się mój rozmówca. Naprawdę, wystarczyło trochę zmodyfikować program i powstało coś takiego… Żeby mnie gęś kopła.

– Filmów się naoglądał, czy co? – sarkam. – A ty wydaje mi się, coś sugerujesz, prawda, Sześcianik?

– Mam ograniczoną kartę pamięci – odpowiada, a ja zastanawiam się, co takiego tam napakował.

Same wiadomości głosowe, nawet od Thierrego, mogą zapełnić nie więcej niż promil przestrzeni dyskowej Puszki.

 

*

 

Postęp, to nie jest możliwość. To nie jest opcja, która pozwoli nam wieść życie lepiej. To obowiązek wobec całej ludzkości, wobec naszych dzieci i wnuków. Magowie karmią nas kłamstwami i zatruwają umysły zabobonnym lękiem. Czas z tym skończyć. Czas byśmy razem, świadomie podjęli decyzję o wkroczeniu w lepsze jutro.

 

*

 

Jaaziel próbował pracować i nawet przebrał się w roboczą, starą togę, której nie nosił nigdzie poza laboratorium. Niewielki, pomocniczy golem plątał się wokół, łypiąc okrągłym okiem, a Puszka leżał na stoliku i udawał, że jego obecność w piwnicy jest jak najbardziej na miejscu. Telefon milczał od ponad godziny.

– Skrzacik, won mi spod nóg – prychnął mag, kiedy golem po raz kolejny zaplątał się w skraj szaty. – Idź sobie gdzieś indziej.

Szczypce zaklekotały i jednooki krab czmychnął pod stół. Skrzacik był modelem ogrodowym, przeznaczonym głównie do pielęgnacji roślin i niezupełnie sprawdzał się w zamkniętej przestrzeni pracowni. Jaazielowi służył jako chodzące nożyczki i zapasowy moduł energetyczny, mag pakował do niego własną nadwyżkę, a potem wyciągał w razie potrzeby. Na największym stole walała się sterta wygładzonych, drewnianych klocków i kulek różnej wielości, które czekały na połączenie, by stworzyć fantazyjne, naturalne zabawki. Później Konsumencka Komisja Magiczna opatrzy je plakietką „Naenergetyzowane” i pójdą do sprzedaży. Na razie jednak, wciąż spoczywały na blacie w bezładnej kupie, a czarownik miotał się po komnacie bez większego celu. Robota nie kleiła mu się w rękach.

Stypendium, które otrzymywał za pracę w elektrowni-tlenowni wystarczało co prawda na czynsz, ogrzewanie i żywność, ale problemem był prąd. Wszystkie urządzenia, których używał Jaaziel, wymagały jednego, wciąż drożejącego paliwa – elektryczności. A było ich sporo. Właśnie teraz, przemierzając szybkim krokiem pracownię, mag żałował zakupu wanny z hydromasażem. Cholerni marketerzy. Rachunki za ubiegły miesiąc miał tylko w połowie opłacone. Elektrownia, na szczęście nie ta, w której pracował, przysyłała upomnienia, a on głupi wziął kredyt, żeby móc pozwolić sobie na luksus relaksującej kąpieli. Ostatecznie jednak, kiedy tylko chciał wcisnąć guzik uruchamiający hydromasaż, przed oczami przelatywały mu oznaczone numerkami kilowaty, kręcące się radośnie jak obrazki w jednorękim bandycie i szybko rezygnował z pomysłu. Potrzebował inspiracji. Potrzebował znów coś zrobić. Potrzebował przede wszystkim zarobić, a zupełnie nie potrafił się skupić.

– Dobra Puszka – powiedział w końcu, opierając czoło o zimny kamień piwnicy. – Dzwoń do tego Thierrego, zanim padnie ci bateria. On wie, że nie zaznam spokoju, dopóki nie dowiem się, o co chodzi. W takim stanie za nic się nie zabiorę – zamilkł spostrzegając, że tłumaczy się sam przed sobą. Zgrzytnął zębami. – Naprawdę, człowiek pracuje ciężko dniem i nocą, żeby zarobić na jakieś godziwe życie i nie może mieć nawet chwili spokoju, bo zaraz okaże się, że… A zresztą. Dzwoń do tego drania.

– Nie no, kontynuuj. Co się okaże? Nie przerywa się w takim momencie.

Jaaziel wzdrygnął się mimowolnie i odwrócił, słysząc dobiegający zza pleców głos. Oczywiście, był sam w pracowni. Tylko na jednym z zawalonych rupieciami stolików, sześcian mrugał radośnie czerwonym światełkiem, sygnalizującym połączenie.

– Że jakaś Puszka wymaga gruntownej reinstalacji. Dzwoniłeś.

– Z pięć razy. Myślałem, że jeszcze z dwa lub trzy połączenia zignorujesz. – Thierry pociągnął nosem, a mag zmarszczył brwi czując, że coś jest nie tak.

– Nie miałem czasu, co się stało?

– Eh… – kolejne chlipnięcie.

Thierry płakał, choć wyraźnie starał się, żeby głos mu nie drżał, robiąc dobrą minę do złej gry. Jaazielowi wydawało się dotąd, że wie o przyjacielu wszystko, ale nie spodziewał się, że kiedykolwiek będzie słuchał jak detektyw – postawny chłop z pokręconym poczuciem humoru – szlocha mu na linii.

– Prowadziłem sprawę, która nie skończyła się najlepiej.

– Jaką?

– Dziwną. Znajdowaliśmy ciała. Niezbyt często, bo w kilkutygodniowych odstępach czasu. Z pozoru nic nietypowego, gdyby nie fakt, że wszystkie miały szwy po operacji. Każdej z ofiar wszczepiono biocybernetyczny implant.

– Noo? – Jaaziel nadal nie miał pojęcia, gdzie tkwi haczyk.

– Przetrząsnęliśmy całe środowisko lekarskie i nic. Żadnych świadków, numery seryjne wszczepów do niczego nas nie zaprowadziły i generalnie, nie mamy żadnego śladu. Pomyślałem, że może przejrzałbyś dane ze śledztwa i wpadłoby by ci w oko coś, co przeoczyliśmy. Coś, co na przykład, dla was magów jest oczywiste, a o czym w policji nie mamy bladego pojęcia. W końcu jesteś prawie etatowym konsultantem – przypomniał.

– I o to tak płaczesz!?

– Co!? – Thierry zaniemówił na chwilę. – Ale z ciebie idiota, cebulę kroję gamoniu! Do wątróbki. Chcesz to wpadnij. Skoro już zabrałem się do garnków, to raz a dobrze. Będzie na tydzień.

 

*

 

Cyborgizacja służb porządkowych jest nieunikniona. Nie stanowi pytania, czy każdy policjant powinien mieć podstawowy pakiet mechaniczny, tylko kiedy, a także skąd wziąć na to pieniądze. Myślę, że rząd nie powinien skąpić środków na bezpieczeństwo swoich obywateli. Proszę sobie wyobrazić taką sytuację: groźny przestępca otwiera ogień do ludzi, przebywających w dużym centrum handlowym. Każdy ułamek sekundy, który zajmie policjantowi wyciągnięcie broni, wymierzenie i wyeliminowanie celu, to kolejna osoba martwa. A co, jeśli ten funkcjonariusz chybi? Co jeśli nie zauważy dziecka, stojącego za celem i pocisk przeszyje ich oboje?

Prowadzony z rozmachem i na szeroką skalę program cyborgizacji służb porządkowych, to jest jedyna sensowna odpowiedź na wzrost przestępczości w naszym mieście.

 

*

 

Budzi mnie dobiegający z radia głos. Dykcja mówiącego jest charakterystyczna i wydaje się znajoma, a po długiej chwili dociera do mnie także treść wywodu.

– Na wzrost przestępczości w naszym mieście – warczę do Puszki, który włączył mi na dzień dobry jakiś wywiad na propagandowej stacji Nowego Rozwoju – ma ogromny wpływ cyborgizacja wszystkiego, co się rusza, z bandziorami na czele. Wyłącz tego buca, bo go seryjnie nie trawię!

Coś trzeszczy, chyba tylko dlatego, że Puszka lubi się ze mną drażnić i z głośników płynie kakofonia dźwięków, którą po chwili uznaję za muzykę i uspokajam się nieco. Iskierki krążącej we mnie energii tracą czerwony poblask i wracają do naturalnej zieleni. Nie ma co wybrzydzać, porcja adrenaliny budzi lepiej niż kawa. Ale teraz będę zachowywał się jak kobieta i chodził wkurzony, dopóki nie zjem czegoś słodkiego.

– Puszka, zjedź na stację elektryczną po batonika – mówię z niechęcią. – I naładuj akumulatory w samochodzie, by cię cholera. Wystarczyło powiedzieć, że energia im się kończy.

Na stacji nie tracimy dużo czasu. Kupuję batonika i pochłaniam go dwoma gryzami, kiedy Puszka przesyła dane z dyspozytorem i płaci przelewem z mojego rachunku. Po kilku kolejnych minutach jesteśmy już na miejscu, pod drzwiami jednego z setek podobnych, betonowych bloków. Pakuję elektronicznego towarzysza do torby i podłączam słuchawki. Thierry mieszka na parterze, a kod do klatki schodowej znam na pamięć.

– Jak ty do cholery wyglądasz?!

Słyszę, kiedy tylko detektyw otwiera drzwi.

– O co chodzi? – Robię niewinną minę, chociaż wiem, że ma na myśli żelowe szkła kontaktowe w kolorze zjadliwego fioletu, które wkropiłem sobie tuż przed wyjściem.

– O twój kryzys wieku średniego, wczesny jakiś – stwierdza gospodarz, zapraszając mnie do środka. – Widziałem na ulicach sporo szczeniaków z czymś takim na oczach, ale po tobie się nie spodziewałem. Co to ma w ogóle być?

– Kamuflaż – oznajmiam z wyższością, idąc za Thierrym przez zagracony przedpokój.

Dalej jest już lepiej. W salonie tylko gdzieniegdzie walają się brudne szklanki i butelki, a wnętrze kuchni stanowi, jak dla mnie, szczyt uporządkowania.

-Kamuflaż!? To zacznij z różową parasolką jeszcze chodzić. Żeby się bardziej w tłum wtopić. Zresztą jak chcesz, ale twoje naturalne ślepia, mimo że białe jak u was wszystkich, przyciągają mniej uwagi. Kawy?

Siadam przy okrągłym, kuchennym stoliku i przyglądam się, jak gospodarz sięga po kubki. Wątróbka na patelni wonieje smakowicie, cebulka też.

– Jasne. – Przez chwilę z zainteresowaniem obracam w dłoniach wizytówkę, którą spostrzegam na blacie. Reklamuje jakąś klinikę.

– Weź z salonu teczkę, przyniosłem kopie wszystkich akt sprawy, to sobie do obiadu pooglądamy. Jak mniemam nie wzgardzisz kęsem? Mmm, jak pachnie. Cukier, mleko i odrobina kawy?

Wzruszam ramionami i spełniam polecenie. Thierry i tak zadaje pytania w przestrzeń, znając odpowiedzi, a ja nie mam do roboty nic lepszego, niż krótki spacer po jego mieszkaniu.

– Jeśli istniałoby podejrzenie, że w tę waszą nieudaną sprawę zamieszani są magowie, szef przydzieliłby ci konsultanta. Mnie, czy kogoś innego, chyba macie nas kilku na podorędziu, co? – pytam, zniecierpliwiony przysłuchiwaniem się, jak Thierry nuci coś, czekając aż woda zagotuje się w mikrofalówce. – Wtedy mógłbym liczyć na normalną wypłatę.

Przyjaciel stawia przede mną kubek z kawą i uśmiecha się krzywo.

– Jak na maga jesteś strasznym materialistą, Jaaz. Choć raz odwaliłbyś robotę w czynie społecznym. I tak przykładowo z dobroci serca pomógł koledze w awansie. Co ty na to?

– Ni cholery – odpowiadam szczerze i z głębi serca właśnie. – Jeśli o mnie chodzi, to możesz być zwykłym krawężnikiem, nawet lepiej. Im wyżej w wydziale zabójstw, tym większe ryzyko, że obejmie cię ten kretyński program.

– Hm? Jaki program?

Bardzo nie podoba się ton jego głosu i dziwny grymas na twarzy.

– Nieważne. Więc jak z tą sprawą? Nasze magiczne nosy są w nią zamieszane, czy nie?

– Oficjalnie nie. Sprawa jest zamknięta, teczki odłożone do archiwum.

– A czemu to?

– Brak nowych śladów.

– Trupów masz na myśli? – pytam uprzejmie.

– Ano mam, mam – irytuje się Thierry i sięga po teczkę. – Ale myślę, że cokolwiek to jest, jeszcze się nie skończyło.

– Znowu brzmisz melodramatycznie.

Spogląda na mnie złym wzrokiem. Dusząca się wątróbka skwierczy cicho, a mnie trochę burczy w brzuchu.

– Dobra, czego nie powiedziałeś mi przez telefon? Bo na razie nie widzę tu dla siebie miejsca. Poza załapaniem się na obiad, oczywiście.

– No właśnie, sprawa niby banalna, chociaż dziwna. Kto pakowałby w ciała kosztowne implanty, żeby zaraz potem zabić swoich pacjentów?

– Może ktoś łapie ludzi wychodzących z nielegalnych klinik? – strzelam w ciemno. – Taki samozwańczy stróż prawa.

– Myśleliśmy o tym. Właściwie, na tym skończyły się wnioski, a z braku dalszych ofiar przełożeni uznali, że ktoś zajął się już psującym interesy bohaterem.

– Brzmi rozsądnie. Tutejszy półświatek lubi załatwiać niektóre sprawy we własnym zakresie.

– Wy też lubicie – przypomina.

Robię obrażoną minę, ale nie komentuję.

– Na szczęście jest pewien drobiazg. A drobiazgi zawsze gdzieś prowadzą. Patolog odkrył, że nie były to pierwsze operacje, jakim poddano ofiary, ale uznał, że informacja nie ma specjalnego znaczenia dla sprawy i wpisał tylko adnotację w uwagach. Wiesz, ta rubryczka na samym końcu raportu, której nikt nigdy nie czyta. Poza mną, więc podpytałem go prywatnie, przy piwie. Mówił, że na każdym z ciał przeprowadzono dwa zabiegi przeszczepienia przysadki mózgowej, w krótkim odstępie czasu. Twierdzi też, że wykonywały je różne osoby, przynajmniej tak to wygląda ze względu na medyczne bla, bla, mniejsza z tym.

Czekam względnie cierpliwie, aż będzie kontynuował. Obracam kubek z kawą wokół osi i pilnuję, żeby się nie poparzyć.

– Na dodatek w ciałach znaleziono śladowe ilości kurary. Trochę poszperałem, trochę popytałem, ale jedyne do czego doszedłem, to że jest używana w medycynie naturalnej.

– I to wszystko? – pytam pozornie niedbale, chociaż mam już całkiem nowy pogląd na sprawę. I to zaczyna mnie wciągać. Nie widzę jeszcze motywu i całość nadal wydaje się pozbawiona sensu, ale czuję, jak moja krew wraz z energią krąży szybciej.

Kubek przede mną zaczyna lekko lewitować, co Thierry zbywa pojedynczym spojrzeniem i odwraca się do kuchenki, gdzie oburzona samotnością wątróbka, głośno skwiercząc, zaczęła domagać się uwagi.

– Zastanawiałem się, czy któryś z waszych znachorów nie przeprowadza przypadkiem przeszczepów żywych narządów.

– A skąd mielibyśmy je wziąć? – burzę się w imieniu całego środowiska magów.

– No nie wiem, wasze golemy są całkiem naturalne…

– Zabrania się wszelkich prac, które miałyby na celu stworzenie człowieka – parafrazuję jeden z ustępów prawa, które rząd nałożył na magów.

– No nie człowieka od razu przecież. – Thierry odwraca się, wycierając ręce w szmatkę i przygląda mi się uważnie.

Spostrzegawczy drań. Wie, że coś ukrywam… No, a ja za dobry w ukrywaniu też nie jestem.

– Kategorycznie nie! – zrywam się z krzesła. – Muszę lecieć, przypomniałem sobie, że jestem umówiony.

– Z jakimś lekarzem?

– Nie, mam randkę! – Łapię teczkę i idę do przedpokoju. – Jak pozwolisz to pożyczę, przejrzę sobie i w ogóle.

– Tak, tak, masz tu wątróbkę, dziecinko. – Wpycha mi do rąk ciężkie, styropianowe pudełko.

Nie wiem nawet, kiedy je przygotował.

– Randka randką, ale później przynajmniej kolację zjesz porządną.

Thierry, a żeby go pokręciło, ma rację. Jak zwykle zresztą ze wszystkim. Chociaż ludzi faktycznie nie tworzymy, pal diabli prawo, to nasz własny kodeks cechowy tego zabrania. A kodeks cechowy nie zabrania niczego, czego już kiedyś byśmy nie próbowali i nie ugryzłoby naszych szacownych przodków w tyłki.

Swoją drogą, muszę zlecić Puszce sprawdzenie, czym zajmuje się klinika z wizytówki, która dziwnym trafem znajduje się w mojej kieszeni. I kto w ogóle nazywa placówkę medyczną ERA? Co to ma niby być?

 

*

 

Ludziom od zawsze towarzyszył strach. Stach przed nieznanym, strach przed nowym, strach przed tym, co będzie i przed tym, co było. Jednak nawet wśród najmroczniejszych wieków naszej historii, kiedy wydawać by się mogło, że jedynym wyjściem jest poddać się i zrezygnować, odnajdowali się ludzie, którzy nie ulegali przerażeniu.

Stoimy teraz przed nowym, ogromnym przedsięwzięciem, którym jest cyborgizacja. Nie wiemy, jaki będzie świat, kiedy tak wiele rzeczy, które teraz są dla nas niemożliwe, staną się osiągalne. Nie wiemy jaki wpływ będzie miała na nas możliwość uratowania życia większości chorych i przyniesienia ulgi cierpiącym. Wiemy jednak, że trzeba odważyć się na wykonanie tego kroku. W obliczu strachu i niepewności, być tymi, którzy przyniosą rozwiązanie. A rozwiązaniem jest darmowy program cyborgizacji, prowadzony na szeroką skalę i gwarantujący każdemu bezpieczne podjęcie tego nowego wyzwania.

 

*

 

Klinika medycyny naturalnej Yago Teixeiry znajdowała się na obrzeżach metropolii, jak większość tego typu instytucji. Nie chodziło bynajmniej o zepchnięcie magów na margines, ani nie istniał też żaden wyodrębniony obszar, który można by nazwać ich dzielnicą. Po prostu, szukając chociaż namiastki żywej energii, naturalnie skupiali się pomiędzy pierwszą powietrzarnią, a ciągnącymi się po horyzont, zabudowanymi polami uprawnymi. Znachor, od którego Jaaziel postanowił rozpocząć prywatne śledztwo, nie był wyjątkiem i tylko dlatego jego kamienna willa, otoczona wzniesioną na kształt podkowy oranżerią z przeźroczystego szkła, nie wyróżnia się specjalnie w okolicy.

– Wygląda, że ma spory ruch – zauważył mag, obserwując wejście do kliniki. – Spróbuj jeszcze raz zadzwonić Puszka.

– Abonent chwilowo nieosiągalny. Dałbyś już spokój Kapitanie, próbuję dziewiąty raz!

– Czyli nici z umówienia się na wizytę. Dobra. Zostajesz w aucie, nagrywaj z zegarka i zablokuj opcje alarmowe. Będę kombinował z ciśnieniem i nie chcę, żebyś znowu skasował sobie całą pamięć.

– Ja nie chcę tym bardziej – zadźwięczało urządzenie. – Kod dostępu poproszę.

– Stokrotka, blokada automatycznych funkcji bezpieczeństwa – wyrecytował Jaaziel. – W razie potrzeby, sam wiesz co robić.

– Trzymam za ciebie obwody.

Jaaziel zaśmiał się, a potem wykonał kilka głębokich wdechów. Pobladł na próbę, następnie poczerwieniał i wysiadł z auta, ściskając pod pachą teczkę Thierrego. Na drugą stronę ulicy przeszedł chwiejąc się i słaniając na nogach. Chwilę później stanął na progu i pchnął drewniane drzwi, wchodząc do jasno oświetlonego, kwadratowego pomieszczenia. Pacjenci, siedzący w równym rządku pod ścianą, spojrzeli na niego nieprzychylnie, a mag dramatycznie zacisnął dłoń na kurtce w okolicach serca i zatoczył się w kierunku recepcji.

Pielęgniarka, dotąd zajęta wydawaniem poleceń humanoidalnemu golemowi, spojrzała na niego i podbiegła natychmiast. Konstrukt ciężko podążył za nią.

– Źle się pan czuje? – zapytała z troską kobieta. Ujęła Jaaziela pod ramię i rozejrzała się w poszukiwaniu wolnego krzesła. W końcu poprowadziła go do swojego biurka. – Proszę usiąść. Coś się stało? Przynieść panu wody?

– Duszno mi – wyszeptał mag. – I kręci mi się w głowie…

– Proszę oddychać głęboko. Czy wcześniej zdarzały się panu podobne sytuacje?

Jaaziel spostrzegł, że kobieta nacisnęła jeden z przycisków wbudowanej w blat konsoli. Pacjenci na krzesłach zaczynali się niepokoić i szeptać pomiędzy sobą w podejrzeniu, że młody mężczyzna załapie się na wizytę bez kolejki. Nie wyglądali na szczęśliwych.

Pielęgniarka dostrzegła bransoletkę wielofunkcyjnego zegarka na nadgarstku maga i pobladła lekko sprawdziwszy odczyty.

– Kamienny! – zawołała. – Pomóż panu wstać.

Jaaziel został ostrożnie postawiony do pionu.

– Proszę się nie denerwować – mówiła pielęgniarka. – I przede wszystkim, skoncentrować na oddychaniu. Zaraz zawołam doktora…

Golem, najwyraźniej zaprogramowany do tego typu zadań, zaprowadził wciąż słaniającego się na nogach maga do pokoju zabiegowego i ułożył na stojącej pośrodku kozetce. Jaaziel westchnął kilka razy dla dodania sobie wiarygodności, ale poza tym nie robił nic więcej. Po chwili, z drzwi obok wyłoniła się pielęgniarka, prowadząca dopytującego się o stan pacjenta Yago Teixeirę.

– Jego ciśnienie przekroczyło 250 i wygląda jakby… Doktorze? – zapytała widząc, że Yago zastygł w miejscu.

Jaaziel również się nie poruszał. Tak na wszelki wypadek.

– W porządku – odezwał się lekarz, niespodziewanie radosnym głosem. – Zajmę się nim Clare. Możesz wziąć Kamiennego i uspokoić pozostałych pacjentów. Ten w gabinecie niech przyjdzie w przyszłym miesiącu po wyniki.

Kobieta skinęła głową, nie kryjąc zdziwienia. Kiedy razem z golemem zniknęła za drzwiami, Jaaziel usiadł na leżance, a Yago rozparł się wygodnie za stojącym w kącie pomieszczenia biurkiem.

– No… – powiedział rozbawiony. – Niech mnie golem kopnie, Jaaz, już na studiach miałeś durne pomysły i widzę, że nic się nie zmieniłeś. Kopę lat. Coś ty zrobił z oczami?

– Nic trwałego – zaśmiał się mag. Na jego policzki powoli wracały zdrowe kolory. – Nie odbierałeś telefonu – dodał z wyrzutem – a zależało mi na czasie.

– Tobie zawsze zależy na czasie. Nigdy nie potrafiłeś zająć się tylko jedną rzeczą i musiałeś mieć rozgrzebanych pięć naraz. No więc? W czym mogę pomóc staremu druhowi? Bo chyba po diagnozę nie przyszedłeś. Co tam masz? – zainteresował się widząc, jak Jaaziel sięga po dotąd trzymaną kurczowo teczkę.

– Zdjęcia, jak sądzę. Wiesz, że od paru lat współpracuję z policją? – zapytał wstając i podchodząc do biurka. Położył dokumenty na blacie, a sam przysiadł na krześle po przeciwnej stronie Yago. – Jak idzie biznes? Co tam u żony, dzieci?

– Obiło mi się o uszy. A z żoną w porządku, dzieci żyją, biznes nie ma się najgorzej – stwierdził znachor, wyciągając z teczki plik zdjęć. Zagwizdał ze zdziwieniem. – No, no, ale go pokroili – zawyrokował. – Sam spójrz – dodał, wyciągając fotografię w stronę drugiego maga.

– Mowy nie ma! Nie chcę. Tracę po takich rzeczach apetyt.

– Naprawdę? A ja nie, ciekawe.

Przez długą chwilę Yago w milczeniu przeglądał zdjęcia, a Jaaziel przemykał wzrokiem po ścianie tak, żeby nawet jedno jego spojrzenie nie padło na powiększającą się kolekcję rozłożonych na biurku fotografii. W końcu znudzony monotonią pomieszczenia, wstał by rzucić okiem na rozciągającą się za oknem oranżerię.

– No dobrze – odezwał się znachor. – Powiesz mi, co widzę?

– Zdjęcia z sekcji zwłok, jak sądzę, i pewnie trochę raportów.

– Noo, to sam wiem. Ale z jakiegoś powodu przybiegłeś z nimi właśnie do mnie, na dodatek symulując zawał serca. Słucham więc.

Jaaziel streścił historię, którą tego popołudnia usłyszał od Thierrego. Yago odchylił się na krześle i słuchał zamyślony, splótłszy dłonie na pokaźnym brzuchu i kręcąc młynki kciukami.

– Oczywiście, że my, magowie nie zajmujemy się czymś tak nieetycznym, jak tworzenie ludzkich organów – powiedział powoli i z naciskiem, jednocześnie mrugając porozumiewawczo. – Ale, gdyby, całkiem hipotetycznie, ktoś wyhodował taką przykładowo, przysadkę mózgową, albo kilka, to znam tylko jednego specjalistę, który potrafiłby je skutecznie przeszczepić.

 

*

 

Tak, jak obowiązkiem silnych jest dbać o słabych, tak i obowiązkiem rządu jest dbać o społeczeństwo. Dziś nadszedł czas, żeby ci, którzy mogą podjęli decyzje, które podjąć muszą. Era nowego, lepszego i dłuższego życia stoi już na naszym progu! Wystarczy tylko otworzyć drzwi i zaprosić ją do środka.

 

*

 

Yago podał mi namiary na maga-chirurga, ale nie mogę przecież tak po prostu polecieć do niego ze zdjęciami i zapytać, czy przypadkiem nie zajmuje się nielegalnym przeszczepianiem organów. A powodów tego stanu jest całkiem sporo.

Przede wszystkim to nie moje kręgi. Yago znam ze studiów. Spodziewałem się, że nie jest w nic zamieszany i mogę liczyć na ciepłe przyjęcie, ale Divino Mayer to inna klasa. Zasiada w Radzie. Jest właścicielem największej, prywatnej szklarni i jedynym magiem w mieście, któremu udaje się hodowla Cissus quadrialata na skalę większą, niż jedna przeżywająca roślina na sto, w efekcie czego zmonopolizował w okolicy obrót kurarą. Jest też ode mnie trzy razy starszy, więc poważna rozmowa, jak równy z równym odpada.

Jakby tego było mało – mam podejrzenia. Może nie są do końca moje, ale ostatnio obija mi się o uszy sporo szeptanych rozmów, z których pamiętam piąte przez dziesiąte. Ktoś posądza kogoś o przekazywanie danych? Podkopywanie reputacji? Coś tam na pewno jest o zdradzie. Dotąd niespecjalnie interesowałem się tematem ale wysoko postawiony mag, który zamiast jak należy wszczepiać ludziom wyhodowane w zaciszu pracowni organy, nagle zaczyna ich zabijać, pasuje do wszystkich teorii spiskowych, z jakimi kiedykolwiek miałem do czynienia. A znając temperament niektórych kolegów po fachu, teorie spiskowe wcale nie wydają się tak nieprawdopodobne.

Moja hipoteza ma jednak luki. Przede wszystkim, patolog twierdzi, że operacji dokonywały dwie różne osoby. Może ktoś ze środowiska Divino? Ale dlaczego ktokolwiek miałby wszczepiać biocybernetyczne odpowiedniki przysadki mózgowej ludziom, u których przyjął się przeszczep naturalnych? A co, jeśli wcale się nie przyjął i mag próbuje w ten sposób zatuszować swoje błędy? A właśnie, jak już o tym pomyślałem.

– Puszka, sprawdziłeś tę klinikę? – pytam, obracając w palcach prostokąt wizytówki.

Siedzę na swoim ulubionym fotelu i kołyszę się, z nogami opartymi o skraj biurka. Na, pod i obok blatu wiją się kable i kurzą podzespoły mojego ukochanego komputera.

Puszka leży na stoliku obok i ładuje baterię.

– Puszka! Puszka? No co jest? Chyba się nie zawiesił…

– Raczej ci się to nie spodoba, Kapitanie.

Słyszę w końcu.

– No dawaj – wzdycham, domyślając się już, jaką rewelację ma dla mnie urządzenie.

– ERA zajmuje się realizacją powoli wdrażanego w życie projektu cyborgizacji służb porządkowych. Na razie cyborgizacja nie jest obowiązkowa i można otrzymać jedynie połowiczną refundację kosztów. Zainteresowanie jest jednak spore.

– Wiedziałem! – Podrywam się tak gwałtownie, że o mały włos spadłbym z fotela. Zaczynam krążyć po pokoju. – Co też temu durniowi chodzi po głowie?! Cyborgizacja? Jego już całkiem pogięło!

Puszka przezornie milczy.

– Dzwoń do tego idioty! Już ja mu wybiję z głowy głupie pomysły!

Puszka nadal milczy.

– No co?

– Jest trzecia w nocy Kapitanie.

Opadam z powrotem na fotel i przez chwilę myślę intensywnie. W końcu dochodzę do wniosku, że sprawa z Thierrym może poczekać, przynajmniej do rana, a ja powinienem zająć się Divino Mayerem. Tylko z której strony skurczybyka ugryźć?

No dobrze, a co gdybym nie wiedział, od kogo powinienem zacząć? Głodny jestem swoją drogą, ale nieważne, później zjem. Może lepiej, gdybym sam potrzebował przeszczepu przysadki mózgowej? Załóżmy, że nie jestem głodnym magiem. Gdyby ofiary były z naszego kręgu, wiedziałbym wcześniej. Zatem punkt pierwszy – z jakichś powodów nie chcę zgłosić się do państwowego ośrodka zdrowia, gdzie na fundusz wszczepią mi nowiutki, biocybernetyczny implant, a w stołówce nakarmią pieczonymi udkami. Zależy mi, żeby organ był żywy, chyba nie muszę zagłębiać się tutaj w poziom motywacji. Taką mam zachciankę i jestem w stanie zapłacić, żeby ją spełnić. Ale na pizzę to mnie chyba nie stać. A może stać? Ale wracając, skąd wiem, do kogo się udać? Puszka ma zaprogramowany numer do pizzerii…

Zdaję sobie sprawę, że nie mogę tak pracować i schodzę do kuchni, zgarniając po drodze Puszkę i nie przerywając rozmyślań nad sprawą.

Jeśli pójdę do pierwszego lepszego maga i zapytam o przeszczepy żywych organów, uzna mnie za prowokatora i wyprze się wszystkiego. Mogę błagać, grozić i próbować przekupstwa – w najlepszym wypadku zostanę zignorowany.

No, ale przecież mam trochę oleju w głowie i domyślam się, że nikt ot tak nie przyzna się do działalności, którą rząd uznaje za nielegalną. Więc jak?

– Puszka! Ratuj bo z głodu umrę. Co można ugotować z tego co nam zostało?

– Aye Kapitanie! Nic.

– Nic? Jak to nic!?

– Żaden z produktów: chleb, masło orzechowe, konserwa z tuńczykiem i ser żółty; nie nadają się do gotowania. Można przygotować: chleb z serem żółtym, chleb z masłem orzechowym…

– Dobra, dobra, nie bądź już taki dowcipny, Puszka. Co z tego zrobić można, wiem, tylko mi powiedz gdzie to jest.

– Lodówka w przedpokoju.

– A! No racja, całkiem zapomniałem.

Wycieram wnętrze konserwy ostatnim kawałkiem chleba, na który brakło już masła orzechowego, przepijam całość łykiem wody i wracam na górę, gdzie rozsiadam się wygodnie w fotelu. Teraz jestem w stanie myśleć dalej.

Mogę węszyć po znajomościach, ale tym tropem daleko nie zajdę. Plotki, ploteczki i kuzyn ciotki mojej teściowej – nie ma mowy żebym w to brnął. Jak inaczej? Podobnie, tylko przez Sieć. A tam po wszystkim zostają ślady.

Dobrze, więc spróbuję wyszukiwania, zakładam okulary i zastanawiam się nad zapytaniem, które doprowadzi mnie do celu. Przeszczep przysadki mózgowej? Trochę bezpośrednio. No, ale spróbujmy.

– Połączenie od Thierry – brzęczy Puszka, wyciągając mnie z odmętów Sieci.

Powoli kończą mi się przemycone z elektrowni nadwyżki energii i zaczynam odczuwać zmęczenie. Jestem na nogach od ponad dwudziestu czterech godzin, a nie należę do rodzaju pracusiów, dla których to normalne. Ziewam i zdejmuję okulary sieciowe z wrażeniem, że utknąłem w martwym punkcie.

– Połączenie od Thierry – powtarza Puszka i przypominam sobie nagle, że miałem z przyjacielem do pogadania. Ta myśl od razu podnosi mi ciśnienie, a senność chowa się przyczajona gdzieś za rogiem świadomości.

– Co ty sobie w ogóle myślisz, ty imbecylu! – wykrzykuję, kiedy lampka sygnalizująca połączenie rozbłyska na czerwono.

Po drugiej stronie zapada cisza, jakby Thierry zatchnął się przywitaniem i zaniemówił.

– Znam cię tyle lat i nigdy nie spodziewałem się, że wpadniesz na tak durny pomysł!

– No… Tak… Wiem, że jest wcześnie – mówi w końcu detektyw, kiedy ja zbieram oddech na kolejną serię inwektyw pod jego adresem. – Ale nie przesadzasz trochę? Weź wyluzuj, obudziłem cię czy co? W konsumowaniu randki przeszkodziłem? To przeprogramuj tę gadającą Puszkę, żeby mnie wyciszała.

– O cyborgizacji mówię kretynie!

– O cyb… – milknie na chwilę. – Ach, to ty zwinąłeś mi wizytówkę i jeszcze mnie opieprzasz? I o co robisz tyle zamieszania?

– Jak to o co?!

– No, a o co? O głupią wizytówkę. Poza tym myślałem, że ze wszystkich magów to ty powinieneś akurat zrozumieć, że postęp nie jest taki zły. Dodatkowo, ten program oferuje spore refundacje.

– Gówno, a nie postęp – warczę, a poblask mojej własnej energii barwi pokój na czerwono. – Widziałeś ty kiedyś człowieka po cyborgizacji? Wiesz co to z nimi robi?!

– No raczej. – Thierry brzmi spokojnie. – Sporo ich ostatnio na ulicach.

– Oni są jak martwi! Wszczepy zatruwają całą energię i w krótkim czasie nic nie zostaje, ani iskierka.

– Masz skrzywienie zawodowe. Nikt nigdy nie widział tej waszej energii. A ludzie w mniejszym bądź większym stopniu zcyborgizowani żyją i mają się nieźle. W świecie przestępczym nawet bardzo nieźle. Weź się ogarnij trochę.

– Człowiek jest w stanie przetrwać zarażenie martwotą, wiemy to nie od dzisiaj – burczę. – Ale to wyjaławia organizm i umysł. A cyborgizacja uzależnia. Będziesz wymieniał coraz więcej modułów, aż w końcu pozwolisz przepisać sobie mózg do komputera i już cię nie będzie.

– Histeryzujesz. Nawet jeszcze nie podjąłem decyzji. Chociaż jeden czy dwa pakiety nikomu jeszcze nie zaszkodziły, a ja potrzebuję ich w pracy. Spróbuj gonić na własnych nogach takiego, który zcyborgizował pięćdziesiąt, czy siedemdziesiąt procent ciała. A jak już jakimś cudem dogonisz, to co? Poprosisz żeby typ sam się zakuł?

– Porażę mu obwody – mamroczę pod nosem.

– Co tam burczysz? Nic nie słyszę.

– Że jesteś idiotą! Jasne, cyborgizujmy służby porządkowe, bo zcyborgizowali się nam przestępcy, niech będą tacy sami!

– Jaaziel!

Chyba go zdenerwowałem. Milczymy długo, aż w końcu Thierry odzywa się pierwszy. Brzmi na zmęczonego.

– Dobra, dajmy temu spokój – mówi. – Zadzwoniłem tylko na chwilę, żeby zapytać jak ci idzie ze sprawą.

– Jak krew z nosa.

– To powodzenia, tylko żebyś anemii nie dostał – mówi i rozłącza się.

Siedzę wciśnięty głęboko w mój miękki fotel i wciąż widzę świat na czerwono. Chyba na razie nie zasnę, więc równie dobrze mogę jeszcze trochę poszperać w Sieci. Może powinienem szukać po pozytywnych komentarzach. Ot przykładowo: ten a ten bardzo pomógł mi, kiedy miałem problemy z przysadką… Brzmi obiecująco. Jeszcze parę lat takiej współpracy, a skończę jako znerwicowany pracoholik.

 

*

 

W obliczu dezinformacji, postawmy sprawę jasno. Cyborgizacja jest tańsza, cyborgizacja jest skuteczniejsza i cyborgizacja daje większą gwarancję bezpieczeństwa, niż którakolwiek z tak propagowanych przez magów, naturalnych terapii!

 

*

 

Na zewnątrz było gorąco i pusto. Odkąd Puszka zaparkował w cieniu betonowego bloku, nie minął ich ani jeden przechodzień, a ulicą przejechało zaledwie kilka samochodów. Podłączony do pojazdu sześcian monitorował teren wokół, a tymczasem Jaaziel, półleżąc na fotelu kierowcy, próbował skupić uwagę do wewnątrz.

Tym razem przesadził i czuł się jak po ogromnym obżarstwie, tylko jeszcze gorzej. Świat migotał mu przed oczami, a zjedzone rano śniadanie niebezpiecznie podjeżdżało do gardła. Energia, której w ciągu dzisiejszego dyżuru w powietrzarni wchłonął nieco za dużo, której nie był w stanie zasymilować, uciekała z trzewi z każdym oddechem. Było mu zimno i gorąco na przemian.

– Dobra, Puszka, zbieramy się – mruknął w końcu, kiedy udało mu się opanować mdłości i migotanie. – Przynajmniej będę wyglądał naturalnie. Jedź do tego Nevesa, zanim uznam, że wcale mi się nie chce i w nosie mam tę całą sprawę.

Droga nie trwała długo. Puszka, korzystając z systemu monitorowania natężenia ruchu, wybierał najmniej uczęszczane z sieci dróg i ani razu nie utknął w korku. Zatrzymali się w niewielkiej, zadbanej dzielnicy domków jednorodzinnych.

Jaazielowi w końcu udało się opanować efekty przedawkowania energii, ale całe wnętrze pojazdu aż migotało od podrygujących nerwowo, wielobarwnych drobinek. Mag spojrzał na rząd budynków, majaczących w półmroku za oknem.

Jaaziel odłączył Puszkę od systemu sterującego, a z pulpitu kontrolnego zniknął czarny ekran z białą czaszką i skrzyżowanymi piszczelami.

– Idę – stwierdził. Sprawdził w lusterku, czy żelowe szkła są na miejscu i nie wyblakły, po czym poprawił ubranie. – Pamiętaj, że jeśli nie wrócę, mają włożyć cię ze mną do trumny, żebym nie czuł się samotny.

– Aye aye, Kapitanie. I tak cię skremują, a ja pójdę na złom, ale jeśli będę pamiętał po restarcie, to przekażę im twoje ostatnie życzenie.

– Dobra. Komu w drogę, temu kopa – oznajmił mag, wysiadając z samochodu. Za sobą usłyszał znajomy trzask automatycznego zamka.

Stojąc na progu, Jaaziel spodziewał się spotkać maga lub przynajmniej kogoś niezcyborgizowanego. Dlatego kiedy drzwi do zadbanej, ale nie wyróżniającej się niczym szeregówki otworzyły się nagle bez żadnego śladu energii, wzdrygnął się gwałtownie i o mało nie spadł z niskich schodków.

– Przestraszyłem pana? – zdziwił się stojący w progu staruszek. – Przepraszam najmocniej. Czy coś się stało?

– Nie, nic. Doktor Levi Neves? – upewnił się Jaaziel, nerwowo wyłamując palce i spoglądając na połyskującą metalicznie, cybernetyczną dłoń, którą lekarz opierał na klamce.

– Tak, w czym mogę pomóc?

– Słyszałem, że jest pan znanym specjalistą w dziedzinie problemów z przysadką mózgową… – Mag zawiesił głos, czekając na reakcję rozmówcy i rozglądając się konspiracyjnie.

– Tak? – Najwyraźniej lekarz także czekał.

Powstał impas. Jaaziel zastanawiał się pospiesznie, czy nie istniało jakieś hasło, kod dostępu lub inny trik. Dotąd mag był przekonany, że doktor Levi Neves stanowi element łączący wszystkie części układanki i dalej będzie już tylko z górki, ale najwyraźniej brakowało jeszcze czegoś. Może klucza wysyłanego poprzez prywatne wiadomości, do których nie miał dostępu? Albo nie przeczytał całego forum dostatecznie dokładnie i pomiędzy podziękowaniami było coś więcej? Ale bez przesady, kto dałby radę przekopać się przez ponad dwieście stron naprzemiennego narzekania, podziękowań i pean pochwalnych? Wyjaśnienie musiało leżeć gdzie indziej.

– Czy to twój pacjent? Poczekam, jakby coś – dobiegło uszu maga od strony uchylonych drzwi do salonu i po chwili, w przedpokoju pojawił się niewysoki mężczyzna w szarym garniturze. To jego energię Jaaziel wyczuł, kiedy badał otoczenie.

– Chyba tak – potwierdził z troską staruszek, a po chwili cofnął się do wnętrza. – Proszę wejść, widzę przecież, że coś pana gryzie, a nie mam zapisanej na dzisiaj żadnej wizyty.

Jaaziel przestąpił próg, kryjąc westchnienie ulgi.

– Przepraszam najmocniej, powinienem zadzwonić, ale dopiero niedawno znalazłem namiary do pana, a tak mnie boli głowa, że już zupełnie nie myślę.

Lekarz machnął ręką ze zrozumieniem i poprowadził maga w głąb mieszkania, gdzie znajdował się niewielki gabinet. Ubrany na szaro mężczyzna podążał za nimi.

– Mógłbyś poczekać w salonie, Efrainie? – zapytał uprzejmie lekarz.

– Jeśli to nie przeszkadza żadnemu z panów, to wolałbym zostać i posłuchać. Myślę, że mógłbym przekazać więcej życia do książki o panu, gdybym lepiej znał pana pracę – powiedział mężczyzna i nie dając staruszkowi czasu na wyartykułowanie stwierdzenia, że raczej mu to przeszkadza, kontynuował: – Dlatego też najlepiej by było, gdybym asystował przy badaniach, a potem mógł szczerze porozmawiać z pacjentem.

Neves westchnął i spojrzał na Jaaziela.

– Efrain Nogueira – powiedział, wskazując na pisarza – uparł się, że stworzy moją biografię. Nie wiem co on widzi w takim starym człowieku, jak ja, ale potrafi być bardzo przekonujący. Czasami mam wrażenie, jakbym słuchał jakiegoś mówcy – zachichotał, ale spoważniał po chwili. – Pozwoli pan, żeby był przy wstępnym badaniu? Oczywiście, proszę od razu powiedzieć, gdyby poczuł się pan niekomfortowo.

Jaaziel przytaknął, nie do końca nadążając za rozwojem sytuacji. Wciąż był nieco oszołomiony po przedawkowaniu energii, a obecność cyborga przejmowała go chłodem.

– Proszę usiąść – Neves wskazał magowi krzesło, a sam zajął głęboki fotel po przeciwnej stronie biurka. – Swoją drogą, te oczy… – Lekarz z dezaprobatą pokręcił głową. – Rozumiem, że to teraz modne, ale może tylko pogarszać pana bóle głowy. Więc na przyszłość, proponuję z nich zrezygnować.

– Tak, oczywiście – Jaaziel potulnie skinął głową, zastanawiając się, czemu medyk nie pyta go o nazwisko. – Nie miałem pojęcia.

Efrain rozejrzał się po pokoju i przysiadł na skraju stojącej pod ścianą kozetki.

– Więc? W czym mogę pomóc? – zapytał Levi.

-Tak, właśnie… – Jaaziel potarł skronie.

Wziął głęboki oddech i zacisnął lekko drżące dłonie na kolanach. Mógł radzić sobie z elektroniką i nawet ją lubić, nie wytrzymując bez zaglądania do Sieci dłużej, niż pół dnia. Mógł nie mieć własnej szklarni i niechętnie spędzać czas w cudzych. Mógł nawet rozmawiać swobodnie ze sztuczną inteligencją, bo Puszka był uszką i jego martwota wydawała się naturalna. Z doktorem Neves sprawa wyglądała inaczej.

To było jak rozmowa z żywym trupem. Mag nie wyczuwał obecności lekarza, chociaż widział go i słyszał. Dla niego Neves nie różnił się niczym od mebli czy betonowych bloków – był tylko martwą bryłą. Przecież jednak żył, a otaczająca go pustka powoli, iskierka po iskierce gasiła energię Jaaziela. Mag skoncentrował się. Zagęścił przepływ wokół serca i zebrał wszystkie rozproszone drobinki. Zrobiło mu się trochę cieplej. Lekarz patrzył na niego uważnie, ale nie podejrzliwie.

– Mam problemy z bólami głowy i ciągłym zmęczeniem. I tego, no… częstym oddawaniem moczu – zaperzył się. – Ostatnio doktor Borges, nie wiem czy słyszał pan o nim, stwierdził, że cierpię na ostrą niedoczynność przysadki mózgowej i powinienem poddać się przeszczepowi. Tylko ja… To znaczy, tak nie bardzo… – Spojrzał mimowolnie na mechaniczną dłoń lekarza. – A na forum było napisane, że pomógł pan wielu osobom z podobnymi przypadłościami.

– Acha. – Neves także popatrzył na protezę. – Rozumiem. Przyszedł pan do mnie jako do lekarza medycyny naturalnej, a tu proszę, jakie zaskoczenie. Ale niech się pan nie przejmuje, to pamiątka ze starych czasów. Na chwilę obecną, nie jestem w stanie pomóc. Ale proszę przyjść na następną wizytę, za jakiś tydzień może? – Nacisnął przycisk, a nad biurkiem wyświetlił się hologram harmonogramu. – Hm… We wtorek? Na siedemnastą? Proszę przyjść z wynikami z poprzednich badań. Najlepiej od samego początku, kiedy wystąpiły objawy – powiedział, wstając.

Jaaziel za to siedział nadal, lekko oszołomiony. Spodziewał się, że Neves zada mu przynajmniej kilka pytań odnośnie przebiegu choroby. Zrobi może jakieś badania. Sprawdzi ciśnienie krwi, które mag pieczołowicie utrzymywał znacznie poniżej normy. Czarownik spojrzał na wciąż siedzącego na kozetce Efraina i zastanowił się, czy to przez niego. Neves mógł nie chcieć ujawnić swoich powiązań biografowi i dlatego zbywał pacjenta, ustawiając mu kolejny termin. Jaaziel wstał niepewnie.

– Jestem bardzo wdzięczny, że mnie pan przyjął doktorze Neves – powiedział.

Lekarz machnął dłonią.

– Tacy powinniśmy być – powiedział i zaczął wyciągać rękę w kierunku Jaaziela, ale zrezygnował, widząc jak mężczyzna cofa się instynktownie. – Otwarci i gotowi pomagać – dokończył trochę smutno. – Efrainie, mógłbyś odprowadzić pacjenta? Przepraszam, że wykorzystuję cię jako pielęgniarza, ale muszę wypełnić parę dokumentów. Przy okazji spędzisz kilka tych, no, chwil z pacjentem.

W przedpokoju, kiedy tylko oddalili się nieco od gabinetu, pisarz złapał dłonie Jaaziela i potrząsnął nimi energicznie, wprawiając maga w osłupienie.

– Jestem dozgonnie wdzięczny – wykrzyknął. – Nie mogę uwierzyć, jakie miałem szczęście, że pana spotkałem! Już sama historia doktora jest niesamowita, nie wiem czy wie pan, że Neves był przed laty jednym z pierwszych propagatorów powszechnej cyborgizacji. To że mogłem uczestniczyć w badaniach, było wspaniałe! Czy pozwoli mi pan przeprowadzić z sobą wywiad?

-To… bardzo miłe? – wydukał Jaaziel, zastanawiając się pospiesznie.

Znalezienie się w książce biograficznej nie leżało w jego planach, ale z drugiej strony, zbliżając się do pisarza, mógł zbliżyć się także do Nevesa, nie musząc z nim jednocześnie zbyt długo przebywać. A od Leviego było już tylko kilka kroków do Mayera.

Efrain wyjął z garnituru wizytówkę.

– Czy jutro mógłby pan spotkać się ze mną w kawiarni Dyskietka? O piętnastej? To w centrum handlowym Koloseum, na pierwszym piętrze. Bardzo chciałbym poznać sprawę od strony pacjenta, to nada książce autentyczności!

Jaaziel przyjął wizytówkę i skinął głową.

– Postaram się być – odpowiedział.

We wnętrzu samochodu przywitał go Puszka.

– Kapitanie, lepiej coś zrób z tym ciśnieniem, bo mi zaraz zemdlejesz… A i dzwoniła Lydia. Nagrała się, odtworzyć?

 

*

 

Każdy człowiek jest bowiem inny. Tak więc, także do każdej choroby trzeba indywidualnego podejścia. Poprawnej diagnozy, żmudnego procesu dobierania leków i upewniania się, że u danego pacjenta nie powodują one efektów ubocznych. I to wszystko często tylko po to, by zaraz później osłabiony organizm złapał kolejną infekcję. (…)

 

*

 

Kończę przygotowywać poranną kawę i nie mogę pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak. Dopiero kiedy niespodziewany impuls elektryczny przeszywa mój nadgarstek, uświadamiam sobie o co chodzi. No tak, Puszka! Nie słyszę jego syntetycznego głosu, który zawsze towarzyszy mi od samego rana. Za to on ma pełny odczyt GPS'a z mojego zegarka i najwyraźniej uznał, że skoro wróciłem do domu, to powinienem się nim zainteresować. No i trochę racji ma, nawet pozwolił mi się przespać po tym, jak Lydia podrzuciła mnie do domu w środku nocy. Wyglądam na podjazd, gdzie zgrabnie zaparkowany stoi mój samochód i z pewną skruchą, w kapciach i szlafroku, wychodzę na zewnątrz.

– Leżę tu już drugi dzień. Myślałem, że całkiem się rozładuję! – słyszę, gdy tylko otwieram drzwi.

-Nie dramatyzuj – parskam, odpinając łącza i zamykając klapki sześcianu. – Mam niby uwierzyć, że nie przyssałeś się do akumulatora? Twoja bateria jest tak naładowana, że zaraz chyba braknie wskaźnika.

– No może i podwędziłem jeden, czy dwa kilowaty – przyznaje bez skruchy Puszka. – Pamiętasz, Kapitanie, że miałeś wczoraj spotkać się z tym Nogueirą?

I tu mnie ma. Nie pamiętałem, oczywiście. Przecież od pamiętania różnych spraw mam Puszkę. Poza tym Lydia skutecznie zajęła moją uwagę, tak że rozpraszanie się na drobiazgach, jak przeszczepy organów czy wywiady z pisarzami, nie wchodziło w grę.

– Dzwoń do niego – decyduję, zatrzaskując drzwi samochodu i kończąc paradę niepracującego lenia w szlafroku.

Efrain odbiera po trzecim sygnale i brzmi, jakbym go właśnie obudził.

– Dzień dobry, przepraszam, wczoraj czułem się naprawdę źle i w ogóle nie miałem siły wyjść z domu… – zmyślam na poczekaniu, ale historia nawet pasuje do roli, którą odgrywam. Poza tym naprawdę jest mi głupio.

– Ale kto mówi?

– Rozmawiałem z panem u doktora Neves, mieliśmy się wczoraj spotkać…

– A! – przerywa mi – To pan! Ależ nic się nie stało, cieszę się, że pan dzwoni!

– Jeśli pan może, proszę wpaść do mnie – proponuję, chyba w ramach skruchy.

– Bardzo chętnie. Ale gdzie pan mieszka?

– Kwiatowa siedemnaście.

– To wspaniale! – wykrzykuje pisarz. – Mam niedaleko. Będę za pół rodziny! – zapowiada i rozłącza się.

O cholera. Mam w domu taki burdel, że za nic nie zdążę posprzątać.

– No to żeś powiedział, Kapitanie – dźwięczy Puszka.

– Daj spokój, wyrwało mi się. Na kawę przecież mogę go zaprosić.

– Aye! To baksztagiem z miotłą przez pokój! Szoruj burty!

Słyszę komendę i na chwilkę zastygam, z niedowierzaniem wpatrując się w leżący na mojej dłoni sześcian. Nagle wszystkie horrory o dominacji sztucznej inteligencji nad rasą ludzką stają się prawdziwe.

Biegnąc do łazienki, zgarniam kilka ładowarek, tablet, a także garnek, w który kopnąłem po drodze, i wrzucam wszystko do szafki. Biorę ekspresowy prysznic i w czasie, kiedy woda spływa po mnie letnimi strugami, obmyślam najbardziej optymalną metodę na ukrycie wszystkich ubrań, brudnych naczyń, pudełek, narzędzi i zabawek. Zwłaszcza tych, które wyszły zbyt przerażające, żeby się sprzedać.

Dzwonek zastaje mnie co prawda ubranego, ale jedyne co zdążyłem sprzątnąć to bielizna i zabawki walające się po salonie. Mam nadzieję, że nic nie przeoczyłem. Jeszcze raz ogarniam wszystko krytycznym spojrzeniem i uznaję, że ostatnie co gościowi może wpaść do głowy to pomysł, że jestem magiem. I bardzo dobrze, przezorny zawsze ubezpieczony. Praca leży w piwnicy, za zbrojonymi drzwiami i upchnięta po szafkach. Na wierzchu – pławię się w zdobyczach techniki. Lecę otworzyć drzwi i po drodze stwierdzam, że złapałem zadyszkę.

– Zapraszam i proszę wybaczyć kłopot – mówię, wpuszczając pisarza do środka.

To mój pierwszy gość odkąd tu zamieszkałem. Chyba nie jestem duszą towarzystwa.

– Ależ nic się nie stało. – Efrain rozgląda się, a jego wzrok na długą chwilę zatrzymuje się na zamkniętych drzwiach do piwnicy. Nie komentuje jednak. – Dziękuję za zaproszenie.

– Kawy? – pytam, prowadząc go do salonu i sadzając na kanapie, z której wcześniej pospiesznie zgarniam kłąb kabli.

– Chętnie, dziękuję – mówi i albo naprawdę nie przejmuje się bałaganem, albo jest na tyle dobrze wychowany, żeby go ignorować. Wypakowuje z torby dyktafon i niewielki, elektroniczny notatnik.

Cudeńko. Przyłapuję się na tym, że gapię się bezczelnie na urządzenie i tego tylko brakuje, żeby zaczęła mi ciec ślinka. Z całą stanowczością odwracam się w kierunku kuchni i idę przygotować mu tą kawę… Ja też chcę taki… Przeklęta wanna.

Dwa parujące kubki stoją na niskim blacie, a rozmowa całkiem nie chce się kleić. Efrain wypytuje trochę o przebieg mojej choroby i sposób, w jaki trafiłem na Nevesa, ale nie wydaje się zainteresowany odpowiedziami. Znacznie bardziej niż moja osoba, ciekawią go drzwi do piwnicy. Sam zresztą nie pozostaję dłużny, więcej uwagi poświęcając śledzeniu funkcji elektronicznego notatnika, niż jego właścicielowi.

Kiedy akurat udaje się nam oderwać od rozpraszających rzeczy, Efrain chyba wyczuwa, że coś ukrywam. Sam też widzę, że pisarz nie jest ze mną całkiem szczery, no i mamy problem, bo żaden z nas nie potrafi dobrze udawać. W końcu decyduję się przerwać impas szybkim kłamstwem, zanim sytuacja zrobi się jeszcze bardziej niezręczna.

– To do schronu – informuję, wskazując na okute drzwi. – Nie przejmuj się nimi.

Gdzieś po drodze przeszliśmy na „ty”.

– Do schronu?

Po raz pierwszy wyraźnie go zainteresowałem.

– No…

Palnąłem głupotę, ale już za późno, żeby się wycofać. Lepiej było powiedzieć, że mam w piwnicy sejf.

– Na wypadek wojny z magami – brnę dalej, licząc, że weźmie mnie za nieszkodliwego wariata, ale Efrain wygląda, jakby ktoś zdzielił go obuchem przez łeb.

Wcale się nie dziwię. Pisze książkę o medycynie naturalnej, którą propagują głównie magowie, a ja wyskakuję z czymś takim. Chcę już odwołać wszystko co powiedziałem, wytłumaczyć się bólem głowy, być może drobną chorobą psychiczną i zaproponować spotkanie kiedy indziej, ale pisarz gwałtownie podrywa się na nogi i zaczyna chodzić w kółko po salonie.

– Wojna z magami – mamrocze, a ja czekam, bo nie mam pojęcia o co chodzi. – No tak, powinienem był o tym pomyśleć. Ale dlaczego u licha szukałeś pomocy u Nevesa? – wykrzykuje, zatrzymując się nagle i świdrując mnie spojrzeniem.

Jestem tak zaskoczony, że zastygam z dłonią wyciągniętą po kubek kawy.

– No, bo wiesz… – zaczynam i nagle wraca do mnie jakieś echo, pozostałość z tych nielicznych lekcji psychologii, na które uczęszczałem jeszcze w czasach studenckich. – Dobra, skończmy z tą szopką! – komenderuję, uderzając dłońmi w kolana. – Ani ja nie jestem pacjentem, który usiłuje uniknąć legalnego przeszczepu przysadki, ani ty nie jesteś pisarzem.

Efrain nadal mierzy mnie wzrokiem, ale nie przerywa mojego wywodu, więc mogę się rozpędzić.

– Może i jestem amatorem, ale z moim hobby, mam na co dzień do czynienia z policjantami i potrafię ich wyczuć na kilometr, więc zrzuć wreszcie tę przykrywkę. Bardzo chętnie ci pomogę, bo mamy ten sam cel, a osiągniemy go szybciej i prościej, jeśli nie będziemy marnować czasu na bzdurne odgrywanie ról, które zresztą i tak nam nie idzie. – Unoszę dłoń, żeby uciszyć Efraina, gdyby chciał mi przerwać, ale podstawiony pisarz wygląda, jakby go zatkało. – Wiem – kontynuuję – że tacy ludzie jak ja, próbujący rozwiązywać wszystko na własną ręką i plączący się gdzieś tam wokół ważnych spraw, wkurzają was niemiłosiernie, ale czuję, że tym razem mi się uda! – Uśmiecham się, bardziej do własnego geniuszu niż Efraina, który robi dwa kroki w tył i z westchnieniem opada na kanapę. A ja jestem z siebie dumny. Przeplotłem trochę prawdy z odrobiną kłamstwa, dodałem szczyptę niedopowiedzeń i gotowe.

– Co masz na myśli, że tym razem się uda? – pyta w końcu Efrain, pochylając głowę i rozmasowując skronie.

Nie mogę dostrzec wyrazu jego twarzy, ale wyobrażam sobie, że jest zszokowany.

– Sporo czasu spędziłem na forach i odkryłem, że ktoś zajmuje się nielegalnym przeszczepem organów. Nie wiem jeszcze skąd biorą dawców, ale pomyślałem, że Neves zaprowadzi mnie do tego, kto nadzoruje cały proceder…

I znów coś oświeca mój „do przed chwilą genialny” umysł. Jeśli facet faktycznie jest policjantem, i to trochę bardziej ogarniętym niż na to wygląda, to będę pierwszym podejrzanym na bardzo krótkiej liście. Jak tak dalej pójdzie, to Thierry po raz kolejny będzie wyciągał mnie z szamba, w które wpadam na własne życzenie.

– Divino Mayer – wykrzykuje Efrain, z trzaskiem opierając dłonie o blat. – To on jest odpowiedzialny za nielegalne przeszczepy!

– Tak? – Nie muszą nawet udawać zaskoczenia. Jego niespodziewany wrzask wystraszył mnie lepiej niż potwór pod schodami z ostatniego horroru, na którym byłem w kinie. – Ale kto to?

– Wysoko postawiony mag! Myśli, że mu wszystko wolno.

– Wszyscy tak myślą – potwierdzam machinalnie. – Sądzisz, że udałoby się nam znaleźć na niego jakiegoś haka? To mógłby być prawdziwy przełom! Mag umoczony w nielegalnym przeszczepie organów!

– Na pewno – potwierdza Efrain, a potem milknie na długo.

Mam problem, żeby wysiedzieć w miejscu. Wypijam całą kawę, sącząc ją drobnymi łyczkami i co chwila odstawiając kubek z powrotem na blat. Z trudem powstrzymuję się, żeby faceta nie poganiać.

– Myślę, że moglibyśmy działać razem – mówi w końcu.

Dłonie splata przed twarzą i wygląda tak poważnie, że aż się go trochę boję. Całkiem irracjonalne uczucie. Jestem magiem i to magiem we własnym domu. To on powinien się bać. Tylko, że wkropiłem sobie zielone szkła kontaktowe, mój salon przypomina pokój rozwydrzonego nastolatka, a w holu znajdują się drzwi do schronu. Wolne żarty.

– Co masz na myśli? – pytam.

– Wiem, gdzie mieszka Mayer.

Otrzymuję wymamrotaną konspiracyjnie odpowiedź. No cóż, ja też wiem, ale nie widzę potrzeby dzielenia się tą informacją, więc czekam w pełnym napięcia milczeniu.

– Planowałem niedługo zacząć obserwację. Gdybyśmy mogli obsadzić kilka punktów, mielibyśmy większą szansę na wyłapanie czegoś.

Acha, pięknie. Upiecze tą metodą dwie pieczenie przy jednym ogniu – będzie obserwował Mayera, a przy okazji miał oko na mnie, gdybym planował coś przeskrobać. Jestem coraz bardziej przekonany, że Efrain pracuje dla policji. Ciekawe tylko, czemu przekonali Thierrego o zamknięciu sprawy? Prowadzą tajne dochodzenie? Jeden wielki policyjny burdel, a ja tkwię w jego samym środku. Ale gadżety mają fajne.

– W porządku – zgadzam się, odstawiając kubek i wstaję. Wyciągam rękę w kierunku Efraina i ściskamy sobie prawice. – Razem powinno nam się udać – brzmię tak banalnie, że własne słowa aż zgrzytają mi w uszach.

Tamten podaje adres i umawiamy się na dzisiejsze popołudnie.

– A jak to jest z twoją przysadką? Faktycznie tylko udawałeś? – pyta jeszcze na odchodnym.

– Niestety nie – posępnieję. – Inaczej w ogóle nie wpadłbym na trop tej sprawy.

– Czyli?

Macham ręką i krzywię się.

– Kiepsko, ale nie ma co gadać. Są ważniejsze rzeczy.

Kiwa głową ze zrozumieniem i żegna się ze mną, jakbyśmy byli wieloletnimi przyjaciółmi. Patrzę jak odjeżdża, a kiedy tylko znika mi z oczu, lecę do Puszki i każę mu wybrać numer Thierrego. Czekam długo, tylko po to żeby usłyszeć dźwięczne: Abonent chwilowo nieosiągalny. Klnę na czym świat stoi i oczywiście próbuję nieco później, a potem po raz kolejny i kolejny. Przez cały dzień nie mogę się do niego dodzwonić. W końcu zostawiam wiadomość na skrzynce i idę na akcję. Szybko przypominam sobie jak bardzo i dlaczego nie cierpię pracy w terenie.

 

*

 

W przypadku raka, terapia jak ta może trwać latami, rujnując nie tylko budżet chorego, ale także poddając go ciągłej torturze psychicznej, pochłaniając lata życia i obciążając rodzinę ogromnym stresem. Jednak nie jesteśmy już bezsilni. Nie stoimy w sytuacji bez wyjścia, skazani na długie i bolesne zabiegi albo na śmierć. Postawmy sprawę jasno, mamy wybór! A tym wyborem jest cyborgizacja.

 

*

 

Ciepły dzień przerodził się w parne popołudnie. Na tle szarego nieba wyraźnie odcinały się masywne kształty filtrów, błyskających na szczytach czerwonymi lampami. Łuna rozświetlała gęste powietrze nad miastem.

Jaaziel zostawił Puszkę w samochodzie i trwał przycupnięty za załomem muru, śledząc ruch przy wejściu do rezydencji Mayera.

Efrain wyznaczył kilka punktów obserwacyjnych i przyniósł nawet schematyczny plan terenu. Mag stłumił ziewnięcie. Jeszcze piętnaście minut i będzie mógł zmienić lokalizację. Spojrzał na zegarek. Czternaście i pół minuty. Nudził się niemiłosiernie.

Jak na razie jedynymi osobami, które kręciły się po okolicy byli pracownicy Mayera. Willa Divino należała do największych, jakie Jaaziel miał okazję widzieć, a zaraz za nią rozciągały się połacie nowoczesnych szklarni. Zbierało się na deszcz.

Mag drgnął, wyczuwając za sobą czyjąś energię, ale szybko rozpoznał ją jako należącą do zbliżającego się Efraina. Przybrał poważny wyraz twarzy i udał, że jest całkiem pochłonięty obserwacją.

 

*

 

Wskaźnik tętna podskoczył gwałtownie, a po chwili spadł niebezpiecznie nisko. Powietrze przeszyła seria przeciągłych, ultradźwiękowych pisków, których źródłem był niewielki samochód, zaparkowany daleko od centrum, w pobliżu zespołu prywatnych szklarni.

Golemy w rezydencji Mayera i w promieniu kilkunastu kilometrów wokół wpadły w szał.

Pod siedzeniem pasażera leżał niewielki, metalowy sześcian. Wszystkie jego dyski zostały wyczyszczone.

 

*

 

Każdy wiek ma swoje… Nie, nie tak.

Każdy wiek ma swój… Skup się, to musi brzmieć dobrze. Od początku!

Tym, co pozostaje po wiekach minionych, jest postęp. To nowe ścieżki życia, które wytyczone… Nie… To nowe ścieżki życia, które obrali nasi ojcowie, a przed nimi dziadowie i całe generacje przodków. To historia ich odwagi i poświęcenia…

 

*

 

Budzę się powoli, dziwnie ociężały, w pomieszczeniu, które pachnie znajomo, ale na pewno nie domem. Szpital? Może być. Z moim szczęściem odwiedzam je całkiem często. Septyczne zapachy środka dezynfekującego i leków pasują, ale spod tego wszystkiego przebija się charakterystyczna woń kawy i czegoś jeszcze. Pizza? Ale dlaczego? Z boku słyszę odgłos krzątaniny i pojedyncze, mamrotane słowa. Toksyna, której ślady czuję w organizmie zaburza przepływ i zdolność odczytywania energii, ale to raczej efekt uboczny, a nie środek przeciw magom. Coś popiskuje irytująco tuż nad moim uchem.

Wszystko wskazuje na to, że znów tkwię po uszy w kłopotach i oczywiście nikt nie wie, gdzie mnie szukać. W takim razie muszę ostrożnie oszacować, na ile owe kłopoty są poważne. Cóż, na szczęście jestem weteranem. Powoli wbijam na maksymalny level. Wsiadam na zielonego jednorożca i objeżdżam okolice.

Zachowuję przytomność, mniej lub bardziej i poza wrażeniem dysproporcji rzeczywistości, od którego kręci mi się w głowie, wszystko chyba mam całe. Przynajmniej nic mnie nie boli, czyli bywało gorzej. Ale to niestety nie gwarantuje, że gorzej się już nie zrobi. Pod moją czaszką przelewa się strumyk w dziwnym kolorze, a serce ma wyjątkowo nietypowy odcień. Nie podoba mi się to. Zjadłbym konia z kopytami. Nie, nie ciebie. Głupi jednorożec. Kto byłby na tyle porąbany, żeby jeść jednorożce?!

Próbuję przypomnieć sobie co się stało, ale nie pamiętam nic poza obserwacją rezydencji, a potem krótkim ukłuciem, jakby ugryzł mnie owad. Może i ugryzł? Jakiś trujący, insektopodobny golem Mayera. W takim razie Efrain, który był w tamtym momencie tuż za mną, prawdopodobnie widział wszystko i zabrał mnie do szpitala. Może zamówił sobie pizzę? I to chyba on krząta się obok. Głos brzmi znajomo. Jednorożec!? – uświadamiam sobie nagle. Co oni mi podali? Dobra, muszę trochę oczyścić mózg… O tak już lepiej. Teraz uchylić lekko jedno oko. No, sezamie otwórz się! Lewe nie reaguje, zapamiętam to sobie. Spróbujmy prawe.

W końcu udaje mi się unieść obie powieki i zdaję sobie sprawę, że wcale nie jestem w szpitalu. W każdym razie, co do Efraina się nie pomyliłem.

– Obudziłeś się? – pyta ze zdziwieniem, pochylając się nade mną.

Ma na sobie zielony kombinezon służb medycznych, z maską, czepkiem i gumowymi rękawiczkami włącznie. Wzdrygnąłbym się gdyby nie to, że właśnie zdałem sobie sprawę, że nie mogę się ruszać. Mówić też jakoś nie bardzo, język mam opuchnięty i całkiem niezdatny do użytku. Wydaję z siebie pełne pretensji westchnienie, ale na Efrainie nie robi to żadnego wrażenia. Majstruje coś przy kroplówce, podłączonej do mojego przedramienia.

– Nie martw się – mówi uspokajająco. – Poprzednim razem nie poszło mi najlepiej, bo poprawiałem robotę spartaczoną przez tego przeklętego maga, ale teraz wszystko będzie dobrze. Jestem ci dozgonnie wdzięczny, że otworzyłeś mi oczy.

No dobrze, w takich tarapatach to ja jeszcze nie byłem. A w ogóle to ciekawe, co on przez to wszystko rozumie, bo ja nie mam pojęcia. Nikomu żadnych oczu nie otwierałem, a moje genialne tezy, jeśli już wpadnę na pomysł jak naprawić świat, przyjaciele zbywają śmiechem. A propos geniuszu, mogę sobie pogratulować. Efrain policjantem… A Thierry wbijał mi do głowy, żebym myślał szerzej, zamiast skupiać się od razu na jednej teorii. Pozwoliłem się podejść jak skończony idiota.

Skupiam całą rozlazłą energię i dzielę na dwie części. Pierwsza ma zająć się oczyszczeniem organizmu z toksyny i zablokować jej napływ. Przyspiesza przemianę materii i powoli podwyższa ciśnienie krwi. Drugą wysyłam na rekonesans. Szukam w pomieszczeniu punktu zaczepienia, ale wyczuwam jedynie słabe zasoby energetyczne gdzieś pod jedną ze ścian i zastanawiam się, czy w ogóle uda mi się do nich sięgnąć. Jest jeszcze Efrain, ciekawe czy potrafiłbym go wydrylować? Próbuję ostrożnie, iskierka po iskierce ściągać jego energię do siebie, ale większość gubi się gdzieś po drodze. Jestem zbyt rozchwiany na precyzyjne akcje. Moje powieki są ciężkie i bardzo, ale to bardzo chcą opaść. Muszę być jak komandos… Komandosi nie jeżdżą na jednorożcach.

– Zawsze koncentrowałem się na naprawianiu cudzych błędów – jego głos dociera do mnie jak przez gruby kłąb waty – zajmowałem się redakcją, przepisywałem wystąpienia dla Nowego Rozwoju, chciałem nawet dać ludziom, których oszukali magowie, porządne biocybernetyczne wszczepy. Jakoś się nie kwapili, a ja nie jestem zbyt cierpliwy. W końcu uznałem, że najlepsza metoda, to nie dyskutować, tylko uśpić ich i na stół. Wiesz, pochodzę z rodziny lekarzy. Zawsze mieliśmy gabinet w domu i musiałem iść na studia. Ale to nie dla mnie. Będziesz moim ostatnim pacjentem – mówi z dumą, a ja walczę z wszechogarniającą sennością.

Muszę zablokować kroplówkę, bo nie nadążam z oczyszczaniem. Naprawdę lubię moją przysadkę i zaszczyt bycia ostatnim pacjentem jakoś do mnie nie przemawia. A nawet gdyby, to jestem magiem! On chce wszczepić elektronikę w maga! Mogę nie przeżyć samego szoku. To jak wlać wodę do chłodnicy. Pierdyknie… I zabije mnie własna energia.

Doświadczenie doświadczeniem, ale gdzie zespół ratunkowy?

- Jak już mówiłem, otworzyłeś mi oczy. Dlatego chcę się odwdzięczyć, to mój prezent pożegnalny, dla ciebie.

Na chwilę znika z mojego pola widzenia. Słyszę ciche, metaliczne pobrzękiwanie, a potem odgłos, jaki wydają koła przesuwające się po płytkach. I ciągle to dźwięczenie.

– Zawsze wiedziałem, że magowie są podstępni i dwulicowi – kontynuuje – ale nigdy nie pomyślałem, że szykują się do wojny. A to przecież tak oczywiste! Te przeszczepy, które praktykują tylko po to, żeby uzależnić od siebie ludzi. Zbierają armię, ale nie pozwolę im na to! Uderzę w samo serce hydry i wyrwę je gołymi rękami! Usunę Mayera! – wykrzykuje, uderzając zaciśniętą pięścią w pierś.

Naprawdę? Mayera? Mayer usmaży go jednym spojrzeniem. Czułem energię maga, rozlewającą się po całej rezydencji i szklarni, choć daleko mu do najsilniejszego z Rady. Nie, Divino jest całkiem bezpieczny, gorzej ze mną. Trafiłem na wariata.

Tymczasem, chyba udało mi się spowolnić napływ środka nasennego. Desperacko sięgam w kierunku, skąd wyczuwam słabe promieniowanie. Mam problem z ubraniem w myśli tego, co chcę zrobić. Wszystko dzieje się tak powoli.

Niespodziewany trzask i plusk odwracają uwagę Efraina. Klnąc ze zdziwieniem znów znika mi z oczu. Nie mam pojęcia co zrobiłem, ale po pomieszczeniu rozlewa się duszący smród formaliny. Maszyna obok mnie popiskuje coraz częściej wraz z tym, jak energia przyspiesza moje funkcje życiowe. Potrzebuję więcej, więc sięgam przez pokój, skąd słyszę kolejne trzaski i tupot kroków. Ciekawe co właśnie zrobiłem?

Chyba jednak za dużo tej substancji krąży już w moich żyłach. Musze się skupić. Skuuupić…

Z tą myślą zasypiam.

 

*

 

Mag otworzył oczy i wzdrygnął się gwałtownie, widząc tuż nad sobą nienaturalnie powiększoną, kobiecą twarz.

- Obudziła się śpiąca królewna. - Eva wyprostowała się i podparła pod boki.

Jaaziel ostrożnie usiadł i rozmasował skronie. Rozejrzał się. Nie znajdował się już w przypominającym szpital pomieszczeniu operacyjnym. Zamiast tego siedział na szerokim, miękkim łóżku w urządzonej w odcieniach brązu sypialni. Dzwoniło mu w uszach. Przez przesuwne drzwi do pomieszczenia wpadła reszta zespołu.

– Co ci znowu do tego durnego łba strzeliło?! – wykrzyknął Guimar, dowódca ósmego oddziału magicznych sił porządkowych. – Jesteś konsultantem Jaaziel. Kon-sul-tan-tem! Jak sama nazwa wskazuje, służysz nam do konsultacji. Nie uczestniczysz w akcjach i na pewno nie pakujesz się, bez wsparcia, w sam środek bałaganu!

Jaaziel nie odpowiadał. Miał za to ochotę nakryć głowę kołdrą i ponownie zapaść w sen.

- Daj spokój, taki już jest. - Kassio, który pojawił się w pokoju za dowódcą położył dłoń na jego ramieniu. – Mogłeś chociaż napisać komuś z nas, co planujesz. Zaczęliśmy cię szukać jak tylko odebraliśmy sygnał alarmowy.

– Co z Efrainem? – zapytał Jaaziel, przypominając sobie ostatnie wydarzenia. – Macie go? Kurczę, Puszka, gdzie jest Puszka?

– Acha, razem z dziennikami i całą masą dowodów. Mayer nie miał pojęcia, że jego pacjenci giną, a policja prowadzi dochodzenie. Wściekł się. Jest całkiem cięty na tego domorosłego znachora. A twoja puszka ma czyściutkie dyski. No, prawie, system ocalał i dzięki temu w końcu cię namierzyliśmy, ale kalendarza i numerów nie znajdziesz.

– A wy skąd o tym wiecie? I nie ma kalendarza? A niech mnie.

– Thierry dzwonił do Kassio. Uznał, że kto jak kto, ale twój brat powinien wiedzieć co się z tobą dzieje. Błędnie oczywiście.

Jaaziel nastroszył się i wzruszył ramionami.

– To nie była wasza sprawa, nie mogłem angażować środków Rady do prywatnego dochodzenia.

– Jesteś częścią tych środków.

– Ale tylko w godzinach pracy!

– My pracujemy dwadzieścia cztery godziny na dobę!

– Dajcie już spokój. – Eva uniosła dłonie. – Przecież dobrze się stało, sam mówiłeś Guimar. Poza tym Jaaziel poradził sobie jako przynęta całkiem nieźle. Może powinniśmy stosować tę metodę częściej?

Po plecach siedzącego na łóżku maga przebiegły ciarki.

– Nie no, może nie – zaczął. – Lepiej zostanę przy konsultacjach, idą mi znacznie lepiej. Pokonsultuję sobie u was, pokonsultuję w policji…

– Dobra, zbieramy się – zadecydował Guimar. – Zaraz przyjedzie zespół sprzątający, więc wypad z łóżka. Posiedzenie rady jest już zwołane. Wieziemy tego drania pod trybunał. I zapomniałbym, Jaaziel. – Spojrzał groźnie na młodszego maga. – Tym razem żadnej elektroniki. Przemycisz ten cholerny zegarek, a osobiście postaram się, żebyś już nigdy nie zobaczył nic poza wnętrzem szklarni!

 

*

 

Kara śmierci nie jest karą. To parodia sprawiedliwości, nieludzka zemsta, na którą nie ma miejsca w państwie prawa. Albowiem jeśli nie wolno odbierać życia drugiemu człowiekowi, to kim są sędziowie, by być ponad tą prostą i sprawiedliwą zasadą?

 

*

 

Puszka nadal naprawia system, uszkodzony po ostatnim, pospiesznym czyszczeniu danych. Może powinienem zmienić mechanizm obrony? Mam wyrzuty sumienia. Niewielki, metalowy sześcian leży nienaturalnie cicho na biurku, podpięty siecią kabli do jednostki stacjonarnej, a ja zbieram się, żeby zadzwonić do Thierrego. Z uczuciem, jakbym zdradzał starego druha, wybieram numer w urządzeniu zastępczym i chwilę później, po drugiej stronie słyszę znajomy głos.

– To ja, Jaaz – mówię, zamiast powitania.

– Hej! Co jest z tobą? Brzmisz jakbyś przed chwilą wetknął palce do gniazdka żeby wytrzeć kurz w środku – żartuje Thierry, ale chyba jest zdenerwowany.

– A bo siedziałem i jak głupi pracowałem, a okazało się, że złapali tego gościa. Z całkiem konkretnymi dowodami – skarżę się.

– Ta, właśnie dostałem informację. Dziwna ta sprawa. No, ale która nie jest.

– Dziwna? – pytam z nagłym niepokojem.

– Sam powinieneś zauważyć. To już druga sprawa, nad którą pracujemy razem, a która kończy się nagłym odnalezieniem winnego wraz ze wszystkimi materiałami obciążającymi, ale całkiem bez naszego udziału. A w dodatku, znów nie dożył, żeby stanąć przed sądem. I Jaaz, to druga nasza sprawa, ale w wydziale już siódma w przeciągu ostatnich dwóch lat. Nie podoba mi się to. Moim przełożonym chyba też nie.

– Po co tyle zamieszania o to, że morderca dostał zawału? Przynajmniej prasa ma używanie. A robiliście kiedyś jakieś testy? Może psychopaci prowadzą nerwowy i w ogóle niezdrowy tryb życia.

– Jaaz… tu nie chodzi o to że on wykitował – mówi z irytacją. – Tylko o to, czy ktoś mu w tym pomógł. Czy akceptując przypadkowość zgonów tych siedmiu, nie wyhodowaliśmy sobie jeszcze większego potwora. Takiego, którego istnienia nie jesteśmy w stanie udowodnić. Więc jak go złapać?

– Potwora? – czuję się jednocześnie dotknięty i zaniepokojony, przypominając sobie amfiteatralną salę wypełnioną zakapturzonymi postaciami, a pośrodku, całe piętro niżej krzesło, na którym siedział Efrain. – Thierry, dziwnie brzmisz.

– A tam. Mam po prostu złe przeczucia co do tej sprawy. Co do każdej z nich. Zupełnie jakbym stał się za stary, za wolny i gonił tych wszystkich bandziorów po omacku, w jakiejś durnej, gęstej mgle. I jakby coś mi umykało…

– Chyba obaj potrzebujemy urlopu.

– Ano chyba tak. Tylko mnie nie odetną prądu.

– Prądu? – pytam, zaskoczony zmianą tematu.

– Mam znajomego w elektrowni.

– Oczywiście, że masz.

– W tej drugiej – precyzuje. – Jutro mają cię odciąć. Powiedz mi co ty z tym prądem robisz, jesz go? Jak zobaczyłem ile kilowatów nabiłeś…

– Bo zamiast zarabiać, ganiam za jakimś schorowanym na serce psychopatą! – odgryzam się. – Słuchaj, jak dobry jest ten przyjaciel? Mógłby z dzień, dwa… Może tydzień poczekać? Do tego czasu coś skombinuję.

– Mowy nie ma. Systemu nie oszukasz. Ale jak jesteś głodny to odłącz korki i wpadnij, zostało jeszcze trochę wątróbki i trzymam parę piw w lodówce.

 

*

 

Jaaziel już od kilku minut żuł zapamiętale, próbując przełknąć kolejny kęs obiadu, który uparcie stawał mu w gardle. Popił zimnym piwem prosto z butelki.

– No i on tam przeklina coraz głośniej – mówił Thierry, gestykulując widelcem – a Brendo jedzie coraz szybciej na manualnym. Zjeżdża na długą prostą, całkiem puściutką, a tamten na tylnym siedzeniu wyzywa go po wszystkich pokoleniach wstecz. Patrzę w bok, żeby zobaczyć jak radzi sobie mój partner, a ten drań puszcza do mnie oko i nagle wdeptuje hamulec w podłogę. Myślałem że mi hamburger nosem wyleci. Nasz gość z tyłu rozmaślił twarz na kratce tak, że odcisnął się każdy pręcik i nawet ta drobna siateczka, a Brendo pyta go czy widział tego jelenia? Później wszystkim w więzieniu rozpowiadał, że jak go zgarnęli, to żywy jeleń wypadł im na drogę! Jaaz, serio, co się z tobą ostatnio dzieje? Nigdy nie potrafiłeś pół minuty usiedzieć w miejscu, a teraz nawijam już dobrych piętnaście, a ty ledwo co w talerzu dłubiesz.

– Nic. Mów dalej. – Jaaziel uśmiechnął się, popijając kolejny łyk piwa. Obserwował jak małe iskierki energii płyną w układzie przyjaciela, przypominając tysiące samochodów poruszających się po skomplikowanej sieci autostrad. – Mów dalej, mów jak najwięcej. Chcę to zapamiętać, póki jeszcze jesteś sobą.

– Ja pierdolę, Jaaziel. Naprawdę, jak tak gadasz i patrzysz, to wątróbka w gardle staje. To tylko pakiet minimalny. Zwiększenie wydajności podstawowych układów motorycznych, nie stanę się żadnym pieprzonym cyborgiem z komputerem w głowie! Ogarnij się!

 

*

 

Jedziemy w ciszy. Puszka posłusznie zmienia drogę błądząc w kolejce samochodów i bez określonego celu, podążając na wskroś przez miasto dokładnie tak, jak mu poleciłem.

Patrzę przez okno i wydaje mi się, jakbym po raz pierwszy widział betonowego molocha, ciągnącego się po horyzont, który połknął mnie lata temu. Dopiero teraz rozumiem mojego brata.

Wszystko co mnie otacza jest takie szare, takie spokojne… Takie martwe. Nawet ludzie, chociaż w większości tlą się jeszcze w nich iskierki życia, wydają się jedynie wegetować. Poruszają się po ustalonych trasach, machinalnie wykonując swoje obowiązki. Nie ma w nich radości, a płynąca w żyłach energia jest chora jak całe to miasto. Jeszcze nigdy widok dorodnego pomidora, dojrzewającego powoli w zaciszu szklarni nie wydawał mi się tak kuszący.

– Kapitanie, paliwo się kończy – mówi Puszka. – Dokąd jedziemy?

 

*

 

Nadchodzi nowa era! Nadchodzą wielkie przemiany! Niebawem każdy z nas będzie pławił się w pnączu mikrokabli, oplatających wszelkie aspekty życia. Nadchodzi krucjata niosąca dostatek i postęp dla każdego bez względu na rasę, wiek i przekonania. Idzie nowe! Nie łudźcie się, że jeśli teraz będziecie milczeć, później zostanie wam coś do powiedzenia.

Bo w tym całym przedsięwzięciu nie chodzi o nas, a jedynie o to, o ile dłużej moglibyśmy pracować, gdyby odsunąć na bok potrzebę snu i zapomnieć o zmęczeniu.

Wsadźmy kable w głowy naszych niemowląt. Zastąpmy tkankę kostną szkieletem ze stopów metali, a układ nerwowy nanoprzekaźnikami. Wreszcie zamieńmy nasze ludzkie serca na mechaniczne pompy, a uczucia i myśli przepiszmy na kod binarny! W końcu nieważne – istota ludzka, cyborg czy komputer, byleby zrealizować plan wzrostu gospodarczego!

Ale ja, jako mag i przede wszystkim jako człowiek, trwam w przekonaniu, że jeśli będziemy działać, jeśli dołożymy wszelkich starań i niczego nie pominiemy, udowodnimy że możemy pozostać ludźmi. Martwota ogarnęła naszą planetę, ale to nie powód, byśmy także i my stali się martwi. Postęp, który prowadzi do śmierci to degradacja. Dlatego celem, do którego dążymy, jest przywrócenie życia naszej planecie. Nieważne, jak długo będzie to trwało, ani jakie poniesiemy koszty. Taka jest nasza wola, wola wolnych ludzi, których połączył wspólny cel. I mimo wielu trudności, mimo długiej, krętej i stromej drogi zobaczymy wreszcie jak nasza planeta na powrót staje się zielona.

Historia rozsądzi, czy mamy rację.

Koniec

Komentarze

Ok, już dużo lepiej, tylko takie tyci tyci jeszcze sugestie:

Niewielki, pomocniczy golem plątał się wokół, łypiąc okrągłym okiem, a Puszka leżał na stoliku i udawał, że jego obecność w piwnicy jest jak najbardziej na miejscu. 

Czyja obecność? Jego czy golema? Nadal podmiot jest niejasny.

Jaazielowi służył jako zapasowy moduł energetyczny, mag pakował do niego własną nadwyżkę, a potem wyciągał w razie potrzeby i chodzące nożyczki. 

Lepiej jest choć zmianilabym szyk żeby już żadnych watpliwosci nie bylo: Jaazielowi służył jako chodzące nożyczki i zapasowy moduł energetyczny, mag pakował do niego własną nadwyżkę, a potem wyciągał w razie potrzeby.

– tutaj wychodzi z tych magów powtórzenie, więc nie zdecydowałam się zmieniać - 

 

to daj “czarownik” :P

Kończę przygotowywać poranną kawę i nie mogę pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak. Dopiero kiedy niespodziewany impuls elektryczny przeszywa mój nadgarstek uświadamiam sobie, o co chodzi. No tak, Puszkanie słyszę jego syntetycznego głosu, który zawsze towarzyszy mi

Jak dla mnie przecinek i wykrzyknik bym dała tak:

Kończę przygotowywać poranną kawę i nie mogę pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak. Dopiero kiedy niespodziewany impuls elektryczny przeszywa mój nadgarstekuświadamiam sobie o co chodzi. No tak, PuszkaNie słyszę jego syntetycznego głosu, który zawsze towarzyszy mi

a w holudrzwi do schronu. Wolne żarty. 

a w holu znajdują się drzwi do schronu. Wolne żarty.

 

Poza tym – cycuś glancuś. A z głowami jasne, że poczekam :)

Tylko nie "Tęcza"!

Poprawione, z przecineczkiem na czele! ; D

Czy w przedmowie nie powinno być: Celownik (komu? czemu?): jutru

Pytam, bo już sama zgłupiałam, jak zaczęłam odmieniać przez przypadki.

Jeszcze nie czytałam, tylko zajrzałam.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzięki śliczne śliczne, chyba masz rację, poprawiłam : )

To jutro też mnie męczyło, to znaczy wiedziałam, że “jutro” jest źle :P i cholera też nie trafiłam, niedobra Tensza.

Tylko nie "Tęcza"!

Ciekawa koncepcja. Nietuzinkowe połączenie magii z cyborgami. To w pewnym stopniu pocieszające – najwyraźniej nie tylko ja sądzę, że powietrze z klimatyzacji jest martwe. ;-)

Dorzuciłabym garść przecinków do tekstu. I jeszcze troszkę literówek zostało. Ale przy tej długości – giną w tłumie.

Babska logika rządzi!

A ja tylko od siebie powiem, że opowiadanie bardzo mi się.

Nie dosyć, że humor mojszy, oj mojszy, to mimo wszystko tekst nie jest płytki. Przedstawiony dylemat wydaje mi się prawdziwy, a choć główny bohater to taka trochę przerysowana postać  “wiecznie w tarapatach” to jednak przejmuje się jego losem i zwyczajnie go lubię.

I sam świat również sprawi wrażenie ciekawego. Cała ta magia i technologia ładnie się przeplatają.

Tylko nie "Tęcza"!

Dziękujemy ślicznie za miłe komentarze ; )

 

Jeśli chodzi o przecinki i literówki, postaram się jeszcze raz spojrzeć na całość, jak tylko trochę wywietrzeje mi z pamięci i przestanie się po nocach śnić ; P Bo na razie obawiam się, że więcej bym sobie dopowiadała, niż faktycznie czytała ; <

 

/Aeli

Przeczytałem na dwa razy. Mój pierwszy koegzystencyjny tekst i już leci zgłoszenie do piórka – bardzo dobre opowiadanie :) Ogólnie nie przepadam za rwanymi opkami (chodzi mi o sporą liczbę „gwiazdek”), ale w tym przypadku przeszkadzało mi to tylko trochę, pod koniec zwłaszcza. Ale nie narzekam, bo to tylko mój gust ;)

Z początku temat wydał mi się dość banalny jak na tego typu konkurs, ale w miarę czytania dostrzega się, że cała koncepcja wcale banalna nie jest, a wręcz przeciwnie. Przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie, widząc wplecienie magów, elektroniki niosącej martwotę i tego całego śledztwa. No i jeszcze ten bohater – nie do końca mądrze postępuje (delikatnie mówiąc :D), ale zdecydowanie budzi sympatię.

Jeżeli ktoś czyta najpierw komentarze, bo przestraszył się objętości opowiadania: Warto poświęcić czas na lekturę. Od pewnego momentu akcja rozkręca się na tyle, że przez tekst zaczyna się płynąć. Naprawdę warto ;)

Przecinków może rzeczywiście kilku brakowało, ale niezbyt wiele i niestety nie pamiętam gdzie. Ale nie przeszkadzało mi  to w czytaniu absolutnie. Mam natomiast wątpliwości czy „kuzyn brata mojej teściowej” to nie po prostu kuzyn mojej teściowej :P I nie wiem też czy można „usłyszeć kogoś przez mgłę”. Zawsze mi się wydawało, że raczej zobaczyć, ale mogę się mylić.

 

Zajrzałem na chwilkę, przeczytałem dwa zdania i mam już niestety jedną uwagę: widzenie niewidzialnego – moim zdaniem – zgrzyta mocno.

Kiedy myślę o ludzkości, widzę ewolucję. Niewidzialną siłę, która pcha nas przez wieki ku bezpieczniejszemu, lepszemu i jaśniejszemu jutru.

Wrócę tu jeszcze. ;)

Sorry, taki mamy klimat.

Perrux: Dziękujemy ślicznie i cieszymy się oboje ogromnie, że mimo gwiazdkowania i początkowego wrażenia, tekst przypadł Ci do gustu. Kuzyn brata teściowej to faktycznie kuzyn teściowej, zagalopowałam się nieco w porównaniu ; D Aktualnie, zmieniłam na kuzyna ciotki mojej teściowej, chociaż też nie jestem na sto procent pewna, jak z tymi koligacjami… Ale to już na pewno dalsze. Za to mgłę zmieniłam na gruby kłąb waty, ten na pewno tłumi dźwięki. Dziękujemy za wyłapanie i jeszcze raz, za bardzo miły komentarz ; D

 

Sethrael: Jak popełniać gafy, to od razu na początku, ehh ; ) Nie jestem pewna, czy nie da się tego jakoś poetycko wyjaśnić, ale żeby jednak nie zgrzytało w zębach i nie powodowało ich potencjalnego bólu, skasowałam tą niewidzialną. Myślałam o nieposkromionej, ale chyba tak jak jest teraz, brzmi prościej. Dziękujemy za zwrócenie uwagi i zapraszamy ponownie ; )

 

/ Aeli

Heh, kuzyn brata tesciowej mozna bylo zmienic po prostu kolejnoscia brata z tesciową, ale z ciotką tez oczywiście jest ok, tyle że po prostu ta ciotka będzie zapewne trochę starawa :D No ale wiadomo że bohater niezbyt zastanawiał się w tym momencie nad sensem akurat takiego powiązania. A w moich komentarzach to często słodzę autorom, ale to tylko dlatego, że słabszych tekstów zazwyczaj (ale nie zawsze) nie doczytuję i nie komentuję. Przy Postępie bawiłem się naprawdę dobrze, więc musiałem to zaznaczyć. Powodzenia w konkursie ;)

– Cześć Kapitanie.– Przecinki przed wołaczami, to uwaga generalna.

 

Dowcip z płaczem wywołanym krojeniem cebuli wydał mi raczej niedowcipny; być może jednak mam niewystarczająco wysublimowane poczucie humoru. ;)

Ale teraz będę zachowywał się jak kobieta i chodził wkurzony, dopóki nie zjem czegoś słodkiego.

 –  To mnie natomiast rozbawiło ;)

Spogląda na mnie złym wzrokiem, dusząca się wątróbka skwierczy cicho, a mnie trochę burczy w brzuchu. – Pierwsze „a” niepotrzebne. Moim zdaniem, naturalnie.

 

Dobra. Dobrnąłem do połowy. Tekst napisany sprawnie i ładnie, ale nic w nim się nie dzieje. Albo dzieje się za wolno. Nie wiem, ja się wynudziłem. Wspomnę tylko, że lubię teksty o niczym, lecz napisane porywającym językiem. Tu język jest – moim zdaniem – po prostu w porządku, więc liczyłem, że porwie mnie fabuła, ta zaś jest straszliwie rozwleczona.

 Muszę zaznaczyć, że nie jestem fanem SF i ogólnie „przyszłościowych” historii, być może dlatego nie zdołałem się wciągnąć. Poza kilkoma uwagami powyżej nie mam się w sumie do czego przyczepić, a mimo to opowiadanie mi nie pasuje. Być może nie jestem po prostu odpowiednim „targetem”, przykro mi.

Sorry, taki mamy klimat.

Dziękujemy za komentarz i uwagi chociaż trochę szkoda, że jednak nie udało się doczytać do końca :)

 

Co do wołacza, już wiemy, ale musiało się coś zapodziać : < Dziękujemy za zwrócenie uwagi. W wypadku podwójnego „a” – podzieję zdanie na dwa, pierwsze „a” kasując. 

 

Żart jest żartem. Taki ich urok, każdy może mieć inne odczucia. Dodatkową jego funkcją miało być pokazanie podejścia głównej postaci do rzeczywistości. Chodziło o to, że jak mu już coś wpadnie do głowy, niekoniecznie podparte silnymi przesłankami, to grób mogiła. Można też było skupić się na tym, że tak mu się wydawało i odwrócić w ten sposób. A poza tym był bardzo adekwatny do mojego ostatniego robienia szaszłyków ; )

 

Co do rozwleczenia, weźmiemy sobie do serca i postaramy na przyszłość nieco szybciej wprowadzić trochę więcej akcji, chociaż w tym akurat tekście, poza fabułą chcieliśmy przedstawić i ugruntować relacje między postaciami i świat, w którym ma miejsce koegzystencja i konflikt.

 

/Aeli

Odniosłam wrażenie, że wielkim nakładem sił i znaków chcieliście koniecznie udowodnić, że Jaaziel jest fajnym magiem, pierwszym wśród nich luzakiem i ma niebywałe poczucie humoru, skutkiem czego nastąpiło zagadanie, nieomal stłamszenie głównego wątku. Jakbyście nie wierzyli, że czytelnik sam zorientuje się, że mag jest bohaterem sympatycznym i, mimo pewnych trudności, świetnie sobie radzi.

Nie mogę powiedzieć, że lektura sprawiła mi przykrość, co to to nie, ale chwilami, przytłoczona radosnym słowotokiem, po prostu gubiłam się i skutkiem tego coś być może mi umknęło, bo niestety, nie odczułam pełnej satysfakcji.

 

„…wpadł do szatni i ubrał się pospiesznie we własne, miękkie, wygodne ubrania, wyprodukowane w stu procentach z tworzyw sztucznych”. – Powtórzenie.

Proponuję: …wpadł do szatni i założył pospiesznie własne, miękkie, wygodne ubranie, wyprodukowane w stu procentach z tworzyw sztucznych.

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach. Ktoś, włożywszy bieliznę a potem spodnie, koszulę i marynarkę, ma na sobie ubranie. Jeśli ta osoba włoży na siebie dwa zestawy takiej odzieży, będzie mieć na sobie ubrania.

 

„Wita mnie syntetyczny głos, dobiegający z leżącego pod siedzeniem pasażera, metalowego sześcianu”. – Czy dobrze rozumiem, że pasażer, leżąc pod siedzeniem, mówi syntetycznym głosem metalowego sześcianu. ;-)

Proponuję: Wita mnie syntetyczny głos dobiegający z metalowego sześcianu, leżącego pod fotelem pasażera.

 

„Energetyzowanej wody, więc może faktycznie trochę zajęło mi znalezienie jej w centrum miasta”. – Wolałabym: Energetyzowanej wody, więc może faktycznie trochę trwało znalezienie jej w centrum miasta.

 

„Ale z ciebie idiota, cebulę kroję gamoniu! Na wątróbkę”. – Wolałabym: Ale z ciebie idiota, cebulę kroję gamoniu! Do wątróbki.

 

„Skoro już złapałem się za garnki, to raz a dobrze”.Skoro już zabrałem się do garnków, to raz a dobrze.

 

„Każdy ułamek sekundy, który zajmie policjantowi wyciągnięcie broni, wycelowanie i wyeliminowanie celu…” – Powtórzenie.

Wolałabym: Każdy ułamek sekundy, który zajmie policjantowi wyciągnięcie broni, wymierzenie i wyeliminowanie celu

 

„Jeśli istniałoby podejrzenie, że w  waszą nieudaną sprawę zamieszani są magowie…”Jeśli istniałoby podejrzenie, że w  waszą nieudaną sprawę zamieszani są magowie

 

„Zastanawiałem się, czy ktoś z waszych znachorów nie przeprowadza przypadkiem przeszczepów żywych narządów”. – Wolałabym: Zastanawiałem się, czy któryś z waszych znachorów nie przeprowadza przypadkiem przeszczepów żywych narządów.

 

Puszcze sprawdzenie, czym zajmuje się klinika z wizytówki, która dziwnym trafem znajduje się w mojej kieszeni”. – Nie do końca rozumiem, ale czy mag ma zamiar sprawdzać jakieś puszcze, albo inne knieje? ;-)

 

„Jaaziel zaśmiał się, a potem wziął kilka głębokich oddechów”. – Oddech, to wdech i wydech. Oddechów się nie bierze.

Proponuję: Jaaziel zaśmiał się, a potem zrobił/ wykonał kilka głębokich wdechów. Lub: Jaaziel zaśmiał się, a potem kilka razy głęboko odetchnął.

 

„Nigdy nie potrafiłeś zająć się jedną rzeczą naraz i musiałeś mieć rozgrzebanych pięć”. – Wolałabym: Nigdy nie potrafiłeś zająć się tylko jedną rzeczą/ sprawą i musiałeś mieć rozgrzebanych pięć naraz.

 

„…czy przypadkiem nie zajmuje się nielegalnym przeszczepem organów”. – Wolałabym: …czy przypadkiem nie zajmuje się nielegalnym przeszczepianiem organów.

 

„Ale dlaczego ktokolwiek miałby wszczepiać bio-cybernetyczne odpowiedniki…”Ale dlaczego ktokolwiek miałby wszczepiać biocybernetyczne odpowiedniki

 

„…gdzie na fundusz wszczepią mi nowiutki, bio-cybernetyczny implant…” – …gdzie na fundusz wszczepią mi nowiutki, biocybernetyczny implant

 

„Mag spojrzał na rząd budynków, majaczący w półmroku za oknem”.Mag spojrzał na rząd budynków, majaczących w półmroku za oknem.

To nie rząd majaczył, tylko budynki.

 

„Ale bez przesady, kto dałby radę przekopać się przez ponad dwieście stron naprzemiennego narzekania, podziękowań i pean pochwalnych?”Ale bez przesady, kto dałby radę przekopać się przez ponad dwieście stron naprzemiennego narzekania, podziękowań i peanów?

Masło maślane. Pean z definicji jest pochwalny.

 

Wziął głęboki oddech i zacisnął lekko drżące dłonie na kolanach”. – Wolałabym: Głęboko odetchnął/ Nabrał głęboko powietrza i zacisnął lekko drżące dłonie na kolanach.

 

„Czy pozwoli mi pan przeprowadzić z sobą wywiad?” – Można zrozumieć, że pisarz chce przeprowadzić wywiad sam ze sobą. ;-)

Proponuję: Czy pozwoli pan, że przeprowadzę z nim wywiad?

 

„Z całą stanowczością odwracam się w kierunku kuchni i idę przygotować mu kawę…”Z całą stanowczością odwracam się w kierunku kuchni i idę przygotować mu kawę

 

„Dwa parujące kubki stoją na niskim blacie…” – Kubki nie parują. ;-)

Proponuję: Dwa kubki z parująca kawą stoją na niskim blacie

 

„Dobra, muszę oczyścić trochę mózg…” – Czy trochę mózg, to jest to, co ma półgłówek?

Wolałabym: Dobra, muszę trochę oczyścić mózg

 

„…chciałem nawet dać ludziom, których oszukali magowie porządne, bio-cybernetyczne wszczepy”. – Chyba jednak nie byli to magowie porządne, skoro oszukiwali ludzi. Powiedziałabym nawet, że byli to magowie nieporządne i niedobre. ;-)

chciałem nawet dać ludziom, których oszukali magowie, porządne biocybernetyczne wszczepy.

 

„Przez przesuwne drzwi do pomieszczenia wpadła reszta zespołu. Dzwoniło mu w uszach”. – Dlaczego zespołowi dzwoniło w uszach? ;-)

 

„Chyba oboje potrzebujemy urlopu”. – Powiedział mag do policjanta, a ja proszę o doprecyzowanie, który z nich robi za kobitkę? ;-)

Oboje, to pan i pani. Oboje, to także drewniane instrumenty dęte,

Zdanie winno brzmieć: Chyba obaj potrzebujemy urlopu.

 

„Patrzę w bok, żeby zobaczyć jak radzi sobie mój partner, a ten drań puszcza mi oko…”Patrzę w bok, żeby zobaczyć jak radzi sobie mój partner, a ten drań puszcza do mnie oko

 

„W końcu nie ważne – istota ludzka, cyborg czy komputer…” – W końcu nieważne – istota ludzka, cyborg czy komputer…

 

„Nieważne, jak długo to zajmie, ani jakie poniesiemy koszta”. – Nieważne, jak dużo czasu to zajmie, ani jakie poniesiemy koszty. Lub: Nieważne, jak długo będzie to trwało, ani jakie poniesiemy koszty.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam. :)

Wydaje mi się, że tekst poprzez ten wyeksponowany humor na pierwszy plan, niż fabuła, zepsuła pozytywny odbiór tego tekstu. Faktem jest że napisany dobrym, przejrzystym językiem, ale brakuje tutaj dynamiki. O czym wspomnieli inni. Tekst jest przez to nudny, jednolity i przegadany. Powinieneś bardziej się skupić, nie tylko nad problematyką i psychologią bohaterów, bo piszesz o tym, ale do konkluzji nie dochodzisz. Brakuje tutaj, o czym wspomniałem, dynamizmu.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

 

regulatorzy: Dziękujemy ślicznie za wizytę, komentarz i wszystkie poprawki. Wprowadziłam je sumiennie, chociaż kilka razy moje własne biurko było uprzejme dokonać na mnie napaści. W czółko… ; )

Puszcze sprawdzenie, czym zajmuje się klinika z wizytówki, która dziwnym trafem znajduje się w mojej kieszeni”. – Nie do końca rozumiem, ale czy mag ma zamiar sprawdzać jakieś puszcze, albo inne knieje? ;-)

Ona wyrosła sama, ta puszcza znaczy się : < Zupełnie nie wiem kiedy. Ot, odwróciłam się na chwilę, a ona już jest i szumi!

 

Czy trochę mózg, to jest to, co ma półgłówek?

Myślę, że tak ; )

 

Jeszcze raz wielkie dzięki za poprawki i ulepszenia.

Jeśli chodzi o wątek główny… Eksperymentowaliśmy i ten tekst akurat miał koncentrować się bardziej na wnętrzu bohaterów, żeby lepiej osadzić w świecie motyw koegzystencji i konfliktu. Z Jaazielem… To nie tak, że obawialiśmy się, że czytelnik biednego maga nie polubi. Chyba sami polubiliśmy go za bardzo, stąd dopadł nas pewien słowotok… No i tak jakoś wyszło. Na przyszłość, będziemy się bardziej pilnować : )

 

mkmorgoth: Dziękujemy za wizytę i komentarz : ) Fabuła miała być dopiero na drugim planie, ale „przegadanie” miało być interesujące. Chcieliśmy stworzyć tekst słodko-kwaśny, z jednej strony pozornie lekki, z drugiej poruszający wcale nie tak proste problemy. Szkoda, że nie przypadł do gustu, ale dziękujemy i z tą dynamiką – bardzo poważnie weźmiemy pod uwagę następnym razem.

Cieszę się, że mogłam pomóc, a moje poprawki zostały przyjęte ze zrozumieniem. ;-D

Biurka żyją własnym życiem i rzeczywiście, bywa że dokonują napaści. Atakują znienacka i bez ostrzeżenia. Zdarzyło się kiedyś, że najniższa szuflada rzuciła mi się pod nogi z ewidentnym zamiarem połamania ich i niemal dopięła swego! Skończyło się na potłuczeniach. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ach ach, byłem, czytałem, los comentos de la muerte po ogłoszeniu wyników.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Muszę być jak komandos… Komandosi nie jeżdżą na jednorożcach.

Przepiękne! ;-)

Zderzenie dwóch systemów: „martwoty” stechnicyzowanego świata i „życia” neurotycznego, nadaktywnego świata magii – jest. Zakorzenienie, koegzystencja – podawane stopniowo, nienachalnie, cały tekst. Status quo, dylemacik, bohater – mniam, znaczy tfu, są i spełniają, według mnie warunki, konkursu.

Ten nadpobudliwy, uzależniony od technologii, mający ogromne trudności z koncentracją, pełen wad i otaczający się pyskatymi konstruktami mag straszliwie przypadł mi do gustu. Powiem więcej, główny bohater ukradł show, fabuła stała się wtórna wobec jego reakcji na przydarzające się kłopociki. Ironiczne lub sarkastyczne (mam problem z rozróżnianiem) podejście do życia, silna przyjaźń z Thierrym, krytyczne, ale pogodzone z zaistniałym stanem rzeczy spojrzenie na otaczający go świat… Konstrukcja bohatera miodzio. Rywalizujące ze sobą rzeczywistości magiczne i technologiczne, mimo, że nieoryginalne w koncepcji, zostały przedstawione w odświeżający, wciągający sposób. I nawet finałowe zakończenie manifestu brzmi jak „Zrobimy wam z dupy jesień średniowiecza. Rzecz jasna, ta dziwka historia nas osądzi, ale będą jaja i to grube. Nie, ja nie żartuję, mogę tą czekoladkę? Bo mam straszną ochotę na coś słodkiego, co z tego, że już raz się roztopiła?” ;-) ;-)  Mimo gorzkiego wydźwięku, treść podana i zabawnie i poważnie zarazem, bez zadęcia, bez nadmiernego odchyłu w parodię, tak akurat na krawędzi lekkiego absurdu – ale wciąż trzyma mocno rzeczywistość i drapie ją pazurkami.

 

Język, ach język… Komandos na jednorożcu to już był orgazm radości, kropka nad i humoru, jaki lubię – po drodze jeszcze kilka nokautujących żarcików tego typu powoduje poczucie spełnienia, szeroki uśmiech na twarzy i ochotę zaznaczenia tego jakąś zakładką… O curvum macium, to przecież na stronie, czemu ja ładuję papierową zakładkę w monitor? Monitory wszakże nie jedzą papierowych zakładek…

 

Moim zdaniem ten tekst powinien trafić do NF. Poważnie. I to mimo publikacji na forum. Jafieli: Schowajcie to, ukryjcie, zakopcie, dopracujcie i wysyłajcie do MC.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Podobało mi się zderzenie magii z technologią. Pomysł może nie jakiś strasznie nowy, ale wciąż ma potencjał. Bohater rzeczywiście, taki… fajny i sympatyczny, no! Tyle że czasem nieco przesadzał ze słowotokiem. I w tym konkretnym przypadku ten słowotok nie do końca mi odpowiadał, bo tak mi jakoś trochę pod nim ginęła intryga. Opowiadanie można by w sumie uznać za kryminał i język kryminału powinien być – moim zdaniem – może trochę bardziej minimalistyczny, przejrzysty. A tutaj, mimo takiej ilości słów, przecież wiele się nie wydarzyło, a słowotok zamącał mi to, co się wydarzyło.

I sama nie mogę uwierzyć w to, co właśnie napisałam, bo przecież przy “Defensokracji” pisałam coś zupełnie odwrotnego. Ale to, co tam zagrało mi świetnie, tu jednak nie do końca.

Ale i tak – u mnie drugie miejsce, bo mimo powyższych uwag czytałam z dużą przyjemnością.

 

PsychoFisch: Dzięki Ci wielkie i ogromne, przywróciłeś mi wiarę w humor w tekstach w naszym wykonaniu, a Jaaf będzie mi długo i szczęśliwie wypominał, że już prawie byłam skłonna całkiem z tej formy rezygnować. A niech wypomina na zdrowie, jednorożec to w końcu jego sprawka ; )

Jest nam ogromnie miło, że tekst tak przypadł Ci do gustu. Wypunktowałeś wszystko, co chcieliśmy w tym opowiadaniu zawrzeć. Przyznaję uczciwie, że jestem przeszczęśliwa ; D

 

Ocha: Dziękujemy ślicznie i cieszymy się, że mimo wszystko lektura Cię nie odstraszyła, a jak piszesz, czytałaś z przyjemnością. Jeśli chodzi o “Defensokrację” i “Postęp” – w obu wypadkach eksperymentowaliśmy. W pierwszym nad stylizacją i lekkim humorem, w drugim chcieliśmy porwać czytelnika za bohaterem, a niekoniecznie za fabułą, której racja, było niewiele jak na ilość znaków. Słowotok tak był jak i nie był zamierzony – trochę się z nim w którymś momencie rozpędziliśmy jak zwykle, mając problem ze znalezieniem złotego środka. A co do kryminałów – uczciwie przyznaję, że po prostu nie mamy doświadczenia, ani w czytaniu takowych ani w pisaniu. Stąd pewnie wylazły z nas luki w wiedzy praktycznej o gatunku. Jeszcze raz dziękujemy!

 

/Aeli i Jaaf

Moje notatki:

 

– główny bohater jest konsekwentnie negatywnie nastawiony do cyberzmiany u kolegi, co zostało całkiem przekonująco przedstawione,

– ten główny zły za to jest słabszy, mniej spójny i niknie pod natłokiem myśli bohatera

 

– całkiem interesujące zestawienie magii i cyberulepszeń

– gdzieś tam w tle czai się transhumanistyczne pytanie, ale niestety ta kwestia nie została rozwinięta

 

– fajnie zarysowany problem, że mag nie umie dostrzec cyborga;

– udane imiona

 

– przecinkoloza

– rzeczywiście historia jest przegadana, bohater miejscami tłamsi całkiem ciekawą fabułę, blado wypada finał.

I po co to było?

Pomysł zderzenia magii i technologii może nie wyjątkowy, ale fajny i nieprzemaglowany. Bohater przezdatny do lubienia. Niektóre zdania na miarę czekoladki “pomarańcza z pieprzem”. Ale – przegadane (rany, pisząc to czuję się jak ryba marudząca, że wszyscy tacy cisi). Przegadane sympatycznie, a jednak czytałam tekst na raty i musiałam się wracać, by przypomnieć sobie, co działo się wcześniej.

Mimo to – niewątpliwie warte przeczytania.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

przegadane (rany, pisząc to czuję się jak ryba marudząca, że wszyscy tacy cisi) – no, miałam dokładnie to samo w tym przypadku.

Piszę sobie komentarz, bo ktoś się machnął i przypadkowo mam znaczek loży przy nicku. To sobie go popodziwiam chwilę. ;)

Cyniarski znaczek! Ocho, może jednak dasz się namówić?

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Mało tego, Ocho – jesteś też uwzględniona w grafiku ;)

Sorry, taki mamy klimat.

Widzisz? Sam portal tego chce;)

Hmm, w sumie to nawet niezły pomysł na opko:P (Sorki za offtop)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

E, nie ma mnie w grafiku. Znaczy, ja tam widzę tabelkę, w której rzeczywiście jest moja ilość komentarzy (prawie same zera) i tyle. No, jakby to miało same profity i żadnych obowiązków, to by było fajnie! ;) A zresztą – Finkla już się zgłosiła, Sethrael zaraz się złamie – z takimi kandydatami nie mam szans, a kiepsko znoszę porażki. :)

 

A tak serio – pomysł na opowiadanie rzeczywiście fajny.

 

Jafieli zaraz się zdenerwują za to (prze)gadanie pod Ich tekstem. ;)

Ja wam dam rybę marudzącą… Jak w końcu odeśpię… niedługo… obiecuję… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

syf. – dziękujemy ślicznie za klarownie wypunktowaną opinię : ) Nad finałami i przecinkozą zdecydowanie postaramy się popracować, bo coś nam tu pokwikuje.

 

AlexFagus: Dziękujemy, dziękujemy i cieszymy się, że bohater dał się polubić ; ) Za to uwagę Twoją i Ochy co do czytania na raty – zapamiętamy, bo jakoś nigdy nie myśleliśmy przy pisaniu pod tym kątem. Postaramy się następnym razem żeby rozkładalność tekstu na fragmenty była bardziej przyjazna użytkownikowi ; )

 

Btw. Jafieli nie gryzą, offtopujcie na zdrowie ; P

 

/Aeli i Jaaf

Ja się cieszę, że wy się cieszycie, że ja się cieszę na ten tekst. Więcej takich kawałków, tandemie z pogranicza gadżetomagii, ot co ;-)

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka